Opowiadanie zawiera kilka mniejszych przekleństw i brutalne sceny. Myślę jednak, że nie są przesadzone.
Anonim życzy wszystkim miłej lektury!
Opowiadanie zawiera kilka mniejszych przekleństw i brutalne sceny. Myślę jednak, że nie są przesadzone.
Anonim życzy wszystkim miłej lektury!
1
Umarłem przy stole.
Jeszcze chwilę wcześniej jadłem zupę. Pamiętam tylko, że sięgałem po chleb. Potem serce zwinęło się w ciasny supeł. Łyżka brzęknęła o podłogę, świat odpłynął, a ja zostałem śmiertelnym zagrożeniem dla własnego dziecka. Miałem tylko nadzieję, że Basia porządnie zwiąże moje truchło, zanim dusza wróci do ciała.
Gdy otworzyłem oczy, stałem przed bramą.
Wrota, które powinny być ze szczerego złota, niknęły gdzieś w burych chmurach, a w głębokich bruzdach rzeźb anielskich skrzydeł plenił się dziki bluszcz. Śmierdziało wilgocią i pleśnią. Pomiędzy olbrzymimi zawiasami, grubości starych dębów, sączyła się rdza, plamiąc pęknięty marmur.
U podnóża wrót, na pękniętym stołku, siedział starzec. Wyglądał, jakby od miesiąca nie spał dłużej niż godzinę. Brodę miał skołtunioną i wtarte w nią resztki starego jedzenia, a ciężki, mosiężny klucz przy pasie wisiał tak luźno, że o mało nie opadał mu na sandały.
Przerzucał palcami stosy pożółkłych pergaminów. Papier szeleścił wznosząc tumany kurzu.
– Mówią na mnie święty Piotr – mruknął pod nosem, nawet nie podnosząc wzroku. – Czesław Kowalik?
– Owszem – odpowiedziałem zaskoczony. Nie tak wyobrażałem sobie świętego.
Piotr skrobnął coś gęsim piórem. Stalówka drapnęła suchy materiał.
– Serce.
Znowu skrobnięcie, jak u poborcy zapisującego daniny.
– A więc naprawdę nas zostawił? – Głos mi zadrżał.
Pióro znieruchomiało na ułamek sekundy. Piotr lekko uniósł jedno ramię, po czym znów pochylił się nad papierem.
– Tak.
– Ludzie są rozszarpywani przez własnych ojców! – Wybuchnąłem, a dłonie same zacisnęły mi się w pięści. – Przez żony, przez dzieci! A pan mówi zwykłe „tak”?!
Starzec flegmatycznie odłożył pióro, jakby przerabiał tę samą scenę po raz tysięczny w tym tygodniu.
– Nie ja odszedłem, Czesławie.
– Ale pan tu siedzi!
– Siedzę.
– I nic pan z tym nie robi!
– A co mam zrobić? – spytał cicho.
Miałem ochotę podejść i rzucić nim o te zardzewiałe wrota.
– Wie pan w ogóle, ilu zginęło przez te bestie?
– Wiem.
– W mojej wiosce, pierwszej zimy, zjadły siedemnaście osób! – Głos mi się załamał, a przed oczami stanęło zakrwawione podwórze sąsiada. – Ludzie palili własnych rodziców żywcem, bo nawet nie wiedzieli, że to nic nie da! Że oni i tak wrócą!
– Myślisz, że nie wiem? – Piotr po raz pierwszy uniósł głowę.
Dopiero teraz zobaczyłem jego oczy. Były mętne, podbite sinymi worami, a skóra na policzkach przypominała pomarszczoną, wyschniętą na słońcu gruszkę.
– Tylko on może ingerować w wasz świat, Czesławie. – Zszedł do szeptu tak spokojnego, że cała złość nagle ze mnie uciekła. – Święci siedzą po kątach. Płaczą i rozpamiętują własne żywoty. Anioły od wieków nie potrafią ruszyć palcem bez rozkazu. Stoją jak wryte. A rozkazów nie ma.
– Bo naprawdę odszedł?
– Bo naprawdę odszedł.
Nogi mi zmiękły. Zobaczyłem obok drugi stołek – krzywy, bez oparcia. Usiadłem na nim ciężko. Cała ziemska, ludzka wściekłość wyparowała. Czegoż winien był ten stary stróż?
– A teraz co? – spytałem cicho, patrząc na swoje przezroczyste dłonie.
Piotr westchnął, sięgnął po pióro i przysunął sobie kolejny arkusz.
– Teraz wrócisz.
– Jako bestia?
– Jako powrotnik.
– To tylko ładniejsze słowo na potwora.
– Owszem.
Zatkało mnie na chwilę. Chciałem przełknąć ślinę, ale nawet tego nie mogłem w obecnym, bezcielesnym stanie.
– A potem? Kilku kapłańskich łowców w miasteczku zdecyduje, czy jestem wart nieba? Czyli ten nasz cały ludzki sposób… działa?
Piotr skrobnął coś w rogu pergaminu, po czym dmuchnął na schnący atrament.
– Lepiej niż wszystko, co mieliście do tej pory.
2
Pędziłem przez ciemność, szarpany niewidzialną siłą. Niebo zostało gdzieś wysoko. Brama, chmury i zmęczony Piotr rozpłynęły się. Coś zgniatało mnie i wykręcało na wszystkie strony, jak wyżymane pranie.
Skończyło się, gdy uderzyłem w mięso.
Otworzyłem oczy, ale widziałem tylko zamazany sufit. Leżałem na własnym łóżku, sztywny i ciężki jak kloc drewna. Nie mogłem nawet drgnąć. Czułem każdą nierówność desek pod plecami i chropowate liny wrzynające się w nadgarstki. Basia posłuchała – związała mnie mocno. Ciasne pętle raniły fioletową skórę, ale nie krwawiłem. Oddech cuchnął padliną. Płuca nie pracowały, a mimo to z gardła rwało się mokre charczenie, jakbym tonął.
Przy stole siedziała Basia, moja słodka córeczka. Miała spuchnięte, czerwone oczy. Na dźwięk rzężenia drgnęła i spojrzała na łóżko. Przez krótki moment w jej oczach błysnęła nadzieja. Uśmiechnęła się, jakby to była zwykła choroba, z której właśnie się wybudzam.
A potem dotarło do niej, co leży na prześcieradle. Uśmiech zgasł, a usta zakryła dłońmi, krztusząc się szlochem.
Chciałem krzyknąć. Powiedzieć, że to ja, że w środku wciąż jestem jej ojcem, że słyszę i rozumiem. Zamiast słów z ust chlusnęła gęsta, ciemna posoka, plamiąc poduszkę. Dziewczyna skuliła się na krześle.
Nigdy w życiu nie pomyślałbym o własnym dziecku jak o kawałku mięsa, ale głód musiał w końcu nadejść. Coś we mnie – ta zwierzęca furia – właśnie tak na nią patrzyło. Gdy Basia wstawała od stołu, moje martwe ścięgna same się napinały. Słyszałem jej kroki na deskach, a palce u rąk kurczyły się w szponiasty uścisk, próbując rozerwać liny.
Widziałem powrotników, którzy wracali. Myśleliśmy, że to bezmózgie bestie. Teraz, uwięziony we własnym truchle, wiedziałem, że dusza zostaje w środku do samego końca. Siedzi zamknięta w gnijącej, głodnej klatce i patrzy na to, co jej własne ręce robią z najbliższymi.
W każdej chwili, z każdym drgnieniem tych przeklętych powrozów, modliłem się tylko o jedno.
Żeby kapłańscy łowcy zdążyli, zanim ciało wygra ze sznurem.
*
Usłyszałem tętent kopyt na zamarzniętej drodze, potem stłumione głosy przed chałupą i wreszcie przeciągłe skrzypienie drzwi.
Do izby wszedł mężczyzna w ciężkim, podbitym futrem płaszczu. Na piersi kołysał mu się masywny, srebrny krzyż. Za nim człapał chłopak, może dwudziestoletni.
– Witajcie. Augustyn, kapłański łowca. To Wawrzyniec, adept. – Mężczyzna wskazał młodzieńca.
Basia tylko skinęła głową. Płakała pod ścianą, kurczowo ściskając rąbek sukienki.
Łowca podszedł bliżej. Stanął nad moim gnijącym truchłem i patrzył prosto w oczy, gdy przemienione ciało wyrywało się wściekle, czując świeże mięso. Obserwował beznamiętnie, jak rzeźnik szacujący wagę sztuki przed ubojem.
– Dobrze go powiązałaś. Sznur gruby – zachrypiał.
– Sąsiedzi pomogli – załkała Basia.
– Rozsądni ludzie.
Adept podszedł z drugiej strony łóżka. W jego oczach płonęła czysta, dziecięca fascynacja. Zupełnie jakby oglądał jarmarczne dziwowisko.
– W pełni przemieniony powrotnik – przyznał cicho.
– Tak – mruknął mistrz, nie odrywając ode mnie wzroku.
– Za trzy dni egzamin. Jeśli dobrze pójdzie, dostanę własny rewir i sam będę odprawiał rytuały na potworach, mistrzu.
Augustyn westchnął ciężko, poprawiając skórzane rękawice.
– Jeśli dobrze pójdzie, to zaczniesz najpierw myśleć, a dopiero potem sięgać po nóż.
Młody wywrócił oczami i żachnął się pod nosem:
– Znowu to samo.
– Bo wciąż gówno rozumiesz. To nie są potwory, durniu.
– Ale przecież żrą ludzi…
– Bo nie mają wyboru – uciął ostro Augustyn. – Najgorsze bestie chodzą wśród żywych.
Mistrz podszedł do Basi. Przyjrzał jej się uważniej, a jego wzrok zsunął się z zapłakanej twarzy na drżące dłonie, potem powędrował wzdłuż ramion, zatrzymując na piersiach o moment za długo. Dziewczyna, zmieszana, spuściła głowę.
– Twój ojciec był szczęściarzem – powiedział, a jego ton dziwnie złagodniał.
– Słucham?
– Mieć taką córkę to błogosławieństwo. Piękna i odważna. Rzadkie połączenie w tych czasach.
Kątem oka zauważyłem, że na twarzy młodego adepta pojawił się dziwny, ledwo zauważalny grymas.
Basia milczała, wlepiając wzrok we własne buty.
Zajmij się wreszcie mną i tym zasranym rytuałem, zanim sznury nie pękną!
Jakby usłyszał moje myśli, łowca puścił dziewczynę i odwrócił się z powrotem do łóżka.
– Czesław Kowalik – mruknął, wyciągając zza pazuchy małą, urzędową księgę. – Dobry gospodarz. Pracowity. W księgach parafialnych czysto.
Spojrzał na Basię przez ramię, uśmiechając się blado.
– Spokojnie, dziecko. Twój ojciec trafi tam, gdzie jego miejsce.
Poczułem ulgę. Tak ogromną, że na moment zapomniałem o gniciu, sznurach i potwornej, głodnej pustce w brzuchu, a nawet o powrotniku, który w mojej skórze próbował właśnie wyłamać stawy i zeżreć wszystkich żywcem.
– Dziękuję – wyszeptała Basia.
– Podziękujesz Bogu, jak w końcu wróci – odpowiedział miękko, znów zawieszając na niej wzrok.
Augustyn jednym płynnym ruchem zerwał rzemień z szyi i ujął ciężki, srebrny krzyż w obie dłonie.
– A teraz odeślijmy twojego ojca. Wawrzyniec, łap za nogi.
Proszę, zróbcie to już, zabijcie mnie. Nie pozwólcie mi jej skrzywdzić.
Błagałem o to w myślach nawet wtedy, gdy na widok zbliżającego się srebra moje martwe ciało oszalało i zaczęło wierzgać we wściekłym, zwierzęcym ferworze. Nawet gdy szczęka zatrzasnęła się z siłą imadła, niemal przegryzając własny język, a z gardła chlusnął obcy, przeszywający ryk, od którego Basia aż zatkała uszy.
Mistrz szeptał. Z początku rozumiałem całe zdania, potem już tylko pojedyncze, rwane wyrazy, aż w końcu wszystko zlało się w jedno. Kiedy srebrny krzyż spoczął mi na piersi, ból rozlał się pod żebrami, palący jak wrząca smoła. Martwe ciało wyprężyło się na deskach z głośnym trzaskiem stawów. Liny naciągnęły się do granic możliwości, aż jedna z nich, przy prawym nadgarstku, pękła z trzaskiem.
Basia krzyknęła, zakrywając twarz. Adept odruchowo skoczył w tył, sięgając do torby po skórzaną sieć.
– Spokojnie – rzucił twardo Augustyn, nawet nie podnosząc głosu. Przygniótł moją rękę kolanem i przycisnął krzyż mocniej do gnijącego mostka, po czym rzucił chłopakowi krótkie, chłodne spojrzenie. – Ty już powinieneś iść.
– Ale mistrzu…
– Egzaminy pisemne same się nie zdadzą – uciął starszy łowca. Na twarzy adepta odmalowało się głębokie rozczarowanie.
– Chciałem zobaczyć koniec…
– Widziałeś już setki razy. Za trzy dni sam to zrobisz. Zjeżdżaj!
Wawrzyniec bąknął pod nosem „tak jest” i skinął głową w stronę Basi. Chwilę później drzwi chałupy skrzypnęły i zatrzasnęły się za nim z głuchym stukotem.
W izbie zostaliśmy we troje. Modlitwa przyspieszyła. Krzyż parzył już nie tylko skórę, ale wypalał mnie głęboko do wnętrza. Czułem, jak coś pod moimi żebrami skręca się i ryczy z wściekłości. Głodne, dzikie, zapędzone w kozi róg stworzenie.
Błagam, zabij mnie szybko!
Mistrz wolną ręką sięgnął do pasa i wyciągnął nóż z wąskim, srebrnym ostrzem.
– Czesławie Kowaliku – rzekł wyniośle. – Obyś znalazł spokój.
Pchnął gwałtownie nóż, prosto między żebra.
Nie poczułem ostrza, a ulgę tak ogromną, że gdybym mógł kontrolować własne ciało, rozpłakałbym się jak dziecko. Cały ten zaduch, smród rozkładu i obrzydliwy głód zniknęły w jednej chwili.
Dziękuję, mistrzu Augustynie, dziękuję.
3
Znów stałem przed bramą, ale towarzyszyło mi dziwne przeczucie, że nie wszytsko jest w porządku.
Piotr siedział dokładnie tam, gdzie wcześniej. Na swoim pękniętym stołku, zasypany stertą żółtych pergaminów. Wyglądał, jakby od naszej ostatniej rozmowy minęła ledwie minuta, a nie trzy potworne dni w zatęchłej chałupie, kiedy moje ciało próbowało zjeść córkę.
– No – mruknął, nie podnosząc wzroku spod zmarszczonych brwi. – I po wszystkim.
– Chyba tak.
– Chyba?
Spojrzałem za jego plecy. Skrzydła wielkich, zarośniętych bluszczem wrót były lekko uchylone. Za nimi rozciągało się światło tak jasne, że nie mogłem dostrzec żadnych szczegółów.
Zrobiłem krok w tamtą stronę, ale coś walnęło mnie w piersi. Lodowata pewność, która zmroziła krew w żyłach. Dokładnie taka, jaką czuje człowiek, gdy budzi się w środku nocy i zanim jeszcze otworzy oczy, wie, że w domu czai się obcy.
Piotr westchnął ciężko, odrzucając pióro na stos papierów.
– Na co czekasz? Ludzie decydują, masz wstęp do nieba – fuknął stary stróż.
– Ona cierpi – powiedziałem, a mój głos stwardniał jak kamień.
– Kto?
– Moja córeczka. Stało się coś złego. Wiem to.
– Kowalik, gówno wiesz. Jesteś duchem.
Milczałem, bo żadne słowa nie były potrzebne. Wiedziałem to czymś głębszym niż rozum. Moje dziecko, tam na dole, cierpiało.
Piotr potarł dłońmi zmęczoną, pomarszczoną twarz.
– Każdy myśli, że może jeszcze uratować świat – mruknął pod nosem. – To choroba.
– Ja nie chcę ratować świata. Chcę tylko sprawdzić.
– I co wtedy zrobisz?
Nie odpowiedziałem, sam nie znałem odpowiedzi. Co może zrobić bezcielesna istota?
Starzec przyglądał mi się długo mętnymi oczami. W końcu zrezygnowany machnął ręką i wskazał palcem wąską, ciemną szczelinę w bocznej ścianie światła, tuż obok zardzewiałego zawiasu bramy.
– Jeśli wrócisz, nie będziesz mógł zrobić nic – ostrzegł twardo. – Nie dotkniesz żywego ciała. Nie przemówisz. Będziesz tylko duchem. Rozumiesz?
Pokiwałem głową.
– Głupi jesteście, wy, ludzie – syknął, wracając do swoich pergaminów. – Szybko, zanim się rozmyślę. Czas tam na dole płynie inaczej. Dla ciebie to chwila, dla niej miną kolejne trzy dni.
Zrobiłem krok i poczułem znajome, potężne szarpnięcie.
– Piotrze… – zawołałem jeszcze, lecąc w ciemność.
– Czego?
– Będę mógł wrócić do nieba, prawda?
Stary stróż uniósł głowę i uśmiechnął do mnie szczerze.
– Pospiesz się, Czesławie. Nie mam czasu na opiekę nad starymi durniami.
Nagle jego twarz się zmieniła, jakby coś sobie przypomniał. Wstał i oszołomiony chciał coś jeszcze powiedzieć, machając rękami, ale światło nad moją głową pękło i runąłem prosto w mrok.
4
Gdy otworzyłem oczy, lewitowałem pośrodku własnej izby.
Ciężkie krzesło leżało przewrócone pod ścianą, a na deskach podłogi zdążyła już usiąść szara warstwa kurzu, jakby przez kilka dni nikogo tu nie było.
Potem spojrzałem wyżej i poczułem, jak umieram po raz trzeci.
Basia wisiała pod główną belką stropową. Gruby sznur wrzynał się głęboko w jej siną szyję, a twarz była całkowicie zasłonięta przez potargane, ciemne włosy.
Czas przestał istnieć. Rzuciłem się do niej, próbowałem chwycić za kolana, unieść, zdjąć z tej przeklętej pętli, ale moje dłonie przechodziły przez jej ciało jak przez mgłę. Byłem niczym. A biedna Basia zabiła się, bo nie wytrzymała widoku moich kolejnych śmierci.
Drzwi chałupy otworzyły się gwałtownie, uderzając o ścianę. Do środka weszli łowcy. Mistrz w swoim ciężkim płaszczu i młody adept. Za nimi, zziębnięta, dreptała stara wdowa z sąsiedztwa.
– Mówiłam wam, panie – mamrotała, poprawiając chustkę na głowie. – Trzy dni z chałupy nie wychodziła. Ani do studni nie szła, ani na targ. Krowa w oborze ryczała z głodu, to dopiero wtedy sąsiedzi się zaniepokoili. Ale jak tu sprawdzić, gdy, kto wie, czy nie zagryzie?
Adept zamarł w progu, rzuciwszy torbę na ziemię. Spojrzał na wiszące pod stropem ciało, po czym szybko spuścił wzrok, błądząc nim po podłodze.
– Biedaczka…
Mistrz podszedł bliżej, uniósł głowę i westchnął ciężko.
– Została sama, żal popchnął ją do złego.
– Była taka młoda, mistrzu.
– Śmierć nie wybiera roczników, Wawrzyńcu.
Sąsiadka przeżegnała się spiesznie i cofnęła ku wyjściu.
– Ojca kochała ponad życie – chlipnęła. – Nie zniosła, że wrócił jako bestia.
Mistrz skinął głową ze smutkiem, jak człowiek, który doskonale znał opowieść, zanim jeszcze ją usłyszał.
– Dobra kobieto, idźcie już – odprawił staruchę, po czym rzucił do ucznia: – Zdejmijmy ją, zanim się przemieni. Przyszliśmy w ostatniej chwili.
*
Basia siedziała na krześle, na którym wcześniej umarłem. Gruby sznur oplatał piersi, nadgarstki i kostki, przywiązując ją sztywno do oparcia. Pętla wciąż tkwiła na szyi, odcięta tuż przy węźle. Głowa opadała na bok, a martwe oczy schowane były za pasmami włosów.
Poczucie winy paliło jak ognie piekielne. Umarłem i zostawiłem ją samą w tej chałupie. Jak sobie bidulka miała poradzić beze mnie?
Młody adept ze starannością rozkładał na stole narzędzia. Srebrny krzyż, kadzielnica, flaszka ze święconym olejem i zwinięta sieć. Palce trzęsły mu się lekko.
– Zaczynaj – wychrypiał Augustyn i oparł plecy o ścianę izby. – Doczekałeś się. Twój ostatni egzamin.
– Tak, mistrzu.
– Samobójcy nie mogą trafić do nieba, więc musimy ją wsadzić w gwoźdźnię.
Nie, nie, nie, błagam!
To nie jej wina, nie dała rady! Nie mogli skazać Basi na gwoźdźnię, jak jakiegoś łachudrę! Widziałem już takie przypadki nieraz, nawet wśród sąsiadów. Wsadzali powrotnika, który nagrzeszył za życia, do trumny pełnej długich gwoździ przebijających mięso na wylot. Dusza nie miała wstępu do nieba, ale jakoś trzeba było unieszkodliwić ciało, żeby nie zrobiło krzywdy żywym. Brutalne i konieczne. Ale nie dla mojej słodkiej Basi!
– Nie możemy zrobić wyjątku dla tej biedaczki? – odezwał się cicho Wawrzyniec.
Starszy łowca spoważniał, nie ukrywając smutku.
– Żal nie zmienia prawa, synu.
Nie! Nie zgadzam się!
Podleciałem do Augustyna i zacząłem okładać go pięściami, ale każdy cios przelatywał na wylot przez jego ciało.
On i tak nie patrzy, rozumiesz?! On odszedł, to nic nie zmieni! Byłem tam!
Łowca stał z założonymi rękami, obserwując Wawrzyńca. Wzruszony adept skinął głową, podszedł do krzesła i uklęknął na jedno kolano. Uniósł srebrny krzyż.
Wtedy moja córka otworzyła oczy.
Nie było w nich już nic z Basi. Białka zaszły mętnawą czernią, źrenice rozlały się szeroko. Szarpnęła gwałtownie całym ciałem, aż ciężkie dębowe krzesło podskoczyło na deskach, a liny zatrzeszczały.
Chłopak odruchowo odskoczył w tył, niemal przewracając stół. Mistrz prychnął, nie zmieniając pozycji.
– Spokojnie. Wybudza się. Wracaj na miejsce.
Wawrzyniec przełknął ślinę, otarł pot z czoła i znów przyklęknął. Uniósł krzyż wyżej, prosto przed żądną krwi twarz Basi.
– In nomine Patris, et Filii, et…
Nie dokończył. Basia wyprężyła się w łuk z siłą, której nie mogło mieć ludzkie ciało. Prawa noga, słabo dociągnięta przez rzemień, wystrzeliła z więzów. Bosa stopa uderzyła adepta prosto w pierś. Chłopak poleciał do tyłu, rypnął głową o podłogę, a krzyż potoczył się z głośnym brzękiem pod ławę.
Mistrz zaklął siarczyście i oderwał plecy od ściany.
– Sieć! Bierz sieć, idioto! Zaraz się wyrwie!
Adept jednak pozostał na podłodze. Leżał podparty na łokciach i obserwował szarpiącą się dziewczynę. Najpierw na jej bose stopy, potem wyżej – na odsłonięte, posiniaczone uda, z których podczas szamotaniny zsunęła się sukienka. Fioletowo-czarne, nieregularne ślady ciągnęły się pod zakrwawioną bieliznę. Chłopak zmarszczył brwi, a jego twarz nagle pobladła. Powoli wstał z kolan.
Szlag, o co tu chodzi? Co to ma znaczyć?!
Basia parła coraz wścieklej, charcząc przez zęby. Przy każdym szarpnięciu potargana sukienka na jej piersiach rozchylała się mocniej, obnażając odciski wielkich, silnych palców na obojczykach.
Augustyn zrobił szybki krok naprzód, sięgając do pasa po nóż.
– Na co czekasz, psia mać?!
Uczeń nie odpowiedział. Jego wzrok spoczął teraz na szyi dziewczyny. Szeroka pętla przesunęła się podczas szamotaniny w górę, odsłaniając podgardle. Widniały tam świeże zadrapania od paznokci i zasinienia, które nie przypominały wisielczych ran.
W izbie zapadła nagła, potworna cisza. Zacząłem rozumieć. Prawda wchodziła we mnie powoli, boleśnie, jak ostrze wsuwane między żebra.
Wawrzyniec odwrócił głowę i spojrzał na łowcę.
– Miał pan rację, mistrzu – powiedział chłopak, a jego głos był nienaturalnie spokojny.
Augustyn zmrużył oczy, zaciskając dłoń na rękojeści sztyletu.
– Co ty tam fanzolisz, głupcze?
– Najgorsze potwory naprawdę są wśród ludzi – szepnął adept.
Przez moment żaden z nich się nie poruszył.
– Teraz już rozumiem, dlaczego odesłałeś mnie z izby przy jej ojcu.
Mistrz zrobił krok w tył. O jeden oddech za późno.
Chłopak dopadł do niego błyskawicznie. Pchnął starszego łowcę z całej siły prosto na szarpiącą się na krześle dziewczynę, zanim ten zdążył ciąć nożem.
Dębowy mebel runął na podłogę z głuchym trzaskiem. Liny, naciągnięte do granic wytrzymałości, pękły pod ciężarem dwóch ciał. Przemieniona Basia, w pośmiertnym głodzie i furii, zaatakowała leżącego pod nią mężczyznę z nadludzką siłą. Zęby z głośnym kłapnięciem wbiły się głęboko w kark, rozrywając tętnicę. Augustyn krzyknął przeraźliwie. Cały jego autorytet zgasł. Zostało tylko przerażone mięso.
– Przepraszam… – wychrypiał, krztusząc się własną krwią, która fontanną trysnęła na podłogę.
– Żal nie zmienia prawa – rzucił Wawrzyniec spokojnie.
Ciało Augustyna drgnęło jeszcze raz i znieruchomiało.
5
Słychać było tylko mokre rzężenie przemienionej Basi i gęstą krew Augustyna kapiącą na deski. Młody adept stał nieruchomo, wpatrując się w rozszarpane zwłoki nauczyciela.
Basia uniosła głowę znad trupa. Z jej zakrwawionych ust zwisały strzępy skóry. Patrzyła przed siebie czarnymi oczami. Spojrzałem na martwego łowcę, na tego szanowanego obrońcę, który kilka dni wcześniej tak pobożnie obiecywał mi zbawienie, i zrozumiałem wszystko. Cały ten parszywy, zostawiony przez Boga świat.
Chłopak podniósł z podłogi zwiniętą sieć i jednym płynnym ruchem zarzucił ją na szarpiącą się dziewczynę. Basia zawyła dziko, rzucając się po podłodze w plamach krwi, próbując przegryźć grube węzły.
Wawrzyniec ukląkł przy niej na kolana. Wyciągnął spod ławy srebrny krzyż.
– Niech twoja droga będzie lżejsza od życia – wyszeptał.
Zaczął odmawiać modlitwę. Krzyk Basi stawał się coraz cichszy, bardziej stłumiony, aż w końcu przeszedł w głębokie westchnienie i ucichł zupełnie. Ciało zwiotczało, głowa opadła bezwładnie na bok, a sieć przestała drżeć.
W izbie zapadła cisza, jakiej ten dom nie słyszał od miesięcy.
Chłopak siedział na piętach przez dłuższą chwilę. W końcu powoli odłożył krzyż na zakurzony stół i spojrzał na stygnące zwłoki mistrza.
Wstał, podszedł do martwego mężczyzny i przez moment patrzył na człowieka, którego przez całe młode życie podziwiał. Potem westchnął ciężko, poprawiając pas.
Ruszył w stronę wyjścia, pchnął drzwi, ale w samym progu zatrzymał się jeszcze raz. Spojrzał przez ramię na Augustyna.
– Wrócę niedługo z gwoźdźnią– mruknął gorzko.
Wyszedł. Ciężkie buty załomotały na zamarzniętej ziemi przed chałupą, a potem nastał spokój. Zostałem sam.
Wtedy, tuż nad połamanym krzesłem zaczęło dziać się coś niezwykłego. Smugi światła zaczęły gęstnieć, aż w końcu nabrały kształtu. Tak dobrze znanego, że poczułem, jak pod moją niematerialną postacią uginają się kolana.
Stała przede mną Basia. Była tą samą radosną dziewczyną, która jeszcze kilka dni temu tańczyła przy piecu, udając, że zupa wyszła jej idealnie. Spojrzała na mnie, a z naszych oczu popłynęły słone łzy.
Podleciałem do niej. Po raz pierwszy, odkąd zwinęło mi się serce przy stole, mogłem ją dotknąć. Moje dłonie nie przeszły przez nią jak przez powietrze. Objąłem córkę kurczowo, najmocniej jak potrafiłem.
Nie powiedzieliśmy ani słowa, bo i po co? Płakaliśmy tylko razem, trzymając się w tym zatęchłym, pełnym krwi pokoju.
Chwilę później poczułem znajome, potężne szarpnięcie w górę. Basia chwyciła mnie mocno za rękę i ruszyliśmy w mrok. Chałupa zaczęła gwałtownie maleć, niknąć w dole, a my, trzymając się czule, lecieliśmy prosto na spotkanie ze świętym Piotrem, czekającym na pękniętym stołku.
Witaj. :)
Bardzo dziękuję za uprzedzenie o przekleństwach i scenach brutalnych. )
Kwestie techniczne i sugestie oraz wątpliwości (tylko do przeanalizowania):
Wrota, które powinny być ze szczerego złota (przecinek?) niknęły gdzieś w burych chmurach, a w głębokich bruzdach rzeźb anielskich skrzydeł plenił się dziki bluszcz.
– Mówią na mnie święty Piotr. – mruknął pod nosem, nawet nie podnosząc wzroku. – Czesław Kowalik? – błędny zapis dialogu?
– Żal nie zmienia prawa. – rzucił Wawrzyniec spokojnie. – i tu?
Czy te przykładowe aliteracje są celowe?:
Były mętne, podbite sinymi worami, a skóra na policzkach przypominała pomarszczoną, wyschniętą na słońcu gruszkę.
Anioły od wieków nie potrafią podnieść palca bez rozkazu.
Ciasne pętle powodowały puchnące rany na fioletowej skórze, ale nie krwawiłem.
Przyjrzał jej się uważniej, a jego wzrok zsunął się z zapłakanej twarzy na drżące dłonie, potem powoli powędrował wzdłuż ramion, zatrzymując na piersiach o moment za długo.
Podejrzewałem, że gest miał być ojcowski, pokrzepiający, ale jego palce zacisnęły się na sukni odrobinę mocniej, przesuwając powoli po obojczyku.
Coś zgniatało mnie i wykręcało na wszystkie strony, jak wyżynane pranie. – hmmm, literówka spowodowała błąd logiczny?
Czułem każdą nierówność desek pod plecami i chropowate liny wżynające się w nadgarstki. – hmmm, podobny wyraz, lecz tym razem to ortograf?
Basia posłuchała – związała mnie mocno. Ciasne pętle powodowały puchnące rany na fioletowej skórze, ale nie krwawiłem. Dochodził do mnie własny, cuchnący padliną oddech. – powtórzenie?
Zabieraj łapy od mojej córki i rób (przecinek?) co trzeba!
Nawet gdy szczęka zatrzasnęła się z siłą imadła, niemal przegryzając własny język, a z gardła chlusnął obcy, gardłowy ryk, od którego Basia aż zatkała uszy. – styl?
– Głupi jesteście, wy (przecinek?) ludzie – syknął, wracając do swoich pergaminów.
A moja biedna córeczka zabiła się, bo nie wytrzymała widoku moich śmierci. – albo brak części zdania, albo literówki?
Ale jak tu sprawdzić, gdy (przecinek?) kto wie, czy nie zagryzie?
Poczucie winy paliło mnie jak ognie piekielne. Umarłem i zostawiłem ją samą w tej chałupie. Jak sobie bidulka miała poradzić beze mnie? – powtórzenie?
Noooo… Anonimie, happy end po TAKICH wydarzeniach to nie lada sztuka, a Tobie się on wybornie udał! :)) Od pierwszych spojrzeń mistrza niestety spodziewałam się takiego zakończenia owego spoglądania…
Świetny horror. :) I znakomite wpasowanie się w wymogi Konkursu. :)
Pozdrawiam serdecznie, klik, powodzenia. :)
Dzień dobry, bruce
Anonim bardzo dziękuje za poprawki, które wprowadził. Jest mu też bardzo wstyd za błąd ortograficzny, który nie pojawił się wcale w tak niepopularnym słowie. Za to bardzo rozśmieszył go błąd z wyżynanym praniem, no cóż, trup miał się lać gęsto, to i pranie Anonim wybił. Jedną aliteracje jednak uważa za celową, lub nie przeszkadzają mu.
Anonim ubolewa nad tym, że spodziewałaś się, co się wydarzy, dlatego, zanim Szanowne Jury przybyło, zdecydował się na usunięcie zdania o dotyku Basi, a pozostał tylko na patrzeniu na nią. Ma nadzieję, że usunięcie jednego zdania nie gryzie się z regulaminem konkursu.
Anonim pozdrawia, bardzo wdzięczny za wszystkie słowa pochwały i raduje się, że opowiadanie Ci się podobało!
O, Szanowny Anonimie, to bynajmniej nie był zarzut, o nie! :) Po prostu na Portalu często jedynie delikatna wzmianka o pewnej kwestii już nakazuje mi, aby się tego potem spodziewać w większym rozwinięciu. :) Bywa jednakże, iż w tej kwestii się mylę. :)
Wspomnianych usterek nie byłam pewna, także musiałam je sprawdzić; ortografia to niełatwa rzecz, nie należy się wstydzić, kiedy się pracuje nad warsztatem, by ciągle go doskonalić, a to opowiadanie świadczy o Dużym Talencie Autora. :)
Pozdrawiam serdecznie i również dziękuję. 

Anonim rozumie i tym bardziej cieszy się z tak pięknych słów na temat jego pracy.
Anonim bardzo dziękuje i również serdecznie pozdrawia!

Cześć, Anonimie!
Bardzo podobał mi się klimat i sam pomysł świata. Historia szybko mnie wciągnęła, a zakończenie z Augustynem było dobrze przygotowane, zaskakujące i mocno wybrzmiało emocjonalnie.
Zawsze wolę skupiać się na (hehe) „mięsie” opowieści niż na technikaliach, które w ostatnich dniach doprowadzały mnie do szaleństwa przy pracy nad własnym tekstem. Jednak brakiem kultury z mojej strony byłoby nie napisać nic merytorycznego. Dosłownie kilka drobnych rzeczy wybiło mnie z lektury. Narrator jako bezcielesny duch mówi: „nogi mi zmiękły”, „usiadłem na nim ciężko”, co trochę kłóci się z wcześniejszym opisem jego stanu. Z jednej strony jest niematerialny, z drugiej siada, chodzi, ma dłonie i odczuwa ciężar. Podobnie miałem wrażenie, że Kowalik wspomina o upływie trzech dni, zanim dostaje tę informację od Piotra.
Są to jednak raczej kosmetyczne uwagi niż poważne problemy. A być może taki był twój zamysł, którego nie ogarnąłem. Błędy, czy nie, je można poprawić. Z wyobraźnią jest znacznie trudniej. A ty ją masz. Ogólnie czytało mi się bardzo dobrze i chętnie przeczytałbym coś więcej z tego świata.
Witaj, NomadFromNowhere.
Anonim niezmiernie się cieszy, że Twoje wrażenia z lektury są tak pozytywne! Nie pozostaje nic innego, jak podziękować!
Co do uwagi o bezcielesności, wypisałeś momenty, które dzieją się pod bramą Nieba. Tam jednak działało to troszkę inaczej, niż na Ziemi. Powiedzmy – dusze normalnie funkcjonowały. Chyba, że Anonim popełnił taki błąd w którejś scenie na Ziemi, ale nie może się tego teraz dopatrzeć, wtedy się kaja.
Czesław wiedział o upływie trzech dni, ponieważ sytuacja miała miejsce już od dawna, sam Kowalik wspominał o tym, że powrotnicy wracają od dość długiego czasu. Kapłani domyślili się, co się dzieje, i obstawili, że Bóg odszedł, więc, żeby dusze nie wracały jako powrotnicy, muszą teraz oni te dusze kierować do nieba. Ten proces, wspomniane trzy dni, był stały i trwał już od pewnego czasu. Rozmowa z Piotrem była raczej potwierdzeniem ziemskich założeń, które się sprawdziły, a do nich ludzie już mieli dostęp.
Ale nawet jeśli, to uważasz, że to kosmetyczne sprawy, co Anonima bardzo cieszy. Bardzo mu miło, że doceniasz jego wyobraźnię.
Anonim pozdrawia i bardzo dziękuje za motywujący komentarz!
Witam!
Brodę miał skołtunioną, wtarte w nią resztki starego jedzenia,
Hm, coś mi tu nie brzmi.
Kiedy srebrny krzyż spoczął na mojej piersi,
Można zmienić składnię na mniej “angielską” – nie zawsze brzmi to lepiej, więc musisz zdecydować:
Kiedy srebrny krzyż spoczął mi na piersi,
Ciasne pętle powodowały rany na fioletowej skórze, ale nie krwawiłem
Mało naturalne. Lepiej: Ciasne pętle raniły fioletową skórę, ale nie krwawiłem
Pchnął gwałtownie nóż, prosto między
mojeżebra.
Wiadomo, czyje
Adept zamarł w progu, rzucając torbę na ziemię.
Jeśli zamarł, to nie rzucając, tylko rzuciwszy. Ha, wiedziałem, że jakiś imiesłów ubiję!
Wrażenia ogólne: świetne opowiadanie. Wartka akcja upchnięta wzorowo w niewielkiej objętości. Ciekawy, choć zasugerowany zwrot akcji – taki miękki twist, ale i tak dobrze się bawiłem. Naturalne dialogi, ciekawa kreacja świata. Do tego wzruszające zakończenie. W zasadzie idealne proporcje wszystkiego ;)
Jakby forum działało sprawniej, to by było w jeden dzień przeklikane do biblioteki. Nieco w tym pomogę :)
Dzień dobry, marzanie.
Anonim ciął i rąbał, a jednak jakieś nadmierne “moje” się uchowało. Cieszy się też, że udało Ci się dorwać imiesłów! Anonim bardzo dziękuje za poprawki, są słuszne i należycie wprowadzone już do tekstu.
Anonim niezmiernie się cieszy z Twojego odbioru. To doprawdy miłe czytać taki komentarz! Sprawiłeś nim Anonimowi wiele radości.
Anonim zastanawia się też, czy usunięcie spoglądania na dziewczynę, z miękkiego twistu, nie spowodowałoby niezrozumiałej sytuacji, w której nic nie zapowiadało, nawet odrobinę, takiego rozwoju wydarzeń. Ale to już tylko gdybania, zobaczymy!
Anonim bardzo dziękuje za komentarz i klika. Spodziewał się wolnej reakcji na opowiadanie, bo konkurencja wystrzeliła jak z armaty! Anonim serdecznie pozdrawia!