Cześć
Zapraszam na nowego szorta.
Cześć
Zapraszam na nowego szorta.
Drzwi biura rachunkowego były zamknięte. Przechodzień ubrany w czarny płaszcz zajrzał do środka przez przyciemnianą szybę. Stał przez chwilę, po czym spojrzał na zegarek i ruszył dalej.
O szóstej rano żaden szanujący się księgowy nie zaczynał pracy, a na pewno nie księgowy Jacek.
Dopiero się budził w pokoju pełnym zapachu formaliny. Wyglądał jak wielki człowiek-owad, zawinięty w kokon pościeli. Chrapał, ale nic nikomu do tego.
Kiedyś żona miała o to pretensje. Na szczęście już jej nie ma.
Jacek śnił. Uśmiechał się jak małe dziecko. Otworzył oczy. Zsunął stopy na podłogę i rzucił się do łazienki. Po pięćdziesiątce pęcherz nie działał, jak u dwudziestolatka. Zrobił, co miał zrobić i wrócił do sypialni. Ściągnął z krzesła spodnie, wskoczył w nie, po czym wystroił się w piękną, białą koszulę. Otworzył drzwi starej szafy i przejrzał się w lustrze.
– No, koleś… Przystojniak z ciebie jakich mało – wyszeptał do pustego pokoju.
Rozejrzał się niezadowolony.
– Cholera! Gdzie ja postawiłem buty?
Może i na szczęście, żony już nie miał, ale na nieszczęście, czasami dobrze, gdy była.
Okazało się, że schował obuwie za drzwiami do kuchni. Nie miał pojęcia, dlaczego to zrobił. Przecież wystarczyło zostawić je na korytarzu.
***
– Dzień dobry, Jacku. Jak tam dzionek? – zapytała Ewa, zdecydowanie zbyt rozpromieniona, jak na poniedziałek. Albo się chciała znowu podlizać, albo faktycznie mąż jej nie doceniał.
– Cześć – burknął, nawet na nią nie spojrzawszy.
Iwona siedząca w kącie spuściła głowę.
Wszedł do siebie, klapnął na fotel i rzucił okiem na ulicę.
Coraz więcej tych zasranych samochodów. Psują i niszczą powietrze. Jacek był zdecydowanym przeciwnikiem aut. Kochał przyrodę.
Powąchał dłonie. Zapach formaliny był ledwo wyczuwalny.
Zobaczył kątem oka cień, który przemknął tak szybko, że nie zdążył się zorientować, kto to. Podejrzewał, że to Marian znowu się spóźnił. Tak nie może być.
Jacek wyszedł i trzasnął drzwiami.
– Marian, mogę cię prosić na chwilę do siebie?
Obrócił się w stronę Ewy i wymusił uśmiech. Odwzajemniła się piękną, pogodną twarzyczką.
Boże, dlaczego ją zatrudniłem? – pomyślał.
Marian szedł pokornie za szefem. Gdy znaleźli się u niego, Jacek wypalił:
– Jeszcze raz spóźnisz się do roboty i cię wyleję! Czy to jasne?
– Tak, szefie.
Na tym sprawa się zakończyła.
Dzień nie należał do łatwych. Jacek pocił się, pomimo sprawnie pracującej klimatyzacji. Poprawiał co chwilę koszulę, która zdawała mu się wyjątkowo ciasna. Dłonie… nie cierpiał tego – pociły się, były lepkie jak…
U jednego z jego owadów.
Taaak, formalina.
Powąchał jeszcze raz palce. Zapach był ledwie wyczuwalny.
Po pracy, gdy wracał autobusem linii numer osiem, dosiadła się do niego starsza pani.
– Dzień dobry – powiedziała. Obdarzyła go uśmiechem.
Bez wzajemności. Nie cierpiał starszych osób.
– Dobry, dobry – odpowiedział. Miał nadzieję, że dobrze wypadł, bo nie chciał być obgadany. Dobra opinia to podstawa.
– Często pan jeździ ósemką.
I co ci do tego – pomyślał.
– Tak.
– A wie pan… tak sobie myślę, że między ludźmi, to nie ma przypadków, prawda? Czy się mylę?
– Nie bardzo wiem, co ma pani na myśli.
– No, na przykład to, że się spotkaliśmy. To znaczy, często pana widuję. Wydaje się pan być zamyślony. I przyznam szczerze, że trochę się martwię.
– O mnie?
– Tak.
– Bez potrzeby. O mnie ma już się kto martwić. Mam żonę.
– Nigdy nie widziałam pana z żoną. Doprawdy.
Co za wredne babsko. Nie dość, że zaprzecza, to jeszcze tylko tym potwierdza, że mnie obserwuje. Zasrany monitoring – pomyślał.
Powąchał dłonie.
Formalina…
– Wie pani co? Nie mam ochoty na rozmowę. Miałem ciężki dzień.
– Oczywiście. Rozumiem. Dzisiaj jest wyjątkowo gorąco, nie uważa pan?
Jacek wstał i wysiadł na najbliższym przystanku. Postanowił, że dobrze będzie, jeśli się przejdzie. Do domu miał tylko kilkaset metrów. Wszedł do środka i rzucił się na łóżko. Zzuł buty i ściągnął spodnie. Od pasa w dół nie przypominał człowieka. Rachityczne, owadzie odnóża wystawały z pościeli.
***
Obudził go dzwonek.
Wystawił głowę zza drzwi.
Listonosz.
– Polecony.
– Nie przyjmuję!
Zatrzasnął je z powrotem.
– Jest pan bardzo miły! Ale trzeba podpisać!
Rzucił list na stół w kuchni i zszedł do piwnicy.
Zapach formaliny był wszędzie.
– Alkohol izopropylowy byłby lepszy – powiedział.
***
– Halo! – Jest tam kto?
Iwona wciskała raz za razem dzwonek. W końcu wyszedł.
– Cześć. Co ty tu robisz?
Na jej twarzy pojawiło się zdziwienie.
– Przecież się umawialiśmy.
– Nie przypominam sobie.
Już miała odejść, ale złapał ją za rękę i wciągnął do środka.
***
– Nie mam ochoty widzieć się z tym draniem. – Mina listonosza mówiła wszystko.
– Nie obchodzi mnie to. Masz doręczyć przesyłkę – orzekł kierownik.
– Ale to dupek!
– Dupek, nie dupek. Albo dostarczysz, albo znajdę kogoś kto to zrobi!
– Dobra, już dobra. Bez spiny.
Listonosz jeździł starym Tico. Za szybą miał kartkę z wielkim napisem: Romek.
Wszedł po schodkach i zadzwonił do drzwi. Czekał dobre pięć minut. Nie chciał stracić roboty. Z ciekawości zajrzał przez okno. W środku mignął cień. Wrócił do dzwonka i wciskał go dotąd, aż drzwi się uchyliły.
– A jednak jesteś, dupku!
Wielka, owadzia łapa wciągnęła go do środka. Później rozległo się mlaśnięcie, jakby mokra ścierka spadła na podłogę.
***
Ewa dzwoniła do Iwonki cały dzień. Odebrała dopiero wieczorem. Po drugiej stronie usłyszała ciche ciamkanie.
– Jestem u Jacka.
Głos był piskliwy, nieprzypominający Iwonki.
– Kochana. Wszystko w porządku?
– Jestem u Jacka.
Tego było za wiele. Pojechała to sprawdzić.
***
Policja nie ustaliła, co się stało z listonoszem. Tico, zaparkowane przed domem, zostało odholowane na parking, a Iwonka z Ewą, nigdy się nie odnalazły.
Nikomu nie przyszło do głowy, że sprawdzić, co jest za ścianą w piwnicy Jacka.
Świetne :) czytałam na jednym oddechu :) niezły ten Jacek :))
Pozdrawiam serdecznie :)
Czołem Heskecie!
Jak na taką miniaturkę to bardzo zacne. Fajnie powtarzający się motyw, takie trochę niepokojące ujęcie na antagonistę, trochę psychologiczne, a trochę odkrywające.
Skojarzyło mi się z ostatnim tekstem barda ;)
Klikam i pozdrawiam!
I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...
Cześć, Teo
Cieszę się, że wciągnąłem Cię w tę krótką opowieść.
Pozdrawiam
Cześć, beeeecki
To była odskocznia, żeby się przełamać. Równolegle piszę ciąg dalszy Jaskini bogów.
Dzięki za klik.
Pozdrawiam
Jacek śnił. Uśmiechał się, jak małe dziecko. Otworzył oczy. Zsunął stopy na podłogę i rzucił się do łazienki
Bardzo gwałtownie zmienia się tutaj tempo sceny. Na przestrzeni czterech zdań w jednym akapicie śpi, uśmiechając się jak dziecko, a potem otwiera oczy i wręcz rzuca się do łazienki. To celowe?
– Marian, mogę Cię prosić na chwilę do siebie?
Niepotrzebna wielka litera w cię.
Z tekstem mam problem, ale to jest całkowicie mój problem. Po prostu nie znoszę historii, w których główny bohater okazuje się być zakonspirowanym owadem. Nie pamiętam, czy zraził mnie tak do tego młody King, czy któryś z Gaimanowych tekstów, ale ten motyw mnie z miejsca odrzuca.
Czyta się dobrze, sceny są całkiem obrazowe, ale… Czekam na dalsze losy Rajko i Etoka. : )
Cześć, barniusz
No, co poradzić. Uwielbiam prozę Maestro Kinga. Nie wszystko, ale zdecydowaną większość.
Nie wiem, co znaczy celowe. Nie zastanawiałem się nad każdym zdaniem. Historia sama płynie. U mnie, to jak seans, tylko nie widzę ekranu. Mam to przed oczami, jakbym tam był.
Pozdrawiam
Miałem na myśli młodego Kinga, w sensie syna, którego twórczość omijam szerokim łukiem po jednym okropnym rozczarowaniu. (Sprawdziłem – i to właśnie Joe Hill i jego opowiadanie ze zbioru Czarny telefon tak mnie zrazili do tekstów z ludźmi-owadami).
Podziwu godna wyobraźnia – ja zwykle widzę tylko strzępy obrazów. ;)
Mam znajomego księgowego Jacka… Muszę mu się lepiej przyjrzeć… od pasa w dół ;) Fajna historyjka. Pozdrawiam :)
"Sukces to ponoszenie porażek bez utraty entuzjazmu" - W. Churchill
Cześć, Lesnylutek
Dzięki, że zajrzałeś. O, zdecydowanie. Jeśli to księgowy Jacek, kto wie :-)
Pozdrawiam
O, to jak w Men in Black, część pierwsza.
Ciekawie poprowadziłeś opowieść.
Pozdrawiam!:)
Cześć, Mehiko
Men in Black, trochę tak :-)
Dzięki za czytanie.
Pozdrawiam
Perfekcyjne wykorzystanie tak krótkiej formy. Bardzo klimatyczny i świetnie zakończony tytuł.
Pozdrawiam.
Przybyłam Was nawiedzać
Ciekawe opowiadanie, zastanawiałem się, co z tą formaliną no i proszę :)
Bardzo bym Jacka spotkać nie chciał, pomimo krótkiej formy naprawdę sprawiłeś, że gościa nie lubię. Nawet gdyby pominąć jego upodobania żywieniowe.
Jedyna drobna uwaga. Przecinek w tym zdaniu wydaje się zbędny, ani zdanie złozone, ani wtrącenie. Troszeczkę mnie ten przecinek wyhamował na samym poczatku więc akurat zwróciłem uwagę. Troszeczkę czepialstwo, wybacz :)
Przechodzień ubrany w czarny płaszcz, zajrzał do środka przez przyciemnianą szybę.
Potencjalnie zmieniłbym też szyk troszeczkę na “Ubrany w czarny płaszcz przechodzień zajrzał do środka przez przyciemnianą szybę”.
Pozdrawiam!
Pozostaje mieć nadzieję, że Jacek, drzemiąc w piwnicy po sutym obiedzie, padnie nieoczekiwanie ofiarą rutynowej – i dlatego niezapowiedzianej:) – dezynsekcji…
Cześć, L. Keller
Dziękuję za tak dobre, motywujące słowa.
Pozdrawiam
Cześć, Narholt
Tak, Jacek z założenia miał być niesympatycznym człowiekiem.
Dzięki, że zajrzałeś.
Pozdrawiam
Mehiko, no, ciekawe czy zostałby odkryty?
Pozdrawiam
Hej
Też ostatnio pisałem o przemianie w robaczka, więc na starcie jestem nieobiektywny ;). Trochę za dużo z życia bohatera chciałeś pokazać i na samego owada już mało zostało miejsca. Ale czytało się szybko i przyjemnie.
Pozdrawiam :)
Beeeecki - a gdzie obiecany kliczek :P
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Dzięki, Bardzie
Pozdrawiam
Stare, dobre horrory odzwierzęce.
Zaciekawiło mnie, kiedy bohater okazał się nie całkiem homosapiensowaty. Jest fantastyka, jest okejka. :-)
Interpunkcja kuleje.
Babska logika rządzi!
Cześć, Finkla!
Odzwierzęce, powiadasz. Mucha najlepsza – obie wersje, ale ta pierwsza bardziej mnie zajęła.
Interpunkcja… zgadzam się.
Dzięki za klik!
Pozdrawiam
czesc,
Cześć, tomaszg
Dzięki za cenne spostrzeżenia.
Będę pisał.
Pozdrawiam
Hej, Hesket
Bardzo podobało mi się tempo tego opowiadania. Czyta się je naprawdę płynnie – krótkie sceny, zwięzłe dialogi i oszczędny styl. Chciałbym tak potrafić. :)
Sam pomysł z księgowym i owadzią przemianą też jest ciekawy. Najbardziej spodobał mi się motyw formaliny, który od początku buduje niepokój i daje poczucie, że coś jest bardzo nie w porządku.
Chyba zabrakło mi jednak mocniejszego uderzenia grozą. Zamiast narastającego lęku częściej miałem wrażenie lekkiej groteski, momentami wręcz czarnego humoru. Nie odbieram tego jako wady samej w sobie, bo taki klimat też ma swój urok, ale nastawiałem się bardziej na horror niż na horror z przymrużeniem oka.
Mimo to uważam, że warsztatowo tekst jest naprawdę solidny. Widać kontrolę nad językiem, rytmem i scenami, a to zawsze robi dobre wrażenie.
Dzięki za lekturę! 5!
Cześć, NomadFromNowhere
Dzięki, że zajrzałeś. To prawda, że jest groteskowo. Czasami tekst żyje własnym życiem.
Pozdrawiam
Przypadek Jacka jest szalenie osobliwy. Jak dla mnie aż nazbyt osobliwy, ale czytało się nieźle. :)
Wyglądał, jak wielki człowiek-owad, zwinięty w kokon pościeli. → Czy tu aby nie miało być: Wyglądał jak wielki człowiek-owad, zawinięty w kokon pościeli.
– Cholera! Gdzie ja dałem buty? → Co to znaczy dać gdzieś buty? Mnie się kiedyś zdarzało dać buty do szewca.
A może miało być: – Cholera! Gdzie ja postawiłem buty?
Dzisiaj jest wyjątkowo gorąco, nie uważana pan? → Coś się tutaj przyplątało.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
regulatorzy,
dzięki za wyłapanie błędów.
Jutro naniosę poprawki.
Pozdrawiam
Bardzo proszę, Heskecie. Miło mi, że mogłam się przydać. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Cześć! ;)
Całkiem ciekawe to opowiadanie, trochę mi się z filmem Mucha skojarzyło ;D.
Czytało się całkiem nieźle, chociaż moim zdaniem, akcja pędziła zbyt szybko, przez co trudno było się wczuć w historię.
Ale pomysł sam w sobie świetny! Szczerze mówiąc, widziałbym tutaj potencjał na trochę gore, ale to już zupełnie inna sprawa ;D
Pozdrawiam serdecznie! ;)
Cześć, dovio
Akcja faktycznie pędzi.
Dzięki za czytanie i dobre słowa.
Pozdrawiam
W sumie nie wiem, kim był Jacek, ale wiem, że nie chcę go poznać osobiście.
Czytało mi się dobrze, ale to zajrzał, spojrzał w pierwszym akapicie mnie zatrzymało.
Scena w pracy podobała mi się mniej, jakby była dodana, wepchnięta. Nie tak spójna jak pozostałe.
teksty generowane komentuję z AI
Cześć, Ambush
Dzięki za czytanie. Szort napisałem przy jednym posiedzeniu, dlatego może sprawiać wrażenie porwanego. Chciałem odświeżyć trochę głowę :-)
Dzięki za klik!
Pozdrawiam
Dezynfekcja szłaby po całości. Jacek padłby jej mimowolną ofiarą. A jeśliby policja znalazła go później w ludzkiej postaci, zrobiłaby się afera, że nieuważnie dezynfekowano i do czego to podobne, i żeby sprawdzać zawsze piwnice i lokale przed takimi akcjami, bo a nuż bezdomni itp. itd. Telewizja zaraz by się tym zajęła.
Po czym po sekcji denata okazałoby się, że to jednak owadzi syn, a zatem debata publiczna o ubocznych skutkach zastosowania środków owadobójczych, bo oto, proszę Państwa, cóż my tu mamy? Niewinny człowiek, potraktowany silną dawką środka, nie tylko, że ducha wyzionął, ale jeszcze doznał okropnej metamorfozy. Na co wojsko zaraz by się zainteresowało, a co to za wspaniały środek i jak by go tu można wykorzystać do zinsektowania wrażej populacji. Zatem poligony, testy etc. W polu nie działa? Może tylko w zamkniętych pomieszczeniach? A musi być piwnica, czy wystarczy parter?
I gdy już wszyscy zawiedzeni dadzą sobie spokój, nagle jakiś generalissimus nadzorujący testy wyciągnie kopyta i ujawni się jako robal…
Pozdrawiam słonecznie!
Cześć, Mehiko
Dzięki, że zajrzałeś. Masz pomysły :-)
Pozdrawiam
Cóż, opowiadanie nieszczególnie przypadło mi do gustu. Jak na mój gust za dużo krótkich zdań, miejscami dziwna składnia, do tego trochę niepotrzebnego wypełniacza (scenka z Marianem, z kobietą w autobusie). Interpunkcja fatalna, przecinki sprawiają wrażenie powstawianych na chybił, trafił.
Rozdzióbią nas kruki, wrony i ptaki ciernistych krzewów.
Cześć, Bolly
Dzięki, że zajrzałeś i przeczytałeś. Mam nadzjeję, że w przyszłości lepiej mi pójdzie :-)
Nie jestem mistrzem interpunkcji, dlatego liczę na to, że wskażesz mi te błędy. Wiesz, bardzo łatwo jest napisać: to jest fatalne, do bani, ale to jest mało merytoryczne a poza tym, niczego nie wnosi, bo nie mogę tego poprawić. Jesli piszesz: fatalna, pokaż mi błędy, a je poprawię.
To nieprawda, że wypełniacze. Chciałem przez to pokazać, że bohater jest niesympatyczny.
Rozumiem, że nie trafiłem w Twój gust, bo te są różne.
Pozdrawiam
Nie jestem mistrzem interpunkcji, dlatego liczę na to, że wskażesz mi te błędy. Wiesz, bardzo łatwo jest napisać: to jest fatalne, do bani, ale to jest mało merytoryczne a poza tym, niczego nie wnosi, bo nie mogę tego poprawić. Jesli piszesz: fatalna, pokaż mi błędy, a je poprawię.
Oto kilka pierwszych nadmiarowych przecinków: po “czarny płaszcz”, po “o szóstej rano”, po “wyglądał”, po “uśmiechał się”. Dalej nie chce mi się wyłapywać.
Rozdzióbią nas kruki, wrony i ptaki ciernistych krzewów.
Czyli jednak interpunkcyjnie nigdy nie dorosnę :-)
Pozdrawiam
A czy tak trudno poprawić przynajmniej to, co Ci wskazałem?
Rozdzióbią nas kruki, wrony i ptaki ciernistych krzewów.
Dzięki, Bolly
Poprawiłem.
Pozdrawiam