Pojedyncze przekleństwa + trochę politycznych easter eggów
Pojedyncze przekleństwa + trochę politycznych easter eggów
Ooo Paaanie, to ty na mnie spojrzaaałeś…
Kostucha miała niezłe wyczucie czasu lub była zwyczajnie złośliwa. Trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku, a ona wybrała niedzielę odpustową, aby się w końcu pojawić.
Gdy naznaczone artretyzmem palce wygrywały akordy kościelnej pieśni, głową byłem już przy plebańskim stole. Wiedziałem z doświadczenia, że proboszcz schłodził specjalnie na tę okazję kilka litrów wódeczki i już czułem ją na języku. A tu kicha! Zamiast toastu za zdrowie parafian, poczułem, że żołądek podchodzi do gardła, jakbym się kwaśnych jabłek najadł.
Umarłem zwyczajnie. Nie owijajmy w bawełnę – kilkadziesiąt lat grania na organach, picia mszalnego wina i wyklinania pod nosem na każdego, kto fałszował podczas „Serdeczna Matko”, nie czyni z człowieka kandydata na świętego, więc i kostucha się nie certoliła, tylko załatwiła sprawę raz-raz. Mszę przerwał łomot, gdy moje ciało stoczyło się bezwładnie na podłogę chóru, przewracając przy okazji mosiężny świecznik.
Nazywam się (a może nazywałem się?) Marian Walentyn, więc niewyszukane przezwisko gotowe. Lepiej jednak być walniętym niż nijakim, zatem całe życie starałem się zapracować na to miano. I gdy serce stanęło, byłem przekonany, że za chwilę poczuję na skórze ciepełko, a na pośladkach ukłucie diabelskich wideł.
Zamiast tego znalazłem się w kolejce.
Tak. W kolejce. Jakbym po śmierci nie miał spotkać Stwórcy albo Tego Drugiego, tylko załatwić sprawę w urzędzie. Szara poczekalnia, ławki bez oparć (szczyt okrucieństwa, powiadam wam), i numerki. Trzymałem w dłoni kawałek papieru z numerem 666 i uznałem to za znak, że jednak idę tam, gdzie się spodziewałem.
– Marian Walentyn!
Wstałem bez chrupnięcia w kolanach, co było miłą odmianą, i żwawym krokiem podszedłem do okienka. Święty Piotr wyglądał dość stereotypowo – długa biała broda, długie białe włosy i poczciwa twarz. Jedynie aureola była z deczka rozczarowująca, bo można by oczekiwać, że taka szycha będzie posiadała Lamborghini wśród aureol, a to był zaledwie Passat. Niby kółeczko wypolerowane na błysk, ale jednak bez szału.
Święty Piotr posłał mi zmęczony uśmiech.
– Szybko, proszę. Mamy katastrofę kolejową w Indiach, lokalne zamieszki w Meksyku i Trumpa, który w ramach parady pokoju spuścił kilka bomb na Bliski Wschód. Jednym słowem sajgon.
Stanąłem na baczność. Głupie, ale nie wiedziałem, co robić.
– Walentyn – przeczytał z formularza i zmarszczył krzaczaste brwi. – Pan chyba przybył nie w porę.
Nie powiem, lekko żem się zdenerwował, bo jak już, to po mnie przyszli „nie w porę”.
– Panie święty. Nigdziem nie przychodził z własnej woli, więc czyń pan swoją powinność i ślij mnie w górę albo w dół.
– To nie takie łatwe, musi być porządek w papierach, bo się Mateusz będzie czepiać na koniec kwartału. Tak że tego, panie Walentyn, pan łaskawie wróci po wakacjach, dobrze?
Chciałem coś dodać, ale uzbrojony anioł odprowadził mnie na bok i paluchem (brak kultury!), wskazał drogę.
– Wyjście po lewej.
I wtedy dała o sobie znać moja przekorna natura, bo na prawo ode mnie tylko ściana i nie chciałem mieć do czynienia z tymi degeneratami z lewicy, więc nie ma mowy, bym przeszedł tamtędy. No i najważniejsze – wskazane drzwi były po prostu brzydsze, a te po prawej jaśniały bielą. Pchnąłem je i…
Gdzieś za sobą usłyszałem krzyk anioła-ochroniarza:
– Nie te!
Twoooje uuusta dziś wyrzekły me iiimię…
Obudziłem się w ciemności.
– Co za pojebany sen – mruknąłem do siebie głosem, którego nie poznawałem.
Chrząknąłem raz i drugi, ale to nie pomogło, bo nadal wydawałem dziwne dźwięki. Wysokie, melodyjne i, o zgrozo, dziewczęce.
W łóżku było ciasno, co odkryłem, gdy próbowałem przewrócić się na drugą stronę. Podniosłem dłoń do twarzy, ale zamiast nierówno obciętej brody, natrafiłem na aksamitnie gładką skórę. Z wolna zaczynała świtać mi pewna myśl. Szalona, ale biorąc pod uwagę wcześniejsze wydarzenia, dość prawdopodobna.
Leżałem w trumnie. I musiałem się z niej wydostać.
Zrobiłem więc to, co zrobiłby na moim miejscu każdy rozsądny człowiek – uniosłem wieko i po prostu usiadłem.
Śpiew urwał się tak nagle, jakby ktoś poderżnął gardło całemu chórowi naraz.
Dziesiątki par oczu wlepionych we mnie. Proboszcz z kadzielnicą zastygłą w pół zamachu. Organistka z palcami wbitymi w klawisze, wydając z instrumentu długi pisk. Babcie w pierwszych rzędach. Jakiś dzieciak z otwartymi ustami. I ja siedzący w białej sukni i z długimi włosami spływającymi na ramiona.
– No i na co się gapicie?
Babcia z ławki osunęła się na ziemię tak filmowo, że przykuła na moment uwagę otoczenia, ale gdy okazało się, że to tylko omdlenie, nie zawał, znów znalazłem się w centrum zainteresowania.
– Jezusieńku drogi. Marysia zmartwychwstała, toż to cud!
Swoooją baaarkę pozostawiam na brzeeegu…
Powiem wam, co jest w tym wszystkim najgorsze, bo nawet nie to, że umarłem i że zmartwychwstawszy, trafiłem do cudzego ciała. Najgorsze jest to, że ludzie są głupi. Niby człowiek wiedział, a jednak się łudził.
No, ale do brzegu.
Tym razem swoją głupotę wyrazili, padając na kolana. Zamiast uciekać, wołać rychło egzorcystę, albo chociaż zatłuc mnie świecznikiem i szybko zakopać, oni uklękli przed moją trumną.
– Cud!
– Boże, cud!
– Cud, Marysia wróciła do żywych.
– Mówiłem, że to takie dobre dziewczę było. Święta normalnie.
Głowa pękała mi od tych pokrzykiwań, bo budzenie się z martwych można porównać do budzenia się na kacu, więc życzyłbym sobie, aby wszyscy się zamknęli.
– Cicho! Cicho! Cisza, ja mówię!
Okazało się, że proboszcz Kołodziejczak ma dar spełniania życzeń, bo uciszył zebranych. Grożenie paluszkiem też trochę pomogło.
– Tak, mamy do czynienia z cudem. Łaska Boża spłynęła na naszą parafię, będzie beatyfikacja, będzie kanonizacja, a potem – tu zawiesił dramatycznie głos – pielgrzymki.
Znałem proboszcza na tyle dobrze, że mogłem przysiąc, iż w tym momencie zobaczyłem w jego oczach nie tyle Boga, co nowy dach na plebanii.
– Cuda-sruda, kanonizacje-sratyfikacje. Najpierw potrzebuję piwa.
– Ona przemówiła – zapłakała jedna z bab. – Słyszycie? Zapisać słowa świętej!
– Potrzebuję piwa – powtórzył nabożnie proboszcz, jakby to była łacińska sentencja. – To na pewno znak. Może alegoria? Piwo… chleb płynny, eucharystia ludu…
Zsunąłem się z trumny. Nogi – jej długie nogi – ugięły się pode mną jak rozgotowany makaron, więc oparłem się o stojącego w pobliżu ministranta, który pisnął i odskoczył. Głupia sytuacja z tym zmartwychwstaniem, więc postanowiłem wyznać prawdę.
– Słuchajcie, no. Nie jestem żaden święty. Wprost przeciwnie, to ja: walnięty Walentyn. Ten, co wam dwajścia lat grał na organach. Umarło mi się, ale podobno nie powinno, więc wróciłem. Tylko, jak się okazuje, zamiast trafić do swojego pomarszczonego cielska, wsadzono mnie w tę dziewuchę. Rozumiecie? To pomyłka. Dajcie mi piwo, krzesło i spokój, a jakoś to odkręcimy.
Proboszcz Kołodziejczak pokiwał głową, a jego łysina zalśniła w blasku świecznika.
– Słyszeliście? Świętej Marii ukazał się duch zmarłego organisty. Tego grzesznika i pijaka. A ona, w swej dobroci, przyzywa jego imię i się za niego modli. Bierze na siebie jego winy. O, święta! O, najświętsza!
Tłum zawył, ale szybko się zreflektował, przypominając sobie, że jest w kościele, a nie na festynie.
Zdębiałem i już nie wiedziałem, czy to oni są niespełna rozumu, czy ja. Nie nazywałbym się jednak Marian Walentyn, gdybym nie wykorzystał sytuacji na swoją korzyść.
– No, dobra – powiedziałem, klepiąc świętą dłonią o swoją świętą (i jędrną) pierś. – To skoro już zmartwychwstałem, znaczy się zmartwychwstałam, należy to jakoś uczcić. Wyprawmy ucztę dziękczynną. Z golonką i piwem. I niech ktoś przyniesie papierosy.
– Święta chce zapalić! – zawyrokował ksiądz i odesłał jednego z ministrantów do zakrystii.
Raaazem z Tooobą nowy zacznę dziś łóóów…
Och, bracia i siostry, to była najlepsza noc mojego życia.
Siedziałem na tronie z poduszek na rynku, ustrojony w wianek, z kuflem w jednej drobnej rączce i z golonką w drugiej, i wygłaszałem rozmaite świętości, a cała wieś chłonęła je jak prawdy objawione.
– Powiadam wam – mówiłem z pełnymi ustami, a proboszcz notował. – Kto fałszuje przy „Serdeczna Matko”, ten pierwszy pójdzie do piekła. To raz. Dwa, nie doceniacie swoich organistów. To oni ratują mszę, gdy ksiądz przynudza na kazaniu (kątem oka zauważyłem, że proboszcz tego akurat nie zanotował). I trzy, golonka powinna być objęta dyspensą do odwołania.
Piłem. O Boże, jak ja piłem. Nie wziąłem jednak pod uwagę, że kobiece ciało, w którym wylądowałem, nie było przyzwyczajone do trunków, więc po trzecim kuflu świat zaczął się kręcić, a ja śpiewać. I nie były to bynajmniej pieśni kościelne.
Zaśpiewałem „Szła dzieweczka do laseczka” w improwizowanej wersji, której tutaj nie powtórzę, bo ma czterdzieści zwrotek i każdą gorszą od poprzedniej. Gdy początkowy szok zebranych minął i parafianie ochoczo dołączyli do śpiewu, jedna z babć odrzuciła nawet laskę (kolejny cud!) i zaczęła tańczyć.
Byłem szczęśliwy. Pierwszy raz, odkąd pamiętam, byłem naprawdę, bezwstydnie szczęśliwy.
I właśnie dlatego, jak to zwykle bywa, wszystko trafił szlag.
Tyyy, potrzebujesz mych dłoooniiii…
Na początku było pukanie, a pukanie rozległo się gdzieś w moim wnętrzu. I całe moje wnętrze stało się jednym wielkim pukaniem. I wszystko, co potem, wydarzyło się właśnie przez to pukanie.
Odstawiłem kufel, bo zaczął drżeć w dłoni. Drugą ręką odpukałem, to znaczy poklepałem się po dekolcie
– Cicho tam – powiedziałem jeszcze dla wzmocnienia efektu.
I wtedy ją usłyszałem. Słodki, cieniutki głosik rozbrzmiał mi w czaszce.
– Przepraszam pana bardzo, ale to jest moje ciało.
Upuściłem golonkę, która spadła na białą suknię i zostawiła na niej plamę nie do sprania.
– Pan jest w nim już bardzo długo – mówił dalej głosik, ale grzecznie, wręcz przepraszająco. – I pan je te niezdrowe rzeczy. I pan przeklina.
– Maria? – powiedziałem trochę za głośno, a najbliżej zebrani parafianie, słysząc, że święta wymawia własne imię, padli na twarz w ekstazie.
– Tak.
– Aha.
Dobra, dobra – nie była to elokwentna odpowiedź, ale czego oczekiwać w takiej sytuacji?
– Proszę pana. Nie chcę być nieuprzejma, ale trwa to już za długo. A pan tylko je, pije i bawi się moją śmiercią. Bardzo proszę oddać mi moje ciało, panie Walentyn.
Nagle poczułem się trzeźwiusieńki, jak po oblaniu wiadrem zimnej wody. Siedzieć w cudzym ciele to jedno, ale dyskutować z nim to już coś zupełnie innego. Sprawy nie poprawiało też to, żem znał dziewczynę z widzenia, bo obcego człowieka łatwiej byłoby zignorować.
– Nie da rady, dziecko. Nie wiem, jak.
– Pan kłamie – głosik stwardniał, a słodycz odpadła z niego jak lukier ze starego ciastka. – Wszyscy żyją między kłamstwami i przestają je zauważać.
– Gówno prawda – zareagowałem może i za ostro, ale od tego gadania zaczynała boleć mnie głowa.
Maria nie odpowiedziała, tylko zaczęła mocno walić od środka. Poczułem, jak wszystko się tam przewraca.
– Szybko, wiadro. Święta będzie rzygać!
Podstawiono mi jakiś blaszany pojemnik, ale go odepchnąłem i skupiłem się na opanowaniu mdłości. Wdech i wydech. Wdech i wydech. Wdech i na wydechu wrzasnąłem:
– Proboszczu, na litość boską, potrzebuję egzorcyzmów. W środku jest coś. Jakaś druga dusza, która się buntuje.
Proboszcz Kołodziejczak poderwał się z kolan.
– Słyszycie? Święta walczy z szatanem na naszych oczach i prosi o modlitwę!
I wszyscy zebrani zaczęli się modlić. Stu ludzi na kolanach, błagających niebo, żeby pomogło świętej Marii, nie wiedząc, że to ja, Marian, błagam o pomoc, i nie wiedząc, że owa Maria chce tylko wrócić do swojego ciała.
– Niech się modlą – powiedział głos w mojej głowie. – Modlitwa wspomaga to, co święte, a to ja, panie Walentyn, byłam godna świętości przez całe swoje krótkie życie.
No i modlili się, a ja z każdą „zdrowaśką” czułem, jak robi mi się ciaśniej w czaszce. Maria pęczniała jak ciasto. I wtedy mnie olśniło. Modlitwa była jej bronią. Im więcej różańca, tym więcej Marii.
– Dość! – udarłem się cienko. – Przestańcie się modlić. Święta prosi o ciszę.
Proboszcz Kołodziejczak złożył dłonie jak do pierwszej komunii i wzniósł oczy ku niebu.
– Słyszycie, owieczki? Święta z pokory odrzuca nawet nasze modły! Nie chce dla siebie ani słowa chwały! Módlmy się tym żarliwiej!
I, psiakrew, zaczęli głośniej. Podjęli kolejną modlitwę, a ja poczułem, że pode mną uginają się te cholernie zgrabne kolana.
– Czuję, jak pan walczy.
– Całe życie walczyłem o byle co, to i o cudze ciało powalczę.
– No właśnie, cudze.
Chciałem sięgnąć po kufel z piwem, ale dłonie mnie nie słuchały. Samoistnie złączyły się i żadną siłą nie mogłem ich od siebie oddzielić. Splecione powędrowały pod brodę i ułożyły się tak akuratnie, jakbym pozował do świętego obrazka.
A potem głos w mojej głowie zrobił coś, czego się nie spodziewałem.
Zapłakał.
Nie ma na świecie nic gorszego niż płacząca kobieta. A już płacząca kobieta, której nie sposób podać chusteczki, bo siedzi w środku głowy i beczy prosto w czaszkę, to dopiero utrapienie nad utrapieniami. Każdy szloch odbijał mi się od potylicy jak dzwon.
– No, już dobrze – mruknąłem. – Czego się tam mażesz.
– Bo ja… Bo ja wcale nie chciałam być taka.
– Jaka taka?
– Taka zła – wymówiła to słowo, jakby rzucała soczystym przekleństwem. – Złościłam się na pana. Mówiłam panu przykre rzeczy. I cieszyłam się, że boli pana głowa. A ja przecież przez całe życie nikomu złego słowa nie powiedziałam.
I już całkiem się rozkleiła, a ja, psiakrew, poczułem coś, czego nie czułem od bardzo, bardzo dawna. Wstyd. Paskudne uczucie, mówię wam.
Bo widzicie, ja całe życie byłem walnięty i było mi z tym dobrze. Walnięty człowiek nie musi się przejmować, czy jest dobry, bo z góry wiadomo, że nie musi być. A tu nagle siedziała we mnie dziewucha, która płakała nie dlatego, że ktoś jej zrobił krzywdę, tylko dlatego, że sama na chwilę przestała być aniołem.
– Słuchaj no, Maria – odchrząknąłem, a wyszło z tego dziewczęce piśnięcie. – To nie ty byłaś zła, tylko się ze mną zadałaś, a od tego to się człowiek brudzi, jak od sadzy.
Pociągnęła nosem.
– Pan tak mówi, żebym przestała płakać.
– To też.
I wtedy niespodziewanie zaśmiała się. Cichutko, przez łzy.
– Ja miałam tylko siedemnaście lat, panie Walentyn – powiedziała. – I tyle razy chciałam zrobić coś niegrzecznego. Zatańczyć na zabawie albo pocałować się z Frankiem od kowala. Albo nie pójść na różaniec, tylko nad rzekę. A potem zachorowałam i już się nie dało.
Przez kilkadziesiąt lat grałem na pogrzebach. Tylu ludzi przeprowadziłem za próg, że święty Piotr powinien być ciutkę milszy w tym swoim okienku. Myślałem więc, że już nic mnie nie ruszy. A tu jakaś gówniara z drugiej strony mówi, że żałuje, iż była za dobra. I coś mi się w środku przekręciło.
Meeego seeerca młodego zapaaałem…
Dobrze pamiętałem swoją młodość, chociaż przed śmiercią życie nie zdążyło przelecieć mi przed oczami. Nie była szalona, ot raczej powolne staczanie się po równi pochyłej. A im więcej miałem lat, tym bardziej żałowałem niewykorzystanych szans. Nie pojechałam na saksy, co by trochę zarobić albo nie pocałowałem Halinki podczas tamtej długiej letniej nocy. Tak, tego żałowałem najbardziej, bo sprzątnął mi ją Władek.
– Marysia – zacząłem, a w głowie zrobiło mi się jasno jak rzadko kiedy bez wódki. – Powiedz no, ile razy w życiu zatańczyłaś z tym Frankiem. Albo z kimkolwiek innym?
– Ani razu, panie Walentyn. – Pociągnęła nosem. – Mama by zaraz…
– Twoja mama nie żyje, dziecko. I ty też, za przeproszeniem. – Wstałem z poduszek, a kolana tym razem nie ugięły się ani trochę. – Słuchaj, no, jest jak jest. Święty Piotr powiedział, że mają teraz sajgon tam u siebie, ale pewnie odkręcą tę sprawę prędzej czy później. A w międzyczasie możemy poszaleć.
Czułem, jak się bije z myślami. Jak stoi nad tą rzeką, nad którą nigdy nie poszła, i macza w niej palec u nogi.
– A święta tak może?
– Pewnie nie może. Dlatego będzie zabawnie.
Trudno to opisać komuś, kto nigdy nie nosił w sobie drugiej duszy, ale właśnie wtedy oddałem jej stery. I nagle nasze nogi ruszyły przed siebie. Biegły, aż drogę zagrodził im stół. Maria chwilę się wahała, ale w końcu wskoczyła na niego i zaczęła tańczyć.
Powiem wam, że ja przez kilkadziesiąt lat siedziałem tylko na chórze i patrzyłem ludziom na czubki głów, więc znam się na tańcu tyle, co świnia na gwiazdach. Ale to, co ona wyprawiała tymi swoimi (no dobra, naszymi) nogami, to nie był zwykły taniec. Wirowała, tupała, śmiała się tym dźwięcznym śmiechem, aż wianek zsunął jej się na jedno oko.
Tłum oszalał.
– Święta tańczy! Tańczy przed Panem jak Dawid przed Arką!
– Franek! – krzyknęła Maria. – Gdzie jest Franek od kowala?!
Z tłumu wynurzył się chłop jak dąb, czerwony na twarzy, który wielkimi grabami międlił czapkę.
– Ja… to ja, Marysiu…
– No to chodź, zatańczymy. Tak blisko, że proboszcz zemdleje.
I, psiakrew, w tym momencie zazdrościłem tej dziewuszce tak, jak nie zazdrościłem nikomu za życia, bo ona właśnie szła po swoją Halinkę. A moja została nad rzeką sprzed pięćdziesięciu lat.
Mych krooopli poootu i samotnooości…
Ognie na rynku przygasały. Część bab już posnęła, część poszła wydoić krowy, bo cud cudem, a gospodarstwo gospodarstwem. Usiadłem z Marią na ziemi, a Franek trzymał nas za rękę. Suknia trumienna była już przemoczona i ubłocona, czoło mokre od potu, włosy przylepione do karku, a w piersi waliło nam serce.
– Poczekaj. – Pomyślała do mnie dziewczyna. – Najpierw się pożegnam.
– Franek – powiedziała, a ja jej nie przeszkadzałem.
Kowal podniósł głowę. Te swoje wielkie, czerwone łapska wciąż zaciskał na naszej drobnej dłoni, jakby się bał, że jak puści, to nas wiatr zdmuchnie.
– Tak, Marysiu?
– Dziękuję, żeś zatańczył. Całe życie chciałam, żeby mnie ktoś poprosił do tańca, a nie miałam odwagi sama tego zrobić. I że trzymasz mnie teraz za rękę, też dziękuję.
Franek otworzył gębę, zamknął, znów otworzył. Niewiele z tego wyszło, bo to był chłop od kowadła, nie od wielkich słów.
– Ja bym… – wykrztusił w końcu. – Ja bym cię, Marysiu, prosił co tydzień. Tylko żeś umarła, zanim zdążyłem.
– Wiem.
A potem zrobiła rzecz, od której całemu rynkowi, temu, co jeszcze nie spał, dech zaparło. Pochyliła naszą głowę i pocałowała chłopaka. Długo, mocno – jakby tym jednym gestem chciała nadrobić wszystkie stracone pocałunki i te, na które zabrakło im czasu.
– Franek – szepnęła. – Ty się tu na ziemi nie zatrzymuj przeze mnie. Słyszysz? Znajdź sobie jakąś dziewczynę. Taką, co ci ugotuje, co ci da dzieci, co się z tobą zestarzeje. Ale mnie zachowaj w pamięci.
Kowal pokręcił głową.
– Nie chcę innej.
– Wiem, że teraz nie chcesz. – Uśmiechnęła, a był to uśmiech o pięćdziesiąt lat za stary jak na siedemnastolatkę. – Ale zechcesz. I to dobrze. Tylko zapamiętaj jedno: że raz, ten jeden jedyny raz, zatańczyłeś ze świętą. Niewielu chłopów może to o sobie powiedzieć.
Franek zaśmiał się przez łzy.
– Będę pamiętał, Marysiu. Do śmierci.
– I dłużej – odpowiedziała. – Bo jak się okazuje, prawdziwe życie zaczyna się dopiero potem.
Rozplotła palce z jego łapska, a on jej nie zatrzymywał. Siedział tylko i patrzył, jak drobna dłoń wysuwa mu się z garści, i wyglądał przy tym jak człowiek, który właśnie po raz drugi w życiu pozwala Marii odejść i tym razem już wie, że na zawsze. Po chwili chłopak wstał, rzucił jedno smutne spojrzenie, i ciężkim krokiem oddalił się w stronę domu.
– No, panie Walentyn – odezwała się do mnie, kiedy już zostaliśmy sami. – Teraz pana kolej.
– Na co moja kolej?
– Żeby się pożegnać. Pan myśli, że ja nie czuję, jak panu wciąż siedzi w sercu ta Halinka?
Zamilkłem. Wiecie, ja dawno zepchnąłem swoje uczucia w najgłębsze zakamarki duszy i przez całe życie wmawiałem wszystkim, że niczego nie żałuję, chociaż prawda kłuła mnie od czasu do czasu prosto w oczy. A tu jakiś podlotek jednym zdaniem zdarł ze mnie to pięćdziesiąt lat udawania niczym strupa.
– Halinki już dawno nie ma, dziecko – powiedziałem cicho. – Umarła trzy zimy temu. Grałem jej na pogrzebie. I ani razu nie sfałszowałem, choć ręce mi się trzęsły jak osice.
– To i lepiej. – Maria ujęła mnie pod ramię, gdzieś tam w środku, choć nie wiem, jak dusza może ująć drugą duszę pod ramię, a jednak poczułem to wyraźnie. – Skoro oboje idziemy przed to piotrowe okienko, to może i ona gdzieś tam siedzi.
I wtedy, niech mnie szlag, pierwszy raz od pięćdziesięciu lat poczułem coś, czego nawet nie umiałem nazwać. Nie była to nadzieja, bo na nadzieję byłem zbyt zgorzkniały, ale coś jej pokrewnego.
Ooo Paaanie, to ty na mnie spojrzaaałeś…
Rynek zaczął niknąć. Rozmywał się na brzegach i blakły kolory.
– Oho, zaczyna się – mruknęliśmy jednocześnie.
Tym razem jednak nie było bezwładnego osuwania się na ziemię, a dostąpiliśmy wniebowstąpienia. Pognaliśmy w górę, a wszystko wokół oderwało się od nas, robiąc się małe jak figurki w szopce. A potem i to zniknęło i została biel, którą po chwili zastąpiła poczekalnia z niewygodnymi ławeczkami.
Poczekalnia była ta sama, tylko numerków tym razem nie dawali. Za to czekał na nas anioł-ochroniarz z nietęgą miną. Pchnął nas przed inne okienko. Za szybą nie siedział już poczciwy Piotr, tylko chudzielec w okularach i z taką stertą papierów, że gdyby się przewróciła, pogrzebałaby ze trzech apostołów. Niechybnie musiał to być święty Mateusz.
– Walentyn Marian i… – zerknął na formularz, mrużąc oczy – …i Maria, też Walentyn. Ot, literówka i nieszczęście gotowe. Za to roboty, by to odkręcić co niemiara.
– To nie moja wina – burknąłem. – Nikt mi instrukcji nie dawał.
– Dawał, dawał. Kolega panu wyraźnie powiedział: wyjście po lewej. Lewe drzwi to „Zwroty”, panie Walentyn. Tamtędy wychodzą dusze, które wracają do ciała. Pan miał grzecznie poczekać w kolejce, aż się u nas trochę przerzedzi, i wtedy wrócić.
– Lewych nie chciałem. A prawe tak ładnie świeciły.
– No właśnie. – Postukał paznokciem w teczkę. – Prawe się świecą, bo to drzwi do świętości. Tamtędy idą w górę ci, co mają papiery na ołtarze. Cuda, kanonizacje, te rzeczy. System nie przewidział dwóch dusz na jedno ciało, to was upchnął razem.
Zatkało mnie.
– To znaczy, że ten cały cud… był prawdziwy?
– Jej cud był prawdziwy. Pana nie było w planie. Wie pan, ile ja mam przez to do prostowania?
– I co teraz?
Najpierw rozliczyli Marię.
– Maria. – Mateusz przerzucił trzy strony. – Cnota nienaganna. Posłuszeństwo wzorowe. Ani grzechu ciężkiego, ani lekkiego, prawdę mówiąc nawet żadnego niedbalstwa. – Zawiesił głos, zajrzał głębiej. – Tylko te ostatnie dwadzieścia cztery godziny trochę brużdżą w papierach.
Dziewczyna zwiesiła głowę, a na jej policzki wypłynął rumieniec.
– No dobrze, takie ryski dodają prawdziwości. Ludzie łatwiej się utożsamiają z nie do końca doskonałym świętym. Pani idzie dalej. Prawymi drzwiami.
I poszła. Jeszcze na chwilę odwróciła się w korytarzu, by mi pomachać, i zniknęła.
– Co ze mną?
Mateusz nie odpowiedział od razu. Przerzucił kilka kartek tam i z powrotem, jak urzędnik, który szuka pretekstu, żeby odesłać kogoś z kwitkiem. W końcu zdjął okulary i spojrzał na mnie.
– No, panie Walentyn. Z panem gorzej. Pan ma tu konto stare i mocno na minusie. Pijaństwo, wyklinanie, pięćdziesiąt lat narzekania pod nosem na bliźnich. Mam tego dwie teczki, a trzecia w archiwum.
– Wiem, wiem. – Machnąłem dłonią. – Ślij więc mnie pan na dół.
– Ale co ciekawe. – Postukał piórem w jedną z tabel. – Z dzisiejszej nocy mam też coś, czego u pana nie widziałem przez całe życie. Nazbierał pan trochę punkcików. Cztery, ale jednak.
– Cztery to dużo?
– Na zbawienie? Tyle, co splunąć do morza. – Założył okulary z powrotem. – Ale na powrót w sam raz. Wie pan, my tu nie robimy z grzeszników świętych lub potępionych z dnia na dzień. My im czasem dajemy jeszcze trochę czasu, żeby te punkty pozbierali za życia. Tak po ludzku.
– To znaczy?
– To znaczy drzwi po lewej, panie Walentyn.
Raaazem z Tooobą nowy zacznę dziś łóóów…
Obudziłem się z powodu pikania. Najpierw myślałem, że to znowu Maria wali mi w czaszkę, ale nie – to był równy, miarowy pisk gdzieś z boku. Do tego nade mną wisiał worek z czymś przezroczystym, sączącym się rurką w grzbiet dłoni. Mojej, starej, pokrytej wątrobianymi plamami, z paznokciami obciętymi byle jak. Podniosłem ją do twarzy i natrafiłem na nierówno obciętą brodę.
– O, wrócił pan – odezwała się pielęgniarka, zaglądając zza parawanu. – Ale nas pan nastraszył. Reanimowali pana w karetce dobre dziesięć minut. Klinicznie był już pan po drugiej stronie.
– Wiem – powiedziałem, a głos miałem swój, niski i schrypnięty. – Byłem.
Pokiwała głową, jak to się kiwa głową nad starym pijaczyną, co bredzi po niedotlenieniu.
– Tylko niech pan teraz odpoczywa. I z tym alkoholem to już koniec, mówię panu, bo następnym razem nie odratują tak łatwo.
Widzicie, bracia i siostry, nikt mnie nie zbawił i nie zamierzam udawać świętego. Dalej będę narzekał pod nosem na fałszujących podczas śpiewania i dalej mszalne wino pachnie mi ładniej niż powinno. Ale cztery punkty to cztery punkty, a do następnego spotkania ze świętym Piotrem zostało trochę czasu. Mam zamiar te punkty pozbierać. Powolutku. Po jednym.
Witaj. :)
Podziękowania za uprzedzenie o przekleństwach. :)
Kwestie technikaliów i sugestie oraz wątpliwości (tylko do przemyślenia):
– Walentyn. – Przeczytał z formularza i zmarszczył krzaczaste brwi. – Pan chyba przybył nie w porę. – błędny zapis dialogu?
– Święta chce zapalić! – Zawyrokował ksiądz i odesłał jednego z ministrantów do zakrystii. – i tu?
Łaska boska spłynęła na naszą parafię, będzie beatyfikacja, będzie kanonizacja, a potem – tu zawiesił dramatycznie głos – pielgrzymki. – czemu małą literą (skoro mówi to ksiądz i inne wyrażenia religijne są wielkimi literami_?
– Potrzebuję piwa – powtórzył nabożnie proboszcz, jakby to była łacińska sentencja. – aliteracja celowa?
Głupia sytuacja z tym zmartwychwstaniem, więc postanowiłem powiedzieć prawdę. – i ta?
Nie chcę być nieuprzejma, ale trwa to troszkę za długo. – i ta (oraz inne)?
Pierwszy raz, odkąd pamiętam (przecinek?) byłem naprawdę, bezwstydnie szczęśliwy.
– Pan kłamie. – Głosik stwardniał, a słodycz odpadła z niego jak lukier ze starego ciastka. – Wszyscy żyją między kłamstwami i przestają je zauważać. – błędny zapis dialogu?
– Gówno prawda. – Zareagowałem może i za ostro, ale od tego gadania zaczynała boleć mnie głowa. – i tu?
– Taka zła. – Wymówiła to słowo, jakby rzucała soczystym przekleństwem. – i tutaj?
– Marysia. – Zacząłem, a w głowie zrobiło mi się jasno jak rzadko kiedy bez wódki. – tu?
Niewiele z tego wyszło, bo to był chłop od kowadła, nie od wielki słów. – literówki?
Pan myśli, że ja nie czuję, jak panu wciąż siedzi w sercu ta Halinka – czy to nie zdanie pytające?
Nie była to nadzieja, bo na nadzieję byłem zbyt zgorzkniały, ale coś jej pokrewnego. – powtórzenie?
Za to roboty, by to odkręcić (przecinek?) co niemiara.
– Maria – Mateusz przerzucił trzy strony. – Cnota nienaganna. – błędny zapis dialogu?; te dialogi to trzeba jeszcze poprawić, ja już reszty nie wypisuję
Do tego nade mną wisiał worek z czymś przezroczystym. sączącym się rurką w grzbiet dłoni. – przecinek zamiast kropki w środku?
Ale cztery punkty to cztery punkty, a do następnego spotkania z świętym Piotrem zostało trochę czasu. – ze?
Nieźle się ubawiłam. :) Pomysł to jedno, ale – jego realizacja! Genialna sprawa! :))
Kliczek, pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)
Witaj Anonimie,
nie cyrtoliła,
nie certoliła
że umarłem i że zmartwychwstając, trafiłem do cudzego ciała.
Ładniej: że umarłem i że zmartwychwstawszy, trafiłem do cudzego ciała.
Słodki, cieniutki głosik rozległ się w mojej czaszce.
Można próbować przerobić składnię na bardziej “polską”: rozbrzmiał mi w czaszce
ktoś wylał na mnie wiadro zimnej wody.
jak oblany wiadrem zimnej wody – załatwia problem nagromadzenia “moja” i “mnie”
Z tłumu wynurzył się chłop jak dąb, czerwony na twarzy, z czapką gniecioną w dłoniach.
Koniec zdania brzmi mało naturalnie. może: który wielkimi grabami międlił czapkę. Albo coś podobnego
a w piersi waliło nam serce.
Szyk kładzie nacisk na serce, co nie jest odkrywcze. Trzeba położyć nacisk na waliło.
To wrażenia ogólne: całość bardzo zabawna. Jest wiele “perełek” i rozśmieszaczy, gdybym miał je wypisać, pewnie zajęłyby w okienku pełen ekran laptopa. Jednocześnie akcja jest sprawnie poprowadzona, początek nie nudzi i zachęca do lektury, a potem jest już tylko lepiej. Pomysł z ciałem Marysi jest świetny, podobnie jak rzekomy cud i reakcja parafian. W tym całym szaleństwie jest też dumanie nad tym, żeby wykorzystać okazje, które daje życie, i to podane w sposób mało nachalny. Koniec tylko ładnie domyka całość, jest nawet drugi, mały zwrot akcji.
Styl bardzo przyjemny w czytaniu. Coś jak u Zakapiora, ale nie będę na razie zgadywał. Stylizacja Mariana też dobra i wzbudza wesołość.
No nie mogę powiedzieć, żebym się cząs ze śmiechu, ale ogólnie całość bardzo ładna i tak pozytywnie chwyta za serduszko. I dobrze się czytało, widać, że to jakiś Anonim, co umie pisać.
No i zaczyna się od pierwszego paragrafu.
Podobało mi się, klikam
Walentyn. – Przeczyt
zapalić! – Zawyrokow
o prawda. – Zareagowa
ysia. – Zaczął
Bez kropki i małą.
Śpiew urwał się tak nagle, jakby ktoś poderżnął gardło całemu chórowi naraz.
Ładne!
Pudło, marzanie :)
No nieźle się ubawiłem Anonimie, mój humor, sarkazm pod koniec zmieszany z odrobiną nostalgii i pewnej życiowej prawdy. Bardzo fajnie podana komedia z końcowym smutkiem ale też jakąś małą nadzieją.
Klik :)

I dobrze się czytało, widać, że to jakiś Anonim, co umie pisać.
Też bym tak chciał. Nic dodać i nic ująć…prawie…heh. Chyba turniej nabiera tempa.
Na wszelki wypadek zdementuję – to nie była ta “moja” Kostucha od fandanga… 
Powodzenia!
Anonim cieszy się, że tekst przypadł do gustu czytającym :).
Anonim wprowadził też większość sugerowanych zmian – słońce go ewidentnie przygrzało w ostatnim czasie, bo czynności gębowe zapisywał niegębowo…
@Fascynatorze, Anonim zajrzy do Twojej kostuchy i zostawi ślad, ale dużo później – po ewentualnym odanonimizowaniu.

@Anonimie, będę zaszczycony ale i zażenowany wielce. Bo cóż tam takie moje
przaśne fakty po faktach wobec wytwornej i finezyjnej lekkości pióra Anonima…
PS
Konkursowa stagnacja też mi się nie podobała, więc wpadł mi do głowy pomysł
na nie-konkurs z nie-nagrodami (liczonymi w kilogramach tekstu
(+/– 3,6,12)).
No ale to może jak miną echa zmagań ze śmiercią. Czyli pod koniec wakacji…

Komiczne, naprawdę świetny tekst na poprawę humoru w taką pogodę. Dialogi są przepięknie napisane, postacie bardzo wiarygodne i zdecydowanie da się je lubić. Tylko pogratulować wykonania.
Pozdrawiam.