- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Podano do stołu

Podano do stołu

John Edward Jones w listopadzie  2009 roku utknął głową w dół w korytarzu jaskini Nutty Putty w stanie Utah. Pomimo trwającej  27 godzin  dramatycznej akcji ratunkowej, mężczyzny nie udało się uratować. Ostatecznie jaskinie zalano betonem, tworząc tam jego grobowiec.

Historia, która jest tutaj przedstawiona jest bardzo luźno zainspirowana tymi wydarzeniami.

Dlaczego?

Bo życie pisze najlepsze historie.

 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Podano do stołu

Ciemność szepcze.

Miażdży. Wciska się w umysł, wlewając strach w ciało. Paraliżując wolę.

– Karol? – Mój głos jest przytłumiony i obcy. Szorstki, niczym wszystko wokół. – A co, jeśli nas nie znajdą?

– Na pewno nas szukają. – Usłyszałam zapewnienie z przodu. Głos był pełen troski i spokoju, jakby chłopak absolutnie w to wierzył.

Nic nie widziałam, ale musiałam wierzyć, że narzeczony nadal tam jest, że nie zniknął w mroku.

Spróbowałam się przesunąć do przodu, poruszając biodrami i ramionami. Ciężkie skały natychmiast na mnie naparły, ściskając boleśnie, powodując gwałtowne dudnienie w uszach i jasne plamy przed oczami. Rozgniatały z każdej strony. Walczyłam o oddech, połykając łapczywie krótkie, zatęchłe hausty. Gdzieś z daleka słyszałam kojący głos.

– Oddychaj. Oddychaj ze mną, Beata.

Uczepiłam się tego jak ostatniej deski ratunku. Karol stał się kotwicą ciągnącą ku powierzchni. Skały powoli odsunęły się ode mnie, jednak ciasno trzymając w zimnych objęciach.

– Przepraszam, że cię tu przyciągnąłem – dobiegło po dłuższej chwili. Słowa przebiły się przez głuche uderzenia, które, jak sobie uświadomiłam, były biciem mojego serca.

Po ścianie, ledwo słyszalnie, spływała słaba strużka wody. Zlizałam ją łapczywie, zdzierając język, smakując szorstką powierzchnię skały.

– Gdybym nie chciała poznać twojej pasji, nie poszłabym – powiedziałam po chwili, uśmiechając się w ciemności.

Marzyłam o zmianie pozycji, bo cała zdrętwiałam. Nie czułam rąk, nóg. Przez moment zastanawiałam się, czy w ogóle istnieją. Czy ja istnieję, czy nie jestem czasem tylko szaloną myślą.

Latarki, które dawały tak niewiele światła, zgasły, grzebiąc nas w ciemności. Było to tak dawno temu, że mogłam już zauważyć ciemniejszy zarys stopy Karola. Słyszałam, jak burczy mu w brzuchu.

– Na pewno zaraz nas wyciągną. Myślę, że są już na górze i rozkładają sprzęt – mruknął z przekonaniem, a ja zaczęłam wątpić.

Nikt nie przyjdzie, bo nikogo nie poinformowaliśmy, dokąd się wybieramy. Utknęliśmy w wąskim korytarzu, który stanie się naszym grobem. Zamiast ślubu będzie pogrzeb. Zamiast ziemi przykryje nas tona skał.

Jęknęłam.

Bolała mnie głowa i nie wiedziałam, co jest prawdą, a co złudzeniem. Nie miałam nawet pojęcia, czy zamknęłam oczy. Czas w tym miejscu był mierzony uderzeniami serca. Całkiem możliwe, że nie istniał.

Piękna sala, w której nagle się znalazłam, była otulona ciepłym światłem świec. Długi stół zastawiony wyśmienitym jedzeniem. Potrawami, których nazw nie znałam, a na ich widok ciekła mi ślinka. Pomieszczenie urządzone z barokowym przepychem i stylem. Podłoga była z marmuru w czarno-białą kratę, lśniła czystością. Gdzieś w rogu orkiestra grała „Dla Elizy”. Uwielbiałam Beethovena.

Obok ktoś stał. Tylko kątem oka widziałam zarys sylwetki odzianej w czerń, otulonej w ciężką pelerynę. Byłam pewna, że to mężczyzna.

– Podano do stołu – powiedział głębokim głosem, wskazując na rzeźbiony stół. Zrobiłam krok w tamtym kierunku.

– Beata?! Co robisz? Przestań natychmiast.

Zamrugałam. Znowu otaczał mnie mrok. Byłam w ciemnym tunelu, nie mogąc się ruszyć. Świadomość tego bolała.

– Beata, mam pomysł. Spróbuj się cofnąć. Wcześniej widziałem odnogę tunelu, może damy radę wyjść sami. Tylko zrób to ostrożnie, dobrze?

– Spróbuję – odparłam, choć nie miałam ochoty się poruszać. Pragnęłam wrócić do sali jadalnej, zasiąść na rzeźbionym, ciężkim krześle o pozłacanych poręczach.

Próbowałam jednak zrobić to, o co prosił Karol. Efekt był taki, że ugrzęzłam jeszcze bardziej.

– I co? – Usłyszałam z ciemności.

– Utknęłam jeszcze bardziej.

– Musisz coś zrobić – powiedział natarczywie.

– Nie mogę. – Czułam, jak pod powiekami zbierają się łzy.

– Nie. Po prostu ci się nie chce. Jesteś leniwa, jak wszystkie baby. Tylko czekasz, żeby wszystko za ciebie zrobić. Nic od siebie – warknął wściekły. – Ani nie umiesz gotować, ani nawet do seksu się nie nadajesz.

– Czy ty się słyszysz? – zapytałam zbolałym głosem. – Czy w ogóle wiesz, co mówisz?

Prychnął zły i wierzgnął nogą, prawie trafiając mnie w twarz.

Nie znałam Karola od tej strony. Może to i lepiej, że tu utknęliśmy. Teraz wiem, że wcale nie chcę za niego wychodzić.

Zamilkłam, nie mając ochoty rozmawiać ani słyszeć go. Czułam się skopana. Jak ktoś, komu się ufało, mógł powiedzieć coś takiego. Cisza się przedłużała.

– Czy nie chcesz mi czegoś powiedzieć? – zapytał wreszcie.

Przemogłam kulę w gardle, która nie wiadomo kiedy urosła, i szepnęłam:

– Czego?

– Przeprosić mnie na przykład – powiedział.

Czułam, jak ogarnia mnie złość. Wściekłość napierała na wąskie ściany. Miałam wrażenie, że cała skała drży.

– Nie – z gardła wydobył się obcy głos, a jednak myśl była moja. – Nie mam za co.

– Głupie baby.

Zamknęłam oczy, usiłując opanować nerwy.

W ciemności nigdy nie wiadomo, czy zrobiło się to naprawdę. Cisza, przerywana dudnieniem. Gdzieś w oddali słychać było kapanie wody, a przez ten dźwięk przebijała się delikatna muzyka. Znów byłam w sali, przy zastawionym stole.

Byłam tak potwornie głodna, że nie trzeba było mnie zapraszać.

Wątróbka, nereczki, serce, wszystko pięknie podane na złotych tacach. Półmiski pełne owoców. Sery, o których nie miałam pojęcia, że istnieją.

Wgryzłam się w pyszną wątróbkę. Lepka, gęsta krew trysnęła. Spływała po brodzie, gdy wciskałam jeszcze ciepłe kawałki do ust. Nie przeszkadzał nawet metaliczny posmak. Orkiestra grała, a ja jadłam. Wpychałam w siebie wszystko, co było w zasięgu rąk. Ucztowałam i nie chciałam, żeby to się zakończyło.

 

 

 

---

 

 

Ocknęłam się z zasłoniętymi oczami. Obok równomiernie, w rytm serca, pikała aparatura. Zapach szpitalnego powietrza rozpoznałabym wszędzie, wszak gdy byłam dzieckiem, miałam operację serca, potem wycięto mi nerkę. Do dwunastego roku życia szpital mogłam nazwać swoim drugim domem.

Napór ścian gdzieś zniknął. Wyczuwałam jednak, że ktoś był w pomieszczeniu. Odwróciłam głowę w stronę, skąd napływał chłód skał i zatęchłe powietrze.

– Ocknęłaś się. – Rozpoznałam głęboki głos z sali jadalnej. – To dobrze. Ciężko było utrzymać cię przy życiu. A teraz słuchaj, o czym mówią.

Z oddali dobiegał dźwięk rozmowy. Kroki zbliżały się:

– Musieliśmy zrobić czyszczenie żołądka, bo zjadła sporo kamieni. Teraz dostaje środki na uspokojenie, kroplówki wzmacniające. Kilka dni na pewno tu zostanie.

– Ale wyjdzie z tego? – Nadstawiłam ucha, słysząc matkę.

– Przez dziewięćdziesiąt dwie godziny była całkowicie odcięta od jakichkolwiek bodźców. Nie wiemy, jak to wpłynęło na jej psychikę. Na pewno nie obejdzie się bez psychologa, może psychiatry. Dodatkowo jest odwodniona i wygłodzona…

Prychnęłam. Czułam się syta.

– A co z jej narzeczonym?

– Przykro mi.

Zmarszczyłam brwi. Co się stało z Karolem?

– Jesteś głodna? – zapytał Kania.

Zaskoczona pokręciłam głową, bo jego imię samoistnie wypłynęło na powierzchnię, jakby zawsze było znane, jedynie schowane gdzieś w podświadomości. Na samym dnie w mroku, z którego pochodził.

– W sali obok jest jedzenie – powiedział swobodnie. – Musisz tylko tam dotrzeć.

Podniosłam się.

– Spokojnie, córciu. Spokojnie. Już jesteś bezpieczna. – Ciepły dotyk na czole wyzwolił we mnie dziwny głód, pragnienie wbicia się w miękką, spracowaną dłoń zębami. Skosztowania ciepłego mięsa i krwi. – Karol… tak mi przykro, kochanie. Znaliście się tyle lat… – słyszałam w jej głosie ból i żal.

– Co się z nim stało?

– Karol zmarł.

Kania usiadł z zupełnie innej strony, niż stała mama. Chwycił moją dłoń w lodowaty uścisk.

– Nie mów, że nie wiedziałaś. Byłaś tam i smakował ci posiłek – wyszeptał do mojego ucha. Zimny oddech owiał moją szyję. Skrzywiłam się i spróbowałam wyrwać dłoń, ale to on ją puścił z drapieżnym chichotem.

– Córciu? Co ci jest? – Głos mamy był kojący.

– Nic. – Czułam, jak łzy zbierają się w oczach i wsiąkają w czarną opaskę.

– Już niedługo będziemy w domu – ciągnęła kobieta.

– Nie mogę się doczekać – mruknął Kania. Słyszałam, jak siada w fotelu. Byłam pewna, że zakłada nogę na nogę i patrzy na wszystko z poczuciem wyższości.

– Czy jesteśmy tu same? – zapytałam.

– Tak, kochanie – odpowiedź przyszła niemal natychmiast. – Pójdę do pielęgniarki.

Skinęłam głową zmęczona.

– Oj joj, nie dąsaj się tak. Beze mnie byś umarła, a tak… masz nowe życie, nowe możliwości i umiejętności. Uratowałem cię. Za kilka dni stąd wyjdziemy. Napełnimy brzuchy i dopiero wtedy ujrzysz, jaki świat jest piękny i wspaniały. Ocalimy wszystkich.

– A Karol?

– Chyba przyznasz mi rację, że nie był ciebie wart – odparł Kania.

Milczałam, nie mogąc się nie zgodzić, to jednak nie usprawiedliwiało zjedzenia go.

– Wytęż słuch – powiedział nagle mój rozmówca. – Słyszysz ten dźwięk?

Nawet przez ścianę dochodził pisk aparatury.

– Możesz ją uratować, a ja pokażę ci, jak. Dziś w nocy rozpoczniemy nasze dzieło. Wszystkiego cię nauczę i razem ocalimy świat.

Zamknęłam oczy, nie chcąc go słuchać. Utonęłam w morzu mroku. Znów byłam w ciasnym tunelu, nie mogąc się ruszyć. Strach był obezwładniający.

Obudził mnie w środku nocy. Byłam potwornie głodna. Kania prowadził do sąsiedniego pomieszczenia, gdzie spała młoda kobieta. Powłóczyłam za nim odrętwiałymi nogami, czepiając się palcami zimnej ściany, aby utrzymać równowagę. Otworzył przede mną drzwi. Już nie było suto zastawionego stołu, ale stałam przed jedzeniem. Wystarczyło tylko sięgnąć, wbić zęby i poczuć, jak krew spływa wzdłuż przełyku. Ciepła, życiodajna i wieczna.

Nagle wszystko nabiera barw, staje się piękne. Czuję, jak serce kobiety zwalnia, kiedy nie ma siły już walczyć. Przerzucam na nią swoją samotność i rozpacz. Niechęć do Kani zmienia się nagle w uwielbienie i już wiem, że nigdy go nie opuszczę. Niedługo zaczniemy nasze dzieło, a świat wejdzie w nową erę. Pod naszą władzą będzie pięknie i wspaniale. Nowa Ewa i Prometeusz niosący nowy ład i rzeczywistość

Mówią, że Mrok szepcze bezustannie, że zmienia i wypacza na swoje podobieństwo. Mówią też, że kto raz zakosztuje ludzkiego mięsa, ten zawsze będzie go pragnął. Mówią, że prawdziwe życie zaczyna się po śmierci, ale ja nie umarłam, prawda? Prawda?

 

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

 

Zgaduję, że jesteś Kobietą, Szanowny Anonimie. :) Jeśli się mylę, serdecznie przepraszam. :)

 

Przy czytaniu mignęły mi pewne kwestie techniczne (wszystkie poniższe sugestie i wątpliwości są zawsze tylko do przemyślenia):

Jak ktoś, komu się ufało, mógł powiedzieć coś takiego. – czy to nie zdanie pytające?

Jak ktoś, komu się ufało, mógł powiedzieć coś takiego. Cisza się przedłużała.

– Czy nie chcesz mi czegoś powiedzieć? – zapytał wreszcie. – powtórzenie?

 

Gdzieś w oddali słychać było kapanie wody, a przez ten dźwięk przebijała się delikatna muzyka. Znów byłam w sali, przy zastawionym stole.

Byłam tak potwornie głodna, że nie trzeba było mnie zapraszać. – powtórzenia?

 

Byłaś tam i smakował ci posiłek – wyszeptał do mojego ucha. Zimny oddech owiał moją szyję. – powtórzenie?

 

Tytuł od razu skojarzył mi się z horrorem „Delikatessen”, który znam na razie tylko z opisów, bo nie mam odwagi go obejrzeć. :)) Niewiele się pomyliłam. :) Bardzo podoba mi się nawiązanie do prawdziwej historii, której zresztą nie znałam – jest makabryczna!

Inne skojarzenia to moje wspomnienia wycieczek z Mężem, który uwielbiał pakować się do niebezpiecznych jaskiń bez jakiegokolwiek sprzętu czy zabezpieczeń, aby „tylko zobaczyć widoki i poczuć adrenalinę”. Ja czegoś takiego pojąć nie mogłam. :) 

Dodatkowo dwie osoby, czekające na pomoc w jaskini, przypomniały mi oglądane przed wieloma laty filmy (odcinki serialu „Opowieści z krypty”? – nie pamiętam) – jeden o młodym Presley’u, który spotkał tam sobowtóra o całkiem odmiennym charakterze, drugi – o dwóch górnikach – jednym z bodajże XVIII wieku i drugim, który ugrzązł współcześnie – ten pierwszy zdawał sobie sprawę, że nie ma szans, lecz zostawił wiadomość o poznanym tu przyjacielu na kartce; kiedy go znaleziono, już nie żył, lecz dzięki przetrzymywanej przez dziesięciolecia wiadomości wiedziano, gdzie szukać owego drugiego, gdy doszło do zawalenia. :)

 

Twój horror jest znakomity. :) Ogromnie przypadł mi do gustu. :) Niby bez morza krwi, a i tak leje się ona tu i ówdzie. :) Do tego BARDZO MOCNE zakończenie. Suuuper! :)

Przeplatasz między wierszami ważne przestrogi dla każdej dziewczyny – w sytuacji ekstremalnej dowiadujemy się, jaki naprawdę jest „nasz luby”, jak nas traktuje i – za kogo uważa. :) Wobec tego wniosku, jakoś niespecjalnie żal mi mojego imiennika. :) A owo „przemycanie zakamuflowanych, często – bolesnych treści” wskazuje mi nieco dokładniej na Autorkę. :))

Ta „prawdziwa twarz Karola”, ujawniona w obliczu śmiertelnego zagrożenia, przyniosła mi kolejne skojarzenie – z genialnym wierszem Mickiewicza „Przyjaciele”. :) I, wspominany przeze mnie wielokrotnie, wiersz Wysockiego “Piesnia a drugie” – “Opowieść o przyjacielu”. :) 

 

Klik, pozdrawiam serdecznie i życzę powodzenia w Konkursie. :)

Nowa Fantastyka