- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - I przyjął ciało zmarłej dziewicy

I przyjął ciało zmarłej dziewicy

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

I przyjął ciało zmarłej dziewicy

Ooo Pa­aanie, to ty na mnie spoj­rza­aałeś…

 

Ko­stu­cha miała nie­złe wy­czu­cie czasu lub była zwy­czaj­nie zło­śli­wa. Trzy­sta sześć­dzie­siąt pięć dni w roku, a ona wy­bra­ła nie­dzie­lę od­pu­sto­wą, aby się w końcu po­ja­wić.

Gdy na­zna­czo­ne ar­tre­ty­zmem palce wy­gry­wa­ły akor­dy ko­ściel­nej pie­śni, głową byłem już przy ple­bań­skim stole. Wie­dzia­łem z do­świad­cze­nia, że pro­boszcz schło­dził spe­cjal­nie na tę oka­zję kilka li­trów wó­decz­ki i już czu­łem ją na ję­zy­ku. A tu kicha! Za­miast to­a­stu za zdro­wie pa­ra­fian, po­czu­łem, że żo­łą­dek pod­cho­dzi do gar­dła, jak­bym się kwa­śnych ja­błek najadł.

Umar­łem zwy­czaj­nie. Nie owi­jaj­my w ba­weł­nę – kil­ka­dzie­siąt lat gra­nia na or­ga­nach, picia mszal­ne­go wina i wy­kli­na­nia pod nosem na każ­de­go, kto fał­szo­wał pod­czas „Ser­decz­na Matko”, nie czyni z czło­wie­ka kan­dy­da­ta na świę­te­go, więc i ko­stu­cha się nie cer­to­li­ła, tylko za­ła­twi­ła spra­wę raz-raz. Mszę prze­rwał łomot, gdy moje ciało sto­czy­ło się bez­wład­nie na pod­ło­gę chóru, prze­wra­ca­jąc przy oka­zji mo­sięż­ny świecz­nik.

Na­zy­wam się (a może na­zy­wa­łem się?) Ma­rian Wa­len­tyn, więc nie­wy­szu­ka­ne prze­zwi­sko go­to­we. Le­piej jed­nak być wal­nię­tym niż ni­ja­kim, zatem całe życie sta­ra­łem się za­pra­co­wać na to miano. I gdy serce sta­nę­ło, byłem prze­ko­na­ny, że za chwi­lę po­czu­ję na skó­rze cie­peł­ko, a na po­ślad­kach ukłu­cie dia­bel­skich wideł.

Za­miast tego zna­la­złem się w ko­lej­ce.

Tak. W ko­lej­ce. Jak­bym po śmier­ci nie miał spo­tkać Stwór­cy albo Tego Dru­gie­go, tylko za­ła­twić spra­wę w urzę­dzie. Szara po­cze­kal­nia, ławki bez oparć (szczyt okru­cień­stwa, po­wia­dam wam), i nu­mer­ki. Trzy­ma­łem w dłoni ka­wa­łek pa­pie­ru z nu­me­rem 666 i uzna­łem to za znak, że jed­nak idę tam, gdzie się spo­dzie­wa­łem.

– Ma­rian Wa­len­tyn!

Wsta­łem bez chrup­nię­cia w ko­la­nach, co było miłą od­mia­ną, i żwa­wym kro­kiem pod­sze­dłem do okien­ka. Świę­ty Piotr wy­glą­dał dość ste­reo­ty­po­wo – długa biała broda, dłu­gie białe włosy i po­czci­wa twarz. Je­dy­nie au­re­ola była z decz­ka roz­cza­ro­wu­ją­ca, bo można by ocze­ki­wać, że taka szy­cha bę­dzie po­sia­da­ła Lam­bor­ghi­ni wśród au­re­ol, a to był za­le­d­wie Pas­sat. Niby kó­łecz­ko wy­po­le­ro­wa­ne na błysk, ale jed­nak bez szału.

Świę­ty Piotr po­słał mi zmę­czo­ny uśmiech.

– Szyb­ko, pro­szę. Mamy ka­ta­stro­fę ko­le­jo­wą w In­diach, lo­kal­ne za­miesz­ki w Mek­sy­ku i Trum­pa, który w ra­mach pa­ra­dy po­ko­ju spu­ścił kilka bomb na Bli­ski Wschód. Jed­nym sło­wem saj­gon.

Sta­ną­łem na bacz­ność. Głu­pie, ale nie wie­dzia­łem, co robić.

– Wa­len­tyn – prze­czy­tał z for­mu­la­rza i zmarsz­czył krza­cza­ste brwi. – Pan chyba przy­był nie w porę.

Nie po­wiem, lekko żem się zde­ner­wo­wał, bo jak już, to po mnie przy­szli „nie w porę”.

– Panie świę­ty. Nig­dziem nie przy­cho­dził z wła­snej woli, więc czyń pan swoją po­win­ność i ślij mnie w górę albo w dół.

– To nie takie łatwe, musi być po­rzą­dek w pa­pie­rach, bo się Ma­te­usz bę­dzie cze­piać na ko­niec kwar­ta­łu. Tak że tego, panie Wa­len­tyn, pan ła­ska­wie wróci po wa­ka­cjach, do­brze?

Chcia­łem coś dodać, ale uzbro­jo­ny anioł od­pro­wa­dził mnie na bok i pa­lu­chem (brak kul­tu­ry!), wska­zał drogę.

– Wyj­ście po lewej.

I wtedy dała o sobie znać moja prze­kor­na na­tu­ra, bo na prawo ode mnie tylko ścia­na i nie chcia­łem mieć do czy­nie­nia z tymi de­ge­ne­ra­ta­mi z le­wi­cy, więc nie ma mowy, bym prze­szedł tam­tę­dy. No i naj­waż­niej­sze – wska­za­ne drzwi były po pro­stu brzyd­sze, a te po pra­wej ja­śnia­ły bielą. Pchną­łem je i…

Gdzieś za sobą usły­sza­łem krzyk anio­ła-ochro­nia­rza:

– Nie te!

 

 

Two­ooje uuusta dziś wy­rze­kły me iii­mię…

 

Obu­dzi­łem się w ciem­no­ści.

– Co za po­je­ba­ny sen – mruk­ną­łem do sie­bie gło­sem, któ­re­go nie po­zna­wa­łem.

Chrząk­ną­łem raz i drugi, ale to nie po­mo­gło, bo nadal wy­da­wa­łem dziw­ne dźwię­ki. Wy­so­kie, me­lo­dyj­ne i, o zgro­zo, dziew­czę­ce.

W łóżku było cia­sno, co od­kry­łem, gdy pró­bo­wa­łem prze­wró­cić się na drugą stro­nę. Pod­nio­słem dłoń do twa­rzy, ale za­miast nie­rów­no ob­cię­tej brody, na­tra­fi­łem na ak­sa­mit­nie gład­ką skórę. Z wolna za­czy­na­ła świ­tać mi pewna myśl. Sza­lo­na, ale bio­rąc pod uwagę wcze­śniej­sze wy­da­rze­nia, dość praw­do­po­dob­na.

Le­ża­łem w trum­nie. I mu­sia­łem się z niej wy­do­stać.

Zro­bi­łem więc to, co zro­bił­by na moim miej­scu każdy roz­sąd­ny czło­wiek – unio­słem wieko i po pro­stu usia­dłem.

Śpiew urwał się nagle, jakby ktoś po­de­rżnął gar­dło ca­łe­mu chó­ro­wi naraz.

Dzie­siąt­ki par oczu wle­pio­nych we mnie. Pro­boszcz z ka­dziel­ni­cą za­sty­głą w pół za­ma­chu. Or­ga­nist­ka z pal­ca­mi wbi­ty­mi w kla­wi­sze, wy­da­jąc z in­stru­men­tu długi pisk. Bab­cie w pierw­szych rzę­dach. Jakiś dzie­ciak z otwar­ty­mi usta­mi. I ja sie­dzą­cy w bia­łej sukni i z dłu­gi­mi wło­sa­mi spły­wa­ją­cy­mi na ra­mio­na.

– No i na co się ga­pi­cie?

Bab­cia z ławki osu­nę­ła się na zie­mię tak fil­mo­wo, że przy­ku­ła na mo­ment uwagę oto­cze­nia, ale gdy oka­za­ło się, że to tylko omdle­nie, nie zawał, znów zna­la­złem się w cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia.

– Je­zu­sień­ku drogi. Ma­ry­sia zmar­twych­wsta­ła, toż to cud!

 

 

Swo­ooją ba­aar­kę po­zo­sta­wiam na brze­eegu…

 

Po­wiem wam, co jest w tym wszyst­kim naj­gor­sze, bo nawet nie to, że umarłem i że zmartwychwstawszy, trafiłem do cudzego ciała. Naj­gor­sze jest to, że lu­dzie są głupi. Niby czło­wiek wie­dział, a jed­nak się łu­dził.

No, ale do brze­gu.

Tym razem swoją głu­po­tę wy­ra­zi­li, pa­da­jąc na ko­la­na. Za­miast ucie­kać, wołać ry­chło eg­zor­cy­stę, albo cho­ciaż za­tłuc mnie świecz­ni­kiem i szyb­ko za­ko­pać, oni uklę­kli przed moją trum­ną.

– Cud!

– Boże, cud!

– Cud, Ma­ry­sia wró­ci­ła do ży­wych.

– Mó­wi­łem, że to takie dobre dziew­czę było. Świę­ta nor­mal­nie.

Głowa pę­ka­ła mi od tych po­krzy­ki­wań, bo bu­dze­nie się z mar­twych można po­rów­nać do bu­dze­nia się na kacu, więc ży­czył­bym sobie, aby wszy­scy się za­mknę­li.

– Cicho! Cicho! Cisza, ja mówię!

Oka­za­ło się, że pro­boszcz Ko­ło­dziej­czak ma dar speł­nia­nia ży­czeń, bo uci­szył ze­bra­nych. Gro­że­nie pa­lusz­kiem też tro­chę po­mo­gło.

– Tak, mamy do czy­nie­nia z cudem. Łaska Boża spły­nę­ła na naszą pa­ra­fię, bę­dzie be­aty­fi­ka­cja, bę­dzie ka­no­ni­za­cja, a potem – tu za­wie­sił dra­ma­tycz­nie głos – piel­grzym­ki.

Zna­łem pro­bosz­cza na tyle do­brze, że mo­głem przy­siąc, iż w tym mo­men­cie zo­ba­czy­łem w jego oczach nie tyle Boga, co nowy dach na ple­ba­nii.

– Cu­da-sru­da, ka­no­ni­za­cje-sra­ty­fi­ka­cje. Naj­pierw po­trze­bu­ję piwa.

– Ona prze­mó­wi­ła – za­pła­ka­ła jedna z bab. – Sły­szy­cie? Za­pi­sać słowa świę­tej!

Po­trze­bu­ję piwa – po­wtó­rzył na­boż­nie pro­boszcz, jakby to była ła­ciń­ska sen­ten­cja. – To na pewno znak. Może ale­go­ria? Piwo… chleb płyn­ny, eu­cha­ry­stia ludu…

Zsu­ną­łem się z trum­ny. Nogi – jej dłu­gie nogi – ugię­ły się pode mną jak roz­go­to­wa­ny ma­ka­ron, więc opar­łem się o sto­ją­ce­go w po­bli­żu mi­ni­stran­ta, który pi­snął i od­sko­czył. Głu­pia sy­tu­acja z tym zmar­twych­wsta­niem, więc po­sta­no­wi­łem wy­znać praw­dę.

– Słu­chaj­cie, no. Nie je­stem żaden świę­ty. Wprost prze­ciw­nie, to ja: wal­nię­ty Wa­len­tyn. Ten, co wam dwaj­ścia lat grał na or­ga­nach. Umar­ło mi się, ale po­dob­no nie po­win­no, więc wró­ci­łem. Tylko, jak się oka­zu­je, za­miast tra­fić do swo­je­go po­marsz­czo­ne­go ciel­ska, wsa­dzo­no mnie w tę dzie­wu­chę. Ro­zu­mie­cie? To po­mył­ka. Daj­cie mi piwo, krze­sło i spo­kój, a jakoś to od­krę­ci­my.

Pro­boszcz Ko­ło­dziej­czak po­ki­wał głową, a jego ły­si­na za­lśni­ła w bla­sku świecz­ni­ka.

– Sły­sze­li­ście? Świę­tej Marii uka­zał się duch zmar­łe­go or­ga­ni­sty. Tego grzesz­ni­ka i pi­ja­ka. A ona, w swej do­bro­ci, przy­zy­wa jego imię i się za niego modli. Bie­rze na sie­bie jego winy. O, świę­ta! O, naj­święt­sza!

Tłum zawył, ale szyb­ko się zre­flek­to­wał, przy­po­mi­na­jąc sobie, że jest w ko­ście­le, a nie na fe­sty­nie.

Zdę­bia­łem i już nie wie­dzia­łem, czy to oni są nie­speł­na ro­zu­mu, czy ja. Nie na­zy­wał­bym się jed­nak Ma­rian Wa­len­tyn, gdy­bym nie wy­ko­rzy­stał sy­tu­acji na swoją ko­rzyść.

– No, dobra – po­wie­dzia­łem, kle­piąc świę­tą dło­nią o swoją świę­tą (i jędr­ną) pierś. – To skoro już zmar­twych­wsta­łem, zna­czy się zmar­twych­wsta­łam, na­le­ży to jakoś uczcić. Wy­praw­my ucztę dzięk­czyn­ną. Z go­lon­ką i piwem. I niech ktoś przy­nie­sie pa­pie­ro­sy.

– Świę­ta chce za­pa­lić! – za­wy­ro­ko­wał ksiądz i ode­słał jed­ne­go z mi­ni­stran­tów do za­kry­stii.

 

 

Ra­aazem z To­oobą nowy za­cznę dziś łóóów…

 

Och, bra­cia i sio­stry, to była naj­lep­sza noc mo­je­go życia.

Sie­dzia­łem na tro­nie z po­du­szek na rynku, ustro­jo­ny w wia­nek, z ku­flem w jed­nej drob­nej rącz­ce i z go­lon­ką w dru­giej, i wy­gła­sza­łem roz­ma­ite świę­to­ści, a cała wieś chło­nę­ła je jak praw­dy ob­ja­wio­ne.

– Po­wia­dam wam – mó­wi­łem z peł­ny­mi usta­mi, a pro­boszcz no­to­wał. – Kto fał­szu­je przy „Ser­decz­na Matko”, ten pierw­szy pój­dzie do pie­kła. To raz. Dwa, nie do­ce­nia­cie swo­ich or­ga­ni­stów. To oni ra­tu­ją mszę, gdy ksiądz przy­nu­dza na ka­za­niu (kątem oka za­uwa­ży­łem, że pro­boszcz tego aku­rat nie za­no­to­wał). I trzy, go­lon­ka po­win­na być ob­ję­ta dys­pen­są do od­wo­ła­nia.

Piłem. O Boże, jak ja piłem. Nie wzią­łem jed­nak pod uwagę, że ko­bie­ce ciało, w któ­rym wy­lą­do­wa­łem, nie było przy­zwy­cza­jo­ne do trun­ków, więc po trze­cim kuflu świat za­czął się krę­cić, a ja śpie­wać. I nie były to by­naj­mniej pie­śni ko­ściel­ne.

Za­śpie­wa­łem „Szła dzie­wecz­ka do la­secz­ka” w im­pro­wi­zo­wa­nej wer­sji, któ­rej tutaj nie po­wtó­rzę, bo ma czter­dzie­ści zwro­tek i każdą gor­szą od po­przed­niej. Gdy po­cząt­ko­wy szok ze­bra­nych minął i pa­ra­fia­nie ocho­czo do­łą­czy­li do śpie­wu, jedna z babć od­rzu­ci­ła nawet laskę (ko­lej­ny cud!) i za­czę­ła tań­czyć.

Byłem szczę­śli­wy. Pierw­szy raz, odkąd pa­mię­tam, byłem na­praw­dę, bez­wstyd­nie szczę­śli­wy.

I wła­śnie dla­te­go, jak to zwy­kle bywa, wszyst­ko tra­fił szlag.

 

 

Tyyy, po­trze­bu­jesz mych dło­ooniiii…

 

Na po­cząt­ku było pu­ka­nie, a pu­ka­nie roz­le­gło się gdzieś w moim wnę­trzu. I całe moje wnę­trze stało się jed­nym wiel­kim pu­ka­niem. I wszyst­ko, co potem, wy­da­rzy­ło się wła­śnie przez to pu­ka­nie.

Od­sta­wi­łem kufel, bo za­czął drżeć w dłoni. Drugą ręką od­pu­ka­łem, to zna­czy po­kle­pa­łem się po de­kol­cie.

– Cicho tam – po­wie­dzia­łem jesz­cze dla wzmoc­nie­nia efek­tu.

I wtedy ją usły­sza­łem. Słod­ki, cie­niut­ki gło­sik rozbrzmiał mi w czaszce.

– Prze­pra­szam pana bar­dzo, ale to jest moje ciało.

Upu­ści­łem go­lon­kę, która spa­dła na białą suk­nię i zo­sta­wi­ła na niej plamę nie do spra­nia.

– Pan jest w nim już bar­dzo długo – mówił dalej gło­sik, ale grzecz­nie, wręcz prze­pra­sza­ją­co. – I pan je te nie­zdro­we rze­czy. I pan prze­kli­na.

– Maria? – po­wie­dzia­łem tro­chę za gło­śno, a naj­bli­żej ze­bra­ni pa­ra­fia­nie, sły­sząc, że świę­ta wy­ma­wia wła­sne imię, padli na twarz w eks­ta­zie.

– Tak.

– Aha.

Dobra, dobra – nie była to elo­kwent­na od­po­wiedź, ale czego ocze­ki­wać w ta­kiej sy­tu­acji? 

– Pro­szę pana. Nie chcę być nie­uprzej­ma, ale trwa to już za długo. A pan tylko je, pije i bawi się moją śmier­cią. Bar­dzo pro­szę oddać mi moje ciało, panie Wa­len­tyn.

Nagle po­czu­łem się trzeź­wiu­sień­ki, jak po oblaniu wiadrem zimnej wody. Sie­dzieć w cu­dzym ciele to jedno, ale dys­ku­to­wać z nim, to już coś zu­peł­nie in­ne­go. Spra­wy nie po­pra­wia­ło też to, żem znał dziew­czy­nę z wi­dze­nia, bo ob­ce­go czło­wie­ka ła­twiej by­ło­by zi­gno­ro­wać.

– Nie da rady, dziec­ko. Nie wiem, jak.

– Pan kła­mie – gło­sik stward­niał, a sło­dycz od­pa­dła z niego jak lu­kier ze sta­re­go ciast­ka. – Wszy­scy żyją mię­dzy kłam­stwa­mi i prze­sta­ją je za­uwa­żać.

– Gówno praw­da – za­re­ago­wa­łem może i za ostro, ale od tego ga­da­nia za­czy­na­ła boleć mnie głowa.

Maria nie od­po­wie­dzia­ła, tylko za­czę­ła mocno walić od środ­ka. Po­czu­łem, jak wszyst­ko się tam prze­wra­ca.

– Szyb­ko, wia­dro. Świę­ta bę­dzie rzy­gać!

Pod­sta­wio­no mi jakiś bla­sza­ny po­jem­nik, ale go ode­pchną­łem i sku­pi­łem się na opa­no­wa­niu mdło­ści. Wdech i wy­dech. Wdech i wy­dech. Wdech i na wy­de­chu wrza­sną­łem:

– Pro­bosz­czu, na li­tość boską, po­trze­bu­ję eg­zor­cy­zmów. W środ­ku jest coś. Jakaś druga dusza, która się bun­tu­je.

Pro­boszcz Ko­ło­dziej­czak po­de­rwał się z kolan.

– Sły­szy­cie? Świę­ta wal­czy z sza­ta­nem na na­szych oczach i prosi o mo­dli­twę!

I wszy­scy ze­bra­ni za­czę­li się mo­dlić. Stu ludzi na ko­la­nach, bła­ga­ją­cych niebo, żeby po­mo­gło świę­tej Marii, nie wie­dząc, że to ja, Ma­rian, bła­gam o pomoc, i nie wie­dząc, że owa Maria chce tylko wró­cić do swo­je­go ciała.

– Niech się modlą – po­wie­dział głos w mojej gło­wie. – Mo­dli­twa wspo­ma­ga to, co świę­te, a to ja, panie Wa­len­tyn, byłam godna świę­to­ści przez całe swoje krót­kie życie.

No i mo­dli­li się, a ja z każdą „zdro­waś­ką” czu­łem, jak robi mi się cia­śniej w czasz­ce. Maria pęcz­nia­ła jak cia­sto. I wtedy mnie olśni­ło. Mo­dli­twa była jej bro­nią. Im wię­cej ró­żań­ca, tym wię­cej Marii.

– Dość! – udar­łem się cien­ko. – Prze­stań­cie się mo­dlić. Świę­ta prosi o ciszę.

Pro­boszcz Ko­ło­dziej­czak zło­żył dło­nie jak do pierw­szej ko­mu­nii i wzniósł oczy ku niebu.

– Sły­szy­cie, owiecz­ki? Świę­ta z po­ko­ry od­rzu­ca nawet nasze modły! Nie chce dla sie­bie ani słowa chwa­ły! Mó­dl­my się tym żar­li­wiej!

I, psia­krew, za­czę­li gło­śniej. Pod­ję­li ko­lej­ną mo­dli­twę, a ja po­czu­łem, że pode mną ugi­na­ją się te cho­ler­nie zgrab­ne ko­la­na.

– Czuję, jak pan wal­czy.

– Całe życie wal­czy­łem o byle co, to i o cudze ciało po­wal­czę.

– No wła­śnie, cudze.

Chcia­łem się­gnąć po kufel z piwem, ale dło­nie mnie nie słu­cha­ły. Sa­mo­ist­nie złą­czy­ły się i żadną siłą nie mo­głem ich od sie­bie od­dzie­lić. Sple­cio­ne po­wę­dro­wa­ły pod brodę i uło­ży­ły się tak aku­rat­nie, jak­bym po­zo­wał do świę­te­go ob­raz­ka.

A potem głos w mojej gło­wie zro­bił coś, czego się nie spo­dzie­wa­łem.

Za­pła­kał.

Nie ma na świe­cie nic gor­sze­go niż pła­czą­ca ko­bie­ta. A już pła­czą­ca ko­bie­ta, któ­rej nie spo­sób podać chu­s­tecz­ki, bo sie­dzi w środ­ku głowy i beczy pro­sto w czasz­kę, to do­pie­ro utra­pie­nie nad utra­pie­nia­mi. Każdy szloch od­bi­jał mi się od po­ty­li­cy jak dzwon.

– No, już do­brze – mruk­ną­łem. – Czego się tam ma­żesz.

– Bo ja… Bo ja wcale nie chcia­łam być taka.

– Jaka taka?

– Taka zła – wy­mó­wi­ła to słowo, jakby rzu­ca­ła so­czy­stym prze­kleń­stwem. – Zło­ści­łam się na pana. Mó­wi­łam panu przy­kre rze­czy. I cie­szy­łam się, że boli pana głowa. A ja prze­cież przez całe życie ni­ko­mu złego słowa nie po­wie­dzia­łam.

I już cał­kiem się roz­kle­iła, a ja, psia­krew, po­czu­łem coś, czego nie czu­łem od bar­dzo, bar­dzo dawna. Wstyd. Pa­skud­ne uczu­cie, mówię wam.

Bo wi­dzi­cie, ja całe życie byłem wal­nię­ty i było mi z tym do­brze. Wal­nię­ty czło­wiek nie musi się przej­mo­wać, czy jest dobry, bo z góry wia­do­mo, że nie musi być. A tu nagle sie­dzia­ła we mnie dzie­wu­cha, która pła­ka­ła nie dla­te­go, że ktoś jej zro­bił krzyw­dę, tylko dla­te­go, że sama na chwi­lę prze­sta­ła być anio­łem.

– Słu­chaj no, Maria – od­chrząk­ną­łem, a wy­szło z tego dziew­czę­ce pi­śnię­cie. – To nie ty byłaś zła, tylko się ze mną za­da­łaś, a od tego to się czło­wiek bru­dzi, jak od sadzy. 

Po­cią­gnę­ła nosem.

– Pan tak mówi, żebym prze­sta­ła pła­kać.

– To też.

I wtedy nie­spo­dzie­wa­nie za­śmia­ła się. Ci­chut­ko, przez łzy.

– Ja mia­łam tylko sie­dem­na­ście lat, panie Wa­len­tyn – po­wie­dzia­ła. – I tyle razy chcia­łam zro­bić coś nie­grzecz­ne­go. Za­tań­czyć na za­ba­wie albo po­ca­ło­wać się z Fran­kiem od ko­wa­la. Albo nie pójść na ró­ża­niec, tylko nad rzekę. A potem za­cho­ro­wa­łam i już się nie dało.

Przez kil­ka­dzie­siąt lat gra­łem na po­grze­bach. Tylu ludzi prze­pro­wa­dzi­łem za próg, że świę­ty Piotr po­wi­nien być ciut­kę mil­szy w tym swoim okien­ku. My­śla­łem więc, że już nic mnie nie ruszy. A tu jakaś gów­nia­ra z dru­giej stro­ny mówi, że ża­łu­je, iż była za dobra. I coś mi się w środ­ku prze­krę­ci­ło.

 

 

Me­eego se­eer­ca mło­de­go za­pa­aałem…

 

Do­brze pa­mię­ta­łem swoją mło­dość, cho­ciaż przed śmier­cią życie nie zdą­ży­ło prze­le­cieć mi przed ocza­mi. Nie była sza­lo­na, ot, ra­czej po­wol­ne sta­cza­nie się po równi po­chy­łej. A im wię­cej mia­łem lat, tym bar­dziej ża­ło­wa­łem nie­wy­ko­rzy­sta­nych szans. Nie po­je­cha­łem na saksy, co by tro­chę za­ro­bić, albo nie po­ca­ło­wa­łem Ha­lin­ki pod­czas tam­tej dłu­giej let­niej nocy. Tak, tego ża­ło­wa­łem naj­bar­dziej, bo sprząt­nął mi ją Wła­dek.

– Ma­ry­sia – za­czą­łem, a w gło­wie zro­bi­ło mi się jasno jak rzad­ko kiedy bez wódki. – Po­wiedz no, ile razy w życiu za­tań­czy­łaś z tym Fran­kiem. Albo z kim­kol­wiek innym?

– Ani razu, panie Wa­len­tyn. – Po­cią­gnę­ła nosem. – Mama by zaraz…

– Twoja mama nie żyje, dziec­ko. I ty też, za prze­pro­sze­niem. – Wsta­łem z po­du­szek, a ko­la­na tym razem nie ugię­ły się ani tro­chę. – Słu­chaj, no, jest jak jest. Świę­ty Piotr po­wie­dział, że mają teraz saj­gon tam u sie­bie, ale pew­nie od­krę­cą tę spra­wę prę­dzej czy póź­niej. A w mię­dzy­cza­sie mo­że­my po­sza­leć.

Czu­łem, jak się bije z my­śla­mi. Jak stoi nad tą rzeką, nad którą nigdy nie po­szła, i macza w niej palec u nogi.

– A świę­ta tak może?

– Pew­nie nie może. Dla­te­go bę­dzie za­baw­nie.

Trud­no to opi­sać komuś, kto nigdy nie nosił w sobie dru­giej duszy, ale wła­śnie wtedy od­da­łem jej stery. I nagle nasze nogi ru­szy­ły przed sie­bie. Bie­gły, aż drogę za­gro­dził im stół. Maria chwi­lę się wa­ha­ła, ale w końcu wsko­czy­ła na niego i za­czę­ła tań­czyć.

Po­wiem wam, że ja przez kil­ka­dzie­siąt lat sie­dzia­łem tylko na chó­rze i pa­trzy­łem lu­dziom na czub­ki głów, więc znam się na tańcu tyle, co świ­nia na gwiaz­dach. Ale to, co ona wy­pra­wia­ła tymi swo­imi (no dobra, na­szy­mi) no­ga­mi, to nie był zwy­kły ta­niec. Wi­ro­wa­ła, tu­pa­ła, śmia­ła się tym dźwięcz­nym śmie­chem, aż wia­nek zsu­nął jej się na jedno oko.

Tłum osza­lał.

– Świę­ta tań­czy! Tań­czy przed Panem jak Dawid przed Arką!

– Fra­nek! – krzyk­nę­ła Maria. – Gdzie jest Fra­nek od ko­wa­la?!

Z tłumu wy­nu­rzył się chłop jak dąb, czer­wo­ny na twa­rzy, który wielkimi grabami międlił czapkę.

– Ja… to ja, Ma­ry­siu…

– No to chodź, za­tań­czy­my. Tak bli­sko, że pro­boszcz ze­mdle­je.

I, psia­krew, w tym mo­men­cie za­zdro­ści­łem tej dzie­wusz­ce tak, jak nie za­zdro­ści­łem ni­ko­mu za życia, bo ona wła­śnie szła po swoją Ha­lin­kę. A moja zo­sta­ła nad rzeką sprzed pięć­dzie­się­ciu lat.

 

 

Mych kro­oopli po­ootu i sa­mot­no­oości…

 

Ognie na rynku przy­ga­sa­ły. Część bab już po­snę­ła, część po­szła wy­do­ić krowy, bo cud cudem, a go­spo­dar­stwo go­spo­dar­stwem. Usia­dłem z Marią na ziemi, a Fra­nek trzy­mał nas za rękę. Suk­nia tru­mien­na była już prze­mo­czo­na i ubło­co­na, czoło mokre od potu, włosy przy­le­pio­ne do karku, a w pier­si wa­li­ło nam serce. 

– Po­cze­kaj. – Po­my­śla­ła do mnie dziew­czy­na. – Naj­pierw się po­że­gnam.

– Fra­nek – po­wie­dzia­ła, a ja jej nie prze­szka­dza­łem.

Kowal pod­niósł głowę. Te swoje wiel­kie, czer­wo­ne łap­ska wciąż za­ci­skał na na­szej drob­nej dłoni, jakby się bał, że jak puści, to nas wiatr zdmuch­nie.

– Tak, Ma­ry­siu?

– Dzię­ku­ję, żeś za­tań­czył. Całe życie chcia­łam, żeby mnie ktoś po­pro­sił do tańca, a nie mia­łam od­wa­gi sama tego zro­bić. I że trzy­masz mnie teraz za rękę, też dzię­ku­ję.

Fra­nek otwo­rzył gębę, za­mknął, znów otwo­rzył. Nie­wie­le z tego wy­szło, bo to był chłop od ko­wa­dła, nie od wiel­kich słów.

– Ja bym… – wy­krztu­sił w końcu. – Ja bym cię, Ma­ry­siu, pro­sił co ty­dzień. Tylko żeś umar­ła, zanim zdą­ży­łem.

– Wiem.

A potem zro­bi­ła rzecz, od któ­rej ca­łe­mu ryn­ko­wi, temu, co jesz­cze nie spał, dech za­par­ło. Po­chy­li­ła naszą głowę i po­ca­ło­wa­ła chło­pa­ka. Długo, mocno – jakby tym jed­nym ge­stem chcia­ła nad­ro­bić wszyst­kie stra­co­ne po­ca­łun­ki i te, na które za­bra­kło im czasu. 

– Fra­nek – szep­nę­ła. – Ty się tu na ziemi nie za­trzy­muj prze­ze mnie. Sły­szysz? Znajdź sobie jakąś dziew­czy­nę. Taką, co ci ugo­tu­je, co ci da dzie­ci, co się z tobą ze­sta­rze­je. Ale mnie za­cho­waj w pa­mię­ci.

Kowal po­krę­cił głową.

– Nie chcę innej.

– Wiem, że teraz nie chcesz. – Uśmiech­nę­ła się, a był to uśmiech o pięć­dzie­siąt lat za stary jak na sie­dem­na­sto­lat­kę. – Ale ze­chcesz. I to do­brze. Tylko za­pa­mię­taj jedno: że raz, ten jeden je­dy­ny raz, za­tań­czy­łeś ze świę­tą. Nie­wie­lu chło­pów może to o sobie po­wie­dzieć.

Fra­nek za­śmiał się przez łzy.

– Będę pa­mię­tał, Ma­ry­siu. Do śmier­ci.

– I dłu­żej – od­po­wie­dzia­ła. – Bo jak się oka­zu­je, praw­dzi­we życie za­czy­na się do­pie­ro potem.

Roz­plo­tła palce z jego łap­ska, a on jej nie za­trzy­my­wał. Sie­dział tylko i pa­trzył, jak drob­na dłoń wy­su­wa mu się z gar­ści. Po chwi­li chło­pak wstał, rzu­cił jedno smut­ne spoj­rze­nie, i cięż­kim kro­kiem od­da­lił się w stro­nę domu.

– No, panie Wa­len­tyn – ode­zwa­ła się do mnie, kiedy już zo­sta­li­śmy sami. – Teraz pana kolej.

– Na co moja kolej?

– Żeby się po­że­gnać. Pan myśli, że ja nie czuję, jak panu wciąż sie­dzi w sercu ta Ha­lin­ka?

Za­mil­kłem. Wie­cie, ja dawno ze­pchną­łem swoje uczu­cia w naj­głęb­sze za­ka­mar­ki duszy i przez całe życie wma­wia­łem wszyst­kim, że ni­cze­go nie ża­łu­ję, cho­ciaż praw­da kłuła mnie od czasu do czasu pro­sto w oczy. A tu jakiś pod­lo­tek jed­nym zda­niem zdarł ze mnie to pięć­dzie­siąt lat uda­wa­nia ni­czym stru­pa. 

– Ha­lin­ki już dawno nie ma, dziec­ko – po­wie­dzia­łem cicho. – Umar­ła trzy zimy temu. Gra­łem jej na po­grze­bie. I ani razu nie sfał­szo­wa­łem, choć ręce mi się trzę­sły jak osice gałązki.

– To i le­piej. – Maria ujęła mnie pod ramię, gdzieś tam w środ­ku, choć nie wiem, jak dusza może ująć drugą duszę pod ramię, a jed­nak po­czu­łem to wy­raź­nie. – Skoro oboje idzie­my przed to pio­tro­we okien­ko, to może i ona gdzieś tam sie­dzi.

I wtedy, niech mnie szlag, pierw­szy raz od pięć­dzie­się­ciu lat po­czu­łem coś, czego nawet nie umia­łem na­zwać. Nie była to na­dzie­ja, bo na na­dzie­ję byłem zbyt zgorzk­nia­ły, ale coś jej po­krew­ne­go.

 

 

Ooo Pa­aanie, to ty na mnie spoj­rza­aałeś…

 

Rynek za­czął nik­nąć. Roz­my­wał się na brze­gach i bla­kły ko­lo­ry.

– Oho, za­czy­na się – mruk­nę­li­śmy jed­no­cze­śnie.

Tym razem jed­nak nie było bez­wład­ne­go osu­wa­nia się na zie­mię, a do­stą­pi­li­śmy wnie­bo­wstą­pie­nia. Po­gna­li­śmy w górę, a wszyst­ko wokół ode­rwa­ło się od nas, ro­biąc się małe jak fi­gur­ki w szop­ce. A potem i to znik­nę­ło i zo­sta­ła biel, którą po chwi­li za­stą­pi­ła po­cze­kal­nia z nie­wy­god­ny­mi ła­wecz­ka­mi.

Po­cze­kal­nia była ta sama, tylko nu­mer­ków tym razem nie da­wa­li. Za to cze­kał na nas anioł-ochro­niarz z nie­tę­gą miną. Pchnął nas przed inne okien­ko. Za szybą nie sie­dział już po­czci­wy Piotr, tylko chu­dzie­lec w oku­la­rach i z taką ster­tą pa­pie­rów, że gdyby się prze­wró­ci­ła, po­grze­ba­ła­by ze trzech apo­sto­łów. Nie­chyb­nie mu­siał to być świę­ty Ma­te­usz.

– Wa­len­tyn Ma­rian i… – zer­k­nął na for­mu­larz, mru­żąc oczy – …i Maria, też Wa­len­tyn. Ot, li­te­rów­ka i nie­szczę­ście go­to­we. Za to ro­bo­ty, by to od­krę­cić, co nie­mia­ra.

– To nie moja wina – burk­ną­łem. – Nikt mi in­struk­cji nie dawał.

– Dawał, dawał. Ko­le­ga panu wy­raź­nie po­wie­dział: wyj­ście po lewej. Lewe drzwi to „Zwro­ty”, panie Wa­len­tyn. Tam­tę­dy wy­cho­dzą dusze, które wra­ca­ją do ciała. Pan miał grzecz­nie po­cze­kać w ko­lej­ce, aż się u nas tro­chę prze­rze­dzi, i wtedy wró­cić.

– Le­wych nie chcia­łem. A prawe tak ład­nie świe­ci­ły.

– No wła­śnie. – Po­stu­kał pa­znok­ciem w tecz­kę. – Prawe się świe­cą, bo to drzwi do świę­to­ści. Tam­tę­dy idą w górę ci, co mają pa­pie­ry na oł­ta­rze. Cuda, ka­no­ni­za­cje, te rze­czy. Sys­tem nie prze­wi­dział dwóch dusz na jedno ciało, to was upchnął razem.

Za­tka­ło mnie.

– To zna­czy, że ten cały cud… był praw­dzi­wy?

– Jej cud był praw­dzi­wy. Pana nie było w pla­nie. Wie pan, ile ja mam przez to do pro­sto­wa­nia?

– I co teraz?

Naj­pierw roz­li­czy­li Marię.

– Maria. – Ma­te­usz prze­rzu­cił trzy stro­ny. – Cnota nie­na­gan­na. Po­słu­szeń­stwo wzo­ro­we. Ani grze­chu cięż­kie­go, ani lek­kie­go, praw­dę mó­wiąc nawet żad­ne­go nie­dbal­stwa. – Za­wie­sił głos, zaj­rzał głę­biej. – Tylko te ostat­nie dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny tro­chę bruż­dżą w pa­pie­rach.

Dziew­czy­na zwie­si­ła głowę, a na jej po­licz­ki wy­pły­nął ru­mie­niec.

– No do­brze, takie ryski do­da­ją praw­dzi­wo­ści. Lu­dzie ła­twiej się utoż­sa­mia­ją z nie do końca do­sko­na­łym świę­tym. Pani idzie dalej. Pra­wy­mi drzwia­mi.

I po­szła. Jesz­cze na chwi­lę od­wró­ci­ła się w ko­ry­ta­rzu, by mi po­ma­chać, i znik­nę­ła.

– Co ze mną?

Ma­te­usz nie od­po­wie­dział od razu. Prze­rzu­cił kilka kar­tek tam i z po­wro­tem, jak urzęd­nik, który szuka pre­tek­stu, żeby ode­słać kogoś z kwit­kiem. W końcu zdjął oku­la­ry i spoj­rzał na mnie.

– No, panie Wa­len­tyn. Z panem go­rzej. Pan ma tu konto stare i mocno na mi­nu­sie. Pi­jań­stwo, wy­kli­na­nie, pięć­dzie­siąt lat na­rze­ka­nia pod nosem na bliź­nich. Mam tego dwie tecz­ki, a trze­cia w ar­chi­wum.

– Wiem, wiem. – Mach­ną­łem dło­nią. – Ślij więc mnie pan na dół.

– Ale co cie­ka­we. – Po­stu­kał pió­rem w jedną z tabel. – Z dzi­siej­szej nocy mam też coś, czego u pana nie wi­dzia­łem przez całe życie. Na­zbie­rał pan tro­chę punk­ci­ków. Czte­ry, ale jed­nak.

– Czte­ry to dużo?

– Na zba­wie­nie? Tyle, co splu­nąć do morza. – Za­ło­żył oku­la­ry z po­wro­tem. – Ale na po­wrót w sam raz. Wie pan, my tu nie ro­bi­my z grzesz­ni­ków świę­tych lub po­tę­pio­nych z dnia na dzień. My im cza­sem da­je­my jesz­cze tro­chę czasu, żeby te punk­ty po­zbie­ra­li za życia. Tak po ludz­ku.

– To zna­czy?

– To zna­czy drzwi po lewej, panie Wa­len­tyn.

 

 

Ra­aazem z To­oobą nowy za­cznę dziś łóóów…

 

Obu­dzi­łem się z po­wo­du pi­ka­nia. Naj­pierw my­śla­łem, że to znowu Maria wali mi w czasz­kę, ale nie – to był równy, mia­ro­wy pisk gdzieś z boku. Do tego nade mną wi­siał worek z czymś prze­zro­czy­stym, są­czą­cym się rurką w grzbiet dłoni. Mojej, sta­rej, po­kry­tej wą­tro­bia­ny­mi pla­ma­mi, z pa­znok­cia­mi ob­cię­ty­mi byle jak. Pod­nio­słem ją do twa­rzy i na­tra­fi­łem na zmierzwioną brodę.

– O, wró­cił pan – ode­zwa­ła się pie­lę­gniar­ka, za­glą­da­jąc zza pa­ra­wa­nu. – Ale nas pan na­stra­szył. Re­ani­mo­wa­li pana w ka­ret­ce dobre dzie­sięć minut. Kli­nicz­nie był już pan po dru­giej stro­nie.

– Wiem – po­wie­dzia­łem, a głos mia­łem swój, niski i schryp­nię­ty. – Byłem.

Po­ki­wa­ła głową, jak to się kiwa głową nad sta­rym pi­ja­czy­ną, co bre­dzi po nie­do­tle­nie­niu.

– Tylko niech pan teraz od­po­czy­wa. I z tym al­ko­ho­lem to już ko­niec, mówię panu, bo na­stęp­nym razem nie od­ra­tu­ją tak łatwo.

Wi­dzi­cie, bra­cia i sio­stry, nikt mnie nie zba­wił i nie za­mie­rzam uda­wać świę­te­go. Dalej będę na­rze­kał pod nosem na fał­szu­ją­cych pod­czas śpie­wa­nia i dalej mszal­ne wino pach­nie mi ład­niej niż po­win­no. Ale czte­ry punk­ty to czte­ry punk­ty, a do na­stęp­ne­go spo­tka­nia ze świę­tym Pio­trem zo­sta­ło tro­chę czasu. Mam za­miar powolutku sobie te punk­ty ­zbie­rać. Po jed­nym naraz.

 

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

 

Podziękowania za uprzedzenie o przekleństwach. :)

 

Kwestie technikaliów i sugestie oraz wątpliwości (tylko do przemyślenia):

– Walentyn. – Przeczytał z formularza i zmarszczył krzaczaste brwi. – Pan chyba przybył nie w porę. – błędny zapis dialogu?

– Święta chce zapalić! – Zawyrokował ksiądz i odesłał jednego z ministrantów do zakrystii. – i tu?

Łaska boska spłynęła na naszą parafię, będzie beatyfikacja, będzie kanonizacja, a potem – tu zawiesił dramatycznie głos – pielgrzymki. – czemu małą literą (skoro mówi to ksiądz i inne wyrażenia religijne są wielkimi literami_?

Potrzebuję piwa – powtórzył nabożnie proboszcz, jakby to była łacińska sentencja. – aliteracja celowa?

Głupia sytuacja z tym zmartwychwstaniem, więc postanowiłem powiedzieć prawdę. – i ta?

Nie chcę być nieuprzejma, ale trwa to troszkę za długo. – i ta (oraz inne)?

Pierwszy raz, odkąd pamiętam (przecinek?) byłem naprawdę, bezwstydnie szczęśliwy.

– Pan kłamie. – Głosik stwardniał, a słodycz odpadła z niego jak lukier ze starego ciastka. – Wszyscy żyją między kłamstwami i przestają je zauważać. – błędny zapis dialogu?

– Gówno prawda. – Zareagowałem może i za ostro, ale od tego gadania zaczynała boleć mnie głowa. – i tu?

– Taka zła. – Wymówiła to słowo, jakby rzucała soczystym przekleństwem. – i tutaj?

– Marysia. – Zacząłem, a w głowie zrobiło mi się jasno jak rzadko kiedy bez wódki. – tu?

Niewiele z tego wyszło, bo to był chłop od kowadła, nie od wielki słów. – literówki?

Pan myśli, że ja nie czuję, jak panu wciąż siedzi w sercu ta Halinka – czy to nie zdanie pytające?

Nie była to nadzieja, bo na nadzieję byłem zbyt zgorzkniały, ale coś jej pokrewnego. – powtórzenie?

Za to roboty, by to odkręcić (przecinek?) co niemiara.

– Maria – Mateusz przerzucił trzy strony. – Cnota nienaganna. – błędny zapis dialogu?; te dialogi to trzeba jeszcze poprawić, ja już reszty nie wypisuję

Do tego nade mną wisiał worek z czymś przezroczystym. sączącym się rurką w grzbiet dłoni. – przecinek zamiast kropki w środku?

Ale cztery punkty to cztery punkty, a do następnego spotkania z świętym Piotrem zostało trochę czasu. – ze?

 

 

Nieźle się ubawiłam. :) Pomysł to jedno, ale – jego realizacja! Genialna sprawa! :))

Kliczek, pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)

 

Witaj Anonimie,

 

nie cyrtoliła,

nie certoliła

 

że umarłem i że zmartwychwstając, trafiłem do cudzego ciała.

Ładniej: że umarłem i że zmartwychwstawszy, trafiłem do cudzego ciała.

 

Słodki, cieniutki głosik rozległ się w mojej czaszce.

Można próbować przerobić składnię na bardziej “polską”: rozbrzmiał mi w czaszce

 

ktoś wylał na mnie wiadro zimnej wody.

jak oblany wiadrem zimnej wody – załatwia problem nagromadzenia “moja” i “mnie”

 

Z tłumu wynurzył się chłop jak dąb, czerwony na twarzy, z czapką gniecioną w dłoniach.

Koniec zdania brzmi mało naturalnie. może: który wielkimi grabami międlił czapkę. Albo coś podobnego

 

a w piersi waliło nam serce.

Szyk kładzie nacisk na serce, co nie jest odkrywcze. Trzeba położyć nacisk na waliło.

 

To wrażenia ogólne: całość bardzo zabawna. Jest wiele “perełek” i rozśmieszaczy, gdybym miał je wypisać, pewnie zajęłyby w okienku pełen ekran laptopa. Jednocześnie akcja jest sprawnie poprowadzona, początek nie nudzi i zachęca do lektury, a potem jest już tylko lepiej. Pomysł z ciałem Marysi jest świetny, podobnie jak rzekomy cud i reakcja parafian. W tym całym szaleństwie jest też dumanie nad tym, żeby wykorzystać okazje, które daje życie, i to podane w sposób mało nachalny. Koniec tylko ładnie domyka całość, jest nawet drugi, mały zwrot akcji.

 

Styl bardzo przyjemny w czytaniu. Coś jak u Zakapiora, ale nie będę na razie zgadywał. Stylizacja Mariana też dobra i wzbudza wesołość.

 

 

 

No nie mogę powiedzieć, żebym się cząs ze śmiechu, ale ogólnie całość bardzo ładna i tak pozytywnie chwyta za serduszko. I dobrze się czytało, widać, że to jakiś Anonim, co umie pisać.

 

No i zaczyna się od pierwszego paragrafu.

 

Podobało mi się, klikam

 

Walentyn. – Przeczyt

zapalić! – Zawyrokow

o prawda. – Zareagowa

ysia. – Zaczął

Bez kropki i małą.

 

Śpiew urwał się tak nagle, jakby ktoś poderżnął gardło całemu chórowi naraz.

Ładne!

 


Pudło, marzanie :)

No nieźle się ubawiłem Anonimie, mój humor, sarkazm pod koniec zmieszany z odrobiną nostalgii i pewnej życiowej prawdy. Bardzo fajnie podana komedia z końcowym smutkiem ale też jakąś małą nadzieją.

 

Klik :) 

smiley

I dobrze się czytało, widać, że to jakiś Anonim, co umie pisać.

Też bym tak chciał. Nic dodać i nic ująć…prawie…heh. Chyba turniej nabiera tempa.

Na wszelki wypadek zdementuję – to nie była ta “moja” Kostucha od fandanga… laugh

Powodzenia!

Anonim cieszy się, że tekst przypadł do gustu czytającym :).

 

Anonim wprowadził też większość sugerowanych zmian – słońce go ewidentnie przygrzało w ostatnim czasie, bo czynności gębowe zapisywał niegębowo…

 

@Fascynatorze, Anonim zajrzy do Twojej kostuchy i zostawi ślad, ale dużo później – po ewentualnym odanonimizowaniu. 

smiley

@Anonimie, będę zaszczycony ale i zażenowany wielce. Bo cóż tam takie moje

przaśne fakty po faktach wobec wytwornej i finezyjnej lekkości pióra Anonima…

 

PS

Konkursowa stagnacja też mi się nie podobała, więc wpadł mi do głowy pomysł

na nie-konkurs z nie-nagrodami (liczonymi w kilogramach tekstu laugh (+/– 3,6,12)).

No ale to może jak miną echa zmagań ze śmiercią. Czyli pod koniec wakacji…

wink

Komiczne, naprawdę świetny tekst na poprawę humoru w taką pogodę. Dialogi są przepięknie napisane, postacie bardzo wiarygodne i zdecydowanie da się je lubić. Tylko pogratulować wykonania.

Pozdrawiam.

@Fascynator, konkursy dobra rzecz, nie-konkursy też mogą być ciekawe :)

 

@L.Keller, niezmiernie mi miło. Dobrze, że Marian nie trafił do piekła, bo faktycznie komu by się chciało to czytać przy takich upałach :)))

Po dłuższym podumaniu daję drugi klik. :)

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :) 

 

@bruce, Anonim jest przyjemnie zaskoczony tą nominacją. Dziękuję :))

 

Przy okazji dziękuję także innym, którzy nominowali tekst, a którzy zajrzą tutaj raz jeszcze. 

Ukłony, Anonimie. :) 

Człowiek się tyle lat zastanawiał, kim była ta zmarła dziewica… XD

Milutkie. Spodziewałem się czegoś obrazoburczego, a tu taka sympatyczna opowiastka. :)

Ha! Fajne! :D 

Bardzo podobają mi się nazwy rozdziałów. Mimowolnie czytałam je sobie w rytm melooodi. Poza tym świetnie pasują do postaci organisty.

Historia dość niepoważna, ale z bardzo ładnym przesłaniem na koniec. Bohaterowie ciekawi, choć ta Maryśka, tak idealna, że aż sztuczna. Dobrze, że sobie chociaż pod koniec potańczyła! :) 

 

Klikam i pozdrawiam! 

 

 

 

Bardzo ciepły i pozytywny tekst. A przy tym z wyraźną nutką humoru.

Fajnie, że Marian dostał drugą szansę.

Dobry pomysł i w ogóle sporo zalet. Zamieszanie ze współdzieleniem ciała ze świętą niezłe.

@SNDWLKR, ano, gdzieś tam chodziło po głowie, aby bohaterką była Lady Mondegreen, ale Anonim chciał jednak polskie realia.

 

@Marszawa, Anonim nucił sobie tę melodię przez kilka dni, a wczoraj słyszał nawet z okna angel A co do Marii, to ma ona zapewne na drugie imię Zuzanna ;) 

 

@Finkla, miał nie dostawać, ale wyszło jak wyszło. Może to i lepiej :))

 

Anonim dziękuję za miłe słowa blush

Uch…. Jak mi to opowiadanko gładko usiadło mi na sercu. Absurd, szaleństwo i mnóstwo czarnego humoru. Czytelnik płacze ze śmiechu, nabija się z niebiańskiej biurokracji, jako żywo, naszą przypominającą i łudzi nadzieją, że może Walnięty Walenty capnie w końcu swoją Halinkę. 

 Świetny mięsisty język, kompozycja oparta na nagłówkach z pieśni religijnych nadaje opowiadaniu formę felietonu z “cudu”. Kapitalne tempo i nienachalny morał o nadrabianiu straconych życiowych szans.

I tu wjeżdża moje finałowe “Ale”. Trzy rzeczy ugryzły mnie w zadek. Do ideału zabrakło tak niewiele: 

Marian to stary zboczuch: Budzenie się w ciele nastolatki i natychmiastowe testowanie walorów biologicznych („klepanie się po jędrnej piersi”) jest lekko podeschnięte i nadmiernie kanoniczne w komediach o zmianie ciał – za macanki Marysia powinna mu od razu wjechać w synapsy z mentalnym liściem w potylicę, a nie grzecznie czekać, aż stary cap łaskawie zeżre golonkę.

Waniliowy lukier: „Słodki, cieniutki głosik” Marysi średnio pasuje do realiów polskiej prowincji. Wiejskie święte to nie są eteryczne fit-kuperki z miasta, lecz przaśne sztuki, które tyłkiem łupią orzechy włoskie. Głos Marysi w czaszce Mariana powinien wybrzmieć z siłą zdrowego dzwonu kościelnego. Narzekanie “Cud – dziewicy” na niezdrową żywność wyskakuje klinicznie z obrazu wsi spokojnej i wesołej. Motłoch jarmużu nie tyka, jeśli ma goloneczkę i piwo. 

Idziemy na piwo: Żądanie browar po zmartwychwstaniu to znów ograny chwyt. Cyniczny, inteligentny organista po przeżyciu klinicznej śmierci jakby odrobinę zgłupiał, zaczął się rozmywać do wymiaru 2D. Życiowy rezon Walentego daje po garach najmocniej na wstępie. 

Mimo drobiazgów tekst broni się sam. Sposób, w jaki autor przechodzi od śmierci, “cudu” i wiejskiej biesiady do wzruszającego pożegnania z Frankiem i Halinką jest klasycznie poetycki. Morał na dziś: nie umierajcie za często, bo w niebiańskim urzędzie mają burdel w papierach, a po powrocie można zgłupieć. yeslaugh

@Silimaure, Anonim widzi, że zaświaty jako biurokracja nie jest niczym odkrywczym, bo ten motyw przewija się w konkursie, ale jako że sam pracował w urzędach, to jednak łatwo się z tym utożsamia 

 

Dzięki za pozytywną opinię :))) Niżej kilka zdań do “ale” :)

 

Marian to stary zboczuch: Anonim bardzo się starał, by nie wyszło to jak w polskich komediach czy w kabarecie, gdzie chłop przebiera się za babę. Dlatego ewentualne nawiązania do ciała są zdawkowe i Marian mimo wszystko go nie “eksploruje” 

 

Waniliowy lukier: ano z tym można się zgodzić, ale to wynika z przyjętej konwencji – Maria to klasyczna Mary Sue (Anonim chciał wpleć w dialog hasło “Marysujka zmartwychwstała”, ale nie miał pewności, czy nie wprowadzi ono więcej zamieszania). I tak, pewnie pasowałaby by tu Słowianka Donatana, ale dziewczę miało być milusińskie do bólu.

 

Idziemy na piwo: ano znowu tak, ale to opowiadanie ogranymi motywami stoi, chociaż (Anonim ma taką nadzieję) podanymi w miarę świeży sposób. 

 

Raz jeszcze dzięki za wizytę i długi komentarz. Anonim takie lubi :)))

Hej Anonimie,

Dobrze rozegrana historia. Mario brothers (and sisters…) mają więcej niż jeden wymiar oraz swoje lęki i pragnienia, za co brawa. Łatwo się do nich przywiązać i im kibicować, co jest jednoznacznie najmocniejszą stroną tego opowiadania. 

Przez pierwszą połowę było to raczej familijno-komediowe, natomiast finalnie rozczulające i podnoszące na duchu. Jest to historia z tych, które czasem można obejrzeć w telewizji w niedziele do obiadu i mówię to jako komplement, nawiązując to tych produkcji, do których po prostu lubimy wracać, bo jakoś tak ciepło na serduszku.

Warsztatowo bez fajerwerków, ale na wysokim poziomie.

@Ambush

 

Roznych stanow piękne grono

 Gęstą śmiercią przepleciono

 Zyiąc wszystko tańcujemy

Aże obok śmierc niewiemy

 

 

@ac

 

Anonim bardzo się cieszy tej opinii i z faktu, że jest tu dostrzegalny misz-masz gatunków. Początkowo miała być forma wyłącznie komedyjna, ale wyszło jak wyszło :)

 

Już tyle razy było o nagłych zejściach bohaterów, o biurokracji w zaświatach i o tym, jak to z różnych powodów odsyłano delikwentów z powrotem do żywych, ale u Ciebie, Anonimie, wszystko to jest podane tak ładnie i zabawnie, że opowiastkę o wspólnym bytowaniu Mariana i Marii czyta się z ogromną przyjemnością, ale też z lekkim żalem, że fajne opowiadanie też się kiedyś kończy. :)

 

– Wiem, że teraz nie chcesz. – Uśmiech­nę­ła, a był to uśmiech… → Pewnie miało być: – Wiem, że teraz nie chcesz. – Uśmiech­nę­ła się, a był to uśmiech

Dziń dybry,

 

Ooo Paaanie, to ty na mnie spojrzaaałeś…

XD

A ja lubię pieśni religijne.

Twoooje uuuusta dziś wyrzekły me imię…

 

– Szybko, proszę. Mamy katastrofę kolejową w Indiach, lokalne zamieszki w Meksyku i Trumpa, który w ramach parady pokoju spuścił kilka bomb na Bliski Wschód. Jednym słowem sajgon.

laugh

 

Nawet po śmierci biurokracja komplikuje sprawę, grr!

 

Twoooje uuusta dziś wyrzekły me iiimię…

O właśnie :P

 

I ja siedzący w białej sukni i z długimi włosami spływającymi na ramiona.

Yy, nie rozumiem. On siebie widział tam w ławce, czy mówi o sobie, siedzącym/siedzącej w trumnie?

 

Swoją baaarkę pozostawiam na brzeeeguu…

 

Znałem proboszcza na tyle dobrze, że mogłem przysiąc, iż w tym momencie zobaczyłem w jego oczach nie tyle Boga, co nowy dach na plebanii.

Hahahha :)

 

to znaczy poklepałem się po dekolcie

Zjedzona kropka.

 

– Wiem, że teraz nie chcesz. – Uśmiechnęła, a był to uśmiech

uśmiechnęła się

 

Za to roboty, by to odkręcić co niemiara.

→ Za to roboty, by to odkręcić, co niemiara.

 

Razem z Tobą nowy zacznę dziś 

ŁÓóW!!! (Tutaj zawsze staram się zrobić growl, ale mi nie wychodzi)

 

 

Ej, ładne to! I zabawne. No, no, zacny tekścik!

Znalazło się nawet miejsce na refleksję i niegłupie wnioski. Podoba mi się.

 

Stylistyka fajna i fajna też, że konsekwentna. Taka prosta, bezpośrednia, miejscami trywialna – ale taka właśnie miała być, przecież to opowieść prostego organisty, pijaka.

 

W satysfakcjonujący sposób pokazał_ś tę cząsteczkę dobra, która tli się nawet w zgorzkniałym alkoholiku. Życiowe (i śmierciowe) mądrości ubrał_ś w zabawny kostium i świetnie wyszło to połączenie.

 

Do tego bohater jest wiarygodny, świetnie skonstruowany. No, miodzio.

 

 

I wyszedł nam TAK.

Serdeczne gratulacje i dziękuję za zabawną lekturę!

Błędy i takie tam poprawione :)

 

@reg – bardzo miło mi to czytać i cieszę się, że historia Marii/Mariana przypadła do gustu :D

 

 

@HollyHell91 – nick pasujący jak ulał do tematyki konkursu, powinnaś być w jury ;) 

 

A ja lubię pieśni religijne.

 

Anonim też lubi, a ta jest, no cóż, kultowa 

 

Yy, nie rozumiem. On siebie widział tam w ławce, czy mówi o sobie, siedzącym/siedzącej w trumnie?

 

Anonim przyznaje, że to zdanie może byc kłopotliwe. Ale z drugiej strony białą suknię na sobie widzi, włosy, jeśli byłyby wystarczająco długie, też dostrzeże.

 

Razem z Tobą nowy zacznę dziś 

ŁÓóW!!! (Tutaj zawsze staram się zrobić growl, ale mi nie wychodzi)

 

Anonimowi w ogóle nie wychodzi śpiewanie (niestety), więc docenia każdą próbę trochę bardziej uzdolnionych od siebie w tej materii.

 

Ej, ładne to! I zabawne. No, no, zacny tekścik!

 

blush

 

Podziękował za TAKa :))

 

Najszczęśliwszy dzień życia to ten, w którym się z nim rozstajemy.

/Fryderyk II Wielki/

@JolkaK, @beeeecki – Anonim nie ma nic mądrego do napisania w odpowiedzi (w sumie, jak zazwyczaj :P), więc po prostu wita jurorów :))

Cześć, Anonimie! Ślimak nadpełza powoli, acz nieubłaganie…

Wrażenia z lektury mam nieco mieszane. Motywy niezwykłych doznań w stanie śmierci klinicznej oraz niebiańskiej biurokracji są bardzo dobrze znane, jednak tu udało się je ładnie wykorzystać i połączyć. Podobnie przesłanie o tym, żeby nie odkładać życia na później, że często bardziej żałuje się tego, czego się nie zrobiło, niż tego, co się zrobiło – na pewno pasuje do opowiedzianej historii. Z drugiej strony elementy humorystyczne dla mnie zupełnie “nie chwyciły”, przedstawione reakcje żałobników na przebudzenie Marii w trumnie nie wydały mi się ani szczególnie prawdopodobne, ani szczególnie zabawne. (Boję się, że realnie prędzej wybraliby się zlinczować lekarza, który orzekł zgon – co jak najbardziej można by zgromić w opowiadaniu, choć oczywiście byłby to zupełnie inny utwór). Ograniczona wiedza o dogmatach katolickich podpowiada mi, że o ile bohaterka mogłaby umrzeć “w opinii świętości”, to nie znaczy, że pozostałe postaci powinny ją swobodnie nazywać świętą, a już z pewnością sama by tak o sobie nie mówiła, gdyż stanowiłoby to ciężki grzech pychy.

Pod względem językowym tekst sprawia niezłe wrażenie, musiałem się nieco wysilić, żeby wypatrzyć parę szczególików:

Nie pojechałem na saksy, co by trochę zarobić, albo nie pocałowałem Halinki podczas tamtej długiej letniej nocy.

Literówka i domknięcie wtrącenia.

Rozplotła palce z jego łapska

Niezręczne sformułowanie.

I ani razu nie sfałszowałem, choć ręce mi się trzęsły jak osice gałązki.

Osika nie ma rąk.

Za szybą nie siedział już poczciwy Piotr, tylko chudzielec w okularach i z taką stertą papierów, że gdyby się przewróciła, pogrzebałaby ze trzech apostołów. Niechybnie musiał to być święty Mateusz.

Tego rzecz jasna nie przytaczam jako błędu, ale zaskoczyło mnie to wyobrażenie, bo w moich skojarzeniach święty Mateusz wyglądałby raczej tak (ten zdziwiony pośrodku):

niż tak:

 

Reasumując: opowiadanie ma mocne strony i na pewno dałbym mu punkt do Biblioteki, do Piórka moim zdaniem brakuje.

Pozdrawiam,

Ślimak

Cześć @ślimaku, 

 

Z drugiej strony elementy humorystyczne dla mnie zupełnie “nie chwyciły”, przedstawione reakcje żałobników na przebudzenie Marii w trumnie nie wydały mi się ani szczególnie prawdopodobne, ani szczególnie zabawne.

 

To jest ryzyko opowiadań “humorystycznych” i rację mają ci, którzy twierdzą, że dobrą komedię trudniej napisać. W tym konkretnym przypadku (w zasadzie w innym swoim opowiadaniu na forum też, ale tam mało kto zaglądał ;)), anonim wyszedł z założenia, że jeśli tekst będzie bawić jego samego, to już spełni swoją rolę. A że spodobał się przynajmniej części czytających, a części z nich na tyle, by zgłosić nominację, to anonim jest ukontentowany samym tym faktem.

 

(Boję się, że realnie prędzej wybraliby się zlinczować lekarza, który orzekł zgon – co jak najbardziej można by zgromić w opowiadaniu, choć oczywiście byłby to zupełnie inny utwór).

 

Dużo jeszcze można by tu zrobić, ale limit wymusił pewne cięcia. Chociaż przyznaję, to akurat nie przyszło mi do głowy, bo też reakcje mają dodawać smaczku, a nie stanowić główny punkt opowiadania (chociaż rozumiem, jeśli w tym konkretnym przypadku może to być dla kogoś niestrawne).

 

Ograniczona wiedza o dogmatach katolickich podpowiada mi, że o ile bohaterka mogłaby umrzeć “w opinii świętości”, to nie znaczy, że pozostałe postaci powinny ją swobodnie nazywać świętą, a już z pewnością sama by tak o sobie nie mówiła, gdyż stanowiłoby to ciężki grzech pychy.

 

Tak. To akurat prawda, i tutaj wkradł się inny ciężki grzech, czyli lenistwo autora, bo ten fragmencik jest raczej najsłabszy w całym opowiadaniu, a anonim chciał przez niego przebrnąć i chyba poszedł na skróty. Przemyśli sobie więc, co tam wstawić, żeby tę pychę marysiową jakoś lepiej ograć.

 

Tego rzecz jasna nie przytaczam jako błędu, ale zaskoczyło mnie to wyobrażenie, bo w moich skojarzeniach święty Mateusz wyglądałby raczej tak (ten zdziwiony pośrodku)

 

Google grafika podsuwa jeszcze inne wyobrażenia, ale tutaj to trochę taki “inside joke” anonima i jego księgowych znajomych, chociaż może zbyt hermetyczne w szerszym ujęciu. Teraz anonim trochę żałuje, że nie poszedł w Mateusza wyglądającego jak Tomasz Oświeciński, ale wtedy humor przesunąłby się niebezpiecznie w stronę tworów Patryka Vegi 

 

Dziękuję za przeczytanie i opinię :)))

Nowa Fantastyka