- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - I przyjął ciało zmarłej dziewicy

I przyjął ciało zmarłej dziewicy

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

marzan, GalicyjskiZakapior

Oceny

I przyjął ciało zmarłej dziewicy

Ooo Pa­aanie, to ty na mnie spoj­rza­aałeś…

 

Ko­stu­cha miała nie­złe wy­czu­cie czasu lub była zwy­czaj­nie zło­śli­wa. Trzy­sta sześć­dzie­siąt pięć dni w roku, a ona wy­bra­ła nie­dzie­lę od­pu­sto­wą, aby się w końcu po­ja­wić.

Gdy na­zna­czo­ne ar­tre­ty­zmem palce wy­gry­wa­ły akor­dy ko­ściel­nej pie­śni, głową byłem już przy ple­bań­skim stole. Wie­dzia­łem z do­świad­cze­nia, że pro­boszcz schło­dził spe­cjal­nie na tę oka­zję kilka li­trów wó­decz­ki i już czu­łem ją na ję­zy­ku. A tu kicha! Za­miast to­a­stu za zdro­wie pa­ra­fian, po­czu­łem, że żo­łą­dek pod­cho­dzi do gar­dła, jak­bym się kwa­śnych ja­błek najadł.

Umar­łem zwy­czaj­nie. Nie owi­jaj­my w ba­weł­nę – kil­ka­dzie­siąt lat gra­nia na or­ga­nach, picia mszal­ne­go wina i wy­kli­na­nia pod nosem na każ­de­go, kto fał­szo­wał pod­czas „Ser­decz­na Matko”, nie czyni z czło­wie­ka kan­dy­da­ta na świę­te­go, więc i ko­stu­cha się nie cer­to­li­ła, tylko za­ła­twi­ła spra­wę raz-raz. Mszę prze­rwał łomot, gdy moje ciało sto­czy­ło się bez­wład­nie na pod­ło­gę chóru, prze­wra­ca­jąc przy oka­zji mo­sięż­ny świecz­nik.

Na­zy­wam się (a może na­zy­wa­łem się?) Ma­rian Wa­len­tyn, więc nie­wy­szu­ka­ne prze­zwi­sko go­to­we. Le­piej jed­nak być wal­nię­tym niż ni­ja­kim, zatem całe życie sta­ra­łem się za­pra­co­wać na to miano. I gdy serce sta­nę­ło, byłem prze­ko­na­ny, że za chwi­lę po­czu­ję na skó­rze cie­peł­ko, a na po­ślad­kach ukłu­cie dia­bel­skich wideł.

Za­miast tego zna­la­złem się w ko­lej­ce.

Tak. W ko­lej­ce. Jak­bym po śmier­ci nie miał spo­tkać Stwór­cy albo Tego Dru­gie­go, tylko za­ła­twić spra­wę w urzę­dzie. Szara po­cze­kal­nia, ławki bez oparć (szczyt okru­cień­stwa, po­wia­dam wam), i nu­mer­ki. Trzy­ma­łem w dłoni ka­wa­łek pa­pie­ru z nu­me­rem 666 i uzna­łem to za znak, że jed­nak idę tam, gdzie się spo­dzie­wa­łem.

– Ma­rian Wa­len­tyn!

Wsta­łem bez chrup­nię­cia w ko­la­nach, co było miłą od­mia­ną, i żwa­wym kro­kiem pod­sze­dłem do okien­ka. Świę­ty Piotr wy­glą­dał dość ste­reo­ty­po­wo – długa biała broda, dłu­gie białe włosy i po­czci­wa twarz. Je­dy­nie au­re­ola była z decz­ka roz­cza­ro­wu­ją­ca, bo można by ocze­ki­wać, że taka szy­cha bę­dzie po­sia­da­ła Lam­bor­ghi­ni wśród au­re­ol, a to był za­le­d­wie Pas­sat. Niby kó­łecz­ko wy­po­le­ro­wa­ne na błysk, ale jed­nak bez szału.

Świę­ty Piotr po­słał mi zmę­czo­ny uśmiech.

– Szyb­ko, pro­szę. Mamy ka­ta­stro­fę ko­le­jo­wą w In­diach, lo­kal­ne za­miesz­ki w Mek­sy­ku i Trum­pa, który w ra­mach pa­ra­dy po­ko­ju spu­ścił kilka bomb na Bli­ski Wschód. Jed­nym sło­wem saj­gon.

Sta­ną­łem na bacz­ność. Głu­pie, ale nie wie­dzia­łem, co robić.

– Wa­len­tyn – prze­czy­tał z for­mu­la­rza i zmarsz­czył krza­cza­ste brwi. – Pan chyba przy­był nie w porę.

Nie po­wiem, lekko żem się zde­ner­wo­wał, bo jak już, to po mnie przy­szli „nie w porę”.

– Panie świę­ty. Nig­dziem nie przy­cho­dził z wła­snej woli, więc czyń pan swoją po­win­ność i ślij mnie w górę albo w dół.

– To nie takie łatwe, musi być po­rzą­dek w pa­pie­rach, bo się Ma­te­usz bę­dzie cze­piać na ko­niec kwar­ta­łu. Tak że tego, panie Wa­len­tyn, pan ła­ska­wie wróci po wa­ka­cjach, do­brze?

Chcia­łem coś dodać, ale uzbro­jo­ny anioł od­pro­wa­dził mnie na bok i pa­lu­chem (brak kul­tu­ry!), wska­zał drogę.

– Wyj­ście po lewej.

I wtedy dała o sobie znać moja prze­kor­na na­tu­ra, bo na prawo ode mnie tylko ścia­na i nie chcia­łem mieć do czy­nie­nia z tymi de­ge­ne­ra­ta­mi z le­wi­cy, więc nie ma mowy, bym prze­szedł tam­tę­dy. No i naj­waż­niej­sze – wska­za­ne drzwi były po pro­stu brzyd­sze, a te po pra­wej ja­śnia­ły bielą. Pchną­łem je i…

Gdzieś za sobą usły­sza­łem krzyk anio­ła-ochro­nia­rza:

– Nie te!

 

 

Two­ooje uuusta dziś wy­rze­kły me iii­mię…

 

Obu­dzi­łem się w ciem­no­ści.

– Co za po­je­ba­ny sen – mruk­ną­łem do sie­bie gło­sem, któ­re­go nie po­zna­wa­łem.

Chrząk­ną­łem raz i drugi, ale to nie po­mo­gło, bo nadal wy­da­wa­łem dziw­ne dźwię­ki. Wy­so­kie, me­lo­dyj­ne i, o zgro­zo, dziew­czę­ce.

W łóżku było cia­sno, co od­kry­łem, gdy pró­bo­wa­łem prze­wró­cić się na drugą stro­nę. Pod­nio­słem dłoń do twa­rzy, ale za­miast nie­rów­no ob­cię­tej brody, na­tra­fi­łem na ak­sa­mit­nie gład­ką skórę. Z wolna za­czy­na­ła świ­tać mi pewna myśl. Sza­lo­na, ale bio­rąc pod uwagę wcze­śniej­sze wy­da­rze­nia, dość praw­do­po­dob­na.

Le­ża­łem w trum­nie. I mu­sia­łem się z niej wy­do­stać.

Zro­bi­łem więc to, co zro­bił­by na moim miej­scu każdy roz­sąd­ny czło­wiek – unio­słem wieko i po pro­stu usia­dłem.

Śpiew urwał się tak nagle, jakby ktoś po­de­rżnął gar­dło ca­łe­mu chó­ro­wi naraz.

Dzie­siąt­ki par oczu wle­pio­nych we mnie. Pro­boszcz z ka­dziel­ni­cą za­sty­głą w pół za­ma­chu. Or­ga­nist­ka z pal­ca­mi wbi­ty­mi w kla­wi­sze, wy­da­jąc z in­stru­men­tu długi pisk. Bab­cie w pierw­szych rzę­dach. Jakiś dzie­ciak z otwar­ty­mi usta­mi. I ja sie­dzą­cy w bia­łej sukni i z dłu­gi­mi wło­sa­mi spły­wa­ją­cy­mi na ra­mio­na.

– No i na co się ga­pi­cie?

Bab­cia z ławki osu­nę­ła się na zie­mię tak fil­mo­wo, że przy­ku­ła na mo­ment uwagę oto­cze­nia, ale gdy oka­za­ło się, że to tylko omdle­nie, nie zawał, znów zna­la­złem się w cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia.

– Je­zu­sień­ku drogi. Ma­ry­sia zmar­twych­wsta­ła, toż to cud!

 

 

Swo­ooją ba­aar­kę po­zo­sta­wiam na brze­eegu…

 

Po­wiem wam, co jest w tym wszyst­kim naj­gor­sze, bo nawet nie to, że umarłem i że zmartwychwstawszy, trafiłem do cudzego ciała. Naj­gor­sze jest to, że lu­dzie są głupi. Niby czło­wiek wie­dział, a jed­nak się łu­dził.

No, ale do brze­gu.

Tym razem swoją głu­po­tę wy­ra­zi­li, pa­da­jąc na ko­la­na. Za­miast ucie­kać, wołać ry­chło eg­zor­cy­stę, albo cho­ciaż za­tłuc mnie świecz­ni­kiem i szyb­ko za­ko­pać, oni uklę­kli przed moją trum­ną.

– Cud!

– Boże, cud!

– Cud, Ma­ry­sia wró­ci­ła do ży­wych.

– Mó­wi­łem, że to takie dobre dziew­czę było. Świę­ta nor­mal­nie.

Głowa pę­ka­ła mi od tych po­krzy­ki­wań, bo bu­dze­nie się z mar­twych można po­rów­nać do bu­dze­nia się na kacu, więc ży­czył­bym sobie, aby wszy­scy się za­mknę­li.

– Cicho! Cicho! Cisza, ja mówię!

Oka­za­ło się, że pro­boszcz Ko­ło­dziej­czak ma dar speł­nia­nia ży­czeń, bo uci­szył ze­bra­nych. Gro­że­nie pa­lusz­kiem też tro­chę po­mo­gło.

– Tak, mamy do czy­nie­nia z cudem. Łaska Boża spły­nę­ła na naszą pa­ra­fię, bę­dzie be­aty­fi­ka­cja, bę­dzie ka­no­ni­za­cja, a potem – tu za­wie­sił dra­ma­tycz­nie głos – piel­grzym­ki.

Zna­łem pro­bosz­cza na tyle do­brze, że mo­głem przy­siąc, iż w tym mo­men­cie zo­ba­czy­łem w jego oczach nie tyle Boga, co nowy dach na ple­ba­nii.

– Cu­da-sru­da, ka­no­ni­za­cje-sra­ty­fi­ka­cje. Naj­pierw po­trze­bu­ję piwa.

– Ona prze­mó­wi­ła – za­pła­ka­ła jedna z bab. – Sły­szy­cie? Za­pi­sać słowa świę­tej!

Po­trze­bu­ję piwa – po­wtó­rzył na­boż­nie pro­boszcz, jakby to była ła­ciń­ska sen­ten­cja. – To na pewno znak. Może ale­go­ria? Piwo… chleb płyn­ny, eu­cha­ry­stia ludu…

Zsu­ną­łem się z trum­ny. Nogi – jej dłu­gie nogi – ugię­ły się pode mną jak roz­go­to­wa­ny ma­ka­ron, więc opar­łem się o sto­ją­ce­go w po­bli­żu mi­ni­stran­ta, który pi­snął i od­sko­czył. Głu­pia sy­tu­acja z tym zmar­twych­wsta­niem, więc po­sta­no­wi­łem wy­znać praw­dę.

– Słu­chaj­cie, no. Nie je­stem żaden świę­ty. Wprost prze­ciw­nie, to ja: wal­nię­ty Wa­len­tyn. Ten, co wam dwaj­ścia lat grał na or­ga­nach. Umar­ło mi się, ale po­dob­no nie po­win­no, więc wró­ci­łem. Tylko, jak się oka­zu­je, za­miast tra­fić do swo­je­go po­marsz­czo­ne­go ciel­ska, wsa­dzo­no mnie w tę dzie­wu­chę. Ro­zu­mie­cie? To po­mył­ka. Daj­cie mi piwo, krze­sło i spo­kój, a jakoś to od­krę­ci­my.

Pro­boszcz Ko­ło­dziej­czak po­ki­wał głową, a jego ły­si­na za­lśni­ła w bla­sku świecz­ni­ka.

– Sły­sze­li­ście? Świę­tej Marii uka­zał się duch zmar­łe­go or­ga­ni­sty. Tego grzesz­ni­ka i pi­ja­ka. A ona, w swej do­bro­ci, przy­zy­wa jego imię i się za niego modli. Bie­rze na sie­bie jego winy. O, świę­ta! O, naj­święt­sza!

Tłum zawył, ale szyb­ko się zre­flek­to­wał, przy­po­mi­na­jąc sobie, że jest w ko­ście­le, a nie na fe­sty­nie.

Zdę­bia­łem i już nie wie­dzia­łem, czy to oni są nie­speł­na ro­zu­mu, czy ja. Nie na­zy­wał­bym się jed­nak Ma­rian Wa­len­tyn, gdy­bym nie wy­ko­rzy­stał sy­tu­acji na swoją ko­rzyść.

– No, dobra – po­wie­dzia­łem, kle­piąc świę­tą dło­nią o swoją świę­tą (i jędr­ną) pierś. – To skoro już zmar­twych­wsta­łem, zna­czy się zmar­twych­wsta­łam, na­le­ży to jakoś uczcić. Wy­praw­my ucztę dzięk­czyn­ną. Z go­lon­ką i piwem. I niech ktoś przy­nie­sie pa­pie­ro­sy.

– Świę­ta chce za­pa­lić! – za­wy­ro­ko­wał ksiądz i ode­słał jed­ne­go z mi­ni­stran­tów do za­kry­stii.

 

 

Ra­aazem z To­oobą nowy za­cznę dziś łóóów…

 

Och, bra­cia i sio­stry, to była naj­lep­sza noc mo­je­go życia.

Sie­dzia­łem na tro­nie z po­du­szek na rynku, ustro­jo­ny w wia­nek, z ku­flem w jed­nej drob­nej rącz­ce i z go­lon­ką w dru­giej, i wy­gła­sza­łem roz­ma­ite świę­to­ści, a cała wieś chło­nę­ła je jak praw­dy ob­ja­wio­ne.

– Po­wia­dam wam – mó­wi­łem z peł­ny­mi usta­mi, a pro­boszcz no­to­wał. – Kto fał­szu­je przy „Ser­decz­na Matko”, ten pierw­szy pój­dzie do pie­kła. To raz. Dwa, nie do­ce­nia­cie swo­ich or­ga­ni­stów. To oni ra­tu­ją mszę, gdy ksiądz przy­nu­dza na ka­za­niu (kątem oka za­uwa­ży­łem, że pro­boszcz tego aku­rat nie za­no­to­wał). I trzy, go­lon­ka po­win­na być ob­ję­ta dys­pen­są do od­wo­ła­nia.

Piłem. O Boże, jak ja piłem. Nie wzią­łem jed­nak pod uwagę, że ko­bie­ce ciało, w któ­rym wy­lą­do­wa­łem, nie było przy­zwy­cza­jo­ne do trun­ków, więc po trze­cim kuflu świat za­czął się krę­cić, a ja śpie­wać. I nie były to by­naj­mniej pie­śni ko­ściel­ne.

Za­śpie­wa­łem „Szła dzie­wecz­ka do la­secz­ka” w im­pro­wi­zo­wa­nej wer­sji, któ­rej tutaj nie po­wtó­rzę, bo ma czter­dzie­ści zwro­tek i każdą gor­szą od po­przed­niej. Gdy po­cząt­ko­wy szok ze­bra­nych minął i pa­ra­fia­nie ocho­czo do­łą­czy­li do śpie­wu, jedna z babć od­rzu­ci­ła nawet laskę (ko­lej­ny cud!) i za­czę­ła tań­czyć.

Byłem szczę­śli­wy. Pierw­szy raz, odkąd pa­mię­tam, byłem na­praw­dę, bez­wstyd­nie szczę­śli­wy.

I wła­śnie dla­te­go, jak to zwy­kle bywa, wszyst­ko tra­fił szlag.

 

 

Tyyy, po­trze­bu­jesz mych dło­ooniiii…

 

Na po­cząt­ku było pu­ka­nie, a pu­ka­nie roz­le­gło się gdzieś w moim wnę­trzu. I całe moje wnę­trze stało się jed­nym wiel­kim pu­ka­niem. I wszyst­ko, co potem, wy­da­rzy­ło się wła­śnie przez to pu­ka­nie.

Od­sta­wi­łem kufel, bo za­czął drżeć w dłoni. Drugą ręką od­pu­ka­łem, to zna­czy po­kle­pa­łem się po de­kol­cie

– Cicho tam – po­wie­dzia­łem jesz­cze dla wzmoc­nie­nia efek­tu.

I wtedy ją usły­sza­łem. Słod­ki, cie­niut­ki gło­sik rozbrzmiał mi w czaszce.

– Prze­pra­szam pana bar­dzo, ale to jest moje ciało.

Upu­ści­łem go­lon­kę, która spa­dła na białą suk­nię i zo­sta­wi­ła na niej plamę nie do spra­nia.

– Pan jest w nim już bar­dzo długo – mówił dalej gło­sik, ale grzecz­nie, wręcz prze­pra­sza­ją­co. – I pan je te nie­zdro­we rze­czy. I pan prze­kli­na.

– Maria? – po­wie­dzia­łem tro­chę za gło­śno, a naj­bli­żej ze­bra­ni pa­ra­fia­nie, sły­sząc, że świę­ta wy­ma­wia wła­sne imię, padli na twarz w eks­ta­zie.

– Tak.

– Aha.

Dobra, dobra – nie była to elo­kwent­na od­po­wiedź, ale czego ocze­ki­wać w ta­kiej sy­tu­acji? 

– Pro­szę pana. Nie chcę być nie­uprzej­ma, ale trwa to już za długo. A pan tylko je, pije i bawi się moją śmier­cią. Bar­dzo pro­szę oddać mi moje ciało, panie Wa­len­tyn.

Nagle po­czu­łem się trzeź­wiu­sień­ki, jak po oblaniu wiadrem zimnej wody. Sie­dzieć w cu­dzym ciele to jedno, ale dys­ku­to­wać z nim to już coś zu­peł­nie in­ne­go. Spra­wy nie po­pra­wia­ło też to, żem znał dziew­czy­nę z wi­dze­nia, bo ob­ce­go czło­wie­ka ła­twiej by­ło­by zi­gno­ro­wać.

– Nie da rady, dziec­ko. Nie wiem, jak.

– Pan kła­mie – gło­sik stward­niał, a sło­dycz od­pa­dła z niego jak lu­kier ze sta­re­go ciast­ka. – Wszy­scy żyją mię­dzy kłam­stwa­mi i prze­sta­ją je za­uwa­żać.

– Gówno praw­da – za­re­ago­wa­łem może i za ostro, ale od tego ga­da­nia za­czy­na­ła boleć mnie głowa.

Maria nie od­po­wie­dzia­ła, tylko za­czę­ła mocno walić od środ­ka. Po­czu­łem, jak wszyst­ko się tam prze­wra­ca.

– Szyb­ko, wia­dro. Świę­ta bę­dzie rzy­gać!

Pod­sta­wio­no mi jakiś bla­sza­ny po­jem­nik, ale go ode­pchną­łem i sku­pi­łem się na opa­no­wa­niu mdło­ści. Wdech i wy­dech. Wdech i wy­dech. Wdech i na wy­de­chu wrza­sną­łem:

– Pro­bosz­czu, na li­tość boską, po­trze­bu­ję eg­zor­cy­zmów. W środ­ku jest coś. Jakaś druga dusza, która się bun­tu­je.

Pro­boszcz Ko­ło­dziej­czak po­de­rwał się z kolan.

– Sły­szy­cie? Świę­ta wal­czy z sza­ta­nem na na­szych oczach i prosi o mo­dli­twę!

I wszy­scy ze­bra­ni za­czę­li się mo­dlić. Stu ludzi na ko­la­nach, bła­ga­ją­cych niebo, żeby po­mo­gło świę­tej Marii, nie wie­dząc, że to ja, Ma­rian, bła­gam o pomoc, i nie wie­dząc, że owa Maria chce tylko wró­cić do swo­je­go ciała.

– Niech się modlą – po­wie­dział głos w mojej gło­wie. – Mo­dli­twa wspo­ma­ga to, co świę­te, a to ja, panie Wa­len­tyn, byłam godna świę­to­ści przez całe swoje krót­kie życie.

No i mo­dli­li się, a ja z każdą „zdro­waś­ką” czu­łem, jak robi mi się cia­śniej w czasz­ce. Maria pęcz­nia­ła jak cia­sto. I wtedy mnie olśni­ło. Mo­dli­twa była jej bro­nią. Im wię­cej ró­żań­ca, tym wię­cej Marii.

– Dość! – udar­łem się cien­ko. – Prze­stań­cie się mo­dlić. Świę­ta prosi o ciszę.

Pro­boszcz Ko­ło­dziej­czak zło­żył dło­nie jak do pierw­szej ko­mu­nii i wzniósł oczy ku niebu.

– Sły­szy­cie, owiecz­ki? Świę­ta z po­ko­ry od­rzu­ca nawet nasze modły! Nie chce dla sie­bie ani słowa chwa­ły! Mó­dl­my się tym żar­li­wiej!

I, psia­krew, za­czę­li gło­śniej. Pod­ję­li ko­lej­ną mo­dli­twę, a ja po­czu­łem, że pode mną ugi­na­ją się te cho­ler­nie zgrab­ne ko­la­na.

– Czuję, jak pan wal­czy.

– Całe życie wal­czy­łem o byle co, to i o cudze ciało po­wal­czę.

– No wła­śnie, cudze.

Chcia­łem się­gnąć po kufel z piwem, ale dło­nie mnie nie słu­cha­ły. Sa­mo­ist­nie złą­czy­ły się i żadną siłą nie mo­głem ich od sie­bie od­dzie­lić. Sple­cio­ne po­wę­dro­wa­ły pod brodę i uło­ży­ły się tak aku­rat­nie, jak­bym po­zo­wał do świę­te­go ob­raz­ka.

A potem głos w mojej gło­wie zro­bił coś, czego się nie spo­dzie­wa­łem.

Za­pła­kał.

Nie ma na świe­cie nic gor­sze­go niż pła­czą­ca ko­bie­ta. A już pła­czą­ca ko­bie­ta, któ­rej nie spo­sób podać chu­s­tecz­ki, bo sie­dzi w środ­ku głowy i beczy pro­sto w czasz­kę, to do­pie­ro utra­pie­nie nad utra­pie­nia­mi. Każdy szloch od­bi­jał mi się od po­ty­li­cy jak dzwon.

– No, już do­brze – mruk­ną­łem. – Czego się tam ma­żesz.

– Bo ja… Bo ja wcale nie chcia­łam być taka.

– Jaka taka?

– Taka zła – wy­mó­wi­ła to słowo, jakby rzu­ca­ła so­czy­stym prze­kleń­stwem. – Zło­ści­łam się na pana. Mó­wi­łam panu przy­kre rze­czy. I cie­szy­łam się, że boli pana głowa. A ja prze­cież przez całe życie ni­ko­mu złego słowa nie po­wie­dzia­łam.

I już cał­kiem się roz­kle­iła, a ja, psia­krew, po­czu­łem coś, czego nie czu­łem od bar­dzo, bar­dzo dawna. Wstyd. Pa­skud­ne uczu­cie, mówię wam.

Bo wi­dzi­cie, ja całe życie byłem wal­nię­ty i było mi z tym do­brze. Wal­nię­ty czło­wiek nie musi się przej­mo­wać, czy jest dobry, bo z góry wia­do­mo, że nie musi być. A tu nagle sie­dzia­ła we mnie dzie­wu­cha, która pła­ka­ła nie dla­te­go, że ktoś jej zro­bił krzyw­dę, tylko dla­te­go, że sama na chwi­lę prze­sta­ła być anio­łem.

– Słu­chaj no, Maria – od­chrząk­ną­łem, a wy­szło z tego dziew­czę­ce pi­śnię­cie. – To nie ty byłaś zła, tylko się ze mną za­da­łaś, a od tego to się czło­wiek bru­dzi, jak od sadzy. 

Po­cią­gnę­ła nosem.

– Pan tak mówi, żebym prze­sta­ła pła­kać.

– To też.

I wtedy nie­spo­dzie­wa­nie za­śmia­ła się. Ci­chut­ko, przez łzy.

– Ja mia­łam tylko sie­dem­na­ście lat, panie Wa­len­tyn – po­wie­dzia­ła. – I tyle razy chcia­łam zro­bić coś nie­grzecz­ne­go. Za­tań­czyć na za­ba­wie albo po­ca­ło­wać się z Fran­kiem od ko­wa­la. Albo nie pójść na ró­ża­niec, tylko nad rzekę. A potem za­cho­ro­wa­łam i już się nie dało.

Przez kil­ka­dzie­siąt lat gra­łem na po­grze­bach. Tylu ludzi prze­pro­wa­dzi­łem za próg, że świę­ty Piotr po­wi­nien być ciut­kę mil­szy w tym swoim okien­ku. My­śla­łem więc, że już nic mnie nie ruszy. A tu jakaś gów­nia­ra z dru­giej stro­ny mówi, że ża­łu­je, iż była za dobra. I coś mi się w środ­ku prze­krę­ci­ło.

 

 

Me­eego se­eer­ca mło­de­go za­pa­aałem…

 

Do­brze pa­mię­ta­łem swoją mło­dość, cho­ciaż przed śmier­cią życie nie zdą­ży­ło prze­le­cieć mi przed ocza­mi. Nie była sza­lo­na, ot ra­czej po­wol­ne sta­cza­nie się po równi po­chy­łej. A im wię­cej mia­łem lat, tym bar­dziej ża­ło­wa­łem nie­wy­ko­rzy­sta­nych szans. Nie po­je­cha­łam na saksy, co by tro­chę za­ro­bić albo nie po­ca­ło­wa­łem Ha­lin­ki pod­czas tam­tej dłu­giej let­niej nocy. Tak, tego ża­ło­wa­łem naj­bar­dziej, bo sprząt­nął mi ją Wła­dek.

– Ma­ry­sia – za­czą­łem, a w gło­wie zro­bi­ło mi się jasno jak rzad­ko kiedy bez wódki. – Po­wiedz no, ile razy w życiu za­tań­czy­łaś z tym Fran­kiem. Albo z kim­kol­wiek innym?

– Ani razu, panie Wa­len­tyn. – Po­cią­gnę­ła nosem. – Mama by zaraz…

– Twoja mama nie żyje, dziec­ko. I ty też, za prze­pro­sze­niem. – Wsta­łem z po­du­szek, a ko­la­na tym razem nie ugię­ły się ani tro­chę. – Słu­chaj, no, jest jak jest. Świę­ty Piotr po­wie­dział, że mają teraz saj­gon tam u sie­bie, ale pew­nie od­krę­cą tę spra­wę prę­dzej czy póź­niej. A w mię­dzy­cza­sie mo­że­my po­sza­leć.

Czu­łem, jak się bije z my­śla­mi. Jak stoi nad tą rzeką, nad którą nigdy nie po­szła, i macza w niej palec u nogi.

– A świę­ta tak może?

– Pew­nie nie może. Dla­te­go bę­dzie za­baw­nie.

Trud­no to opi­sać komuś, kto nigdy nie nosił w sobie dru­giej duszy, ale wła­śnie wtedy od­da­łem jej stery. I nagle nasze nogi ru­szy­ły przed sie­bie. Bie­gły, aż drogę za­gro­dził im stół. Maria chwi­lę się wa­ha­ła, ale w końcu wsko­czy­ła na niego i za­czę­ła tań­czyć.

Po­wiem wam, że ja przez kil­ka­dzie­siąt lat sie­dzia­łem tylko na chó­rze i pa­trzy­łem lu­dziom na czub­ki głów, więc znam się na tańcu tyle, co świ­nia na gwiaz­dach. Ale to, co ona wy­pra­wia­ła tymi swo­imi (no dobra, na­szy­mi) no­ga­mi, to nie był zwy­kły ta­niec. Wi­ro­wa­ła, tu­pa­ła, śmia­ła się tym dźwięcz­nym śmie­chem, aż wia­nek zsu­nął jej się na jedno oko.

Tłum osza­lał.

– Świę­ta tań­czy! Tań­czy przed Panem jak Dawid przed Arką!

– Fra­nek! – krzyk­nę­ła Maria. – Gdzie jest Fra­nek od ko­wa­la?!

Z tłumu wy­nu­rzył się chłop jak dąb, czer­wo­ny na twa­rzy, który wielkimi grabami międlił czapkę.

– Ja… to ja, Ma­ry­siu…

– No to chodź, za­tań­czy­my. Tak bli­sko, że pro­boszcz ze­mdle­je.

I, psia­krew, w tym mo­men­cie za­zdro­ści­łem tej dzie­wusz­ce tak, jak nie za­zdro­ści­łem ni­ko­mu za życia, bo ona wła­śnie szła po swoją Ha­lin­kę. A moja zo­sta­ła nad rzeką sprzed pięć­dzie­się­ciu lat.

 

 

Mych kro­oopli po­ootu i sa­mot­no­oości…

 

Ognie na rynku przy­ga­sa­ły. Część bab już po­snę­ła, część po­szła wy­do­ić krowy, bo cud cudem, a go­spo­dar­stwo go­spo­dar­stwem. Usia­dłem z Marią na ziemi, a Fra­nek trzy­mał nas za rękę. Suk­nia tru­mien­na była już prze­mo­czo­na i ubło­co­na, czoło mokre od potu, włosy przy­le­pio­ne do karku, a w pier­si wa­li­ło nam serce. 

– Po­cze­kaj. – Po­my­śla­ła do mnie dziew­czy­na. – Naj­pierw się po­że­gnam.

– Fra­nek – po­wie­dzia­ła, a ja jej nie prze­szka­dza­łem.

Kowal pod­niósł głowę. Te swoje wiel­kie, czer­wo­ne łap­ska wciąż za­ci­skał na na­szej drob­nej dłoni, jakby się bał, że jak puści, to nas wiatr zdmuch­nie.

– Tak, Ma­ry­siu?

– Dzię­ku­ję, żeś za­tań­czył. Całe życie chcia­łam, żeby mnie ktoś po­pro­sił do tańca, a nie mia­łam od­wa­gi sama tego zro­bić. I że trzy­masz mnie teraz za rękę, też dzię­ku­ję.

Fra­nek otwo­rzył gębę, za­mknął, znów otwo­rzył. Nie­wie­le z tego wy­szło, bo to był chłop od ko­wa­dła, nie od wiel­kich słów.

– Ja bym… – wy­krztu­sił w końcu. – Ja bym cię, Ma­ry­siu, pro­sił co ty­dzień. Tylko żeś umar­ła, zanim zdą­ży­łem.

– Wiem.

A potem zro­bi­ła rzecz, od któ­rej ca­łe­mu ryn­ko­wi, temu, co jesz­cze nie spał, dech za­par­ło. Po­chy­li­ła naszą głowę i po­ca­ło­wa­ła chło­pa­ka. Długo, mocno – jakby tym jed­nym ge­stem chcia­ła nad­ro­bić wszyst­kie stra­co­ne po­ca­łun­ki i te, na które za­bra­kło im czasu. 

– Fra­nek – szep­nę­ła. – Ty się tu na ziemi nie za­trzy­muj prze­ze mnie. Sły­szysz? Znajdź sobie jakąś dziew­czy­nę. Taką, co ci ugo­tu­je, co ci da dzie­ci, co się z tobą ze­sta­rze­je. Ale mnie za­cho­waj w pa­mię­ci.

Kowal po­krę­cił głową.

– Nie chcę innej.

– Wiem, że teraz nie chcesz. – Uśmiech­nę­ła, a był to uśmiech o pięć­dzie­siąt lat za stary jak na sie­dem­na­sto­lat­kę. – Ale ze­chcesz. I to do­brze. Tylko za­pa­mię­taj jedno: że raz, ten jeden je­dy­ny raz, za­tań­czy­łeś ze świę­tą. Nie­wie­lu chło­pów może to o sobie po­wie­dzieć.

Fra­nek za­śmiał się przez łzy.

– Będę pa­mię­tał, Ma­ry­siu. Do śmier­ci.

– I dłu­żej – od­po­wie­dzia­ła. – Bo jak się oka­zu­je, praw­dzi­we życie za­czy­na się do­pie­ro potem.

Roz­plo­tła palce z jego łap­ska, a on jej nie za­trzy­my­wał. Sie­dział tylko i pa­trzył, jak drob­na dłoń wy­su­wa mu się z gar­ści, i wy­glą­dał przy tym jak czło­wiek, który wła­śnie po raz drugi w życiu po­zwa­la Marii odejść i tym razem już wie, że na za­wsze. Po chwi­li chło­pak wstał, rzu­cił jedno smut­ne spoj­rze­nie, i cięż­kim kro­kiem od­da­lił się w stro­nę domu.

– No, panie Wa­len­tyn – ode­zwa­ła się do mnie, kiedy już zo­sta­li­śmy sami. – Teraz pana kolej.

– Na co moja kolej?

– Żeby się po­że­gnać. Pan myśli, że ja nie czuję, jak panu wciąż sie­dzi w sercu ta Ha­lin­ka?

Za­mil­kłem. Wie­cie, ja dawno ze­pchną­łem swoje uczu­cia w naj­głęb­sze za­ka­mar­ki duszy i przez całe życie wma­wia­łem wszyst­kim, że ni­cze­go nie ża­łu­ję, cho­ciaż praw­da kłuła mnie od czasu do czasu pro­sto w oczy. A tu jakiś pod­lo­tek jed­nym zda­niem zdarł ze mnie to pięć­dzie­siąt lat uda­wa­nia ni­czym stru­pa. 

– Ha­lin­ki już dawno nie ma, dziec­ko – po­wie­dzia­łem cicho. – Umar­ła trzy zimy temu. Gra­łem jej na po­grze­bie. I ani razu nie sfał­szo­wa­łem, choć ręce mi się trzę­sły jak osice.

– To i le­piej. – Maria ujęła mnie pod ramię, gdzieś tam w środ­ku, choć nie wiem, jak dusza może ująć drugą duszę pod ramię, a jed­nak po­czu­łem to wy­raź­nie. – Skoro oboje idzie­my przed to pio­tro­we okien­ko, to może i ona gdzieś tam sie­dzi.

I wtedy, niech mnie szlag, pierw­szy raz od pięć­dzie­się­ciu lat po­czu­łem coś, czego nawet nie umia­łem na­zwać. Nie była to na­dzie­ja, bo na na­dzie­ję byłem zbyt zgorzk­nia­ły, ale coś jej po­krew­ne­go.

 

 

Ooo Pa­aanie, to ty na mnie spoj­rza­aałeś…

 

Rynek za­czął nik­nąć. Roz­my­wał się na brze­gach i bla­kły ko­lo­ry.

– Oho, za­czy­na się – mruk­nę­li­śmy jed­no­cze­śnie.

Tym razem jed­nak nie było bez­wład­ne­go osu­wa­nia się na zie­mię, a do­stą­pi­li­śmy wnie­bo­wstą­pie­nia. Po­gna­li­śmy w górę, a wszyst­ko wokół ode­rwa­ło się od nas, ro­biąc się małe jak fi­gur­ki w szop­ce. A potem i to znik­nę­ło i zo­sta­ła biel, którą po chwi­li za­stą­pi­ła po­cze­kal­nia z nie­wy­god­ny­mi ła­wecz­ka­mi.

Po­cze­kal­nia była ta sama, tylko nu­mer­ków tym razem nie da­wa­li. Za to cze­kał na nas anioł-ochro­niarz z nie­tę­gą miną. Pchnął nas przed inne okien­ko. Za szybą nie sie­dział już po­czci­wy Piotr, tylko chu­dzie­lec w oku­la­rach i z taką ster­tą pa­pie­rów, że gdyby się prze­wró­ci­ła, po­grze­ba­ła­by ze trzech apo­sto­łów. Nie­chyb­nie mu­siał to być świę­ty Ma­te­usz.

– Wa­len­tyn Ma­rian i… – zer­k­nął na for­mu­larz, mru­żąc oczy – …i Maria, też Wa­len­tyn. Ot, li­te­rów­ka i nie­szczę­ście go­to­we. Za to ro­bo­ty, by to od­krę­cić co nie­mia­ra.

– To nie moja wina – burk­ną­łem. – Nikt mi in­struk­cji nie dawał.

– Dawał, dawał. Ko­le­ga panu wy­raź­nie po­wie­dział: wyj­ście po lewej. Lewe drzwi to „Zwro­ty”, panie Wa­len­tyn. Tam­tę­dy wy­cho­dzą dusze, które wra­ca­ją do ciała. Pan miał grzecz­nie po­cze­kać w ko­lej­ce, aż się u nas tro­chę prze­rze­dzi, i wtedy wró­cić.

– Le­wych nie chcia­łem. A prawe tak ład­nie świe­ci­ły.

– No wła­śnie. – Po­stu­kał pa­znok­ciem w tecz­kę. – Prawe się świe­cą, bo to drzwi do świę­to­ści. Tam­tę­dy idą w górę ci, co mają pa­pie­ry na oł­ta­rze. Cuda, ka­no­ni­za­cje, te rze­czy. Sys­tem nie prze­wi­dział dwóch dusz na jedno ciało, to was upchnął razem.

Za­tka­ło mnie.

– To zna­czy, że ten cały cud… był praw­dzi­wy?

– Jej cud był praw­dzi­wy. Pana nie było w pla­nie. Wie pan, ile ja mam przez to do pro­sto­wa­nia?

– I co teraz?

Naj­pierw roz­li­czy­li Marię.

– Maria. – Ma­te­usz prze­rzu­cił trzy stro­ny. – Cnota nie­na­gan­na. Po­słu­szeń­stwo wzo­ro­we. Ani grze­chu cięż­kie­go, ani lek­kie­go, praw­dę mó­wiąc nawet żad­ne­go nie­dbal­stwa. – Za­wie­sił głos, zaj­rzał głę­biej. – Tylko te ostat­nie dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny tro­chę bruż­dżą w pa­pie­rach.

Dziew­czy­na zwie­si­ła głowę, a na jej po­licz­ki wy­pły­nął ru­mie­niec.

– No do­brze, takie ryski do­da­ją praw­dzi­wo­ści. Lu­dzie ła­twiej się utoż­sa­mia­ją z nie do końca do­sko­na­łym świę­tym. Pani idzie dalej. Pra­wy­mi drzwia­mi.

I po­szła. Jesz­cze na chwi­lę od­wró­ci­ła się w ko­ry­ta­rzu, by mi po­ma­chać, i znik­nę­ła.

– Co ze mną?

Ma­te­usz nie od­po­wie­dział od razu. Prze­rzu­cił kilka kar­tek tam i z po­wro­tem, jak urzęd­nik, który szuka pre­tek­stu, żeby ode­słać kogoś z kwit­kiem. W końcu zdjął oku­la­ry i spoj­rzał na mnie.

– No, panie Wa­len­tyn. Z panem go­rzej. Pan ma tu konto stare i mocno na mi­nu­sie. Pi­jań­stwo, wy­kli­na­nie, pięć­dzie­siąt lat na­rze­ka­nia pod nosem na bliź­nich. Mam tego dwie tecz­ki, a trze­cia w ar­chi­wum.

– Wiem, wiem. – Mach­ną­łem dło­nią. – Ślij więc mnie pan na dół.

– Ale co cie­ka­we. – Po­stu­kał pió­rem w jedną z tabel. – Z dzi­siej­szej nocy mam też coś, czego u pana nie wi­dzia­łem przez całe życie. Na­zbie­rał pan tro­chę punk­ci­ków. Czte­ry, ale jed­nak.

– Czte­ry to dużo?

– Na zba­wie­nie? Tyle, co splu­nąć do morza. – Za­ło­żył oku­la­ry z po­wro­tem. – Ale na po­wrót w sam raz. Wie pan, my tu nie ro­bi­my z grzesz­ni­ków świę­tych lub po­tę­pio­nych z dnia na dzień. My im cza­sem da­je­my jesz­cze tro­chę czasu, żeby te punk­ty po­zbie­ra­li za życia. Tak po ludz­ku.

– To zna­czy?

– To zna­czy drzwi po lewej, panie Wa­len­tyn.

 

 

Ra­aazem z To­oobą nowy za­cznę dziś łóóów…

 

Obu­dzi­łem się z po­wo­du pi­ka­nia. Naj­pierw my­śla­łem, że to znowu Maria wali mi w czasz­kę, ale nie – to był równy, mia­ro­wy pisk gdzieś z boku. Do tego nade mną wi­siał worek z czymś prze­zro­czy­stym, są­czą­cym się rurką w grzbiet dłoni. Mojej, sta­rej, po­kry­tej wą­tro­bia­ny­mi pla­ma­mi, z pa­znok­cia­mi ob­cię­ty­mi byle jak. Pod­nio­słem ją do twa­rzy i na­tra­fi­łem na nie­rów­no ob­cię­tą brodę.

– O, wró­cił pan – ode­zwa­ła się pie­lę­gniar­ka, za­glą­da­jąc zza pa­ra­wa­nu. – Ale nas pan na­stra­szył. Re­ani­mo­wa­li pana w ka­ret­ce dobre dzie­sięć minut. Kli­nicz­nie był już pan po dru­giej stro­nie.

– Wiem – po­wie­dzia­łem, a głos mia­łem swój, niski i schryp­nię­ty. – Byłem.

Po­ki­wa­ła głową, jak to się kiwa głową nad sta­rym pi­ja­czy­ną, co bre­dzi po nie­do­tle­nie­niu.

– Tylko niech pan teraz od­po­czy­wa. I z tym al­ko­ho­lem to już ko­niec, mówię panu, bo na­stęp­nym razem nie od­ra­tu­ją tak łatwo.

Wi­dzi­cie, bra­cia i sio­stry, nikt mnie nie zba­wił i nie za­mie­rzam uda­wać świę­te­go. Dalej będę na­rze­kał pod nosem na fał­szu­ją­cych pod­czas śpie­wa­nia i dalej mszal­ne wino pach­nie mi ład­niej niż po­win­no. Ale czte­ry punk­ty to czte­ry punk­ty, a do na­stęp­ne­go spo­tka­nia ze świę­tym Pio­trem zo­sta­ło tro­chę czasu. Mam za­miar te punk­ty po­zbie­rać. Po­wo­lut­ku. Po jed­nym.

 

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

 

Podziękowania za uprzedzenie o przekleństwach. :)

 

Kwestie technikaliów i sugestie oraz wątpliwości (tylko do przemyślenia):

– Walentyn. – Przeczytał z formularza i zmarszczył krzaczaste brwi. – Pan chyba przybył nie w porę. – błędny zapis dialogu?

– Święta chce zapalić! – Zawyrokował ksiądz i odesłał jednego z ministrantów do zakrystii. – i tu?

Łaska boska spłynęła na naszą parafię, będzie beatyfikacja, będzie kanonizacja, a potem – tu zawiesił dramatycznie głos – pielgrzymki. – czemu małą literą (skoro mówi to ksiądz i inne wyrażenia religijne są wielkimi literami_?

Potrzebuję piwa – powtórzył nabożnie proboszcz, jakby to była łacińska sentencja. – aliteracja celowa?

Głupia sytuacja z tym zmartwychwstaniem, więc postanowiłem powiedzieć prawdę. – i ta?

Nie chcę być nieuprzejma, ale trwa to troszkę za długo. – i ta (oraz inne)?

Pierwszy raz, odkąd pamiętam (przecinek?) byłem naprawdę, bezwstydnie szczęśliwy.

– Pan kłamie. – Głosik stwardniał, a słodycz odpadła z niego jak lukier ze starego ciastka. – Wszyscy żyją między kłamstwami i przestają je zauważać. – błędny zapis dialogu?

– Gówno prawda. – Zareagowałem może i za ostro, ale od tego gadania zaczynała boleć mnie głowa. – i tu?

– Taka zła. – Wymówiła to słowo, jakby rzucała soczystym przekleństwem. – i tutaj?

– Marysia. – Zacząłem, a w głowie zrobiło mi się jasno jak rzadko kiedy bez wódki. – tu?

Niewiele z tego wyszło, bo to był chłop od kowadła, nie od wielki słów. – literówki?

Pan myśli, że ja nie czuję, jak panu wciąż siedzi w sercu ta Halinka – czy to nie zdanie pytające?

Nie była to nadzieja, bo na nadzieję byłem zbyt zgorzkniały, ale coś jej pokrewnego. – powtórzenie?

Za to roboty, by to odkręcić (przecinek?) co niemiara.

– Maria – Mateusz przerzucił trzy strony. – Cnota nienaganna. – błędny zapis dialogu?; te dialogi to trzeba jeszcze poprawić, ja już reszty nie wypisuję

Do tego nade mną wisiał worek z czymś przezroczystym. sączącym się rurką w grzbiet dłoni. – przecinek zamiast kropki w środku?

Ale cztery punkty to cztery punkty, a do następnego spotkania z świętym Piotrem zostało trochę czasu. – ze?

 

 

Nieźle się ubawiłam. :) Pomysł to jedno, ale – jego realizacja! Genialna sprawa! :))

Kliczek, pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)

 

Witaj Anonimie,

 

nie cyrtoliła,

nie certoliła

 

że umarłem i że zmartwychwstając, trafiłem do cudzego ciała.

Ładniej: że umarłem i że zmartwychwstawszy, trafiłem do cudzego ciała.

 

Słodki, cieniutki głosik rozległ się w mojej czaszce.

Można próbować przerobić składnię na bardziej “polską”: rozbrzmiał mi w czaszce

 

ktoś wylał na mnie wiadro zimnej wody.

jak oblany wiadrem zimnej wody – załatwia problem nagromadzenia “moja” i “mnie”

 

Z tłumu wynurzył się chłop jak dąb, czerwony na twarzy, z czapką gniecioną w dłoniach.

Koniec zdania brzmi mało naturalnie. może: który wielkimi grabami międlił czapkę. Albo coś podobnego

 

a w piersi waliło nam serce.

Szyk kładzie nacisk na serce, co nie jest odkrywcze. Trzeba położyć nacisk na waliło.

 

To wrażenia ogólne: całość bardzo zabawna. Jest wiele “perełek” i rozśmieszaczy, gdybym miał je wypisać, pewnie zajęłyby w okienku pełen ekran laptopa. Jednocześnie akcja jest sprawnie poprowadzona, początek nie nudzi i zachęca do lektury, a potem jest już tylko lepiej. Pomysł z ciałem Marysi jest świetny, podobnie jak rzekomy cud i reakcja parafian. W tym całym szaleństwie jest też dumanie nad tym, żeby wykorzystać okazje, które daje życie, i to podane w sposób mało nachalny. Koniec tylko ładnie domyka całość, jest nawet drugi, mały zwrot akcji.

 

Styl bardzo przyjemny w czytaniu. Coś jak u Zakapiora, ale nie będę na razie zgadywał. Stylizacja Mariana też dobra i wzbudza wesołość.

 

 

 

No nie mogę powiedzieć, żebym się cząs ze śmiechu, ale ogólnie całość bardzo ładna i tak pozytywnie chwyta za serduszko. I dobrze się czytało, widać, że to jakiś Anonim, co umie pisać.

 

No i zaczyna się od pierwszego paragrafu.

 

Podobało mi się, klikam

 

Walentyn. – Przeczyt

zapalić! – Zawyrokow

o prawda. – Zareagowa

ysia. – Zaczął

Bez kropki i małą.

 

Śpiew urwał się tak nagle, jakby ktoś poderżnął gardło całemu chórowi naraz.

Ładne!

 


Pudło, marzanie :)

No nieźle się ubawiłem Anonimie, mój humor, sarkazm pod koniec zmieszany z odrobiną nostalgii i pewnej życiowej prawdy. Bardzo fajnie podana komedia z końcowym smutkiem ale też jakąś małą nadzieją.

 

Klik :) 

smiley

I dobrze się czytało, widać, że to jakiś Anonim, co umie pisać.

Też bym tak chciał. Nic dodać i nic ująć…prawie…heh. Chyba turniej nabiera tempa.

Na wszelki wypadek zdementuję – to nie była ta “moja” Kostucha od fandanga… laugh

Powodzenia!

Anonim cieszy się, że tekst przypadł do gustu czytającym :).

 

Anonim wprowadził też większość sugerowanych zmian – słońce go ewidentnie przygrzało w ostatnim czasie, bo czynności gębowe zapisywał niegębowo…

 

@Fascynatorze, Anonim zajrzy do Twojej kostuchy i zostawi ślad, ale dużo później – po ewentualnym odanonimizowaniu. 

smiley

@Anonimie, będę zaszczycony ale i zażenowany wielce. Bo cóż tam takie moje

przaśne fakty po faktach wobec wytwornej i finezyjnej lekkości pióra Anonima…

 

PS

Konkursowa stagnacja też mi się nie podobała, więc wpadł mi do głowy pomysł

na nie-konkurs z nie-nagrodami (liczonymi w kilogramach tekstu laugh (+/– 3,6,12)).

No ale to może jak miną echa zmagań ze śmiercią. Czyli pod koniec wakacji…

wink

Komiczne, naprawdę świetny tekst na poprawę humoru w taką pogodę. Dialogi są przepięknie napisane, postacie bardzo wiarygodne i zdecydowanie da się je lubić. Tylko pogratulować wykonania.

Pozdrawiam.

Nowa Fantastyka