- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Babooshka babooshka babooshka -ya -ya

Babooshka babooshka babooshka -ya -ya

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

GalicyjskiZakapior, marzan

Oceny

Babooshka babooshka babooshka -ya -ya

– Babusiu, ja wże zakończył elektryke i wstanowliwatie kamer – skazał schodząc z drabinu. Płaszczem (który powinien krwawić, da? Ale to nie ten płaszcz, krywawyj, niet, nie ten…) potrącił staroj figurku gladiatoru, ale złapał jejo rozumno.

– Dobre, Stepan, dobre… – pochwaliła ja jeho.

– Stepan to mój batko, a wasz wnuk, babusia. Ja Dmytro, wasz prawnuk.

Dziwne stał, tak bokiem, jakby nie chciał, bym lewą stronę jeho twarzy pobaczyła.

– Jak ja miechła zabut. Dmytro. Zjesz szto?

Właśnie, jak ja miechła? Dmytro. Eto imia. Eto imia nikak zabut. Nu szto… I ten płaszcz, płaszcz krywawyj. To jak ja miechła zabut? Pamięć wszystko wymiatajut. Ale Dmytra nigdy! Ja jeho nie zabuła i nigdy nie zabudu.

– Nie, babusiu. Spocznij ino. Wy biegate i biegate. Ja dziewczynku priwiedu siudy zawtra.

– Dziewczynku? Twaja?

– Nie, nie, nie maja – zaśmiał. Jak tak śmiał, istno nahadał Dmytra jako dwie kroply wodu – prodawszczyca. Do twego składu.

– A po szto mienia prodawszczyca?

– Sama pieriedajesz tutej. To prodawszczyca do pomocy, mołoda, bystra, skoro nie choczusz dopomochy od swojej rodynu.

– Nie potrzebuje ja dopomochy.

– Skolko liet babuszka jeszczio dumajecie wy tu rabotat? Po setny den narodzenia?

– A niechby i po setny abo i dwusetny, co wam do tego?

Zaśmiał. Znów jak tamten Dmytro.

– Bo ja o babusiu martwię… Babuszka tak po drabinkach skacze, jako koza! – Zrobił rogi, zameczał i pogroził mi, starej, palcem. Znów jak Dmytro. Dmytro potrafił i kozę sprawić i nawet jelenia. – Jak jeszczio raz zobaczu, to zwiążu.

– Ty mnie, zwiążut? – uderzyła ja jeho niby obrażona ścierkom. Zaśmiałam, bo prepomniała ja, kak mnie Dmytru kiedyś związał i kak Laszki wiązał mocno – A to dobre, dobre, Dmytro. Ciasto dam.

– Nie trzeba, babusia. Lecieć mus.

– Specjalnie ja pioczu ji dla was. Bierij.

 

 

 

 

– Skolko eta?

– Sorok.

– Ile?

– Czterdzieści – odpowiedziałam, uśmiechając tsia. Ja zawsze do nich, do pszeków, uśmiechała.

Laszka uśmiechnęła tsia też. Ja wzięła od niej grosze. Una pożegnała ruskim:

– Daswidania…

– Do pobaczenia – odpowiedziałam po naszemu, nadal uśmiechając tsia.

To chyba jakiś wieliku poizdku był, tamu szczo ledwo tamta paszła, zjawiła w drzwiach kolejna Laszka, majże tako samo stara jako i ja, co najmniej z dziewianosto rokiw, a możet byt i sto, ale jednak nadspodziewanie żwawo kulchaniła tsia wspierając na lasce. Baba cudowała, priebierała w suwenirach. A dziwna. Skóra na niej wisiała. Nie lubie ja takich.

Ja rzuciła okiem na gazetu z telewizyjnaj programoju. Moj teleseriali o gladiatorach skoro zjawistja.

Pora zamykać. Ale klientka priebierała dalij. Popatrywała na mnie okiem. Dziwna jakaś. Skóra jakby nie jej, jakby przyklejona.

Wreszczo prisła, niosąc dwie kniha. „Gladiatory” i „Quo vadis?”. Ja prawie zabuła, szczo je tu mam. Serdce drgnęło zdradziecko.

– Skolko?

Podałam cenę. Próbowała targowat tsia. Szczo na „Gladiatorach” plamy. Ja dobrze znała te plamy. Zgodiła ja na niższo cenu. Byle zamknąć. Byle zabuwaty o tych „Gladiatorach” i podywitsja na teleseriali toże o gladiatorach w telebaczjenia.

Dała grosze.

– Wielki spasibi – prinajmnij wona nie pomyliła moskiewskiewo z ukraińskim. A wona żadne „Wielkie dzięki” albo „Bolszoje spasiba”, tylko po naszemu. Dobre. Dobre. Odpowiedziałam tako że:

– Wielki spasibi – wciąż uśmiechając tsia. Mimo, że to przez nich, przez pszeków, straciłam wsio swoju sjemju. Mamu, brata, sestru i detynu. Ja wratiła ich wsiech przez Lachów. A teper ja wyrodna, ja uśmiechała tsia do pszeki. Do pszeki, co poprawno rzekła „Wielki spasibi”.

W kińcu Laszka paszła i mogła ja zakryt drzwi. Zakryt drzwi, włączyć telebaczjenie i zabuwat o Lachach. O, juże zaczynało tsia. Gladiatory.

 

 

 

Dmytro odiannyj za gladiatora wyglądał cudnie. Gieroje krążyli na zdeptanym łuhu, a my diewczynky piskały jako pticy. Janko zamachnął tsia patykiem, ale nie trafił, Dmytro znów odskoczył i smagnął tamteho powrozem. Tylko oni ostali na tej „arenie”. Wcześniej bawili tsia w gladiatory Witek, Petro, Iwan, Hawel, Łukasz, a nawet mały Żydek Mosiek. Ale gdzie im do Dmytra czy Janka.

Ja zabała jak skończył Mosiek. Maleńkij czołowieczok, obdarty do naga, na stercie innych. Skąd mnie to…?

Janko poskoczył, zawirował i uderzył Dmytra, z góry, za uchem. Dmytro zaczął miauczeć. Miauczał i miauczał, jak nie on. Jak nie czołowiek. Coraz głośniej.

 

 

 

Eto Łatka, moja koszienia tak miałczała. Miau i miau.

– Szto tak miauczysz, koteńko? Szto tak miauczysz? – spytałam, czochrając ją za uchem. – Szto kitinko? Mołoka być chciała, szto?

Koticzka skłoniła łebek i miaułczeniem potwierdziła.

Paszła ja zaraz po mołoko do lodówki. Łatka łasiła tsia do mojej nohi.

– Uważaj ty, bo sie przebarocu i kto jeść da? Nu? Kto?

Smuteńko jakoś a wesoło. Wesoło a smuteńko. Niedołgo umrę, kto wtedy Łatko się zajmie? I antykwariatom? Może Stepan? Albo Dmytro?

– Jedz, jedz, kiciaku, jedz… skoro spati mi nie dajesz…

Ale coraz mniej ja ostatnio spała. Po co spati teraz, kak w trumnie wyśpie tsia do woli. Ale jednak odmówiła ja jeszczio raz molitwa i jeszczio raz próbowała ja zasnąć.

Ale przecież już molitwy na nic. Na nic. Na nic.

 

 

 

Wona priszła znowu na nastupnyj dień. Ta sama starinka, z to wiszonco skóro, z dziewianosto rokiw, może byt i sto, co poprzedniego dnia tak żwawo kulchaniła tsia po całym składzie, co to tako cudowała i priebierała w suwenirach. Ja zdziwiła tsja. Rzadko było Lachom wracać sjudy druhi raz.

Tym razom podeszła do mnie od razu i skazała:

– Ja… przyszłam ci tu… przebaczyć… ale nie wiem, czy potrafię…

– Pobaczyć? Wy, mnie? Niby za szto?

– Ty mnie nie poznajesz, Tania? Taniuszka. Popatrz dobrze.

– Patrzu. Wiżu. Ale nie poznaju.

– Ja Bożenka…

Zapristała ja uśmiechat tsia. Krew mi do umu uderzyła. Boh, czy to już? Matko prieczista. Oparła ja tsia o krzeszło, pieriechristiła tsia i usiadła ja. Lico w dłoniach ja skryła i tylko przez palce patrzała na jijo. To wona żiwiut. Wona żiwiut. Jakże to? Jakże?

Rozpoznała ja jijo dobre. W kińcu ja tsia w siebie wezbrała i skazała wolno:

– To ja bym mohła wybaczyć wam… ale nie wybaczu ja… nigdy…

– Ty, mnie?

– Ja pieriez was wsio swoju sjemju straciłam. Wsio rodynu. I mamu… i brata… i sestru… i detynu.

– Też cierpiałaś…

– Toże? Toże? Nieczuła ty Laszka i głupia… jako zawsze… Gdyby nie ty, moh brat by żył… i jeho syn toże…

– Nie masz prawa tak mówić. Nie ty. – Skazała, po chwili powtórzyła głośniej: – Nie ty!

– Mam prawo mołwić, jak chcę…

– Nie masz… jak nie ma takiej możliwości, by być człowiekiem za darmo albo tanio, Taniu. Można być co najwyżej człowiekiem nadaremno. Albo tanio się sprzedać. Za człowieczeństwo zawsze trzeba płacić. Ja zapłaciłam. A ty? A ty, Taniuszka?

– Szto ja?

– Czym ty zapłaciłaś, Taszeńka?

Wuna zawsze lubiła takie gadki. Jej matka i batko byli uczeni. Szkoły pokończyli. Tym meho brata zniewaliła, wona zaczarowała. I tym, co każda czaruje, to też, bo miała wtedy wszystko na miejscu, a i liczko kak z obrazka.

„Taszeńka” tak do mnie Dmytro…

Czymże ja zapłaciła? Żywiem za żywie. Śmiertcią za śmiertć. Lubieniem za lubienie. Ciorpieniem za ciorpienie. Złem za dobro i dobrem za zło. I wszystko na nic.

– Wszystko na nic… – powtórzyła ja tom dumku.

– Na nic?

– My nadal dziady… wy nadal pany… Nie mam co ci skazać. Idź już. I nie wracaj. Nigdy! Won!

 

 

 

Dmytro… Moj Dmytro… Pamięć wszystko wymiatajut.

Nie zabuła ja jej, tejże Bożeny. Kakże ja by miechła zabut? Bożena. Bożenka. Żeńszczyna. Drużyna mojeho brata. To pieriez nio on…

Pamiętam ich wesele. A najbaziej wykup. Świadkową była Baśka Morwa. Ile ona tego wydumała. Musiał mój brat sporo dokonać by tsia do Bożeny dostać. Gieroje pomagali. Hryhoryj, Mykoła i Dmytro. Ta. Dmytro najbaziej.

Dmytro najsprytniejszy ze wsiech. Każde zwierzę umiał sprawić. Zająca, sarnę, nawet dzika. Skórę zdjąć w jednym kawałku, ani nie patrząc.

A jak śpiewał!

– Otwiraj swatie bo spalim chate!

Ale to było na długo, długo, długoto zanim chaty istno płonęły. Te czasy szcze nie priszły.

Skądże więc ja tu? Skąd?

 

 

 

– Babusiu, ja wże zakończył elektryke i wstanowliwatie kamer – skazał schodząc z drabinu. Płaszczem (który powinien krwawić, da? Ale to nie ten płaszcz, krywawyj, niet, nie ten…) potrącił staroj figurku gladiatoru, ale złapał jejo rozumno.

– Dobre, Stepan, dobre… – pochwaliła ja jeho.

– Stepan to mój batko, a wasz wnuk, babusia. Ja Dmytro, wasz prawnuk.

Dziwne stał, tak bokiem, jakby nie chciał, bym lewą stronę jeho twarzy pobaczyła.

– Jak ja miechła zabut. Dmytro. Zjesz szto?

Właśnie, jak ja miechła? Dmytro. Eto imia. Eto imia nikak zabut. Nu szto… I ten płaszcz, płaszcz krywawyj. To jak ja miechła zabut? Pamięć wszystko wymiatajut. Ale Dmytra nigdy! Ja jeho nie zabuła i nigdy nie zabudu.

Zaraz… coś nie tak. Ja juże przeżyła ten dzień. Ja pamiętała przecież. Juże tsia raz tak pomyliła.

Zara won powie o prodawszczycy, a ja, że nie potrzebna mi ona.

– Nie, babusiu. Spocznij ino. Wy biegate i biegate. Ja dziewczynku priwiedu siudy zawtra.

– Dziewczynku? Pradawszczyca? Nie lza mi jej. Nie potrzebuje ja dopomochy…

Ale po co jeszcio raz ten sam dzień? Potem będzie znów Bożenka. Nie, nie… obudź tsia, to sen… To sen ino.

 

 

 

Był środek zymy, mroźna noc, dochodziła trzecia. Brnęli my przez śnieg, nasi widważni mołojcy z przodu, prowadził ich stary wistun, za nimi jeńcy, potem w samem środeńku, my diewczynky, potem nasz otaman, starszyj buławnyj, a za nim znowój zadnia ochrona.

Ruskich własowców wyłapali my siedmiu. Człapali noga za nogą, mabut wony wyczuli ce ich czeka. Świny.

Nagle pochód zatrzymał. Do otamana priszoł jeden z gierojów, z perednoj ochrony.

– Wże widać sioło…

Ataman dał korotkie rozkazy. Mieliśmy udawać kacapów. Sobaky już szczekały.

– Otwiraj!

– Kto?

– Sowietskie partyzanty…

– Przecie widzę, żeście Ukraińcy nie Moskale…

– Ano racja, starik. Nie kacapy, a kacapów wiedziem… otwiraj.

– Otwieram, otwieram.

Weszliśmy do izby. Tam stary Lach, mołoda Laszka, czworgo dziety, trzy ledwo ponad stół i niemowla w kołyscy. Bali tsia, ale nie tak badzo jak powinni.

– Masz tu drugoj izbu?

– A mam – starik wskazał sień.

– Petro, Bohdan, Hryhoryj, bierietie własowców – ataman wskazał rukoju – zakneblujte sobaczych synów. A ty starik masz jakiś samogon tutaj?

– A mam…

– To dawaj.

Ataman pociągnął kilka łyków i spytał:

– Siekieru masz?

– Znajdzie się – odparł stary Lach – przynieść?

– Tak.

Starik potruchtał na zewnątrz i po chwili nawratił z siekierką. Pokręciłam głową i zarechotałam nad ich głupotą. Ataman uciszył mnie spojrzeniem. Chciałam zapaść do piekła, takie te oczyska miał.

– Co oni wam winni? – spytała spłoszona Laszka.

– Kacapskie ścierwa wysługiwały Germańcom – wyjaśnił uprzejmie ataman. Z uśmiechem pieriedał siekierkę Bohdanowi mówiąc – masz… ino bystra.

Po chwili naszych uszu doszły zwuki roboty. Petro i Hryhoryj ich widać trzymali, a Bohdan rąbał. Odgłosy szarpania, głuche uderzenia jak o dieriewo i stłumione jęki zakneblowanych.

– Zakinczano – zaraportował Bohdan.

– Jeśli ich tak zostawimy i Germańcy ich znajdut, to was rostrielaty – tłumaczył ataman – Musicie skazać germańcom, że my was zmusili, paniał?

– Paniał…

– Leżcie, obliczami do ziemy. My zwiożemu was, Niemcy budiet ljechszy wierzyty, że to byt por prymusom.

Posłuszno legli na ziemi i zaczęliśmy ich wiązaty i kneblowaty. Starika i młodom laszkę i te trzy starsze dziety.

Gdy już byli związani, Bohdan pieriedał siekierkę młodemu Wasilijowi. Bohdan i Petro wyciągnęli bangety. Ataman skinął hłową. Laszka mimo knebla zdołała wyjąkać coś jakby: „Boże!”. Bystra paszło. Siekierka spada, prysk nie ma starika. Prysk nie ma laszki. Prysk, prysk, prysk nie ma dietynów. Pozostało tylko niemowlę. Płakało dopóki Bohdan nie wyszarpał go z kołyski i nie rozbił mu hłowy o nadproże.

– Dobre. Horosza robota – pachwalił ataman.

 

Dmytro bieruł mnie, miażdżąc żądzą, wbijając tsia twardym w miękkie. Boże jakie to było wydczute, tak niewiele z tego czasu pomnę, a błoho było, błoho, oj jako błoho. Aż do łez błoho.

– Szczo tebie – spytał scałowując moje łzy.

Głupio mi było przyznać, że tak mnie to jego branie wzięło. Że do łez błohość. Więc na szybko spytałam, głupia, co mnie gryzło ostatnio:

– Paczemu my musieli te detyny zabit? I to najmłodsze… to w kołyszce…

– Żal ci? Lachów?

– Nieeee… – zaprzeczyła ja gwałtownie – Ja ino choczu znaty.

– Durna. Żmij i wężów też ci żal? Nasienie pszeków cza wygnieść do ostatniego. Nie może tu ostać ani jeden Lach.

– Wiem, wiem… Ty taki rozumny… ja gołupiutka… A tego psa? Czemu sabaku ze skóry wy obdarli? Dobra mohła być sabaka…

– Powiedu ja was jutro, Taszeńka, na łuh, gdzie ataman będzie miał skazkę o tym paczemu i pa czo. Obaczysz sama, posłuszasz.

 

 

Był to ten sam łuh, dzie my hrali jako dietyny w gladiatory. Tylko mały Żydek Mosiek, uże dawno nie żył. I była teraz noc. I wsie słuchali my. Wokróg stała ochrona z łuczywami i gorejącami fakelami. I wstęgi i prapory. Kolory czerwienyj, jak krow przelana i czarnyj jak ukraińska, święta ziemija, tą krowią nasączona.

– Lachy skażą, że Lach rodzi tsia z mieczem w jednej dłoni, a cegłą w drugiej. By kak kiniec walki, od razu odbudowaty, co zniszczene… To my mu tak, te dłonie obetniemy. Obie. I wyrwiemy oczy, żeby nie widzioł dzie podziały. I obetniemy uszy, by nie słyszoł…

Ataman powiódł wzrokiem po nas i zatrzymał na mnie.

– Niektóre z was pytajut, pa szto my sabaku ze skóru obdarli? Taa?

Spuściła ja hłowu. Dmytro mohuł nie skazywat teho atamanowi.

– Dobra sabaka nie? Dobre piesy pszeków… po co męczyt a ubijat? Jak konie bierem, krowy bierem, świnie bierem, owce bierem… to pa cziemu nie psy? Taa? No gawarij!

Zlękła ja. Ataman smatrił na mnie wciąż. Mocno. Za mocno. Ja bała odezwaty i bała nie odezwaty.

– Gawarij!

– Bo po szto męczyt sabaku? Co onże winien, iże u Lachów? – usłyszała ja swój nie-swój głos.

– Po szto? Po szto? Kak wy my dumajete, pa szto?

Zmilczała ja. Kak i wszystkie.

– Ha… no kak wy dumajete? Nu?

Cisza.

– Durne! – wrzasnął. – Durne wszystkie!

Powiódł wzrokiem ciskającym gromy.

– Durne! To ja wam skażę. Ja wam skażę. Dziwujete tsia, iże zabijamy ich sabaki i wyrywamy ich dieriewa? Pies wierniejszy od człowieka. – ataman chwycił gorejąco fakel i zaczął ijo do lica każdeho z nas zbliżaty – Kto wita pierwej? Nie głos sabaki? Kto dom oznajmia? Nie głos sabaki? Szto przed złem ostrzega? Nie głos sabaki?

Ataman zaśmiał tsia.

– Więc sabaki niech nie budu wam żal. Lachy skażut, że każdy muż musi spłodzić syna, zbudowaty dom i posadzity dieriewo. Szto my im zapalowaty domy, wyriwajaty dieriewa, co podle domów, a synów nabijaty na sztachety z ochrożeny. Kieby kak tu kiedyś wrótit, nie było tu nic, nic szto by chacieli i mogli pamiętaty. My wymazujem ich z tej ziemly. Raz i na zawżdy.

 

 

– Babusiu, ja wże zakończył elektryke i wstanowliwatie kamer – skazał schodząc z drabinu. Płaszczem (który powinien krwawić, da? Ale to nie ten płaszcz, krywawyj, niet, nie ten…) potrącił staroj figurku gladiatoru, ale złapał jejo rozumno.

– Dobre, Ste… Dmytro znaczyt. Dmytro. Mój Dmytro kochanyj!

Przypomniała ja. Ja juże przeżyła ten dzień. Ja pamiętała przecież. Juże tsia dwa razy tak pomyliła. Albo i trzy albo i czietery? Sto? W kółko i w kółko…

Zara won powie o prodawszczycy. Na ladzie leżały dwie knihy. Skąd one tu? To una ich nie kupiła? Una… Bożena. Boże… Gospodinie… Pomiłuj…

 

To było już po tem, jak mnie brata ubili, że z Laszką tsja kundlił. Wtedy jeszcze mnie jeho nie było żal, tylko zła byłam, że taki durok, że gdzieś tę Bożenę i skundlonego bachora ukrył, że jeho ubit musieli a pary nie puścił.

Pan Bielski jeszczo przed chwilą probował skazat, swym dawnym ucznim. Mudre słowa skazał. Tera milczał. Uczitiel wyglądał żaluwidnym. Okulary rozbite, na głowie korona z kolczastego drutu. Pod pachą wciąż ściskał dwie kniha. „Gladiatory” i „Quo vadis?”.

Czy było mi jeho żal? Nie powinno. Ileż razy ja razy od nieho brała. Liniał jeho na rukach czuła na same wspomnieno.

A teraz won bezbronnyj. I tam jeho drużyna i dzietyny. Cała jeho zjemja.

Hryhoryj wytargał mu knihy.

Czemuż mi go było żal baziej, niże brata rodzoneho? Czy ja durna? Oj, durna.

– Quo vadis? – przeczytał, zaśmiał tsia i rzucił kniho w gnój –  Gladiatory? To my wam tu zdiełajem… Dajta uczitielowi i wójtowi po siekierce… Dawajte. Któren wygra, teho rodinu my wypustyty wolno.

Mołojcy poganiali ich i poszturchiwali.

– Jak któren nie budut atakowat bystra… to my juże bystra zaczniem ubijat wasze dietyny. Od najmłodszej… nu szto? Dietyn własnych, wam ni szkoda? – skazał Hryhoryj podnoszaty za wołosy wójtowom maleńkam doczkam…

W tym momencie wójt z rozdzierajucym rykom runął na uczitiela. Dumała ja, wraz uczitiel z siekieroj w hłowu budut. Ale nie. Uskoczył on. Błockiem w lico wójta prysnął. Sam siekieru wzniósł…

Ale wójt padł na błocko plackiem. Pierieturlał, nogami w nogi Bielskieho walnął. Obydwa upadły.

Szarpali. Przeturlali. Połuczyli parę kopów od gierojów. Próbowali wyrywaty sobie siekierce. Walczyli kak zwierzęta. Gryźli. Dusili. Siłowali. Na sam kiniec wójt, zakrwawiony i dyszącyj wstał. Zewłok uczitiela ostał w błocku, nie ruszat tsia.

– Nu, to uczitiela dietyny na pieniek dawajte – zaśmiał tsia Hrehoryj.

– A my? Możemy iść? – spytał wójt.

– Czekajte!

– Obiecałeś, że puścisz nas wolno.

– Skazałem: „Któren wygra, teho rodinu my wypustyty wolno” O tobe nie było mowy, o rodinu twoju ino.

– To puść moją rodzinę wolno. Potem możesz zrobić ze mną co chcesz.

– I tak budu. Tak budu. Pieriwiedźcie mi tutaj jeho cało rodinu, tu podle żurawia. Widite, ja sława daneho doczymuje – zaśmiał tsia Hryhoryj i uniósł na nowo maleńkoj doczkę wója za wołosy i wrzucił jejo do studni. Wójt próbował tsia rzutyt ku niemu, ale dostał widłami w plecy.

Wszytkie smatriły kak Hryhoryj, rechocząc „puskał wolno” rodinu wójta, choć gieroje sapali gniewnie, iże dwie najstarsze doczki wójtowe chocieli do użytku i cza było je przed wrzuceniem w studniu trochu poużywaty. Ale zbytnio bali jeho by mu to w lico skazat.

A ja sama nie wiem po szto i pa cziemu wygrzebała z gnojowiska dwie kniha: „Gladiatory” i „Quo vadis?” i jak śniąca, k szopu się powlokłam.

 

 

Łzy nie wiedzieć czemu. Za uczytiela? Za brata?

Cosik tu się ruszało w sianie. Cosik kwiliło.

Otarła ja łzy. Knihi wciąż pod pachą.

Ruszyła ja głębiej. Ki czort?

A po tym, ja jejo pobacziła. Z bachorem przy piersi. To ta półlacka bestyja tak kwiliła.

– Tania? – spytała Bożena z zaskoczeniem i jakby ulgą.

Ale chyba wyczytała z mych oczu, że ja jej śmierci brata nie pobaczyła.

Z małego zawiniątka na szyi wyszarpnęła coś.

Rozpoznałam. To ta stara, starutka figurka gladiatora, szto mi tak zawsze podobiwała.

I ta sama, co ją mój prawnuk prawie strącił płaszczem…

Ale jaki wnuk czy prawnuk, jak ja jeszczio mołoda i jeszczio nie rodziła? Co to mi się roi? Durna ja?

– To ostatnie co mi zostało. – Bożena szeptała szybko i płochliwie. – Weź, zawsze ci się podobała. Weź sobie.

Smatriła ja na gladiatora przez chwilę, za koszulę sobie włożyłam.

– Nie dumasz chyba – skazałam – że jakąś duracką figurką mnie przekupisz?

– Tania, Taszeńka, przecież jesteśmy rodziną…

Splunęłam jej w twarz.

– Umrzesz. Już jesteś martwa, lackie ścierwo.

Bożena padła na kolana.

– Miejże litość, w imię Boga!

Wzniosłam Quo Vadis i walnęłam ją w twarz. Mocno. Krow jej z nosa poszła. Już nie była taka ładna. Niemowlak darł w niebogłosy. Zaraz przybiegną nasi i ich sprawią, jak należy.

Wypluła ślinę krwawą, odłożyła bachora na bok, złożyła ręce, do moich kolan dopadła i zaczęła bełkotać bardzo szybko, szybciuteńko, że nie wiedziałam nawet, że ktoś tak szybko może.

– Miejże litość, Taszeńka, jak nie dla mnie, to choć dla dziecka. Widzę, żeś sama przy nadziei. A to twój bratanek. Oszczędź…

Walnęłam jejo znów Quo Vadis, kniha mi z rąk wypadła. Odkąd była ja w ciąży, to taka trochu niezborna. Ale miałam jeszcze drugą, Gladiatory i nią poprawiłam.

Nagle Laszka jakiejś mocy nabrała, z klęku się na mnie rzuciła, obaliła w klepisko.

– Dmytro! – krzyknęłam. – Dmyyytro!

Zatkała mi usta pięścią, ugryzłam i dalej jejo po hławie grzmociłam knihą. Bachor beczał jak zarzynany.

Dmytro i Hryhoryj wpadli do stodoły. Dmytro chwycił Bożenę za włosy, Hryhoryj w ryj jejo walnął, trzy zęby jej wypadły. Już nie była taka śliczna, już nie.

Niemowlę wrzeszczało.

Wstałam, i zaczęłam je kopać. Bożena ryknęła i jakąś diabelską mocą wyrwała się gierojom i na mnie rzuciła. Przewróciłam znowu. Ale już Dmytro w brzuch jejo walnął, a Hryhoryj w hłowę, potem we dwóch jejo złapali i szarpiącą z szopy wynieśli.

Dziecko wyło, więc kopałam, aż umilkło.

A potem za brzuch się chwyciłam i poczułam, że źle ze mnoj.

– Dmytro! – ryknęłam. – Dmytro! Dmytreńku. – I ciszej juże dodałam – wody mi odeszły.

Ale nie słyszeli oni. Znać po głosach, że się z Laszką bawili. I co ona tak drze? Pamiętam, przecież jak mnie brał Dmytro, jakie to było wydczute, jak wtedy błoho było, błoho, oj jako błoho, ale Laszka nie potrafi docenić. Durna! Wrzeszczy, jakby jejo ze skóry obdzierali.

A ja na klepisku blada siadłam. Bo to przeć za wcześnie, za wcześnie, skolko miesiacy? Jeszczio ze dwa?

Wrzask nieludzki z zewnątrz. Niech ona tak nie wrzeszczy, ta Bożena, niech nie wrzeszczy, bo ja tu umrę, umrę tu… I jakże mi mieć wnuków i prawnuków co mi prodawszczyce narajo?

– Dmytro! – powtórzyłam słabym głosem.

Przymknęłam oczy, ból nieco zelżał.

 

 

Oddychałam ciężko, badzo. Umieram? Wszystko tam we mnie skręcało. A dziecko? Co z dzieckiem?

Nie wiem dlaczego spojrzałam na to krwawe coś, co było Bożeny.

Boże.

Boże.

Byle moje zdrowe.

Byle zdrowe.

– Taszeńka? – Dmytro wszedł do stodoły uśmiechnięty i zadowolony. Tylko czemu mu, zza pleców czerwieniało zachodzące sonce, skoro dopiero co było rano? I w nowym płaszczu. Podobnym do teho, co mój prawnuk prawie figurkę strącił. Tylko krow z nieho ciekła. I dziwny w kolorze. Może od sonca.

Przypadł do mnie i spytał:

– Co ci, Taszeńka, co ci? – gładził mnie po twarzy. Krew rozmazywał. Bo dłonie miał całe krwawe.

– Rodzę – wykrztusiłam. – Pomóż.

 

 

– Babusiu, ja wże zakończył elektryke i wstanowliwatie kamer – skazał schodząc z drabinu. Płaszczem (który powinien krwawić, da? Ale to nie ten płaszcz, krywawyj, niet, nie ten…) potrącił staroj figurku gladiatoru, ale złapał jejo rozumno.

– Dobre, Ste… Dmytro, dobre… – pochwaliła ja jeho.

Dziwne stał, tak bokiem, jakby nie chciał, bym lewą stronę jeho twarzy pobaczyła.

– Skąd masz ten płaszcz? – spytałam.

– Z wojny.

– Kak z wojny? Wojny dawno niet. Dawno niet. A ten płaszcz jeho… o Boże.

– Co ty, Babuszka, znowu? Wojna teraz.

– Kak? Kakaja wojna?

– Putin napadł.

I wtedy mnie cosik tknęło.

– Pokaży mi lewo stronę twarzy, Dmytro.

– Po szto, Babuszka? Przecież wiesz dobrze.

– Pokaż!

Odwrócił tsja. Wypalone mięso. Tak, znała ja, znała. W pierwszych dniach zginął. Trumna zamknięta.

Ale to znaczyt, że i ja już nie żywiot?

Zaraz Bożena będzie chciała knihi.

I będzie tak prychodit, jako starowinka, mimo że wiem, że wtedy nie przeżyła.

I będzie prawnuk bez twarzy pytał o prodawszycę.

I będą gladiatory bić

I będzie kotiena miałczeć.

 

禅宗無門關 边缘性人格障碍

 

– Pokaży mi lewą stronę twarzy, Dmytro.

– Po szto? – zaśmiał tsja.

Lewą stronę miał równie przystojną jak prawą.

– Dobre, że cię odratowali – skazał poważno i pocałował mnie w czoło.

– Straciła ja detynę.

Przytulił.

– U tebe znowu budut diety. I wnuki. I prawnuki. Tak mołwił wracz obozowy.

Łzy zaszkliły mi oczy. W głowie pojawił się obraz prawnuka bez połowy twarzy.

– Skąd masz ten płaszcz? – spytałam. Płaszcz już nie krwawił. A chyba powinien?

– Z Bożeny.

– Z Bożeny? – zdziwiłam.

Parsknął śmiechem.

– Ja wsio potrafię oskórować, Taszeńka!

 

 

– Babusiu, ja wże zakończył elektryke i wstanowliwatie kamer.

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

 

Dziękuję za ostrzeżenie – rozumiem, że czeka mnie „mocny tekst”. :)

Tytuł oczywiście z miejsca przypomniał mi słynny przebój sprzed lat. :)

 

Kwestie techniczne i sugestie oraz wątpliwości co do nich (zawsze – jedynie do przemyślenia):

Płaszczem, (który powinien krwawić, da? Ale to nie ten płaszcz, krywawyj, niet, nie ten…) potrącił staroj figurku gladiatoru, ale złapał jejo rozumno. – czy tu interpunkcja ma rzeczywiście tak wyglądać?

– Ty mnie, zwiążut – uderzyła ja jeho, niby obrażona ścierkom, zaśmiałam, bo prepomniała ja, kak mnie Dmytru kiedyś związał i kak Laszki wiązał mocno – A to dobre, dobre Dmytro. Ciasto dam. – błędny zapis dialogu?

Janko zamachnął tsia patykiem (przecinek?) ale nie trafił, Dmytro znów odskoczył i smagnął tamteho powrozem.

Wcześniej bawili tsia w gladiatory Witek, Petro, Iwan, Hawel, Łukasz (przecinek?) a nawet mały Żydek Mosiek.

– Szto tak miauczysz, koteńko? Szto tak miauczysz? – spytałam czochrając ją za uchem – Szto kitinko? Mołoka być chciała, szto? – znowu błędny zapis dialogu?

– Jedz, jedz kiciaku, jedz… skoro spati mi nie dajesz… – przecinek przy Wołaczu?

– Ja… przyszłam ci tu… przebaczyć… ale nie wiem (przecinek?) czy potrafię…

– Ja pieriez was wsio swoju sjemju straciłam. – czy ta (i inne) aliteracja jest celowa?

– Nie masz prawa tak mówić. Nie ty – skazała, po chwili powtórzyła głośniej – Nie ty! – błędny zapis dialogu?

– Mam prawo mołwić (przecinek?) jak chcę…

– Nie masz… jak nie ma takiej możliwości (i tu?) by być człowiekiem za darmo albo tanio, Taniu.

I tym (i tu?) co każda czaruje, to też, bo miała wtedy wszystko na miejscu, a i liczko (i tutaj?) kak z obrazka. – a zatem dialogi i interpunkcję jeszcze trzeba dokładniej sprawdzić i podszlifować, ja reszty już nie wypisuję

 

 

 

Hmmm… Tekst nie należy do łatwych w czytaniu i pojmowaniu, przynajmniej dla mnie. :) Nie znam ukraińskiego, rosyjski pamiętam sprzed kilkudziesięciu lat, zatem bardziej się domyślałam, niż rozumiałam to, co tu napisane. Przerywnikiem jest zazwyczaj japoński znaczek, o ile dobrze widzę w necie, oznacza on „śmierć”. Czemu jednak mam tego szukać? Dłuższego napisu już nie znalazłam, choć próbowałam.

Tekst nie należy do łatwych również z uwagi na poruszoną tematykę. Miejscami jest makabrycznie wręcz okrutny. To ciężki problem, stosunki polsko-ukraińskie na pewno nie układały się cały czas tak, jak byśmy chcieli. Polsko-rosyjskie, czy polsko-niemieckie – podobnie. Czesi nie potrafią nam do dziś wybaczyć Zaolzia. Itp., itd… Można tak sięgać w nieskończoność do rozmaitych przykładów z różnych epok w dziejach świata. Historia jest ogólnie trudna do przyjęcia.

 

Pomysł na Konkurs jest, taka forma – z pewnością niełatwa do napisania; chylę czoła. Fajne to powtarzanie dnia i odczucia narratorki/bohaterki/Tani; świetny pomysł. :) Klikam za te atuty i życzę powodzenia. :)

Pozdrawiam serdecznie. :)

Wielki spasibi, bruce :)

heartkiss

Ukłony, Anonimie! :)

Duże harno, Anonimie.

 

Niemalże od razu wprowadzasz tajemnicę, której rozwiązania czytelnik może się domyślać (ogólnie przecież wiadomo od razu, OCB), ale nie może domyślić się do końca. No i właśnie to uczucie, że rozwiązanie jest tuż-tuż, ale jeszcze się wymyka, to jest jeden z najskuteczniejszych sposobów przykucia czytelnika do kartki. I najbardziej satysfakcjonujących dla odbiorcy. A przy tym – niełatwy.

 

Przekonał mnie też psychologiczny obraz zarówno wyparcia jak i zezwierzęcenia. Może ta scena, gdzie Lachy pozwalają się tak kneblować pod naciąganą wymówką trochę naiwna. Ale niech będzie, że się bali.

 

Bardzo dobre wrażenie robią powtarzające się motywy książek, gladiatorów, płaszcza.

 

Nie wiem, czy ta forma mieszanki językowej nie zepsuje komuś odbioru, czy tu nie należało jednak powściągnąć ręki dla wygody czytelnika. Ale mi osobiście podeszła.

 

No jestem pod wrażeniem, tak ogólnie.

Wielki spasibi, GalicyjskiZakapior :)

 

Może ta scena, gdzie Lachy pozwalają się tak kneblować pod naciąganą wymówką trochę naiwna. Ale niech będzie, że się bali.

 

Constans opus operandi UPA, patrz początek rzezi wołyńskiej: Zbrodnia w Parośli.

 

Z Własowcami, to inne zdarzenie, na mniejszą skalę, przebieg podobny.

Człowiek niby wie, że tam się rzeczy nie do pomyślenia działy, a i tak niedoszacował…

Człowiek niby wie, że tam się rzeczy nie do pomyślenia działy, a i tak niedoszacował…

 

Święta racja, Galicyjski Zakapiorze. Jak wspomniałam przed paroma miesiącami przy komentarzu opowiadania (bodajże autorstwa Adama), Rodzina mojego Taty uciekała stamtąd i ostatecznie osiedliła się w opolskim. Część Polaków zdążyła ujść… “Wołynia” nie umiałabym obejrzeć, bo już opisy i zwiastuny mi to potwierdziły. Z kolei “Katyń” widziałam tylko raz – nigdy więcej. Kiepski ze mnie historyk – nie umiem przyjąć do wiadomości, że dzieje świata to nade wszystko bestialskie okrucieństwo… crying

Dlatego zdecydowanie wolę fantastyczne horrory. 

Pozdrawiam Was. heart

Uff, a ja naiwny myślałem, że opowiadanie na “H” ma wysoki próg wejścia :) A tu od razu atakuje miks językowy.

 

Przyznam, że, jeśli już uda się wejść w historię, ten wołyński Dzień Świstaka daje dużo przyjemności. A w zasadzie nieprzyjemności, ale w tym pozytywnym znaczeniu. Bo z każdym obrotem pętli narasta napięcie, świat ewoluuje od oswojonego do dzikiego, a niepokojące jest to, że ta dzika część jest realna, a ta oswojona jest iluzją z zaświatów.

Podobało mi się to, że tekst naprawdę potrafi budzić emocje. Z każdym razem odsłania nowy, przerażający fragment. Osnowa fantastyczna nie jest przy tym nachalna i sztuczna, po prostu pozwala odtworzyć historię kolejny raz, żeby dodać szczegóły.

Nastrój, niepokój, sposób prowadzenia, struktura mnie ujęły. Ciekawy tekst.

 

Językowo nie da się sprawdzić, bo to ryzykowny miks i do sprawdzania raczej jest potrzebny Ukrainiec. Aczkolwiek tutaj:

 

– Do pobaczenia – odpowiedziałam po naszemu, nadal uśmiechając.

 

mam wątpliwość, ponieważ w ukraińskim, tak jak w polskim “królują” formy zwrotne, tylko doklejane na końcu czasownika, a tekst zmienia wiele czasowników zwrotnych na “ucięte” – tak jak tutaj, z czasownika powstał imiesłów. Wydało mi się to sztuczne.

 

Do biblioteki jak najbardziej. W tym konkursie jest wiele eksperymentów językowych i ten również wydaje się adekwatny do przedstawienia historii, choć – jak zaznaczyłem – zdecydowanie powinien to skomentować Ukrainiec.

 

P.S. Użycie już w pierwszym obrocie pętli przedmiotów z pozoru “od czapy”, które stopniowo zyskują znaczenie i okazują się “krzywym zwierciadłem” rzeczywistości również mnie ujęło – zauważył to już Zakapior, tylko potwierdzam. Dobry zabieg, bo przykuwa uwagę czytelnika.

 

P.S.2 Co do procesu skórowania – skóra człowieka jest silnie zrośnięta z powięzią. U zwierząt futerkowych jest zupełnie inaczej. W dodatku skóra ludzka się rwie przy uszkodzeniach.

Zatem proponowałbym skonsultowanie tego z osobą o wykształceniu medycznym. Moim skromnym zdaniem proces ten nie zajmie kilku minut, ale jest to tylko moje zdanie. Proces skórowania, nie konsultacji XD.

Przeprowadzenie owego researchu zostawiam sumieniu Anonima . Oceniałem tym razem wartość artystyczną, nie bullshity.

 

Wielki spasibi, GalicyjskiZakapior, bruce, marzan :)

 

mam wątpliwość, ponieważ w ukraińskim, tak jak w polskim “królują” formy zwrotne, tylko doklejane na końcu czasownika, a tekst zmienia wiele czasowników zwrotnych na “ucięte” – tak jak tutaj, z czasownika powstał imiesłów. Wydało mi się to sztuczne

 

W istocie. Pierwotna wersja tekstu była wręcz najeżona formami zwrotnymi.

Chyba cięcia były zbyt ekstremalne. Po Twoim komentarzu – część z nich powróciła (między innymi tam, gdzie wskazałeś), chyba z pożytkiem dla tekstu.

 

P.S.2 Co do procesu skórowania – skóra człowieka jest silnie zrośnięta z powięzią. U zwierząt futerkowych jest zupełnie inaczej. W dodatku skóra ludzka się rwie przy uszkodzeniach.

Zatem proponowałbym skonsultowanie tego z osobą o wykształceniu medycznym. Moim skromnym zdaniem proces ten nie zajmie kilku minut, ale jest to tylko moje zdanie. Proces skórowania, nie konsultacji XD.

 

Owszem.

Według niektórych, słaboudokumentowanych przekazów (dlatego w tekście o tym mowy nie ma, bo to może być, że użyję Twego sformułowania – bullshit) – Ukraińcy by ułatwić sobie skórowanie czasem używali wrzątku – polewając nim ciało, przez co skóra odchodziła łatwiej, co nie znaczy, że łatwo. Lepiej udokumentowane było używanie wrzątku w przypadku skórowania części ciała (o tym poniżej), a nie dużych jego połaci jak w utworze.

Ludzka skóra jest mocno zrośnięta nie tylko z powięzią, ale i ta ostatnia z tłuszczem i mięśniami, więc skórowanie człowieka nigdy nie było procesem równie łatwym (o ile można w ogóle go uznać za łatwy) jak zwierząt futerkowych. Masz tu rację, był to proces trudny, czasochłonny i po prostu – brudny (co próbuję częściowo oddać, może nieudolnie). Ale robili to nie tylko dwudziestowieczni Ukraińcy, ale między innymi dziewiętnastowieczni Indianie, o wcześniejszych ludach nie wspominając.

Ukraińcy z reguły skalpowali lub zdzierali skórę pasami – bo to było łatwiejsze. Zdejmowanie całych, dużych fragmentów skóry, np. z pleców czy piersi, było dużo rzadsze, choć w instrukcjach dla banderowców znajdowały się sposoby, jak to skutecznie robić. 

Jeśli chodzi o połączenie wrzątku i skórowania dobrze udokumentowane jest “zdejmowanie rękawiczek”. Polegało to na nacięciu skóry wokół nadgarstka lub wyżej, a następnie na parzeniu lub oblewaniu wrzątkiem, by ułatwić skórowanie. Następnie ściągano skórę z dłoni jak rękawiczkę, w dół, często wraz z paznokciami.

Noszenie potem takich trofeów przez członków UPA jest też dobrze udokumentowane.

 

Skoro dobrze wiem, jak długi i trudny to proces to skąd przedstawienie tego, jakby trwało zaledwie kilka minut?

Z dwóch powodów:

– poruszamy się tu w obszarze zapętlonych wspomnień Tanii a tam czas płynie nienaturalnie (dla niej Dmytro nie mógł jej zostawić na długo, bo ją kochał), sam proces poronienia też nie jest procesem krótkotrwałym, być może ulegamy takiemu wrażeniu przez literaturę / film, ale poronienie może się rozciągać na parę godzin

– ważniejszy powód jest taki, że nawet jeśli byłby to swoisty “bullshit” to bardzo ważny dla charakterystyki Dmytro

 

Przeprowadzenie owego researchu zostawiam sumieniu Anonima

 

Anonim już przeprowadził/a taki research wcześniej. I to bardzo szczegółowy.

 

 

Dzięki za konkretny feedback – naprawdę pomaga.

surprise surprise

Anonimie – co do upływu czasu, można to jakoś pokazać – np. jej wydaje się, że to chwila, ale Dmytro wchodzi na tle zachodzącego słońca, choć przed chwilą było południe. Dociekliwy czytelnik zauważy, że jedno i drugie cierpienie było długie, a niedociekliwy tylko wrzuci to w oniryczną wizję świata.

Rozumiem jednocześnie duże napięcie fabularne sceny, która musi być dynamiczna, więc wszelkie objaśnienia “rozwalą” tempo – zatem można to uznać za konieczne poświęcenie logiki i zostawić tak, jak jest. Czasem tak bywa, nie da się wszystkiego napisać.

Odetchnąłem z ulgą, bo tekst ciężki, więc musi mieć stosownie świadomego autora, co cieszy :)

Wielki spasibi, bruce, marzan :)

 

Dzięki za rady, jeszcze sporo do limitu, więc – scena rozcięta na dwie, zachodzące słońce dodane.

Może to dynamiki nie zniszczy.

Dzięki jeszcze raz.

 

 

heart Pozdrawiam i również dziękuję. :)

Nowa Fantastyka