- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Śmierciny

Śmierciny

Dzień dobry.

Z góry dziękuję za lekturę – mam nadzieję, że nie będzie to czas stracony.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Śmierciny

Dziś są twoje trzydzieste dziewiąte śmierciny. Wiem z płyty grobowej. Siódmy maja. Kasztany w rozkwicie, pierwsze odważne trele ptaków, życie się odradza, że tak zażartuję. Zachodzę tu czasem do ciebie, siadam. Rzadko się odzywam. Nie chcę przeszkadzać. Znaczy się w myślach, w myślach mało do ciebie mówię. Na zewnątrz to wcale, nie jestem szalony. Dla ciebie dziwny, to z pewnością, ale nie szalony. Zresztą szalony to daleki od normy, a dziś to i norma sama od siebie daleka.

Teraz zrobię wyjątek. Śmierciny to dobra okazja. Przychodzę do ciebie od kilku miesięcy, zacząłem na poprzednią jesień. Pamiętam, pomyślałem, że ładnie ci orzechy wokół grobu naspadały. No proszę, wtedy spadały orzechy, a dziś przy innej okazji rozkwitają ci kasztany. Zbieg okoliczności, oczywiście, ale to moje dwa ulubione drzewa. Jedyne tak charakterystyczne, że nauczyłem się je rozpoznawać jeszcze w podstawówce. Potem niewiele już się o przyrodzie nauczyłem, jak tak teraz myślę. Może stąd te kasztany i orzechy. 

Mało się do ciebie zwracam, bo nie wiem, czy słyszysz. I nie bardzo chcę przeszkadzać. Kiedyś nigdy bym nie pomyślał, że możesz słyszeć. W życiu bym nie pomyślał, ha! Ale dzisiaj już niczego nie jestem pewny. Jeżeli słyszysz, to przepraszam, że nachodzę. To jedna z niewielu ławeczek, jakie są w okolicy, akurat tu, przy twoim grobie. Inne nie bardzo się uchowały. Kiedy przysiadłem tu za pierwszym razem, starałem się zupełnie cię zignorować. Ławeczka, to o nią mi chodziło. A że przy grobie? Czym jest dziś stary, zapomniany grób. Dekoracją co najwyżej jak donica albo budką telefoniczną przy ulicy. Jest, bo jest, ale dopóki nie musisz podlać czy zadzwonić, to najwyżej potkniesz się spojrzeniem, otrzepiesz mrugnięciem i pójdziesz dalej.

Tylko że tak się nie da. Nie sposób tak usiąść przy grobie i nie spojrzeć na płytę, na pomnik. Na imię i nazwisko. Twoje na przykład, ładne, choć imienia nie znałem, pierwsze widzę. Ale tak to jest, że spojrzy człowiek na takie imię i nazwisko i już przepadł. Bo z tego to i zaraz wyłoni się jakaś twarz, mimika jakaś. I pytania o nie. A kiedy się uśmiecha, a kiedy krzywi w złości. Co lubi. Znaczy lubił, bo nie żyje.

W końcu tak wyszło, że chociaż nie za bardzo chciałem, to się odzywałem. Głównie o sobie.

Dużo głupot ci naopowiadałem, jak się nad tym zastanawiam. I chyba nie do końca byłem zawsze szczery. To głupie. Nawet w takiej sytuacji nie byłem do końca szczery, z tej durnej potrzeby, którą mieliśmy w sobie od zawsze. Dzisiaj będę.

Nie jest mi lekko. Chociaż nie byłem, oczywiście, u lekarza, to myślę, że mam depresję. Wstyd się przyznać. Za moich czasów się o tym nie mówiło. Ciekawe jak za twoich? Prawie sto lat różnicy, niesamowite. Sto lat przede mną w Rosji stłumiono rewolucję. Mnóstwo, mnóstwo czasu.

Depresja. Jak już to nazwałem, to jest trochę łatwiej. Można spojrzeć na siebie z boku. Nabrać dystansu, zobaczyć sytuację, a nie w niej tonąć. Współczucia trochę dla siebie zdobyć. Tyle lat wyparcia, żebym wreszcie to dostrzegł. Głupi jestem. 

Wpadłem z jednej pustki w drugą. Z początku można było się jeszcze okłamywać, nie zauważać. W końcu dużo się działo. Nowa sytuacja, to całe powstanie z martwych. Chyba ostatecznie nigdy ci o tym nie opowiedziałem. Sam niewiele rozumiem, już mówiłem, że w tych sprawach to ja zatrzymałem się na kasztanach i orzechach. Trochę poczytałem, bo przez jakiś czas działały jeszcze te wielkie wyświetlacze zastępujące prasę. 

Stało się tak, że pewnego dnia wstaliśmy z martwych. Pierwsze, co pamiętam, to jak stoję nad dziurą w ziemi, podpisaną obok moim imieniem i nazwiskiem. Wokół stali inni, podobnie jak ja otumanieni. To nie jest sytuacja, którą łatwo sobie wyjaśnić. Patrzyłem na swoje ręce, na skórę w kolorze dojrzałych oliwek. Gdy dotarło do mnie, że tu i ówdzie dostrzegam płaty mięsa, a nawet kości, w pierwszej chwili spanikowałem. Potem zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę nie czuję bólu, nic właściwie nie czułem, więc nie mogło być tak źle. 

W sąsiedniej alejce wywiązała się wtedy jakaś szarpanina, zatem poszedłem sobie. Nigdy nie przepadałem za przemocą i jak widać przeszło wiek pod ziemią nie zdołał tego zmienić. 

Niewiele pamiętam o sobie sprzed Powstania – bo tak żywi nazywali ten dzień, jak się wkrótce dowiedziałem. Zostały mi raczej idee niż fakty. Ułożony, spokojny. Nie wiem, czym się zajmowałem, ale na pewno niczym szalonym. 

Miałem żonę. Musiała Powstać przede mną lub po mnie, bo nie było jej na cmentarzu w chwili, gdy odzyskałem świadomość. A może była, tylko się nie rozpoznaliśmy. Zupełnie jej nie pamiętam, a o tym, że istniała, wiem tylko dlatego, że po jakimś czasie, gdy nieco się już uspokoiło, wróciłem na cmentarz i już spokojniejszy przeczytałem, co było na nagrobku. Sto lat leżeliśmy tam razem, a teraz grób był pusty. Rozejrzałem się po okolicy, ale nie dostrzegłem żywego ducha. Znaczy… Przepraszam, człowiek tyle lat nie żyje, a te naleciałości pozostały. Nikogo tam nie było. Przynajmniej z początku nikogo nie zauważyłem. Gdy bowiem ruszyłem cmentarną alejką, w krzyżującej się z nią uliczce dostrzegłem kobietę. Pamiętam, uderzyło mnie wtedy, że nawet nie jestem pewny, czy to moja żona. Wiedziałem, że ją miałem, ale nie miałem pojęcia, jak wyglądała. A może tego, że istniała, także byłem świadom tylko dzięki napisowi z pomnika? 

Kobieta zatrzymała się. Nie wiem, czy na mój widok, czy na widok czegoś innego. W zachodzącym słońcu nie mogłem wyraźnie dostrzec jej twarzy. Stanęła jednak i ja też zdałem sobie sprawę, że stoję, próbując coś sobie przypomnieć lub chociaż upewnić się, czy coś czuję, czy jedynie wiem, że czuć coś powinienem. 

Wiem, że przez myśl przebiegły mi obrazy. Ja z nią, snujący się po świecie. W mojej wyobraźni nie byliśmy rozkładającymi się ciałami, a parą zdrowych, żywych ludzi. Idących razem przez łąkę, grzejących stopy przy kominku, roześmianych w restauracji. Nie wiem, czy takie mieliśmy życie, ale takiego zapragnąłem. I to z pewnością było pragnienie.

Nagle usłyszałem, że ktoś się zbliża. Rozejrzałem się dookoła – wychodzili. Zza grobów i drzew, z bocznych alejek. Znów na nią spojrzałem. Na jej twarzy położyły się brzydkie cienie. W miejscu ust pojawiła się ciemna plama.

Wtedy zobaczyłem nas prawdziwymi, w sensie takimi, jakim ja teraz jestem. Zgniłymi, zjełczałymi ciałami, oglądającymi się co rusz za siebie. Nie zbliżającymi się do ognia, aby przez brak jakiegokolwiek czucia nie spalić się w płomieniach. Prawie nie rozmawiającymi, z obawy przed tematem, który musiałby się pojawić. Nie od razu to zrozumiałem, trochę jakby z początku to podświadomość mi podpowiadała. Dopiero potem zastanowiłem się nad tym nieco bardziej. Temat, który byłby nieunikniony, byłby jednocześnie tabu. Jak wyznanie uczuć przez parę kochanków, z których każde ma własną rodzinę. Tylko gorszym. Oj, znacznie gorszym.

Puściłem się biegiem, żeby uciec. Powiem uczciwie, że i od niej, i od tych myśli. Biegłem na przełaj, przez płot i jeszcze dalej ulicą. Potem, gdy dowiedziałem się więcej, zacząłem żałować każdego niepotrzebnego metra, który wówczas przebiegłem.

Ze strzępów informacji próbowałem odtworzyć szerszy obraz sytuacji. Pojawiały się różne teorie i chyba żadna nie znalazła ostatecznego potwierdzenia. Powstaliśmy tylko my, żyjący w określonym czasie. Wskazywano różne powody, najbardziej zapadły mi w pamięć dwa. Pierwszy, czyli jakiś lek lub szczepienie, które jako skutek uboczny zachowało nasze ciała i wybudziło je, gdy nadeszła pora. Jaka pora, na co? Chciałbym wiedzieć. Choć właściwie nie, nie chciałbym. Ty byś chciał, gdybyś był na moim miejscu?

Druga hipoteza dotyczyła robactwa. Zamiast nas zjeść, zakonserwowały.

Badania szybko się skończyły. Nie było komu dalej ich prowadzić. Nie ma opracowań dotyczących wzorców zachowań po Powstaniu, ale na własny użytek podzieliłem nas na trzy grupy.

O pierwszej grupie trochę już wspominałem. W pierwszych tygodniach musiałem się przed nimi kryć, bo co bardziej agresywni spośród nas wprowadzali porządki. W każdym razie próbowali. W dużej mierze to dzięki nim zacząłem rozumieć, że Powstanie nie jest na zawsze. Z jakichś powodów dostaliśmy określoną ilość energii, ale gdy się skończy, wracamy w nicość.

Żywi zniknęli szybko. Zaraz po nich zniknęli ich pogromcy. Uganianie się za ofiarami musiało wiele ich kosztować. Niektórzy próbowali podjadać żywych, licząc chyba, że w ten sposób przejmą ich energię życiową, ale nic to nie dało. 

Nawet kiedy zrobiło się bezpieczniej, nigdy już nie wróciłem na cmentarz, na którym Powstałem. Zrozumiałem, że to nie oprawców się bałem, lecz ponownego spotkania z tą kobietą. Strachem napawał mnie nie z lęk przed pięściami i zębami, a przed tym, od czego doświadczenia pięści nas uchroniły. Mnie uchroniły, w sensie.

Potrafię znormalizować się w głowie. Oswoiłem się z widokiem swoich dłoni, dziurami w ciele. Za to gdy patrzę na innych, kiedy mijamy się z daleka… Inni wydają mi się ohydni. Prześlizguję się po nich wzrokiem, jak gdyby Powstanie było niezręczną niepełnosprawnością. Niezręczną dla patrzącego, niepewnego jak się zachować ze swoim byciem sprawnym.

Wybacz, rozwlekam tę myśl, bo chyba obawiam się to nazwać nawet do ciebie. Do rzeczy. Chodzi o to, że nie potrafiłbym dotrzeć w rozmowie z kimś do pytania, kim się staliśmy. Gdyby kto inny mnie takim zdefiniował, to dopiero wtedy byłaby prawda.

Za dużo myślę o sobie. Opowiadałem, jak pogrupowałem Powstańców.

Druga grupa pojawiła się szybko i jeszcze szybciej zniknęła. To ci, którzy po zrozumieniu zasad tego wszystkiego, postanowili się wycofać. Przez mniej więcej tydzień gdzie okiem sięgnąć, dało się dostrzec kogoś biegnącego. Już ich nie ma, dobiegli do swoich met. To przez nich wraca do mnie wspomnienie tamtej ucieczki z cmentarza i powraca uporczywe pytanie, jak wiele czasu wówczas straciłem.

Wreszcie trzecia grupa. Moja. Szwędamy się z dala od siebie, powoli. Niepewni, jak długo ta dziwna, utrzymująca martwe ciało na chodzie energia w nas pozostanie. Stawiamy kroki powoli, bo chociaż wiemy, co czeka po, to nie jesteśmy pewni, czy chcemy do tego wracać.

Późno już. Słońce nisko. Naprawdę mam nadzieję, że w niczym nie przeszkodziłem. 

Próbuję się pożegnać. Chcę otworzyć usta i powiedzieć coś, choćby krótkie będę szedł, pa, ale na zewnątrz wydobywają się tylko warknięcia. Przegniłe, nadgryzione robactwem i spulchnione wilgocią ciało podnosi się powoli, a ponadrywane mięśnie pieką bólem, gdy wstaję. 

Idę. Nie żyj nam sto lat, hej.

Koniec

Komentarze

Ciekawe (przecinek?) jak za twoich?

Zaraz po nich zniknęli ich pogromcy. Uganianie się za ofiarami musiało wiele ich kosztować. – powtórzenie?

Strachem napawał mnie nie z lęk przed pięściami i zębami, a przed tym, od czego doświadczenia pięści nas uchroniły. – literówka?

Za to (przecinek lub myślnik?) gdy patrzę na innych, kiedy mijamy się z daleka…

Prześlizguję się po nich wzrokiem, jak gdyby Powstanie było niezręczną niepełnosprawnością. Niezręczną dla patrzącego, niepewnego jak się zachować ze swoim byciem sprawnym. – czy ta (i inne) aliteracja jest celowa?

Przez mniej więcej tydzień (przecinek?) gdzie okiem sięgnąć, dało się dostrzec kogoś biegnącego.

Szwędamy się z dala od siebie, powoli. – rzadko używam, ale sprawdziłam i net mówi mi, że to ortograficzny?

 

Moim zdaniem wpisałeś się, Anonimie, w wymogi konkursowe wręcz w dwustu procentach. :) Dywagacje narratora są smutne, ale i bardzo trafne. Świetnie potrafimy sobie wyobrazić to, co, a także – kogo nam opisuje. :) Brawa za pomysł na tytuł oraz całkiem inne znaczenie pojęcia „Powstańcy”. :) I za wymowny koniec. :) 

 

Kliczek, powodzenia, pozdrawiam serdecznie. :)

Nowa Fantastyka