Pojedyncze przekleństwa + trochę politycznych easter eggów
Pojedyncze przekleństwa + trochę politycznych easter eggów
Ooo Paaanie, to ty na mnie spojrzaaałeś…
Kostucha miała niezłe wyczucie czasu lub była zwyczajnie złośliwa. Trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku, a ona wybrała niedzielę odpustową, aby się w końcu pojawić.
Gdy naznaczone artretyzmem palce wygrywały akordy kościelnej pieśni, głową byłem już przy plebańskim stole. Wiedziałem z doświadczenia, że proboszcz schłodził specjalnie na tę okazję kilka litrów wódeczki i już czułem ją na języku. A tu kicha! Zamiast toastu za zdrowie parafian, poczułem, że żołądek podchodzi do gardła, jakbym się kwaśnych jabłek najadł.
Umarłem zwyczajnie. Nie owijajmy w bawełnę – kilkadziesiąt lat grania na organach, picia mszalnego wina i wyklinania pod nosem na każdego, kto fałszował podczas „Serdeczna Matko”, nie czyni z człowieka kandydata na świętego, więc i kostucha się nie certoliła, tylko załatwiła sprawę raz-raz. Mszę przerwał łomot, gdy moje ciało stoczyło się bezwładnie na podłogę chóru, przewracając przy okazji mosiężny świecznik.
Nazywam się (a może nazywałem się?) Marian Walentyn, więc niewyszukane przezwisko gotowe. Lepiej jednak być walniętym niż nijakim, zatem całe życie starałem się zapracować na to miano. I gdy serce stanęło, byłem przekonany, że za chwilę poczuję na skórze ciepełko, a na pośladkach ukłucie diabelskich wideł.
Zamiast tego znalazłem się w kolejce.
Tak. W kolejce. Jakbym po śmierci nie miał spotkać Stwórcy albo Tego Drugiego, tylko załatwić sprawę w urzędzie. Szara poczekalnia, ławki bez oparć (szczyt okrucieństwa, powiadam wam), i numerki. Trzymałem w dłoni kawałek papieru z numerem 666 i uznałem to za znak, że jednak idę tam, gdzie się spodziewałem.
– Marian Walentyn!
Wstałem bez chrupnięcia w kolanach, co było miłą odmianą, i żwawym krokiem podszedłem do okienka. Święty Piotr wyglądał dość stereotypowo – długa biała broda, długie białe włosy i poczciwa twarz. Jedynie aureola była z deczka rozczarowująca, bo można by oczekiwać, że taka szycha będzie posiadała Lamborghini wśród aureol, a to był zaledwie Passat. Niby kółeczko wypolerowane na błysk, ale jednak bez szału.
Święty Piotr posłał mi zmęczony uśmiech.
– Szybko, proszę. Mamy katastrofę kolejową w Indiach, lokalne zamieszki w Meksyku i Trumpa, który w ramach parady pokoju spuścił kilka bomb na Bliski Wschód. Jednym słowem sajgon.
Stanąłem na baczność. Głupie, ale nie wiedziałem, co robić.
– Walentyn – przeczytał z formularza i zmarszczył krzaczaste brwi. – Pan chyba przybył nie w porę.
Nie powiem, lekko żem się zdenerwował, bo jak już, to po mnie przyszli „nie w porę”.
– Panie święty. Nigdziem nie przychodził z własnej woli, więc czyń pan swoją powinność i ślij mnie w górę albo w dół.
– To nie takie łatwe, musi być porządek w papierach, bo się Mateusz będzie czepiać na koniec kwartału. Tak że tego, panie Walentyn, pan łaskawie wróci po wakacjach, dobrze?
Chciałem coś dodać, ale uzbrojony anioł odprowadził mnie na bok i paluchem (brak kultury!), wskazał drogę.
– Wyjście po lewej.
I wtedy dała o sobie znać moja przekorna natura, bo na prawo ode mnie tylko ściana i nie chciałem mieć do czynienia z tymi degeneratami z lewicy, więc nie ma mowy, bym przeszedł tamtędy. No i najważniejsze – wskazane drzwi były po prostu brzydsze, a te po prawej jaśniały bielą. Pchnąłem je i…
Gdzieś za sobą usłyszałem krzyk anioła-ochroniarza:
– Nie te!
Twoooje uuusta dziś wyrzekły me iiimię…
Obudziłem się w ciemności.
– Co za pojebany sen – mruknąłem do siebie głosem, którego nie poznawałem.
Chrząknąłem raz i drugi, ale to nie pomogło, bo nadal wydawałem dziwne dźwięki. Wysokie, melodyjne i, o zgrozo, dziewczęce.
W łóżku było ciasno, co odkryłem, gdy próbowałem przewrócić się na drugą stronę. Podniosłem dłoń do twarzy, ale zamiast nierówno obciętej brody, natrafiłem na aksamitnie gładką skórę. Z wolna zaczynała świtać mi pewna myśl. Szalona, ale biorąc pod uwagę wcześniejsze wydarzenia, dość prawdopodobna.
Leżałem w trumnie. I musiałem się z niej wydostać.
Zrobiłem więc to, co zrobiłby na moim miejscu każdy rozsądny człowiek – uniosłem wieko i po prostu usiadłem.
Śpiew urwał się nagle, jakby ktoś poderżnął gardło całemu chórowi naraz.
Dziesiątki par oczu wlepionych we mnie. Proboszcz z kadzielnicą zastygłą w pół zamachu. Organistka z palcami wbitymi w klawisze, wydając z instrumentu długi pisk. Babcie w pierwszych rzędach. Jakiś dzieciak z otwartymi ustami. I ja siedzący w białej sukni i z długimi włosami spływającymi na ramiona.
– No i na co się gapicie?
Babcia z ławki osunęła się na ziemię tak filmowo, że przykuła na moment uwagę otoczenia, ale gdy okazało się, że to tylko omdlenie, nie zawał, znów znalazłem się w centrum zainteresowania.
– Jezusieńku drogi. Marysia zmartwychwstała, toż to cud!
Swoooją baaarkę pozostawiam na brzeeegu…
Powiem wam, co jest w tym wszystkim najgorsze, bo nawet nie to, że umarłem i że zmartwychwstawszy, trafiłem do cudzego ciała. Najgorsze jest to, że ludzie są głupi. Niby człowiek wiedział, a jednak się łudził.
No, ale do brzegu.
Tym razem swoją głupotę wyrazili, padając na kolana. Zamiast uciekać, wołać rychło egzorcystę, albo chociaż zatłuc mnie świecznikiem i szybko zakopać, oni uklękli przed moją trumną.
– Cud!
– Boże, cud!
– Cud, Marysia wróciła do żywych.
– Mówiłem, że to takie dobre dziewczę było. Święta normalnie.
Głowa pękała mi od tych pokrzykiwań, bo budzenie się z martwych można porównać do budzenia się na kacu, więc życzyłbym sobie, aby wszyscy się zamknęli.
– Cicho! Cicho! Cisza, ja mówię!
Okazało się, że proboszcz Kołodziejczak ma dar spełniania życzeń, bo uciszył zebranych. Grożenie paluszkiem też trochę pomogło.
– Tak, mamy do czynienia z cudem. Łaska Boża spłynęła na naszą parafię, będzie beatyfikacja, będzie kanonizacja, a potem – tu zawiesił dramatycznie głos – pielgrzymki.
Znałem proboszcza na tyle dobrze, że mogłem przysiąc, iż w tym momencie zobaczyłem w jego oczach nie tyle Boga, co nowy dach na plebanii.
– Cuda-sruda, kanonizacje-sratyfikacje. Najpierw potrzebuję piwa.
– Ona przemówiła – zapłakała jedna z bab. – Słyszycie? Zapisać słowa świętej!
– Potrzebuję piwa – powtórzył nabożnie proboszcz, jakby to była łacińska sentencja. – To na pewno znak. Może alegoria? Piwo… chleb płynny, eucharystia ludu…
Zsunąłem się z trumny. Nogi – jej długie nogi – ugięły się pode mną jak rozgotowany makaron, więc oparłem się o stojącego w pobliżu ministranta, który pisnął i odskoczył. Głupia sytuacja z tym zmartwychwstaniem, więc postanowiłem wyznać prawdę.
– Słuchajcie, no. Nie jestem żaden święty. Wprost przeciwnie, to ja: walnięty Walentyn. Ten, co wam dwajścia lat grał na organach. Umarło mi się, ale podobno nie powinno, więc wróciłem. Tylko, jak się okazuje, zamiast trafić do swojego pomarszczonego cielska, wsadzono mnie w tę dziewuchę. Rozumiecie? To pomyłka. Dajcie mi piwo, krzesło i spokój, a jakoś to odkręcimy.
Proboszcz Kołodziejczak pokiwał głową, a jego łysina zalśniła w blasku świecznika.
– Słyszeliście? Świętej Marii ukazał się duch zmarłego organisty. Tego grzesznika i pijaka. A ona, w swej dobroci, przyzywa jego imię i się za niego modli. Bierze na siebie jego winy. O, święta! O, najświętsza!
Tłum zawył, ale szybko się zreflektował, przypominając sobie, że jest w kościele, a nie na festynie.
Zdębiałem i już nie wiedziałem, czy to oni są niespełna rozumu, czy ja. Nie nazywałbym się jednak Marian Walentyn, gdybym nie wykorzystał sytuacji na swoją korzyść.
– No, dobra – powiedziałem, klepiąc świętą dłonią o swoją świętą (i jędrną) pierś. – To skoro już zmartwychwstałem, znaczy się zmartwychwstałam, należy to jakoś uczcić. Wyprawmy ucztę dziękczynną. Z golonką i piwem. I niech ktoś przyniesie papierosy.
– Święta chce zapalić! – zawyrokował ksiądz i odesłał jednego z ministrantów do zakrystii.
Raaazem z Tooobą nowy zacznę dziś łóóów…
Och, bracia i siostry, to była najlepsza noc mojego życia.
Siedziałem na tronie z poduszek na rynku, ustrojony w wianek, z kuflem w jednej drobnej rączce i z golonką w drugiej, i wygłaszałem rozmaite świętości, a cała wieś chłonęła je jak prawdy objawione.
– Powiadam wam – mówiłem z pełnymi ustami, a proboszcz notował. – Kto fałszuje przy „Serdeczna Matko”, ten pierwszy pójdzie do piekła. To raz. Dwa, nie doceniacie swoich organistów. To oni ratują mszę, gdy ksiądz przynudza na kazaniu (kątem oka zauważyłem, że proboszcz tego akurat nie zanotował). I trzy, golonka powinna być objęta dyspensą do odwołania.
Piłem. O Boże, jak ja piłem. Nie wziąłem jednak pod uwagę, że kobiece ciało, w którym wylądowałem, nie było przyzwyczajone do trunków, więc po trzecim kuflu świat zaczął się kręcić, a ja śpiewać. I nie były to bynajmniej pieśni kościelne.
Zaśpiewałem „Szła dzieweczka do laseczka” w improwizowanej wersji, której tutaj nie powtórzę, bo ma czterdzieści zwrotek i każdą gorszą od poprzedniej. Gdy początkowy szok zebranych minął i parafianie ochoczo dołączyli do śpiewu, jedna z babć odrzuciła nawet laskę (kolejny cud!) i zaczęła tańczyć.
Byłem szczęśliwy. Pierwszy raz, odkąd pamiętam, byłem naprawdę, bezwstydnie szczęśliwy.
I właśnie dlatego, jak to zwykle bywa, wszystko trafił szlag.
Tyyy, potrzebujesz mych dłoooniiii…
Na początku było pukanie, a pukanie rozległo się gdzieś w moim wnętrzu. I całe moje wnętrze stało się jednym wielkim pukaniem. I wszystko, co potem, wydarzyło się właśnie przez to pukanie.
Odstawiłem kufel, bo zaczął drżeć w dłoni. Drugą ręką odpukałem, to znaczy poklepałem się po dekolcie.
– Cicho tam – powiedziałem jeszcze dla wzmocnienia efektu.
I wtedy ją usłyszałem. Słodki, cieniutki głosik rozbrzmiał mi w czaszce.
– Przepraszam pana bardzo, ale to jest moje ciało.
Upuściłem golonkę, która spadła na białą suknię i zostawiła na niej plamę nie do sprania.
– Pan jest w nim już bardzo długo – mówił dalej głosik, ale grzecznie, wręcz przepraszająco. – I pan je te niezdrowe rzeczy. I pan przeklina.
– Maria? – powiedziałem trochę za głośno, a najbliżej zebrani parafianie, słysząc, że święta wymawia własne imię, padli na twarz w ekstazie.
– Tak.
– Aha.
Dobra, dobra – nie była to elokwentna odpowiedź, ale czego oczekiwać w takiej sytuacji?
– Proszę pana. Nie chcę być nieuprzejma, ale trwa to już za długo. A pan tylko je, pije i bawi się moją śmiercią. Bardzo proszę oddać mi moje ciało, panie Walentyn.
Nagle poczułem się trzeźwiusieńki, jak po oblaniu wiadrem zimnej wody. Siedzieć w cudzym ciele to jedno, ale dyskutować z nim, to już coś zupełnie innego. Sprawy nie poprawiało też to, żem znał dziewczynę z widzenia, bo obcego człowieka łatwiej byłoby zignorować.
– Nie da rady, dziecko. Nie wiem, jak.
– Pan kłamie – głosik stwardniał, a słodycz odpadła z niego jak lukier ze starego ciastka. – Wszyscy żyją między kłamstwami i przestają je zauważać.
– Gówno prawda – zareagowałem może i za ostro, ale od tego gadania zaczynała boleć mnie głowa.
Maria nie odpowiedziała, tylko zaczęła mocno walić od środka. Poczułem, jak wszystko się tam przewraca.
– Szybko, wiadro. Święta będzie rzygać!
Podstawiono mi jakiś blaszany pojemnik, ale go odepchnąłem i skupiłem się na opanowaniu mdłości. Wdech i wydech. Wdech i wydech. Wdech i na wydechu wrzasnąłem:
– Proboszczu, na litość boską, potrzebuję egzorcyzmów. W środku jest coś. Jakaś druga dusza, która się buntuje.
Proboszcz Kołodziejczak poderwał się z kolan.
– Słyszycie? Święta walczy z szatanem na naszych oczach i prosi o modlitwę!
I wszyscy zebrani zaczęli się modlić. Stu ludzi na kolanach, błagających niebo, żeby pomogło świętej Marii, nie wiedząc, że to ja, Marian, błagam o pomoc, i nie wiedząc, że owa Maria chce tylko wrócić do swojego ciała.
– Niech się modlą – powiedział głos w mojej głowie. – Modlitwa wspomaga to, co święte, a to ja, panie Walentyn, byłam godna świętości przez całe swoje krótkie życie.
No i modlili się, a ja z każdą „zdrowaśką” czułem, jak robi mi się ciaśniej w czaszce. Maria pęczniała jak ciasto. I wtedy mnie olśniło. Modlitwa była jej bronią. Im więcej różańca, tym więcej Marii.
– Dość! – udarłem się cienko. – Przestańcie się modlić. Święta prosi o ciszę.
Proboszcz Kołodziejczak złożył dłonie jak do pierwszej komunii i wzniósł oczy ku niebu.
– Słyszycie, owieczki? Święta z pokory odrzuca nawet nasze modły! Nie chce dla siebie ani słowa chwały! Módlmy się tym żarliwiej!
I, psiakrew, zaczęli głośniej. Podjęli kolejną modlitwę, a ja poczułem, że pode mną uginają się te cholernie zgrabne kolana.
– Czuję, jak pan walczy.
– Całe życie walczyłem o byle co, to i o cudze ciało powalczę.
– No właśnie, cudze.
Chciałem sięgnąć po kufel z piwem, ale dłonie mnie nie słuchały. Samoistnie złączyły się i żadną siłą nie mogłem ich od siebie oddzielić. Splecione powędrowały pod brodę i ułożyły się tak akuratnie, jakbym pozował do świętego obrazka.
A potem głos w mojej głowie zrobił coś, czego się nie spodziewałem.
Zapłakał.
Nie ma na świecie nic gorszego niż płacząca kobieta. A już płacząca kobieta, której nie sposób podać chusteczki, bo siedzi w środku głowy i beczy prosto w czaszkę, to dopiero utrapienie nad utrapieniami. Każdy szloch odbijał mi się od potylicy jak dzwon.
– No, już dobrze – mruknąłem. – Czego się tam mażesz.
– Bo ja… Bo ja wcale nie chciałam być taka.
– Jaka taka?
– Taka zła – wymówiła to słowo, jakby rzucała soczystym przekleństwem. – Złościłam się na pana. Mówiłam panu przykre rzeczy. I cieszyłam się, że boli pana głowa. A ja przecież przez całe życie nikomu złego słowa nie powiedziałam.
I już całkiem się rozkleiła, a ja, psiakrew, poczułem coś, czego nie czułem od bardzo, bardzo dawna. Wstyd. Paskudne uczucie, mówię wam.
Bo widzicie, ja całe życie byłem walnięty i było mi z tym dobrze. Walnięty człowiek nie musi się przejmować, czy jest dobry, bo z góry wiadomo, że nie musi być. A tu nagle siedziała we mnie dziewucha, która płakała nie dlatego, że ktoś jej zrobił krzywdę, tylko dlatego, że sama na chwilę przestała być aniołem.
– Słuchaj no, Maria – odchrząknąłem, a wyszło z tego dziewczęce piśnięcie. – To nie ty byłaś zła, tylko się ze mną zadałaś, a od tego to się człowiek brudzi, jak od sadzy.
Pociągnęła nosem.
– Pan tak mówi, żebym przestała płakać.
– To też.
I wtedy niespodziewanie zaśmiała się. Cichutko, przez łzy.
– Ja miałam tylko siedemnaście lat, panie Walentyn – powiedziała. – I tyle razy chciałam zrobić coś niegrzecznego. Zatańczyć na zabawie albo pocałować się z Frankiem od kowala. Albo nie pójść na różaniec, tylko nad rzekę. A potem zachorowałam i już się nie dało.
Przez kilkadziesiąt lat grałem na pogrzebach. Tylu ludzi przeprowadziłem za próg, że święty Piotr powinien być ciutkę milszy w tym swoim okienku. Myślałem więc, że już nic mnie nie ruszy. A tu jakaś gówniara z drugiej strony mówi, że żałuje, iż była za dobra. I coś mi się w środku przekręciło.
Meeego seeerca młodego zapaaałem…
Dobrze pamiętałem swoją młodość, chociaż przed śmiercią życie nie zdążyło przelecieć mi przed oczami. Nie była szalona, ot, raczej powolne staczanie się po równi pochyłej. A im więcej miałem lat, tym bardziej żałowałem niewykorzystanych szans. Nie pojechałem na saksy, co by trochę zarobić, albo nie pocałowałem Halinki podczas tamtej długiej letniej nocy. Tak, tego żałowałem najbardziej, bo sprzątnął mi ją Władek.
– Marysia – zacząłem, a w głowie zrobiło mi się jasno jak rzadko kiedy bez wódki. – Powiedz no, ile razy w życiu zatańczyłaś z tym Frankiem. Albo z kimkolwiek innym?
– Ani razu, panie Walentyn. – Pociągnęła nosem. – Mama by zaraz…
– Twoja mama nie żyje, dziecko. I ty też, za przeproszeniem. – Wstałem z poduszek, a kolana tym razem nie ugięły się ani trochę. – Słuchaj, no, jest jak jest. Święty Piotr powiedział, że mają teraz sajgon tam u siebie, ale pewnie odkręcą tę sprawę prędzej czy później. A w międzyczasie możemy poszaleć.
Czułem, jak się bije z myślami. Jak stoi nad tą rzeką, nad którą nigdy nie poszła, i macza w niej palec u nogi.
– A święta tak może?
– Pewnie nie może. Dlatego będzie zabawnie.
Trudno to opisać komuś, kto nigdy nie nosił w sobie drugiej duszy, ale właśnie wtedy oddałem jej stery. I nagle nasze nogi ruszyły przed siebie. Biegły, aż drogę zagrodził im stół. Maria chwilę się wahała, ale w końcu wskoczyła na niego i zaczęła tańczyć.
Powiem wam, że ja przez kilkadziesiąt lat siedziałem tylko na chórze i patrzyłem ludziom na czubki głów, więc znam się na tańcu tyle, co świnia na gwiazdach. Ale to, co ona wyprawiała tymi swoimi (no dobra, naszymi) nogami, to nie był zwykły taniec. Wirowała, tupała, śmiała się tym dźwięcznym śmiechem, aż wianek zsunął jej się na jedno oko.
Tłum oszalał.
– Święta tańczy! Tańczy przed Panem jak Dawid przed Arką!
– Franek! – krzyknęła Maria. – Gdzie jest Franek od kowala?!
Z tłumu wynurzył się chłop jak dąb, czerwony na twarzy, który wielkimi grabami międlił czapkę.
– Ja… to ja, Marysiu…
– No to chodź, zatańczymy. Tak blisko, że proboszcz zemdleje.
I, psiakrew, w tym momencie zazdrościłem tej dziewuszce tak, jak nie zazdrościłem nikomu za życia, bo ona właśnie szła po swoją Halinkę. A moja została nad rzeką sprzed pięćdziesięciu lat.
Mych krooopli poootu i samotnooości…
Ognie na rynku przygasały. Część bab już posnęła, część poszła wydoić krowy, bo cud cudem, a gospodarstwo gospodarstwem. Usiadłem z Marią na ziemi, a Franek trzymał nas za rękę. Suknia trumienna była już przemoczona i ubłocona, czoło mokre od potu, włosy przylepione do karku, a w piersi waliło nam serce.
– Poczekaj. – Pomyślała do mnie dziewczyna. – Najpierw się pożegnam.
– Franek – powiedziała, a ja jej nie przeszkadzałem.
Kowal podniósł głowę. Te swoje wielkie, czerwone łapska wciąż zaciskał na naszej drobnej dłoni, jakby się bał, że jak puści, to nas wiatr zdmuchnie.
– Tak, Marysiu?
– Dziękuję, żeś zatańczył. Całe życie chciałam, żeby mnie ktoś poprosił do tańca, a nie miałam odwagi sama tego zrobić. I że trzymasz mnie teraz za rękę, też dziękuję.
Franek otworzył gębę, zamknął, znów otworzył. Niewiele z tego wyszło, bo to był chłop od kowadła, nie od wielkich słów.
– Ja bym… – wykrztusił w końcu. – Ja bym cię, Marysiu, prosił co tydzień. Tylko żeś umarła, zanim zdążyłem.
– Wiem.
A potem zrobiła rzecz, od której całemu rynkowi, temu, co jeszcze nie spał, dech zaparło. Pochyliła naszą głowę i pocałowała chłopaka. Długo, mocno – jakby tym jednym gestem chciała nadrobić wszystkie stracone pocałunki i te, na które zabrakło im czasu.
– Franek – szepnęła. – Ty się tu na ziemi nie zatrzymuj przeze mnie. Słyszysz? Znajdź sobie jakąś dziewczynę. Taką, co ci ugotuje, co ci da dzieci, co się z tobą zestarzeje. Ale mnie zachowaj w pamięci.
Kowal pokręcił głową.
– Nie chcę innej.
– Wiem, że teraz nie chcesz. – Uśmiechnęła się, a był to uśmiech o pięćdziesiąt lat za stary jak na siedemnastolatkę. – Ale zechcesz. I to dobrze. Tylko zapamiętaj jedno: że raz, ten jeden jedyny raz, zatańczyłeś ze świętą. Niewielu chłopów może to o sobie powiedzieć.
Franek zaśmiał się przez łzy.
– Będę pamiętał, Marysiu. Do śmierci.
– I dłużej – odpowiedziała. – Bo jak się okazuje, prawdziwe życie zaczyna się dopiero potem.
Rozplotła palce z jego łapska, a on jej nie zatrzymywał. Siedział tylko i patrzył, jak drobna dłoń wysuwa mu się z garści. Po chwili chłopak wstał, rzucił jedno smutne spojrzenie, i ciężkim krokiem oddalił się w stronę domu.
– No, panie Walentyn – odezwała się do mnie, kiedy już zostaliśmy sami. – Teraz pana kolej.
– Na co moja kolej?
– Żeby się pożegnać. Pan myśli, że ja nie czuję, jak panu wciąż siedzi w sercu ta Halinka?
Zamilkłem. Wiecie, ja dawno zepchnąłem swoje uczucia w najgłębsze zakamarki duszy i przez całe życie wmawiałem wszystkim, że niczego nie żałuję, chociaż prawda kłuła mnie od czasu do czasu prosto w oczy. A tu jakiś podlotek jednym zdaniem zdarł ze mnie to pięćdziesiąt lat udawania niczym strupa.
– Halinki już dawno nie ma, dziecko – powiedziałem cicho. – Umarła trzy zimy temu. Grałem jej na pogrzebie. I ani razu nie sfałszowałem, choć ręce mi się trzęsły jak osice gałązki.
– To i lepiej. – Maria ujęła mnie pod ramię, gdzieś tam w środku, choć nie wiem, jak dusza może ująć drugą duszę pod ramię, a jednak poczułem to wyraźnie. – Skoro oboje idziemy przed to piotrowe okienko, to może i ona gdzieś tam siedzi.
I wtedy, niech mnie szlag, pierwszy raz od pięćdziesięciu lat poczułem coś, czego nawet nie umiałem nazwać. Nie była to nadzieja, bo na nadzieję byłem zbyt zgorzkniały, ale coś jej pokrewnego.
Ooo Paaanie, to ty na mnie spojrzaaałeś…
Rynek zaczął niknąć. Rozmywał się na brzegach i blakły kolory.
– Oho, zaczyna się – mruknęliśmy jednocześnie.
Tym razem jednak nie było bezwładnego osuwania się na ziemię, a dostąpiliśmy wniebowstąpienia. Pognaliśmy w górę, a wszystko wokół oderwało się od nas, robiąc się małe jak figurki w szopce. A potem i to zniknęło i została biel, którą po chwili zastąpiła poczekalnia z niewygodnymi ławeczkami.
Poczekalnia była ta sama, tylko numerków tym razem nie dawali. Za to czekał na nas anioł-ochroniarz z nietęgą miną. Pchnął nas przed inne okienko. Za szybą nie siedział już poczciwy Piotr, tylko chudzielec w okularach i z taką stertą papierów, że gdyby się przewróciła, pogrzebałaby ze trzech apostołów. Niechybnie musiał to być święty Mateusz.
– Walentyn Marian i… – zerknął na formularz, mrużąc oczy – …i Maria, też Walentyn. Ot, literówka i nieszczęście gotowe. Za to roboty, by to odkręcić, co niemiara.
– To nie moja wina – burknąłem. – Nikt mi instrukcji nie dawał.
– Dawał, dawał. Kolega panu wyraźnie powiedział: wyjście po lewej. Lewe drzwi to „Zwroty”, panie Walentyn. Tamtędy wychodzą dusze, które wracają do ciała. Pan miał grzecznie poczekać w kolejce, aż się u nas trochę przerzedzi, i wtedy wrócić.
– Lewych nie chciałem. A prawe tak ładnie świeciły.
– No właśnie. – Postukał paznokciem w teczkę. – Prawe się świecą, bo to drzwi do świętości. Tamtędy idą w górę ci, co mają papiery na ołtarze. Cuda, kanonizacje, te rzeczy. System nie przewidział dwóch dusz na jedno ciało, to was upchnął razem.
Zatkało mnie.
– To znaczy, że ten cały cud… był prawdziwy?
– Jej cud był prawdziwy. Pana nie było w planie. Wie pan, ile ja mam przez to do prostowania?
– I co teraz?
Najpierw rozliczyli Marię.
– Maria. – Mateusz przerzucił trzy strony. – Cnota nienaganna. Posłuszeństwo wzorowe. Ani grzechu ciężkiego, ani lekkiego, prawdę mówiąc nawet żadnego niedbalstwa. – Zawiesił głos, zajrzał głębiej. – Tylko te ostatnie dwadzieścia cztery godziny trochę brużdżą w papierach.
Dziewczyna zwiesiła głowę, a na jej policzki wypłynął rumieniec.
– No dobrze, takie ryski dodają prawdziwości. Ludzie łatwiej się utożsamiają z nie do końca doskonałym świętym. Pani idzie dalej. Prawymi drzwiami.
I poszła. Jeszcze na chwilę odwróciła się w korytarzu, by mi pomachać, i zniknęła.
– Co ze mną?
Mateusz nie odpowiedział od razu. Przerzucił kilka kartek tam i z powrotem, jak urzędnik, który szuka pretekstu, żeby odesłać kogoś z kwitkiem. W końcu zdjął okulary i spojrzał na mnie.
– No, panie Walentyn. Z panem gorzej. Pan ma tu konto stare i mocno na minusie. Pijaństwo, wyklinanie, pięćdziesiąt lat narzekania pod nosem na bliźnich. Mam tego dwie teczki, a trzecia w archiwum.
– Wiem, wiem. – Machnąłem dłonią. – Ślij więc mnie pan na dół.
– Ale co ciekawe. – Postukał piórem w jedną z tabel. – Z dzisiejszej nocy mam też coś, czego u pana nie widziałem przez całe życie. Nazbierał pan trochę punkcików. Cztery, ale jednak.
– Cztery to dużo?
– Na zbawienie? Tyle, co splunąć do morza. – Założył okulary z powrotem. – Ale na powrót w sam raz. Wie pan, my tu nie robimy z grzeszników świętych lub potępionych z dnia na dzień. My im czasem dajemy jeszcze trochę czasu, żeby te punkty pozbierali za życia. Tak po ludzku.
– To znaczy?
– To znaczy drzwi po lewej, panie Walentyn.
Raaazem z Tooobą nowy zacznę dziś łóóów…
Obudziłem się z powodu pikania. Najpierw myślałem, że to znowu Maria wali mi w czaszkę, ale nie – to był równy, miarowy pisk gdzieś z boku. Do tego nade mną wisiał worek z czymś przezroczystym, sączącym się rurką w grzbiet dłoni. Mojej, starej, pokrytej wątrobianymi plamami, z paznokciami obciętymi byle jak. Podniosłem ją do twarzy i natrafiłem na zmierzwioną brodę.
– O, wrócił pan – odezwała się pielęgniarka, zaglądając zza parawanu. – Ale nas pan nastraszył. Reanimowali pana w karetce dobre dziesięć minut. Klinicznie był już pan po drugiej stronie.
– Wiem – powiedziałem, a głos miałem swój, niski i schrypnięty. – Byłem.
Pokiwała głową, jak to się kiwa głową nad starym pijaczyną, co bredzi po niedotlenieniu.
– Tylko niech pan teraz odpoczywa. I z tym alkoholem to już koniec, mówię panu, bo następnym razem nie odratują tak łatwo.
Widzicie, bracia i siostry, nikt mnie nie zbawił i nie zamierzam udawać świętego. Dalej będę narzekał pod nosem na fałszujących podczas śpiewania i dalej mszalne wino pachnie mi ładniej niż powinno. Ale cztery punkty to cztery punkty, a do następnego spotkania ze świętym Piotrem zostało trochę czasu. Mam zamiar powolutku sobie te punkty zbierać. Po jednym naraz.
Witaj. :)
Podziękowania za uprzedzenie o przekleństwach. :)
Kwestie technikaliów i sugestie oraz wątpliwości (tylko do przemyślenia):
– Walentyn. – Przeczytał z formularza i zmarszczył krzaczaste brwi. – Pan chyba przybył nie w porę. – błędny zapis dialogu?
– Święta chce zapalić! – Zawyrokował ksiądz i odesłał jednego z ministrantów do zakrystii. – i tu?
Łaska boska spłynęła na naszą parafię, będzie beatyfikacja, będzie kanonizacja, a potem – tu zawiesił dramatycznie głos – pielgrzymki. – czemu małą literą (skoro mówi to ksiądz i inne wyrażenia religijne są wielkimi literami_?
– Potrzebuję piwa – powtórzył nabożnie proboszcz, jakby to była łacińska sentencja. – aliteracja celowa?
Głupia sytuacja z tym zmartwychwstaniem, więc postanowiłem powiedzieć prawdę. – i ta?
Nie chcę być nieuprzejma, ale trwa to troszkę za długo. – i ta (oraz inne)?
Pierwszy raz, odkąd pamiętam (przecinek?) byłem naprawdę, bezwstydnie szczęśliwy.
– Pan kłamie. – Głosik stwardniał, a słodycz odpadła z niego jak lukier ze starego ciastka. – Wszyscy żyją między kłamstwami i przestają je zauważać. – błędny zapis dialogu?
– Gówno prawda. – Zareagowałem może i za ostro, ale od tego gadania zaczynała boleć mnie głowa. – i tu?
– Taka zła. – Wymówiła to słowo, jakby rzucała soczystym przekleństwem. – i tutaj?
– Marysia. – Zacząłem, a w głowie zrobiło mi się jasno jak rzadko kiedy bez wódki. – tu?
Niewiele z tego wyszło, bo to był chłop od kowadła, nie od wielki słów. – literówki?
Pan myśli, że ja nie czuję, jak panu wciąż siedzi w sercu ta Halinka – czy to nie zdanie pytające?
Nie była to nadzieja, bo na nadzieję byłem zbyt zgorzkniały, ale coś jej pokrewnego. – powtórzenie?
Za to roboty, by to odkręcić (przecinek?) co niemiara.
– Maria – Mateusz przerzucił trzy strony. – Cnota nienaganna. – błędny zapis dialogu?; te dialogi to trzeba jeszcze poprawić, ja już reszty nie wypisuję
Do tego nade mną wisiał worek z czymś przezroczystym. sączącym się rurką w grzbiet dłoni. – przecinek zamiast kropki w środku?
Ale cztery punkty to cztery punkty, a do następnego spotkania z świętym Piotrem zostało trochę czasu. – ze?
Nieźle się ubawiłam. :) Pomysł to jedno, ale – jego realizacja! Genialna sprawa! :))
Kliczek, pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)
Witaj Anonimie,
nie cyrtoliła,
nie certoliła
że umarłem i że zmartwychwstając, trafiłem do cudzego ciała.
Ładniej: że umarłem i że zmartwychwstawszy, trafiłem do cudzego ciała.
Słodki, cieniutki głosik rozległ się w mojej czaszce.
Można próbować przerobić składnię na bardziej “polską”: rozbrzmiał mi w czaszce
ktoś wylał na mnie wiadro zimnej wody.
jak oblany wiadrem zimnej wody – załatwia problem nagromadzenia “moja” i “mnie”
Z tłumu wynurzył się chłop jak dąb, czerwony na twarzy, z czapką gniecioną w dłoniach.
Koniec zdania brzmi mało naturalnie. może: który wielkimi grabami międlił czapkę. Albo coś podobnego
a w piersi waliło nam serce.
Szyk kładzie nacisk na serce, co nie jest odkrywcze. Trzeba położyć nacisk na waliło.
To wrażenia ogólne: całość bardzo zabawna. Jest wiele “perełek” i rozśmieszaczy, gdybym miał je wypisać, pewnie zajęłyby w okienku pełen ekran laptopa. Jednocześnie akcja jest sprawnie poprowadzona, początek nie nudzi i zachęca do lektury, a potem jest już tylko lepiej. Pomysł z ciałem Marysi jest świetny, podobnie jak rzekomy cud i reakcja parafian. W tym całym szaleństwie jest też dumanie nad tym, żeby wykorzystać okazje, które daje życie, i to podane w sposób mało nachalny. Koniec tylko ładnie domyka całość, jest nawet drugi, mały zwrot akcji.
Styl bardzo przyjemny w czytaniu. Coś jak u Zakapiora, ale nie będę na razie zgadywał. Stylizacja Mariana też dobra i wzbudza wesołość.
No nie mogę powiedzieć, żebym się cząs ze śmiechu, ale ogólnie całość bardzo ładna i tak pozytywnie chwyta za serduszko. I dobrze się czytało, widać, że to jakiś Anonim, co umie pisać.
No i zaczyna się od pierwszego paragrafu.
Podobało mi się, klikam
Walentyn. – Przeczyt
zapalić! – Zawyrokow
o prawda. – Zareagowa
ysia. – Zaczął
Bez kropki i małą.
Śpiew urwał się tak nagle, jakby ktoś poderżnął gardło całemu chórowi naraz.
Ładne!
Pudło, marzanie :)
No nieźle się ubawiłem Anonimie, mój humor, sarkazm pod koniec zmieszany z odrobiną nostalgii i pewnej życiowej prawdy. Bardzo fajnie podana komedia z końcowym smutkiem ale też jakąś małą nadzieją.
Klik :)

I dobrze się czytało, widać, że to jakiś Anonim, co umie pisać.
Też bym tak chciał. Nic dodać i nic ująć…prawie…heh. Chyba turniej nabiera tempa.
Na wszelki wypadek zdementuję – to nie była ta “moja” Kostucha od fandanga… 
Powodzenia!
Anonim cieszy się, że tekst przypadł do gustu czytającym :).
Anonim wprowadził też większość sugerowanych zmian – słońce go ewidentnie przygrzało w ostatnim czasie, bo czynności gębowe zapisywał niegębowo…
@Fascynatorze, Anonim zajrzy do Twojej kostuchy i zostawi ślad, ale dużo później – po ewentualnym odanonimizowaniu.

@Anonimie, będę zaszczycony ale i zażenowany wielce. Bo cóż tam takie moje
przaśne fakty po faktach wobec wytwornej i finezyjnej lekkości pióra Anonima…
PS
Konkursowa stagnacja też mi się nie podobała, więc wpadł mi do głowy pomysł
na nie-konkurs z nie-nagrodami (liczonymi w kilogramach tekstu
(+/– 3,6,12)).
No ale to może jak miną echa zmagań ze śmiercią. Czyli pod koniec wakacji…

Komiczne, naprawdę świetny tekst na poprawę humoru w taką pogodę. Dialogi są przepięknie napisane, postacie bardzo wiarygodne i zdecydowanie da się je lubić. Tylko pogratulować wykonania.
Pozdrawiam.
@Fascynator, konkursy dobra rzecz, nie-konkursy też mogą być ciekawe :)
@L.Keller, niezmiernie mi miło. Dobrze, że Marian nie trafił do piekła, bo faktycznie komu by się chciało to czytać przy takich upałach :)))
Po dłuższym podumaniu daję drugi klik. :)
Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)
@bruce, Anonim jest przyjemnie zaskoczony tą nominacją. Dziękuję :))
Przy okazji dziękuję także innym, którzy nominowali tekst, a którzy zajrzą tutaj raz jeszcze.
Ukłony, Anonimie. :)
Człowiek się tyle lat zastanawiał, kim była ta zmarła dziewica… XD
Milutkie. Spodziewałem się czegoś obrazoburczego, a tu taka sympatyczna opowiastka. :)
Ha! Fajne! :D
Bardzo podobają mi się nazwy rozdziałów. Mimowolnie czytałam je sobie w rytm melooodi. Poza tym świetnie pasują do postaci organisty.
Historia dość niepoważna, ale z bardzo ładnym przesłaniem na koniec. Bohaterowie ciekawi, choć ta Maryśka, tak idealna, że aż sztuczna. Dobrze, że sobie chociaż pod koniec potańczyła! :)
Klikam i pozdrawiam!
Bardzo ciepły i pozytywny tekst. A przy tym z wyraźną nutką humoru.
Fajnie, że Marian dostał drugą szansę.
Dobry pomysł i w ogóle sporo zalet. Zamieszanie ze współdzieleniem ciała ze świętą niezłe.
@SNDWLKR, ano, gdzieś tam chodziło po głowie, aby bohaterką była Lady Mondegreen, ale Anonim chciał jednak polskie realia.
@Marszawa, Anonim nucił sobie tę melodię przez kilka dni, a wczoraj słyszał nawet z okna
A co do Marii, to ma ona zapewne na drugie imię Zuzanna ;)
@Finkla, miał nie dostawać, ale wyszło jak wyszło. Może to i lepiej :))
Anonim dziękuję za miłe słowa 
Uch…. Jak mi to opowiadanko gładko usiadło mi na sercu. Absurd, szaleństwo i mnóstwo czarnego humoru. Czytelnik płacze ze śmiechu, nabija się z niebiańskiej biurokracji, jako żywo, naszą przypominającą i łudzi nadzieją, że może Walnięty Walenty capnie w końcu swoją Halinkę.
Świetny mięsisty język, kompozycja oparta na nagłówkach z pieśni religijnych nadaje opowiadaniu formę felietonu z “cudu”. Kapitalne tempo i nienachalny morał o nadrabianiu straconych życiowych szans.
I tu wjeżdża moje finałowe “Ale”. Trzy rzeczy ugryzły mnie w zadek. Do ideału zabrakło tak niewiele:
Marian to stary zboczuch: Budzenie się w ciele nastolatki i natychmiastowe testowanie walorów biologicznych („klepanie się po jędrnej piersi”) jest lekko podeschnięte i nadmiernie kanoniczne w komediach o zmianie ciał – za macanki Marysia powinna mu od razu wjechać w synapsy z mentalnym liściem w potylicę, a nie grzecznie czekać, aż stary cap łaskawie zeżre golonkę.
Waniliowy lukier: „Słodki, cieniutki głosik” Marysi średnio pasuje do realiów polskiej prowincji. Wiejskie święte to nie są eteryczne fit-kuperki z miasta, lecz przaśne sztuki, które tyłkiem łupią orzechy włoskie. Głos Marysi w czaszce Mariana powinien wybrzmieć z siłą zdrowego dzwonu kościelnego. Narzekanie “Cud – dziewicy” na niezdrową żywność wyskakuje klinicznie z obrazu wsi spokojnej i wesołej. Motłoch jarmużu nie tyka, jeśli ma goloneczkę i piwo.
Idziemy na piwo: Żądanie browar po zmartwychwstaniu to znów ograny chwyt. Cyniczny, inteligentny organista po przeżyciu klinicznej śmierci jakby odrobinę zgłupiał, zaczął się rozmywać do wymiaru 2D. Życiowy rezon Walentego daje po garach najmocniej na wstępie.
Mimo drobiazgów tekst broni się sam. Sposób, w jaki autor przechodzi od śmierci, “cudu” i wiejskiej biesiady do wzruszającego pożegnania z Frankiem i Halinką jest klasycznie poetycki. Morał na dziś: nie umierajcie za często, bo w niebiańskim urzędzie mają burdel w papierach, a po powrocie można zgłupieć. ![]()

@Silimaure, Anonim widzi, że zaświaty jako biurokracja nie jest niczym odkrywczym, bo ten motyw przewija się w konkursie, ale jako że sam pracował w urzędach, to jednak łatwo się z tym utożsamia
Dzięki za pozytywną opinię :))) Niżej kilka zdań do “ale” :)
Marian to stary zboczuch: Anonim bardzo się starał, by nie wyszło to jak w polskich komediach czy w kabarecie, gdzie chłop przebiera się za babę. Dlatego ewentualne nawiązania do ciała są zdawkowe i Marian mimo wszystko go nie “eksploruje”
Waniliowy lukier: ano z tym można się zgodzić, ale to wynika z przyjętej konwencji – Maria to klasyczna Mary Sue (Anonim chciał wpleć w dialog hasło “Marysujka zmartwychwstała”, ale nie miał pewności, czy nie wprowadzi ono więcej zamieszania). I tak, pewnie pasowałaby by tu Słowianka Donatana, ale dziewczę miało być milusińskie do bólu.
Idziemy na piwo: ano znowu tak, ale to opowiadanie ogranymi motywami stoi, chociaż (Anonim ma taką nadzieję) podanymi w miarę świeży sposób.
Raz jeszcze dzięki za wizytę i długi komentarz. Anonim takie lubi :)))

Hej Anonimie,
Dobrze rozegrana historia. Mario brothers (and sisters…) mają więcej niż jeden wymiar oraz swoje lęki i pragnienia, za co brawa. Łatwo się do nich przywiązać i im kibicować, co jest jednoznacznie najmocniejszą stroną tego opowiadania.
Przez pierwszą połowę było to raczej familijno-komediowe, natomiast finalnie rozczulające i podnoszące na duchu. Jest to historia z tych, które czasem można obejrzeć w telewizji w niedziele do obiadu i mówię to jako komplement, nawiązując to tych produkcji, do których po prostu lubimy wracać, bo jakoś tak ciepło na serduszku.
Warsztatowo bez fajerwerków, ale na wysokim poziomie.
@Ambush
Roznych stanow piękne grono
Gęstą śmiercią przepleciono
Zyiąc wszystko tańcujemy
Aże obok śmierc niewiemy
@ac
Anonim bardzo się cieszy tej opinii i z faktu, że jest tu dostrzegalny misz-masz gatunków. Początkowo miała być forma wyłącznie komedyjna, ale wyszło jak wyszło :)
Już tyle razy było o nagłych zejściach bohaterów, o biurokracji w zaświatach i o tym, jak to z różnych powodów odsyłano delikwentów z powrotem do żywych, ale u Ciebie, Anonimie, wszystko to jest podane tak ładnie i zabawnie, że opowiastkę o wspólnym bytowaniu Mariana i Marii czyta się z ogromną przyjemnością, ale też z lekkim żalem, że fajne opowiadanie też się kiedyś kończy. :)
– Wiem, że teraz nie chcesz. – Uśmiechnęła, a był to uśmiech… → Pewnie miało być: – Wiem, że teraz nie chcesz. – Uśmiechnęła się, a był to uśmiech…
Dziń dybry,
Ooo Paaanie, to ty na mnie spojrzaaałeś…
XD
A ja lubię pieśni religijne.
Twoooje uuuusta dziś wyrzekły me imię…
– Szybko, proszę. Mamy katastrofę kolejową w Indiach, lokalne zamieszki w Meksyku i Trumpa, który w ramach parady pokoju spuścił kilka bomb na Bliski Wschód. Jednym słowem sajgon.

Nawet po śmierci biurokracja komplikuje sprawę, grr!
Twoooje uuusta dziś wyrzekły me iiimię…
O właśnie :P
I ja siedzący w białej sukni i z długimi włosami spływającymi na ramiona.
Yy, nie rozumiem. On siebie widział tam w ławce, czy mówi o sobie, siedzącym/siedzącej w trumnie?
Swoją baaarkę pozostawiam na brzeeeguu…
Znałem proboszcza na tyle dobrze, że mogłem przysiąc, iż w tym momencie zobaczyłem w jego oczach nie tyle Boga, co nowy dach na plebanii.
Hahahha :)
to znaczy poklepałem się po dekolcie
Zjedzona kropka.
– Wiem, że teraz nie chcesz. – Uśmiechnęła, a był to uśmiech
uśmiechnęła się
Za to roboty, by to odkręcić co niemiara.
→ Za to roboty, by to odkręcić, co niemiara.
Razem z Tobą nowy zacznę dziś
ŁÓóW!!! (Tutaj zawsze staram się zrobić growl, ale mi nie wychodzi)
Ej, ładne to! I zabawne. No, no, zacny tekścik!
Znalazło się nawet miejsce na refleksję i niegłupie wnioski. Podoba mi się.
Stylistyka fajna i fajna też, że konsekwentna. Taka prosta, bezpośrednia, miejscami trywialna – ale taka właśnie miała być, przecież to opowieść prostego organisty, pijaka.
W satysfakcjonujący sposób pokazał_ś tę cząsteczkę dobra, która tli się nawet w zgorzkniałym alkoholiku. Życiowe (i śmierciowe) mądrości ubrał_ś w zabawny kostium i świetnie wyszło to połączenie.
Do tego bohater jest wiarygodny, świetnie skonstruowany. No, miodzio.
.jpg)
I wyszedł nam TAK.
Serdeczne gratulacje i dziękuję za zabawną lekturę!
Błędy i takie tam poprawione :)
@reg – bardzo miło mi to czytać i cieszę się, że historia Marii/Mariana przypadła do gustu :D
@HollyHell91 – nick pasujący jak ulał do tematyki konkursu, powinnaś być w jury ;)
A ja lubię pieśni religijne.
Anonim też lubi, a ta jest, no cóż, kultowa
Yy, nie rozumiem. On siebie widział tam w ławce, czy mówi o sobie, siedzącym/siedzącej w trumnie?
Anonim przyznaje, że to zdanie może byc kłopotliwe. Ale z drugiej strony białą suknię na sobie widzi, włosy, jeśli byłyby wystarczająco długie, też dostrzeże.
Razem z Tobą nowy zacznę dziś
ŁÓóW!!! (Tutaj zawsze staram się zrobić growl, ale mi nie wychodzi)
Anonimowi w ogóle nie wychodzi śpiewanie (niestety), więc docenia każdą próbę trochę bardziej uzdolnionych od siebie w tej materii.
Ej, ładne to! I zabawne. No, no, zacny tekścik!

Podziękował za TAKa :))


Najszczęśliwszy dzień życia to ten, w którym się z nim rozstajemy.
/Fryderyk II Wielki/
@JolkaK, @beeeecki – Anonim nie ma nic mądrego do napisania w odpowiedzi (w sumie, jak zazwyczaj :P), więc po prostu wita jurorów :))
Cześć, Anonimie! Ślimak nadpełza powoli, acz nieubłaganie…
Wrażenia z lektury mam nieco mieszane. Motywy niezwykłych doznań w stanie śmierci klinicznej oraz niebiańskiej biurokracji są bardzo dobrze znane, jednak tu udało się je ładnie wykorzystać i połączyć. Podobnie przesłanie o tym, żeby nie odkładać życia na później, że często bardziej żałuje się tego, czego się nie zrobiło, niż tego, co się zrobiło – na pewno pasuje do opowiedzianej historii. Z drugiej strony elementy humorystyczne dla mnie zupełnie “nie chwyciły”, przedstawione reakcje żałobników na przebudzenie Marii w trumnie nie wydały mi się ani szczególnie prawdopodobne, ani szczególnie zabawne. (Boję się, że realnie prędzej wybraliby się zlinczować lekarza, który orzekł zgon – co jak najbardziej można by zgromić w opowiadaniu, choć oczywiście byłby to zupełnie inny utwór). Ograniczona wiedza o dogmatach katolickich podpowiada mi, że o ile bohaterka mogłaby umrzeć “w opinii świętości”, to nie znaczy, że pozostałe postaci powinny ją swobodnie nazywać świętą, a już z pewnością sama by tak o sobie nie mówiła, gdyż stanowiłoby to ciężki grzech pychy.
Pod względem językowym tekst sprawia niezłe wrażenie, musiałem się nieco wysilić, żeby wypatrzyć parę szczególików:
Nie pojechałem na saksy, co by trochę zarobić, albo nie pocałowałem Halinki podczas tamtej długiej letniej nocy.
Literówka i domknięcie wtrącenia.
Rozplotła palce z jego łapska
Niezręczne sformułowanie.
I ani razu nie sfałszowałem, choć ręce mi się trzęsły jak osice gałązki.
Osika nie ma rąk.
Za szybą nie siedział już poczciwy Piotr, tylko chudzielec w okularach i z taką stertą papierów, że gdyby się przewróciła, pogrzebałaby ze trzech apostołów. Niechybnie musiał to być święty Mateusz.
Tego rzecz jasna nie przytaczam jako błędu, ale zaskoczyło mnie to wyobrażenie, bo w moich skojarzeniach święty Mateusz wyglądałby raczej tak (ten zdziwiony pośrodku):

niż tak:

Reasumując: opowiadanie ma mocne strony i na pewno dałbym mu punkt do Biblioteki, do Piórka moim zdaniem brakuje.
Pozdrawiam,
Ślimak
Cześć @ślimaku,
Z drugiej strony elementy humorystyczne dla mnie zupełnie “nie chwyciły”, przedstawione reakcje żałobników na przebudzenie Marii w trumnie nie wydały mi się ani szczególnie prawdopodobne, ani szczególnie zabawne.
To jest ryzyko opowiadań “humorystycznych” i rację mają ci, którzy twierdzą, że dobrą komedię trudniej napisać. W tym konkretnym przypadku (w zasadzie w innym swoim opowiadaniu na forum też, ale tam mało kto zaglądał ;)), anonim wyszedł z założenia, że jeśli tekst będzie bawić jego samego, to już spełni swoją rolę. A że spodobał się przynajmniej części czytających, a części z nich na tyle, by zgłosić nominację, to anonim jest ukontentowany samym tym faktem.
(Boję się, że realnie prędzej wybraliby się zlinczować lekarza, który orzekł zgon – co jak najbardziej można by zgromić w opowiadaniu, choć oczywiście byłby to zupełnie inny utwór).
Dużo jeszcze można by tu zrobić, ale limit wymusił pewne cięcia. Chociaż przyznaję, to akurat nie przyszło mi do głowy, bo też reakcje mają dodawać smaczku, a nie stanowić główny punkt opowiadania (chociaż rozumiem, jeśli w tym konkretnym przypadku może to być dla kogoś niestrawne).
Ograniczona wiedza o dogmatach katolickich podpowiada mi, że o ile bohaterka mogłaby umrzeć “w opinii świętości”, to nie znaczy, że pozostałe postaci powinny ją swobodnie nazywać świętą, a już z pewnością sama by tak o sobie nie mówiła, gdyż stanowiłoby to ciężki grzech pychy.
Tak. To akurat prawda, i tutaj wkradł się inny ciężki grzech, czyli lenistwo autora, bo ten fragmencik jest raczej najsłabszy w całym opowiadaniu, a anonim chciał przez niego przebrnąć i chyba poszedł na skróty. Przemyśli sobie więc, co tam wstawić, żeby tę pychę marysiową jakoś lepiej ograć.
Tego rzecz jasna nie przytaczam jako błędu, ale zaskoczyło mnie to wyobrażenie, bo w moich skojarzeniach święty Mateusz wyglądałby raczej tak (ten zdziwiony pośrodku)
Google grafika podsuwa jeszcze inne wyobrażenia, ale tutaj to trochę taki “inside joke” anonima i jego księgowych znajomych, chociaż może zbyt hermetyczne w szerszym ujęciu. Teraz anonim trochę żałuje, że nie poszedł w Mateusza wyglądającego jak Tomasz Oświeciński, ale wtedy humor przesunąłby się niebezpiecznie w stronę tworów Patryka Vegi
Dziękuję za przeczytanie i opinię :)))