Gdy palce Bogdana zamknęły powieki drobnej córeczki, głęboko na dnie jeziora Skrzypek otworzył oczy.
***
Marysienka umarła nagle. Wczesnym rankiem zjadła pajdę swojego ulubionego żytniego chleba z masłem, a potem wybiegła na podwórze, by nie stracić choćby chwili sierpniowego dnia. Gdy kilka godzin później Bogdan wyszedł na podwórze dosypać kurom ziarna, widział ją w oddali, jak biega po polu ze swoją najlepszą przyjaciółką, Marceliną. Pędziły przed siebie z rumianymi twarzami, w targanych wiatrem sukienkach.
Nieszczęście nadeszło wczesnym popołudniem. Wparowało do izby wraz ze zziajaną Marceliną. Było w jej urywanym oddechu, w poprzetykanych źdźbłami, potarganych włosach, ale najwięcej go tkwiło w rozszerzonych z przerażenia oczach.
– Maryśka… – zaczęła dziewczynka, próbując złapać oddech. – Ona…
Bogdan podniósł się z zydla, na którym pykał swoją przedobiadową fajkę i spojrzał krótko na żonę. Ta przestała się krzątać po kuchni i stała teraz pobladła, wpatrując się w Marcelinę. Mężczyzna ruszył ku drzwiom.
– Chodź – polecił dziewczynce. – Opowiesz po drodze.
Chwilę potem pędził już przez pole, potykając się i wykrzykując imię córki. Słowa pozostawionej daleko w tyle Marceliny kotłowały mu się w głowie.
Byłyśmy na polu u starego Wieniawy, bo u niego jest teraz ten olbrzymi stóg. Wspinałyśmy się na niego i zjeżdżałyśmy. Maryśka chciała pokazać, jak daleko zeskoczy z samej góry. Upadła i krzyknęła krótko, a chwilę potem podwinęła sukienkę i krzyczała już bez przerwy. Jej udo…
Bogdan przeskoczył przez miedzę dzielącą jego ziemię od pola starego Wieniawy i w kilku długich susach dopadł do córki. Jej udo było otwarte, przez rozdartą skórę przebijała kość. Drobne nogi i sukienka Marysieńki były lepkie od krwi. Skąd jej tu aż tyle?!
Słowa Marceliny znów zadudniły mu w głowie: Podwinęła sukienkę i krzyczała bez przerwy.
Teraz milczała.
Krzycz, córcia, pomyślał. Krzycz. To musi tak bardzo boleć, na pewno bardzo cię boli. Wydrzyj się, przecież potrafisz. Tak ładnie na mnie krzyczysz, kiedy podszczypuję cię, gdy nie chcesz wygrzebać się z pierzyny. Krzycz, proszę.
Nie zapamiętał łez, które wsiąkały mu w brodę.
Nie zapamiętał Marceliny, która zatrzymała się przestraszona na środku pola i patrzyła, jak niesie wiotką córkę na rękach w stronę domu.
Nie zapamiętał ujadania Zucha, który jeszcze chwilę wylegiwał się w cieniu pod chatą, ale podniósł się na cztery łapy, gdy tylko Bogdan się zbliżył.
Zapamiętał twarz stojącej w otwartych drzwiach Ireny. Moment, gdy ich spojrzenia się spotkały, a w oczach małżonki zgasł blask.
***
Przed chatą Jakuba stały dwie łopaty i siekiera. Od kilkunastu lat to on kopał we wsi groby. Niedaleko walały się szczapy i leżała przewrócona taczka.
Drzwi były uchylone, więc Bogdan zapukał i wszedł, nie czekając na zaproszenie. Już w progu poczuł kwaśny zapach gorzałki.
Jakub siedział na ławie. Przed nim, na krzywym stole, leżały bochen chleba, cebula, gliniany kubek i na wpół opróżniona butelka okowity.
– Grób musisz wykopać – powiedział Bogdan, omiatając pomieszczenie spojrzeniem.
Jakub spojrzał w jego kierunku. Mętne, rozbiegane oczy mówiły wiele o kondycji gospodarza.
– Komu? – zapytał i czknął.
Bogdan zawahał się. Głos uwiązł mu w gardle.
– Małej – powiedział w końcu, nie mogąc wydusić więcej.
Przymknął oczy i potrząsnął głową, by odrzucić zalewające go myśli. Nie teraz. Najpierw trzeba wszystko załatwić.
Jakub milczał przez chwilę. W końcu podniósł się i chwiejnym krokiem podszedł do kredensu. Za chwilę postawił na stole drugi kubek i drżącą ręką nalał do obu alkoholu niemal po sam brzeg.
– Napij się.
– Nie chcę.
– Pomoże – stwierdził Jakub i jakby chcąc dać przykład, wychylił. – Mocne. – Skrzywił się.
Bogdan podszedł do stołu. Dostrzegł drugą, pustą butelkę, stojącą na podłodze. Nie wróżyło to dobrze, a przecież nie mieli wiele czasu.
– Słuchaj, Kuba – zaczął powoli – potrzebuję, żebyś się ogarnął. Musisz zacząć kopać, a ja zajmę się resztą. Nic jeszcze nie jest gotowe.
– Dziś nie wykopię.
– Wykopiesz.
– Bogdan, ja ledwo stoję. – Jakub potarł dłonią czoło. – Zresztą i tak nie ma księdza, wyjechał dziś do miasta.
Bogdan pochylił się nad stołem i błyskawicznym ruchem złapał grabarza za koszulę. Podniósł go, aż zatrzeszczał materiał. Cebula potoczyła się po trąconym stole i spadła na podłogę.
– W dupie to mam, Kuba – wycedził przez zęby. – Twoje picie, księdza. Trzeba ją pochować. Jeżeli Marysia zostanie w domu zbyt długo, Skrzypek…
– Wiem, Bogdan! – Twarz Jakuba stężała. Odtrącił rękę gościa i opadł ciężko na ławę. – Wiem, że Skrzypek. Od czternastu lat słyszę tylko o nim. Musisz kopać, Kuba, szybko, Kuba. Nie wyjeżdżaj, nie choruj, nigdy nie wiadomo, kiedy będziesz potrzebny. Ja się o to, kurwa, nie prosiłem! – Chwycił kubek, który wcześniej napełnił dla Bogdana i wypił duszkiem.
Na chwilę zapadła cisza, przerywana tylko szybkim oddechem Jakuba.
– Głupi byłem – podjął – że po śmierci ojca chwyciłem za łopatę. Widziałem przecież, co ta praca z nim zrobiła. Ale ktoś musiał się tym zająć, a jakoś nikt się nie kwapił. Stary całe życie znosił to, co ja teraz, ale kiedy przyszła kolej na niego, żadne z was się nie poczuło. Co? Nagle Skrzypek przestał być taki straszny? Pewnie, niech przyjdzie, zagra tę swoją melodyjkę i zabierze ze sobą starego. Żona i tak dawno od niego odeszła, a z syna taki sam ochlej, nawet nie zauważy.
– Przykro mi, Kuba. Nie wiedziałem. Ale teraz potrzebuję cię na cmentarzu.
Jakub spróbował wstać, ale nogi ugięły się pod nim. Oparł się o stół, wypuścił powietrze.
– Widzisz? – Uśmiechnął się krzywo. – Nie dam rady. Takiego grabarza sobie wychowaliście.
Bogdan nie słuchał. Wydało mu się, że z oddali dobiega dźwięk skrzypiec.
***
Jest jeszcze czas, powtarzał sobie Bogdan, idąc przez cmentarz. W rękach niósł zabrane sprzed chaty Jakuba łopaty. Słońce stoi wysoko, a grób przecież będzie…
Mały.
Przełknął ślinę i potrząsnął głową. Nie dziś, jeszcze nie mógł pozwolić sobie na słabość.
Minął lipę rosnącą przy murze cmentarnym. Jej cień wciąż nie sięgał miejsca, gdzie zamierzał kopać. Odłożył łopaty i zakasał rękawy. Raz jeszcze spojrzał na słońce. Jest czas. Musi być.
Wcześniej poprosił na plebanii, by przysłano do niego księdza, gdy tylko wróci z miasta. Irka miała zająć się przygotowaniem małej – umyć ją i przebrać. Wieniawowa przyszła pomóc i dotrzymać towarzystwa. Dadzą sobie radę. Muszą.
Zaczął kopać. Pierwsze sztychy wchodziły łatwo. Mokra od ostatnich deszczów ziemia ustępowała bez oporu. Wbić, docisnąć, odrzucić ziemię. Jednostajny rytm sprawił, że myśli Bogdana zaczęły błądzić.
Od dziecka słyszał o Skrzypku. O muzykancie i jego nieszczęśliwej miłości. O tym, jak trzy dni i trzy noce stał nad jeziorem i grał, aż odpowiedziała mu sama woda. O układzie, którego żaden człowiek nie powinien zawierać. O skrzypcach, które nie grały dla żywych.
Ciało Bogdana przeszył ból, gdy łopata trafiła na coś twardego. Gruby korzeń lipy. Spróbował jeszcze raz, pomagając sobie nogą. Trzonek pękł mu w rękach, a kilka drzazg boleśnie wbiło się w dłonie. Odrzucił łopatę i schylił się, by podnieść z ziemi drugą. Wtedy to usłyszał. Tym razem na pewno.
Muzyka.
Nie zdążył?
***
Do domu Bogdan miał mniej więcej cztery wiorsty, jeżeli iść główną drogą. Za daleko. Odrzucił łopatę, przeskoczył cmentarny mur i rzucił się przez pola. Miedze, rowy i ścierniska przelatywały pod nogami. Potykał się, łapał równowagę i biegł dalej, ignorując ogień rozlewający się w płucach..
Skrzypce nie milkły. Muzyka stawała się coraz głośniejsza.
Słońce przecież jeszcze nie zaszło. Dlaczego on już tu jest? Tak nie powinno być.
Zgubił krok, a kostkę przeszył ostry ból. Upadł, ale podniósł się natychmiast. Biegł wolniej, kuśtykając, ale dom był już niedaleko. Jeszcze tylko…
Przeskoczył rów i znów niemal upadł, lądując na głównej drodze.
Wtedy go zobaczył.
Skrzypek zbliżał się już do domu Bogdana. Muzyka była jedynym dźwiękiem, jaki niósł się po wsi, nawet zwierzęta zamilkły. Żaden z sąsiadów nie wyszedł, nikt nie wystawił głowy przez okno. Nieczęsto słyszana, ale dobrze znana melodia zatrzymała wszystkich w domach.
Bogdan ruszył w tamtą stronę. Próbował biec, ale nie miał już sił. Nadwyrężona noga pulsowała bólem.
– Hej – spróbował krzyknąć, ale głos uwiązł mu w gardle. Odchrząknął. – Hej!
Skrzypek zatrzymał się i odwrócił. Choć dzieliło ich kilkadziesiąt kroków, Bogdan doskonale widział zgniłozieloną twarz i ciemne, osadzone głęboko oczy. Rzadkie, długie, proste od wilgoci włosy opadały na twarz i ramiona muzykanta. Zniszczony garnitur, który wisiał na nim jak na strachu na wróble, ociekał wodą.
Smyczek leniwie sunął po strunach.
Bogdan zbliżał się. Zaciskał pięści i żałował, że porzucił łopatę na cmentarzu. Zamachnąłby się nią teraz i roztrzaskał te przeklęte skrzypce na drzazgi.
Muzyka rozbrzmiewała coraz głośniej w jego uszach. Zwolnił, czując, jak z każdym taktem opada z sił. Melodia zaczęła mu ciążyć niczym mokre ubranie.
– Przestań! – warknął, z trudem stawiając kolejny krok. – Przestań to ze mną robić!
Kąciki ust Skrzypka uniosły się nieznacznie.
– Sam to sobie robisz – powiedział skrzekliwie. – Wierząc, że możesz coś poradzić.
– Ty też walczyłeś! – Bogdan zatrzymał się pięć kroków od upiora. Czuł, że nie zdoła podejść ani kroku bliżej.
Skrzypek milczał, grając nieprzerwanie.
– Nie rób jej tego. Jest za młoda, za mała.
– To nie ma znaczenia.
– Dla mnie ma – powiedział cicho Bogdan. Poczuł łzy napływające do oczu. – Nikomu nie zrobiła krzywdy.
– To też się nie liczy.
– Weź mnie zamiast niej.
– Ona nie żyje.
– W takim razie zabij mnie.
– To tak nie działa – wyjaśnił beznamiętnie.
– Jeżeli sam to zrobię… zabierzesz mnie zamiast jej?
Smyczek zatrzymał się. Muzyka ucichła.
– Wtedy zabiorę oboje.
Bogdan skoczył. Wyciągnął ręce, próbując sięgnąć pomarszczonego gardła upiora.
Skrzypce rozbrzmiały ostrym wizgiem.
***
Bogdan stał nad jeziorem. Jego powolny oddech zamieniał się w obłoki pary.
Patrzył w błękitną taflę, odcinającą się od białego puchu.
Skrzypek walczył, pomyślał. Ustalił swoje zasady i dostał szansę.
Teraz moja kolej. Idę po ciebie, córcia.
Najpierw pod ciężkimi butami zaskrzypiał śnieg. Potem zachlupotała woda.