- Opowiadanie: barniusz - Idę po ciebie

Idę po ciebie

Dzień dobry,

na końcu przed­mo­wy umiesz­czam trig­ger war­ning, po­nie­waż wy­obra­żam sobie, że dla kogoś punkt wyj­ścia do tek­stu może być za mocny. Nie sądzę, żeby był to spo­iler – rzecz wy­da­rza się dość wcze­śnie w tek­ście. 

Po­mysł na tekst jest luźno in­spi­ro­wa­ny sesją w Va­esen RPG, którą mia­łem przy­jem­ność pro­wa­dzić parę lat temu, a która zo­sta­ła we mnie i w gra­czach na dłu­żej.

Ser­decz­ne po­dzię­ko­wa­nia za betę dla Mi­cha­el­Bul­l­finch – po­praw­ki to jego za­słu­ga, błędy to moja wina.

--- 

Trig­ger war­ning: śmierć dziec­ka

 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

beeeecki

Oceny

Idę po ciebie

Gdy palce Bog­da­na za­mknę­ły po­wie­ki drob­nej có­recz­ki, głę­bo­ko na dnie je­zio­ra Skrzy­pek otwo­rzył oczy.

 

*** 

 

Ma­ry­sien­ka umar­ła nagle. Wcze­snym ran­kiem zja­dła pajdę swo­je­go ulu­bio­ne­go żyt­nie­go chle­ba z ma­słem, a potem wy­bie­gła na po­dwó­rze, by nie stra­cić choć­by chwi­li sierp­nio­we­go dnia. Gdy kilka go­dzin póź­niej Bog­dan wy­szedł na po­dwó­rze do­sy­pać kurom ziar­na, wi­dział ją w od­da­li, jak biega po polu ze swoją naj­lep­szą przy­ja­ciół­ką, Mar­ce­li­ną. Pę­dzi­ły przed sie­bie z ru­mia­ny­mi twa­rza­mi, w tar­ga­nych wia­trem su­kien­kach. 

Nie­szczę­ście na­de­szło wcze­snym po­po­łu­dniem. Wpa­ro­wa­ło do izby wraz ze zzia­ja­ną Mar­ce­li­ną. Było w jej ury­wa­nym od­de­chu, w po­prze­ty­ka­nych źdźbła­mi, po­tar­ga­nych wło­sach, ale naj­wię­cej go tkwi­ło w roz­sze­rzo­nych z prze­ra­że­nia oczach.

– Ma­ryś­ka… – za­czę­ła dziew­czyn­ka, pró­bu­jąc zła­pać od­dech. – Ona…

Bog­dan pod­niósł się z zydla, na któ­rym pykał swoją przed­obia­do­wą fajkę i spoj­rzał krót­ko na żonę. Ta prze­sta­ła się krzą­tać po kuch­ni i stała teraz po­bla­dła, wpa­tru­jąc się w Mar­ce­li­nę. Męż­czy­zna ru­szył ku drzwiom.

– Chodź – po­le­cił dziew­czyn­ce. – Opo­wiesz po dro­dze.

Chwi­lę potem pę­dził już przez pole, po­ty­ka­jąc się i wy­krzy­ku­jąc imię córki. Słowa po­zo­sta­wio­nej da­le­ko w tyle Mar­ce­li­ny ko­tło­wa­ły mu się w gło­wie. 

By­ły­śmy na polu u sta­re­go Wie­nia­wy, bo u niego jest teraz ten ol­brzy­mi stóg. Wspi­na­ły­śmy się na niego i zjeż­dża­ły­śmy. Ma­ryś­ka chcia­ła po­ka­zać, jak da­le­ko ze­sko­czy z samej góry. Upa­dła i krzyk­nę­ła krót­ko, a chwi­lę potem pod­wi­nę­ła su­kien­kę i krzy­cza­ła już bez prze­rwy. Jej udo…

Bog­dan prze­sko­czył przez mie­dzę dzie­lą­cą jego zie­mię od pola sta­re­go Wie­nia­wy i w kilku dłu­gich su­sach do­padł do córki. Jej udo było otwar­te, przez roz­dar­tą skórę prze­bi­ja­ła kość. Drob­ne nogi i su­kien­ka Ma­ry­sień­ki były lep­kie od krwi. Skąd jej tu aż tyle?! 

Słowa Mar­ce­li­ny znów za­dud­ni­ły mu w gło­wie: Pod­wi­nę­ła su­kien­kę i krzy­cza­ła bez prze­rwy.

Teraz mil­cza­ła. 

Krzycz, cór­cia, po­my­ślał. Krzycz. To musi tak bar­dzo boleć, na pewno bar­dzo cię boli. Wy­drzyj się, prze­cież po­tra­fisz. Tak ład­nie na mnie krzy­czysz, kiedy pod­szczy­pu­ję cię, gdy nie chcesz wy­grze­bać się z pie­rzy­ny. Krzycz, pro­szę.

Nie za­pa­mię­tał łez, które wsią­ka­ły mu w brodę.

Nie za­pa­mię­tał Mar­ce­li­ny, która za­trzy­ma­ła się prze­stra­szo­na na środ­ku pola i pa­trzy­ła, jak nie­sie wiot­ką córkę na rę­kach w stro­nę domu.

Nie za­pa­mię­tał uja­da­nia Zucha, który jesz­cze chwi­lę wy­le­gi­wał się w cie­niu pod chatą, ale pod­niósł się na czte­ry łapy, gdy tylko Bog­dan się zbli­żył.

Za­pa­mię­tał twarz sto­ją­cej w otwar­tych drzwiach Ireny. Mo­ment, gdy ich spoj­rze­nia się spo­tka­ły, a w oczach mał­żon­ki zgasł blask.

 

*** 

 

Przed chatą Ja­ku­ba stały dwie ło­pa­ty i sie­kie­ra. Od kil­ku­na­stu lat to on kopał we wsi groby. Nie­da­le­ko wa­la­ły się szcza­py i le­ża­ła prze­wró­co­na tacz­ka. 

Drzwi były uchy­lo­ne, więc Bog­dan za­pu­kał i wszedł, nie cze­ka­jąc na za­pro­sze­nie. Już w progu po­czuł kwa­śny za­pach go­rzał­ki.

Jakub sie­dział na ławie. Przed nim, na krzy­wym stole, le­ża­ły bo­chen chle­ba, ce­bu­la, gli­nia­ny kubek i na wpół opróż­nio­na bu­tel­ka oko­wi­ty.

– Grób mu­sisz wy­ko­pać – po­wie­dział Bog­dan, omia­ta­jąc po­miesz­cze­nie spoj­rze­niem. 

Jakub spoj­rzał w jego kie­run­ku. Mętne, roz­bie­ga­ne oczy mó­wi­ły wiele o kon­dy­cji go­spo­da­rza.

– Komu? – za­py­tał i czknął.

Bog­dan za­wa­hał się. Głos uwiązł mu w gar­dle.

– Małej – po­wie­dział w końcu, nie mogąc wy­du­sić wię­cej.

Przy­mknął oczy i po­trzą­snął głową, by od­rzu­cić za­le­wa­ją­ce go myśli. Nie teraz. Naj­pierw trze­ba wszyst­ko za­ła­twić.

Jakub mil­czał przez chwi­lę. W końcu pod­niósł się i chwiej­nym kro­kiem pod­szedł do kre­den­su. Za chwi­lę po­sta­wił na stole drugi kubek i drżą­cą ręką nalał do obu al­ko­ho­lu nie­mal po sam brzeg. 

– Napij się.

– Nie chcę.

– Po­mo­że – stwier­dził Jakub i jakby chcąc dać przy­kład, wy­chy­lił. – Mocne. – Skrzy­wił się.

Bog­dan pod­szedł do stołu. Do­strzegł drugą, pustą bu­tel­kę, sto­ją­cą na pod­ło­dze. Nie wró­ży­ło to do­brze, a prze­cież nie mieli wiele czasu.

– Słu­chaj, Kuba – za­czął po­wo­li – po­trze­bu­ję, żebyś się ogar­nął. Mu­sisz za­cząć kopać, a ja zajmę się resz­tą. Nic jesz­cze nie jest go­to­we.

– Dziś nie wy­ko­pię.

– Wy­ko­piesz.

– Bog­dan, ja ledwo stoję. – Jakub po­tarł dło­nią czoło. – Zresz­tą i tak nie ma księ­dza, wy­je­chał dziś do mia­sta.

Bog­dan po­chy­lił się nad sto­łem i bły­ska­wicz­nym ru­chem zła­pał gra­ba­rza za ko­szu­lę. Pod­niósł go, aż za­trzesz­czał ma­te­riał. Ce­bu­la po­to­czy­ła się po trą­co­nym stole i spa­dła na pod­ło­gę.

– W dupie to mam, Kuba – wy­ce­dził przez zęby. – Twoje picie, księ­dza. Trze­ba ją po­cho­wać. Je­że­li Ma­ry­sia zo­sta­nie w domu zbyt długo, Skrzy­pek…

– Wiem, Bog­dan! – Twarz Ja­ku­ba stę­ża­ła. Od­trą­cił rękę go­ścia i opadł cięż­ko na ławę. – Wiem, że Skrzy­pek. Od czter­na­stu lat sły­szę tylko o nim. Mu­sisz kopać, Kuba, szyb­ko, Kuba. Nie wy­jeż­dżaj, nie cho­ruj, nigdy nie wia­do­mo, kiedy bę­dziesz po­trzeb­ny. Ja się o to, kurwa, nie pro­si­łem! – Chwy­cił kubek, który wcze­śniej na­peł­nił dla Bog­da­na i wypił dusz­kiem. 

Na chwi­lę za­pa­dła cisza, prze­ry­wa­na tylko szyb­kim od­de­chem Ja­ku­ba.

– Głupi byłem – pod­jął – że po śmier­ci ojca chwy­ci­łem za ło­pa­tę. Wi­dzia­łem prze­cież, co ta praca z nim zro­bi­ła. Ale ktoś mu­siał się tym zająć, a jakoś nikt się nie kwa­pił. Stary całe życie zno­sił to, co ja teraz, ale kiedy przy­szła kolej na niego, żadne z was się nie po­czu­ło. Co? Nagle Skrzy­pek prze­stał być taki strasz­ny? Pew­nie, niech przyj­dzie, zagra tę swoją me­lo­dyj­kę i za­bie­rze ze sobą sta­re­go. Żona i tak dawno od niego ode­szła, a z syna taki sam ochlej, nawet nie za­uwa­ży.

– Przy­kro mi, Kuba. Nie wie­dzia­łem. Ale teraz po­trze­bu­ję cię na cmen­ta­rzu.

Jakub spró­bo­wał wstać, ale nogi ugię­ły się pod nim. Oparł się o stół, wy­pu­ścił po­wie­trze.

– Wi­dzisz? – Uśmiech­nął się krzy­wo. – Nie dam rady. Ta­kie­go gra­ba­rza sobie wy­cho­wa­li­ście.

Bog­dan nie słu­chał. Wy­da­ło mu się, że z od­da­li do­bie­ga dźwięk skrzy­piec.

 

*** 

 Jest jesz­cze czas, po­wta­rzał sobie Bog­dan, idąc przez cmen­tarz. W rę­kach niósł za­bra­ne sprzed chaty Ja­ku­ba ło­pa­ty. Słoń­ce stoi wy­so­ko, a grób prze­cież bę­dzie…

 Mały.

 Prze­łknął ślinę i po­trzą­snął głową. Nie dziś, jesz­cze nie mógł po­zwo­lić sobie na sła­bość.

Minął lipę ro­sną­cą przy murze cmen­tar­nym. Jej cień wciąż nie się­gał miej­sca, gdzie za­mie­rzał kopać. Odło­żył ło­pa­ty i za­ka­sał rę­ka­wy. Raz jesz­cze spoj­rzał na słoń­ce. Jest czas. Musi być.

Wcze­śniej po­pro­sił na ple­ba­nii, by przy­sła­no do niego księ­dza, gdy tylko wróci z mia­sta. Irka miała zająć się przy­go­to­wa­niem małej – umyć ją i prze­brać. Wie­nia­wo­wa przy­szła pomóc i do­trzy­mać to­wa­rzy­stwa. Dadzą sobie radę. Muszą.

Za­czął kopać. Pierw­sze szty­chy wcho­dzi­ły łatwo. Mokra od ostat­nich desz­czów zie­mia ustę­po­wa­ła bez oporu. Wbić, do­ci­snąć, od­rzu­cić zie­mię. Jed­no­staj­ny rytm spra­wił, że myśli Bog­da­na za­czę­ły błą­dzić.

Od dziec­ka sły­szał o Skrzyp­ku. O mu­zy­kan­cie i jego nie­szczę­śli­wej mi­ło­ści. O tym, jak trzy dni i trzy noce stał nad je­zio­rem i grał, aż od­po­wie­dzia­ła mu sama woda. O ukła­dzie, któ­re­go żaden czło­wiek nie po­wi­nien za­wie­rać. O skrzyp­cach, które nie grały dla ży­wych.

Ciało Bog­da­na prze­szył ból, gdy ło­pa­ta tra­fi­ła na coś twar­de­go. Gruby ko­rzeń lipy. Spró­bo­wał jesz­cze raz, po­ma­ga­jąc sobie nogą. Trzo­nek pękł mu w rę­kach, a kilka drzazg bo­le­śnie wbiło się w dło­nie. Od­rzu­cił ło­pa­tę i schy­lił się, by pod­nieść z ziemi drugą. Wtedy to usły­szał. Tym razem na pewno. 

Mu­zy­ka.

Nie zdą­żył?

 

*** 

 

Do domu Bog­dan miał mniej wię­cej czte­ry wior­sty, je­że­li iść głów­ną drogą. Za da­le­ko. Od­rzu­cił ło­pa­tę, prze­sko­czył cmen­tar­ny mur i rzu­cił się przez pola. Mie­dze, rowy i ścier­ni­ska prze­la­ty­wa­ły pod no­ga­mi. Po­ty­kał się, łapał rów­no­wa­gę i biegł dalej, igno­ru­jąc ogień roz­le­wa­ją­cy się w płu­cach..

Skrzyp­ce nie mil­kły. Mu­zy­ka sta­wa­ła się coraz gło­śniej­sza.

Słoń­ce prze­cież jesz­cze nie za­szło. Dla­cze­go on już tu jest? Tak nie po­win­no być.

Zgu­bił krok, a kost­kę prze­szył ostry ból. Upadł, ale pod­niósł się na­tych­miast. Biegł wol­niej, kuś­ty­ka­jąc, ale dom był już nie­da­le­ko. Jesz­cze tylko…

Prze­sko­czył rów i znów nie­mal upadł, lą­du­jąc na głów­nej dro­dze.

Wtedy go zo­ba­czył. 

Skrzy­pek zbli­żał się już do domu Bog­da­na. Mu­zy­ka była je­dy­nym dźwię­kiem, jaki niósł się po wsi, nawet zwie­rzę­ta za­mil­kły. Żaden z są­sia­dów nie wy­szedł, nikt nie wy­sta­wił głowy przez okno. Nie­czę­sto sły­sza­na, ale do­brze znana me­lo­dia za­trzy­ma­ła wszyst­kich w do­mach.

Bog­dan ru­szył w tamtą stro­nę. Pró­bo­wał biec, ale nie miał już sił. Nad­wy­rę­żo­na noga pul­so­wa­ła bólem. 

– Hej – spró­bo­wał krzyk­nąć, ale głos uwiązł mu w gar­dle. Od­chrząk­nął. – Hej!

Skrzy­pek za­trzy­mał się i od­wró­cił. Choć dzie­li­ło ich kil­ka­dzie­siąt kroków, Bog­dan do­sko­na­le wi­dział zgni­ło­zie­lo­ną twarz i ciem­ne, osa­dzo­ne głę­bo­ko oczy. Rzad­kie, dłu­gie, pro­ste od wil­go­ci włosy opa­da­ły na twarz i ra­mio­na mu­zy­kan­ta. Znisz­czo­ny gar­ni­tur, który wi­siał na nim jak na stra­chu na wró­ble, ocie­kał wodą. 

Smy­czek le­ni­wie sunął po stru­nach. 

Bog­dan zbli­żał się. Za­ci­skał pię­ści i ża­ło­wał, że po­rzu­cił ło­pa­tę na cmen­ta­rzu. Za­mach­nął­by się nią teraz i roz­trza­skał te prze­klę­te skrzyp­ce na drza­zgi. 

Mu­zy­ka roz­brzmie­wa­ła coraz gło­śniej w jego uszach. Zwol­nił, czu­jąc, jak z każ­dym tak­tem opada z sił. Me­lo­dia za­czę­ła mu cią­żyć ni­czym mokre ubra­nie. 

– Prze­stań! – wark­nął, z tru­dem sta­wia­jąc ko­lej­ny krok. – Prze­stań to ze mną robić!

Ką­ci­ki ust Skrzyp­ka unio­sły się nie­znacz­nie. 

– Sam to sobie ro­bisz – po­wie­dział skrze­kli­wie. – Wie­rząc, że mo­żesz coś po­ra­dzić.

– Ty też wal­czy­łeś! – Bog­dan za­trzy­mał się pięć kroków od upio­ra. Czuł, że nie zdoła po­dejść ani kroku bli­żej.

Skrzy­pek mil­czał, gra­jąc nie­prze­rwa­nie. 

– Nie rób jej tego. Jest za młoda, za mała. 

– To nie ma zna­cze­nia. 

– Dla mnie ma – po­wie­dział cicho Bog­dan. Po­czuł łzy na­pły­wa­ją­ce do oczu. – Ni­ko­mu nie zro­bi­ła krzyw­dy.

– To też się nie liczy.

– Weź mnie za­miast niej. 

– Ona nie żyje.

– W takim razie zabij mnie.

– To tak nie dzia­ła – wy­ja­śnił bez­na­mięt­nie.

– Je­że­li sam to zro­bię… za­bie­rzesz mnie za­miast jej?

Smy­czek za­trzy­mał się. Mu­zy­ka uci­chła.

– Wtedy za­bio­rę oboje.

Bog­dan sko­czył. Wy­cią­gnął ręce, pró­bu­jąc się­gnąć po­marsz­czo­ne­go gar­dła upio­ra. 

Skrzyp­ce roz­brzmia­ły ostrym wi­zgiem.

 

***

 

Bog­dan stał nad je­zio­rem. Jego po­wol­ny od­dech za­mie­niał się w ob­ło­ki pary. 

Pa­trzył w błę­kit­ną taflę, od­ci­na­ją­cą się od bia­łe­go puchu. 

Skrzy­pek wal­czył, po­my­ślał. Usta­lił swoje za­sa­dy i do­stał szan­sę. 

Teraz moja kolej. Idę po cie­bie, cór­cia.

Naj­pierw pod cięż­ki­mi bu­ta­mi za­skrzy­piał śnieg. Potem za­chlu­po­ta­ła woda.

 

Koniec

Komentarze

Cześć

Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem zakończenie. Opowiadanie bardzo dobre. Konkretne, chociaż smutne. Trochę szkoda, że nie rozprawiłeś się z tym żęposkrzypkiem bardziej dosadnie, ale widocznie tak miało być. 

Dla mnie jest to horror, ale widzę, że oznaczyłeś: inne. Ok.

Klik!

Pozdrawiam

Dzięki, Hesket

Zastanawiałem się, czy nie powinien być to horror – w końcu uznałem jednak, że chyba za mało straszy w tym wszystkim, żeby za horror uchodzić. 

Z ciekawości – jak zrozumiałeś zakończenie? :) 

Że bohater pobił skrzypka i wszedł do wody :-) Stał się… No właśnie, kim?

Czołem!

Musisz kopać, Kuba, szybko, Kuba.

“Kop, Kuba, kop”, jedyne moje skojarzenie ;)

Choć dzieliło ich kilkadziesiąt metrów, Bogdan doskonale widział zgniłozieloną twarz i ciemne, osadzone głęboko oczy.

Metry niedobrze wypadają w takich opowieściach. Lepiej podmienić na kroki, rzut kamieniem, cokolwiek. Też w drugim miejscu, gdzie ich użyłeś.

 

Niezła klamra kompozycyjna. Czasami zabrakło mi większych emocji u bohatera, trochę rozczarował skrót na końcu. W końcu Skrzypek po prostu wziął córkę?

Aura nadchodzenia Skrzypka i nieuniknioności również niezła. Fajne ;)

 

Pozdrawiam i klikam!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

A no widzę, że Hesket ma ten sam problem ze zrozumieniem czy na pewno było tak ;)

Ostatni to chyba w ogóle rozumiemy niektóre rzeczy podobnie, Heskecie, bo w tekście Krzysztofa Kapibary tak samo było ;)

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Dzięki, beeeecki, za wizytę i lekturę!

Jeżeli chodzi o brak emocji u Bogdana – chciałem przede wszystkim pokazać, że jest skupiony na działaniu. Bywa, że w skrajnych emocjach pierwszą reakcją jest po prostu działanie, bo ono odwleka moment skonfrontowania się z nową rzeczywistością. Tutaj napędem do tego, by nie myśleć, tylko robić, była dodatkowo wizja nadejścia Skrzypka. Stąd te dwa wspomnienia w tekście, że myśli przychodziły, ale Bogdan je odsuwał, upominając się, że nie teraz jest na to czas.

Ciekawe, że tak interpretujecie zakończenie. :) Moim zamysłem było to, że minęło kilka miesięcy, Bogdan wreszcie te myśli do siebie dopuścił i zgniotło go to straszliwie, więc ostatecznie postanowił (w przypływie szaleństwa i rozpaczy) wkroczyć po prostu do jeziora, najpewniej się topiąc. 

Wasze komentarze otworzyły mi jednak oczy na jeszcze jedno możliwe zakończenie – może stał nad tą wodą trzy dni i trzy noce, prosząc jezioro o możliwość złożenia wizyty, a to go w końcu wpuściło? W końcu Skrzypek też walczył i ustalił swoje zasady. ;) 

Miło mi, że pomimo tych wątpliwości, tekst uważacie za przyzwoity. :)

 

Metry poprawiłem, dzięki. MichaelBullfinch zwrócił mi uwagę na kilometry i zasugerował zmianę na wiorsty, ale cóż – jak nie pokażesz palcem, to sam się nie domyślę, że w takim razie metry też warto by czymś zastąpić. :D

Tutaj napędem do tego, by nie myśleć, tylko robić, była dodatkowo wizja nadejścia Skrzypka.

To w sumie celne, faktycznie, wiedział, co będzie się działo.

Wasze komentarze otworzyły mi jednak oczy na jeszcze jedno możliwe zakończenie – może stał nad tą wodą trzy dni i trzy noce, prosząc jezioro o możliwość złożenia wizyty, a to go w końcu wpuściło? W końcu Skrzypek też walczył i ustalił swoje zasady. ;) 

Otwarte zakończenie to nawet może być w tym wypadku zaleta :)

Metry poprawiłem, dzięki. MichaelBullfinch zwrócił mi uwagę na kilometry i zasugerował zmianę na wiorsty, ale cóż – jak nie pokażesz palcem, to sam się nie domyślę, że w takim razie metry też warto by czymś zastąpić. :D

Hah, no któż tak nie miał?

 

A jeszcze nie dodałem swojej refleksji, że całość może wypaść jako jakaś antybajka ze Skrzypka na dachu :)

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Nowa Fantastyka