- Opowiadanie: tumi1 - Cena obowiązku

Cena obowiązku

Miłej lektury.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Cena obowiązku

Tomasz Krzywik

Cena obowiązku

 

I

– Strasznie blady jest… Najdalej do świtu wyzionie ducha.

– Ino krwi nie widać… Jest tam jaka rana?

– Jest, jest. Widzisz? O tu, na piersi. Dostał, aż bechter poszedł w drzazgi… Może dziękować Asterowi, że jeszcze dycha. Pomóż mi z tym, zakleszczył się…

– Ach, psia jucha…

– Drzyj tę koszulę, nie będziemy jej przecież teraz rozpinać…

– Drę, ale jaki materiał silny!

– Ależ z ciebie baba… Daj mi to! O, zaraza! Adjełka, dawaj tu, ino szybko! Nie gap się tak, biegiem mówię! Weź, spójrz no tylko. Tutaj, nie na jego gębę. Krew kiejby jaki olej… Widziałaś już coś takiego?

– U astera, owszem, ale u człowieka…

– To co ona taka dziwna? Zatruta?

– Zróbcie mi miejsce… Asterze, czy wy kiedykolwiek się myjecie? Łapy macie brudne jakbyście dopiero co skończyli gnój przerzucać. Przecież mu tylko pogorszycie…

– No, Adjełka, obiznaj czto za dieło…

– Przeklęta… Dobryj Asterie, z widziadłem tańcował nasz przyjaciel. Nie dziwota zresztą. Gdzie go nasi znaleźli, koło Monolitu? Ma szczęście, że pogonili nas z Długiego Szlaku i nadłożyliśmy drogi. Pusto wkoło i cicho, skonałby niechybnie…

–  Wciąż może skonać. Ino co tu robił? Patrzcie tylko, ten strój, ta broń… Znaczny ktoś. A tam, co się tak łyska na palcu?

– Sygnet. Cudne intaglio, chyba z szafiru? Albo czegoś podobnego, sam nie wiem. Dzisiaj oczka robi się z krwawnika, onyksu albo heliotropu, są łatwiejsze w obróbce, łatwiej dostępne… Jak nic, mobile herbowe. Raróg z włócznią w szponach…

– Od kiedy ty się znasz na biżuterii?

– Przestańcie gadać i pomóżcie mi! Rwijcie rękaw, zrobimy opatrunek.

­– Adjełka, a tamten aster, ten co go z taką podobną raną widziałaś… Co z nim później było?

– Zmarł.

 

II

– Boisz się wysokości, wasza miłość?

Sambor uśmiechnął się krzywo widząc jak mistrz konfraterni w Berstergradzie, niejaki Dytryk Jodłowski, nerwowo przechadza się przy ścianie ambony. Długa i ciężka szata czarodzieja przez tych kilka dni podróży przez Dzicz zdążyła sparszywieć i stracić swój charakterystyczny poblask, ale jego towarzysz zdawał się tym w ogóle nie przejmować. Wyglądał zamiast tego co jakiś czas na zewnątrz, mimo że jedyne co mógł tam dojrzeć to rozłożony wokół ambony ciemny dywany lasu i rozgwieżdżone niebo.

– Nie boję się wysokości – odpowiedział po dłuższej chwili czarodziej. – Boję się upadku z wysokości, a to znacząca różnica. Widzicie, panie Zabrajski, dotychczas najwyższą budowlą na jaką się wspiąłem była bursztynowa wieża w Berstergradzie, a ta… Ambona… jest wyższa. Znacznie wyższa. Poza tym bursztynowa wieża kanclerza Staroborskiego jest murowana, to solidna robota wykonana felskim sposobem, tymczasem my musimy zaufać czterem palom pamiętającym Prekursorów.

– Czterem palom i magii, która je spaja.

– Magia jest ulotna. I kapryśna.

–  Myślałem, że członkowie konfraterni wierzą w moc Nurtu?

– Wierzą, nie wierzą… – mruknął Jodłowski, odsuwając się od ścianki ambony. – Co za różnica, kiedy nie wiemy jak Prekursorzy używali Nurtu… Na pewno jednak nie potrzebowali do tego żmijowych szponów. Więcej nawet! Mistrz Kalezjusz twierdził, że Nurt jest w istocie snem Prekursorów, a Ambony… Monolity… Ach, długo by mówić, nie chcę was nudzić.

Potem nie rozmawiali przez jakiś czas. Jodłowski przysiadł pod ścianką i pogrążył we własnych myślach, a Sambor zabrał się za rozpalanie ogniska. W zwykłej czatowni myśliwskiej nie mieliby na to miejsca, ale Ambony Prekursorów znacznie różniły się od tych ludzkich czy asterskich. Stare konstrukcje, tkwiące pośród lasów niby zapomniane żerdzie, potrafiły pomieścić małą grupę, a ściany i dach nad głową rekompensowały trud niebezpiecznej wspinaczki i ułatwiały życie podróżnym. Zwłaszcza w Dziczy.

– Nie ma nic złego w strachu przed wysokością – powiedział Sambor jakiś czas później, gdy płomienie zaczęły trawić zebrany wcześniej chrust. – Sam nie lubię tych całych… Ambon, ale w Dziczy trudno o bezpieczniejsze miejsce, niż gdzieś bardzo, bardzo wysoko.

Nagły podmuch wiatru targnął amboną i cała konstrukcja pochyliła się, trzeszcząc przeraźliwie. Kilka tlących się gałązek wypadło z ogniska i potoczyło niezgrabnie w kierunku wyjścia, ku ciemnej nocy. Jodłowski zaklął w sposób nieprzystający osobie z jego wykształceniem i piastowanym urzędem.

– Psiakrew, że też na to się zgodziłem…

– Spokojnie, wasza miłość. Ambony Prekursorów stoją tu odkąd pamiętam i jak dotąd żadna jeszcze się nie przewróciła.

– Schlebiacie sobie, panie Zabrajski, myśląc, że mnie zaskoczycie. Wiem o Prekursorach więcej, niż ci się wydaje.

– Pewnie macie rację, wasza miłość… – Sambor zerknął z ukosa na czarodzieja i uśmiechnął się lekko pod sumiastym wąsem. – Wasza miłość…

– Słucham?

– W innych okolicznościach nie proponowałbym, bo może i nie przystoi… Ale mam przy sobie bukłaczek i drewniane kieliszki.

– Waść chyba żartujesz…  

– Nie śmiałbym – Sambor mrugnął wesoło do mistrza Jodłowskiego. – Nie zajmują dużo miejsca, a bukłak i tak noszę. Wódka czasem leczy ciało, czasem duszę… Tymczasem do świtu jeszcze daleko, wasza miłość zdaje się poddenerwowany, mi zaś samemu nie wypada… Rozumiem godność urzędu i konweseanse, ale…

– Konwenanse – Jodłowski westchnął ciężko, gdy kolejny podmuch nocnego wiatru targnął amboną. – Dobrze, niech więc będzie. Chędożyć godność urzędu i konwenanse. Lej pan, panie Zabrajski, poczuję się znowu jak żak. To wódka?

– Asterska.

– Zdobyczna?

– A tam, zdobyczna – Sambor nalał po jednym. – Kiedyś niedaleko Ostałówka wpadliśmy na asterską karawanę, która zmierzała w kierunku Długiego Szlaku. To była dość spora grupa, mieli nawet jazdę koncerną…

– Koncerną?

– Ehe. Wołamy ich tak, bo walczą koncerzami z tych swoich misiów… W każdym razie grube zbroje, grube skóry, ciężko ich ubić. W innych okolicznościach nikt by się na nich nie porwał, ale wtedy w Dziczy było wyjątkowo niespokojnie. Jacyś banici zebrali większą bandę, kręcili się po Dziczy jakiś czas, mieli nawet swojego… Króla. No i w końcu zasadzili się na rzeczoną karawanę. Gdybyśmy z towarzystwem polnym nie przybyli to byłoby z asterami chudo… Jeden z kupców wiózł na handel wódkę w pięknej karafce. Wiesz, wasza miłość, jakie piękne szkła potrafią asterowie wyrobić? My długo tak nie będziemy umieli… Krasnoludy tym bardziej. Koniec końców wódkę przelałem do bukłaka, bo jest prosta i tania, a karafka została w moim dworku, cieszy salonik w moim dworku w Wólce Sokolickiej.

Jodłowski skrzywił się. Wódka paliła.

– Słyszałem – odkaszlnął. – Z tego zresztą waść słyniesz… Za to przecież was pan Sokolnicki wynagrodził, utytułował? Ponoć stróżujecie w Dzicz na bandytów, chłopom broń organizujecie i do sztuki wojennej przyuczacie, żeby się bronili. Jak was wołają, polni? Dobrze pamiętam?

– Dobrze pamiętacie, mistrzu. A co do służby… Tak mówią. Chociaż, tak po prawdzie, ja robię swoje.

– Tak z dobrego serca?

– Z poczucia obowiązku. Może jeszcze po jednym? Strasznie dziś wieje.

 

III

– Kim… Kim jesteś…?

– Adjełza. Możesz poruszyć lewą ręką?

– Mogę… Ach, cholera. Nie, nie mogę. Jak to wygląda?

– Jakbyś wziął się za bary z niedźwiedziem. Czego szukałeś przy Monolicie? Myślałam, że ludzie tam się nie zapuszczają, a już zwłaszcza w pojedynkę.

– Nie byłem sam…

– Czyżbyś miał w takim razie i omamy?

– Czarodziej… Był ze mną czarodziej. Młody, gładki na twarzy… Nosi szaty konfraterni.

Majstier? Nie było go przy tobie, gdy cię znaleźli. Byłeś sam.

– Psiakrew, czyli jednak…

– Musiał uciec. Widać, miał więcej w głowie, niż ty. Nie ruszaj się, zaboli… Nie krzyw się, ostrzegałam.

– Moja szabla…?

– Szabla?

– Miałem ją przy sobie. Ładna, prosta, z czarną rękojeścią… I bandolet…

– Jest, mamy wszystko. Ino dziwię się waści, że w takiej sytuacji o broni myślisz.

– Ech, Astery, nigdy tego nie zrozumiecie… Adjełzo?

– Słucham?

– Masz ładne oczy.  

 

IV

Obudziły go chłód i wilgoć poranka.

Czarodziej wstał już wcześniej. Stał teraz oparty o ścianę ambony i wyglądał w dal, a promienie słońca, wciąż zwlekającego się mozolnie znad horyzontu, kładły się na jego szacie krwistymi pasmami. Ze swojego legowiska Sambor nie mógł dojrzeć twarzy Dytryka, ale po jego sylwetce wnioskował, że nocną pijatykę mistrz Jodłowski zniósł całkiem nieźle.

Do ognia przestali dorzucać jakoś w połowie nocy, kiedy księżyc i otoczone srebrzystym pierścieniem Oko Astera stały wysoko na niebie, ale pili jeszcze długo po tym, jak skończyła tlić się ostatnia z gałązek. Mistrz Jodłowski po asterskiej okazał się wcale niezłym kompanem do rozmowy i tak też im ta noc zeszła. Jeszcze tylko przed zaśnięciem, już całkiem pijanie, sprawdzili jeszcze, czy drabina prowadząca do ambony jest odpowiednio podciągnięta do góry i zasnęli pod kocami na twardej podłodze.

– Cholera – westchnął Sambor, wyczołgując się spod koca. Spał w bechterze i nie dość, że zbroja całkiem orosiała, to jeszcze bolało go całe ciało. – Ty już na nogach?

– Chciałem go wreszcie zobaczyć.

Zabrajski wstał powoli. Wyobrażał sobie jak teraz musi wyglądać – nastroszone wąsy, poplątana ciemna grzywa i smród wypitej wódki. Westchnął i naciągnął na głowę kołpak z bażancim piórem. Prawdziwy rotmistrz jazdy polnej, psiakrew.

– Zobaczyć co? – spytał, podchodząc do Jodłowskiego.

– Monolit.

Sambor stanął koło mistrza i podążył za jego spojrzeniem.

Tam, w oddali, w ciągu dnia i wśród porannych mgieł sprawiał wrażenie samotnej góry niezwykle szczupłej i o gładko ciosanych zboczach, którą Prekursorzy ukształtowali na wzór obelisku. Ciągnął się wysoko ku niebu, czubkiem sięgając tak wysoko, że nawet chmury omijały go z szacunkiem gdzieś w połowie jego wysokości. Był ogromny, sprawiał wrażenie przytłaczającego nawet mimo iż od jego masywnego podnóża dzielił ich ciemny przestwór lasu, wstęga Rusłej i wreszcie daleka, szeroka, ciągnąca się aż na dalekie południe równina.

I nawet Sambor, który przecież widział wcześniej Monolit niezliczoną ilość razy musiał przyznać, że było coś niezwykle poruszającego w tym widoku skąpanego w krwistym poranku kolosa.

– Dotrzemy tam dzisiaj? – spytał Jodłowski.

– Mam nadzieję – Sambor westchnął ciężko. – Musimy dotrzeć tam przed zmierzchem, tym bardziej że trzeba nam zebrać po drodze chrust, a już na miejscu ułożyć szirencze. Zwierzęta wprawdzie unikają tamtej okolicy, wolę mieć jednak pewność, że będziemy mieli spokojną noc. Tam, u stóp Monolitu nie będziemy mieli Ambon, kończą się na brzegu rzeki… Zresztą, tam wszystko jest jakieś takie… Inne.

– Zawierzymy więc guślarskiemu kręgowi?

– Możemy zaufać Nurtowi, sam jednak mówiłeś, że nie czerpiesz z niego, jeśli nie musisz.

– Nurtu nie wykorzystuje się na rozbijanie obozowisk.

– Więc będziemy spać pośród niedźwiedzich czaszek zatkniętych na kije.

Powiało od zachodu i ambona zachwiała się, zatrzeszczała. Od zasnutej porannymi mgłami Rusłej oderwała się chmura rzecznego ptactwa.

– No, szkoda czasu na podziwianie widoków – Sambor klepnął Dytryka w ramię, co jeszcze wczorajszego wieczora byłoby nie do pomyślenia. – Koce możemy zostawić tutaj dla innych, wrzucę je tylko do skrzyni. Może komu się zdadzą, ot, polna tradycja… Ściągniesz drabinę?

Jodłowski skrzywił się. Zabrajski od razu zrozumiał o co chodzi.

– Dobra, ja to zrobię. Ale nie licz, że zniosę cię na plecach.

 

V

Zejście z ambony zajęło im więcej czasu, niż wejście. Przez noc drabinę zwilżyła rosa, wiało, a wypita nocą wódka sprawiała, że jakoś trudniej było odnaleźć się na szczeblach. Sambor w duchu cieszył się, że ambonę postawiono w lesie. Dzięki temu nie widzieli prawdziwej wysokości starej konstrukcji. Poza tym od biedy mogli złapać się jakiejś gałęzi.

Konie czekały na nich na dole. Stały pokornie w kręgu szirencze i przywiązane do brzozy, odganiały się leniwie od muszek, które nic nie robiły sobie z niedźwiedzich czaszek wbitych na pale. Pałasz parsknął na widok Sambora i wyciągnął w jego kierunku łeb. Smukła, brązowa szyja zalśniła w półmroku lasu.

– Widzisz? – powiedział Sambor, poprawiając zawieszoną na rapciach szablę. – Mówiłem ci, że nic im nie będzie.

– Widzę, że mocno wierzysz w asterskie gusła.

– Wierzę, nie wierzę, ale konia ciągle masz. Pomóż mi z tymi palikami, szybciej pójdzie.

Później, kiedy znów wyruszyli w drogę, niewiele rozmawiali.

W puszczy, wciąż jeszcze omglonej rankiem, rozkwitała już wczesna wiosna i wszystko budziło się do życia; gdzie nie spojrzeć wszędy wkoło drzewa przybierały zieleń, a w półmroku mieniły się pierwsze kolory dzikich kwiatów. Szum drzew mąciły stukanie dzięciołów, kilka razy gdzieś z głębi kniei odezwały się żerujące z rana łosie. W jarach migały ciemne, podobne dzikom sylwetki buszujące w ściółce. I wszystko to szeleściło po skrytych w lesie polanach, w koronach drzew, w parowach i bałkach; życia tutaj nie mąciły pługi i siekiery, próżno można było nasłuchiwać ludzkiej mowy. Powietrze pachniało majem.

– Samborze – zagadnął Jodłowski, gdy akurat przejeżdżali przez bród leśnej rzeczki. Oburzone żaby odskakiwały na boki skrzecząc głośno. – Tyś jeden zgodził się pojechać ze mną pod Monolit.

– Spróbowalibyście z innymi, też by pojechali. Może nawet za mniejsze pieniądze.

– Względem tego jest to zupełna nieprawda. Zanim posłaliśmy do Sokolicy, skąd odesłano nas do ciebie, próbowaliśmy szczęścia w Perepolu i Witergradzie.

– Nie dziwota, że nikogo nie znaleźliście. To miasta prawie w sercu królestwa, ludzie stamtąd niewiele wiedzą o Dziczy… Ot, kraina między Riterią a Asterią, de iure będąca terytorium Unii, a de facto należąca do siebie samej.

– Owszem – Dytryk pociągnął nosem. – Owszem, nie wiedzą wiele. Ale Perepol, Witergrad… To ostatnie wielkie miasta we wschodniej części Riterii, wszak dalej jest już tylko Asteria i Asterhorod, jak to mówią tutejsi.

– E, pomijasz przy okazji dużo mniejszych miast i wsi. Poza tym dla was Perepol i Witergrad to wschód, a dla nas są to równie zachodnie osady co Łuki, Ritergrad, czy Berstergrad… O Wszeradzie nie mówiąc.

– Zgoda. Nie wdając się w polemikę na gruncie geograficznym pragnę jednak zapytać, czemu się zgodziłeś?

– Zima była długa, a poprzednie lato chude. Muszę opiekować się moimi ludźmi.

– Wiesz jednak, co mówią o Monolicie?

– Słyszałem różne historie – Sambor uśmiechnął się. – W Ostałówku powtarzają wersję asterską, w Brzegach naszą, a w Komarowie mieszają jedną z drugą i od kilku pokoleń cieszą się swoją wersją. Komarowską.

–  Zdziwiłbym się jednak, gdyby ktoś twojego pochodzenia zawierzał klechdom…

– A czemu nie? – Sambor prychnął ni to rozbawiony ni rozgoryczony. – Ojciec nigdy nie dbał o moje wykształcenie. Zabrajsk przypadł najstarszemu z moich braci, średniemu zaś powierzono ważne urzędy do piastowania i zdaje się robi karierę koronnego egzekutoniera. A ja? Od siódmej wiosny pod okiem oficerów i regimentarzy. Zamiast o sztuce malowania i muzyce uczyłem się sztuki wojny. Pisano mi wojskową karierę i ledwo potrafię czytać i pisać, a okazało się, że i w wojsku nie ma dla mnie miejsca to zesłano mnie tutaj, w Dzicz. Tutejszy jestem, czemuż więc miałbym nie wierzyć tutejszym klechdom? Jestem spod herbu Raroga, ale to wszystko co łączy mnie z rodziną. Tu dopiero jestem między swemi.

– A jednak klechdy, choć nierzadko piękne i prawdziwe, są jednak lokalne. Historia opowiadana w Dziczy jest inna od tej opowiadanej w Witergradzie, Witerska zaś nie ma tego samego uroku we Wszeradzie czy Zabrajsku…

– Jak rozumiem, ty znasz historię Monolitu uniwersalną, powszechną? Piękną tak samo we Wszeradzie czy Zabrajsku?

– Jeśli cię to interesuje…

– Czemu nie? – Sambor wzruszył ramionami. – Czasu mamy dość, puszcza cicha i jak dotąd zajęta sobą, a w Dziczy uwielbiamy opowieści.

– Ta jest naukowa.

– Uwielbiamy opowieści, a zwłaszcza te naukowe. Myślałem, że wraz z wódką asterską nabrałeś nieco więcej asterskiej swobody.

Dytryk skrzywił się na samo wspomnienie palącego płynu.

– Prekursorzy – powiedział zebrawszy uprzednio myśli. – Zostawili po sobie ogromne dziedzictwo. Artefakty, budowle, stare trakty… Niektórzy mówią o całych miastach. I co jest w tym wszystkim zaskakujące, nasza wiedza na ich temat jest wciąż nieproporcjonalnie mała w stosunku do tego co już znaleźliśmy. Nie wiemy, czemu odeszli i gdzie; nie wiemy jak długo egzystowali w naszym świecie, czy byli sami, a jeśli nie to z kim prowadzili wojny czy handlowali. Największym świadectwem ich obecności pozostały Monolity.

– Jak rozumiem, chodzi między innymi o ten do którego zmierzamy?

– Między innymi, z tym że ten nie był jedynym. Jedynym, który znamy – owszem. Ale nie w ogóle.

– Zaczyna się ciekawie.

– Nie wiem, czy ciekawie – Dytryk przetarł czoło. Mimo wczesnej pory dnia ciepłe szaty dawały o sobie znać. Do południa będzie cały przepocony i zjedzony przez komary. – Jednak istnieją wiarygodne poszlaki i przesłanki wskazujące na prawdziwość postawionej dawno temu tezy.

– Dytryku…

– Chodzi o to, że Monolitów może być więcej.

– Skoro tak, to czemu wiemy tylko o tym? – Sambor spojrzał z ukosa na wyprostowanego jak struna Jodłowskiego. – Raczej trudno przegapić obelisk wielkości góry.

– Świat jest długi i szeroki, Samborze. Dla króla Bolemira IV Dzicz jest daleką, niemalże białą plamą na mapie. Asteria? Nawet pomimo Unii, to wciąż dzika, nieznana kraina. A co jest dalej, na wschodzie? Podobno pustynia, ale kto wie? Może dzikie krainy, gdzie stoi podobny obelisk? A co jest za Bursztynowym Morzem? Co skrywają bagna Starej Ziemi? Stoimy dopiero u progu kolejnych odkryć geograficznych, Samborze. Kolejne Monolity mogą być wszędzie. Niewykluczone również, że po prostu jeden z nich jest na dnie morza. To byłoby nawet możliwe, wszak Monolity mają odpowiadać Nurtowi…

– Znowu mówisz zagadkami.

– Przepraszam. Chodziło mi o pewną kamienną tablicę, którą znaleziono przed niemalże trzystu laty. Przedstawia ona znaną ci pewnie legendę o Upadłym Królu, świętym ptaku Anzu i drzewie początku Halub… Tą samą legendę, która mówi o popielnym świecie zmarłych, Irkalli… Otóż w tej tabliczce, poza wzmiankowaną legendą, wyryto także cztery symbole obrazujące dziedziny Nurtu: ogień, wodę, wiatr i ziemię. Były połączone na ukos liniami, a po ich środku znajdował się piąty symbol odnoszący się do ukrytej dziedziny. Do duszy.

Oto dostałeś ogień i wodę, wiatr i ziemię. Nigdy jednak nie sięgaj po duszę i nie pożądaj jej, albowiem ona jest początkiem i końcem… Tak jak mówiłem, asterowie kochają legendy, ale jak to się ma do naszej wyprawy?

– Sądzę – powiedział Dytryk powoli. – Że istnieją jeszcze trzy Monolity. Ukryte, zaginione, może nawet zniszczone… Ale gdyby je znaleźć i gdyby faktycznie ich położenie odpowiadałoby żywiołom, wówczas moglibyśmy dotrzeć do piątego. Do Monolitu Duszy. Nie patrz tak, nie wiem czego by to dowodziło. Być może odkrylibyśmy możliwość kontrolowania Nurtu bez żmijowych szponów? Możemy tylko zgadywać. Ale teza jest taka – Prekursorzy budując Monolity związali Nurt i byli w stanie kształtować świat o wiele prościej, niż my. Inna mówi, że Nurt to jest ich sen…

– I co im z tego śnienia przyszło?

– Tego jeszcze nie wiemy. Ale mam zamiar się dowiedzieć.

 

VI

– Adjełzo…

– Jestem.

– A nie było przy mnie konia? Ech, milczysz, spuszczasz wzrok… Szkoda, to był dobry konik. Dostałem go w prezencie od pana Sokolickiego, wiesz? Za kampanię w osiemdziesiątym szóstym. Tyle wtedy hultajstwa narezaliśmy szabelkami, tyle co skłuliśmy rohatynami to chyba nigdy potem… Zbóje przez dobre dwie wiosny się nie pokazywali w Dziczy, tak im dymu narobiliśmy.

– Widzę, że z waści wprawiony wojownik…

– A co waćpanna myślałaś? Że ja to byle kto, byle ułomek?

– Ułomek jeśli nie na ciele, to na umyśle… Podnieś głowę, muszę poprawić opatrunek.

– Dziękuję. Psiakrew, ależ mnie piecze… Co za żelastwem mnie tam przypalaliście?

– Naszym. Będziesz miał bliznę.

– Nie pierwszą i nie ostatnią.

– Mylisz się waść względem pierwszego i lepiej, żebyś mylił się względem drugiego.

– Pobladłaś…

– Wydaje ci się.

– Adjełzo… Oboje wiemy, że tej rany nie zadało mi nic, co byśmy znali… Nie mylę się? Ach, znowu milczysz, znowu spuszczasz wzrok… Dobrze, w takim razie przynajmniej wiemy na czym stoimy. Leczyłaś już takie rany? Źle ze mną?

– Tego nie wiem.

– A co wiesz?

– Masz gorączkę, dreszcze i za chwilę znowu zemdlejesz.

 

VII

Przez bród Rusłej przeprawili się tuż przed południem, kiedy słońce stało już wysoko na niebie. Przeprawili, trzeba dodać, bez przeszkód, jeśli nie liczyć mulistego dna i muszek, które dawały we znaki szczególnie Dytrykowi. Słońce stało już wcale wysoko i przygrzewało niezgorzej, przez co czarodziej pocił się w swoich ciężkich szatach i wyklinał owady szpetnymi, iście ulicznymi słowami. Dla Sambora było to zresztą ciekawe doświadczenie – jego dystyngowany towarzysz pierwszego dnia krzywił się na słowo „psiajucha”. Jak to jednak zwykle bywa, Dzicz prędzej czy później z każdego wyciąga jego – nomen omen – najdziksze strony. I szanowny mistrz konfraterni Dytryk nie był pod tym względem wyjątkiem.

– Kurwa! – zawołał po raz któryś drapiąc się po plecach. – Pies to wszystko jebał! Samborze, zlitujże się i powiedz, że to tylko nad rzeką tyle tego cholerstwa?

– Nie inaczej– odpowiedział Sambor gapiąc się na zielonkawą powierzchnię Rusłej.  – Tylko nad rzeką.

I nie kłamał, a każdym razie nie do końca, bowiem zaraz za wstęgą Rusłej rozciągał się przestwór traw, gdzie próżno szło szukać większej gęstwiny albo chociażby zagajnika. W znacznej mierze równinny teren porastały kostrzewy, ostnice i inne wsiej maści trawy, które były tutaj nadzwyczajnie wysokie i zdolne schować nie tylko dzikie zwierzęta, ale i konia z jeźdźcem. Co do samego krajobrazu to gdyby nie pnący się wśród tych stepów Monolit można by uznać tę krainę za całkiem monotonną.

Jednak rzeczy miały się szczególnie zwłaszcza na wiosnę, kiedy wśród traw mieniło się wszystkimi kolorami najróżniejsze kwiecie – tak jak i teraz. O tej porze roku na okoliczne łąki i pola wylatywały dzikie pszczoły; nad sadzawkami igrały błękitne ważki, a w powietrzu z furkotem sunęły leniwie bociany i podobne jaszczurkom lawiszki. Gdzieś w oddali mignęła srebrzysta wstęga nibyżmija, całkiem niegroźnego i poczciwego stworzenia.

A wszystko to uzupełniały komary, muszki, gzy i co tam tylko jeszcze natura stworzyła gryzącego i swędzącego.

– Całe szczęście – powiedział mistrz Jodłowski, gdy wyjechali po drugiej stronie brodu. – Mam już tego wszystkiego serdecznie dość.

Za brodem musieli zatrzymać się na chwilę przy starej wierzbie płaczącej, by uczynić zadość ludzkim potrzebom. Jodłowski nie uznawał załatwiania interesów z konia czy na widoku i bardzo nalegał na choć trochę prywatności, którą spodziewał się znaleźć w trawie za wierzbą. Sambor miał swoje zdanie na ten temat, ale przemilczał je – czarodziej im bardziej trzeźwy tym bardziej stawał się uparty.

– Jaśnie oświecony – mruknął Zabrajski, stojąc na brzegu Rusłej i mierząc w sunące wraz z leniwym nurtem rzeki listki. – A w każdym razie do pierwszej ćwiartki…

Załatwiwszy swój interes, wrócił do Pałasza. Koń od jakiegoś czasu zachowywał się niespokojnie, wydawał się czymś stresować.

„Tylko czym?” pomyślał Zabrajski, gładząc wierzchowca po szyi „W powietrzu wiosna, okolica jak dotąd spokojna i cicha…”

Ciszę rozdarł nagle wrzask Jodłowskiego.

To była chwila. W jednej sekundzie od zarośli poderwały się spłoszone cyraneczki. W drugiej Zabrajski pędził z szablą w dłoni ku czarodziejowi, który trzymając szaty w górze wyskoczył zza wierzby jak oparzony.

– Samborze! Samborze, bywaj tu!

– Do konia!

– Nie trzeba! – Jodłowski zatrzymał się nagle i zgiął w pół. – Osłaniać nie trzeba, nie ma przed czym…

Sambor zwolnił, nic nie rozumiejąc. Szabli nie opuścił.

– To czego raban czynisz?

– Przestraszył mnie…

– Przestraszył cię kto?! – nagle wściekły Zabrajski złapał mocno czarodzieja za ramię i potrząsnął. – Mówże!

– Nie wiem, nie widziałem czegoś takiego… Puść mnie, waść, puść! Pozwalasz sobie na zbyt wiele.

– Ja? Zbyt wiele? – ostatecznie puścił Jodłowskiego, nie żałując sobie zresztą popchnięcia go. – Hałasu narobiłeś tyle, że pewnie do końca dnia będziemy odganiać się od wilków, jeżców i cholera wie, czego jeszcze!

– Dobrze – Dytryk machnął ręką pojednawczo, wracając powoli do swojego zwyczajnego, dyplomatycznego tonu, choć oddech wciąż miał nierówny. – Dobrze, zrozumiałem i proszę o wybaczenie. Nie jestem, psiakrew, nieustraszony.

Zabrajski prychnął ni to z pogardą ni ze współczuciem. Opuścił szablę, nie chowając jej jednak do jaszczura. Kiwnął na Dytryka.

– No, to chociaż zobaczmy co tak nastraszyło mistrza konfraterni.

– To truchło – powiedział potem Jodłowski, gdy weszli w gęste kłębowisko trawy za wierzbą. – W pierwszej chwili tego nie zauważyłem, stąd ten cały krzyk… Potem to już emocje, podniecenie, rozumiesz. Bez szponów jestem bezradny.

– Po prostu spanikowałeś.

– Spanikowałem, przyznaję. Zamierzasz się tym chełpić? Opowiadać po zajazdach, jak to byłeś świadkiem załamania wielkiego mistrza? Proszę, nie żałuj sobie.

– Dziwne masz o mnie zdanie. To tutaj? I gdzie to… Psiakrew!

Od razu zrozumiał reakcję czarodzieja, sam bowiem poczuł jak włosy stają mu dęba.

W pierwszej chwili go nie dostrzegł, choć leżał tam i to całkiem na widoku. Po prostu kolor łuski zlał się z wszechobecną intensywną zielenią traw, maskując go w ten sposób i kryjąc przed wzrokiem. Dopiero po chwili pojawiał się ledwie wyczuwalny w wiosennym powietrzu odór rozkładu, świadczący o spoczywającym tutaj truchle.

Sambor początkowo uznał, że to po prostu olbrzymi wąż – przemawiały za tym długie i smukłe cielsko, zakończone spiczastym ogonem. Potem jednak dojrzał na poły błoniaste skrzydła, parę krótkich łap i wredny, gadzi pysk bogato pokryty szeregiem drobnych rogów. I szkliste, żółte ślepie wielkości talerza. Ślepie było mętne, martwe.

– To wiwern – powiedział Jodłowski po dłuższej ciszy. – Albo coś innego z rodziny żmijowych. Czytałem o tym w bibliotece Felskiej, widziałem rysunki, szkice… Ale myślałem, że one wymarły dawno temu.

– Ten wymarł niedawno – powiedział Zabrajski końcem szabli dźgając ostrożnie truchło. – Widywałem już podobne stworzenia. Podobne, bo dużo mniejsze i jednak o krótszym pysku. Cholera, ależ to ma zęby…

Stali tak nad stworem jakiś czas nie bardzo wiedząc co z tym zrobić. Ostatecznie zostawili go tak jak leżał i wrócili do koni. Rozważali, czy nie zawrócić; ostatecznie jednak doszli do wniosku, że mają do czynienia z mutacją albo innym wybrykiem natury, jakich pełno było przy Monolicie.

Sambora dziwił przy tym upór czarodzieja. Po prawdzie, gdyby Jodłowski stwierdził, że dalej nie pojedzie to wróciliby z powrotem, za kilka dni znów byliby w „Kulawej Kobyłce” i tam by się rozstali. I tego by się spodziewał: wiedział już, że jego towarzysz jest czarodziejem o bardziej akademickim usposobieniu, przedkładającym katedrę w Berstergradzie od badania żywej historii, którą przecież spodziewał się znaleźć u stóp Monolitu. Może nawet tchórzem.

Tymczasem na przekór tym myślom, jego towarzysz poprosił w miarę możliwości o wznowienie podróży. Założył też szpony, choć to akurat nie podobało się ani Samborowi ani nawet Pałaszowi; było coś niepokojącego w tych ciemnych, starożytnych rękawicach wyrobionych ze żmijowej łuski i zakończonych pożółkłymi pazurami. Nie wyrabiano już takich od stuleci, odkąd ostatni z wielkich żmijów skonał pod Żmijową Włócznią; od tamtej pory można je było otrzymać albo od kogoś albo – znacznie częściej – po kimś. Szpony stanowiły coś w rodzaju klucza do Nurtu: umożliwiały czerpanie z jego mocy i uplatanie podług własnego życzenia i możliwości. Dla rozsianych po świecie konfraterni stanowiło to spory problem, wszak osób utalentowanych magicznie rodziło się wiele, a w praktyce czerpać z Nurtu mogli tylko nieliczni. W efekcie młodzi adepci uczyli się teorii magii, ale nie mogli jej praktykować; tylko nieliczni i często na starość dostępowali tego zaszczytu, był to jednak wówczas pierwszy kontakt. Nierzadko bardzo brutalny, drastyczny i tragiczny. Pozostałym pozostawały teoria, nauka i polityka. Zwłaszcza polityka.

Sambor mógł się tylko domyślać tych wszystkich intryg, które sprawiły, że ktoś równie młody jak Dytryk wszedł w posiadanie szponów.

– Tamten stwór – powiedział Jodłowski jakiś czas później, gdy w cieniu Monolitu wjeżdżali na jedno z nielicznych w okolicy wzniesień. – Nie sądziłem, że ciebie też zaskoczy.

– Człowiek podobno uczy się całe życie.

– Tak mówią – Dytryk zadarł głowę i spojrzał na czubek Monolitu. – Myślałem jednak, że ktoś równie doświadczony jak ty widywał już wcześniej potwory…

– Bo widywał – Sambor westchnął ciężko. – Nie raz, nie dwa. Nigdy jednak tak blisko brzegu Rusłej.

– Gdzie więc?

– My nadjeżdżamy od północnej strony Monolitu – Sambor machnął ręką przed siebie. – Za Monolitem równina ciągnie się jeszcze jakiś czas. Potem traw jest więcej, pojawiają się drzewa i rozlewiska. Rozlewiska przechodzą w bagna, których nie sposób przejść. Najdalej dojechałem właśnie na skraj bagien, szukaliśmy wtedy córki jednego z bardzo możnych i wpływowych ludzi…

– Czyli kogo?

– Kogoś bardzo możnego i wpływowego. Wybacz, Dytryku, ale…

– Rozumiem. I co zadziało się na skraju tych bagien?

– Wpadliśmy na stado oślizgów…

– O tych też czytałem. Fasetowe oczy, dwie pary skrzydeł, haczykowate odnóża…

– I wielkie jak krowa. Wyobraź tylko sobie: leje jak z cebra, konie grzęzną w błocie, obłazi cię robactwo i nagle nad tym wszystkim bzyczenie jakby wszystkie roje Riterii w jednej chwili wyleciały z barci. Rozglądamy się wkoło i wtem z krzaków wypada chmara wściekłych, przerośniętych ważek. Daliśmy palbę z bandoletów, ale trafić takie coś… Zaraz szable poszły w ruch, rohatyny, zakotłowaliśmy się w tym bagnisku. To był ten jeden moment, kiedy bałem się że wszystko pójdzie w diabły, ale na szczęście stwory nie za bardzo miały jak zrobić nam krzywdę. Są groźne dla chamstwa i na tym koniec. Bechter czy kolczuga wystarcza przeciw kłom czy pazurom.

– Rozumiem.

– Dytryku…

– Słucham?

– Wiesz, że stąpamy po cienkim lodzie?

Jodłowski zmarszczył czoło.

– Oczywiście. Pomijając już omawianą kwestię, iż tylko ty zgodziłeś się podjąć tej wyprawy to mam również świadomość istoty miejsca do którego zmierzamy. Jak dotąd droga przebiegała dość spokojnie, skąd więc nagle ten wyraz twarzy?

– Przebiegała spokojnie, bo wiem którędy jechać. Leśne stworzenia, czy motłoch unika pozostałości po Prekursorach. Może świadomie, może instynktownie, nie wiem, to bez znaczenia. Spójrz za siebie. Widzisz Rusłę i puszczę z której przyjechaliśmy? A ambony widzisz? Zobacz, są niedaleko od siebie, ale tylko na pewnej przestrzeni, nie są powszechne. Gdybyśmy obrali drogę bardziej na wschód dojechalibyśmy do Ostałówka. Tam pewnie miejscowi pluli by na ciebie, rzucali kamienia i gonili z kijami. Bardziej na zachód są Brzegi, Mogilnica i Moczydło; tam spotkałoby cię podobne powitanie. Ale między nimi jest pas, niewidzialny pas ziemi, którego unikają i obchodzą. Zwierzęta, owszem są, ale z rzadka i mało agresywne. Nie potrafię tego wyjaśnić. To była jednak ziemia którą zjeździłem sam i w towarzystwie, są to znane mi rejony.

– Rozumiem – powiedział powoli Jodłowski. – Wszystko to rozumiem, poza celem tego wykładu.

– Rzecz w tym, że gdy przebyliśmy bród… Przy tamtym truchle…

– Samborze – Dytryk uśmiechnął się jakoś tak dziwnie, nieswojo. Uniósł wolną rękę, pokazał dłoń wsuniętą w żmijowy szpon. – Zajmij się drogą. Nam nic nie grozi.

 

VIII

– Co tak szumi? Las?

– Deszcz. Zaczęło padać z samego rana i dotąd nie przestało.

– Długo tak leżę…?

– Dość długo. Uważaj na rękę… Ech, ludzie, do was mówić…

– Adjełzo…

– Słucham?

– Powiedz mi… Nie, nie odwracaj wzroku. Odzyskam siły? Pierś mnie dziwnie pali, nie czułem nigdy czegoś takiego, a nieraz odnosiłem gorsze rany.

– Pytaj guślarzy, wieszczy. Ja jestem zwiednicą i nie wróżę.

– Źle ze mną, skoro już o wróżeniu mówisz…

– Bo ty już innym sądom podlegasz, nie naszym. Twoje rany zadano bronią umarłych, a to jakby kości rzucić do cynowej miski. Mogę cię jedynie polecać Wielkiemu Asterowi, co by użalił się nad twoją dolą. Może za chwalebną przeszłość cię odratuje, a może okaże się, że mu takich jak ty potrzeba wśród gwiazd?

– O proszę, dorobiłem się chwalebnej przeszłości?

– Pewnie lepszej, niż ludzie o których tak się troszczysz… Nie śmiej się, szwy porwiesz!

– Ech, Adjełzo, Adjełzo… Wołają cię Adjełka? Słyszałem to imię przez sen. Ładne.

– Tylko przez wzgląd na twój stan…

– Wiem, wiem. Mam wielkie szczęście. Ach, cholera!

– Mówiłam! Nie śmiej się, jak ty w ogóle możesz się śmiać w takim stanie…

– Podobno niektórzy tak mają, gdy czują oddech Herolda na karku, nie słyszałaś? Śmieje się, tańczy i podryguje trupi korowód Upadłego Króla…

– Skoro o Upadłych mówisz, to może przypomniało ci się, kto waść tak urządził?

– A i owszem.

 

IX

 

Dziwne, pomyślał Sambor wychylając się z konia, co tak nagle tutaj cicho? Nie ma nawet cholernych komarów, choć zawsze obskakiwały mnie jak psy na widok wytęsknionego pana.

Pod Monolit dotarli późnym popołudniem, gdy niebo na horyzoncie zaczynało już sinieć,  a wiatr przybierał na sile. Zabrajski sądził, że zmiana pogody to już tylko kwestia czasu. Miał przy tym nadzieję, że zdążą zejść z pól, zanim na dobre rozpęta się jedna z tych straszliwych wiosennych burz, które nieraz potrafiły uderzyć z ogromną gwałtownością.

Czarodziej zaś zdawał się w ogóle nie podzielać jego obaw. Dytryk od dłuższego czasu po prostu milczał, zadzierając tylko głowę do góry i spoglądając na czubek Monolitu, teraz zalany blaskiem dopalającego się na zachodzie słońca. Jodłowski czasem tylko odpowiedział na jakieś pytanie, ale wydawało się, że stracił jakiekolwiek zainteresowanie otaczającą go rzeczywistością. Zapomniał nawet o swędzeniu, które męczyło go od dłuższego czasu. Wiercił się tylko niespokojnie w siodle, a jego oczy tliły się fascynacją.

– Rozstawię szirencze – powiedział Sambor jakiś czas później, zeskakując z konia. Pałasz spojrzał na niego z niemalże ludzką ulgą, jakby przeczuwając, że na dzisiaj koniec jazdy. – Zbiorę chrust i rozpalę ognisko.

– Nie interesuje cię Monolit?

– Interesował wiele razy – Sambor wzruszył ramionami. – Ale teraz interesują mnie inne rzeczy, prozaiczne. A te całe… Reliefy… mogą poczekać.

– Skoro tak twierdzisz… – Dytryk poprawił szpony. – Niemniej, jeśli nie masz nic przeciwko…

Sambor nie miał. Powbijał szirencze w okrąg, a potem zostawił mistrza konfraterni i udał się w kierunku pobliskiego zagajnika, którego poszczerbione drzewa sterczały pośród traw jak złe duchy.

„Nawet lawiszek nie ma” pomyślał, zbierając stare gałęzie „A lawiszki są przecież wścibskie, wszędobylskie. Zamkniesz okna i drzwi to kominem wlecą i jeszcze napaskudzą do gara… A tutaj? Nic. I do tego te cholerne drzewa…”

Nie uważał się za tchórza czy człowieka zabobonnego, ale widok tych szarych, poskręcanych drzew przyprawiał go o dreszcze.

„W tym miejscu” westchnął głęboko „Rosną tylko tutaj, w tym jednym jedynym miejscu… A wszędzie bliżej Monolitu tylko trawy.”

Szczególnie w powietrzu coś mu nie odpowiadało. Może to Oko Astera, które wraz z pierścieniem wynurzyło się na przedwieczornym niebie? Może zmęczenie, starość?

Nie wiedział. Ale cieszył się w duchu, gdy już później wracał z powrotem do obozowiska.

 

X

– Niezwykły – powiedział Jodłowski, grzejąc się przy trzaskającym ognisku. – Jak można było przypuszczać, przekracza wszelkie moje wyobrażenia czy spekulacje.

– Rad jestem.

– Samborze, interesowało cię kiedyś, co oznaczają te wszystkie symbole na Monolicie? Te wszystkie reliefy, inskrypcje, metopy?

– Tak – Zabrajski pogrzebał kijem w ognisku. Płomienie strzeliły nagle w górę, sypnęły iskrami. – Ale jak już mówiłem, niewiele z nich rozumiem. Poznaję niektóry ryciny… Te o Upadłym Królu, o Anzu, czy drzewie… Ty zaś jak mniemam wiesz więcej?

– Nie wiem – powiedział po dłuższej chwili Dytryk. – Nie patrz tak na mnie, jestem śmiertelnie poważny. Widziałem te symbole już wcześniej, jeszcze w bibliotece konfraterni w Berstergradzie, w księdze „Rzecz o Monolicie” pióra nieodżałowanego brata Kalezego. Mistrz Kalezjusz bardzo starannie i szczegółowo opisał symbolikę zdobiącą Monolit. Nie wiedział, rzecz jasna, co ona ma konkretnie symbolizować i czemu miała posłużyć, uznał jednak, że przysłuży się przyszłym pokoleniom, które w końcu będą zdolne zrozumieć symbolikę i alfabet Prekursorów.

– I przysłuży się?

– Tego też nie wiem – Jodłowski wzruszył ramionami. – Te reliefy, inskrypcje… Może jutro w ciągu dnia będę mógł nabrać szerszej perspektywy, zrozumieć z tego coś więcej, ale dzisiaj… Jestem już zmęczony.

– Mogę więc pierwszy objąć wartę.

– Mimo Szirencze? – Sambor musiał oddać Dytrykowi, że czarodziej mimo wszystko starał się kryć ironię.

– Mimo. W pobliżu Monolitu gusła zawodzą , a wolałbym nie obudzić się w momencie, gdy wiwern będzie odgryzał mi nogę w udzie.

– Skoro tak mówisz – czarodziej zamyślił się. W blasku ognia jego twarz wydawała się dużo starsza i bardziej zmęczona.

– Tak więc jeśli rzeczywiście mamy… czuwać…To chętnie podejmę się tego pierwszy. Wolałbym oglądać zapisy na Monolicie w świetle dnia, ale ze świeżym umysłem.

– Twój wybór.

– Mój – Jodłowski poprawił żmijowe szpony. Nie zdejmował ich od dłuższego czasu, co Sambora o tyle dziwiło, że Dytrykowi było w nich ewidentnie za ciepło. – Spocznij więc, Samborze. Obudzę cię. Skorzystam też z ogniska i przyjrzę się jeszcze Monolitowi.

– Nie zdejmiesz rękawic?

– Sam mówiłeś, że to niebezpieczna okolica, a ja nie umiem posługiwać się bronią.

Kłamie, pomyślał Zabrajski moszcząc się przy ognisku. Kłamie, ale jestem zmęczony… Taki zmęczony…

Ogarnęła go nagle dziwna słabość. Spojrzał w niebo, spojrzał na otoczone pierścieniem Oko Astera, na rozsypane w nocy gwiazdy.

Wszystko to zawirowało nagle, pociemniało, potem Oko i gwiazdy urosły, a potem nie było już ani Oka ani gwiazd.

 

XI

Oczy jak gwiazdy, jak wirujące gwiazdy na nocnym niebie. Śmieje się, tańczy i podryguje trupi korowód Upadłego Króla.

Alinka!

Kto to jest Alinka?

Rozgląda się wkoło, szuka cienia pośród mgieł, ale wkoło tylko step, popielny step, poszczerbione ruiny miast i kości i martwe konie. Gdzieś w górze przez chmury prześwituje blady krążek słońca, lecz jest blady anemiczny i powoli dogorywa.

Adjełka?

Biegnie przed siebie, przeskakuje nad wyschniętym potokiem. Mija stary połamany wóz, gdzieś w oddali dostrzega stare domostwo kryte strzechą. Strzecha dopala się, bije ku niebu gęsty dym.

Słońce zaczyna się topić, ścieka powoli po niebie i ginie pośród chmur, a wkoło tylko ciemność i odór piekielnej siarki.

Śmieje się, tańczy i podryguje trupi korowód Upadłego Króla.

Zza gospodarstwa wyjeżdża Herold na trupim koniu. Koń jest martwy od dawna, przez poszarpaną skórę prześwituje biel kości i ścięgna. Czerwone, straszne ślepia są jak gorejące węgle. Herold spogląda zaś z góry, wielki i potężny, z księgą w jednej łapie i kosą w drugiej. Zgrzytają płyty zbroi.

Uciekać, krzyczy Sambor w myślach, uciekać!

Dokąd?

Biegnie przed siebie i słyszy tętent kopyt po zmrożonej nagle ziemi. Słychać końskie rżenie i upiorne zawodzenie Herolda.

Patrz na mnie, towarzyszu polny!

Patrzy – oczy jak gwiazdy i choć śmieje się, tańczy i podryguje trupi korowód Upadłego Króla, żyje. A za nim zawodzi Herold na trupim koniu.

Nie widzę twojego herbu w Dub nam mes, nie ma twego imienia w Tabliczce losów!  Idź, człeczyno, precz!

Idę, pomyślał spoglądając w gorączce na dwie gwiazdy wysoko w górze, idę bo jeszcze nie mój czas, a mojego herbu, mojego imienia nie ma w Tabliczce losów. Żegnaj, Irkallo, o to ja.

 

XII

Obudził się nagle i z krzykiem.

Wciąż miał jeszcze w nozdrzach koszmarny zapach siarki, a ciało skute strachem. Potoczył wkoło spojrzeniem, spojrzał po ognisku, po leżącej obok szabli, po uwiązanych koniach.

Konie rżały i parskały.

„Coś jest nie tak” pomyślał sięgając odruchowo po szablę „Coś jest cholernie nie tak…”

Wstał z trudem, wciąż próbując otrząsnąć się z tego dziwnego stanu jaki go ogarnął na chwilę przed zaśnięciem. I wtedy zauważył kilka rzeczy naraz.

Jodłowski stał przed Monolitem i zawodził śpiewnym, hipnotyzującym głosem przepełnionym ekstazą. Jakaś dziwna i rozedrgana światłość pojawiła się przed nim na podobieństwo popielatej szczeliny i rosła z każdą chwilą.

Kilka cienistych istot snuło się wokół szirencze.

Niedźwiedzie czaszki drgały na palikach i grzechotały jak dziecięce zabawki.

Magia, pomyślał Zabrajski czując jak robi mu się niedobrze, cholerna magia…

Wciąż walcząc z tą dziwną blokadą sięgnął po bandolet. Broń była już nabita i groźna, wystarczyło tylko strzelić… Ale w co? Cienie poruszały się niejednostajnie, raz szybciej, raz wolniej i Sambor ciągle miał wrażenie, że wystrzelona kula nie zrobi im większej krzywdy.

I wtedy pierwszy z cieni przekroczył szireczne.

Stracił wówczas swoją cienistą formę, zmaterializował się; pojawiła się wysoka postać z trupią twarzą, z odłażącą łuską, pustymi oczodołami i paskudnym bułatem w kościstej łapie.

Sambor zaklął, pociągnął za spust. Trzasnęło, lufa splunęła ogniem i pocisk jak iskra przeciął noc. Wgryzł się w pierś istoty, istotą szarpnęło, cofnęła się.

Ale nie upadła.

Istota otworzyła zamiast tego usta i zawyła bezgłośnie. A potem rzuciła się do ataku.

Sambor nie czekał; cisnął w cholerę bandolet, dobył szabli. Poczekał na cios, szybko przeszedł w bok i spuścił nadciągający bułat po ostrzu szabli. Bułat zarył w ziemię.

Zafurkotały ostrza, błysnęła stal. Zabrajski ciął dalej, straszliwą, zamaszystą sztuką krzyżową. Spuścił szablę znad głowy, po ukosie, wrębem. Ostrza spotkały się, szczęknęły ale nie zatrzymały; Szabraj przeciągnął cięcie. Znów przeszedł w bok i poprawił, tym razem na odlew.

Pióro szabli przecięło kościstą łapę, przeszło przez pierś i poszło dalej, ciągnąc za sobą pióropusz ciemnych wnętrzności.

– Dytryku, przestań! – zawołał Zabrajski widząc, jak dwa kolejne cienie napierają na krąg szirencze.

Ale Dytryk ani myślał przestawać. Zawodził śpiewnie, odległy, nieobecny; świetlista szczelina trzaskała wściekle, a zapach siarki i czegoś jeszcze nasilał się. Śpiewna inkantacja przybrała na sile, głos czarodzieja dudnił teraz jak dzwon, a jego sylwetkę otoczyła paląca wzrok jasność.

 Było tuż przed rankiem. Na odległym horyzoncie świt żarzył się niby miedź stygnąca.

Tym razem widziadła rzuciły się na niego we dwójkę. Nie dał się zajść, zawirował wściekle, uciekł im odganiając się szerokimi cięciami szabli. Potem znów ciął sztuką krzyżową, przeciągał cięcia, uderzał sekwencyjnie. Za wolno, za słabo. Tracił siły w przerażającym tempie i nie był w stanie już powalić choćby jednego z tych gadzich…

Stwory zamarły nagle. Sambor stracił rytm, zachwiał się i upadł na zmrożoną ziemię.

Szczelina pękła i z wściekłym bzyczeniem uformowała okrągły, świetlisty portal. Trawa wkoło położyła się płasko, pożółkła. Dytryk zmrużył oczy. I zawołał głośno w dziwnym języku.

– Jebał to pies – warknął Zabrajski, zrywając się na równe nogi. – Jebał po trzykroć! Pałasz!

Ale w tym momencie wierzgające się dotąd konie zerwały się. Zdążył jeszcze tylko zobaczyć trzepoczący w powietrzu sznur z dyndającym na jego końcu ciemnym kawałkiem drewna.

„Przynajmniej był warta swojej ceny” pomyślał nagle zrezygnowany Zabrajski.

Portal nagle ustabilizował się.

– Ukaż mi się! – zawołał nieswoim głosem Jodłowski, dudniącym niby nadchodząca burza. – Oto stoję u progu czwartego Monolitu! Przybądź do mnie, Irkallo! Idi ka mnie! Vena aed e!

I wołał tak w różnych językach, których Sambor nie rozumiał, choć miał cholernie złe przeczucia. Rozejrzał się wkoło szukając drogi ucieczki, ale szybko zrozumiał że to niemożliwe; szirencze dygotało wściekle i klekotało pod naporem roztańczonych w mroku cieni. Było ich po prostu zbyt wiele.

Z portalu wyszła nagle istota.

Najpierw pojawiła się łapa – zakończona długimi jak noże pazurami łapa – i zaczepiła o krawędź portalu z równą łatwością jakby chwytała się framugi. Potem był przyprószony rdzą hełm w kształcie wilczego pyska i wybrakowany napierśnik; wreszcie ciężki, ciemny buzdygan, sunący nisko nad ziemią.

Stwór przygarbił się i powoli zaczął iść w kierunku Jodłowskiego.

– Jestem Dytryk Jodłowski – zawołał czarodziej. – Mistrz konfraterni w Berstergradzie! Moją wolą i mocą Monolitu nakazuję ci…

Sambor nie wiedział, jaka była silna była wola Dytryka i moc Monolitu. Ale najwyraźniej niewystarczająca.

Stwór przyśpieszył nagle, skoczył do przodu jak ogar, a buzdygan zafurkotał w powietrzu. Jodłowski musiał to przewidzieć, bo natychmiast zamachnął się żmijowym szponem i wściekły podmuch wiatru rzucił stworem do tyłu.

Kurtyna poszła w górę. Zaczął się spektakl.

Widmowe istoty przypomniały sobie o Zabrajskim – dokładnie w tym momencie, gdy jak sowa spadał na nie od tyłu tnąc wściekle szablą. Pierwszą położył od razu, asterska stal przeszła przez zbroję i rozharatała na poły zeschnięte cielsko.

Druga z istot zawinęła się, rażąc Sambora w policzek. Sambor wywinął się półobrotem, skulił w kucki i zaraz jak zwolniona sprężyna wyskoczył do przodu, tnąc znad ramienia. Szczęknęły ostrza, sypnęły iskry. W blasku ognia roztańczyły się wściekle długie cienie.

Wyprowadził fintę, cofnął się. Pozwolił, żeby widziało skontrowało, skulił się i zaraz znów odpowiedział wypadem, tym razem na zachodnią modłę, wykręcając nadgarstek.

Pióro szabli przecięło pergaminową skórę, kości i zatrzymało się aż na kręgach stwora.

Sambor nie czekał. Wyszarpnął szablę i od razu spojrzał w kierunku Dytryka i przybysza, którego przywołał.

Czarodziej trzymał istotę na dystans, ułożywszy dłonie w okrąg i wołając we wschodniej mowie z zaśpiewem; jakaś ogromna masa kotłowała się za nim w ciemności, a spomiędzy palców wydobywał się ze skowytem strumień wściekłego wichru.

„Uciekać” pomyślał Zabrajski „Zostawić cholernego czarodzieja z jego bajzlem i uciekać”

Nie mógł uciec. Nie mógł zostawić szirencze, nie mógł zostawić czarodzieja, a przede wszystkim nie mógł zostawić przywołanej istoty przy życiu. Jeśli zginie Dytryk, stwór dalej będzie…

– Pies go jebał – Zabrajski kopnął wściekle bezużyteczny teraz bandolet. – Jebał cię, guślarzu!

Zaczął iść w kierunku zakutego w zbroję stwora, obiecując sobie, że jeśli z tego wyjdzie cało to zapije się w „Kobyłce”, zleje parę pysków, a potem kupi sobie wreszcie solidny muszkiet. I będzie strzelał do każdego czarodzieja, który zbliży się do granic Wólki Sokolickiej.

Dytryk wołał raz za razem. Zakuty w pancerz stwór wył potępieńczo. Sambor też wył. W duszy.

Przybysz uskoczył nagle na bok, wyrwał się z mocy wichru. Dytryk zachwiał się, przerwał okręg, wiatr ucichł jak ucięty nożem.

W nagłej ciszy Przybysz zakręcił ogromnym cielskiem i skoczył na Sambora.

Zabrajski nawet nie myślał parować ogromnego obucha; uskoczył w bok, zakolebał się na błotnistej ziemi.  Zaraz znowu wywinął się unikiem, przykucnął i znów do tyłu. Przybysz wywijał buzdyganem jak chłop cepem, ale przychodziło mu to z niepokojącą lekkością. Sambor wiedział, że to tylko kwestia czasu, aż stwór go dosięgnie, a wtedy bechter da mu tyle co pięknie zdobiony haftami sajan, ostatni krzyk mody we wschodniej Riterii.

Zamachnął się szablą, brzydko i bez pomysłu; napierśnik Przybysza, choć przeżarty rdzą nawet nie został draśnięty. Sambor niepotrzebnie przeciągnął cięcie, zachwiał się i na chwilę zamarł.

Buzdygan – sześciopiór, pomyślał w ostatniej chwili Zabrajski – ze świstem uderzył go w pierś i uniósł wysoko w powietrze.

 

XII

– Alinka…

– O kim on, psiakrew, ciągle gada? Alinka, Pihowski, Wieszczek…

– Majaczy. Daj mi ścierę i garnek wody, byle zimnej, nie z kociołka. I wyjdź z namiotu. Cuchniesz.

 

XIII

Próbował złapać oddech.

Leżał rzucony na wznak w błocie, a wszędzie wkoło skakały roztańczone iskierki bólu.

„Dostał mnie” pomyślał Sambor całkiem trzeźwo „Cholera, jednak mnie dostał…”

Stwór pochylił się nad nim, a z wilczego hełmu buchnęła para, niosąc ze sobą zapach rozkładu, śmierci i czegoś jeszcze, czegoś, czego Zabrajski nie umiał nazwać. Zasłonił się przed nim ręką. Prawą, bo lewej nie czuł w ogóle. Poczuł się przez chwilę jak dziecko, które chce obronić się przed głodnym wilkiem.

„Nie mogę oddychać” przeleciało mu przez myśl „Nie mogę oddychać…”

Mimo ciemności dojrzał przez chwilę oko Przybysza. Zdawało się świecić własnym zimnym blaskiem.

Śmieje się, tańczy i podryguje trupi korowód Upadłego Króla.

Stwór docisnął go do ziemi, a Zabrajski krzyknął bezgłośnie.

Umrę, pomyślał, naprawdę umrę…

…I jakby tysiąc błyskawic huknęło w jednej chwili, jakby otworzyły się same niebiosa; jakaś ogromna siła zmiotła Przybysza z Sambora, cisnęła jego opancerzone cielsko jak szmatą w pobliskie trawy. Jodłowski nawoływał coś swoim pełnym podniosłości głosem, a niebo w górze było ciemne, kotłowało się i wirowało. Zniknęły gwiazdy, Oko Astera i księżyc. Został tylko blask słabnącego ogniska i odległy świt.

Gasnącym wzrokiem Zabrajski spojrzał w bok, w miejsce gdzie przed chwilą znikł Przybysz. Błyskawice raz po razie uderzały w tamto miejsce z oślepiającą siłą, wyrywając w powietrze chmary błota, trawy i truchła drobnych zwierząt. Powietrze wypełnił zapach burzy, a kiedy z nieba zaczęły spadać pierwsze krople deszczu świat zawirował wkoło i zgasł. Nigdy, nigdy nie widział, żeby jeden człowiek z taką biegłością czerpał z Nurtu…

 

XIV

– To cud że żyjesz.

Chmury w górze poszarzały w blasku poranka, ale pogoda była przygnębiająca i szara. Padało.

Jodłowski pochylał się nad nim. Blady i z podkrążonymi oczami wyglądał jak śmierć; jego piękne, zdobione szaty były poszarpane, brudne.  Jeden ze żmijowych szponów jakby sczerniał.

– Tak, to cud – powtórzył, przyklękając nad nim. Sambor bez zdziwienia pomyślał, że ton czarodzieja zmienił się całkowicie. Zniknęły ostrożność i respekt, zniknął strach, a pojawiły się pewność i rzeczowość. – Buzdygan był przeklęty, jak zresztą cała reszta. Czujesz to zimno? To nie krew, nie krwawisz mocno. Bechter pochłonął część impetu, ale to co cię uderzyło… Cóż, nie mamy na to nazwy. Pewnie będę musiał ją wymyślić, wiesz? Kalezjusz wspominał coś o tym, ale niewiele. Nie, nie próbuj się podnieść, będzie tylko gorzej. Nie mówię, że uniknąłeś złamań, na Astera! Leż, i tak nic nie zrobisz. I nie patrz tak na mnie proszę, wiedziałeś przecież, że nie będę się modlił do Monolitu, bił pokłonów i z nabożnym szacunkiem opisywał metopy czy reliefy. Przecież po to wziąłeś to całe szirencze, prawda? Ech, lepsze miałem o tobie zdanie panie Zabrajski… Niby z waści człowiek w świecie obyty, a gusłami chcesz magię spinać…

Dytryk wyprostował się. Na tle siwego kołtuna chmur przypominał kolosa, istotę mającą wspólnego z człowiekiem tylko fizys, a będącego wewnątrz czymś o wiele starszym i groźniejszym.

– Przybysz… – powiedział nagle, spoglądając w dal. – Pochodził z Irkalli, krainy umarłych. Siła Nurtu nie była w stanie mu bardziej zaszkodzić, ale on… Uciekł. Odleciał gdzieś w dal, na południe. Tam, gdzie broniłeś się waść przed ważkami, jak się zdaje. Po co? Nie wiem, choć zakładam, że jest tam kolejny Monolit… Ale nie odpowiedział na nurtujące mnie pytania. I chyba już nie odpowie. Mam ich teraz zresztą więcej jak przed wyprawą… Chciałem ich poznać, panie Zabrajski. Upadłych. Zobaczyć ich, zrozumieć… No cóż, śmiało możemy przyjąć, że moje metody zawiodły. Ach, kaszlesz? Krew? W takim razie niewiele ci pozostało, panie Zabrajski…

– Skurwysynu… Gdybyś mnie uprzedził…

– To co? – Jodłowski nachylił się nad nim. Uśmiechnął się łagodnie. – Zostawiłbyś mnie? Uciekł? Pozwolił, by potwór samopas włóczył się po Dziczy, by wkrótce wpaść na chłopów? Tych bogu ducha winnych ludzi, za którymi tak się ujmujesz? Znam cię, panie Zabrajski. Wiedziałem, że gdy pojawi się portal zrobisz wszystko, by zdusić pożar w zarodku. Potrzebowałem tego, a ty… Wszak czujesz się odpowiedzialny za te ziemie, prawda? Wyklęty syn Zabrajskich, zamiast robić karierę koło króla kozakuje w Dziczy, bawi w strażnika pogranicza… I teraz płacisz cenę obowiązku, panie Zabrajski. Tego fałszywego poczucia, które uważałeś za twoje modus operandi.

– Zostawisz mnie – zrozumiał nagle Sambor, czując jak poza zimnem uciekającego życia pojawia się dreszcz zrozumienia. – Psiakrew, ty mnie…

– Spójrz na to z innej strony – Dytryk wyprostował się i poszedł w kierunku leżących nieopodal juk. – Czyż nie takiego końca się spodziewałeś? Heroiczna śmierć w obronie maluczkich, gdzieś wśród przestworu traw Dziczy? Kolejny szkielet szczerzący się ku kolejnym wschodom i zachodom słońca? Otoczony egzotycznymi szkieletami przerośniętych lapsus homo? Będą o tym śpiewać eposy. O ile oczywiście zdołam wrócić. Ale nie zapomnę o tobie.

– Oby Rusła poniosła się aż do Bursztyniaka.

– Ech, Samborze, morze Bursztynowe daleko, a ja nie jestem wojownikiem – Jodłowski uśmiechnął się prawie szczerze. Prawie. – Nie jest powiedziane, że wrócę zdrowy do Berstergradu. Może w ogóle nie wrócę, kto wie? Może lawiszka albo nibyżmij strąci mnie z drabiny, gdy będę wchodził na Ambonę?

– Gdybyś mi tylko pomógł…

– Nie potrafię – Dytryk zawahał się nagle. – Przysporzyłbym ci tylko cierpienia, ale ponieważ go nie potrafię też skrócić…

– Odejdziesz więc? – Sambor uśmiechnął się krzywo. – Tak po prostu? Lepsze miałem o tobie zdanie.

– Tak… Tak po prostu. Nie jestem mordercą, niezależnie od tego co sobie o mnie teraz myślisz. Zresztą, za dużo widziałeś. Bohaterska śmierć może się tylko przysłużyć. Tobie, nam… Wszystkim. Bywaj, Samborze Zabrajski, herbu Raróg. W tej pieśni odegrałeś swoją rolę. Kolejny akt nadejdzie od południa.

Sambor patrzył jeszcze jakiś czas za czarodziejem. Jasna sylwetka majaczyła wśród traw, aż w końcu wyblakła i wszystko wkoło zasnuła ciemność.

 

 XIV

Dziewczyna była ładna, a asterska krew tylko dodawała jej urodzie pewnej egzotyki.

Twarz miała szczupłą, o delikatnych rysach, których nijak nie mąciły ani nieco za bardzo zadarty nosek ani spiczaste uszy. Ciemne, migdałowe oczy spoglądały na niego niespokojnie, co jakiś czas przykrywane burzą kasztanowych loków. Prychała wtedy cicho jak kot i odgarniała je na bok, za uszy. Sambor cieszył się w duchu. Podobały mu się te oczy.

W namiocie było ciasno i nawet ciepło – do pasa kryły go futra, ale na torsie miał tylko koszulę, a i tak zdołał się spocić.

„Lato będzie ciepłe” pomyślał rozgorączkowany, gdy dziewczyna nucąc coś pod nosem ocierała mu czoło „Lato będzie ciepłe i długie, a wtedy…”

Nie wiedział, co będzie wtedy. Może wszystko. Może nic.

– Adjełzo… – powiedział. – Muszę wracać do Wólki.

– Jestem Adjełka. I nic nie musisz. Wszak sami mówicie o sobie, że wolni jesteście niczym wiatr w stepie.

– Muszę, ja…

– Masz obowiązki, wiem – powiedziała, wzdychając ciężko. – Powtarzałeś to kilka razy. Wiesz, jesteś okropnie nudny, nawet jak na człowieka.

– To prawda.

– Wyzdrowiejesz, pójdziesz gdzie będziesz chciał.

– A wyzdrowieję?

– Może – uśmiechnęła się lekko. – Jesteś nudny, ale silny. Rany się goją, choć jedna zostanie ci na długo. Będzie ci przypominać, żebyś w tej całej swojej powinności nie stracił głowy.

– Skoro tak mówisz – odpowiedział, wzruszając ramionami. – Dziękuję, ci… Adjełko.

Odsunęła się od niego i sięgnęła po leżące tuż obok wejścia namiotu zawiniątko. Gdy je odwinęła, okazało się, że spoczywa tam pękata butelczyna zatknięta korkiem.

– Wódka? – spytał. – Czemu nie…

– To flin – ładną twarzyczkę wykrzywiło zażenowanie. – Uśmierza ból i otumania, ale pomaga organizmowi regenerować się. Ludzie nie powinni go spożywać, ale skoro przeżyłeś, jak dotąd, przeklętą ranę…

– Wódka ma podobne efekty, ale niech będzie. Znowu zasnę?

– Pewnie tak.

Flin miał słodki i nawet przyjemny smak, nasuwający Samborowi skojarzenia z czekoladą, którą przywiózł na wesele jego brata jeden z gości. I faktycznie otumaniał – zaledwie pociągnął ostatni łyk, zwalił się jak kłoda w posłanie ogarnięty sennością. Przyjemną, nie gorączkową.

– Pamiętaj… – powiedział dogasając. – Pamiętaj, muszę szybko wyruszyć dalej… Obowiązki…

– Możesz pojechać potem – odpowiedziała, odsuwając się od niego. – Póki co leż, odpoczywaj. Zdążysz wypełnić swoje obowiązki. Jeśli wcześniej nie zapłacisz ich ceny.

„Właściwie czemu nie?” pomyślał, patrząc jak dziewczyna sięga po grzebień i zaczyna rozczesywać włosy. Było coś hipnotycznego w tej czynności.

„Każdy obowiązek ma swoją cenę, a ja swoją zapłaciłem… Mogę spocząć… Wszystko mogę”.

Dziewczyna, wciąż rozczesując włosy, zaczęła nucić cicho

Rozprzęgajcie konie, pany!

Wnet już wieczór, pójdziem w tany!

A gdy wstanie świt czerwony,

Znów ruszymy w stepu przestwór niezmierzony!

 

Na zewnątrz szumiały deszcz i wiatr. Powietrze pachniało wiosną.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Niepotrzebnie powtarzasz tytuł w tekście. 

 

– Drzyj tę koszulę, nie będziemy jej przecież teraz rozpinać…

Jak był bechter, to raczej koszule nie były zapinane. 

 

– Zróbcie mi miejsce… Asterze, czy wy kiedykolwiek się myjecie? Łapy macie brudne jakbyście dopiero co skończyli gnój przerzucać. Przecież mu tylko pogorszycie…

Aster raz z małej, raz z dużej, warto by ujednolicić. Raczej mu się pogorszy.

 

Ta stylizacja między staropolską, a rosyjską brzmi dla mnie nienaturalnie. 

 

Jaka to ambona, skoro wierzą w Astera?

 

A ta ambona była w budynku, czy w lesie, bo też nie wiadomo?

 

Czemu dzicz z dużej?

 

Jak palom, skoro stał przy ścianie?

 

– Nie śmiałbym – Sambor mrugnął wesoło do mistrza Jodłowskiego. – Nie zajmują dużo miejsca, a bukłak i tak noszę. Wódka czasem leczy ciało, czasem duszę… Tymczasem do świtu jeszcze daleko, wasza miłość zdaje się poddenerwowany, mi zaś samemu nie wypada… Rozumiem godność urzędu i konweseanse, ale…

 

Kropka po śmiałbym.

Konwenanse chyba.

 

 

Wódka to raczej nie w średniowieczu.

 

– A tam, zdobyczna

Brak kropki. Ponieważ ten błąd się powtarza, wrzucam poradnik https://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

 

W innych okolicznościach nikt by się na nich nie porwał, ale wtedy w Dziczy było wyjątkowo niespokojnie. Jacyś banici zebrali większą bandę, kręcili się po Dziczy jakiś czas, mieli nawet swojego… Króla. No i w końcu zasadzili się na rzeczoną karawanę. Gdybyśmy z towarzystwem polnym nie przybyli[,] to byłoby z asterami chudo…

 

Powtórzenia psują płynność lektury. Czemu Asterowie z małej, skoro to pewnie nazwa plemienia, lub kraju? Czemu król z dużej?

Towarzystwo polne bardzo trąci Sienkiewiczem.

 

 

 

Jeden z kupców wiózł na handel wódkę w pięknej karafce. Wiesz, wasza miłość, jakie piękne szkła potrafią asterowie wyrobić? My długo tak nie będziemy umieli… Krasnoludy tym bardziej. Koniec końców wódkę przelałem do bukłaka, bo jest prosta i tania, a karafka została w moim dworku, cieszy salonik w moim dworku w Wólce Sokolickiej.

Powtórzenia liczne, Asterowie z dużej. 

Skoro bukłaka, to jest prosty i tani.

Opowiedz jak się cieszą saloniki?;)

 

 

 

 Ponoć stróżujecie w Dzicz na bandytów, chłopom broń organizujecie i do sztuki wojennej przyuczacie, żeby się bronili.

Wyprawić się można w dzicz, ale stróżuje się w dziczy i nie na kogoś.

 

 

 

 

teksty generowane komentuję z AI

Całość zaczyna się ciekawie i jest bardzo ładnie zakończona. Język jest całkiem solidny, ale trochę nadużywasz wielokropków, szczególnie w pierwszym dialogu. Możliwe, że to tylko ja, bo czytałam krótko po obudzeniu, ale trochę się gubiłam w świecie przedstawionym crying

Pozdrawiam.

Przybyłam Was nawiedzać

Drodzy, dziękuję za lekturę i uwagi. @Ambush, naniosę zmiany w najbliższym czasie, bo sam nie wiem, jak się cieszą saloniki :) Natomiast co do wódki to realia moich opowiadań to już bardziej połowa XVII wieku :) Lubię Sienkiewicza, wychowałem się na nim, na grach z serii “Kozacy”, przeczytałem masę książek odnośnie Rzeczpospolitej Obojga Narodów i generalnie to są moje klimaty – jak było widać np. w “Onelii”. 

 

Fajnie, że ktoś znalazł dla mnie czas, jeszcze raz dziękuję.

 

Ukłony,

TK

 

 

Nowa Fantastyka