W tej opowieści wyściubiamy nos z piwnicy i oddajemy głos prześladowanym mniejszościom:)
W tej opowieści wyściubiamy nos z piwnicy i oddajemy głos prześladowanym mniejszościom:)
1: Piwnica
Tak, to prawda, jestem pająkiem. Kątnikiem, jeśli już koniecznie chcecie wiedzieć. No i co z tego, właściwie? Czy robi to wam jakąś różnicę? Wy, którzy słuchacie tej opowieści, myślicie pewnie, że jesteście lepsi. Korona ewolucji, szczyt stworzenia i takie tam. Uśmiałby się kto! Ja i moi kuzyni jesteśmy tu już od milionów lat i ręczę wam, będziemy, gdy was już nie będzie. „Pająk przędzie zasłony w pałacu cezarów, sowa z krzykiem stróżuje na wieżach Afrasiaba”, jak napisał jeden z waszych poetów. Którego grób dawno już pokrył kurz i oplotły pajęczyny, à propos. To samo stanie się z grobem ostatniego człowieka, o ile będzie miał kto mu ten grób usypać. Może wierny pies? Z pewnością my odejdziemy jako jedni z ostatnich.
No, ale rozgadałem się o przyszłości, a nie o tym chciałem wam opowiedzieć. Posłuchajcie raczej mojej historii, bo wiele można się z niej nauczyć. A jeśli nie, to przynajmniej miło spędzić czas (w towarzystwie pająka, nieprawdaż?).
Dzieciństwo miałem trudne. Urodziłem się w tutejszej piwnicy. Ojca nie znaliśmy – matka sama nas wychowywała, niezbyt długo zresztą. Mój brat zapytał ją kiedyś:
– Mamo, czemu tata nas nie odwiedza?
– Zostawił nas, mój synku – odrzekła. – Mężczyźni już tacy są.
Przyjęliśmy to do wiadomości, bo co nam innego pozostało. Rozeszliśmy się wnet po piwnicy, a razem trzymaliśmy się tylko we trójkę – ja, mój brat Szpiner i siostra Arana. Hasaliśmy po piwnicy i zaglądali do różnych kątów, szukając przyszłego domu, w którym moglibyśmy uwić sobie przytulne gniazdko. Pewnej nocy Szpiner znalazł wylinkę pająka, z wyglądu jakby z naszej rodziny. Rzekł mi nawet:
– Popatrz, Teger, z gęby całkiem podobny do ciebie.
– Spytajmy matki, może go kojarzy – rzekłem.
No i spytaliśmy. Niezbyt wdzięcznie nas przyjęła i powiedziała tylko:
– O, to stara zbroja waszego dziadka.
– Dziadka? – spytała Arana, wyraźnie zaciekawiona.
– Tak – rzekła matka. – Odszedł tragicznie, tuż po tym, jak poznał waszą babcię. Długo płakała po nim i zostawiła sobie na pamiątkę tę zbroję.
– Zabił go inny pająk? Nasosznik?
– Może człowiek?
– Szczegółów nie znam. – Matka nie wydawała się zbyt rozmowna. – Zdaje się, że posprzeczali się z babcią, poszedł się czegoś napić i już nie wrócił. Jakoś tak. Zresztą, dajcie mi spokój! Nie macie lepszych rzeczy do roboty, tylko włóczyć się po kątach? Sieć uplotłeś? – zwróciła się do Szpinera.
– Jeszcze nie – odparł.
– Skaranie z tym nicponiem! To gdzie będziesz mieszkał?
– U Arany – rzekł śmiało Szpiner, który był bardzo związany z naszą siostrą.
– Stanowczo odradzam! – Matka wydawała się zdenerwowana.
– Dlaczego?
– Kobiety nie są dobrym towarzystwem dla młodych mężczyzn. Chłopcy, wielu takich jak wy zginęło przez płeć piękną.
– No, ale chyba sióstr to nie dotyczy? – Szpiner wydawał się wyraźnie zmartwiony.
– Lepiej dmuchać na zimne – skwitowała matka. Po czym nas przegnała, mówiąc: – Idźcie już i nie pokazujcie się tu do jutra. Spodziewam się gościa.
Zabraliśmy się więc, wiedząc już, że na świeżą muchę nie ma co u matki liczyć. Nie dla nas ją trzyma. Nie mogliśmy jednak pozbyć się ciekawości, co do owego gościa, którego się spodziewała. Schowaliśmy się więc w skrzyni po pomidorach i patrzeliśmy przez szpary. No i doczekaliśmy się. Z ogrodu przyszedł jakiś żwawy jegomość. Nie wiem, czy się z matką wcześniej znali, ale w każdym razie szybko się zapoznali. Przyniósł jej w prezencie jakiegoś chrabąszcza. No i zaczęli wyczyniać razem jakieś dziwne rzeczy.
– A, to tak to się robi – powiedziała Arana, chyba najbystrzejsza z naszej trójki.
– Co? – zapytał Szpiner.
– No, TO – odpowiedziała z naciskiem.
– Dzieci, kolego! – rzuciłem i spojrzałem na Aranę. Przytaknęła. A ja się ucieszyłem, bo widać pojętny jestem. Szpiner nie wyglądał wszak na zadowolonego.
– To zdrada pamięci naszego taty! – rzekł.
– Przecież nawet go nie znałeś – zauważyłem.
– Nie szkodzi. I tak jest moim idolem. Kiedyś go odnajdę i mu to powiem.
Szpiner chciał coś jeszcze dodać, gdy nagle Arana trąciła mnie i rzekła cicho:
– Patrz!
Odwróciliśmy wzrok ze Szpinerem i spojrzeliśmy na matkę, Po czym zamarliśmy z przerażenia. Działo się coś dziwnego i okropnego zarazem. Wśród miłosnych igraszek matka nagle chwyciła zalotnika i wbiła w niego swoje zęby. Amant był tak napalony, że chyba nawet tego nie zauważył. Może to i lepiej dla niego, bo wkrótce już nie żył. Piękna śmierć. I straszna zarazem.
– Pomściła pamięć naszego ojca – orzekł Szpiner.
– Zrobiłabym to samo – rzuciła Arana. W jej oczach było coś niepokojącego: jakiś dziwny płomień, w którym gorzała żądza nie wiem czego, miłości czy mordu? A może obu naraz. Aż się wzdrygnąłem. Szpiner zdawał się tego nie dostrzegać i dodał tylko pod adresem siostry:
– Zuch dziewczyna!
– Chodźmy stąd – powiedziałem, nie mogąc już patrzeć, jak matka wysysa swego amanta.
Nie spaliśmy potem całą noc, gorączkowo dyskutując o tym, czego byliśmy świadkami. Szpiner utrzymywał, że amant dostał nauczkę za próbę uwiedzenia. Argumentowałem, że przecież już ją uwiódł; zresztą nie bardzo się opierała.
– Może matkę ruszyło sumienie, gdy już sobie pobaraszkowała? – domyślał się Szpiner.
Tylko Arana była jakaś milcząca i coś sobie w głowie rozważała. Bałem się zapytać, o czym myśli.
Niebawem zobaczyliśmy podobną scenkę z udziałem sąsiadki i naszego starszego brata. Matka chyba też to widziała, ale nie zrobiła nic, by go ratować. Chyba myślała już o przyszłych dzieciach. Obaj ze Szpinerem uznaliśmy, że w piwnicy robi się trochę strasznie. Nasze kobiety widać powariowały. Postanowiliśmy wyprowadzić się na górę, do ludzi i tam założyć nowe gniazda. Proponowaliśmy to samo Aranie, ale odmówiła.
– Zostanę tutaj – rzekła – przez okna zachodzi tu więcej kawalerów z ogrodu.
– Dobrze – odparłem – tylko uważaj na siebie. I nie zjedz którego!
– Nie martw się! – zaśmiała się w odpowiedzi i poszła na drugi koniec piwnicy. Długo miałem jej nie widzieć. Tymczasem obaj ze Szpinerem wspięliśmy się po schodach i przez szparę w drzwiach przemknęliśmy na korytarz, wiodący do naziemnej części domu. Czekał na nas nowy, wspaniały świat.
2: Dom
Szpiner postanowił zamieszkać w kuchni, gdzie, jak mówił, kręciło się więcej much i różnego rodzaju drobnej zwierzyny, na którą można będzie zapolować. Ja wybrałem pokój młodego człowieka, Wiktora. Podobał mi się bałagan, jaki tam panował. Łatwo było się schować. Wybrałem miejsce za szafą i zbudowałem moje pierwsze przytulne gniazdko. Od czasu do czasu trafiała mi się jakaś drobna zdobycz. Fakt, Szpinerowi powodziło się lepiej. Za dnia siedzieliśmy cicho jak trusie, ale nocą wałęsaliśmy się po domu i odwiedzali nawzajem. Któregoś dnia wywęszyliśmy perfumy jakiejś damulki. Ruszyliśmy obaj jej śladem. Pomieszkiwała sobie w przykuchennej spiżarni, schowana za regałem ze słoikami, pełnymi rozmaitych przetworów.
– Ciągnijmy losy, kto ma do niej startować – zaproponował Szpiner.
– Zgoda – rzekłem. I przegrałem.
– Odwiedzę ją dziś wieczorem. Tylko złapię dla niej jakąś tłustą muchę. Nie pójdę przecież z gołymi rękami, prawda? – upewnił się Szpiner.
– Masz rację, bracie – odpowiedziałem. I przypomniałem sobie amanta matki. Też miał całkiem ładnego chrabąszcza. „A może to nie wypada?” – pomyślałem i dodałem głośno:
– Tylko nie bierz ze sobą chrabąszcza. Jeśli nie złapiesz muchy, to lepiej sobie odpuść.
– A co, chcesz mnie uprzedzić? – zaniepokoił się Szpiner. Myślami był już przy swojej damulce.
– Nie, tak tylko – odpowiedziałem i wróciłem do mego pokoju. Wiktor wylegiwał się do późna, więc miałem czas. Nie chciałem jednak naprzykrzać się bratu. Był nieźle napalony.
Z nastaniem wieczora Szpiner z muchą w garści ruszył ku przykuchennej spiżarni. Poszedłem za nim, trzymając się w pewnej odległości. Po cichu liczyłem, że dostanie kosza i ja będę miał swoją szansę. Tymczasem obaj zawiedliśmy się. Damulka już miała amanta. Szpiner aż się gotował ze złości i powiedział:
– Zaraz dorwę drania i pogonię go, gdzie pieprz rośnie! Przychodzi sobie taki nie wiadomo skąd i wyrywa moją kobietę!
– Jeszcze ona nie taka twoja – odparłem. – Gdybyś tylko…
I słowa uwięzły mi w gardle. Na naszych oczach rozegrał się znany nam już dramat. W samym środku miłosnych igraszek damulka dorwała kochanka i błyskawicznie wbiła weń zęby. Biedak nawet nie pisnął. Podrygiwał czas jakiś ni to w miłosnej rozkoszy, ni to w śmiertelnej agonii. Aż całkiem wyzionął ducha. A damulka w najlepsze wysysała go, jakby był jakąś muchą, a nie przyzwoitym pająkiem.
Czmychnęliśmy co prędzej do kuchni i przyczaili się pod stołem.
– Myślisz o tym samym, co ja? – zapytałem brata.
– Tak – odrzekł Szpiner ponuro. – Już wiem, co stało się z naszym ojcem.
Po czym nie odzywając się i nie oglądając na mnie, ruszył ku swemu gniazdu.
– Zostaw mnie, chcę być sam! – rzucił, gdy próbowałem go zatrzymać. Co było robić? Wróciłem do siebie, by w spokoju przemyśleć sprawę. Zajęło mi to cały dzień, aż do wieczora. Gdy się ściemniło, odwiedziłem Szpinera. Nie zastałem go. Pełen złych przeczuć podążyłem śladem jego zapachu. Na szczęście nie prowadził do spiżarni. Szpiner udał się do pokoju starszej siostry Wiktora, Moniki. Hmm… trochę mi się to nie podobało. Monika nie raz i nie dwa wyrażała się bardzo źle o naszym rodzie. W swoim pokoju utrzymywała wzorową czystość, aby – jak mówiła – żaden ohydny pająk („ohydny pająk” – rozumiecie? Jak można się tak wyrażać?) nie miał prawa się tam przyczaić. Szpiner miał tam mało szans na znalezienie spokojnego kąta.
Jak się jednak okazało, wcale go nie szukał. Wszedłszy za nim do pokoju Moniki, rozejrzałem się i w ciemnościach, rozświetlanych słabą poświatą księżyca, dostrzegłem jakiś cień koło łóżka dziewczyny. Zbliżyłem się… i krzyk zamarł mi w gardle. Szpiner powiesił się na własnej pajęczynie!
Rzuciłem się natychmiast w jego kierunku, mając nadzieję jeszcze go uratować. Byle tylko rozerwać pętlę, a będzie dobrze. O mało nie spadłem z ramy łóżka, biegnąc do brata. Zsunąłem się po własnej pajęczynie obok niego i zacząłem go szarpać.
– Szpiner, Szpiner! – krzyczałem. – Ty durniu! Kobiety nie są tego warte.
Pech chciał, że gdy tak szamotałem się z bratem, dziewczyna przebudziła się i postanowiła odwiedzić łazienkę. Spuściła nogi na podłogę, strącając nas przy okazji, zapaliła światło i spojrzała.
– Pająki! – krzyknęła. I zerwała się z łóżka, drąc się na całe gardło. Ja złapałem Szpinera czterema rękami za karapaks i ciągnąłem po podłodze. Byle dalej od tej histeryczki. Że też musiał się wieszać właśnie u niej…! A może liczył, że tu za nim nie przyjdę? Czułem lekki powiew oddechu z przetchlinek brata. Był jeszcze do uratowania.
Był.
Monika, mimo że przerażona, potrafiła działać nadzwyczaj szybko. Porwała kapeć i zamachnęła się nim na nas. Odruchowo puściłem brata i uciekłem. Kapeć wylądował na biednym Szpinerze. Monika w furii przygniotła go i pociągnęła, rozpłaszczając niby placek. Ze Szpinera nie było co zbierać.
Zmykając spod łóżka pomyślałem, że brat jednak zginął przez kobietę. I to nawet nie z naszego rodu. To się nazywa mieć pecha!
Ile sił we wszystkich ośmiu nogach pędziłem do drzwi, a potem korytarzem do pokoju Wiktora. Miałem szczęście. Gdy Monika skończyła ze Szpinerem, mnie już nie było w pokoju. Podniosła jednak raban na cały dom, ściągając do siebie rodziców, a nawet brata.
– Dwa pająki! Dwa tłuste pająki w moim pokoju! – histeryzowała.
– Widzę jednego i nie tak znów tłustego. A raczej mokrą plamę po nim – zauważył jej ojciec.
– To wszystko przez Wiktora! – piekliła się Monika. – Ma burdel w swoim pokoju. To istna wylęgarnia pająków!
– Mnie tam one nie przeszkadzają – odparł zaspany Wiktor.
– Ale mi przeszkadzają! – szalała Monika.
– Dobrze, jutro Wiktor posprząta swój pokój – zawyrokowała ich matka.
– Boję się tu spać. – Monika zdawała się bliska płaczu.
– No przecież zabiłaś pająka – rzekł jej ojciec.
– Ale były dwa! Dobrze widziałam!
– Pewnie drugi wystraszył się i uciekł – zauważył ojciec.
– Wiecie, co jest gorsze niż zobaczenie pająka? – spytała Monika.
– No?
– Gdy on znika!
– To idź spać do Wiktora, a on przyjdzie tutaj – zaproponowała matka.
– Za nic! Idę do ciebie. Ty śpij tutaj.
– Dobrze, ale tylko tę noc – zgodziła się matka.
Jak się domyślacie, resztę nocy spędziłem niespokojnie na rozmyślaniach, co mię czeka, gdy ludzie wezmą się za sprzątanie pokoju Wiktora. Na szczęście nie było tak źle, jak się spodziewałem. Wiktor posprzątał na odczepnego, po wierzchu i z grubsza. Za szafę, gdzie wygodnie mieszkałem, nawet nie zajrzał.
3: Terrarium
Wiktora nawet lubiłem. Dbałem, by żadne insekty nie włóczyły mu się po pokoju. Ta jego siostrzyczka to jednak co innego. Niezła jędza z niej była. I jest. I pewnie będzie, na wieki wieków amen. Wyobraźcie sobie, że postanowiła się mnie pozbyć i nie dowierzając (słusznie) w rzetelność porządków przeprowadzonych przez brata w jego własnym pokoju, postanowiła tu sama posprzątać. Wybrała sobie dobrą porę – środek dnia, gdy Wiktor był w szkole. Ja zaś byłem – jak to za dnia – ospały po całej nocy aktywnego myszkowania po pokoju i okolicach. Jędza wkroczyła do pokoju ze szczotką i mopem i zaczęła wymiatać po wszystkich kątach, odsuwając fotele, szafki i łóżko. No i wreszcie odkryła moją kryjówkę.
– Tuś mi, bratku! – zakrzyknęła i wymierzyła cios mopem.
W ostatniej chwili uskoczyłem. Nie dawała za wygraną. Niestety, przyparła mnie do kąta i coraz trudniej było mi wymykać się jej uderzeniom. Zacząłem wątpić w swe ocalenie. Wreszcie w desperacji postanowiłem uciec z pokoju na korytarz, korzystając z otwartych drzwi. Musiałem przebiec między nogami Moniki, ale to mnie nie zrażało. Wiecie, że w potrzebie potrafimy biegać prędko. A ja byłem w wielkiej potrzebie.
Rzuciłem się tedy naprzód, chcąc uciec z pokoju. Monika nie spodziewała się tego. Mop zawisł w jej ręce, wytrzeszczyła oczy i krzyknęła:
– Atakuje!
Po czym obróciła się na pięcie i ruszyła w tym samym kierunku, co ja. Starałem się być szybszy i wnet pojawiłem się tuż przed nią. Znów krzyknęła, zaplątała się we własne nogi (czy potknęła o mop, nie zauważyłem) i jak długa rymnęła na ziemię. W jednej chwili jej twarz znalazła się tuż naprzeciw mnie. Spojrzeliśmy sobie w oczy. Po sekundzie ciszę rozdarł jeszcze głośniejszy krzyk Moniki. W panice zerwała się i wymachując rękami zawadziła o szafkę z płytami brata (gość zbierał wielkie czarne krążki, winyle czy jak je tam zwą). Szafka przewróciła się, rozsypując zawartość po podłodze. Monika wpadła w drzwi, niemal nie wywalając ich z futryny. Ja zaś, korzystając z zamieszania i unikając spadających na mnie płyt, odskoczyłem w bok. Chyżo umykając, dopadłem listwy przy ścianie i wcisnąłem się w jakąś szparę. Udało się!
Po szkole wrócił Wiktor i między rodzeństwem doszło do karczemnej niemal awantury. Wiktor biadał nad zniszczonymi płytami, a Monika wymyślała mu od niechlujów i hodowców pająków. Wreszcie wkroczyła ich matka, kładąc kres kłótni.
– Skoro Wiktor ma być hodowcą pająków, to niech to robi jak trzeba. Przerobimy stare akwarium na terrarium i niech tam sobie trzyma swojego pajączka!
– O nie, trzeba go zabić! – sprzeciwiła się Monika.
– O tak, to dobry pomysł! – Wiktor zgodził się z matką. – Postawię je przy drzwiach, żeby Monia nie zaglądała do mojego pokoju.
– Ohydny jesteś! Nie zrobisz tego!
– Właśnie że zrobię.
– Terrarium stanie przy tamtej ścianie. – Matka wskazała palcem. – Tylko najpierw złapcie tego pająka. Tymczasem zamieszka w słoiku.
Na szczęście uniknąłem tego poniżenia. Od terrarium jednak się nie wymigałem. Wiktor tym razem się przyłożył i zachęcany przez siostrę – dla bezpieczeństwa stojącą za progiem jego pokoju – wreszcie mnie wypatrzył, schwytał i przeniósł do nowego mieszkania. Urządził je całkiem przytulnie, muszę przyznać. Nie zmieniało to jednak faktu, że skończyły się moje nocne wędrówki po domu. Mogłem sobie pokrążyć tylko po niewielkiej przestrzeni. I jeść to, co mi łaskawie wrzucili ludzie. Nie zajęło długo, aż popadłem w apatię i przygnębienie.
Monika tryumfowała, choć i tego było jej mało. Wciąż przemyślała, jakby tu pozbyć się mnie na dobre. Któregoś dnia podrzuciła mi muchę, jeszcze drgającą, ale obficie zatrutą Muchozolem. Naiwnie sądziła, że i mi on zaszkodzi. Owszem, nie mogłem się oprzeć i rzuciłem się na ofiarę. Wstrzyknąłem jej moje soki trawienne, które zneutralizowały truciznę. Potem wypiłem pożywny bulion. Podziękować!
Kilka dni później Monikę odwiedził jej amant, Oskar. Nieźle zbudowany, muszę przyznać. Nie mogłem się doczekać, kiedy zaczną baraszkować, a ona nagle go ugryzie i wyssie. Chyba że amant zabezpieczy się tak jak ojciec Moniki i Wiktora.
Dziwna rzecz, muszę wam powiedzieć – dlaczego ojciec rodziny jeszcze żyje? Długo się nad tym zastanawiałem, w czasie gdy jeszcze mogłem krążyć spokojnie po domu. Wreszcie odkryłem przyczynę. Otóż ma on w szafce butelki ze specjalnym płynem, który odstrasza jego kobietę. Wypija go co wieczór po szklaneczce, po czym przymila się do swej kobiety. Ta jednak ucieka od niego. Gdy się Wiktor chciał dobrać do tego płynu, ojciec go pogonił. Najwyraźniej służy on tylko tym mężczyznom, którzy mają swoje kobiety, dla ochrony przed nimi.
Tylko jak w takim razie udało mu się spłodzić tę dwójkę dzieci? Tego jeszcze nie rozgryzłem.
Rozmyślałem za to, czy taki płyn uratowałby mnie w razie potrzeby? I czy Oskar też go zażywa, przychodząc do Moniki? Nie wyczułem. Jest zatem nadzieja, że przy odrobinie cierpliwości doczekam się śmierci drania (choć jej nie zobaczę, bo wątpię, by baraszkowali w pokoju Wiktora).
A był to drań, zaiste. Wyobraźcie sobie, że kiedy Wiktor pokazał mu terrarium ze mną w środku, ten w głos się roześmiał.
– Trzymasz w terrarium zwykłego kątnika?
To wtedy dowiedziałem się, jak mnie ludzie nazywają.
– A co, nie mogę? – bronił się Wiktor.
– Malutki chłopaczek i malutki pajączek. I pewnie masz jeszcze coś malutkiego, co?
– Odczep się!
– Spraw sobie tarantulę i wtedy mnie zaproś na oglądanie.
– Zwariowałeś, Oskar, czy co?! – wtrąciła się Monika. – Ledwo mogę znieść obecność tego pająka.
– Jakoś mało energiczny mi się zdaje – kontynuował swoje szyderstwa Oskar. – Trzeba by go rozerwać.
– Co masz na myśli? – zapytał Wiktor.
– No, chłopak musi zakisić ogóra. To mu poprawi humor.
– Fuj! – wtrąciła się znów Monika.
– Skąd wiesz, że to samiec? – zdziwił się Wiktor.
– Jak rany, to mi się hodowca pająków znalazł! – Oskar nie krył swego rozbawienia. – Każdy głupi wie, że samce kątników są małe, jak nie przymierzając ten tutaj kurdupel.
Widzicie, jak mnie nazwał?
W końcu zaoferował się, że złapie jakąś samicę dla mnie i przyniesie ją Wiktorowi w słoiku. Protesty Moniki na nic się nie zdały. Oskar uciszył je, odciągnąwszy dziewczynę na bok i szepcząc:
– Samice zjadają samce po kopulacji.
– Co?
– Tak to. Pozbędziemy się pajączka twojego brata.
– No, ale za to będzie pajęczyca. W dodatku ciężarna.
– Pajęczyce nie zachodzą w ciążę.
– Nie? To skąd biorą się małe pajączki?
– Z jaj. Nie bądź głupia!
– Nie pozwalaj sobie.
– Sorki. Posłuchaj, oto plan: wpuścimy do terrarium pajęczycę kątnika, ta zeżre małego, a zanim zdąży złożyć jaja, my w przypływie słusznego gniewu rozgnieciemy ją na miazgę.
– My?
– Ja.
– To już lepiej. Co na to Wiktor?
– Kupię mu kilka winylów. Będzie dobrze.
– Okej.
Jak uradzili, tak też zrobili. Jakieś dwa dni później Oskar pojawił się znów ze słoikiem, w którym trzymał przedstawicielkę płci pięknej z mojego rodu. Była słusznych rozmiarów. I była wściekła. Na sam jej widok zmartwiałem i schowałem się w głąb mojej norki. Już po mnie!
Wiktor uchylił wieko mojego terrarium, a Oskar wpuścił moją Nemezis do środka. Ze strachu bałem się nawet ruszyć. Wreszcie wyczułem jej zapach. Czyżby? Zbliżyłem się ostrożnie.
– Arana?
Zerknęła na mnie.
– Teger?
– Co ty tu robisz? Urosłaś.
– Niech to szlag! Ten człowiek złapał mnie w ogrodzie.
– To już nie mieszkasz w piwnicy?
– Mieszkam. Wyszłam na chwilę, przewietrzyć się. A najgorsze, że…
Głos jej się załamał.
– Arana?
– Dzieci. Zostały same w piwnicy. Zginą tam beze mnie!
Podszedłem i ująłem ją delikatnie, pragnąc pocieszyć.
– Widzicie? – zapytał Oskar. – Mają się ku sobie. Wiktorze, patrz i ucz się!
– Musimy się stąd wydostać – powiedziałem.
– Ale jak?
– Wiesz, oni – wskazałem ludzi za szybą – oczekują, że będziemy baraszkować.
– Siostra z bratem? Fuj! Obleśni zboczeńcy!
– Nie wiedzą, że jesteś moją siostrą.
– A co, nie zauważyli podobieństwa? – Arana była ewidentnie zdziwiona. – Też mi zaawansowana rasa!
– Wiem, to przygłupy. Choć Wiktor jest w porządku.
– Jaki znów Wiktor?
– Ten najmniejszy. U niego mieszkałem.
– Skoro jest w porządku, to niech nas stąd uwolni.
– Ba, tylko jak mu to powiedzieć?
Zamyśliliśmy się oboje.
– Coś im słabo idzie – powiedział Wiktor.
– Ten twój pajączek nawet do amorów się nie nadaje – odciął się Oskar.
– A może pająki nie robią tego na pierwszej randce? – zapytała Monika.
– Pierwsza randka? Zaraz! Już wiem! – Oskar aż podskoczył. – Pająk musi mieć jakiś prezent dla wybranki.
– Prezent? – spytało rodzeństwo.
– No, coś do zjedzenia, muchę czy innego owada. Zwykle to samiec odwiedza samicę, przynosi jej coś na przegryzkę i gdy ta się posili, zaczynają figlować. Że też o tym zapomniałem!
– A takiś mądry – zauważył Wiktor.
– Nie gadaj, tylko łap szybko coś do zjedzenia dla nich. Macie tu jakąś muchę? Rybika w łazience? Mrówki?
– Coś się znajdzie – powiedział Wiktor.
I ruszyli na poszukiwanie. My zaś naradzaliśmy się, jak by tu się wymknąć z naszego terrarium. Gdyby nie to, że Arana martwiła się o dzieci, to byłbym nawet za tym, żeby ze mną zamieszkała. Ale tak, musiałem jej jakoś pomóc. Wreszcie wpadłem na pomysł:
– Musimy zasnuć pajęczyną całe terrarium.
– Tak? A po co?
– Oni chcą na nas patrzeć. Gdy nie będą mogli, otworzą wieko, by sprzątnąć pajęczynę. A że nie będą nas przedtem widzieć, my znienacka wyskoczymy i damy nogę.
– Dobry plan. Do dzieła!
Jak umyśliliśmy, tak też zrobiliśmy. Podczas gdy ludzie szukali przekąski dla nas, my jak szaleni oplataliśmy pajęczyną od środka całe terrarium. Pierwsza zorientowała się Monika, która stała w drzwiach i nie bawiła się w szukanie owadów.
– Chłopaki, szybko! Coś dziwnego się dzieje!
– Co? Zjadają się? – krzyknął Oskar z kuchni.
– Jak to „zjadają się”?! – włączył się Wiktor z łazienki.
– Nie! Chodźcie sami zobaczyć!
Obaj przybiegli.
– Nie wiem, co o tym myśleć – rzekł Wiktor patrząc na terrarium, całkowicie już przesłonięte naszą pajęczyną.
– Jakoś mnie to nie dziwi – rzekł Oskar.
– Co robimy? – to był głos Moniki.
Prawdę powiedziawszy, rozróżniałem ich już tylko po głosie, bo przecież nic nie widzieliśmy zza pajęczyny.
– Pewnie robią podkop – rzekła Monika. – Ja stąd się zmywam.
– Nie gadaj głupstw! – odparł Oskar. – Raczej wiją sobie gniazdko miłosne.
– Naprawdę?
– Tylko, że nic nie zobaczymy. – Wiktor był zawiedziony.
– Musimy uprzątnąć tę pajęczynę – zadecydował Oskar.
„Ha, ha, głupie ludziki. Pajączki was wykiwały” – pomyślałem sobie.
Zaczailiśmy się z Araną przy wieku i czekaliśmy. Wreszcie się uchyliło.
– Kurka, nic nie widzę. Wiktor, daj latarkę!
– Ze smartfonu może być?
– Może.
– Uchyl bardziej.
– Jeszcze nam… ożeż ty! Łapcie je!
Ale było już za późno. Razem z Araną wystrzeliliśmy jak z procy, spadli na podłogę i puściliśmy się biegiem za szafę.
Monika z krzykiem uciekła z pokoju. Oskar odskoczył od terrarium i ruszył za nami ku szafie.
– Pomóż mi! – krzyknął do Wiktora.
Ten jednak stał nieruchomo.
– Rusz się, gamoniu!
Nic. Wreszcie powiedział:
– A niech sobie żyją!
Wiedziałem, że Wiktor to równy gość.
4: I znów piwnica
Odczekawszy do zmroku w szparze za szafą, gdzie ludzie nie mogli nas dosięgnąć, wymknęliśmy się z Araną z pokoju Wiktora i ruszyli ku piwnicy. Aranę aż nosiło ze zdenerwowania i strachu o dzieci. Ja przemierzałem drogę, którą przeszedłem kiedyś w przeciwnym kierunku, ruszając jako młodzik na podbój świata. Cieszyłem się, że mam u boku siostrę – czy to raczej ona miała mnie, jeśli patrzeć na nasze rozmiary.
Ledwie znaleźliśmy się w piwnicy, Arana pośpieszyła do swego gniazda. Na szczęście małe pajączki były na miejscu, trochę tylko zaniepokojone. Chyba nie zdawały sobie sprawy z powagi sytuacji. Ja zaś przyjrzałem im się ciekawie. Kurczę, miałem siostrzeńców. Dałbym sobie dwie nogi urwać, że jeden z nich bardzo przypominał Szpinera. Jak ulał.
– Mamo, jak dobrze, że jesteś! Gdzie byłaś? Wróciłaś z tatą? Hura!
– Nie kochani, to wasz wujek. Poznajcie Tegera.
– Wujek?
– Mój brat.
– Super! A gdzie tata? Mówiłaś, że wyszedł do ogrodu i poszłaś go szukać?
– No, jakby tu wam powiedzieć – Arana była nieco zmieszana. Spojrzała na mnie wszystkimi oczami i wyczytałem w nich jedno słowo „Pomóż”.
– Kochani siostrzeńcy – odezwałem się do maluchów. – Wasz tata niestety nie wróci.
– Jak to nie wróci? Znalazł sobie inną mamę? Nie, on by tego nie zrobił! Nie mój tata! (to ten Szpiner Drugi, jak go w myślach nazwałem).
– Oczywiście, że nie znalazł sobie innej mamy. My, kątniki, pozostajemy wierni naszym wybrankom aż do śmierci.
Hmm… jakoś samo mi się to powiedziało. Nie chciałem, naprawdę!
– To co się z nim stało? – malcy nie ustępowali.
– Wasz tata… – zawiesiłem głos – wasz tata umarł z miłości do mamy.
Cisza.
– Co? Jak to? Jak to możliwe?
– To prawda, kochani – Arana włączyła się do rozmowy.
– Jakie to romantyczne! – wykrzyknęła jedna z moich siostrzenic. – Też bym chciała, by mój ukochany umarł z miłości dla mnie!
– A ja myślę, że to głupie – to był Szpiner Drugi. – Prawdziwy ojciec powinien zostać i dbać o rodzinę, a nie umierać z miłości.
– No cóż, drogi chłopcze – odezwała się Arana – mam nadzieję i życzę ci, by w twoim przypadku tak się właśnie stało.
– A ty, wujku, zostałeś ze swoją rodziną? – Znów jedna z siostrzenic.
– No, tak. Można tak rzec. Wy jesteście moją rodziną.
– Nie, ale ja mam na myśli twoją rodzinę, wiesz? Żonę, dzieci.
– Nigdy nie miałem żony, ani dzieci – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
– A dlaczego?
Kurczę, malcy są tacy ciekawscy i nieustępliwi.
– Po prostu. Nie miałem szczęścia do kobiet.
„A może właśnie miałem?” – pomyślałem. I zachowałem tę myśl dla siebie.
Kątnikiem, jeśli już koniecznie chcecie wiedzieć. No i co z tego, właściwie? Czy robi to wam jakąś różnicę?
No mi robi, bo kątników się jakoś specjalnie nie boję XD.
Przyjemne opowiadanie, poczucie humoru zdecydowanie nadaje mu uroku. Czegoś mi brakowało jeśli chodzi o rozwój akcji, ale:
„A może właśnie miałem?” – pomyślałem. I zachowałem tę myśl dla siebie.
Pięknie zamyka historię.
Pozdrawiam.
Przybyłam Was nawiedzać
Dzięki za przeczytanie i cieszę się, że Ci się spodobało:)
Z Twoim opowiadaniem mamy poniekąd dwugłos w sprawie…
Pozdrawiam!
Mehiko
Też o tym pomyślałam. Dobrze, że nam się przypadkiem imiona ludzkich postaci nie powtórzyły, bo śmieszne uniwersum by się budowało.
Pozdrawiam.
Przybyłam Was nawiedzać
Witam :]
No i cóż. Nie mogę powiedzieć, żeby ta bajeczka miała zostać w mojej pamięci na dłużej – raczej nie mój typ lektury. Ale i czepiać się specjalnie nie ma czego. Mamy dwa wątki, konflikt bohatera z ludźmi i z samiczą biologią, oba łączą się ze sobą i doczekują się jakiegoś tam rozwiązania, nawet nienajgorszego, powiedziałbym. Humor nie zwalił mnie z krzesła, ale na pewno uprzyjemniał czytanie.
Te dialogi, gdy ludzie i pająki szczegółowo tłumaczą swoje plany, trochę się ciągły.
Pozdrawiam!
Czułem lekki powiew oddechu z przetchlinek brata
Pająki nie biorą wdechów i wydechów. Oczywiście pająki też nie rozmawiają i w bajce to łykamy, ale tu mnie to jakoś zakłuło… może dlatego, że to bajkowe oddychanie jest zaraz obok naukowo-biologicznego terminu “przetchlinka”?
– Tuś mi, bratku! – zakrzyknęła i wymierzyła mi cios mopem.
enixe conatus et feliciter gessi / sed extremo nihil interest / mi perendum ut omnia perdam / sed extremo nihil interest
Dzięki, Mehiko, za odkrycie naprawdę inteligentnej rasy na planecie Ziemia :) Świetnie mi się czytało. Ciężkie jest życie pająka. No i już wiem, co to znaczy “umierać z miłości”, super.
A swoją drogą, spróbowałam sobie wyobrazić: lądują Obcy na naszej Ziemi i komunikują się z pająkami, bo wiadomo, jaka rasa jest koroną stworzenia…
Pozdrawiam serdecznie :)
Przeczytałem to głośno w piwnicy. Pajęcza społeczność była zachwycona pomysłem. 6*. Pozdrawiam!
Opowiadanie naprawdę do mnie przemówiło! Obudziłem się dziś w podłym nastroju, a Tobie udało się tym tekstem choć trochę przegnać te chmury. Dzięki!
Ale otworzyłeś we mnie puszkę Pandory, bo już nigdy nie spojrzę na pająka tak jak wcześniej (a to wyczyn, bo mam arachnofobię). Jeszcze wczoraj walczyłem ze sobą, próbując (na szczęście skutecznie) wyrzucić kątnika za balkon. Rano zauważyłem kolejnego(już nie katnik, ale jednak ośmionogi…) nad oknem, ale… zostawię go tam. Niech sobie żyje. :) W końcu ja nie zjadam komarów (nie przepadam za ich mięsem :)), a on z pewnością tak. Uznałem, że spróbuję żyć z nim w symbiozie.
Przyjemnie się czytało.
Pozdrawiam! :)

teksty generowane komentuję z AI
Na prawdę dobre.
Niby wszystko jasne i nie takie znów odkrywcze, ale te przygody, twisty, ofiary. Urzekła mnie ta historia.
No i ładnie napisane, czytałam płynnie i z przyjemnością.
teksty generowane komentuję z AI
L.Keller,
jak to mówią – Opatrzność czuwa:) Faktycznie tekst powstał niezależnie i wcześniej, ale dobrze się stało, że bohaterowie są inni. Jeszcze raz dziękuję za komentarz!
Zakapiorze,
jasne, że nie oddychają – to była zamierzona licentio poetica, mam nadzieję, że w granicach dopuszczalności:) Dzięki za przeczytanie i wychwycenie powtórzenia!
Teo,
dzięki za przeczytanie. Miło mi, że opowieść spodobała Ci się.
Fajny pomysł na kontakt z Obcymi. Załóżmy, że są ośmioręczni i według tego oceniają innych. Pierwszy raport mówi: “Na planecie znaleźliśmy mnóstwo istot nam podobnych, z którymi można by nawiązać kontakt. Większość żyje na lądzie (pająki) i porozumiewa się za pomocą skomplikowanego języka, tkając swoje przesłania na rozmaite wzory i potrząsając nimi od czasu do czasu dla zaakcentowania co ważniejszych spraw (zwróćmy uwagę na precyzję, z jaką zbudowane są pajęczyny:) Wstępne rozpoznanie wskazuje na możliwość nawiązania kontaktu na podstawowym poziomie. Dużo bardziej obiecujące są istoty wodne (ośmiornice); stwierdzono wysoki poziom inteligencji. Niestety rzadko opuszczają środowisko wodne. Zalecane uzupełnienie wyposażenia następnej ekspedycji w amfibie”.
Czworonogi zostałyby pewnie ocenione jako półinteligenci, którymi nie warto zaprzątać sobie głowy…
Grzesiek_W,
dzięki za przeczytanie i rozpowszechnienie wśród najbardziej zainteresowanych odbiorców! Bez wątpienia, w piwnicy wiele się dzieje:)
Nomad,
cieszę się, że udało mi się poprawić Ci humor:) Dzięki za przeczytanie tekstu!
Swego czasu miałem na balkonie kołosza, który wieczorami, gdy siadałem z książką, wychodził tkać pajęczynę i pewnie zaglądał mi z góry do lektury. Musiał to być oczytany pająk:)
Ambush,
dziękuję za przeczytanie opowiadania i dobrą ocenę. Miło mi, że jego lektura była dla Ciebie przyjemnością.
Pozdrawiam wszystkich!:)
Jest za gorąco, żeby łapać usterki językowe :/
Ale mimo temperatury czytało się dobrze. Lekkie i zabawne, nawet nie odczułem tych ponad 25k znaków – chciałem wiedzieć, co będzie dalej. Plus ładne zakończenie.
Kiedyś pozwoliłem samicy krzyżaka mieszkać w kuchni. Dzielnie łapała muchy, ale zimą się zestarzała. Pająki to jedne z niewielu zwierząt, u których dobrze zbadano zwierzęcy odpowiednik choroby Alzheimera, ponieważ widać to po strukturze sieci. Pożegnałem staruszkę z honorami, kiedy odeszła, bo zamiast spirali rysowała Picassa i muchy się nie łapały.
Biblioteka za pomysł i realizację.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Bo wiadomo – im więcej odnóży/macek, tym więcej inteligencji :))
Pozdrawiam :)
Marzan,
fajnie, że zajrzałeś. Dzięki za przeczytanie i pozytywny odbiór:)
Muchy w kuchni to faktycznie utrapienie, więc miałeś ochronę, i to darmową!
A propos Alzheimera, czy to nie jest tak, że pająk jest zaatakowany przez osę (albo innego owada, nie pomnę) i rozwijająca się wewnątrz larwa w pewnej chwili powoduje takie zakłócenia w funkcjonowaniu nosiciela (żywiciela)? Coś kiedyś oglądałem w tym temacie…
Teo,
jakież to możliwości dla użytkownika języka migowego otwiera wieloręczność! Wyobrażam sobie takie dwie ośmiornice, żalące się przy pogawędce na podły los ludzi, skazanych na sylabizowanie i jąkanie się.
– Pani sobie wyobraża, sąsiadko, że ludzie, chcąc przekazać coś więcej, muszą uciekać się do wydawania z siebie głosu?
– To okropne! Płoszą zwierzynę!
– No i nie mogą żyć pod wodą.
– Biedne stworzenia…
Nie wspominając, że biegła ośmiornica-tłumaczka może przekładać przemówienie szefa zatoki na kilka języków jednocześnie (choć im więcej języków, tym mniejsza precyzja przekładu).
Pozdrawiam Was!
Z tymi larwami – tak istotnie jest, masz rację. Widuję te osy koło domu, rzeczywiście zaczepiają pajączki, ale te szybko odskakują. Na stercie drewna trwa nieustanna walka.
Pomysł na Obcego nie wziął się tak z czapki – choć twórcy wykorzystali wiele naszych lęków. Tam są aż dwa odniesienia – do larwy, która wykluwa się ze środka i do samego pająka (twarzołap).
W opowiadaniu fajnie przedstawiłeś punkt widzenia pająka – sam bohater jest nieco antropomorficzny, co ułatwia nam śledzenie akcji i zrozumienie, co się dzieje. Pewnie trudniej byłoby zmienić perspektywą na bliższą pajęczym zmyłom, na przykład wyczuwanie wibracji. Podobno kątniki widzą słabo, a polegają głównie na dotyku (również drganiach powietrza) i zapachu. Byłoby to bliższe biologii, ale zrujnowało dynamikę scen, więc rozumiem :)
Jeśli ktoś nie lubi kątników, można je grzecznie wypraszać zapachem, nie kapciem :)
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Sympatyczna bajka. Odebrałam ją jako lekko edukacyjną dla dzieci. Odkrywanie prawdy o swojej rodzinie –dla pająka straszno, dla człowieka śmieszno.
Ładna zabawa językiem we dwuznacznych fragmentach.
Babska logika rządzi!
Finkla,
miło, że przeczytałaś i jeszcze milej, że Ci się spodobało:)
Dzięki i pozdrawiam!
Cześć
Czytałem z zaciekawieniem, co to będzie, jak się potoczy życie bohatera – pająka. Super imiona dla pająków. Sympatyczna opowieść, trochę zabawna, odrobinę smutna. Bardzo zręcznie zamknąłeś opowiadanie w kilku słowach.
Klik!
Pozdrawiam