- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Wrócę za trzy dni

Wrócę za trzy dni

Opowiadanie zawiera kilka mniejszych przekleństw i brutalne sceny. Myślę jednak, że nie są przesadzone. 

Anonim życzy wszystkim miłej lektury!

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Wrócę za trzy dni

1

 

Umarłem przy stole.

Jeszcze chwilę wcześniej jadłem zupę. Pamiętam tylko, że sięgałem po chleb. Potem serce zwinęło się w ciasny supeł. Łyżka brzęknęła o podłogę, świat odpłynął, a ja zostałem śmiertelnym zagrożeniem dla własnego dziecka. Miałem tylko nadzieję, że Basia porządnie zwiąże moje truchło, zanim dusza wróci do ciała.

Gdy otworzyłem oczy, stałem przed bramą.

Wrota, które powinny być ze szczerego złota, niknęły gdzieś w burych chmurach, a w głębokich bruzdach rzeźb anielskich skrzydeł plenił się dziki bluszcz. Śmierdziało wilgocią i pleśnią. Pomiędzy olbrzymimi zawiasami, grubości starych dębów, sączyła się rdza, plamiąc pęknięty marmur.

U podnóża wrót, na pękniętym stołku, siedział starzec. Wyglądał, jakby od miesiąca nie spał dłużej niż godzinę. Brodę miał skołtunioną i wtarte w nią resztki starego jedzenia, a ciężki, mosiężny klucz przy pasie wisiał tak luźno, że o mało nie opadał mu na sandały.

Przerzucał palcami stosy pożółkłych pergaminów. Papier szeleścił wznosząc tumany kurzu.

– Mówią na mnie święty Piotr – mruknął pod nosem, nawet nie podnosząc wzroku. – Czesław Kowalik?

– Owszem – odpowiedziałem zaskoczony. Nie tak wyobrażałem sobie świętego.

Piotr skrobnął coś gęsim piórem. Stalówka drapnęła suchy materiał.

– Serce.

Znowu skrobnięcie,  jak u poborcy zapisującego daniny.

– A więc naprawdę nas zostawił? – Głos mi zadrżał.

Pióro znieruchomiało na ułamek sekundy. Piotr lekko uniósł jedno ramię, po czym znów pochylił się nad papierem.

– Tak.

– Ludzie są rozszarpywani przez własnych ojców! – wybuchnąłem, a dłonie same zacisnęły mi się w pięści. – Przez żony, przez dzieci! A pan mówi zwykłe „tak”?!

Starzec flegmatycznie odłożył pióro, jakby przerabiał tę samą scenę po raz tysięczny w tym tygodniu.

– Nie ja odszedłem, Czesławie.

– Ale pan tu siedzi!

– Siedzę.

– I nic pan z tym nie robi!

– A co mam zrobić? – spytał cicho.

Miałem ochotę podejść i rzucić nim o te zardzewiałe wrota. 

– Wie pan w ogóle, ilu zginęło przez te bestie?

– Wiem.

– W mojej wiosce, pierwszej zimy, zjadły siedemnaście osób! – Głos mi się załamał, a przed oczami stanęło zakrwawione podwórze sąsiada. – Ludzie palili własnych rodziców żywcem, bo nawet nie wiedzieli, że to nic nie da! Że oni i tak wrócą!

– Myślisz, że nie wiem? – Piotr po raz pierwszy uniósł głowę.

Dopiero teraz zobaczyłem jego oczy. Były mętne, podbite sinymi worami, a skóra na policzkach przypominała pomarszczoną, wyschniętą na słońcu gruszkę.

– Tylko on może ingerować w wasz świat, Czesławie. – Zszedł do szeptu tak spokojnego, że cała złość nagle ze mnie uciekła. – Święci siedzą po kątach. Płaczą i rozpamiętują własne żywoty. Anioły od wieków nie potrafią ruszyć palcem bez rozkazu. Stoją jak wryte. A rozkazów nie ma.

– Bo naprawdę odszedł?

– Bo naprawdę odszedł.

Nogi mi zmiękły. Zobaczyłem obok drugi stołek – krzywy, bez oparcia. Usiadłem na nim ciężko. Cała ziemska, ludzka wściekłość wyparowała. Czegoż winien był ten stary stróż?

– A teraz co? – spytałem cicho, patrząc na swoje przezroczyste dłonie.

Piotr westchnął, sięgnął po pióro i przysunął sobie kolejny arkusz.

– Teraz wrócisz.

– Jako bestia?

– Jako powrotnik.

– To tylko ładniejsze słowo na potwora.

– Owszem.

Zatkało mnie na chwilę. Chciałem przełknąć ślinę, ale nawet tego nie mogłem w obecnym, bezcielesnym stanie.

– A potem? Kilku kapłańskich łowców w miasteczku zdecyduje, czy jestem wart nieba? Czyli ten nasz cały ludzki sposób… działa?

Piotr skrobnął coś w rogu pergaminu, po czym dmuchnął na schnący atrament.

– Lepiej niż wszystko, co mieliście do tej pory.

 

2

 

Pędziłem przez ciemność, szarpany niewidzialną siłą. Niebo zostało gdzieś wysoko. Brama, chmury i zmęczony Piotr rozpłynęły się. Coś zgniatało mnie i wykręcało na wszystkie strony, jak wyżymane pranie.

Skończyło się, gdy uderzyłem w mięso.

Otworzyłem oczy, ale widziałem tylko zamazany sufit. Leżałem na własnym łóżku, sztywny i ciężki jak kloc drewna. Nie mogłem nawet drgnąć. Czułem każdą nierówność desek pod plecami i chropowate liny wrzynające się w nadgarstki. Basia posłuchała – związała mnie mocno. Ciasne pętle raniły fioletową skórę, ale nie krwawiłem. Oddech cuchnął padliną. Płuca nie pracowały, a mimo to z gardła rwało się mokre charczenie, jakbym tonął.

Przy stole siedziała Basia, moja słodka córeczka. Miała spuchnięte, czerwone oczy. Na dźwięk rzężenia drgnęła i spojrzała na łóżko. Przez krótki moment w jej oczach błysnęła nadzieja. Uśmiechnęła się, jakby to była zwykła choroba, z której właśnie się wybudzam.

A potem dotarło do niej, co leży na prześcieradle. Uśmiech zgasł, a usta zakryła dłońmi, krztusząc się szlochem.

Chciałem krzyknąć. Powiedzieć, że to ja, że w środku wciąż jestem jej ojcem, że słyszę i rozumiem. Zamiast słów z ust chlusnęła gęsta, ciemna posoka, plamiąc poduszkę. Dziewczyna skuliła się na krześle.

Nigdy w życiu nie pomyślałbym o własnym dziecku jak o kawałku mięsa, ale głód musiał w końcu nadejść. Coś we mnie – ta zwierzęca furia – właśnie tak na nią patrzyło. Gdy Basia wstawała od stołu, moje martwe ścięgna same się napinały. Słyszałem jej kroki na deskach, a palce u rąk kurczyły się w szponiasty uścisk, próbując rozerwać liny.

Widziałem powrotników, którzy wracali. Myśleliśmy, że to bezmózgie bestie. Teraz, uwięziony we własnym truchle, wiedziałem, że dusza zostaje w środku do samego końca. Siedzi zamknięta w gnijącej, głodnej klatce i patrzy na to, co jej własne ręce robią z najbliższymi.

W każdej chwili, z każdym drgnieniem tych przeklętych powrozów, modliłem się tylko o jedno.

Żeby kapłańscy łowcy zdążyli, zanim ciało wygra ze sznurem.

 

*

 

Usłyszałem tętent kopyt na zamarzniętej drodze, potem stłumione głosy przed chałupą i wreszcie przeciągłe skrzypienie drzwi.

Do izby wszedł mężczyzna w ciężkim, podbitym futrem płaszczu. Na piersi kołysał mu się masywny, srebrny krzyż. Za nim człapał chłopak, może dwudziestoletni.

– Witajcie. Augustyn, kapłański łowca. To Wawrzyniec, adept. – Mężczyzna wskazał młodzieńca.

Basia tylko skinęła głową. Płakała pod ścianą, kurczowo ściskając rąbek sukienki.

Łowca podszedł bliżej. Stanął nad moim gnijącym truchłem i patrzył prosto w oczy, gdy przemienione ciało wyrywało się wściekle, czując świeże mięso. Obserwował beznamiętnie, jak rzeźnik szacujący wagę sztuki przed ubojem.

– Dobrze go powiązałaś. Sznur gruby – zachrypiał.

– Sąsiedzi pomogli – załkała Basia.

– Rozsądni ludzie.

Adept podszedł z drugiej strony łóżka. W jego oczach płonęła czysta, dziecięca fascynacja. Zupełnie jakby oglądał jarmarczne dziwowisko.

– W pełni przemieniony powrotnik – przyznał cicho.

– Tak – mruknął mistrz, nie odrywając ode mnie wzroku.

– Za trzy dni egzamin. Jeśli dobrze pójdzie, dostanę własny rewir i sam będę odprawiał rytuały na potworach, mistrzu.

Augustyn westchnął ciężko, poprawiając skórzane rękawice.

– Jeśli dobrze pójdzie, to zaczniesz najpierw myśleć, a dopiero potem sięgać po nóż.

Młody wywrócił oczami i żachnął się pod nosem:

– Znowu to samo.

– Bo wciąż gówno rozumiesz. To nie są potwory, durniu.

– Ale przecież żrą ludzi…

– Bo nie mają wyboru – uciął ostro Augustyn. – Najgorsze bestie chodzą wśród żywych.

Mistrz podszedł do Basi. Spojrzał na nią uważniej, a wzrok powędrował z zapłakanej twarzy na drżące dłonie, potem wzdłuż ramion, zatrzymując się na piersiach o moment za długo. Dziewczyna, zmieszana, spuściła głowę.

– Twój ojciec był szczęściarzem – powiedział, a jego ton dziwnie złagodniał.

– Słucham?

– Mieć taką córkę to błogosławieństwo. Piękna i odważna. Rzadkie połączenie w tych czasach.

Kątem oka zauważyłem, że na twarzy młodego adepta pojawił się dziwny, ledwo zauważalny grymas.

Basia milczała, wlepiając wzrok we własne buty.

Zajmij się wreszcie mną i tym zasranym rytuałem, zanim sznury nie pękną!

Jakby usłyszał moje myśli, łowca odwrócił się z powrotem do łóżka.

– Czesław Kowalik – mruknął, wyciągając zza pazuchy małą, urzędową księgę. – Dobry gospodarz. Pracowity. W księgach parafialnych czysto.

Spojrzał na Basię przez ramię, uśmiechając się blado.

– Spokojnie, dziecko. Twój ojciec trafi tam, gdzie jego miejsce.

Poczułem ulgę. Tak ogromną, że na moment zapomniałem o gniciu, sznurach i potwornej, głodnej pustce w brzuchu, a nawet o powrotniku, który w mojej skórze próbował właśnie wyłamać stawy i zeżreć wszystkich żywcem.

– Dziękuję – wyszeptała Basia.

– Podziękujesz Bogu, jak w końcu wróci – odpowiedział miękko, znów zawieszając na niej wzrok.

Augustyn jednym płynnym ruchem zerwał rzemień z szyi i ujął ciężki, srebrny krzyż w obie dłonie.

– A teraz odeślijmy twojego ojca. Wawrzyniec, łap za nogi.

Proszę, zróbcie to już, zabijcie mnie. Nie pozwólcie mi jej skrzywdzić.

Błagałem o to w myślach nawet wtedy, gdy na widok zbliżającego się srebra moje martwe ciało oszalało i zaczęło wierzgać we wściekłym, zwierzęcym ferworze. Nawet gdy szczęka zatrzasnęła się z siłą imadła, niemal przegryzając własny język, a z gardła chlusnął obcy, przeszywający ryk, przed którym Basia aż zatkała uszy.

Mistrz szeptał. Z początku rozumiałem całe zdania, potem już tylko pojedyncze, rwane wyrazy, aż w końcu wszystko zlało się w jedno. Kiedy srebrny krzyż spoczął mi na piersi, ból rozlał się pod żebrami, palący jak wrząca smoła. Martwe ciało wyprężyło się na deskach z głośnym trzaskiem stawów. Liny naciągnęły się do granic możliwości, aż jedna z nich, przy prawym nadgarstku, pękła z trzaskiem.

Basia krzyknęła, zakrywając twarz. Adept odruchowo skoczył w tył, sięgając do torby po skórzaną sieć.

– Spokojnie – rzucił twardo Augustyn, nawet nie podnosząc głosu. Przygniótł moją rękę kolanem i przycisnął krzyż mocniej do gnijącego mostka, po czym rzucił chłopakowi krótkie, chłodne spojrzenie. – Ty już powinieneś iść.

– Ale mistrzu…

– Egzaminy pisemne same się nie zdadzą – uciął starszy łowca. Na twarzy adepta odmalowało się głębokie rozczarowanie.

– Chciałem zobaczyć koniec…

– Widziałeś już setki razy. Za trzy dni sam to zrobisz. Zjeżdżaj!

Wawrzyniec bąknął pod nosem „tak jest” i skinął głową w stronę Basi. Chwilę później drzwi chałupy skrzypnęły i zatrzasnęły się za nim z głuchym stukotem.

W izbie zostaliśmy we troje. Modlitwa przyspieszyła. Krzyż parzył już nie tylko skórę, ale wypalał mnie głęboko do wnętrza. Czułem, jak coś pod moimi żebrami skręca się i ryczy z wściekłości. Głodne, dzikie, zapędzone w kozi róg stworzenie.

Błagam, zabij mnie szybko!

Mistrz wolną ręką sięgnął do pasa i wyciągnął nóż z wąskim, srebrnym ostrzem.

– Czesławie Kowaliku – rzekł wzniośle. – Obyś znalazł spokój.

Pchnął gwałtownie nóż, prosto między żebra.

Nie poczułem ostrza, a ulgę tak ogromną, że gdybym mógł kontrolować własne ciało, rozpłakałbym się jak dziecko. Cały ten zaduch, smród rozkładu i obrzydliwy głód zniknęły w jednej chwili.

Dziękuję, mistrzu Augustynie. Dziękuję.

 

3

 

Znów stałem przed bramą, ale towarzyszyło mi dziwne przeczucie, że nie wszystko jest w porządku.

Piotr siedział dokładnie tam, gdzie wcześniej. Na swoim pękniętym stołku, zasypany stertą żółtych pergaminów. Wyglądał, jakby od naszej ostatniej rozmowy minęła ledwie minuta, a nie trzy potworne dni w zatęchłej chałupie, kiedy moje ciało próbowało zjeść córkę.

– No – mruknął, nie podnosząc wzroku spod zmarszczonych brwi. – I po wszystkim.

– Chyba tak.

– Chyba?

Spojrzałem za jego plecy. Skrzydła wielkich, zarośniętych bluszczem wrót były lekko uchylone. Za nimi rozciągało się światło tak jasne, że nie mogłem dostrzec żadnych szczegółów.

Zrobiłem krok w tamtą stronę, ale coś walnęło mnie w piersi. Lodowata pewność, która zmroziła krew w żyłach. Dokładnie taka, jaką czuje człowiek, gdy budzi się w środku nocy i zanim jeszcze otworzy oczy, wie, że w domu czai się obcy.

Piotr westchnął ciężko, odrzucając pióro na stos papierów.

– Na co czekasz? Ludzie decydują, masz wstęp do nieba – fuknął stary stróż.

– Ona cierpi – powiedziałem, a mój głos stwardniał jak kamień.

– Kto?

– Moja córeczka. Stało się coś złego. Wiem to.

– Kowalik, gówno wiesz. Jesteś duchem.

Milczałem, bo żadne słowa nie były potrzebne. Wiedziałem to czymś głębszym niż rozum. Moje dziecko, tam na dole, cierpiało.

Piotr potarł dłońmi zmęczoną, pomarszczoną twarz.

– Każdy myśli, że może jeszcze uratować świat – mruknął pod nosem. – To choroba.

– Ja nie chcę ratować świata. Chcę tylko sprawdzić.

– I co wtedy zrobisz?

Nie odpowiedziałem, sam nie znałem odpowiedzi. Co może zrobić bezcielesna istota?

Starzec przyglądał mi się długo mętnymi oczami. W końcu zrezygnowany machnął ręką i wskazał palcem wąską, ciemną szczelinę w bocznej ścianie światła, tuż obok zardzewiałego zawiasu bramy.

– Jeśli wrócisz, nie będziesz mógł zrobić nic – ostrzegł twardo. – Nie dotkniesz żywego ciała. Nie przemówisz. Będziesz tylko duchem. Rozumiesz?

Pokiwałem głową.

– Głupi jesteście, wy, ludzie – syknął, wracając do swoich pergaminów. – Szybko, zanim się rozmyślę. Czas tam na dole płynie inaczej. Dla ciebie to chwila, dla niej miną kolejne trzy dni.

Zrobiłem krok i poczułem znajome, potężne szarpnięcie.

– Piotrze… – zawołałem jeszcze, lecąc w ciemność.

– Czego?

– Będę mógł wrócić do nieba, prawda?

Stary stróż uniósł głowę i uśmiechnął do mnie szczerze.

– Pospiesz się, Czesławie. Nie mam czasu na opiekę nad starymi durniami.

Nagle jego twarz się zmieniła, jakby coś sobie przypomniał. Wstał i oszołomiony chciał coś jeszcze powiedzieć, machając rękami, ale światło nad moją głową pękło i runąłem prosto w mrok.

 

4

 

Gdy otworzyłem oczy, lewitowałem pośrodku własnej izby.

Ciężkie krzesło leżało przewrócone pod ścianą, a na deskach podłogi zdążyła już osiąść szara warstwa kurzu, jakby przez kilka dni nikogo tu nie było.

Potem spojrzałem wyżej i poczułem, jak umieram po raz trzeci.

Basia wisiała pod główną belką stropową. Gruby sznur wrzynał się głęboko w jej siną szyję, a twarz była całkowicie zasłonięta przez potargane, ciemne włosy.

Czas przestał istnieć. Rzuciłem się do niej, próbowałem chwycić za kolana, unieść, zdjąć z tej przeklętej pętli, ale moje dłonie przechodziły przez jej ciało jak przez mgłę. Byłem niczym. A biedna Basia zabiła się, bo nie wytrzymała widoku moich kolejnych śmierci.

Drzwi chałupy otworzyły się gwałtownie, uderzając o ścianę. Do środka weszli łowcy. Mistrz w ciężkim płaszczu i młody adept. Za nimi, zziębnięta, dreptała stara wdowa z sąsiedztwa.

– Mówiłam wam, panie – mamrotała, poprawiając chustkę na głowie. – Trzy dni z chałupy nie wychodziła. Ani do studni nie szła, ani na targ. Krowa w oborze ryczała z głodu, to dopiero wtedy sąsiedzi się zaniepokoili. Ale jak tu sprawdzić, gdy kto wie, czy nie zagryzie?

Adept zamarł w progu, rzuciwszy torbę na ziemię. Spojrzał na wiszące pod stropem ciało, po czym szybko spuścił wzrok, błądząc nim po podłodze.

– Biedaczka… 

Mistrz podszedł bliżej, uniósł głowę i westchnął ciężko.

– Została sama, żal popchnął ją do złego.

– Była taka młoda, mistrzu.

– Śmierć nie wybiera roczników, Wawrzyńcu.

Sąsiadka przeżegnała się spiesznie i cofnęła ku wyjściu.

– Ojca kochała ponad życie – chlipnęła. – Nie zniosła, że wrócił jako bestia.

Mistrz skinął głową ze smutkiem, jak człowiek, który doskonale znał opowieść, zanim jeszcze ją usłyszał.

– Dobra kobieto, idźcie już – odprawił staruchę, po czym rzucił do ucznia: – Zdejmijmy ją, zanim się przemieni. Przyszliśmy w ostatniej chwili.

 

*

 

Basia siedziała na krześle, na którym wcześniej umarłem. Gruby sznur oplatał piersi, nadgarstki i kostki, przywiązując ją sztywno do oparcia. Pętla wciąż tkwiła na szyi, odcięta tuż przy węźle. Głowa opadała na bok, a martwe oczy schowane były za pasmami włosów.

Poczucie winy paliło jak ognie piekielne. Umarłem i zostawiłem ją samą w tej chałupie. Jak sobie bidulka miała poradzić beze mnie?

Młody adept ze starannością rozkładał na stole narzędzia. Srebrny krzyż, kadzielnica, flaszka ze święconym olejem i zwinięta sieć. Palce trzęsły mu się lekko.

– Zaczynaj – wychrypiał Augustyn i oparł plecy o ścianę izby. – Doczekałeś się. Twój ostatni egzamin.

– Tak, mistrzu.

– Samobójcy nie mogą trafić do nieba, więc musimy ją wsadzić w gwoźdźnię.

Nie, nie, nie, błagam!

To nie jej wina, nie dała rady! Nie mogli skazać Basi na gwoźdźnię, jak jakiegoś łachudrę! Widziałem już takie przypadki nieraz, nawet wśród sąsiadów. Wsadzali powrotnika, który nagrzeszył za życia, do trumny pełnej długich gwoździ przebijających mięso na wylot. Dusza nie miała wstępu do nieba, ale jakoś trzeba było unieszkodliwić ciało, żeby nie zrobiło krzywdy żywym. Brutalne i konieczne. Ale nie dla mojej słodkiej Basi!

– Nie możemy zrobić wyjątku dla tej biedaczki? – odezwał się cicho Wawrzyniec.

Starszy łowca spoważniał, nie ukrywając smutku.

– Żal nie zmienia prawa, synu.

Nie! Nie zgadzam się!

Podleciałem do Augustyna i zacząłem okładać go pięściami, ale każdy cios przelatywał na wylot przez jego ciało. 

On i tak nie patrzy, rozumiesz?! On odszedł, to nic nie zmieni! Byłem tam!

Łowca stał z założonymi rękami, obserwując Wawrzyńca. Wzruszony adept skinął głową, podszedł do krzesła i uklęknął na jedno kolano. Uniósł srebrny krzyż.

Wtedy moja córka otworzyła oczy.

Nie było w nich już nic z Basi. Białka zaszły mętnawą czernią, źrenice rozlały się szeroko. Szarpnęła gwałtownie całym ciałem, aż ciężkie dębowe krzesło podskoczyło na deskach, a liny zatrzeszczały.

Chłopak odruchowo odskoczył w tył, niemal przewracając stół. Mistrz prychnął, nie zmieniając pozycji.

– Spokojnie. Wybudza się. Wracaj na miejsce.

Wawrzyniec przełknął ślinę, otarł pot z czoła i znów przyklęknął. Uniósł krzyż wyżej, prosto przed żądną krwi twarz Basi.

In nomine Patris, et Filii, et

Nie dokończył. Basia wyprężyła się w łuk z siłą, której nie mogło mieć ludzkie ciało. Prawa noga, słabo dociągnięta przez rzemień, wystrzeliła z więzów. Bosa stopa uderzyła adepta prosto w pierś. Chłopak poleciał do tyłu, rypnął głową o podłogę, a krzyż potoczył się z głośnym brzękiem pod ławę.

Mistrz zaklął siarczyście i oderwał plecy od ściany.

– Sieć! Bierz sieć, idioto! Zaraz się wyrwie!

Adept jednak pozostał na podłodze. Leżał podparty na łokciach i obserwował szarpiącą się dziewczynę. Najpierw jej bose stopy, potem wyżej – na odsłonięte, posiniaczone uda, z których podczas szamotaniny zsunęła się sukienka. Fioletowo-czarne, nieregularne ślady ciągnęły się pod zakrwawioną bieliznę. Chłopak zmarszczył brwi, a jego twarz nagle pobladła. Powoli wstał.

Szlag, o co tu chodzi? Co to ma znaczyć?!

Basia parła coraz wścieklej, charcząc przez zęby. Przy każdym szarpnięciu potargana sukienka na jej piersiach rozchylała się mocniej, obnażając odciski wielkich, silnych palców na obojczykach.

Augustyn zrobił szybki krok naprzód, sięgając do pasa po nóż.

– Na co czekasz, psiamać?!

Uczeń nie odpowiedział. Jego wzrok spoczął teraz na szyi dziewczyny. Szeroka pętla przesunęła się podczas szamotaniny w górę, odsłaniając podgardle. Widniały tam świeże zadrapania od paznokci i zasinienia, które nie przypominały wisielczych ran.

Zacząłem rozumieć. Prawda wchodziła we mnie powoli, boleśnie, jak ostrze wsuwane między żebra.

Wawrzyniec odwrócił głowę i spojrzał na łowcę.

– Miał pan rację, mistrzu – powiedział chłopak, a jego głos był nienaturalnie spokojny.

Augustyn zmrużył oczy, zaciskając dłoń na rękojeści sztyletu.

– Co ty tam fanzolisz, głupcze?

– Najgorsze potwory naprawdę są wśród ludzi – szepnął adept.

Przez moment żaden z nich się nie poruszył. 

– Teraz już rozumiem, dlaczego odesłałeś mnie z izby przy jej ojcu.

Mistrz zrobił krok w tył. O jeden oddech za późno.

Chłopak dopadł do niego błyskawicznie. Pchnął starszego łowcę z całej siły prosto na szarpiącą się na krześle dziewczynę, zanim ten zdążył ciąć nożem.

Dębowy mebel runął na podłogę z głuchym trzaskiem. Liny, naciągnięte do granic wytrzymałości, pękły pod ciężarem dwóch ciał. Przemieniona Basia, w pośmiertnym głodzie i furii, zaatakowała leżącego pod nią mężczyznę z nadludzką siłą. Zęby z głośnym kłapnięciem wbiły się głęboko w kark, rozrywając tętnicę. Augustyn krzyknął przeraźliwie. Cały jego autorytet zgasł. Zostało tylko przerażone mięso.

– Przepraszam… – wychrypiał, krztusząc się własną krwią, która fontanną trysnęła na podłogę.

– Żal nie zmienia prawa – rzucił Wawrzyniec spokojnie.

Ciało Augustyna drgnęło jeszcze raz i znieruchomiało.

 

5

 

Słychać było tylko mokre rzężenie przemienionej Basi i gęstą krew Augustyna kapiącą na deski. Młody adept stał nieruchomo, wpatrując się w rozszarpane zwłoki nauczyciela.

Basia uniosła głowę znad trupa. Z jej zakrwawionych ust zwisały strzępy skóry. Patrzyła przed siebie czarnymi oczami. Spojrzałem na martwego łowcę, na tego szanowanego obrońcę, który kilka dni wcześniej tak pobożnie obiecywał mi zbawienie, i zrozumiałem wszystko. Cały ten parszywy, zostawiony przez Boga świat.

Chłopak podniósł z podłogi zwiniętą sieć i jednym płynnym ruchem zarzucił ją na szarpiącą się dziewczynę. Basia zawyła dziko, rzucając się po podłodze w plamach krwi, próbując przegryźć grube węzły.

Wawrzyniec ukląkł przy niej na kolana. Wyciągnął spod ławy srebrny krzyż.

– Niech twoja droga będzie lżejsza od życia – wyszeptał.

Zaczął odmawiać modlitwę. Krzyk Basi stawał się coraz cichszy, bardziej stłumiony, aż w końcu przeszedł w głębokie westchnienie i ucichł zupełnie. Ciało zwiotczało, głowa opadła bezwładnie na bok, a sieć przestała drżeć.

W izbie zapadła cisza, jakiej ten dom nie słyszał od miesięcy.

Chłopak siedział na piętach przez dłuższą chwilę. W końcu powoli odłożył krzyż na zakurzony stół i spojrzał na stygnące zwłoki mistrza.

Wstał, podszedł do martwego mężczyzny i przez moment patrzył na człowieka, którego przez całe młode życie podziwiał. Potem westchnął ciężko, poprawiając pas.

Ruszył w stronę wyjścia, pchnął drzwi, ale w samym progu zatrzymał się jeszcze raz. Spojrzał przez ramię na Augustyna.

– Wrócę niedługo z gwoźdźnią – mruknął gorzko.

Wyszedł. Ciężkie buty załomotały na zamarzniętej ziemi przed chałupą, a potem nastał spokój. Zostałem sam.

Wtedy, tuż nad połamanym krzesłem zaczęło dziać się coś niezwykłego. Smugi światła gęstniały, aż w końcu nabrały kształtu. Tak dobrze znanego, że poczułem, jak pod moją niematerialną postacią uginają się kolana.

Stała przede mną Basia. Była tą samą radosną dziewczyną, która jeszcze kilka dni temu tańczyła przy piecu, udając, że zupa wyszła jej idealnie. Spojrzała na mnie, a z naszych oczu popłynęły słone łzy.

Podleciałem do niej. Po raz pierwszy, odkąd zwinęło mi się serce przy stole, mogłem jej dotknąć. Moje dłonie nie przeszły przez nią jak przez powietrze. Objąłem córkę kurczowo, najmocniej jak potrafiłem.

Nie powiedzieliśmy ani słowa, bo i po co? Płakaliśmy tylko razem, trzymając się w tym zatęchłym, pełnym krwi pokoju.

Chwilę później poczułem znajome, potężne szarpnięcie w górę. Basia chwyciła mnie mocno za rękę i ruszyliśmy w mrok. Chałupa zaczęła gwałtownie maleć, niknąć w dole, a my, trzymając się czule, lecieliśmy prosto na spotkanie ze świętym Piotrem, czekającym na pękniętym stołku.

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

 

Bardzo dziękuję za uprzedzenie o przekleństwach i scenach brutalnych. )

 

Kwestie techniczne i sugestie oraz wątpliwości (tylko do przeanalizowania):

Wrota, które powinny być ze szczerego złota (przecinek?) niknęły gdzieś w burych chmurach, a w głębokich bruzdach rzeźb anielskich skrzydeł plenił się dziki bluszcz.

– Mówią na mnie święty Piotr. – mruknął pod nosem, nawet nie podnosząc wzroku. – Czesław Kowalik? – błędny zapis dialogu?

– Żal nie zmienia prawa. – rzucił Wawrzyniec spokojnie. – i tu?

 

 

Czy te przykładowe aliteracje są celowe?:

Były mętne, podbite sinymi worami, a skóra na policzkach przypominała pomarszczoną, wyschniętą na słońcu gruszkę.

Anioły od wieków nie potrafią podnieść palca bez rozkazu.

Ciasne pętle powodowały puchnące rany na fioletowej skórze, ale nie krwawiłem.

Przyjrzał jej się uważniej, a jego wzrok zsunął się z zapłakanej twarzy na drżące dłonie, potem powoli powędrował wzdłuż ramion, zatrzymując na piersiach o moment za długo.

Podejrzewałem, że gest miał być ojcowski, pokrzepiający, ale jego palce zacisnęły się na sukni odrobinę mocniej, przesuwając powoli po obojczyku.

 

 

Coś zgniatało mnie i wykręcało na wszystkie strony, jak wyżynane pranie. – hmmm, literówka spowodowała błąd logiczny?

Czułem każdą nierówność desek pod plecami i chropowate liny wżynające się w nadgarstki. – hmmm, podobny wyraz, lecz tym razem to ortograf?

 

 

Basia posłuchała – związała mnie mocno. Ciasne pętle powodowały puchnące rany na fioletowej skórze, ale nie krwawiłem. Dochodził do mnie własny, cuchnący padliną oddech. – powtórzenie?

Zabieraj łapy od mojej córki i rób (przecinek?) co trzeba!

Nawet gdy szczęka zatrzasnęła się z siłą imadła, niemal przegryzając własny język, a z gardła chlusnął obcy, gardłowy ryk, od którego Basia aż zatkała uszy. – styl?

– Głupi jesteście, wy (przecinek?) ludzie – syknął, wracając do swoich pergaminów.

A moja biedna córeczka zabiła się, bo nie wytrzymała widoku moich śmierci. – albo brak części zdania, albo literówki?

Ale jak tu sprawdzić, gdy (przecinek?) kto wie, czy nie zagryzie?

Poczucie winy paliło mnie jak ognie piekielne. Umarłem i zostawiłem ją samą w tej chałupie. Jak sobie bidulka miała poradzić beze mnie? – powtórzenie?

 

 

Noooo… Anonimie, happy end po TAKICH wydarzeniach to nie lada sztuka, a Tobie się on wybornie udał! :)) Od pierwszych spojrzeń mistrza niestety spodziewałam się takiego zakończenia owego spoglądania…

Świetny horror. :) I znakomite wpasowanie się w wymogi Konkursu. :)

 

Pozdrawiam serdecznie, klik, powodzenia. :)

 

Dzień dobry, bruce

 

Anonim bardzo dziękuje za poprawki, które wprowadził. Jest mu też bardzo wstyd za błąd ortograficzny, który nie pojawił się wcale w tak niepopularnym słowie. Za to bardzo rozśmieszył go błąd z wyżynanym praniem, no cóż, trup miał się lać gęsto, to i pranie Anonim wybił. Jedną aliteracje jednak uważa za celową, lub nie przeszkadzają mu. 

 

Anonim ubolewa nad tym, że spodziewałaś się, co się wydarzy, dlatego, zanim Szanowne Jury przybyło, zdecydował się na usunięcie zdania o dotyku Basi, a pozostał tylko na patrzeniu na nią. Ma nadzieję, że usunięcie jednego zdania nie gryzie się z regulaminem konkursu.

 

Anonim pozdrawia, bardzo wdzięczny za wszystkie słowa pochwały i raduje się, że opowiadanie Ci się podobało!

O, Szanowny Anonimie, to bynajmniej nie był zarzut, o nie! :) Po prostu na Portalu często jedynie delikatna wzmianka o pewnej kwestii już nakazuje mi, aby się tego potem spodziewać w większym rozwinięciu. :) Bywa jednakże, iż w tej kwestii się mylę. :) 

Wspomnianych usterek nie byłam pewna, także musiałam je sprawdzić; ortografia to niełatwa rzecz, nie należy się wstydzić, kiedy się pracuje nad warsztatem, by ciągle go doskonalić, a to opowiadanie świadczy o Dużym Talencie Autora. :) 

Pozdrawiam serdecznie i również dziękuję. heartkiss

Anonim rozumie i tym bardziej cieszy się z tak pięknych słów na temat jego pracy. 

 

Anonim bardzo dziękuje i również serdecznie pozdrawia!

heart

Cześć, Anonimie!

 

Bardzo podobał mi się klimat i sam pomysł świata. Historia szybko mnie wciągnęła, a zakończenie z Augustynem było dobrze przygotowane, zaskakujące i mocno wybrzmiało emocjonalnie.

 

Zawsze wolę skupiać się na (hehe) „mięsie” opowieści niż na technikaliach, które w ostatnich dniach doprowadzały mnie do szaleństwa przy pracy nad własnym tekstem. Jednak brakiem kultury z mojej strony byłoby nie napisać nic merytorycznego. Dosłownie kilka drobnych rzeczy wybiło mnie z lektury. Narrator jako bezcielesny duch mówi: „nogi mi zmiękły”, „usiadłem na nim ciężko”, co trochę kłóci się z wcześniejszym opisem jego stanu. Z jednej strony jest niematerialny, z drugiej siada, chodzi, ma dłonie i odczuwa ciężar. Podobnie miałem wrażenie, że Kowalik wspomina o upływie trzech dni, zanim dostaje tę informację od Piotra.

 

Są to jednak raczej kosmetyczne uwagi niż poważne problemy. A być może taki był twój zamysł, którego nie ogarnąłem. Błędy, czy nie, je można poprawić. Z wyobraźnią jest znacznie trudniej. A ty ją masz. Ogólnie czytało mi się bardzo dobrze i chętnie przeczytałbym coś więcej z tego świata.

Witaj, NomadFromNowhere.

 

Anonim niezmiernie się cieszy, że Twoje wrażenia z lektury są tak pozytywne! Nie pozostaje nic innego, jak podziękować!

 

Co do uwagi o bezcielesności, wypisałeś momenty, które dzieją się pod bramą Nieba. Tam jednak działało to troszkę inaczej, niż na Ziemi. Powiedzmy – dusze normalnie funkcjonowały. Chyba, że Anonim popełnił taki błąd w którejś scenie na Ziemi, ale nie może się tego teraz dopatrzeć, wtedy się kaja.

 

Czesław wiedział o upływie trzech dni, ponieważ sytuacja miała miejsce już od dawna, sam Kowalik wspominał o tym, że powrotnicy wracają od dość długiego czasu. Kapłani domyślili się, co się dzieje, i obstawili, że Bóg odszedł, więc, żeby dusze nie wracały jako powrotnicy, muszą teraz oni te dusze kierować do nieba. Ten proces, wspomniane trzy dni, był stały i trwał już od pewnego czasu. Rozmowa z Piotrem była raczej potwierdzeniem ziemskich założeń, które się sprawdziły, a do nich ludzie już mieli dostęp.

 

Ale nawet jeśli, to uważasz, że to kosmetyczne sprawy, co Anonima bardzo cieszy. Bardzo mu miło, że doceniasz jego wyobraźnię.

 

Anonim pozdrawia i bardzo dziękuje za motywujący komentarz!

Witam!

 

Brodę miał skołtunioną, wtarte w nią resztki starego jedzenia,

Hm, coś mi tu nie brzmi.

Kiedy srebrny krzyż spoczął na mojej piersi,

Można zmienić składnię na mniej “angielską” – nie zawsze brzmi to lepiej, więc musisz zdecydować:

 

Kiedy srebrny krzyż spoczął mi na piersi,

 

Ciasne pętle powodowały rany na fioletowej skórze, ale nie krwawiłem

Mało naturalne. Lepiej: Ciasne pętle raniły fioletową skórę, ale nie krwawiłem

 

Pchnął gwałtownie nóż, prosto między moje żebra.

Wiadomo, czyje

 

Adept zamarł w progu, rzucając torbę na ziemię.

Jeśli zamarł, to nie rzucając, tylko rzuciwszy. Ha, wiedziałem, że jakiś imiesłów ubiję!

 

Wrażenia ogólne: świetne opowiadanie. Wartka akcja upchnięta wzorowo w niewielkiej objętości. Ciekawy, choć zasugerowany zwrot akcji – taki miękki twist, ale i tak dobrze się bawiłem. Naturalne dialogi, ciekawa kreacja świata. Do tego wzruszające zakończenie. W zasadzie idealne proporcje wszystkiego ;)

 

Jakby forum działało sprawniej, to by było w jeden dzień przeklikane do biblioteki. Nieco w tym pomogę :)

 

 

 

 

Dzień dobry, marzanie.

 

Anonim ciął i rąbał, a jednak jakieś nadmierne “moje” się uchowało. Cieszy się też, że udało Ci się dorwać imiesłów! Anonim bardzo dziękuje za poprawki, są słuszne i należycie wprowadzone już do tekstu.

 

Anonim niezmiernie się cieszy z Twojego odbioru. To doprawdy miłe czytać taki komentarz! Sprawiłeś nim Anonimowi wiele radości. 

 

Anonim zastanawia się też, czy usunięcie spoglądania na dziewczynę, z miękkiego twistu, nie spowodowałoby niezrozumiałej sytuacji, w której nic nie zapowiadało, nawet odrobinę, takiego rozwoju wydarzeń. Ale to już tylko gdybania, zobaczymy!

 

Anonim bardzo dziękuje za komentarz i klika. Spodziewał się wolnej reakcji na opowiadanie, bo konkurencja wystrzeliła jak z armaty! Anonim serdecznie pozdrawia!

Hej Anonimie,

bardzo dużo wartkiej akcji. Intrygująca koncepcja, by pokazać perspektywę zombie (choć przez chwilkę) oraz pomysł na konsekwencje po zniknięciu Boga.

Spodziewałam się, że Augustyn dokona napaści na Basię. Natomiast zaskoczyło mnie, że on w dodatku próbował upozorować jej samobójstwo…:/

Trochę mnie mroziły sformułowania “słodka Basia” w ustach ojca dziewczyny. Rozważyłabym zmianę na coś bardziej adekwatnego do relacji ojciec-dorosła córka.

Sama końcówka ładna, może nawet za bardzo ;). 

 

Idę kliknąć:)

Dobry tekst.

Fajny pomysł na świat, na fabułę może nawet lepszy. POV, który nic nie może zrobić, tylko patrzy, daje świeżą perspektywę.

Cieszę się, że znalazło się miejsce na happy end dla bohaterów. Zasłużyli sobie.

A z tego łowcy to kawał sukinsyna był. Niech mu gwoźdźnia ciasną będzie.

I stała się na ziemi Bogów różnodzielność,

I stała się na ziemi trupów nieśmiertelność. (…)

Na ziemi trup odbywał sądzenie Erebu,

Można było królowi zaprzeczyć pogrzebu.

Zwarta historia ze zręcznie wkomponowanym happy endem. Opisy postaci i ich reakcji wydały mi się przekonujące. Centralny motyw “ludzie są najgorszymi potworami” znany, ale dobrze wykorzystany, pasował do tego tekstu. Nie jestem pewien, na ile to ma sens, że związanie sznurem ogranicza możliwości fizyczne “powrotnika”, a zakopanie w trumnie czy nawet kremacja – nie; i dlaczego w takim razie ponowne wsadzenie go do trumny miałoby coś zmienić. Zabrakło mi też wskazówki, skąd w tym świecie powszechność przekonania, że rytuały dokonywane przez łowców decydują o losach duszy zmarłego.

Augustyn jest ciekawie zrobiony, bo jednak nie przewidziałem, że okaże się złoczyńcą – jego napomnienia dla adepta wydawały mi się raczej sugerować, że jest świadom własnych słabości i krzywd, które mógłby wyrządzić, gdyby pozwolił sobie na utratę kontroli. Widzę, że Przedmówcy oceniali go trafniej, w każdym razie świadczy to o dobrym wyważeniu wątku.

Ale jak tu sprawdzić, gdy, kto wie, czy nie zagryzie?

Nie stawiałbym przecinka przed “kto”, bo “kto wie” nie jest tu wtrąceniem.

– Wrócę niedługo z gwoźdźnią– mruknął gorzko.

Spacja przed myślnikiem.

Po raz pierwszy, odkąd zwinęło mi się serce przy stole, mogłem ją dotknąć.

Jej dotknąć (dopełniacz w znaczeniu fizycznym, biernik w abstrakcyjnym).

 

Klikam do Biblioteki i pozdrawiam,

Ślimak

Witaj, Cytryno!

 

Anonim cieszy się niezmiernie, że doceniasz tekst! Chociaż troszkę mu szkoda, że spodziewałaś się pewnej części wydarzeń (dobrze, że jednak odrobinkę udało się zaskoczyć).

 

Anonim jednak nie rozumie “mrożenia” na czułe słowa ojca względem córki. Dorosłej, ale młodej. Anonim sądzi, że nie można dać się terroryzować mediom i wszędzie doszukiwać podtekstów. Zło istnieje i trzeba je zwalczać, ale miłość w rodzinach również istnieje. Takie stwierdzenia nie dziwią szczególnie w sytuacji, kiedy ojciec zwraca się do córki w żalu i smutku: Najpierw z powodu tego, że będzie samotna po jego odejściu (i będzie widzieć go w wersji powrotnika); później z powodu krzywdy jaka ją spotkała.

 

Anonim bardzo dziękuje za przeczytanie i miłe słowo!

 

Dobry wieczór, Finklo.

 

Anonim bardzo cieszy się z tak pozytywnej opinii. Zgadza się, że perspektywa jest interesująca i mimo że początkowo w nią nie wierzył, to w trakcie pisania nawet ją docenił. Cieszy się, że nie odpuścił pomysłu.

 

Anonim również bardzo się cieszy, że miał miejsce happy end, Kowalik i młoda Kowalikówna zasłużyli na chociaż namiastkę szczęścia po tym co ich spotkało.

 

Anonim zgadza się, że łowca to sukinsyn, a słowa: Niech mu gwoźdźnia ciasną będzie, spowodowały uśmiech na jego twarzy, bo pasują idealnie.

 

Witaj, Ślimaku!

 

Anonim nie potrafi sobie przypomnieć skąd zna wersy zawarte na początku komentarza, ale jest pewien, że gdzieś już je czytał. Pasują idealnie.

 

Anonim niezmiernie się cieszy, że pozytywnie oceniasz tekst. Szczególnie cieszy go opinia o dobrym wyważeniu wątku, bo Anonim obawiał się, że jest to zbyt przewidywalne, a teraz nabrał nadziei, że jest w punkt.

 

Anonim chciałby wyjaśnić, że krępowanie sznurem było prowizoryczne i działało tylko na chwilę. Było stosowane, jako unieruchomienie do samego rytuału, tymczasowe. Zakopanie, czy spalenie uniemożliwiłoby rytuał. Palenie zwłok było kiedyś nieakceptowalne względem wiary chrześcijańskiej. A z trumien to powrotnicy wyłaziły i żerowały (fakt, nie ma tego w tekście, ale skądś się gwoźdźnia wzięła).

 

Przekonanie pochodziło stąd, że po takim rytuale dusze nie wracały, wszystko inne zawodziło. Najpierw palono (wbrew wierze), zabijano itd. Ale ciągle wracali. Kościół tylko założył po jakimś czasie (i wielu zagryzionych), że Bóg odszedł, to był ślepy traf, ale rytuały działały. Jak widzisz, Kowalik nie miał pewności, że tak się stało, Piotr go upewnił w przekonaniu.

 

Kościół i łowcy wierzyli w taką wersję wydarzeń, a ich akcje działały, ale pewności nie mieli, że rozwiązali zagadkę. Jednak tak długo jak to wychodziło kontynuowali i takie słowo głosili.

 

Anonim dziękuje za odwiedziny, garść ciekawych pytań, miłe słowa i celne poprawki (które wprowadził). Twoja wizyta go zaskoczyła, ale przyniosła wiele radości!

 

Anonim pozdrawia wszystkich i dziękuje za kliki!

Anonim nie potrafi sobie przypomnieć skąd zna wersy zawarte na początku komentarza, ale jest pewien, że gdzieś już je czytał. Pasują idealnie.

Słowacki, List do Aleksandra H.

Anonim chciałby wyjaśnić, że krępowanie sznurem było prowizoryczne i działało tylko na chwilę. (…) Przekonanie pochodziło stąd, że po takim rytuale dusze nie wracały, wszystko inne zawodziło. Najpierw palono (wbrew wierze), zabijano itd. Ale ciągle wracali.

Faktycznie, jeżeli zmarli wracali nie jeden raz, lecz dowolnie wiele, a po odprawieniu rytuału przestawali, to odpowiada na obydwa moje pytania naraz. Wydaje mi się, że ta informacja nie padła nigdzie w tekście wprost, żebym wyrzucał sobie nieuważną lekturę, ale możliwe, że większość odbiorców przyswaja ją jakoś intuicyjnie i w takim razie wykładanie kawy na ławę byłoby błędem kompozycyjnym. Inna rzecz, że w takim świecie Kościół łatwo zdobyłby dystopijną władzę, daleko wykraczającą poza przestępstwa pojedynczych łowców.

Twoja wizyta go zaskoczyła, ale przyniosła wiele radości!

Ja to muszę ponownie w sobie odnaleźć, żeby móc komentować opowiadania dla przyjemności spontanicznie i w miarę krótko, a nie tylko rozwałkowywać nominacje na tysiące znaków i martwić się, czy nie przeoczę w nich jakiegoś kluczowego wątku lub myśli. Rozumiem wytknięcie mojej niskiej aktywności na forum i jest mi odrobinę głupio, ale pocieszam się, że ci, którzy najpewniej nominowaliby ten tekst, gdyby tylko widzieli nick autora, też potem poczują się nieswojo.

Pozdrawiam serdecznie!

Witam :]

 

Hmmm zakończenie mnie nie do końca usatysfakcjonowało. Tekst przedstawia nam ten dziwny świat i losy typowego powróceńca w nietypowej mieszance lekkiego absurdu i grimdarku wręcz, a kluczowe wydarzenie, krzywda wyrządzona córce, spada jak grom z jasnego nieba pod koniec przedostatniej sceny. Owszem, jakaś tam sugestia wcześniej była, ale całość fabuły absolutnie nie wydaje mi się do takiego rozwiązania dążyć. Trochę jakby autor wymyślił sobie fajny świat i “dokleił” zakończenie, bo przecież jakieś było potrzebne. Daje mi to pewne podejrzenia co do tożsamości Anonima.

 

Tak czy inaczej, jeden zgrzyt nie powinien przesłaniać, że pod wieloma względami jest to fajny tekst. Mamy nietypowy klimat, wartką akcję, przyjemną dla czytelnika narrację. Dziwny a niezbyt wspaniały świat poznajemy, podążając za losami “lubialnego” bohatera, a nie poprzez suchą ekspozycję.

 

Pozdrawiam i doklikuję!

To jednak Anonim nie jest pewien, czy czytał, Ślimaku. A jednak te wersy wydają mu się takie znajome…

 

Anonim podobnie podszedł do opisywanej sprawy, jak napisałeś – nie chciał wykładać kawy na ławę, żeby nie zepsuć efektu. Ma nadzieje, że była to dobra decyzja. Zgadza się, że władza kościoła wyszłaby pewnie po czasie dalej, niż widzimy to w opowiadaniu, ale obserwujemy sytuację z jednej chałupy. Ogólna sytuacja na świecie mogła być różna, jednak jak to w historii bywało i bywa, Kościół z założenia jest niewinny dla ludzi, więc Anonim nie chciał tutaj uderzać w takie rzeczy. Jednak gdyby Anonim miał pisać kontynuacje, to z pewnością by chciał pokazać więcej świata, tutaj przez założenia konkursu był troszkę ograniczony i chciał w pełni wykorzystać pomysł na narratora.

 

Anonim w żadnym wypadku nie chciał wytknąć braku aktywności. Po prostu wie, że raczej czytasz opowiadania nominowane lub wiersze, więc szczerze ucieszyła go Twoja wizyta pod randomowym, anonimowym tekstem. Nic więcej na myśli Anonim nie miał i z pewnością nie chciał, żeby było Ci odrobinę głupio. Do ostatniego zdania powie tylko: Pomidor, z wiadomych względów.

 

Dzień dobry, GalicyjskiZakapiorze!

 

Anonim nie doklejał zakończenia, bo zakończenie miał w głowie, zanim wymyślił środek i świętego Piotra, ale musiałbyś mu uwierzyć na słowo. Anonim rozumie opinie, jednak uważa, że jest ona dość subiektywna, bo jednak większość komentujących spodziewało się, że coś z Augustynem jest nie tak i uznało to za prawidłowe następstwo poprzednich zdarzeń. Anonimowi również się wydaje, że to dążyło do tego, ale też patrzy przez pryzmat zasad konkursu – chciał spełnić je w pełni, w ciekawy sposób – więc jego opinia może być zaburzona. 

 

Anonim ma nadzieję, że jednak mylisz się, co do tożsamości Autora, bo to by znaczyło, że uważasz jego światotwórstwo za fajne, ale zakończenia za doklejane na siłę, a tego by nie chciał :(

 

Anonim cieszy się, że mimo tego, że nie siadło Ci zakończenie, co rozumie, to jednak tekst Ci się podobał i wypisałeś szereg pozytywnych jego cech, za co bardzo dziękuje! 

 

Anonim pozdrawia i dziękuje za doklikanie do biblioteki!

Anonim ma nadzieję, że jednak mylisz się, co do tożsamości Autora, bo to by znaczyło, że uważasz jego światotwórstwo za fajne, ale zakończenia za doklejane na siłę, a tego by nie chciał :(

Raczej myślałem o kimś, kto światotwórstwo po prostu stawia wysoko w hierarchii wartość elementów dzieła fantasy. Tak czy inaczej i kimkolwiek jesteś, wybacz, jeśli taki komentarz sprawił Ci przykrość, nie chciałem tego.

 

Anonim nie doklejał zakończenia, bo zakończenie miał w głowie, zanim wymyślił środek i świętego Piotra, ale musiałbyś mu uwierzyć na słowo.

Wierzę, bo czemu miałbym nie wierzyć. Pisałem o tym, jakie wrażenie to na mnie zrobiło, nie o tym, jak przebiegał proces, bo przecież tego wiedzieć nie mogę. I, jak zauważasz, może to być wrażenie dość subiektywne.

GalicyjskiZakapiorze, proszę się nie przejmować, Twój komentarz nie sprawił Anonimowi przykrości, wręcz przeciwnie. Po prostu Anonim zaczął się zastanawiać nad swoimi zakończeniami, bo ceni sobie Twoją opinię. Ale po Twoim sprostowaniu już zupełnie nie widzi powodu do smutku!

 

Anonim cieszy się, że pomimo ogólnej pochwały, napisałeś również swoje szczere odczucia co do zakończenia. 

 

Anonim jeszcze raz dziękuje za komentarz, opinię i klika!

Anonim wita pierwszą Jurorkę!

Hejka!

Muszę przyznać, że to jedno z lepszych opowiadań, jakie ostatnio przeczytałam. Pomysł z powrotnikami, odejściem Boga i zasadami rządzącymi światem jest oryginalny i naprawdę ciekawy.  

Sceny, w których Czesław jest uwięziony we własnym ciele i nie może zrobić nic, żeby ochronić córkę, były naprawdę poruszające, a jeszcze mocniej uderzyła mnie późniejsza bezsilność, kiedy jako duch nie mógł już niczego zmienić. A jednak przez większość tekstu miałam nadzieję, że wszystko skończy się dla nich inaczej.

Końcówka świetnie rozegrana. Przez większość opowiadania Augustyn wydawał się człowiekiem godnym zaufania, dlatego moment odkrycia prawdy uderzył porządnym ciosem. 

Całość przeczytałam z dużym zainteresowaniem, wciągało klimatem cały czas i pozostawiło mnie z dużymi emocjami.

Pozdrawiam!

 

Dzień dobry, Betweenthelines!

 

Anonim bardzo się cieszy z Twojego odbioru. Jest zadowolony, że tyle emocji udało mu się w Tobie wzbudzić!

 

Anonim dziękuje za tak miłe słowa i rad jest, że zakończenie Ci się spodobało, jak w sumie i cały tekst!

 

Anonim rozumie, że miałaś nadzieję, że skończy się to dla nich inaczej, ale jednak wydaje mu się, ze jak na konkurs o śmierci, to i tak wyszli na tym całkiem nienajgorzej!

 

Anonim również pozdrawia! :)

Najszczęśliwszy dzień życia to ten, w którym się z nim rozstajemy.

/Fryderyk II Wielki/

Anonim wita kolejnego Jurora!

Ech, Anonimie, choć treść opowiadania nie należy do przyjemnych, bo opisujesz sprawy ostateczne, w dodatku nad wyraz przykre, to muszę powiedzieć, że czytałam z niekłamanym zainteresowaniem, przewidując podłość Augustyna i dramat Basi. Dodam jeszcze, że bardzo spodobał mi się szalenie satysfakcjonujący finał.

 

– Lu­dzie są roz­szar­py­wa­ni przez wła­snych ojców! – Wy­buch­ną­łem, a dło­nie same za­ci­snę­ły mi się w pię­ści. → – Lu­dzie są roz­szar­py­wa­ni przez wła­snych ojców! – wy­buch­ną­łem, a dło­nie same za­ci­snę­ły mi się w pię­ści.

Tu znajdziesz wskazówki jak zapisywać dialogi.

 

Przyj­rzał jej się uważ­niej, a jego wzrok zsu­nął się z za­pła­ka­nej twa­rzy na drżą­ce dło­nie, potem po­wę­dro­wał wzdłuż ra­mion, za­trzy­mu­jąc na pier­siach o mo­ment za długo. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Spojrzał na nią uważ­niej, a wzrok powędrował z za­pła­ka­nej twa­rzy na drżą­ce dło­nie, potem wzdłuż ra­mion, za­trzy­mu­jąc się na pier­siach o mo­ment za długo.

 

prze­szy­wa­ją­cy ryk, od któ­re­go Basia aż za­tka­ła uszy. → Raczej: …prze­szy­wa­ją­cy ryk, przed którym Basia aż za­tka­ła uszy.

 

– Cze­sła­wie Ko­wa­li­ku – rzekł wy­nio­śle. – Obyś zna­lazł spo­kój. → Czy tu aby nie miało być: – Cze­sła­wie Ko­wa­li­ku – rzekł wz­nio­śle. – Obyś zna­lazł spo­kój.

 

na de­skach pod­ło­gi zdą­ży­ła już usiąść szara war­stwa kurzu… → Raczej: …na de­skach pod­ło­gi zdą­ży­ła już osiąść szara war­stwa kurzu

 

Mistrz w swoim cięż­kim płasz­czu i młody adept. → Czy zaimek jest konieczny? Czy mistrz nosiłby cudzy płaszcz?

 

– Na co cze­kasz, psia mać?! -> – Na co cze­kasz, psiamać?!

Dobry wieczór, reg!

 

Anonim bardzo się cieszy, że czytałaś z zainteresowaniem, a tym bardziej, że finał Cię szalenie usatysfakcjonował. W sumie jego też, bohaterowie sobie zasłużyli na taki finał. Chociaż tyle im się należało.

 

Anonim zastanawia się nad tym przewidywaniem, że Augustyn to podły człek. Chce wierzyć, że przy tak odmiennych komentarzach odnośnie tej kwestii, świadczy to o dobrze wyważonym wątku, nie o porażce.

 

Anonim nie spodziewał się, że jeszcze dostanie kiedyś w komentarzu link do poradnika dialogowego, ale to świadczy, że chyba się cofa w rozwoju. Chociaż na swoją obronę powie, że chyba nigdy nie zaczynał didaskaliów od “wybuchnął” i jakieś mu się to niegębowe wydawało, co oczywiście jest błędne.

 

Anonim bardzo dziękuje za poprawki, należycie je wprowadził i jest mu niezmiernie miło, że Twój odbiór jest tak pozytywny!

 

Anonim pozdrawia!

Owszem, Anonimie, historia Czesława i Basi była dla mnie interesująca, bo choć bohaterami uczyniłeś zombie (wyobracani po wielokroć chyba już na wszystkie strony) to Twoi powrotnicy są nieco inni – można ich okiełznać i unieszkodliwić, choć to niełatwe. Dodam, że nawet znany motyw, jeśli zostanie pokazany odmiennie, zawsze będzie dla mnie ciekawy.

 

Anonim zastanawia się nad tym przewidywaniem, że Augustyn to podły człek.

Rzecz stała się dla mnie jasna, kiedy wzrok Augustyna ślizgał się po dziewczynie, kiedy wypędził Wawrzyńca. Zostawiłeś jasne wskazówki, ale na tyle nikłe, że nie można mówić o porażce.

 

Chociaż na swoją obronę powie, że chyba nigdy nie zaczynał didaskaliów od “wybuchnął” i jakieś mu się to niegębowe wydawało…

No ale tak na zdrowy rozum – jeśli ktoś wybucha to przecież nie milczy, tylko wyrzuca z siebie potok głośnych słów. Chyba że od razu przechodzi do czynów, a raczej rękoczynów.

Anonim bardzo się cieszy, że masz takie zdanie o tym pomyśle i w ogóle o tekście. 

 

Właśnie to Anonimowi odebrało pewności, czy wskazówek nie jest zbyt dużo. Ale jednak jakieś musiały być. No nic, ważne, że dostał zasłużoną karę. I jak to Finkla napisała: Niech mu gwoźdźnia ciasną będzie.

 

Tak, reg. Jest to logiczne. Dlatego Anonim pacnął się w czoło, jak mu to wyszczególniłaś w błędach, bo nie mógł uwierzyć, że nie wpadł na to wcześniej i błędnie zapisał z wielkiej litery.

 

Anonim serdecznie pozdrawia!

Anonimie, pozostaje mi życzyć Ci powodzenia w konkursie! :)

Anonim bardzo dziękuje, reg heart

Dziń dybry!

 

Jakby usłyszał moje myśli, łowca puścił dziewczynę i odwrócił się z powrotem do łóżka.

A kiedy ją złapał? Przecież “tylko” stał przed nią i się gapił?

 

Dziękuję, mistrzu Augustynie, dziękuję.

Lepiej by wybrzmiało:

→ Dziękuję, mistrzu Augustynie. Dziękuję.

 

że nie wszytsko jest w porządku.

Literówka.

 

– Piotrze… – zawołałem jeszcze, lecąc w ciemność.

– Czego?

– Będę mógł wrócić do nieba, prawda?

Stary stróż uniósł głowę i uśmiechnął do mnie szczerze.

Eee, ale skoro on leciał, to jak mógł zobaczyć twarz Piotra?

 

Potem spojrzałem wyżej i poczułem, jak umieram po raz trzeci.

Ładne.

 

Nie, nie, nie, błagam!

To nie jej wina, nie dała rady! Nie mogli skazać Basi na gwoźdźnię, jak jakiegoś łachudrę! Widziałem już takie przypadki nieraz, nawet wśród sąsiadów. Wsadzali powrotnika, który nagrzeszył za życia, do trumny pełnej długich gwoździ przebijających mięso na wylot. Dusza nie miała wstępu do nieba, ale jakoś trzeba było unieszkodliwić ciało, żeby nie zrobiło krzywdy żywym. Brutalne i konieczne. Ale nie dla mojej słodkiej Basi!

Cały akapit też powinien być kursywą, skoro to myśli bohatera.

 

Chłopak poleciał do tyłu, rypnął głową o podłogę

Nie pasuje mi ten potocyzm. Zwykłe uderzył byłoby lepsze.

 

obserwował szarpiącą się dziewczynę. Najpierw na jej bose stopy

Skoro wcześniej napisał_ś obserwował, to na jest zbędne.

 

Fioletowo-czarne, nieregularne ślady ciągnęły się pod zakrwawioną bieliznę.

Ale jak wyglądały te ślady? To były pasma, siniaki? Jak mam to sobie wyobrazić?

 

Leżał podparty na łokciach i obserwował szarpiącą się dziewczynę. (…) Powoli wstał z kolan.

Kiedy zdążył zmienić pozycję?

Dużo tu skrótów myślowych. Znalazłam też wcześniej podobny skrót, ale nie chciałam już wyjść na taką czepialską. To się jednak powtarza, więc o poprzednim też wspomnę:

Chłopak poleciał do tyłu, rypnął głową o podłogę, a krzyż potoczył się z głośnym brzękiem pod (…). Leżał podparty na łokciach

Ten adept to jakiś ninja, że tak błyskawicznie zmienia pozycje.

 

Basia parła coraz wścieklej, charcząc przez zęby.

A można charczeć przez uszy?

 

W izbie zapadła nagła, potworna cisza.

Dlaczego? Demon, czy co tam opętało Basię, nagle się zmęczył? Dziwne to.

 

W izbie zapadła cisza, jakiej ten dom nie słyszał od miesięcy.

Halo, dosłownie chwilę wcześniej zapadła potworna cisza?

 

 

 

Podoba mi się pozytywne zakończenie, które osłodziło wcześniejsze dramaty i rozlew krwi.

Dobrze zrozumiałam, że to Augustyn zamieniał ludzi w powrotniki? Swoją drogą, fajna nazwa na potwory.

Nieszablonowy pomysł z tym, że Bóg sobie po prostu odszedł i miał gdzieś, co się dzieje z duszami po śmierci. Zostawił biednego Piotra samego na straży biurokracji.

Ładne opisy, plastyczne, filmowe, bez trudu można sobie (prawie) wszystko wyobrazić. Dobra robota!

 

Dziękuję za satysfakcjonującą lekturę i powodzenia w konkursie! Wirtualny klik leci :)

Anonim wita ostatnią z decydujących! Ukłony, JolkaK!

 

HollyHell91,

A kiedy ją złapał? Przecież “tylko” stał przed nią i się gapił?

Pozostałość po poprawkach. Anonim usunął jeden fragment po pierwszym komentarzu i nieopatrznie zostawił to dopowiedzenie. Wstyd. Anonim dziękuje za wyłapanie

Dziękuję, mistrzu Augustynie. Dziękuję.

Anonim się zgadza.

Eee, ale skoro on leciał, to jak mógł zobaczyć twarz Piotra?

To miało być takie filmowe, że już leci, ale jeszcze widzi to, co nad nim :(

Nie pasuje mi ten potocyzm. Zwykłe uderzył byłoby lepsze.

Anonim kategorycznie się nie zgadza, “potocyzmu” w tym tekście jest sporo, a narratorem jest prosty człowiek.

Chłopak poleciał do tyłu, rypnął głową o podłogę, a krzyż potoczył się z głośnym brzękiem pod (…). Leżał podparty na łokciach

Ten adept to jakiś ninja, że tak błyskawicznie zmienia pozycje.

Anonim zgadza się, co do pierwszego przykładu, ale tutaj nie. Poleciał do tyłu, czyli na plecy. No to wsparł się na łokcie, dalej leżąc. Taki ruch zajmuje sekundę, anonim głęboko w to wierzy, chociaż nie chciał próbować na własnym przykładzie, bo jeszcze by się połamał :D

Ale jak wyglądały te ślady? To były pasma, siniaki? Jak mam to sobie wyobrazić?

Anonim chciałby zwrócić uwagę, że odpowiedź znajduje się dosłownie w poprzednim zdaniu: Najpierw na jej bose stopy, potem wyżej – na odsłonięte, posiniaczone uda, z których podczas szamotaniny zsunęła się sukienka.

Basia parła coraz wścieklej, charcząc przez zęby.

A można charczeć przez uszy?

Można charczeć z otwartą buzią. Przez zęby, czyli dość agresywnie, zwierzęco w tym wypadku. Mając ciągle zaciśnięte zęby, jak pies.

To byłaby całkiem dobra uwaga, gdyby anonim napisał, że charczała przez usta.

Dobrze zrozumiałam, że to Augustyn zamieniał ludzi w powrotniki? Swoją drogą, fajna nazwa na potwory.

W żadnym wypadku. Ludzie naturalnie przemieniali się w powrotników, za sprawą odejścia Boga. Augustyn był od tego, żeby decydować, czy pójdą do nieba, czy skończą w gwoźdźni. Jego grzechem był gwałt i zabójstwo Basi.

 

Anonim bardzo dziękuje za poprawki, ale też za przemiły komentarz i uznanie dla tekstu! Dzięki, Holly!

Anonim pozdrawia!

Nowa Fantastyka