- Opowiadanie: DreadyVibe - Ostatni Wodospad

Ostatni Wodospad

Dziś wrzucam kolejne opowiadanie osadzone w mrocznym świecie Kronik Ybris. Tym razem schodzimy głęboko pod ziemię, by towarzyszyć krasnoludzkiej Centurii w samobójczej misji.

Małe ostrzeżenie: mój proces twórczy wygląda tak, że przez cały tydzień masowo spisuję pomysły, a dopiero potem siadam do redakcji. Starałem się wyłapać wszystkie potknięcia, ale jeśli jakaś literówka wciąż zdołała ukryć się w kopalnianym mroku – z góry wybaczcie!

Zapraszam do lektury i jak zawsze – dajcie znać w komentarzach, co myślicie. Konstruktywna krytyka to dla mnie czyste złoto!

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Ostatni Wodospad

Zasady

Trzy dni marszu w trzewiach litych skał. Trzy dni schodzenia w narastający mrok, z dala od światła, bez żadnej pewności, czy w wiosce na samym dnie tej otchłani ktokolwiek jeszcze ocalał. Cesarz wydał jednak rozkaz, a Centuria Łowców Spaczenia – opancerzona pięść Imperium – nie zadawała pytań. Ich wola była wykuta w tym samym ogniu co ich pancerze. Słuchali i maszerowali z ciężkim, zsynchronizowanym dudnieniem, niczym jeden gigantyczny, zrodzony z żelaza organizm. Znali swoją wartość. Byli elitą. W końcu, co strasznego mogło czekać w tych głębinach na gniew Cesarza? Ot, paru powolnych ożywieńców.

– Wymarsz! – chrapliwy ryk dowódcy uderzył o chropowate ściany tunelu, przypominając huk moździerza.

Z tyłu pancernego szeregu natychmiast narósł szmer stłumionych, wojskowych żartów, łamiąc na chwilę grobową ciszę podziemi. Znajome rozmowy braci broni mieszały się z miarowym, mechanicznym brzękiem rynsztunku. „Dopić i ruszać dupska” – to była ich prawdziwa, nieoficjalna litania przed bitwą.

– Maszerujemy już dwa dni w tych przeklętych dziurach – mruknął Corgi, kopiąc z irytacją obluzowany kamień uderzeniem ciężkiego, okutego stalą buta. – I nawet porządnych wozów zaopatrzeniowych nam nie przydzielili. Ciągniemy za sobą jakieś trupieszcze z poprzedniej ery. Żeby to chociaż miało w połowie naoliwione osie…

– Nie bluźnij na logistykę, Corgi – prychnął Vival, poprawiając grube rzemienie potężnej, zrytej pazurami tarczy na ramieniu. – Przynajmniej racji żywnościowych nie brakuje i nie musimy tego wszystkiego dźwigać na własnych garbach. Ciesz się tym, co masz, zamiast szukać dziury w pancerzu.

– Dobra, dobra… Jave, wyciągaj ten przydziałowy bimber. Tylko polewaj szybko, zanim sekundor zorientuje się, że gubimy rytm marszu.

Alkohol pędzony w wojskowych kotłach palił krasnoludzkie gardła jak kwas, ale nikt nie narzekał. Byli do tego stworzeni.

– Corgi, zapytaj Tajusa, czy postój planujemy standardowo, za trzydzieści kilometrów – rzucił chrapliwie ktoś z drugiego szeregu.

Odpowiedź wróciła niemal natychmiast, przekazana szeptem wzdłuż łańcucha naramienników. Nosiła w sobie bezwzględny ciężar wojskowego wyroku.

– Sekundor zarządził marsz aż do punktu docelowego. Most nad Zapadliną Echa. Żadnego postoju.

– Kurwa… – syknął Vival. – To cały dzień drogi w pełnym rynsztunku.

Kolejne godziny mijały w otępiającej, bolesnej monotonii, ale krok Centurii nie osłabł nawet na ułamek sekundy. Szli w duszącym półmroku, niczym niepowstrzymany lodowiec stali i prochu. W końcu tunel rozszerzył się gwałtownie, a duszne powietrze kopalni ustąpiło miejsca ostrym, zimnym powiewom. Pachniało mokrą ziemią, starą grzybnią i tym specyficznym, duszącym aromatem nieodkrytych jaskiń, który wyostrzał zmysły każdego weterana.

Dotarli do Zapadliny Echa. Nad bezdenną, czarną przepaścią wznosił się potężny kolos z kamienia – most szeroki na dobre pięćdziesiąt, może siedemdziesiąt metrów. Jego masywne, pokryte runicznymi zdobieniami filary wyrastały z nieprzeniknionych ciemności, świadcząc o inżynieryjnym geniuszu minionych epok. Tutaj droga rozwidlała się na trzy czarne jak smoła korytarze.

Dowódca zamarł. Coś było nie tak. W powietrzu wisiało coś cięższego niż mrok. Podniósł rękę zakutą w grubą rękawicę, zaciskając ją w pięść. Cała pancerna kolumna zatrzymała się w ułamku sekundy, bez słowa sprzeciwu. Dowódca rozejrzał się podejrzliwie. Szybkie, bezgłośne gesty, wyuczone podczas lat rzezi na froncie, wystarczyły, by machina wojenna ruszyła. Kusznicy z mechanicznym chrzęstem naciągnęli cięciwy, biorąc na cel prawe rozwidlenie. Dwudziestu tarczowników z hukiem sformowało mur – istną barierę z adamantytu i mosiądzu – powoli prąc do przodu. Strzelcy prochowi, dzierżący w dłoniach ciężkie, ziejące siarką garłacze, błyskawicznie zajęli pozycje wzdłuż zawalonego sklepienia. Lekka piechota ubezpieczyła tyły. Byli gotowi zamienić to miejsce w rzeźnię.

Zapadlinę wypełnił charakterystyczny, groźny dźwięk pancerzy. Wszyscy patrzyli w mrok, z palcami na spustach kusz i zamkach wielkokalibrowych samopałów. Nagle z ciemności dobiegł drżący, niski głos, zniekształcony przez echo:

– Spokojnie… na litość, spokojnie… to my.

– Zidentyfikujcie się! Dokąd zmierzacie i ilu was jest? – zapytał ostro dowódca, nie zdejmując dłoni z głowicy topora.

Ani jeden krasnoludzki mięsień w murze tarcz nawet nie drgnął.

– Sześćdziesięcioro duszyczek, panie. Kierujemy się do miasta na powierzchni – odparł starzec drżącym głosem. – Uciekliśmy z Gortharu, naszej wioski węglowej. Dzieją się tam niewyobrażalne rzeczy…

– Raportujcie. Jakie rzeczy?

– Od dwóch tygodni giną ludzie. Nie ma ciał, nie ma krwi. Jedynie ślady, które urywają się nagle i znikają głębiej. Jakby sama ziemia pożerała ich żywcem. Z trzystu mieszkańców w grocie zostało zaledwie dwustu czterdziestu przerażonych ludzi. A my… odeszliśmy. Zlitujcie się, pozwólcie nam minąć kordon.

– My z kolei schodzimy w dół, prosto do Gortharu. Nasz rozkaz brzmi: zlikwidować problem – odpowiedział chłodno dowódca. Imperium nie cofało się przed niczym.

Kapłan pokiwał smutno głową.

– W takim razie czas jest waszym największym wrogiem, wojowniku. Każdy dzień zwłoki to kolejne zaginięcia. Nawet miejscowi mistrzowie sztolni nie mogą pojąć, w jaki sposób to się dzieje.

Dowódca był zdeklarowanym, twardym pragmatykiem wierzącym jedynie w stal, proch i Cesarza, ale dla wyznawców SKALY zachowywał chłodny szacunek. Zakon wciąż miał znaczenie w machinie państwa. Mieli być mieczem wymierzającym sprawiedliwość, ale i tarczą chroniącą obywateli.

– Przełamcie szyk! Przepuścić ich! – rzucił twardym tonem do oddziału. – Wyjdźcie z mroku, podróżni, i kierujcie się do miasta.

Dyskretnie skinął pancerną dłonią, dając znak swoim strzelcom prochowym, by opuścili masywne lufy i cofnęli się w cień. Nie było sensu celować w bezbronnych.

Z ciemności wychynęła znużona grupa, ciągnąc za sobą prowizoryczne wozy z dobytkiem. Towarzyszyły im Tabiry. Te potężne świnie ziemne o masie machin oblężniczych, znacznie wyższe i potężniejsze od samych krasnoludów, sapiąc, posuwały się naprzód. Ich gigantyczne kły przypominały naturalne kilofy, zdolne bez trudu przebijać się przez litą skałę, a ich doskonały węch zwykle służył do odnajdywania górników pod zawaleniskami. Teraz jednak te góry mięśni drżały w panice.

Dowódca przyglądał się bestiom z surową miną. Gdy wierni mijali szyk, zatrzymał kapłana.

– Dlaczego nie użyliście Tabirów do wytropienia zaginionych obywateli?

Starzec odwrócił się, a w jego zmęczonych oczach zagościło czyste, pierwotne przerażenie.

– Myślisz, że nie próbowaliśmy? Chodziliśmy z nimi w dół szybów. Zapach zaginionych po prostu zniknął… albo zmutował w coś tak nienaturalnego, że zwierzęta odmówiły posłuszeństwa. Żadnego odzewu. One nie chciały tego tropić. One się bały.

W umyśle dowódcy natychmiast złożył się przerażający, taktyczny obraz. Rozumiał to zachowanie doskonale. To nie były drapieżniki, to nie były jaskiniowe pomioty. Tabiry wyczuły zgniliznę na poziomie biologicznym. To było Spaczenie. Wróg doskonały.

– Formować szyk! – jego ryk rozdarł echo Zapadliny z mocą wystrzału, zmuszając cywilów do skurczenia się w sobie. – Pełny wymarsz! Bądźcie bezpieczni, kapłanie, ale my musimy przyspieszyć! Wrogów przybędzie tam w tempie, którego nie potraficie sobie wyobrazić!

Kolejne godziny morderczego marszu zdawały się nie mieć końca. Oddział parł naprzód niczym taran, aż wreszcie nadszedł czas na wymuszony kondycją obóz. Rozbili się z dala od głównych korytarzy, w żelaznej dyscyplinie. Zjedli syty, gorący posiłek ze zbrojnych kotłów. Dla weteranów oznaczało to tylko jedno: dowództwo przygotowuje ich na śmierć. To była ta sama, zimna logika rzeźni – dajesz zwierzętom porządnie zjeść, by następnego dnia bez problemów poszły pod nóż. Wojsko Imperium działało identycznie. Skoro jutro czekała ich ostateczna próba, dziś logistyka nie szczędziła niczego.

Po posiłku natychmiast ogłoszono apel nocny. Żadnych ognisk, żadnych opowieści, błyskawiczne wygaszenie wszystkich lamp. Żołnierze zapadli w sen niczym posągi w katakumbach – z dłońmi mocno zaciśniętymi na rękojeściach broni, w pełnych, chłodnych pancerzach. Byli dzień drogi od Gortharu. Od tego momentu to zagrożenie mogło przyjść po nich, w uścisku absolutnego mroku.

W Paszczę Gortharu

Kolumna uformowała się w trójki. Trójka za trójką, maszerując w żelaznym rygorze, zazębiając się niczym tryby w bezlitosnej maszynie. Taktyka Centurii była perfekcyjna – w razie anihilacji jednego segmentu, reszta formacji pozostawała nienaruszona. Strzelcy nigdy nie szli ramię w ramię z kusznikami. My, lekka piechota, maszerowaliśmy bezpośrednio za tarczownikami, wymieszani w precyzyjnych proporcjach. Tarcze, piechota, strzelcy prochowi, tarcze, piechota, kusznicy. Z tyłu wlokło się zaopatrzenie. Oficer machnął opancerzoną rękawicą w stronę mroku. Ruszyliśmy. Zbliżaliśmy się do bram Gortharu.

Mijaliśmy podziemne jezioro, zasilane szumiącym w ciemnościach lodowatym wodospadem. Blady, trupi blask bioluminescencyjnych grzybów i podziemnej trawy zwanej fac nadawał jaskiniom upiornego uroku. To był dziwny ekosystem. Żyły tu nawet specjalne, kopalniane czerwie – obrzydliwe, lecz pragmatyczne stworzenia. Wystarczyło zasnąć z otwartą, zaropiałą raną zasypaną tym plugastwem, by rano obudzić się z czystym mięsem pokrytym gojącym śluzem. Zabezpieczenie medyczne głębin, brutalne, acz skuteczne.

W szeregach wciąż tliły się resztki wisielczego humoru.

– Ciekawe, czy w tym jeziorze są jakieś ryby – szepnął ktoś obok. – Zjadłbym takiego wędzonego glizdosza. Do tego kufel zimnego piwa…

Piwo. Po tylu godzinach morderczego marszu ta wizja dławiła pragnieniem. Ale zamiast gospody z mroku wyłoniły się rzucające ostre światło lampy pirotowe. Wioska była tuż, tuż.

Brama była zamknięta. Kiedy do niej dotarliśmy, blisko pięćdziesięciu naszych z chrzęstem pancerzy naparło na wielkie wrota, by je otworzyć. Coś było nie tak. Skoro mechanizm trzymał, nie powinniśmy dać rady ich sforsować. Szybko jednak odkryliśmy prawdę – mechanizm wrót zwisał luźno. Ktoś z premedytacją zostawił bramę bez rygla.

Na głównym placu przywitała nas cisza. I oni. Panoszyli się na zrujnowanym bruku. Zaledwie sześć sylwetek. Właściwie byli tu u siebie, ale stali bez ruchu, wpatrzeni w nas pustym, martwym wzrokiem. Nie atakowali. Dowódca zacisnął dłoń, dając krótki sygnał. Cisza. Ostrza. Nasi wyszli z cienia z obnażonymi mieczami. Sylwetki wciąż tylko patrzyły, jakby ich umysły były zawieszone w innej rzeczywistości. Drgnęły dopiero wtedy, gdy żołnierze zbliżyli się na trzy metry. Ułamki sekund później ich krew spłynęła po krasnoludzkiej stali. Bez jednego krzyku.

Dalszy marsz rozciągnął naszą formację. Wąskie przejścia i strome zaułki sprawiały, że oddział przypominał teraz długiego, stalowego węża. Kamienne domy, misternie wykute w litej skale, rosły jedne na drugich niczym upiorne huby. W wysokim, przepastnym stropie lśniło kilka kamieni słonecznych, wychwytujących słabe promienie z powierzchni. Wyraźnie było widać granicę między starą a nową częścią osady. Starsze budynki porastał gęsty jaskiniowy mech, kumulujący wilgoć i oddający ją z powrotem kamieniom. Nowsze sektory świeciły surową, nienaruszoną skałą. Wioska rozrastała się w zawrotnym tempie – aż do momentu, gdy pochłonęło ją to szaleństwo.

Dotarliśmy do najgorszego odcinka – centralnej strefy wydobycia węgla. Gdyby nie fakt, że znajdowaliśmy się głęboko pod ziemią, można by to miejsce nazwać kopalnią odkrywkową. Wielka, spiralna wyrwa w samym sercu osady prowadziła na samo dno. Martwa żyła. Postanowiliśmy obejść ją bokiem, by przedostać się do kolejnej dzielnicy.

Byliśmy w połowie drogi, gdy z ciemności dobiegł dźwięk. Sapanie. Potem ciężkie, wleczone kroki i metaliczny zgrzyt pazurów o skałę.

– Formować szyk! Szyk! – ryk dowódcy rozdarł powietrze.

Sama ściana kopalni nagle zaczęła pękać. Wielkie odłamki skał oberwały się w dół, a spod nich wyłonili się… oni. Zrozumieliśmy nasz błąd. Nie widzieliśmy agresorów, ponieważ ich kamuflaż był perfekcyjny. Oni byli skałą.

Z ukrycia w budynkach wylała się reszta hordy, uderzając w nas niczym głodna szarańcza. Taktyczna machina Centurii ruszyła. Strzelcy prochowi dostali rozkaz błyskawicznego przejścia na flankę. My, lekka piechota, mieliśmy zająć się rojem z budynków. Tarczownicy musieli przygwoździć do ziemi tych, którzy oderwali się od ścian, a kusznicy – razić precyzyjnym ogniem zza naszych pleców. Prochowi na flance mieli osłaniać nasz nieuchronny odwrót, bo bestii było po prostu zbyt wiele. Skąd, na SKALE, wzięło się ich aż tylu?!

Atak z budynków uderzył w nas pierwszy. Skakali prosto do gardeł, próbując rozerwać nas zębami i gołymi rękami, inni na oślep machali przerdzewiałą bronią górniczą. Nasze miecze cięły powietrze i mięso. Odcinaliśmy im ręce, czasem przecinaliśmy ich w pół, ale dopóki parszywa głowa nie spadła z karku, nic ich nie zatrzymywało. Pełzli, szarpali, wgryzali się w stal. W ciągu zaledwie kilku minut straciliśmy trzynastu braci z sześćdziesięciu w lekkiej piechocie. Nie mieliśmy nawet czasu patrzeć pod nogi na poległych.

– Sprawa jest przegrana! Wycofać się natychmiast! To rozkaz! – zaryczał dowódca.

Zaczęliśmy się cofać. Kiedy jednak dotarliśmy do zwężenia, zamarliśmy. Tarczownicy byli praktycznie okrążeni. Jeśli byśmy odeszli, zostaliby pożarci żywcem. Dyscyplina pękła w starciu z krasnoludzkim braterstwem krwi.

– Musimy przebić się głębiej! Cofa się, kurwa! – wrzeszczał dowódca, widząc, że łamiemy szyk, by ratować swoich.

Strzelcy prochowi również zignorowali rozkaz. Rozstawili się szeroko i otworzyli ogień. Huk wielkokalibrowych samopałów wstrząsnął kopalnią. Jeśli pocisk trafiał, dosłownie rozmazywał głowy wrogów w czerwoną mgłę. To dało nam zaporową osłonę. Wpadliśmy w ten kocioł, tnąc wszystko na swojej drodze. Odcięliśmy okrążenie, ratując tarczowników, ale zapłaciliśmy za to krwią – zginął Vajl, zginął Jall.

Zablokowaliśmy boki murem tarcz i zaczęliśmy wycofywać się do wąskiego przejścia. Byliśmy dociśnięci do muru. Strzelcy prochowi musieli uciekać w naszą stronę, podczas gdy wróg zaczął zachodzić nas od tyłu. Dotarliśmy do starego, popękanego budynku przeładowni. Dowódca, ciężko dysząc, chwycił ocalałą beczkę z prochem. Cisnął ją w korytarz i oddał strzał. Potężna eksplozja wysadziła budynek, grzebiąc przejście pod tonami gruzu i odcinając nas od hordy.

Zapadła dzwoniąca w uszach cisza, przerywana tylko kaszlem i chrzęstem osuwających się kamieni. Wtedy to do mnie dotarło. Brakuje kuszników. Gdzie oni są? Jeden ze strzelców spojrzał na mnie z absolutnym przerażeniem w oczach.

– Zostali wciągnięci… Dosłownie wciągnięci w ściany kopalni. Pożarci przez rozsypujący się kamień.

Dowódca był wściekły. Jego twarz wykrzywiała furia.

– Niesubordynacja! Policzymy się z tym później, jeżeli przeżyjemy! – warknął, przecierając zakrwawioną twarz. – Teraz musimy przebić się dalej. Dotrzeć za bramę wioski, wysadzić tunel i dotrzeć na powierzchnię. Musimy ostrzec miasto. Spaczenie dotarło pod same nasze drzwi. Jedna Centuria tu nie wystarczy. Potrzeba całej pieprzonej armii.

Ołtarz z Krwi i Stali

Było nas może dziewięćdziesięciu. Każdy z nas był weteranem, twardym jak adamant, ale w tym piekle to nie wystarczało. Potrzebowaliśmy kurewskiego szczęścia. Albo nam się uda, albo zginiemy jak nasi bracia – rozszarpani w ciemnościach. O, SKALO – modliłem się w duchu – miej nas w swojej opiece, a wrogów zetrzyj w pył, używając naszych rąk. Cóż jest piękniejszego niż śmierć w imię walki?

Rozpoczął się morderczy marsz w stronę bram. Ataki nadchodziły ze wszystkich stron, spontaniczne i nieustępliwe, wykrwawiając nas krok po kroku. Kiedy do wrót zostało nam zaledwie dwieście metrów, z dziewięćdziesięciu weteranów zostało tylko siedemdziesięciu czterech.

Nagle jeden z prochowych zamarł.

– Tam! – wskazał na budynek przy bramie tunelu.

Z mrocznego okna błyskało jasne światło, miarowo, niczym desperacki sygnał. Jednak zanim zdążyliśmy zmienić kierunek, uderzyli ponownie. Tym razem ze zdwojoną siłą, jakby sam Gorthar nie chciał wypuścić nas ze swych wnętrzności. Rozległ się świst. Kilku naszych padło z przebitymi pancerzami. Spojrzeliśmy w mrok przed nami i krew zamarzła nam w żyłach. To byli nasi. A raczej to, co zostało z naszych pochłoniętych przez ściany kuszników. Stali w nienaturalnych pozach, prując do nas z naszych własnych kusz. Wtedy tarczownicy znowu uratowali sytuację. Ich potężne pawęże z hukiem uderzyły o ziemię, tworząc żelazny mur. Ocaliliśmy ich w wyrwie, by teraz oni mogli ocalić nas. Mur z tarcz był pewniejszy niż liczenie na to, że bełt minie cel.

Dowódca i strzelcy prochowi błyskawicznie cofnęli się o dwadzieścia kroków.

– Padnij! – zaryczał oficer.

Rzuciliśmy się w pył w ułamku sekundy. Nad naszymi głowami przetoczyła się ogłuszająca salwa z garłaczy. Zmutowani kusznicy padli jak ścięte drzewa. Zanim zdążyli się podnieść, tarczownicy ponownie sformowali mur i ruszyliśmy osłaniając się nawzajem aż pod same drzwi budynku. Ktoś od wewnątrz odryglował wejście.

– Wchodzić! Szybciej, do środka! – usłyszeliśmy desperacki krzyk.

Wbiegliśmy w ciemność, podczas gdy ostatnich ośmiu tarczowników desperacko broniło progu. Wchodzili tyłem, osłaniając wejście pawężami. Ostatni z nich nie miał szczęścia – zbłąkany, zmutowany kusznik posłał bełt prosto w jego gardło, gdy ten przekraczał próg. Żołnierz padł martwy do środka, a ciężkie drzwi natychmiast zatrzaśnięto.

– Rygiel! Barykadować!

Zaległa ciemność, rozświetlana jedynie słabym blaskiem kilku świec. Powietrze było duszne od strachu.

– Tylko… tylko tylu was przysłali? – odezwał się drżący głos z kąta sali.

Spojrzeliśmy w mrok. Zgromadziło się tu szesnaście osób. Ośmioro przerażonych dzieci i trzech starców. Resztki zrujnowanej osady.

– Było nas stu trzydziestu. A was ilu jeszcze żyje? – zapytał dowódca, ciężko opierając się o miecz i zaglądając przez szpary w deskach na zewnątrz, gdzie powoli gromadziła się armia potworów.

– Nie wiemy… – szepnął jeden ze starców, zaczynając opowiadać historię koszmaru, który zaczął się zaledwie kilka tygodni temu. – Przybył tu krasnolud… Miał skórę koloru popiołu, a jego oczy żarzyły się jak węgle w ognisku. Chodził po kopalni, powtarzając tylko, że musi coś sprawdzić, że to posłuży czemuś większemu… Potem zniknął. A wraz z nim zaczęły znikać nasze rodziny.

Popielata skóra i gorejące oczy. Słowa starca zawisły w dusznym powietrzu niczym wyrok śmierci, a dowódca spojrzał ciężko na jednego ze swoich oficerów.

– Spec majstrze… ilu nas zostało zdolnych do walki?

Oficer przetarł zakrwawiony hełm, rzucając okiem na resztki niegdyś dumnej Centurii.

– Zaledwie czterdziestu trzech, panie. Zaledwie czterdziestu trzech.

Ostatni Rozkaz i Wodospad Światła

Dowódca stanął na środku spowitego mrokiem pomieszczenia. Omiótł wzrokiem wykrwawione resztki swojej Centurii, opierając się ciężko o miecz.

– Stan prochu! – rzucił krótko, a jego głos, choć ochrypły, wciąż niósł ze sobą absolutny, wojskowy autorytet.

– Zaledwie na trzynaście strzałów, panie – odparł ponuro jeden ze strzelców.

Oficer skinął ciężko głową.

– Tarczownicy, napijcie się. Zwilżcie gardła – polecił, po czym odwrócił się do skulonych w kącie ocalałych. Zmierzył wzrokiem trójkę starców. – Starsi… mam dla was złą i dobrą wiadomość. Wy nie dacie rady uciec. Jesteście zbyt wolni. Ale to właśnie wy umożliwicie to dzieciom. Wasze życie kupi im czas. Szkoda tylko, że nasze wozy z zaopatrzeniem zostały na samym początku kordonu…

Starcy przyjęli te słowa w milczeniu. Doskonale znali surowe prawo podziemi. Następnie dowódca odwrócił się do swoich żołnierzy. W blasku dogasających świec jego twarz była maską ze stali.

– Panowie. Jako wasz dowódca, po raz ostatni wydaję wam rozkaz. Kiedy wybrzmią moje słowa, zrzucam z siebie rangę i staję się z powrotem waszym równym bratem. Wyznaczyć dziesięciu najbardziej sprawnych z lekkiej piechoty! – zaryczał nagle. – Wy osłonicie dzieci i kobiety! Odprowadzicie ich na powierzchnię, do miasta i zdacie raport! Armia musi wiedzieć, z czym przyjdzie jej walczyć! A reszta… – zawiesił głos, patrząc w oczy weteranów, z którymi przelał morze krwi. – Szlachetni bracia, śmierć u waszego boku będzie dla mnie zaszczytem.

Chwilę później strzelec, obserwujący plac przez pęknięcie w drzwiach, cofnął się gwałtownie.

– Przestali atakować – szepnął z niedowierzaniem. – Ustawili się w szeregu przed budynkiem. Czekają.

Ta upiorna, nienaturalna cierpliwość wroga była gorsza niż ich wściekłość. Kalkulowali. Wiedzieli, że mają oddział w potrzasku. Dowódca podjął decyzję w ułamku sekundy.

– Oddajcie resztę prochu Vivo! – zakomenderował. – Vivo, twój cel to uszkodzić mechanizm bramy i zablokować ją na głucho, gdy uciekinierzy przejdą. My stworzymy żywy kordon. Zasłonimy wyjście własnymi ciałami, by te potwory nie widziały, kto opuszcza wioskę. Może skupią całą uwagę na nas, a my damy im czas!

Wyszliśmy w mrok. Nasi wrogowie po prostu tam stali. Dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy po raz pierwszy wkraczaliśmy do Gortharu – nieruchome, upiorne posągi o pustych oczach. Ustawiliśmy się przed wejściem z żelazną dyscypliną, dokładnie tak, jak dyktował regulamin. Z przodu stanęli tarczownicy, tworząc szczelny mur. W ich szereg wmaszerował dowódca. Nie miał już swojej potężnej pawęży – w lewej dłoni dzierżył prowizoryczną tarczę zrobioną z kawałka roztrzaskanego wiadra z grubą, żelazną obręczą, a w prawej swój wyszczerbiony miecz. Wyglądał z tym desperacko, ale w jego postawie kryła się obietnica rzezi. My, lekka piechota, uformowaliśmy flanki. W środku stanęli strzelcy prochowi, teraz pozbawieni amunicji, ściskający w dłoniach krótkie noże szturmowe.

Za naszymi plecami, przez ledwo uchylone wrota bramy, powolutku i w absolutnej ciszy wyślizgiwały się kobiety, dzieci oraz nasza dziesiątka eskorty. Byli skuleni, stopieni z cieniami, modląc się, by nikt ich nie dostrzegł. Sekundy ciągnęły się w nieskończoność. Nagle kilku zmutowanych nie wytrzymało napięcia. Wyrwali się z szeregu i ruszyli prosto na nas. Dowódca zrobił krok do przodu, przed mur tarcz. Gdy pierwszy napastnik skoczył, oficer uderzył go swą prowizoryczną tarczą z tak potworną siłą, że żelazna obręcz po prostu ścięła potworowi głowę. Ułamek sekundy później wyprowadził mordercze cięcie mieczem, eliminując następnego. Po tym pokazie brutalnej siły gładko cofnął się za linię pancerzy. A potem uderzyła na nas reszta.

Wpadliśmy w bitewny szał. Mieliśmy co robić. Zderzenie stali, ryk, bryzgająca krew – wir walki wciągnął nas tak głęboko, że nikt z nas nie miał nawet ułamka sekundy, by pomyśleć o nieuchronnym końcu. Byliśmy trybami w machinie śmierci, które po prostu wykonywały swoje zadanie. W końcu usłyszeliśmy ten dźwięk. Uciekinierzy przemknęli. Vivo z całych sił zakręcił korbą, a masywna brama z łoskotem zatrzasnęła się za ich plecami.

Dopiero wtedy wrogowie zrozumieli, co się stało. Zorientowali się, że ocalali wymknęli się z ich pułapki. Horda ryknęła z nieludzką wściekłością i ruszyła do zmasowanego, ostatecznego szturmu. W tym samym momencie Vivo zapalił lont. Potężna eksplozja prochu wstrząsnęła kopalnią, rozrywając mechanizm na strzępy. Zablokowana brama nie puści, chyba że rozniosą ją na kawałki surową siłą. Kupiliśmy im życie.

Staliśmy w epicentrum nacierającej hordy. Nasze zadanie dobiegło końca.

– Teraz my! – zaryczał dowódca, wznosząc w górę miecz. – Teraz nasza kolej! Za SKALY!

Walka trwała. Czułem uderzenia, potęgujący się ból ustępował miejsca czystej adrenalinie. Uderzałem, ciąłem, blokowałem. A potem… nagle wszystko zwolniło.

Poczułem ciepło. Przyjemne, łagodne, rozlewające się po całym ciele ciepło, zupełnie niepasujące do zimnego, kopalnianego mroku. Zapach krwi i prochu po prostu zniknął. Zamiast tego, przed moimi oczami wyłonił się ten piękny, podziemny wodospad, który mijaliśmy na początku marszu. Słyszałem szum lodowatej wody. Widziałem bioluminescencyjne grzyby i łagodnie falującą trawę fac. Zrobiło się jasno. Coraz jaśniej i jaśniej, zmywając cały ból. Aż w końcu światło pochłonęło wszystko

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

 

Przykładowe sprawy techniczne, które zatrzymały mnie podczas czytania i sugestie oraz wątpliwości co do nich (zawsze – tylko do przemyślenia):

– Tam! – wskazał na budynek przy bramie tunelu. – błędny zapis dialogu?

 

Czy te przykładowe aliteracje są celowe?:

Chwilę później strzelec, obserwujący plac przez pęknięcie w drzwiach, cofnął się gwałtownie.

Zderzenie stali, ryk, bryzgająca krew – wir walki wciągnął nas tak głęboko, że nikt z nas nie miał nawet ułamka sekundy, by pomyśleć o nieuchronnym końcu.

Przyjemne, łagodne, rozlewające się po całym ciele ciepło, zupełnie niepasujące do zimnego, kopalnianego mroku.

 

W Paszczę Gortharu – czy na pewno wielką literą?

Ta upiorna, nienaturalna cierpliwość wroga była gorsza niż ich wściekłość. – składniowy? – skoro „wroga”, to czemu potem: „ich”, a nie – „jego”?

Aż w końcu światło pochłonęło wszystko – brak kropki na końcu zdania lub brak końca zdania?

 

Opisy walk oraz emocji narratora – bardzo realistyczne, wciągające. :)

Klik, pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka