- Opowiadanie: NomadFromNowhere - Motylek

Motylek

Cześć!

Szperałem w tekstach sprzed lat i natrafiłem na dość osobliwy egzemplarz. Oczywiście był w opłakanym stanie technicznym, ale wyłapałem większość (chyba ;P) potworków i gniotącej go zaimkozy, co – mam nadzieję – pozwoli przejść przez tekst bez ran kłutych w oczy.

Niestety nie wiem, jak go sklasyfikować. Nie jest to czyste fantasy, horror czy thriller, choć zawiera w sobie elementy każdego z tych gatunków.

Czytając teksty innych na portalu, zwróciłem uwagę, że autorzy często ostrzegają przed ostrym słownictwem. Także uznałem, że i ja powinienem – padają tu bodajże dwa zwroty, które mogą urazić czyjąś wrażliwość.

Miłej lektury!

PS: Nie jest aż tak długi ;)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Motylek

Pan Kacper otworzył oczy dokładnie o szóstej rano. Poranki nigdy nie należały do jego ulubionych pór dnia, gdyż wymagały przełamania bezpiecznej ciszy nocy. Przez dłuższą chwilę leżał w bezruchu, skupiając wzrok na jednym, stałym punkcie na suficie, zanim zebrał siły, by udać się do łazienki. Przemył twarz zimną wodą w starej, brudnej umywalce i spojrzał niechętnie w lustro. Z odbicia patrzył na niego trzydziestoletni mężczyzna o łagodnej, zaskakująco dziecięcej twarzy. Dawno temu lekarze zapisali w jego dokumentach skomplikowane pojęcia: spektrum autyzmu i niepełnosprawność intelektualna w stopniu lekkim. Pan Kacper nigdy nie rozumiał istoty tych trudnych słów. Wiedział tylko, że świat wokół niego porusza się zbyt szybko, a ludzie mówią do niego skomplikowanym szyfrem, którego nie potrafi złamać. Mieszkał samotnie w ciasnym mieszkaniu, które odziedziczył po zmarłej matce. Wszystko tutaj wciąż stało na swoim miejscu, dokładnie tak, jak je zostawiła. Wyszedł na korytarz i zatrzymał się przed zdjęciem wiszącym na ścianie. Delikatnie, czubkiem palca, poprawił drewnianą ramkę, by wisiała idealnie prosto.

 – Cześć, mamo – powiedział cicho do fotografii. – Dzisiaj na pewno uda mi się złapać tego motylka. Wiem, pamiętam, co mówiłaś… Że mam ich już bardzo dużo w albumiku. Ale ten jest inny, mamo. Jest wyjątkowy, nigdy takiego nie widziałem. On jest naprawdę magiczny.

Kacper zbierał motyle. Miał do tego przeznaczony specjalny, gruby klaser, którego prawie nigdy nikomu nie pokazywał. To był jego największy, najświętszy sekret. Był z niego ogromnie dumny i uwielbiał w całkowitej samotności godzinami wpatrywać się w barwne skrzydła. Wierzył głęboko, że te małe stworzenia nie zostały uwięzione i że po prostu „zgodziły się” zamieszkać w nim, uciekając przed głośnym, niezrozumiałym światem. Zdarzały się jednak w życiu pana Kacpra chwile, kiedy mgła w głowie nagle rzedniała. Umysł stawał się wtedy boleśnie czysty, a łagodna twarz przybierała dorosły, poważny wyraz – na tyle, na ile to było możliwe w jego przypadku. Najsilniejszy z tych momentów przyszedł wtedy, gdy matka umierała w potwornych mękach, ciężko chorując na raka jelit. Nie potrafił pojąć samej istoty śmierci, ale doskonale rozumiał cierpienie.

Kacperku, moim najskrytszym marzeniem jest, abyś zawsze był szczęśliwy i uśmiechnięty. Od jakiegoś czasu jesteś bardzo smutny.

Za każdym razem, gdy pan Kacper przypominał sobie tamte dni, kurczowo przegryzał lewą wargę. Robił to tak często, że wyrobił sobie nieprzyjemny nawyk ciągłego, nerwowego krzywienia ust – ten tik zniekształcał naturalne rysy, nadając mu dziwny, niepokojący wygląd. Tamtego dnia, wciąż nie dopuszczając do siebie myśli, że mama odchodzi na zawsze, usiadł przy jej łóżku. Chciał dać jej coś od siebie, naprawić świat, który się rozpadał. Zapytał ją o jej najskrytsze marzenie i o to, jak może je spełnić. Kacper panicznie bał się wspominać te słowa. W dosłownym, uproszczonym świecie po prostu nie wiedział, jak być szczęśliwym, bo nikt nie zostawił mu na to jasnej instrukcji. Świadomość, że zawodzi i nie potrafi spełnić ostatniej woli najważniejszej osoby w życiu, smuciła go jeszcze bardziej, zamykając w błędnym kole rozpaczy, z którego nie umiał się wydostać. To właśnie dlatego od jakiegoś czasu usilnie polował na wyjątkowego motyla. Zobaczył go po raz pierwszy, w zeszłym tygodniu, gdy krztusił się łzami, szczelnie zamknięty w czterech ścianach pokoju, oszalały z tęsknoty i samotności. Odwrócił wzrok od zdjęcia mamy i przypomniał sobie ich pierwsze spotkanie:

Kim jesteś, motylku?” – zapytał, wycierając wierzchem dłoni resztki łez. – „Jesteś taki piękny, twoje skrzydełka przypominają mi tęczę po deszczu. Czy zostaniesz moim motylem? Przeznaczę ci wygodne miejsce w albumiku, dostaniesz zupełnie osobną stronę. Nie!” – Kacper gwałtownie zaprzeczył samemu sobie i aż klasnął w dłonie. – Zrobię ci nowy albumik! Tylko dla ciebie. Nie powinieneś leżeć obok innych motylków, bo jesteś z nich wszystkich najpiękniejszy. Motylku, dlaczego odlatujesz? Zostań, proszę…

Lecz odleciał, zostawiając go samego ze starym klaserem i przytłaczającą ciszą pokoju. Od tamtej pory widywał go rzadko, ale zawsze w ważnych dla siebie miejscach. A to na ławce w parku, a to na głośnym, chaotycznym dworcu kolejowym, tuż obok budki, w której kupował ulubione pączki, czasami nawet w snach. Zdarzało się, że tęczowy motylek siadał mu bezpośrednio na ramieniu. Odbywali wtedy długie, wspólne spacery, podczas których czuł, że nie jest sam. Baśniowy owad zawsze jednak znikał bez ostrzeżenia – zanim mężczyzna zdążył w ogóle spostrzec, że już go nie ma.

Kilka lat temu lekarze – których uważał za niezwykle mądrych ludzi – zdiagnozowali u niego kolejną rzecz: depresję. To była ciężka przypadłość, sprawiająca, że jego i tak skomplikowany świat stawał się jeszcze ciemniejszy. Dlatego regularnie leczył się u psychoterapeutki. Nazywał ją „Panią Z”. Dla niego to brzmiało poważnie, jak tajny kryptonim agenta z filmów akcji. Wiedziała, jak radzić sobie z takimi jak on, choć sam nie przepadał za tymi wizytami. Gabinet pachniał zbyt intensywnie, a pytania zmuszały umysł do bolesnego wysiłku. Chodził tam jednak z absolutnym, bezwzględnym posłuszeństwem. Obietnice były dla niego rzeczą świętą, a reguł ustalonych przez matkę nie wolno było przecież łamać.

„Kacperku, wiem, że nie lubisz tam chodzić” – mówiła mu przed śmiercią, gładząc go po policzku chudą, schorowaną dłonią. – „Ale wierz mi, po tych wizytach wyzdrowiejesz. Będziesz piękniejszym i szczęśliwszym człowiekiem. Tak samo szczęśliwym jak te gwiazdy, które oglądasz w telewizji. Obiecaj mi, że nigdy nie przerwiesz leczenia.„

Kacper kochał telewizję. Świecący ekran był jednym z niewielu naprawdę bezpiecznych miejsc w jego świecie. Miał wrażenie, że ludzie ukryci po drugiej stronie szkła żyją tam naprawdę i mówią bezpośrednio do niego – ale w przeciwieństwie do ludzi na ulicy, nigdy nie szydzili, nie wyśmiewali odmienności ani nie rzucali wrogich spojrzeń. Opowiadali o sobie szczerze, miło i zawsze kończyli wypowiedzi uprzejmym pożegnaniem. Miał wśród nich ulubionych, telewizyjnych „przyjaciół”. Najważniejsza była pani od pogody – zawsze nienagannie, pięknie ubrana i promiennie uśmiechnięta. Często, stojąc blisko ekranu, mówił do niej na głos, jakby mogła go usłyszeć:

Jesteś wspaniała, pani pogodynko. Twoja mama musi cię bardzo kochać, skoro ciągle się uśmiechasz. Na pewno jesteś przez to najszczęśliwsza na świecie…

***

Wizyty u Pani Z zawsze odbywały się wczesnym rankiem, toteż Kacprowi, dla którego czas bywał pojęciem płynnym i trudnym do okiełznania, aż nazbyt często zdarzało się spóźniać. Wiedział ze słyszanych na korytarzu rozmów, że lekarka ma niezwykle napięty harmonogram i mnóstwo „przypadków” do wyleczenia. Choć sam do końca nie rozumiał tego słowa, czuł ogromny, piekący wstyd, że spóźnialstwem bezczelnie marnuje jej cenny czas. Tak było i tym razem. Wbiegł do gabinetu zziajany, dysząc ciężko ze zmęczenia i stresu. Darzył to miejsce głębokim, niemal nabożnym szacunkiem. Na ścianach wisiały wielkie, oprawione w ramy dyplomy, które w jego oczach wyglądały jak wspaniałe trofea, które przypominały o rozległej, niedostępnej dla zwykłych ludzi wiedzy Pani Z. Uważał, że człowiekowi, który zdobył tak wiele ważnych, ostemplowanych papierów, po prostu trzeba bezgranicznie zaufać.

– Dzień dobry, Pani Z. I przepraszam za spóźnienie, to już się naprawdę więcej nie powtórzy… – wykrztusił Kacper, wciąż próbując złapać oddech.

– Tak… Dzień dobry, panie Kacprze. Proszę usiąść – odpowiedziała spokojnym, wyważonym tonem, wskazując głęboki fotel, który mężczyzna znał już jak własny.

Dlaczego on wciąż nazywa mnie „Panią Z”? – przemknęło jej przez głowę. Poczuła lekkie ukłucie frustracji, podsycane od samego rana przez narastające zmęczenie i prywatne problemy. Lekarka postukała nerwowo zadbanymi paznokciami o lakierowany blat biurka, poprawiła modne oprawki okularów, po czym niespiesznie wyciągnęła z szuflady teczkę z historią choroby pacjenta. Spojrzała jeszcze na telefon cicho, licząc na wiadomości od męża. Nic. Odchrząknęła cicho, wertując ostatnie notatki, po czym spojrzała na niego znad dokumentów.

– Jak minął panu poranek, panie Kacprze? Czy w ciągu ostatniego tygodnia pojawiały się jeszcze te bolesne sny związane z odejściem matki?

– Nie, Pani Z. Dawno nie śniłem o mamie. A poranek był zupełnie normalny.

Zofia zawiesiła na chwilę głos, uważnie obserwując jego mimikę i postawę.

– Zupełnie normalny? Proszę mi pomóc to zrozumieć. Czy po przebudzeniu pojawił się nagły płacz? Albo lęk przed opuszczeniem mieszkania i wyjściem do ludzi, o którym rozmawialiśmy na poprzedniej sesji?

– Był bardzo normalny, proszę pani – powtórzył z przekonaniem, choć nerwowo poprawił się w fotelu. – Ani nie płakałem po przebudzeniu, ani nie bałem się ludzi za oknem.

– Rozumiem. W takim razie to bardzo pomyślny sygnał, panie Kacprze. Wygląda na to, że wprowadzona farmakoterapia oraz nasza praca przynoszą oczekiwaną stabilizację – powiedziała psychoterapeutka, przywołując na twarz jeden z profesjonalnych, wyuczonych przez lata praktyki uśmiechów.

Pani Z położyła dłonie na blacie i splotła palce. Mimowolnie jej wzrok spoczął na ślubnej obrączce.

– Pozwoli pan jednak, że zapytam o coś jeszcze… Dlaczego wciąż zwraca się pan do mnie per „Pani Z”?

Kacper uniósł nieco głowę, zaskoczony, że ten stały i bezpieczny element rozmowy został nagle poruszony.

– Pani Z. Już kiedyś mówiłem, nazywam tak panią, bo pani imię brzmi Zofia. Myślę, że to takie… zdrobnienie. Trochę jak tajne kryptonimy agentów w telewizji, którzy są bardzo poważni i zajmują się bardzo tajnymi sprawami. Na pewno widziała pani filmy o nich. Uważam, że „Pani Z” brzmi niezwykle poważnie i po prostu bardzo do pani pasuje.

– Aha…

Zofia na ułamek sekundy otworzyła szeroko oczy ze zdumienia, uderzona tą dziecięcą, a zarazem logiczną argumentacją. Jako doświadczona specjalistka błyskawicznie jednak zapanowała nad odruchem, ukryła zaskoczenie pod maską uprzejmego profesjonalizmu i kontynuowała:

– Nasze ostatnie spotkanie miało miejsce dokładnie tydzień temu – zaczęła, opierając się wygodniej w fotelu i splatając dłonie na kolanach. – Czy w tym czasie wydarzyło się coś, o czym chciałby pan porozmawiać? Coś, co szczególnie przykuło pana uwagę?

– Tak. Oglądałem wiadomości. Mówili o wojnie, która wybuchła na jakimś wschodzie…

Kacper zamilkł na dłuższą chwilę. Uniósł wzrok na sufit, jakby próbował wyłowić z pamięci skomplikowaną, obco brzmiącą nazwę państwa, ale formalne nazewnictwo geograficzne zawsze sprawiało mu potężną trudność. Poczuł, jak w głowie narasta znajomy chaos.

– Nie pamiętam nazwy. To były trudne słowa.

– W porządku, nie musimy skupiać się na nazwach – odpowiedziała łagodnie. Doskonale wiedziała, o jaką wojnę chodzi, dlatego spróbowała przekierować uwagę pacjenta na sedno sprawy.

– Proszę kontynuować. Co takiego poruszyło pana w tych doniesieniach?

– Zrozumiałem to tak, że ludzie tam wierzą w innego Boga. I przez to teraz się nienawidzą. Zabijają się, Pani Z. Pokazywali małe dzieci, których matki zginęły w wybuchach. One płakały. Siedziały w ruinach, w pyle i po prostu płakały. To niesprawiedliwe, że małe dzieci muszą zostawać zupełnie same. One nie zrobiły nic złego. Są… niewinne, nie mają w sobie tej całej złości. Świat byłby o wiele lepszy, gdyby dorośli nie decydowali o wszystkim.

Zofia poczuła, jak pod wpływem tych słów w gabinecie gęstnieje atmosfera. Dziecinna, prosta szczerość Kacpra uderzyła w jej głęboko skrywane zmęczenie. Aby utrzymać profesjonalny dystans, uciekła w bezpieczny, chłodny intelektualizm.

– Konflikty na tle religijnym czy geopolitycznym towarzyszą ludzkości od zarania dziejów, panie Kacprze – wyjaśniła wyważonym, neutralnym tonem. – To tragiczny, ale nierozerwalny element ludzkiej cywilizacji. Ludzie od zawsze potrzebowali wielkich idei i systemów wierzeń, by usprawiedliwiać walkę o zasoby czy strefy wpływów. Z perspektywy historycznej wojna, choć moralnie druzgocąca, bywa też katalizatorem zmian technologicznych czy społecznych, które przełamują cywilizacyjną stagnację. To mechanizm makrospołeczny, na który jednostka nie ma wpływu.

Kacper patrzył na nią, marszcząc brwi. Słowa takie jak „geopolityczny” czy „katalizator stagnacji” przelatywały obok, nie znacząc zupełnie nic. Widział tylko zapłakane twarze z ekranu.

– Ale dlaczego nie mogą po prostu przestać? – zapytał cicho, a w głowie brzmiała mu bezsilność. – Nigdy nie widziałem Boga. W telewizji też go nie pokazują. Bardzo chciałbym z nim porozmawiać i zapytać, dlaczego na to pozwala. Ale kiedy próbuję rozmawiać z nim wieczorem, w pokoju… jest tylko cisza. Słyszę tylko zegarek na szafce. Nie chcę myśleć o nim źle, Pani Z, ale jeśli on na to wszystko patrzy, to na pewno nie jest szczęśliwy. Tak jak ja.

– To nie Bóg prowadzi wojny, tylko ludzie, panie Kacprze – powiedziała Zofia, a jej głos na moment stracił chłodny profesjonalizm. – Niektórzy mówią nawet, że Bóg umarł. Albo że zostawił nas zupełnie samych na pustyni, bez kropli wody i bez jakichkolwiek szans na deszcz…

Nagle urwała i mocno ugryzła się w język. Przez gabinet przemknął lodowaty powiew jej skrywanych demonów. Spojrzała posępnie na drewniany krzyż zawieszony nad drzwiami, czując, jak bije od niego martwa cisza.

Co się ze mną dzisiaj dzieje?” – pomyślała w nagłym przypływie frustracji, zdając sobie sprawę, że po raz kolejny całkowicie wyszła z roli. Rozmawiam o egzystencjalnej pustce z człowiekiem o tak delikatnej strukturze psychicznej, który każdą metaforę chłonie jeden do jednego. Znowu spojrzała na ekran Iphona licząc, że wiadomość od męża już dotarła. Znowu nic.

– No, ale wróćmy do sedna – odchrząknęła, desperacko próbując posklejać maskę opanowanej terapeutki. – Tak naprawdę to ludzie tworzą świat takim, jakim jest. Raz robią to lepiej, raz gorzej, ale pewne mechanizmy są po prostu niezmienne. Wojny były i będą, nie zmieni pan tego, panie Kacprze. Taka jest już natura człowieka.

– Czyli zupełnie nic nie można zrobić, aby te dzieci na wschodzie były szczęśliwe, Pani Z? – zapytał, kurczowo trzymając się jednego tematu. 

Umysł Kacpra, zafiksowany na poczuciu krzywdy bezbronnych, nie potrafił tak szybko porzucić raz obranej ścieżki.

– Od tego są odpowiednie organizacje międzynarodowe, panie Kacprze. Pan z całą pewnością nie jest w stanie im pomóc. Do tego potrzeba ogromnych nakładów finansowych i globalnej zmiany świadomości. A jak uczy nas historia, takie zmiany zawsze przychodzą za późno… Niech się pan po prostu cieszy, że ta wojna jest tam, a nie tutaj. Skupiając się na nieszczęściach całego świata, nigdy pan nie wyleczy depresji i sam nie odnajdzie spokoju. Musi pan zacząć myśleć przede wszystkim o sobie, panie Kacprze. Chyba pamięta pan słowa matki, prawda? Pańskie szczęście było jej największym życzeniem.

Słowo „matka” zadziałało jak silny impuls elektryczny. Kacper natychmiast zesztywniał w fotelu, a w głowie z potworną siłą kliknęła nienaruszalna, absolutna zasada: być szczęśliwym. Za wszelką cenę. To rozkaz. Instrukcja od mamy.

– Tak, pamiętam… – wyszeptał, spuszczając wzrok na drogi dywan. 

Przygryzł lewą wargę tak mocno, aż poczuł ból, a usta wykrzywiły się w znajomym, gorzkim tiku.

– Spróbuję to zrozumieć, Pani Z. Postaram się pomyśleć o sobie.

– Cieszę się, że podejmuje pan tę próbę, panie Kacprze – powiedziała Zofia, a w głosie pobrzmiewała jej ulga, jakby właśnie odznaczyła w pamięci kolejny sukces terapeutyczny. – Jeśli utrzyma pan ten kierunek, nasze sesje będą mogły odbywać się rzadziej. Jest pan na dobrej drodze do stabilizacji i odzyskania równowagi. Czy w minionym tygodniu wydarzyło się coś jeszcze? Coś, co wywołało u pana pozytywne emocje? Choćby na krótką chwilę?

– Chyba tak, Pani Z. – Kacper uniósł wzrok, a na twarzy po raz pierwszy pojawił się mu nieśmiały, autentyczny uśmiech. – Spotkałem pięknego motyla. Jego skrzydła były jak tęcza po deszczu. Ale on chyba nie lubi albumików, bo nie chciał ze mną zostać na stałe. Odwiedza mnie w najmniej oczekiwanych momentach. Ostatnio byliśmy nawet na spacerze.

– Motyla? – zapytała lekarka.

W ułamku sekundy zawodowa czujność została postawiona w stan gotowości. Zwróciła się w stronę pacjenta, a długopis zawisł nad czystą kartką w teczce.

– Proszę mi o nim opowiedzieć, panie Kacprze.

– Pierwszy raz go zobaczyłem, gdy było mi bardzo, bardzo smutno. Płakałem tak mocno, że aż nie mogłem oddychać. Drzwi były zaryglowane, a okna mocno zatrzaśnięte, więc to trochę dziwne, prawda? Ale on i tak wleciał do środka. Jest taki malutki, na pewno zna jakieś tajne wejście… Może wślizgnął się przez szczelinę od klucza? Myślę, że przyleciał wtedy specjalnie dla mnie. Wiedział, że cierpię, i po prostu chciał mnie pocieszyć. Niedługo potem odleciał, zostawiając mnie samego z moim albumem w ciemnym pokoju.

Kacper zamilkł na chwilę, błądząc wzrokiem gdzieś daleko poza ścianami gabinetu, po czym kontynuował z nieskrywanym zachwytem:

– Kiedy już myślałem, że straciłem go na zawsze, spotkałem go ponownie. Na brudnym, głośnym dworcu kolejowym, tuż obok budki, w której zawsze kupuję pączki z marmoladą. Bardzo mnie zaskoczył, Pani Z. Byłem wtedy taki szczęśliwy! Zwłaszcza gdy usiadł mi na ramieniu. Poszliśmy razem na długi spacer. Dużo do niego mówiłem, a on słuchał. Pokazałem mu ulubione drzewa w parku i panią pogodynkę, która uśmiechała się z wielkiej reklamy przy skrzyżowaniu. Chciałem zabrać go do domu, w bezpieczne miejsce, ale odleciał… Zniknął, zanim w ogóle zdążyłem się zorientować, że już go nie ma. Widuję go też w snach. Cieszę się, że jest obok zawsze wtedy, gdy wielki smutek wraca.

– Panie Kacprze… – powiedziała zmęczonym, pozbawionym złudzeń głosem Zofia. – Musi pan wreszcie zrozumieć, że nie jest pan już dzieckiem. Niestety, tego motyla nie ma. To wyłącznie wyimaginowana postać, którą stworzył pana umysł, żeby przez chwilę poczuł się pan bezpiecznie i był akceptowany. To klasyczny wytwór panicznego strachu przed samotnością… Nie dziwię się panu. Niedawno stracił pan matkę i wiem, jak gigantyczną rolę odgrywała w pana życiu. Ale trzeba żyć dalej w realnym świecie.

– Ale Pani Z! – Kacper gwałtownie uniósł się w fotelu, żywo gestykulując, jakby próbował fizycznie obronić wspomnienia. – Ja go widziałem! On naprawdę istnieje! Przecież gdyby go nie było, to nie czułbym się tak radosny, kiedy przychodzi, prawda? Nie mógłbym go dotknąć ani zobaczyć, gdyby był nieprawdziwy!

– Przykro mi, ale bardzo się pan myli, panie Kacprze – odpowiedziała chłodno Zofia. – Ludzie uciekający przed rzeczywistością często szukają szczęścia w rzeczach, które nie istnieją, bo mają wtedy pewność, że nikt im ich nie odbierze. Idealizują wyimaginowane obrazy, by poczuć to, czego desperacko pragną, a czego od świata dostać nie mogą. Znam matki, które nie potrafią przyjąć do wiadomości śmierci dziecka i latami prasują jego ubranka. Pan robi dokładnie to samo. Jeśli pozwoli pan, by te fantazje przejęły nad panem kontrolę, skończy się to tragicznie. Problem polega na tym, że jest pan skrajnie izolowany. Nie ma pan przyjaciół, absolutnie nikogo, z kim mógłby pan spędzić czas i porozmawiać. O czymkolwiek. Obawiam się, że jeśli te stany urojeniowe będą się utrzymywać, będę musiała skierować pana na obserwację do oddziału zamkniętego.

– Ale Pani Z… Ja kocham tego motyla – wyszeptał, kurcząc się w sobie jak małe dziecko, które bezskutecznie próbuje sprzeciwić się stanowczemu, surowemu rodzicowi.

– Panie Kacprze, to jest fizycznie niemożliwe, aby ten sam motyl ciągle pana odwiedzał i odbywał z panem spacery.

Zofia poczuła, jak krew uderza jej do głowy. Wiadomośći od męża nadal nie było, a w niej coś gwałtownie pękło; tama profesjonalizmu, którą z tak wielkim trudem wznosiła od rana, runęła pod naporem prywatnego piekła. Nigdy nie miała w sobie głębszych pokładów cierpliwości do Kacpra, a świadomość, że jej życie właśnie obraca się w ruinę, zmieniła zmęczenie w czystą, bezlitosną agresję. Kontynuowała stanowczo, uderzając w niego słowami jak obuchem:

– Motyle nie przywiązują się do nikogo. To nie są psy ani koty, a tym bardziej ludzie. Po drugie – co, na miłość boską, ten motyl miałby robić na brudnym, zadymionym dworcu kolejowym? Motyle potrzebują kwiatów, ogrodów i łąk, a nie betonowych peronów i zapachu spalin. Pan go sobie po prostu wymyślił, bo tak było panu wygodniej.

– Pani Z… – głos Kacpra załamał się, a w oczach stanęły mu łzy. – Ja już sam nie wiem, co jest prawdziwe. Przecież on mnie odwiedził. Ja to wiem. Czułem to…

– Panie Kacprze, sam pan przed chwilą powiedział, że drzwi i okna były szczelnie zamknięte – przerwała ostro, nie kryjąc już irytacji. – Motyle nie potrafią otwierać zamków. Są fizycznie za duże, żeby wślizgnąć się przez dziurkę od klucza. Proszę przestać szukać magicznych wyjaśnień tam, gdzie ich nie ma.

– W takim razie… – Kacper spuścił głowę, a ramiona bezwładnie mu opadły. – Jak mam być szczęśliwy, Pani Z? Skoro tego motyla nigdy nie było i nigdy nie będzie? Skoro wszystko, co sprawiało, że się uśmiechałem, to tylko kłamstwo głowy?

Zofia wbiła w niego zimne, twarde spojrzenie. Chciała to skończyć. Chciała zmusić go do brutalnego zderzenia z rzeczywistością, w której sama ledwo potrafiła oddychać.

– Musi pan zacząć żyć normalnie, panie Kacprze. Musi pan zabić w sobie tego motyla i zapomnieć o nim raz na zawsze. Tak jakby nigdy nie istniał. To jedyna droga, żeby odnalazł pan realne, dorosłe szczęście.

Kacper powtórzył te słowa w myślach.

Zabić motyla. Zapomnieć. Tak jakby go nigdy nie było.”

Spojrzał na lekarkę, ale zamiast strachu w oczach pojawiło się coś innego: głęboka, czysta rezygnacja, która pozwoliła mu dostrzec pęknięcia na idealnej fasadzie.

– Zabić mojego motyla? – powtórzył cicho. – Zacząć żyć normalnie? Tak jak pani, Pani Z? – Uniósł lekko wzrok, przyglądając się jej drżącym dłoniom i spiętym ramionom. – A czy pani… czy pani jest szczęśliwa? Czuję, że jest pani dzisiaj zupełnie inna. Pani oczy są takie smutne…

Pytanie uderzyło w Zofię z siłą fizycznego ciosu. Przez ułamek sekundy poczuła się całkowicie naga, obnażona przez człowieka, którego uważała za upośledzone dziecko. Twarz jej stężała.

– Oczywiście, że jestem szczęśliwa – odpowiedziała bez wahania, a głos stał się nienaturalnie podniesiony i ostry. – Prowadzę bogate, poukładane życie, ponieważ sama na nie ciężko zapracowałam. Człowiek jest szczęśliwy wtedy, gdy wyznacza sobie cele i je realizuje. Bez uciekania w bajki.

– Ale ja… ja zbyt dużo nie osiągnąłem w życiu – wyjąkał Kacper, kurczowo zaciskając palce na kolanach. – Czy mimo to… nadal mogę być szczęśliwy, Pani Z?

– Nie skończył pan nawet czterdziestu lat, panie Kacprze. Jeszcze pan nie umiera, spokojna głowa – odparła, uciekając wzrokiem w stronę komputera. – Nigdy nie jest za późno, żeby zacząć realizować cele.

– Pani Z… – Kacper pokręcił wolno głową, a głos stał się cichy jak szept. – Jedyne, czego pragnę, to żeby ten motyl był prawdziwy. Nie chcę niczego więcej osiągać. Ja… ja nie jestem w tym dobry.

– Ale tego motyla nie ma, panie Kacprze – powtórzyła Zofia, a głos stał się twardy, już całkowicie pozbawiony barier ochronnych. – Musi pan wreszcie zacząć żyć jak dorosły mężczyzna i zapomnieć o tych wszystkich bajkach. Najlepiej będzie, jeśli po powrocie do domu po prostu wyrzuci pan ten albumik… Pana spektrum autyzmu i inne deficyty to cechy stałe, z tym się pan urodził i tego nie zmienimy. Ale depresję jak najbardziej można kontrolować. A pan się w niej bezwzględnie pogrąża. Prześladują pana obrazy z przeszłości, wyobraża pan sobie rzeczy, których fizycznie nie ma. Zlecę panu dodatkowe badania i przepiszę mocniejsze leki psychotropowe…

Lekarka splotła dłonie, nachylając się nad biurkiem, by zdominować go postawą.

– Pana głównym problemem jest to, że mimo metryki panicznie boi się pan dorosnąć. To poniekąd naturalne przy pana ograniczeniach, ale trzeba podjąć ten wysiłek. A pan się broni. Odgradza się pan od świata twardym murem, boi się pan zmierzyć z rzeczywistością. Tak dłużej nie można. Przecież może pan prowadzić względnie normalne życie – pójść do pracy chronionej, zarabiać, wydawać pieniądze na dorosłe cele. Musi pan po prostu chcieć się zmienić i właśnie taki kurs obrać. Powinien pan wychodzić do ludzi, poznawać ich, przestać przed nimi uciekać. Nie wszyscy chcą pana krzywdy, panie Kacprze. Szybko pan zauważy, że stanie się o wiele szczęśliwszy. Receptą na szczęście jest ciężka praca i twarde stąpanie po ziemi.

Kacper patrzył na nią przez dłuższą chwilę. W oczach malował się mu głębokim, egzystencjalny lęk. Słowa psychoterapeutki układały się w głowie w potworną wizję przyszłości.

– Czyli… – zaczął wolno, a głos drżał mu niebezpiecznie. – Aby być szczęśliwym… muszę zacząć żyć dokładnie tak jak ludzie, których zawsze się bałem? Jak ci wszyscy, którzy całe życie ze mnie szydzili? Którzy wyśmiewali mnie i moje motyle?

– W pewnym sensie, niestety tak, panie Kacprze – odpowiedziała bezlitośnie Zofia, uciekając wzrokiem w stronę zegara na ścianie. Sesja dobiegała końca. – Ale szybko pan zrozumie, że to jedyna właściwa droga. I wcale nie boli tak bardzo, jak się panu wydaje.

Dla Kacpra w tym momencie zaczął się prawdziwy koszmar. Zewsząd atakowały go chłodne słowa Pani Z, przewiercając czaszkę niczym tępe wiertło nadgorliwego fachowca. Nie potrafił pojąć, że wszystko, w co wierzył, było tylko iluzją. Poczuł potworne przeładowanie sensoryczne; świat zaczął wirować. Zwiesił głowę, kurczowo zacisnął powieki i zaczął cicho, monotonnie nucić melodię z dzieciństwa – tę samą, którą mama śpiewała mu, gdy bał się burzy. Próbował zbudować z tych kilku dźwięków bezpieczny mur, odgrodzić się od miażdżącej rzeczywistości, którą właśnie mu narzucono. Pan Kacper zaczął dorastać…

Zofia obdarzyła go zimnym, na wskroś profesjonalnym spojrzeniem. Za tym chłodem próbowała jednak ukryć nagłe, nieprzyjemne ukłucie współczucia.

To nieprofesjonalne” – skarciła się w duchu, zaciskając dętwiejące palce na krawędzi lakierowanego blatu. Wstała płynnym, wyuczonym ruchem, rzuciła zdawkowe przeprosiny i szybkim krokiem udała się do toalety. Musiała uciec. Nie była w stanie dłużej patrzeć na rozdzierający widok złamanego człowieka. Wyrzuty sumienia były ostatnią rzeczą, na którą mogła sobie dzisiaj pozwolić – nie teraz, gdy sama ledwo zmusiła się rano, by wstać z łóżka i po raz kolejny założyć maskę silnej kobiety.

Gdy tylko ciężkie drzwi zatrzasnęły się za lekarką, Kacper przestał nucić. W gabinecie zrobiło się przeraźliwie pusto.

– To bardzo bolesne, mamo… Bardziej, niż jestem w stanie znieść – wyszeptał w przestrzeń gabinetu, a pojedyncza łza skapnęła mu na splecione dłonie. – Ale Pani Z na pewno ma rację. Muszę spróbować. Przecież obiecałem ci, że dokończę leczenie… i że będę szczęśliwy. Za wszelką cenę.

Wpatrywał się bezmyślnie w podłogę, walcząc z chaosem w głowie, gdy nagle wzrok przykuł mu mały, prostokątny kawałek plastiku leżący pod krawędzią biurka. To był dowód osobisty Zofii. Schylił się powoli, podniósł go ostrożnie, jakby to było delikatne skrzydło motyla, i wsunął głęboko do kieszeni przetartych jeansów.

Musiał jej wypaść, kiedy wstawała” – pomyślał z prostą, ufną logiką. Oddam jej, gdy tylko wróci.

W gabinecie zapadła głęboka, wręcz grobowa cisza. Trwała dopóty, dopóki cienka, czerwona wskazówka zegara ściennego nie powtórzyła niezmiennego, sześćdziesięciosekundowego schematu dokładnie pięć razy. Pięć minut odmierzonych mechanicznym tykaniem. Wtedy zamek w drzwiach kliknął i Zofia wróciła do pokoju. Spojrzała na skuloną, wciąż lekko drżącą sylwetkę Kacpra i poczuła nagły, lodowaty ciężar w żołądku.

Co ja narobiłam? Co się ze mną dzieje na tej sesji?” – pomyślała z przerażeniem, widząc ogrom emocjonalnego zniszczenia, jakiego dokonała jej frustracja. Postanowiła natychmiast to naprawić. Odbudować go. Zastosować bezpieczną, podręcznikową technikę wzmocnienia pozytywnego. Przywołała na twarz standardowy, ciepły uśmiech i usiadła z powrotem za biurkiem, poprawiając okulary.

– Muszę przyznać, panie Kacprze, że jestem dzisiaj z pana bardzo zadowolona – zaczęła miękkim, melodyjnym głosem, zupełnie innym niż ten sprzed kilku minut. – Wykonujemy dziś naprawdę świetną pracę. Wspaniale pan ze mną współpracuje i widzę ogromne, realne postępy. Pana mama… Pana mama byłaby z pana niesamowicie dumna.

– Pani Z… Czy kocha pani kogoś? Tak naprawdę? – zapytał nagle łamiącym się głosem.

Całkowicie zignorował entuzjastyczne pochwały, jakby ich w ogóle nie zarejestrował. Wzrok wciąż pozostawał bezwładnie utkwiony w skomplikowanym wzorze drogiego dywanu.

Zofia została całkowicie zbita z tropu. To nie było pytanie, którego spodziewała się po pacjencie w takim stanie. Przez ułamek sekundy szukała w głowie bezpiecznej, dystansującej formułki medycznej, ale potworne zmęczenie sprawiło, że z ust padły jej słowa zaskakująco prywatne:

– Cóż… tak, panie Kacprze. Kocham męża. To wspaniały człowiek. Każdy dorosły, dojrzały człowiek musi kogoś kochać, by jego życie miało pełną wartość.

– Czy to ten wysoki, przystojny, z ciemnymi, pięknymi lokami, Pani Z? – dociekał Kacper, wciąż nie unosząc głowy.

– Tak, dokładnie ten. – Na jej ustach po raz pierwszy podczas tej długiej, wycieńczającej godziny pojawił się cień szczerego, ciepłego uśmiechu. Rozbawiło ją to pytanie, a wspomnienie Andrzeja na moment rozgoniło czarne chmury w głowie. Gładziła palcem obrączkę obracając ją raz po raz – Mój mąż, Andrzej. Kocham go nad życie.

Kacper uniósł wzrok. Oczy miał wielkie, puste i niepokojąco skupione.

– A gdyby umarł? Tak jak mój motyl? Czy nadal byłaby pani szczęśliwa?

W gabinecie nagle zrobiło się lodowato. Zofia poczuła wewnętrzny opór wobec tego absurdalnego porównania, ale postanowiła wykorzystać sytuację, by raz na zawsze wbić pacjentowi do głowy zasady rządzące realnym światem.

– Cóż… mąż istnieje naprawdę, panie Kacprze, a pana motyl jest jedynie ucieczkowym wytworem wyobraźni, więc trudno to ze sobą zestawiać – odpowiedziała spokojnym, dydaktycznym tonem. – Ale rozumiem istotę pana pytania. Na pewno nagła śmierć bliskiej osoby pogrążyłaby mnie w potwornym żalu. Bezgranicznie bym cierpiała. Ale… podniosłabym się z tego. Bo przecież trzeba żyć dalej, prawda? Gdybym poradziła sobie z tą stratą i pokonała ból, w przyszłości stałabym się o wiele silniejsza. A przez to – z czasem – znów szczęśliwa.

Kacper przetwarzał każde słowo powoli, jakby zapisywał je w pamięci stałej. Każda sylaba układała się w umyśle w sztywny, logiczny algorytm: Zwyciężyć smutek. Przetrwać stratę najważniejszej osoby. Stać się silniejszym. Odnaleźć szczęście.

– Rozumiem, Pani Z – pokiwał wolno głową, a tik wokół ust na moment zamarł. Barwa jego głosu stała się spokojniejsza i bardziej wyważona. – Czyli trzeba spróbować szukać szczęścia nawet po stracie najważniejszych osób? Albo rzeczy, które się naprawdę bardzo kochało? Po to, żeby stać się silniejszym?

– Dokładnie tak, panie Kacprze. Trzeba walczyć i iść naprzód – potwierdziła Zofia, dumna, że podręcznikowy wykład o radzeniu sobie z traumą wreszcie przyniósł skutek i uspokoił pacjenta. – Na początku zawsze jest potwornie trudno. Ale z biegiem lat, kiedy ten pierwszy, paraliżujący ból mija, człowiek zaczyna rozumieć, jakim wielkim darem było w ogóle mieć kogoś takiego obok siebie. Kiedy zdamy sobie z tego sprawę, stajemy się wewnętrznie bogatsi. Smutek odchodzi. Zwycięstwo nad smutkiem to właśnie definicja prawdziwego szczęścia.

Kacper cofnął się głębiej w fotel.

– Muszę to wszystko bardzo dobrze przemyśleć, Pani Z… – wyszeptał.

– Eh… – Zofia westchnęła przeciągle, masując zmęczony kark i skronie. Ta rozmowa całkowicie ją wyczerpała. – Do widzenia, panie Kacprze. Zapraszam za tydzień. Zobaczymy wtedy, jak radzi sobie pan w budowaniu dorosłego szczęścia bez tych wszystkich motyli.

– Do widzenia, Pani Z.

***

Zofia wróciła do domu późnym wieczorem. Była potwornie wycieńczona – nie tylko samym dniem, ale przede wszystkim ludźmi, którzy od rana bezlitośnie zrzucali na jej barki najgorsze życiowe demony. Mimo to, jadąc do domu, nie potrafiła przestać myśleć o Kacprze. A dokładniej o ostatnich minutach ich sesji. Wyglądał wtedy inaczej. Nienaturalnie spokojnie, jakby jakaś subtelna, ale kluczowa część kruchej psychiki nagle w nim pękła.

Mam nadzieję, że nie spieprzyłam tej rozmowy – pomyślała z nagłym ukłuciem niepokoju. Przez te moje pieprzone problemy zaczynam tracić zawodową czujność.

Włożyła klucz do zamka ciężkich, antywłamaniowych drzwi, na których błyszczało logo renomowanej firmy ochroniarskiej. Zamki ustąpiły z głuchym, satysfakcjonującym brzękiem. Wkroczyła do azylu, miejsca, które miało odgradzać ją od szaleństwa świata. W salonie zalanym ciepłym światłem czekał już na nią mąż.

– Cześć, kochanie. Jak ci minął dzień? – zapytał Andrzej, podchodząc z lekkim, niemal podręcznikowym uśmiechem. Pachniał drogą wodą kolońską i czymś jeszcze, czego wolała nie nazywać w myślach. – Chciałem upichcić dla ciebie coś naprawdę smacznego, ale sama wiesz, jaki jestem ostatnio zalatany… Urwanie głowy w biurze. Ostatecznie skoczyłem po coś na miasto. Mam nadzieję, że będzie ci smakować.

– Cześć, skarbie. Nic nie szkodzi – odpowiedziała wymuszonym tonem, pozwalając, by zdjął z jej ramion ciężki płaszcz. – Jestem tak potwornie padnięta, że od samego patrzenia na jedzenie rośnie mi klucha w gardle. W tej chwili do szczęścia wystarczysz mi ty i ciepłe, miękkie łóżko.

Doskonale wiedziała, dlaczego mąż nie zdążył przygotować obiadu, mimo że jego biuro zamykało się dzisiaj parę godzin wcześniej. Wiedziała o późnych powrotach, nagłych blokach spotkań i o tym specyficznym, ledwo wyczuwalnym zapachu obcych perfum, którego nigdy nie potrafił z siebie do końca zmyć. Była pewna, że Andrzej ją zdradza. I to od bardzo długiego czasu.

– Co się stało, Zosiu? – zapytał łagodnie, odkładając kluczyki na komodę w przedpokoju. – Znowu jakieś problemy w klinice?

– Nie, to nie to… – fuknęła, zrzucając szpilki. – Pacjenci byli dzisiaj nad wyraz męczący. Tworzą w głowach tyle problemów, zupełnie niepotrzebnie. A ja muszę tego Słuchać, radzić, analizować, leczyć… Mam już zwyczajnie dość.

– No, ale sama sobie obrałaś taki cel, kochanie, czyż nie? – odpowiedział pouczającym, niemal ojcowskim tonem, mierzwiąc ciemne loki. – Zawsze chciałaś ratować cały świat, więc teraz nie płacz. Zjedz lepiej to, co kupiłem, przecież nie wyrzucę jedzenia.

Andrzej wyciągnął w jej stronę parujące, styropianowe pudełko z chińszczyzną. To był impuls. Jeden mały, niewinny gest, który wysadził w powietrze resztki samokontroli.

– A kto mi, do kurwy nędzy, pomoże, co?! – wybuchnęła nagle, a głos przeszedł jej w chrapliwy, pełen obłędu wrzask.

Zamachnęła się szeroko i z całej siły uderzyła w opakowanie. Styropian pękł, a tłusty makaron i kawałki kurczaka rozbryznęły się po ścianach i jasnym dywanie w przedpokoju. Zofia osunęła się na kolana, głośno szlochając.

– No kto mi pomoże?! Gdy mój własny mąż pieprzy inną sukę, a każdego wieczoru bezczelnie wciska mi kit, że był tutaj, że robił tamto, że nie miał czasu! Kto ma pomóc mnie?! Mam uczyć ludzi, jak odnaleźć drogę, podczas gdy sama utknęłam w bagnie?! Całe moje życie to jedna wielka, pieprzona maskarada!

Andrzej zamarł, patrząc na rozrzucone jedzenie, a potem na żonę. Na jego twarzy nie było jednak gniewu. Malował się na niej tylko bezgraniczny, rozdzierający smutek. Uklęknął przy niej ostrożnie, jak przy dziecku, które właśnie rozbiło sobie kolano.

– Kochanie, uspokój się, proszę… Rozmawialiśmy już o tym tyle razy. Wiesz, że cię nie zdradzam. To ci się tylko wydaje, słyszysz? Kocham cię i nigdy bym cię nie skrzywdził. Proszę, zaufaj mi chociaż raz…

Zofia płakała jeszcze bardzo długo, zanim krzyki i potoki wyzwisk ostatecznie ucichły, zagłuszone przez skrajne wycieńczenie. Zasnęła tak jak siedziała – na podłodze w przedpokoju, opierając głowę o krawędź komody.

Andrzej westchnął ciężko. Podniósł jej wiotkie ciało, przytulił mocno do piersi i ostrożnie zaniósł do sypialni. Kiedy kładł ją na łóżku i delikatnie rozbierał, pojedyncze, ciężkie łzy kapały mu na dłonie. Był całkowicie niewinny. Z każdym dniem coraz gorzej radził sobie z chorymi oskarżeniami żony, którą kochał nad życie. Jej paranoja i dekompensacja psychotyczna trwały już od ponad pół roku. W momencie gdy zdejmował z niej bieliznę, Zofia nagle otworzyła oczy. Przez mgłę zmęczenia spojrzała w jego szklane, pełne miłości i bólu źrenice. Nic nie powiedziała. Uniosła się lekko i pocałowała go z potworną, desperacką siłą – tak jakby to był ostatni raz, kiedy widziała go naprawdę. Kochali się tej nocy namiętnie, dziko i długo, desperacko uciekając przed demonami, aż wreszcie pierwsze promienie wschodzącego słońca przegnały resztki nocy.

***

Podczas gdy południowe słońce grzało ściany salonu Zofii, w pokoju Kacpra panował absolutny, nienaturalny mrok. Rolety były całkowicie opuszczone, a okno – jak zawsze – pozostawało szczelnie zaryglowane, co potęgowało ciężki zaduch. Kacper siedział na krawędzi łóżka, wpatrując się w plastikowy dowód osobisty lekarki. Palcami delikatnie gładził zdjęcie kobiety, po czym przesunął je na nazwisko i adres: Zofia Zarudzka… W głowie wciąż rezonowało mu echo jej słusznych słów: „Musisz zabić w sobie tego motyla. Zwycięstwo nad smutkiem to prawdziwe szczęście. Mama byłaby dumna”.

Nalgle w rogu pokoju coś zaszeleściło. Kacper zamarł. Z cienia nad szafką nocną, tuż obok starego budzika, oderwał się mały, pulsujący kształt.

Motyl wrócił.

Nie był już jednak taki sam jak na brudnym dworcu. Choć okna i drzwi zamknięte były na cztery spusty, istota unosiła się w powietrzu, cicho trzepocząc skrzydłami. W ciemności pokoju jej ubarwienie nie przypominało radosnej tęczy – skrzydła mieniły się głębokim, nienaturalnym, benzynowym fioletem i krwawą opalescencją. Coś w ich ruchu wydawało się sprzeczne z fizyką; motyl poruszał się za szybko, jakby klatkował w powietrzu, zostawiając za sobą smugę delikatnego, świecącego pyłu.

Musisz zabić motyla…” – w głowie Kacpra odezwał się głos. Nie był to jednak głos Zofii ani zmarłej matki. Szept brzmiał jak tarcie suchych skrzydeł – był cichy, a zarazem wypełniał całą czaszkę. – Ona ma rację, Kacperku. Musisz zabić mnie, żeby nastało szczęście. Ale jeszcze nie umiesz tego zrobić… Nauczysz się. To jej motyl musi umrzeć pierwszy. Ona wcale nie jest szczęśliwa. Ale w końcu będzie. Tak jak ty.”

Kacper patrzył jak urzeczony. Istota spłynęła łagodnie w dół i usiadła na plastikowym dowodzie trzymanym w jego dłoniach. Cienkie, czarne nóżki dotknęły powierzchni plastiku dokładnie tam, gdziel widniał adres Zofii. Skrzydła motyla rozłożyły się szeroko, a lśniący, fosforyzujący pył osypał się na litery. Nazwa ulicy i numer domu zaczęły delikatnie świecić w mroku własnym, upiornym światłem. Kacper uniósł palec i dotknął grzbietu owada; poczuł pod opuszkiem pulsujące ciepło i elektryczne mrowienie, które rozlało się po ciele, przynosząc absolutny spokój. Chaos w głowie zniknął. Zastąpiła go abstrakcyjna logika.

– Jej motyl… – wyszeptał, a usta wykrzywiły mu się w szerokim, niemal dziecięcym uśmiechu. – Przystojny pan z ciemnymi lokami! Andrzej!

Motyl uniósł się, zatoczył krąg wokół jego głowy, po czym skierował się w stronę wyjścia, przeciskając się przez wąską szczelinę od klucza w drzwiami, jakby jego ciało na moment stało się płynne. Pozostawiony na dowodzie pył nie znikał. Wskazywał drogę. Kacper wstał, schował dokument do kieszeni jeansów, wziął ze stołu ciężki scyzoryk po dziadku i wyszedł z mieszkania, by wreszcie dorosnąć i uczynić Zofię najszczęśliwszą kobietą na świecie.

***

Kacper zamknął za sobą drzwi, trzy razy szarpiąc za klamkę, by upewnić się, że nie ustąpią. Zawsze tak robił. Minął klatkę schodową, która od lat cuchnęła moczem i starym, wilgotnym tynkiem, po czym wyszedł na zewnątrz. Rozbiegany wzrok przesuwał się po tabliczkach z nazwami ulic, choć doskonale wiedział, dokąd zmierza. Nie potrzebował mapy. Miesiące temu, w przypływie jednej z fiksacji, śledził Zofię aż pod same drzwi, udając specjalnego agenta na tajnej misji. Teraz misja była prawdziwa. Plastikowy dowód osobisty lekarki tkwił głęboko w jego dłoni, a na ramieniu – niedostrzegalny dla przechodniów – siedział tęczowy motyl, miarowo poruszając ostrymi, benzynowymi skrzydłami.

W tym samym czasie Andrzej wracał do domu po koszmarnym, wycieńczającym dniu w biurowcu. Czuł się psychicznie zdruzgotany. Jako menedżer musiał dzisiaj zwolnić kilku wieloletnich pracowników. Bardzo nie lubił tego robić. Był człowiekiem, który autentycznie wierzył w ludzi, dzięki czemu w otoczeniu cieszył się ogromnym szacunkiem i sympatią. „Młody, przystojny, z wielkimi ambicjami i świetlaną przyszłością” – tak zawsze o nim mówili.

Spotkali się na klatce schodowej, tuż przed drzwiami wejściowymi do mieszkania. Na korytarzu panował półmrok, gdyż jedna z lamp akurat tego dnia uznała za stosowne wypalić się do końca. Andrzej natychmiast rozpoznał Kacpra, bo widział go parę razy w klinice, gdy czekał na Zofię po pracy.

– Pan… Kacper? – Andrzej zatrzymał się zaskoczony, z kluczami w dłoni. – Szuka pan mojej żony? Nie wiedziałem, że podała panu nasz prywatny adres. Czy mogę panu w czymś pomóc?

Kacper nie odpowiedział od razu. Podszedł powoli, niemal bezszelestnie, na odległość kilku centymetrów. Zamiast agresji w jego ruchach była upiorna, dziecięca czułość. Wyciągnął ramiona i mocno, gwałtownie przytulił zdezorientowanego mężczyznę, unieruchamiając go w uścisku. Pochylił głowę i zaczął szeptać Andrzejowi prosto do ucha. Głos miał spokojny, wyprany z emocji:

– Panie Andrzeju… pana żona bardzo pana kocha. Myślę jednak, że kocha pana za bardzo. Może się wydarzyć, że przez pana ona nigdy nie pozna prawdziwego szczęścia. Gdyby pan umarł, tak jak umrzeć musi mój motyl, na pewno nagła śmierć bliskiej osoby pogrążyłaby ją w potwornym żalu. Bezgranicznie by cierpiała. Ale… podniosłaby się z tego. Bo przecież trzeba żyć dalej, prawda? Gdyby poradziła sobie z tą stratą i pokonała ból, w przyszłości stałaby się o wiele silniejsza. A przez to – z czasem – znów szczęśliwa. Zwycięstwo nad smutkiem to właśnie definicja prawdziwego szczęścia. Tak mi powiedziała Pani Z, a przecież ona jest wyjątkowym specjalistą, ma tyle ważnych dyplomów na ścianie… Musi być pan wspaniałym człowiekiem, skoro oddał jej pan tak wiele z siebie. Przynajmniej pan… przynajmniej pan istniał naprawdę.

– Panie Kacprze, co pan mówi… o czym pan… – Andrzej zaczął się szarpać, nagle sparaliżowany zwierzęcym lękiem.

Kacper nie pozwolił mu dokończyć. Wolną ręką błyskawicznie wyciągnął z kieszeni ciężki scyzoryk po dziadku. Ostrze kliknęło cicho, a stojący na ramieniu Kacpra motyl zatrzepotał skrzydłami, sypiąc w powietrze tęczowy, fosforyzujący pył. Pan Kacper zaczął dźgać. Mocno, rytmicznie i długo. Każde uderzenie metalu było jak mechaniczne uderzenie zegara z gabinetu pani Z. Szkarłatna, gorąca ciecz natychmiast trysnęła na ścianę, oblewając w pełni dłonie i zmywając z nich całą dotychczasową niewinność. Andrzej osunął się na ziemię bez słowa, a jego wielkie plany na przyszłość wykrwawiły się na brudne kafelki klatki schodowej.

Kacper odetchnął ciężko, z trudem łapiąc powietrze. Popatrzył na skąpane w głębokiej czerwieni palce, po czym z najwyższą starannością podniósł wciąż ciepłe ciało Andrzeja i oparł je bezwładnie o drzwi mieszkania. Spojrzał na truchło, a na jego twarzy wykwitł szeroki, dumny uśmiech. Poczuł absolutną satysfakcję z osiągnięcia celu, który wreszcie – po raz pierwszy w życiu – obrał zupełnie sam. Wyjął z przetartych jeansów dowód osobisty pani Zofii i wsunął go do kieszeni koszuli Andrzeja.

– Mamo… teraz mogę zacząć żyć. Już wiem jak zabić tego motyla. – powiedział z dumą, patrząc w sufit.

Z drugiej kieszeni wyciągnął mały, starannie złożony liścik, który napisał po drodze. Położył go ostrożnie na piersi mężczyzny, tuż obok rozrastającej się plamy krwi.

***

Niedługo później Zofia, zaalarmowana nienaturalną ciszą – pomimo dźwięku otwieranych kodem drzwi domofonu – i duszącym przeczuciem, uchyliła drzwi mieszkania. Krzyk zamarł jej w gardle, gdy potknęła się o ciało męża. Kiedy minęły pierwsze minuty paraliżującego obłędu, jej wzrok padł na zakrwawioną kartkę. Pismo było koszmarne, koślawe, pełne drżących linii, przypominające bazgroły dziecka. Lecz mimo łez napływających do oczu, zdołała wyczytać z niego każde słowo:

„Pani Z, wkrótce zabiję swojego motyla. Chyba już wiem, jak to zrobić. W końcu zacznę żyć i szukać szczęścia, bo wiem, że smutek przeminie. Mam nadzieję, że pomogłem z pani motylem tak jak pani pomogła mi z moim. Zaczynam nowe życie, już bez kłamliwych motyli. Kiedyś wrócę sprawdzić, jak sobie pani radzi w byciu szczęśliwą. Proszę o mnie pamiętać. Pan Kacper.”

 

Gdy Zofia osunęła się na kolana obok Andrzeja, w głębi ciemnego korytarza, tuż pod sufitem, przemknął mały, tęczowy cień, pozostawiając po sobie zapach spalin, marmolady i świeżej krwi.

Koniec

Komentarze

Nomad,

ciekawy tekst i dość dobrze oddaje autystyczny sposób postrzegania świata. No i ta obsesja psychiatrów, którzy chcą pacjenta uczynić “na swój obraz i podobieństwo”, zresztą w dobrej wierze, bo inaczej nie odnajdzie się w świecie neurotypowych.

Jak się okazuje, psychiatra sama ma problemy ze sobą, a tymczasem pomaga innym… no i nieoczekiwane wnioskowanie Kacpra, wprowadzone konsekwentnie w czyn.

Dobrze się czytało, pozdrawiam!

PS

Zapewne dostaniesz zalecenia, by myśli bohaterów zapisać w cudzysłowie:)

Wołacz “Zofiu” to chyba jednak pomyłka – lepiej “Zofio”, a najlepiej “Zosiu” (może tak miało być?)

@Mehiko

 

Hej! Dzięki za ponowne odwiedziny. Starałem się właśnie uchwycić ten specyficzny sposób postrzegania świata przez osoby w spektrum (oczywiście pewne kwestie mocno przerysowałem na potrzeby fabuły). Pracuję z nimi od wielu lat jako terapeuta zajęciowy, więc na pewno było mi łatwiej się w to wgryźć niż przeciętnemu Kowalskiemu. Zresztą sam jestem neuroróżnorodny (mocne spektrum ADHD) i wiem, jak trudno dostosować się do świata, który wiecznie oczekuje płynięcia z prądem.

Oczywiście reakcje psychoterapeutki również są przerysowane, ale starałem się to jakoś uzasadnić w tekście.

Co do technikaliów – dzięki za sokole oko, mojemu jakoś to umknęło przy korekcie.

Dzięki raz jeszcze za komentarz!

Witaj. :)

 

Kwestie technikaliów i sugestie oraz wątpliwości co do nich (tylko do przemyślenia):

 

Czy te przykładowe aliteracje są celowe?:

Poranki nigdy nie należały do jego ulubionych pór dnia, gdyż wymagały przełamania bezpiecznej ciszy nocy.

Miał do tego przeznaczony specjalny, gruby klaser, którego prawie nigdy nikomu nie pokazywał.

– Jak minął panu poranek, panie Kacprze?

Czy po przebudzeniu pojawił się nagły płacz?

Wygląda na to, że wprowadzona farmakoterapia oraz nasza praca przynoszą oczekiwaną stabilizację – powiedziała psychoterapeutka, przywołując na twarz jeden z profesjonalnych, wyuczonych przez lata praktyki uśmiechów.

Siedziały w ruinach, w pyle i po prostu płakały.

– Ale dlaczego nie mogą po prostu przestać?

Niech się pan po prostu cieszy, że ta wojna jest tam, a nie tutaj.

Ja kocham tego motyla – wyszeptał, kurcząc się w sobie jak małe dziecko, które bezskutecznie próbuje sprzeciwić się stanowczemu, surowemu rodzicowi.

Musi pan po prostu chcieć się zmienić i właśnie taki kurs obrać.

Poczuł potworne przeładowanie sensoryczne; świat zaczął wirować.

– Cóż… mąż istnieje naprawdę, panie Kacprze, a pana motyl jest jedynie ucieczkowym wytworem wyobraźni, więc trudno to ze sobą zestawiać – odpowiedziała spokojnym, dydaktycznym tonem.

Czyli trzeba spróbować szukać szczęścia nawet po stracie najważniejszych osób?

 

 

Nadal za często występuje „byłoza”, tworząca mnóstwo usterek stylistycznych, np.:

To był jego największy, najświętszy sekret. Był z niego ogromnie dumny i uwielbiał w całkowitej samotności godzinami wpatrywać się w barwne skrzydła. (…)

Obietnice były dla niego rzeczą świętą, a reguł ustalonych przez matkę nie wolno było przecież łamać. (…)

 

Zaimkoza także występuje zbyt często, dodając jeszcze niepotrzebnych powtórzeń; np.:

Tamtego dnia, wciąż nie dopuszczając do siebie myśli, że mama odchodzi na zawsze, usiadł przy jej łóżku. Chciał dać jej coś od siebie, naprawić świat, który się rozpadał. Zapytał o jej najskrytsze marzenie i o to, jak może je spełnić. Kacper panicznie bał się wspominać te słowa. W dosłownym, uproszczonym świecie (przecinek?) po prostu nie wiedział, jak być szczęśliwym, bo nikt nie zostawił mu na to jasnej instrukcji. Świadomość, że zawodzi i nie potrafi spełnić ostatniej woli najważniejszej osoby w życiu, smuciła go jeszcze bardziej, zamykając w błędnym kole rozpaczy, z którego nie umiał się wydostać. (…)

Kacper uniósł wzrok, a na twarzy po raz pierwszy pojawił się mu nieśmiały, autentyczny uśmiech. (…)

 

Z poprawnym zapisem wypowiedzi bohaterów nadal jest problem np.:

Często, stojąc blisko ekranu, mówił do niej na głos, jakby mogła go usłyszeć:

Jesteś wspaniała, pani pogodynko. Twoja mama musi cię bardzo kochać, skoro ciągle się uśmiechasz. Na pewno jesteś przez to najszczęśliwsza na świecie… (…)

– Mamo… teraz mogę zacząć żyć. Już wiem (przecinek?) jak zabić tego motyla. – powiedział z dumą, patrząc w sufit.

 

 

 

Inne sprawy:

Zastanawia, czemu bohater z „pana Kacpra” nagle stał się „Kacprem”, choć czasem wtrącasz jeszcze niespodziewanie przy narracji: „pan Kacper”.

 

Robił to tak często, że wyrobił sobie nieprzyjemny nawyk ciągłego, nerwowego krzywienia ust – ten tik zniekształcał naturalne rysy, nadając mu dziwny, niepokojący wygląd. – powtórzenie/styl?

Spojrzała jeszcze na telefon cicho, licząc na wiadomości od męża. Nic. Odchrząknęła cicho, wertując ostatnie notatki, po czym spojrzała na niego znad dokumentów. – tu znowu powtórzenia; w dialogach często jest wypowiedź po wypowiedzi: „powiedział/a, odpowiedział/a” itp.; czyli pod tym kątem trzeba przejrzeć całość i starannie poprawić, ja już reszty przykładowych powtórzeń nie wypisuję; przy okazji – czy można „spojrzeć cicho”?

 

Co się ze mną dzisiaj dzieje? – pomyślała w nagłym przypływie frustracji, zdając sobie sprawę, że po raz kolejny całkowicie wyszła z roli. Rozmawiam o egzystencjalnej pustce z człowiekiem o tak delikatnej strukturze psychicznej, który każdą metaforę chłonie jeden do jednego. Znowu spojrzała na ekran Iphona licząc, że wiadomość od męża już dotarła. Znowu nic. – czy kolejne myśli nie powinny być tu też napisane kursywą?

 

Tak (przecinek?) jakby nigdy nie istniał.

Tak (i tu?) jakby go nigdy nie było.

W oczach malował się mu głębokim, egzystencjalny lęk. – literówka?

Mam nadzieję, że nie spieprzyłam tej rozmowy – pomyślała z nagłym ukłuciem niepokoju. Przez te moje pieprzone problemy zaczynam tracić zawodową czujność. – tu kolejny błędny zapis myśli?– czyli te kwestie także trzeba już teraz samemu do końca sprawdzić i poprawić, ja innych przykładów nie wypisuję

– Co się stało, Zofiu? – zapytał łagodnie, odkładając kluczyki na komodę w przedpokoju. – tu dopytam: czy nie miało być: „Zofio”?

A ja muszę tego Słuchać, radzić, analizować, leczyć… – albo tu brak części zdania, albo ma być małą literą?

Motyl uniósł się, zatoczył krąg wokół jego głowy, po czym skierował się w stronę wyjścia, przeciskając się przez wąską szczelinę od klucza w drzwiami, jakby jego ciało na moment stało się płynne. – literówki?

 

Znakomity horror, pomysłowy i trzymający do końca Czytelników w całkowitej niepewności. :) Tylko znowu te błędy… Trzeba je samodzielnie, starannie poprawić, do samego końca.

Początkowo byłam zdumiona sposobem rozmawiania terapeutki z chorym Kacprem, ale być może tak należy rozmawiać z osobami, cierpiącymi na takie schorzenia.

 

Klik, pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

@bruce

Witaj! :)

Ogromne, przeogromne dzięki za tak szczegółowe i bezbłędne oko! Kiedy pisałem w przedmowie o „ranach kłutych w oczy”, chyba podświadomie wywołałem wilka z lasu – jak widać, sprawdziło się idealnie! ;P

Masz oczywiście stuprocentową rację co do tych wszystkich potworków. Tekst powstawał w mrokach kolejnej, nocnej bezsenności i teraz, kiedy patrzę na twoje uwagi, widzę czarno na białym, w których momentach mój mózg już po prostu odleciał przy korekcie.

 

„Byłoza”, „zaimkoza”

haha, kiedy to się skończy x(

 

„Czy te przykładowe aliteracje są celowe?”

Nie. Po prostu są. Niestety. Ale uczynię tak, że ich nie bedzie :)

 

„inne sprawy:

Zastanawia, czemu bohater z „pana Kacpra” nagle stał się „Kacprem”, choć czasem wtrącasz jeszcze niespodziewanie przy narracji: „pan Kacper”.

Nie chciałem ciagle powtarzać tego rzeczownika. Jak widać się myliłem. Zabawne, bo przed korektą był tylko „pan Kacper” :)

 

Bardzo dziękuję też za wyłapanie tych wszystkich końcowych literówek.

Ale najważniejsze: Twoje słowa na końcu totalnie mnie uskrzydliły! Taka opinia to dla mnie ogromne wyróżnienie i najlepsza nagroda za tę zarwaną nockę. Błędy, błędami, ale chciałbym aby jednak wyobraźnia działała jak trzeba.

 

W tej chwili mój wewnętrzny procesor już całkowicie wysiada, oczy mi się zamykają, więc uciekam w końcu odespać swoje. Jak tylko odzyskam pełną przytomność umysłu, siadam do tekstu i zrobię w nim generalne porządki od początku do końca.

 

Pozdrawiam cię cieplutko! :)

PS Choć bez przesady. Upał straszny i niewytrzyma z niewyróbą ;)

Odeśpij, potem popraw, co zechcesz, aliteracje przemyśl, bo możesz je zostawić, na spokojnie. :) 

Tylko przed nowymi publikacjami – czytaj sobie powoli całość na głos, wtedy więcej błędów wyłapiesz sam. 

Pozdrawiam, także dzięks. :) 

Pecunia non olet

Nomad,

widać, że masz rozeznanie w temacie, bo rzeczywiście jest to inność tak odmienna od “zwykłego” sposobu postrzegania świata, że aż szokuje (odległa paralela to zdumienie, jakie mnie ogarnęło, gdy podczas wyjazdu za wschodnią granicę, nie tak jeszcze szczelnie zamkniętą, okazało się, że koledzy młodsi ledwie pięć lat już in gremio nie znają cyrylicy; dla nas jej znajomość to była “oczywista oczywistość”, cytując klasyka:)

Pozdrawiam i jeszcze raz gratuluję ciekawego opowiadania!

 

Nowa Fantastyka