Las tuż przy granicy prowincji Iga, oddychał podgniłą wilgocią.
Kazuma Hatano poruszał się między pniami jak cień, który doskonale zna swoje miejsce. Każdy krok stawiał tam, gdzie ziemia była już ubita przez dzikie zwierzęta albo miękka od mchu. Nie łamał suchych gałęzi. Nie pozwalał, by liście szurały o jego odzienie. Po prostu był, a sekundę później już go nie było.
Kilka kroków obok jego brat, Akarui, podążał tym samym rytmem. Serce biło mu szybciej z czystego, lodowatego skupienia. Wiedział, że każdy fałszywy ruch może zaważyć na powodzeniu misji.
Obóz wroga wyłonił się nagle, choć wiedzieli o nim od dawna. Leżał w naturalnym zagłębieniu terenu, osłonięty z trzech stron stromym zboczem. Palisada była niska, prowizoryczna i zbyt świeża, jej drewno wciąż jaśniało w miejscach surowych cięć. Ogniska powoli dogasały; czerwone punkty żaru pulsowały w ciemności niczym roje świetlików. Mgła snuła się tuż nad ziemią: brudna, ciężka, zawieszona nienaturalnie nisko.
– Pokaźne siły wroga – szepnął Akarui. – Na szczęście wiemy, czego i gdzie szukamy.
Kazuma zatrzymał się przy skraju zbocza. Uniósł dłoń, a palce ułożyły się w błyskawiczne, czytelne tylko dla nich znaki: czekaj – licz – słuchaj.
Akarui kucnął bezszelestnie. Słuch miał wyostrzony do granic możliwości; to była zasługa ostatnich dwóch dób, które spędził w absolutnej ciemności jaskini, hartując zmysły przed akcją. Zamknął oczy, słuchał i liczył. Lecz nie samych strażników – tych było zbyt wielu – a przerwy pomiędzy dźwiękami: trzask żaru, ciężkie chrapnięcia kogoś w namiocie i to, co najważniejsze – miarowe kroki wartowników. Patrole były nieregularne. Zbyt wielu ludzi zebrano tu naprędce, by formacje działały jak idealny mechanizm.
Kazuma przesunął się naprzód. Szedł bokiem, niemal stapiając się z głębokim cieniem zbocza. Akarui ruszył chwilę później inną linią, dbając o to, by ich ślady nigdy się nie skrzyżowały. Poruszali się w klasycznym, trójdzielnym rytmie shinobi: ruch – bezruch – zniknięcie. Gdy któryś ze strażników poruszał się przy ognisku, Akarui zamierał całkowicie. Nie tylko swym ciałem, lecz samą myślą. Uczył się tego od dziecka: jeśli myśl drgnie, ciało bezwiednie pójdzie za nią, zdradzając obecność. Przy jednym z namiotów musiał przypaść do ziemi. Dosłownie stopić się z brudnym podłożem. Poczuł, jak leśne mrówki przebiegają mu po odsłoniętej dłoni, kąsając ją, ale nawet nie drgnął. Kawałek przed nim Kazuma uniósł stopę nad przeszkodą, którą w gęstym mroku ledwie można było dostrzec. Wyczuł zmianę w przestrzeni dosłownie na moment przed tym, jak jego oczy zarejestrowały minimalny blask napiętej linki. Zrobił to z taką pewnością, jakby ta pułapka tkwiła w tym miejscu od zawsze. Kiwnął palcem, ostrzegając Akaruiego, a ten odpowiedział mu krótkim sygnałem.
Ominął zagrożenie własną trajektorią i po chwili przed ich oczami ukazał się wreszcie cel: namiot Ichigo Kuroichiego, jednego z dowódców stacjonującej tu armii. Był większy od pozostałych, lecz pozbawiony jakichkolwiek ozdobników: surowy, wojskowy, skrajnie praktyczny. Przed wejściem tliła się niska latarnia osłonięta pergaminem, rzucając mleczne, matowe światło na dwóch strażników. Ci dwaj nie przypominali żołnierzy, których minęli wcześniej. Stanowili mur. Szerokie barki kryły się pod ciężkimi, stalowymi napierśnikami, hełmy mieli opuszczone nisko na oczy, a dłonie spoczywały nieruchomo na drzewcach ciężkich włóczni yari. Nie rozmawiali. Nie wiercili się. Oddychali równym, spokojnym rytmem ludzi nawykłych do wielogodzinnego czuwania.
Kazuma zatrzymał się w cieniu wozu taborowego. Wykonał kolejny gest: dwa palce, odstęp i synchroniczny, lekki ruch nadgarstka. Akarui skinął głową. Nie potrzebowali słów, by się zrozumieć. Rozdzielili się bezszelestnie, zataczając szeroki łuk.
Ziemia wokół namiotu dowódcy była twardsza i mniej zdradliwa, ale ktoś celowo rozsypał tu cienką warstwę drobnego piasku, by ułatwić dostrzeżenie obcych śladów. Sprytny dowódca. Pomyślał Kazuma i uznał, że tym bardziej ten człowiek musi dzisiejszej nocy umrzeć.
Strażnik po stronie Akaruiego był starszym mężczyzną. Na szyi miał grubą, postrzępioną bliznę. Przez ułamek sekundy Akarui miał wrażenie, że już kiedyś widział podobny ślad. Myśl pojawiła się równie szybko, jak zniknęła. Skupił się na zadaniu. Powoli wysunął z rękojeści miecza długi, spiczasty sztylet yoroi-dōshi. Zamierzał wbić go tuż pod ucho, w miękkie miejsce osłonięte jedynie blizną. Poczekał na wydech przeciwnika. Zawsze na wydech – wtedy ciało było najbardziej bezbronne. Wsunął się za jego plecy, lewą dłonią chwycił go za brodę i gwałtownie odchylił głowę. Prawą ręką jednym, precyzyjnym ruchem zagłębił ostrze pod ucho, między kością a ścięgnem. Pchnięcie było krótkie i pewne. Strażnik nie zdążył nawet napiąć mięśni. Po drugiej stronie Kazuma wykonał ten sam manewr. Bez chwili zwłoki i bez wahania.
Bracia pochwycili ciała, zanim ciężkie pancerze uderzyły o ziemię. Przenieśli je w głęboki cień namiotu i ułożyli ze skrzyżowanymi nogami, tak aby z daleka sprawiały wrażenie strażników, którzy przysnęli podczas warty. Akarui przez krótką chwilę patrzył na zwiotczałą twarz zabitego. Zamknął mu powieki dłonią i ruszył za bratem.
Unieśli poły grubego płótna i wsunęli się do środka. Powitało ich ciepło oraz ciężki zapach garbowanej skóry, oleju do broni i drogiego kadzidła. Woń była dusząca, obca górskim lasom Igi, a mimo to Akarui odniósł dziwne wrażenie, że już kiedyś ją czuł. Posłanie wydawało się być nietknięte. Wojenna zbroja stała na drewnianym stojaku, gotowa do włożenia w kilka oddechów. Dowódcy nigdzie jednak nie było.
– Boi się – mruknął cicho Akarui.
– I ma ku temu powód.
Nie tracili czasu. W takich namiotach najważniejsze rzeczy rzadko leżały na widoku. Kazuma uklęknął przy skrzyni podróżnej. Otworzył ją zręcznie wytrychem wsuniętym w szczelinę zamka. W środku znajdowały się zwoje, tabliczki meldunkowe, oficjalne pieczęcie. I absolutnie nic, co tłumaczyłoby obecność tak licznej armii w tym regionie. Akarui już miał się odwrócić, gdy do namiotu wdarł się strzęp rozmowy niesiony nocnym wiatrem.
– …Kuroichi-dono śpi przy koniach. Od kiedy tego oficera znaleziono z poderżniętym gardłem, zmienia miejsce każdej nocy…
Akarui poczuł dreszcz. Słowa o oficerze z poderżniętym gardłem brzmiały jak odległe, znajome echo. Kroki strażników oddaliły się. Bracia spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Ryzyko rosło z każdą sekundą. Zmiana warty mogła nadejść znacznie szybciej, niż zakładali.
– Stajnie – zdecydował krótko Kazuma.
Opuścili ostrożnie namiot i ruszyli cichym krokiem głębiej w rozpadający się mrok obozu.
Zapach koni poczuli, zanim w ogóle zobaczyli pierwsze zagrody. Ciepło zwierzęcych ciał mieszało się z ostrą wonią siana i garbowanej skóry. Kilka latarni kołysało się na wietrze, rzucając na ściany wozów niespokojne, rozciągnięte cienie. Tu straż była rzadsza, za to ludzie o wiele bardziej czujni. Żołnierze śpiący tuż przy swoich wierzchowcach rzadko zapadali w głęboki sen. Bracia musieli uważać. Dostrzegli niewielki namiot, niemal całkowicie wtulony między dwa ciężkie wozy taborowe. Był zbyt prosty, wręcz nędzny jak na rangę Kuroichiego. Idealny do kamuflażu.
Podkradli się od strony gęstego cienia rzucanego przez konie. Akarui już sięgał do pochwy po nóż, gdy materiał wejścia drgnął. Zamarli.
Połać uniosła się gwałtownie i z wnętrza wyszedł młody chłopak. Bez hełmu. Bez zbroi. Tylko w narzuconym w pośpiechu płaszczu, spiętym krzywo na nagiej piersi. Skóra na jego szyi była jeszcze rozgrzana dotykiem innego ciała, a oddech nierówny. Zobaczył Akaruiego, lecz nie zdążył wydać z siebie żadnego dźwięku. Twarz mu stężała, jakby zrozumienie śmiertelnego zagrożenia przyszło ułamek sekundy szybciej niż paraliżujący strach. Akarui nie dał mu czasu. Jego ruchy były bezlitosne i błyskawiczne. Szeroka dłoń zaciśnięta na ustach chłopaka. Szarpnięcie w głęboki cień stojącego obok wozu. I ostrze gładko wchodzące pod żebra, prowadzone bezbłędnym instynktem i latami morderczych ćwiczeń. Zabójcze pchnięcie przebiło serce cicho i ostatecznie. Chłopak zesztywniał, wypuszczając resztki powietrza w krótkim, zdławionym westchnieniu. Ich oczy spotkały się na ten jeden, krótki moment, który wydawał się Akaruiemu wiecznością. Nie było w nich gniewu, a tylko nieme, niezadane w porę pytanie.
Znów poczuł dziwny ucisk w klatce piersiowej, znacznie głębszy niż poprzednim razem. Jakby coś wewnątrz niego odłamało się bezpowrotnie. Przytrzymał konającego, aż bezwładny ciężar ciała całkowicie na nim spoczął i delikatnie opuścił go na ubitą ziemię. Zamknął mu oczy. Zawsze to robił, choć żaden z nauczycieli nigdy go tego nie uczył. Krew na jego dłoni była znajomo ciepła, pachniała metalicznie, z wyraźną nutą imbiru, który chłopak musiał żuć tuż przed zejściem. To uderzyło go z siłą wspomnienia, którego za nic nie potrafił teraz umiejscowić w czasie. Wpatrywał się w swoją ofiarę niemal ze współczuciem.
Byłeś tu, bo ci kazano. Pomyślał gorzko, wpatrując się w martwą, młodzieńczą twarz. Kim ja właściwie jestem? Narzędziem. Dokładnie tak samo jak ty.
Nagłe, obezwładniające zmęczenie oplotło go niczym zabójczy wąż. Znużenie życiem, w którym zawsze trzeba być cicho, zawsze skutecznie, zawsze bez śladu.
Kazuma przyglądał się bratu uważnie. Dostrzegł to wewnętrzne pęknięcie, ale nie skomentował ani jednym słowem. Nie teraz. Nie w sercu wrogiego obozu. Akarui wytarł umazane ostrze w ubranie trupa, wziął jeden głęboki, kontrolowany oddech i ruszył za bratem w stronę namiotu.
W środku panował gęsty półmrok. Dowódca leżał nagi na posłaniu, oddychając ciężko i nierówno. Na jego skórze malowały się jeszcze rozpalone, czerwone ślady czyjegoś dotyku. Kazuma nie wahał się ani sekundy. Podkradł się bezszelestnie, uklęknął przy wezgłowiu i brutalnie docisnął dłoń do ust śpiącego. Ostrze wbiło się głęboko pod żuchwę, idąc prosto w górę, aż do mózgu. Jedynym dźwiękiem, jaki przeciął ciszę, był ledwie słyszalny, suchy chrupot miażdżonej kości.
Zewsząd pachniało atramentem, wilgocią i ludzkim potem. Mapy leżały rozłożone na niskim stole: zwoje, pospieszne zapiski, kolumny liczb. Starszy z braci pracował niezwykle sprawnie, przeglądając kolejne dokumenty. Wytężone zmysły pozwalały mu zapamiętywać całe bloki tekstu: pozycje oddziałów, trasy marszu, kluczowe daty. Nagle jego wzrok natrafił na coś jeszcze.
– Spójrz – szepnął.
Między oficjalnymi dokumentami leżał ukryty list. Pieczęć była nienaruszona, a pergamin cienki, choć sprawiał wrażenie mocno już wysłużonego. Kazuma rozciął woskową plombę paznokciem. Czytał szybko, omiatając wzrokiem kolejne linijki. Na moment jego twarz stężała, zdradzając silne emocje, które na co dzień potrafił tak perfekcyjnie maskować.
– Co tam jest? – zapytał cicho Akarui, z miejsca zauważając zaniepokojenie na twarzy brata.
– To nie jest ich główna siła.
Kazuma złożył list i sprawnym ruchem schował go głęboko w szeroki rękaw.
– Wracamy do Iga-gakure. Raport musi trafić bezpośrednio do rąk Starszych.
Nie było czasu na dalsze pytania. Wnętrze namiotu tonęło w ciemności, gdy na napiętym płótnie ścian zatańczyły niespokojne cienie pochodni zbliżających się z zewnątrz.
– Cicho, to stąd raczej nie wyjdziemy. Za chwilę ruszy zmiana warty… a zostawiamy w obozie cztery trupy – mruknął Kazuma niemal bezgłośnie. – To i tak cud losu, że jeszcze nie podnieśli alarmu.
Akarui skinął głową. Myślał dokładnie to samo. Wyczuwał cały ten obóz jak napiętą do granic możliwości strunę, gdzie wystarczył jeden fałszywy dźwięk, by ich pieśń dobiegła końca.
Wyślizgnęli się ukradkiem z namiotu. Powietrze na zewnątrz stało się zauważalnie chłodniejsze, przesiąknięte gryzącym dymem. Kilkanaście metrów dalej stały wielkie beczki – trzy, może cztery – szczelnie przykryte brezentem. Ustawiono je blisko siebie, a na ich frontach widniał wymalowany grubym tuszem znak kanji: proch. Tym razem to młodszy z braci podjął natychmiastową decyzję. Zerwał krótki łuk leżący przy jednym z wozów, wyciągnął z kołczana strzałę i owinął jej grot skrawkiem materiału, który obficie nasączył olejem z lampy, który zabrał z namiotu. Za pomocą krzesiwa wzniecił iskrę, aż tkanina zajęła się jasnym ogniem. Kazuma natychmiast osłonił go cieniem własnego ciała. Akarui uklęknął, napiął cięciwę powolnym, płynnym ruchem, kontrolując każdy pracujący mięsień. Puścił ją, a strzała przecięła noc z cichym, drapieżnym świstem. Wbiła się idealnie w napięty brezent. Płomień najpierw zatańczył, jakby niepewny, a sekundę później eksplodował z ogłuszającym hukiem. Ogień buchnął wysoko w niebo, rzucając snopy iskier na dachy sąsiednich namiotów, a dziki krzyk ludzi błyskawicznie wyrwał cały obóz ze snu.
– Pożar!
– Proch eksplodował! Przynieść wodę, szybko!
Chaos rozlał się po dolinie.
Bracia ruszyli przed siebie natychmiast. Nie biegli jednak na oślep; wciąż kurczowo trzymali się najgłębszych cieni. Przemykali nisko, niemal przy ziemi, lawirując między sylwetkami spanikowanych, półnagich żołnierzy. Wykorzystywali oślepiający blask szalejącego ognia jako idealną osłonę. Tam, gdzie wszyscy inni patrzyli z przerażeniem w stronę płomieni, oni szli w dokładnie przeciwnym kierunku.
W końcu dotarli do miejsca z którego przyszli. Przekradli się omijając strażników przy palisadzie, a następnie gdy mrok nocy osłonił ich całkowicie, długimi susami pognali w kierunku stromego zbocza.
Wspinaczka była krótka, ale potwornie męcząca. Kolce dzikich krzewów szarpały materiał ubrań, raniąc dłonie i twarze. Biegli ile sił w nogach, byle tylko zostawić płonącą dolinę jak najdalej za sobą. Serce Akaruiego waliło w piersi jak szalone, lecz dobrze wiedział, że to nie z powodu morderczego tempa biegu. Winne temu były niepokojące, gęste myśli, których nie potrafił nawet nazwać.
Gdy tylko leśna gęstwina zamknęła się za nimi, chaos i krzyki dogasającego obozu nagle przycichły, stłumione przez potężne, milczące drzewa.
Płomienie zostały daleko w dole.
***
Gdy nastał poranek, wkroczyli między drzewa prowincji Iga. Las przyjął ich znajomo i bezszelestnie – jak dom, który dobrze zna kroki swoich lokatorów. Gałęzie zamknęły się za ich plecami, a obóz wroga był już daleko w tyle, ukryty za gęstą zasłoną mgły i dymu. Przez dłuższą chwilę szli szybko i dopiero gdy strome zbocze zmieniło się w łagodny, zalesiony płaskowyż, zwolnili niemal jednocześnie.
Kazuma Hatano szedł pierwszy. Nie był wysoki, ale zbudowany jak napięta lina – wąski w biodrach, szeroki w barkach, a jego sylwetka idealnie stapiała się z leśnym mrokiem. Krótkie, ciemne hitatare spiął wysoko, by materiał nie szarpał o zarośla, a nagolenniki owinął czarnym płótnem. U pasa spoczywał zwyczajny, prosty miecz – twardy, użytkowy, pozbawiony wszelkich ozdobników. Ostrze kogoś, kto nie szuka chwały w pojedynkach, a jedynie czystej skuteczności.
Jego młodszy brat, Akarui, podążał tuż za nim, choć wyglądał przy partnerze niemal lekko. Był smuklejszy, bardziej giętki, poruszający się z drapieżną miękkością. Gdyby zaszła potrzeba ucieczki, to on pierwszy zniknąłby w gęstwinie. Bujna, ciemna czupryna była w kompletnym nieładzie po nocnej akcji. Tkanina maski zwisała mu teraz luźno pod brodą; Akarui oddychał głęboko, próbując wypędzić z płuc zapach spalonego prochu. Mimo to na dnie gardła wciąż czuł mdły, metaliczny posmak krwi i… imbiru? Splunął pod nogi, ale ten smak nie zniknął.
Jedynym dźwiękiem w promieniu kilku mil był miarowy chrzęst wilgotnej ziemi pod ich stopami. W pewnym momencie Akarui wyciągnął dłoń przed siebie, nie przerywając marszu.
– Pokaż.
Kazuma nie udawał, że nie rozumie. Sięgnął za pazuchę, wyciągnął list i podał go bratu. Pergamin wciąż był ciepły. Akarui rozwinął go, a jego oczy zaczęły przebiegać po znakach. Czytał wolno, uważnie. Potem jeszcze raz. Raport, który trzymał, był nowy, ale krawędzie papieru na zagięciach wydawały się dziwnie przetarte – jakby ktoś składał go i rozkładał setki razy. Puścił tę myśl w niepamięć.
Las wokół nich zdawał się zamrzeć, czekając na werdykt.
– Ponad czterdzieści tysięcy ludzi… – szepnął w końcu Akarui, a jego palce zacisnęły się mocniej na dokumencie.
Zaczął liczyć w myślach: oddziały z Iga, najemnicy, strzelcy z Tanby, ewentualne wsparcie klanu Koga. Za mało. Pomyślał gorzko. To nie była zwykła karna ekspedycja Ody Nobunagi. To był wyrok śmierci na całą prowincję. Odwrócił pergamin na drugą stronę i poczuł, jak skóra na karku mu cierpnie.
– Przełęcze zostały sprawdzone. O świcie poprowadzimy oddziały zgodnie z umową. – Urwał czytanie raportu i uniósł wzrok na plecy idącego przodem brata.
– Bez nazwisk.
– Nie potrzebują nazwisk, by być zdrajcami – odparł Kazuma, nie odwracając ku niemu głowy.
Akarui parsknął cicho, bez radości.
– Zabawne. Całe życie Starszyzna wmawia nam, że zdrada ma konkretną twarz. A kiedy nadchodzi naprawdę… okazuje się bezimienna.
Złożył list starannie, idealnie trafiając w te same, dziwnie zużyte zagięcia.
– Myślisz, że jego straż przednia już tu jest?
– Myślę – rzucił krótko Kazuma – że oni nigdy tak naprawdę stąd nie odeszli. Przynajmniej w pewnym sensie.
– Cała Iga… – zaczął Akarui, lecz nie dokończył.
– Nie cała – poprawił go brat, a w jego głosie pobrzmiewała lodowata trzeźwość. – Nobunaga osadzi tu nowego daimyō, który klęknie przed jego pychą. Potrzebuje rąk do pracy przy budowie swojego nowego cesarstwa. Ale nasze lasy? Nasze ukryte wioski? Każda ścieżka, którą znamy, zostanie wypalona do żywej ziemi. Wolna Iga, jaką znamy, zmieni się w krwawy popiół.
– To niemożliwe. – Akarui pokręcił głową z niedowierzaniem. – Nawet on nie zaryzykuje wprowadzenia takiej masy wojska w te gęstwiny. Pogubią się w kniei. Las ich połknie, tak jak poprzednim razem, gdy próbowali nas najechać.
– Wejdzie. Bo tym razem ma przewodników, którzy znają ten las lepiej niż własne matki. I nawet nasz genialny strateg, Momochi Tanba, nas nie uratuje.
Marsz trwał. Akarui zatrzymał się na moment i oparł dłoń o chropowaty pień starego cedru.
– Pamiętasz, jak mówiono nam w dzieciństwie, że Iga jest święta? Że jest nie do zdobycia?
– Każde miejsce jest do zdobycia – odparł spokojnie Kazuma, również się zatrzymując. – Wystarczy człowiek, który ma dość uporu, by iść przed siebie pomimo trupów zostawionych za sobą. Zawsze znajdzie się jakaś ścieżka.
Przez uderzenie serca patrzyli na siebie w absolutnym milczeniu. W oczach Kazumy nie było ani krzty strachu; był tam jedynie głęboki, niepokojący sprzeciw. Brak zgody na nieuchronność katastrofy.
Ruszyli dalej, a po kilku krokach starszy z braci dodał:
– Jeśli te zapiski są prawdziwe, musimy dotrzeć do Iga-gakure przed zmierzchem. Ta wiadomość decyduje o wszystkim. Nasza ukryta wioska musi się przygotować.
– Prawda. Jeśli się pośpieszymy, o zmroku powinniśmy być na miejscu – zauważył Akarui. – Ale ten list… Jesteś pewien, że informacje w nim zawarte są w pełni prawdziwe? Może wróg podrzucił go celowo, by wywołać panikę? Zawsze byłeś kimś, kto woli szukać ukrytego w ukrytym.
Kącik ust Kazumy drgnął nieznacznie.
– A ty zawsze potrzebowałeś poczuć ostrze na gardle, by uwierzyć, że potrafi ciąć.
Chcieli przyspieszyć kroku, ale nagle zamarli. Młodszy z braci uniósł dłoń, nakazując absolutną ciszę.
– Słyszysz to?
Kazuma nie odpowiedział, bo jego ciało już przyjęło pozycję obronną.
Cisza, która ich otoczyła, była nienaturalna. Las bez ptaków bywa rzadkością, ale las pozbawiony wiatru staje się grobowcem. Jednak tu chodziło o coś więcej – brakowało życia pod korą. Nie słyszeli brzęczenia owadów, choć słońce stało wysoko. Nie wpadali w pajęczyny, a pod nogami nie widzieli ani jednego mrowiska. Drzewa wokół nich wydawały się martwą dekoracją, namalowaną ręką szalonego mnicha.
Ścieżka, dotychczas wąska, nagle rozszerzyła się drastycznie i skończyła urwiskiem. Ziemia była rozkopana od jednego krańca polany do drugiego. Mokra glina błyszczała w słońcu jak świeżo rozcięte mięso. Bracia podeszli do krawędzi i spojrzeli w dół.
Przez moment nie potrafili zrozumieć, na co patrzą. Widzieli tylko plątaninę ciemnych kształtów: korzeni, konarów, skał. Dopiero po chwili zauważyli czarną, spopieloną dłoń. Potem drugą. Później twarz. A potem następną. I następną. Cały dół wypełniały ciała. Leżały warstwami, tak ciasno stłoczone, że nie sposób było odróżnić, gdzie kończył się jeden człowiek, a zaczynał drugi. Niektóre ramiona wciąż wyciągały się ku górze, zastygłe w ostatnim, bezradnym geście ratunku, jakby próbowały pochwycić uciekające promienie światła.
Akarui poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła. Nie odwrócił wzroku. Nie potrafił. Coś przyciągało jego spojrzenie. Dopiero po chwili zrozumiał co.
To były ich oczy. Setki martwych oczu. Wszystkie wydawały się patrzeć w jednym kierunku. Nie patrzyły na nich – patrzyły ponad nimi. Powoli odwrócił głowę.
Na szczycie wzgórza, nieruchoma jak wyrastający ze skały cień, stała kamienna świątynia Kurotake-ji.
Akarui odsunął się od krawędzi, czując, że nogi tracą swoją pewność.
– Bracie… – wycharczał. Głos uwiązł mu w gardle.
Kazuma wpatrywał się w dół bez słowa. Jego oddech stał się płytki, a ciało drgało co chwilę w ledwo dostrzegalnych mikro-skurczach.
– Spóźniliście się – rozległ się łagodny, melodyjny, choć już nieco wiekowy głos. – Jak zwykle.
Obaj odskoczyli, a ich dłonie instynktownie zacisnęły się na rękojeściach mieczy. Przy samej krawędzi dołu, tam, gdzie jeszcze przed chwilą nikogo nie było, stała staruszka. Bosa, ubrana w luźne, jasne szaty mniszki. Haftowane na materiale wstęgi kołysały się delikatnie, choć wokół wciąż nie było najmniejszego powiewu wiatru. Paciorki buddyjskiego różańca cicho uderzały o siebie przy każdym, ledwie dostrzegalnym ruchu jej pomarszczonego nadgarstka. Twarz miała pogodną, a zmarszczki na niej były miękkie jak papier ryżowy. Patrzyła na nich z łagodnym uśmiechem.
– Oni czekają – dodała.
Dopiero wtedy wiatr uderzył w las – lodowaty i ostry. Rozgonił mgłę zalegającą nad dołem, jakby z opóźnieniem przywracał światu jego naturalny porządek. Żaden z shinobi nie spuścił dłoni z rękojeści.
– Nie ma potrzeby się bronić – powiedziała spokojnie, rozkładając dłonie. – To nie jest miejsce, które pragnie waszej zguby.
Kazuma zrobił krok naprzód, zasłaniając Akaruiego własnym ciałem.
– Nie przyszliśmy tu po nauki ani wróżby, kobieto – warknął. – Niesiemy meldunek. Każda stracona chwila kosztuje życie naszych braci.
Staruszka skinęła głową z takim zrozumieniem, jakby słyszała te słowa niezliczoną ilość razy.
– Kim jesteś? – zapytał Akarui.
Staruszka zachichotała cicho.
– Zawsze mnie o to pytają. Jestem już tak stara, że dawno zapomniałam własnego imienia. – Spojrzała w dół rozkopanej ziemi. – Ktoś przecież musi z nimi zostać. Wysłuchać ich modlitw… i żalu.
Mówiąc to, poprawiła rękaw jednego z trupów, niczym matka poprawiająca kołdrę śpiącemu dziecku.
Akarui, wciąż walczący z mdłościami, odezwał się pierwszy.
– Nie mamy czasu na twoje zagadki.
Mniszka przeniosła na niego jasne, niemal przezroczyste oczy, a jej uśmiech posmutniał.
– Dokąd tak pędzisz, kroczący w cieniu?
Powietrze wokół nich nagle drastycznie zgęstniało.
– Skąd wiesz, kim jesteśmy? – wychrypiał.
– Nosisz przy sobie śmierć, młody shinobi – odparła łagodnie, spoglądając na jego dłonie. – Choć wcale nie chcesz zabijać. Dobrze, że zamknąłeś oczy temu chłopcu. – Zamilkła na moment. – Następnym razem też je zamkniesz.
Akarui zesztywniał. Odruchowo spojrzał na własne dłonie, a serce uderzyło mu gwałtownie o żebra.
Kazuma odezwał się, zanim brat zdążył wydobyć z siebie choćby słowo. Sam czuł narastający niepokój, ale nie pozwalał mu zawładnąć umysłem. Zamiast tego zamieniał go w czysty gniew.
– Skąd to wszystko wiesz?! Powiedz, co tu się wydarzyło!
– A jak myślisz, panie Hatano?
– Gdybym wiedział, nie zadawałbym pytań, starucho…
Urwał. Dopiero teraz uświadomił sobie, że zwróciła się do niego pełnym rodowym mianem.
Spojrzeli po sobie z Akaruim; młodszy brat również potwornie pobladł.
Mniszka wydawała się zupełnie nie zauważać ich lęku i zmieszania.
– A ja, gdybym odpowiedziała, odebrałabym ci możliwość zrozumienia – odparła spokojnie. – Niektórych odpowiedzi nie wolno podawać. Prawda, którą otrzymuje się z cudzych ust, rzadko zapuszcza korzenie.
– Czy to żołnierze Nobunagi dokonali tej rzezi? – ciągnął dalej. W jego głosie po raz pierwszy zabrzmiała niepewność.
– Czy oni już wkroczyli do naszych lasów?
Staruszka zamyśliła się.
– Nobunaga… Potęga zajadłego smoka miażdży wszystko na swojej drodze. Wielu braci i wiele sióstr poznało jego ogień. Wszystko jednak ma swój kres. Zajadły smok również odnajdzie swój. Zginie od ręki, która od lat żyje w cieniu.
– Oszczędź nam zagadek i wróżb – syknął Akarui. – Musimy iść dalej. Ogromna armia zmierza ku naszym lasom. Ty również powinnaś się ukryć, jeśli życie jest ci miłe.
Staruszka zamilkła. Przez dłuższą chwilę patrzyła tylko w dół, jakby wsłuchiwała się w coś, czego oni nie potrafili usłyszeć. W końcu odwróciła się powoli.
– Pójdę już.
Ruszyła w stronę kamiennych schodów prowadzących na wzgórze. Po kilku krokach zatrzymała się, ale nie odwróciła w ich kierunku.
– Jeśli będziecie chcieli skrócić drogę… – uniosła lekko dłoń – przejdźcie przez świątynię Kurotake-ji.
I ruszyła dalej.
Akarui patrzył za nią z niedowierzaniem.
– Oszalała?! Kim ona jest?
Kazuma nie odpowiedział. Zamiast tego spojrzał na zbocze. Jego oczy przesuwały się po ukształtowaniu terenu, jakby odczytywał niewidzialną mapę.
– Czekaj… – powiedział szybko i nerwowo.
– Co? – zapytał Akarui.
– Święty gaj w świątyni.
– Co z nim?
– Omija wąwóz.
Kazuma przykucnął i narysował palcem prosty szkic w wilgotnej ziemi.
– Tu jesteśmy. – Postawił mały kamyk na prowizorycznej mapie. – Tu jest Iga-gakure. A tu… – Zaznaczył dużym odłamkiem skały wzgórze – świątynia Kurotake-ji. – Milczał przez chwilę. – Jeśli obejdziemy ją od południa… stracimy prawie pół dnia.
Akarui patrzył na rysunek. Wszystko się zgadzało.
– Ale jeśli przejdziemy przez święty gaj… wyjdziemy niemal przy samym trakcie prowadzącym do ukrytej wioski.
Zapadła ciężka cisza. Akarui przerwał ją pierwszy.
– Nie podoba mi się to miejsce.
– Mnie też.
– Ta kobieta…
– Wiem.
– Więc?
Kazuma starł szkic zdecydowanym ruchem dłoni.
– Nie idziemy tam dla niej. – Spojrzał bratu prosto w oczy. – Idziemy dla Igi.
Akarui zacisnął szczęki tak mocno, aż poczuł ból. Cała jego intuicja, budowana latami morderczego treningu, wrzeszczała, by uciekać stąd jak najdalej. Spojrzał na wzgórze. Kamienne mury świątyni były stare, porośnięte gęstym mchem i sinymi porostami, jakby las powoli, konsekwentnie wchłaniał je do swojego wnętrza. To miejsce od zawsze cieszyło się złą sławą. Powiadano, że granica między światem żywych a umarłych jest tam cienka jak ostrze katany. A jednak… Jeśli Kazuma miał rację, pół dnia mogło zdecydować o wszystkim.
Westchnął ciężko.
– Dobrze.
Kazuma skinął głową.
Ruszyli.
Staruszka wydawała się na nich czekać, stojąc nieruchomo na pierwszych stopniach – jakby od początku wiedziała, jaką decyzję podejmą.
Gdy się zbliżyli, odwróciła się na pięcie i ruszyła pod górę, poruszając się z dziwną, niemal unoszącą się nad stopniami lekkością. Obaj shinobi podążyli za nią, zachowując bezpieczny dystans.
– Mądrze wybraliście – jej głos spłynął po schodach niczym szept niesiony wiatrem.
– Nie mieliśmy żadnego wyboru – Kazuma zmarszczył czoło.
Staruszka uśmiechnęła się łagodnie.
– Wiem.
– Nawet jeśli tamtędy przejdziemy – wtrącił się surowo Akarui – nie zostaniemy na żadne modlitwy. Nie mamy na to czasu. Wybacz, mniszko.
Kobieta uśmiechnęła się szerzej, a w tym uśmiechu pojawiło się coś, co po raz pierwszy wywołało u obu shinobi czysty, pierwotny dreszcz przerażenia.
– Świątynia Kurotake-ji nie potrzebuje waszych intencji ani wiary. Wystarczy, że przekroczycie jej próg. Droga przez nią jest znacznie krótsza.
Zamilkła, a w tym momencie kolejny silny podmuch wiatru szarpnął jej jasną szatą.
– Tym razem… może zdążycie.
***
– Jesteśmy – powiedziała stara kobieta.
Dopiero wtedy zauważyli, że stoją przed ogromnymi wrotami. Nie pamiętali ostatnich stopni, ani chwili, w której zniknęło zmęczenie. Nie potrafili też powiedzieć, jak długo tak naprawdę się wspinali.
Drzwi były stare – starsze niż cokolwiek, co dotąd widzieli. Drewno pociemniało do barwy głębokiej czerni, a jego powierzchnię pokrywały setki drobnych nacięć przypominających znaki, których znaczenia nie sposób było odgadnąć. Wyryte na skrzydłach postacie sprawiały wrażenie, jakby w ogóle nie wyszły spod ludzkiego dłuta. Dopiero po chwili Akarui rozpoznał w nich różnego rodzaju złe duchy i demony – yōkai, obake, yūrei i onryō. Ich kamienne, martwe spojrzenia zdawały się podążać za każdym, kto zbliżał się do wrót.
Staruszka odwróciła się do nich. Jej twarz była spokojna. Wokół niósł się lekki wiatr, choć niebo nad ich głowami pozostawało nieruchome. Wykonała powolny, zapraszający gest, jak gospodyni witająca podróżnych w progu.
– Wejdźcie – powiedziała miękko.
Na moment – krótki, ale paraliżujący – Akarui odniósł wrażenie, że już kiedyś przekraczał ten próg. Starszy brat wyprzedził go jednak bez wahania i położył dłoń na drewnie. Ciężkie skrzydło ustąpiło bez najmniejszego dźwięku. Drewno było zwęglone, lecz nie rozsypało się w pył, gdy obok niego przeszli – jakby ogień odebrał mu życie, ale nie jego twardość.
Powietrze miało ostry zapach starego dymu, wgryzionego w mury tak głęboko, że musiał trwać tu od wieków. Ogień dawno wygasł, a jednak coś w tym miejscu nadal pamiętało jego niszczycielski dotyk. Zrobili kilka kroków. Dopiero wtedy Akarui zauważył, że staruszka nie idzie za nimi. Stała przed bramą nieruchomo, oparta lekko na kosturze. Wyglądała dokładnie jak ktoś, kto dotarł tam, dokąd zmierzał od samego początku.
– Nie wchodzisz? – zapytał.
Przez chwilę zdawało mu się, że kobieta go zignoruje.
– Moja droga kończy się tutaj – odpowiedziała w końcu spokojnie. – Dalej poprowadzą was już tylko własne kroki.
Nie dodała nic więcej. W jej głosie nie było ani ostrzeżenia, ani troski. Odwróciła lekko głowę, jakby nasłuchiwała czegoś, czego oni nie mogli usłyszeć.
Ruszyli dalej sami. Dziedziniec był znacznie większy, niż wydawało się z zewnątrz, lecz sprawiał wrażenie opuszczonego w pośpiechu. Kamienna misa na wodę stała przechylona, wypełniona czarnym popiołem. Modlitewne chorągwie zwisały z nadpalonych belek; ogień strawił je do połowy, pozostawiając postrzępione końce, które tkwiły w absolutnym bezruchu. Po obu stronach kamiennej alei stały posągi wojowniczych mnichów yamabushi. Czas i ogień odarły je z ostrych krawędzi, lecz surowe twarze wciąż zdawały się śledzić każdego, kto przekraczał dziedziniec.
W popiele pokrywającym ziemię widniały ślady stóp. Były ich setki. Wszystkie prowadziły ku głównemu pawilonowi. Akarui przykucnął. Jeden z odcisków wydał mu się dziwnie znajomy. Ostrożnie przyłożył do niego własny sandał. Pasował. Nie tylko rozmiarem. Każde wyszczerbienie podeszwy, każde starcie skóry idealnie pokrywało się z zagłębieniem w popiele. Zmarszczył ciemne brwi. Powoli odsunął stopę. Odcisk zniknął, jakby szary pył samoczynnie się wyrównał. Akarui mrugnął gwałtownie i ślad znów leżał na swoim miejscu. Cofnął się odruchowo.
– Kazuma…
Starszy brat odwrócił głowę.
– Co?
Akarui jeszcze raz spojrzał pod nogi. Wszystkie ślady wyglądały już jednakowo.
– Już nic… Ale… co się wydarzyło w tym miejscu?! – Wyszeptał z niedowierzaniem.
Kazuma nie odpowiedział. Zatrzymał się nagle, zanim dotarli do środka dziedzińca. Dłonie shinobi uniosły się powoli na wysokość piersi. Palce zaczęły splatać się w znaki – precyzyjnie, bez pośpiechu, tak jak splata się węzeł, który musi utrzymać wielki ciężar. Smok, wół, tygrys… Akarui znał te gesty. Każdy chłopiec w ich ukrytej wiosce uczył się ich razem z kontrolą oddechu, sztuką bezgłośnego kroku i sposobami zabijania szybciej, niż przeciwnik zdąży zrozumieć, że walka w ogóle się zaczęła. Większość z nich z czasem zapominała jednak o tych pieczęciach. Stawały się zbędne, jak dziecięce modlitwy. Ale Kazuma nie zapomniał. Kciukiem docisnął palec serdeczny, pozostałe zamknęły się wokół niego, tworząc kształt przypominający grot włóczni. Pieczęć Kai. Dawni mistrzowie twierdzili, że pozwala wyczuć obecność istot, których człowiek nie powinien oglądać…
Akarui obserwował go z boku.
– Myślałem, że przestałeś wierzyć w takie rzeczy.
Kazuma nie opuścił dłoni. Jego wzrok przesuwał się powoli po spalonych zabudowaniach, po czarnych belkach i martwych chorągwiach, szukając ruchu tam, gdzie nic nie miało prawa się poruszyć.
– Wierzyć? – powtórzył cicho. – To nie wiara. To przezorność. Lepiej być przygotowanym.
– Przeciwko komu chcesz się tu bronić? Duchom? – Akarui prychnął lekko, choć bez drwiny, wciąż nie odrywając wzroku od śladów stóp.
Starszy brat dopiero wtedy na niego spojrzał. W jego oczach czaił się lęk, który potrafił maskować jedynie lodowatym chłodem.
– Nie boję się tego, co może tu mieszkać. Boję się chwili, w której przestanę odróżniać prawdę od omamów. Yōkai są sprytne i mącą tak, że prawda i złudzenie stają się jednym.
Akarui chciał odpowiedzieć, lecz coś w tonie brata powstrzymało go od żartu. Znał go zbyt długo. Widział go w bitwach, w zasadzkach, pod gradem płonących strzał. Kazuma nie bał się śmierci. Ale świat, którego nie można było przeciąć stalą, budził w nim ostrożność graniczącą z czcią. Jego palce zacisnęły się mocniej w pieczęci.
– Czujesz coś? – zapytał Kazuma.
Akarui odpowiedział dopiero po długiej chwili.
– Nie.
– Właśnie – Kazuma nawet na niego nie spojrzał.
Dziedziniec świątyni był zbyt cichy. Nie było ptaków, ni owadów, nawet spalone drewno nie trzeszczało pod ich stopami. Jakby ogień wypalił tu nie tylko budynki, ale i samo pojęcie życia. To samo potworne uczucie, które dopadło ich w lesie przy dole z ciałami, wróciło ze zdwojoną siłą.
Kazuma powoli rozluźnił dłonie, ale nie całkiem. Palce pozostały lekko zgięte, gotowe w każdej chwili wrócić do znaku.
– Idźmy – rzucił. – Nie traćmy czasu.
Ruszyli w stronę głównego pawilonu świątyni. Akarui obejrzał się jeszcze raz przez ramię. Staruszka wciąż stała przed bramą. Z tej odległości wydawała się znacznie mniejsza, niemal wtopiona w gęsty cień, jakby należała już bardziej do mrocznego lasu niż do miejsca, w którym stali oni.
Przez ułamek sekundy przemknęła mu przez głowę upiorna myśl:
Ona nie pilnuje tego, co znajduje się w środku… ona pilnuje, by nic stamtąd nie wyszło. Natychmiast odgonił od siebie te domysły, uznając je za wytwór zmęczenia. A jednak, gdy przekraczał próg centralnego budynku, poczuł lodowatą pewność, że starszy brat nie wykonał pieczęci z czystego przyzwyczajenia.
Minęli nadpalony ganek i weszli do wnętrza świątyni. Światło wpadało jedynie przez potężne pęknięcie w dachu – było blade, rozproszone, jakby musiało przebyć niewyobrażalnie długą drogę, zanim dotknęło podłogi. Gruby pył wisiał w powietrzu nieruchomo. Akarui miał wrażenie, że gdyby wyciągnął rękę, mógłby go dotknąć i zostawić w nim trwały, niezmienny ślad. Wydawało się, iż nawet kurz przestał tu odmierzać czas.
Na samym środku sali, na zniszczonej bambusowej macie, siedział mnich. Spoczywał w pozycji zen. Jego wysuszone, szkieletowe dłonie nie były jednak złożone do modlitwy. Palce wskazujące obu dłoni były sztywno wyprostowane i z przerażającą precyzją wskazywały dwa mniejsze bambusowe siedziska stojące nieopodal. Na każdym z nich spoczywało pięknie zdobione, rytualne tantō. Szaty opadały z mnicha ciężkimi fałdami. Ich materiał pociemniał od czasu i dymu, lecz wciąż zachowywał surową godność – jak zbroja, której nie splamiła ucieczka. Przez krótką chwilę Akarui był pewien, że trafili na środek głębokiej medytacji. Zatrzymał się odruchowo, nie chcąc jej przerywać. Dopiero po kilku uderzeniach serca zrozumiał, co się nie zgadza. Szaty nie drgnęły ani razu. Nie było widać ruchu klatki piersiowej. Na ogolonej czaszce mnicha zebrała się idealnie równa, nienaruszona warstwa szarego pyłu.
Kazuma zmarszczył brwi. Jego wzrok przesuwał się powoli od mnicha do siedzisk, na których lśniły ceremonialne ostrza.
– Jego modlitwy dawno się już skończyły. – Powiedział cicho.
Akarui zrobił krok naprzód. Teraz widział już dłonie mnicha z bliska. Wysuszona skóra była napięta na kościach, paznokcie ciemne, niemal czarne. Paciorki buddyjskiego sznura juzu wrosły w jego palce tak głęboko, że próba ich uwolnienia oznaczałaby rozerwanie ciała. Mnich siedział lekko pochylony, a w jego brzuchu tkwiło krótkie ostrze – identyczne z tymi, które leżały na pobliskich siedziskach. Ciemne plamy zaschniętej krwi wsiąkły głęboko w materiał szat, rozlały się na macie i zastygły na kamieniu.
Akarui poczuł potworny, dławiący ciężar w piersi. W jego umyśle poruszyło się wspomnienie – ledwie zauważalne, bardziej jak cień snu, którego nie potrafił odtworzyć, choć wiedział, że jego zapomnienie oznacza coś złego. Spokój na twarzy umarłego mnicha był dla niego niemal nieznośny. Nie było w nim ulgi ani rozpaczy. Tylko absolutna, przerażająca zgoda na los.
Nigdy nie siedziałem wystarczająco długo w jednym miejscu, by moja twarz mogła tak spocząć – przemknęło mu przez myśl. Zawsze w drodze. Zawsze między jednym rozkazem a drugim. Między cudzą śmiercią a własnym oddechem.
Nagle coś, co przez lata pozostawało uśpione, poruszyło się w nim gwałtownie.
Poczuł narastające zgorzknienie i żal.
Wybrałeś śmierć i zapomnienie… W imię czego? Czy dostąpiłeś tam jakiejś nagrody za swoją cnotę? Ile warte są nasze życia, że tak beztrosko się ich pozbawiamy? Te myśli cięły go z ostrością stali.
Młody shinobi pamiętał twarz każdego człowieka, którego zabił. Pamiętał każdy ruch, kąty cięcia, ciężar broni. Mnich przynajmniej patrzył śmierci w oczy. Odszedł na własnych warunkach. A on? Zacisnął zęby, a przed jego oczami stanął niespodziewany, krwawy rozbłysk. Co będzie jego ostatnią chwilą? Tortury? Zimne cięcie miecza Nobunagi? Spojrzał na brata. Kazuma klęczał już naprzeciwko mnicha. Nie modlił się. To był gest wojownika oddającego szacunek innemu wojownikowi – komuś, kto nie cofnął się, gdy nadszedł czas zapłaty. Przez dłuższą chwilę trwał w milczeniu. Potem jego dłoń ponownie zaczęła splatać pieczęć. Tym razem wolniej. Z potworną, nieludzką wręcz uwagą.
Akarui spojrzał na puste siedzisko z tantō. Nie potrafił pozbyć się wrażenia, że doskonale zna to ostrze. Najgorszy jednak był spokój, jaki odczuwał, patrząc na nie. Zrobił kolejny krok, niemal wbrew własnej woli. Siedzisko i sztylet przyciągały go jak ćmę do ognia. I kolejny krok. I jeszcze jeden. Nie chciał. Mięśnie protestowały, rozum krzyczał, żeby zawrócić. A jednak ciało poruszało się dalej.
Kazuma ciągle klęczał nieruchomo naprzeciw mnicha, całkowicie pogrążony w pieczęci Kai. Zdawał się nie zauważać niczego poza własnym skupieniem. Akarui minął go. Stanął przy pustym siedzisku i spojrzał na sztylet tantō.
Na ostrzu nie było ani śladu rdzy, jakby codziennie ktoś wycierał je z pyłu. Wyciągnął rękę.
I wtedy… coś się zmieniło.
Zrozumiał, że nie są tu sami. Powoli podniósł głowę. Mnich patrzył prosto na niego. Jego oczy, jeszcze przed chwilą zamknięte, teraz były szeroko otwarte. Nie były jednak całkiem martwe. Były zmęczone i niewyobrażalnie stare, jak oczy człowieka, który od wieków w kółko ogląda ten sam koszmar.
Akarui zamarł.
– Kazuma…
Brat nie odpowiedział. Nie odwrócił głowy, jakby w ogóle niczego nie widział.
Mnich poruszył wysuszonymi ustami. Nie padło ani jedno słowo, a mimo to Akarui usłyszał chropowaty głos bezpośrednio we własnej pamięci. Znów przyszedłeś. Umarły uniósł drżącą dłoń. Palec wskazujący powoli, ociężale przesunął się z pustego siedziska… i celował prosto w pierś Akaruiego.
Przebudź się.
Iluzja pękła.
***
Uderzył w niego nagły, niepokojący żar.
Zapach starego dymu w ułamku sekundy ustąpił miejsca duszącemu fetorowi palonych ciał, mokrej sosny i prochu. Akarui zatoczył się, tracąc oparcie pod nogami. Przez moment miał wrażenie, że nie ma już ciała; że stoi jednocześnie tutaj, w mrocznym pawilonie, i gdzieś zupełnie indziej.
Wojskowy namiot.
Na niskim stole leżała rozpostarta mapa prowincji Iga, a na niej rozsypano złote monety. Każda z nich odbijała drżące światło lampy, każda wydawała się cięższa od ludzkiego życia. Naprzeciwko siedział mężczyzna, którego twarz tonęła w cieniu, ale Akarui od razu poznał jego głos – ostry, dominujący i całkowicie pozbawiony litości.
– Dajcie mi przejście przez mgły Iga. Przeprowadźcie moich strzelców ścieżkami, których nie zna nikt poza wami. W zamian wasi ludzie ocaleją. Wasza prowincja uniknie rzezi. A wy dostaniecie tyle złota, by przestać istnieć dla świata.
Obok siebie Akarui zobaczył Kazumę. Jeszcze niezłamanego przez los. A potem dostrzegł kolejną twarz – mnicha. Tego samego, tylko żywego. Siedział przy mapie, jego szaty były nieskazitelnie czyste, a na szyi wisiał ten sam sznur modlitewny juzu, który teraz, jako trup, kurczowo ściskał w dłoni. To mnich jako pierwszy położył rękę na złocie. Monety zadźwięczały cicho pod jego palcami. Dźwięk zabrzmiał jak pierwszy kamień zsuwający się przed lawiną.
– Jeśli odmówimy, zginą wszyscy – powiedział, spoglądając na braci.
W jego oczach nie było chciwości, lecz głęboka rozpacz. I nadzieja – ta najgorsza z możliwych, bo całkowicie zależna od łaski kata.
– Jeśli się zgodzimy… może ocalimy przynajmniej część Iga.
Akarui przypomniał sobie, jak bardzo wtedy tego pragnął. Chciał przestać być tylko bezwolnym narzędziem w rękach starszyzny. Chciał zrzucić maskę shinobi, która od lat nasiąkała krwią. Złoto Nobunagi miało być biletem do nowego życia. Do wolności.
Spojrzał wówczas na brata, szukając w nim oparcia. A Kazuma… Kazuma patrzył na mapę z tym swoim kamiennym, przerażającym spokojem. To wtedy wypowiedział słowa, które teraz brzmiały jak przekleństwo:
– Świat shinobi się kończy, Akarui. Nadciąga wiatr nowych czasów, niesiony przez żelazo i ogień. Nasze lasy nas nie obronią, nikt nie powstrzyma tej armii. Jeśli się nie nagniesz, Nobunaga zmiecie Igę jak suchy liść. Możemy zginąć z dumą w błocie albo przetrwać. Wybieram przetrwanie.
Obraz szarpnął i zmienił się gwałtownie. Pojawiła się gęsta mgła. Górska przełęcz. Doskonale znana mu ścieżka.
Akarui zobaczył samego siebie i brata – szli na przedzie, torując drogę. Za nimi ciągnęła się niemal nieskończona kolumna strzelców Nobunagi. Setki ludzi. Bracia prowadzili ich jak przewodnicy… i jak najgorsi zdrajcy.
Potem przyszedł ogień. Dom po domu, świątynia po świątyni. Ludzie uciekający z płonących chat – dzieci, starcy, ułomni na ciele i umyśle. Krzyk rozdzierający noc, duszący dym, a ponad wszystkim złowrogi, niemal kpiący trzask płonącego drewna.
Obietnica Nobunagi od początku była kłamstwem. Nie oszczędzono nikogo. Nie było żadnej umowy.
Mnich biegł przez dziedziniec tej samej świątyni, w której stali teraz. Płakał i krzyczał w niebogłosy:
– To moja wina! Moja!
W końcu padł na kolana przed ołtarzem. Chwycił rytualne tantō i z rozpaczą przyłożył ostrze do brzucha. Nad ołtarzem dach był już rozerwany przez ogień, a przez ziejącą wyrwę prześwitywało ciężkie od dymu niebo. Mnich uniósł ku niemu wzrok po raz ostatni. Po chwili zacisnął dłoń na rękojeści i jednym, zdecydowanym ruchem wbił ostrze głęboko w ciało.
Ostatni obraz był najokrutniejszy.
Brzeg rzeki o świcie. Kazuma i on sam klęczeli ramię w ramię na wilgotnym piasku. Za ich plecami stał kat – ogromny, milczący i nieznający litości. Powoli uniósł ciężki miecz. Przez ułamek sekundy Akarui chciał krzyknąć, zerwać się, rzucić do walki. Ciało jednak nie odpowiedziało. Klęczał bezradnie. Stal opadła z głuchym świstem.
Świat zalała ciemność, a wraz z nią przyszło porażające, lodowate zrozumienie. Nie była to wizja przyszłości ani przepowiednia zesłana przez demony. Było to jego własne, dawno pogrzebane wspomnienie. Nie było żadnej misji do wykonania. Nie było nikogo do ocalenia. Oni już nie żyli.
***
Akarui zachłysnął się powietrzem, upadając na kolana przed siedziskiem z tantō. Dłoń odruchowo, w panicznym strachu, powędrowała do szyi. Nie było krwi. Nie było też rany. Tylko gładka, zimna skóra, choć w głowie wciąż dudnił dźwięk płynącej rzeki i świst katowskiego miecza. Gdy uniósł wzrok, drżąc na całym ciele, serce podeszło mu do gardła. Mnich na środku sali się zmienił. Wysuszone, pokryte pyłem ciało wciąż przypominało mumię, ale sztywny palec wskazujący prawej dłoni nie celował już w bambusowe siedzisko. On dalej, z potworną, fizyczną dosadnością, mierzył prosto w pierś Akaruiego. Zwiotczałe dotąd powieki umarłego uniosły się lekko, odsłaniając puste, czarne oczodoły. Zdawały się patrzeć na niego z niemym wyrzutem.
W końcu zrozumiał. Przeżywali ten koszmar raz po raz. Pętla, w którą wpadli, nie była misją ratunkową. Była karą. Prywatnym piekłem, w którym w kółko odtwarzali poranek przed katastrofą, uciekając przed świadomością własnego czynu.
Naprzeciwko zmumifikowanego mnicha wciąż klęczał Kazuma. Bezwiednie domknął pieczęć Kai. Patrzył na mnicha z cichym szacunkiem, nieświadomy, że umarły otworzył oczy i od wieków wskazuje mu drogę do prawdy.
– Bracie… – wycharczał Akarui. Głos brzmiał, jakby wydobywał się z gardła topielca.
– Spójrz na mnie…
Kazuma nie zareagował od razu. Powoli opuścił dłonie i dopiero wtedy odwrócił się od ołtarza.
– Co się z tobą dzieje?
Akarui szukał w oczach brata choćby najmniejszej oznaki, że i on zobaczył prawdę.
– Ty naprawdę go nie widzisz…
Kazuma zmarszczył brwi.
– Widzę martwego mnicha. I nic więcej. Wstawaj – rzucił krótko. – Straciliśmy tu zbyt wiele czasu… Musimy biec do Iga-gakure, zanim strzelcy Nobunagi odetną przełęcze.
Akarui nie drgnął. Wpatrywał się w podłogę, a kiedy w końcu się odezwał, mówił cicho, wręcz nienaturalnie spokojnie.
– Kazuma… ten list. Spójrz na pergamin jeszcze raz.
– Czytaliśmy go. Wiemy, co zawiera – w głosie starszego brata pojawiła się pierwsza nuta zniecierpliwienia.
– Nie, nie treść. – Akarui uniósł głowę.
W oczach nie było już szaleństwa wizji, pozostał jedynie głęboki, rozdzierający smutek.
– Nie patrz na słowa. Spójrz na pismo. Na każdy znak. Przecież znasz tę rękę…
Kazuma zmrużył oczy. Dłoń odruchowo powędrowała do kieszeni na piersi, gdzie schował pergamin, ale go nie wyciągnął. Zamiast tego cofnął się o pół kroku.
– Co ty wygadujesz? To raport przejęty w obozie. Sami go znaleźliśmy.
– Nie było żadnego obozu – powiedział łagodnie Akarui, podnosząc się powoli z kolan.
Krok po kroku zbliżał się do brata, a oskarżycielski palec mnicha zdawał się podążać za każdym jego ruchem.
– Pomyśl o lesie, Kazuma. O bezgłośnych ptakach. O dole z ciałami. O śladach w popiele na dziedzińcu. To nie są sztuczki yōkai. Świątynia nie próbuje nas zmylić. Chce nas zmusić, żebyśmy w końcu otworzyli oczy. Mnich pokazuje nam prawdę!
Kazuma zacisnął szczękę. Twarz stężała, nieruchomiejąc jak oblicza kamiennych yamabushi strzegących dziedzińca.
– To miejsce mąci ci zmysły, Akarui. Przeklęta świątynia Kurotake-ji jest siedliskiem złych duchów. Czuję to. Słyszałeś opowieści starszyzny – tutejsze demony karmią się strachem i wątpliwościami wojowników, podsuwając fałszywe obrazy. Chcą, żebyśmy porzucili misję. Otrząśnij się. Opanuj oddech i idź za mną.
Zrobił krok w stronę wyjścia, ale Akarui zaszedł mu drogę, stając między nim a nadpalonymi drzwiami.
– Nie ma żadnej misji, Kazuma!
W głosie Akaruiego subtelność ustąpiła miejsca czystej desperacji.
– Nie ma obozu, z którego uciekliśmy, ani wioski, do której możemy wrócić! Iga spłonęła! Momochi-dono zniknął, a domy zamieniły się w popiół! Ten list… ten cholerny kontrakt napisaliśmy sami, w namiocie Ody Nobunagi, za jego przeklęte złoto!
Kazuma zamarł. Przez ułamek sekundy w oczach błysnęło coś potwornego – rysa w pancerzu, przez którą zajrzała prawdziwa, bolesna rzeczywistość. Jednak ten pancerz natychmiast się zamknął – silniejszy i zimniejszy niż wcześniej.
– Milcz – syknął, a dłoń opadła na rękojeść miecza. – Jesteś opętany. Bluźnisz przeciwko własnemu klanowi.
– Przechodziliśmy ten las setki razy!
Akarui zrobił kolejny krok, wyciągając ręce w błagalnym geście.
Za jego plecami, w półmroku sali, postać martwego mnicha wydawała się wręcz emanować potępieńczą ciszą.
– Za każdym razem budzimy się we mgle, niesiemy ten sam list i uciekamy przed prawdą. Spójrz na niego! Od wieków próbuje nam pokazać to samo!
Akarui wskazał z rozpaczą na wysuszone dłonie trupa wyciągnięte w ich stronę. Na kościsty palec, który niezmiennie oskarżał ich obu. Lecz starszy brat zdawał się być ślepy i nie zauważać poruszającego się trupa.
– Kazuma! Ten mnich sam odebrał sobie życie, bo nie mógł znieść hańby, którą na siebie ściągnął! A teraz wskazuje nam drogę ucieczki. Pokazuje jedyne wyjście z tego piekła. Zapłatę. Pokutę za to, co zrobiliśmy naszym ludziom. Zostaliśmy ścięci nad brzegiem rzeki, bracie… Nie żyjemy. Nasze dusze utknęły tutaj, bo nie potrafimy przyjąć do wiadomości, że staliśmy się katami własnego klanu!
Kazuma powoli wyciągnął miecz z pochwy. Stal syknęła cicho i upiornie w martwej ciszy świątyni. W oczach starszego brata nie było już ciepła. Był tylko chłód shinobi patrzącego na cel do likwidacji.
– Jesteś szaleńcem, Akarui. Albo… – zniżył głos, a w tonie pojawiła się śmiertelna pogarda. – Yōkai w końcu wyciągnęli z ciebie to, co zawsze w tobie widziałem. Słabość. Zawsze byłeś zbyt miękki na bycie shinobi. Teraz, gdy cała prowincja liczy na meldunek, ty wolisz poddać się omamom i tchórzliwie zginąć w tym spalonym kurniku. Jesteś zdrajcą. Zdradzasz Igę w godzinie największej potrzeby.
– Obaj jesteśmy zdrajcami… I nie pozwolę ci znowu opuścić tej świątyni – odpowiedział cicho Akarui.
Wiedział, że słowa już nie pomogą. Mur wyparcia był zbyt potężny, by rozbić go argumentami. Jeśli Kazuma opuści świątynię, pętla znów się zamknie…
Akarui powoli sięgnął po miecz. Przez ramię rzucił ostatnie spojrzenie na otwarte oczy mnicha, jakby szukał niemej aprobaty.
– Nie pozwolę ci zacząć tego koszmaru od nowa. Zakończę to tutaj. Nawet jeśli będę musiał stanąć przeciwko tobie… Wybacz mi, bracie. Tym razem cię zatrzymam.
Kazuma uniósł ostrze na wysokość oczu, przyjmując klasyczną, morderczą pozycję bojową klanu Iga.
– Spróbuj.
Pierwsze uderzenie nadeszło tak szybko, że gdyby nie lata morderczego treningu, Akarui straciłby głowę, zanim zdążyłby pomyśleć. Kazuma skoczył naprzód bez ostrzeżenia, płynnie i bezgłośnie, jak cień rzucany przez płomień. Stal zderzyła się ze stalą z czystym, metalicznym szczękiem, który na moment rozświetlił półmrok sali snopem iskier. Akarui z trudem sparował cięcie, czując, jak impet uderzenia przechodzi przez jego ramiona aż do stóp. Starszy brat nie markował ruchów. Każdy zwrot, każde pchnięcie było wymierzone w punkty witalne – w gardło, serce, splot słoneczny. Walczył tak, jak uczono ich w ukrytej wiosce: szybko, bezlitośnie, z intencją natychmiastowego zakończenia walki.
Gruby pył, który od lat zdawał się tkwić nieruchomo w powietrzu, nagle poderwał się wokół walczących.
W ciasnym wnętrzu świątyni rozpoczął się morderczy taniec.
Akarui natychmiast przyjął pozycję defensywną. Nie szukał gardła brata. Kiedy Kazuma odsłonił się przy potężnym cięciu znad głowy, Akarui zamiast pchnąć ostrze pod żebra, skrócił dystans i uderzył płazem miecza w przedramię Kazumy, próbując zmusić go do upuszczenia broni. Stal uderzyła o twardy ochraniacz i ześlizgnęła się bezskutecznie. W odpowiedzi Kazuma wyprowadził błyskawiczne kopnięcie w klatkę piersiową, które odrzuciło Akaruiego w stronę zniszczonych bambusowych mat.
– Znowu się wahasz! – syknął Kazuma, nie dając mu sekundy na złapanie oddechu. Ostrze starszego brata kreśliło w powietrzu zabójcze łuki. – Słabość cię zgubi!
Akarui przetoczył się po podłodze, unikając sztychu, który wbił się głęboko w spróchniałe drewno. Zerwał się na nogi, tnąc nisko, tuż nad ziemią. Celował w ścięgna podkolanowe, chcąc jedynie unieruchomić brata, zmusić go do upadku i odebrać mu mobilność. Kazuma jednak odskoczył z nieludzką zręcznością, a kontra była natychmiastowa i precyzyjna. Głębokie cięcie drasnęło ramię Akaruiego, a ciemna krew natychmiast zaczęła wsiąkać w materiał stroju. Młodszy brat zignorował ból. Znów ruszył naprzód, parując morderczą serię uderzeń.
Znał styl Kazumy na pamięć. Wiedział, kiedy brat robi krok w tył, by nabrać pędu, i jak układa palce na rękojeści przed pchnięciem. Wykorzystał tę wiedzę. Zablokował jedno z cięć, zakleszczył ostrza i napierając całym ciężarem ciała, skierował czubek miecza prosto w dłoń Kazumy, tym razem celując w stawy palców. Przez ułamek sekundy Akarui miał przewagę. Mógł rozciąć dłoń brata do kości, ale w tym właśnie momencie, patrząc w zimne, zacięte oczy Kazumy, zawahał się. Cofnął ostrze o cal, by zamiast kaleczyć, jedynie uderzyć jelcem w nadgarstek. To była sekunda, której Kazuma potrzebował i której nie zamierzał zmarnować. Obrócił się na pięcie, pozwalając, by siła uderzenia przeszła w próżnię. Zanim młodszy brat zdążył wrócić do gardy, Kazuma wyprowadził krótkie, brutalne pchnięcie wsteczne.
Akarui poczuł jedynie krótki opór, jakby miecz natrafił na gruby materiał. Dopiero sekundę później zrozumiał, że ostrze tkwi w jego ciele. Znieruchomiał. Czas w świątyni znów zaczął płynąć nienaturalnie wolno. Poczuł, jak broń rozrywa tkanki, jak chłód metalu paraliżuje całe ciało.
Kazuma szarpnął rękojeścią, wyszarpując ostrze z powrotem. Akarui upadł ciężko na kolana, dokładnie w tym samym miejscu, w którym przed chwilą klęczał. Dłonie oparł o zakrwawioną matę, a z ust potoczyła się strużka ciemnej krwi.
Obok niego, zaledwie o krok, siedział umarły mnich. Oskarżycielski palec mumii wciąż celował w pierś konającego shinobi, jakby ten od samego początku zmierzał dokładnie do tego punktu.
Kazuma cofnął się o krok. Opuścił miecz, z którego leniwie skapywały czerwone krople. Na jego twarzy nie było triumfu. Widniało tam tylko to samo przerażające, kamienne skupienie człowieka, który wykonał zadanie.
– Zdradziłeś klan, Akarui – powiedział cicho, a jego głos nawet nie drżał. – Ostrzegałem cię. Słabość to wyrok śmierci.
Odwrócił się tyłem, gotów schować broń i ruszyć w stronę wyjścia, by kontynuować swoją misję ratunkową.
– Kazuma… – dobiegł go cichy, bulgoczący szept.
Starszy brat zatrzymał się, ale nie odwrócił.
Akarui uniósł głowę z ogromnym trudem. Na zakrwawionych wargach pojawił się blady, nieskończenie smutny, ale też pełen miłości uśmiech.
– Bracie… – wyszeptał Akarui, a z każdym słowem życie uchodziło z niego coraz szybciej. – Idź… Biegnij ratować naszą wioskę.
Kazuma drgnął lekko, ale wciąż milczał.
– Ale wiedz, że… nie zostawię cię. – Jego wzrok powoli zachodził mgłą. – Znów razem zbudzimy się na skraju obozu wroga. I znowu przyjdę tutaj z tobą. Będę przy tobie zawsze… na każdym kroku tej przeklętej drogi. Będę wracał tutaj wciąż od nowa. I będę umierał za każdym razem, aż w końcu otworzysz oczy. Aż w końcu pojmiesz swoją hańbę. Do zobaczenia… jutro. Bracie.
Akarui osunął się na bok, twarzą w stronę popiołu. Ostatnie, co pojęły jego zmysły, to puste czarne oczodoły mnicha, które zdawały się patrzeć na niego z czymś, co przypominało głębokie współczucie.
Kazuma stał nieruchomo przez dłuższą chwilę. Schował miecz do pochwy z suchym, metalicznym kliknięciem, nie spojrzawszy nawet na ciało brata. Jakaś część niego chciała to zrobić, ale szybko zabił w sobie te emocje.
– Straciliśmy przez ciebie zbyt wiele czasu… Bracie – rzucił ostatnie słowa w pustkę świątyni.
Obrócił się i pewnym, szybkim krokiem wyszedł na dziedziniec, zmierzając prosto w stronę gęstniejącej na zewnątrz mgły.
***
Mroźny wiatr powinien nieść zapach igliwia i górskiego powietrza, ale przyniósł jedynie tłusty, gęsty dym.
Kazuma wypadł zza zakrętu przełęczy. Oddech miał rwany, a płuca płonęły, ale biegł dalej, ignorując zmęczenie. List wciąż tkwił bezpiecznie w kieszeni na piersi.
Dotarł. Zdążył. Przebiegł całą drogę z przeklętej świątyni Kurotake-ji, zostawiając za sobą zwłoki oszalałego brata, byle tylko wypełnić misję. Byle tylko ocalić dom. Gdy jednak zbiegł w dolinę, nogi nagle odmówiły posłuszeństwa. Zatrzymał się tak gwałtownie, że wzbił w powietrze tuman czarnego popiołu.
Iga-gakure już nie było.
Wioska, ukryta dotąd bezpiecznie między szczytami, zamieniła się w gigantyczne cmentarzysko. Domy o strzechach krytych mchem, w których jeszcze wczoraj tętniło życie, teraz zapadały się do wnętrza z głuchym trzaskiem.
Nad zgliszczami unosił się całun siwego dymu, przez który przebijały się jaskrawe, karminowe języki ognia. Wszędzie leżały ciała. Kobiety, starcy, młodzi wojownicy – wszyscy ścięci bez litości, bez szansy na obronę. Nie było tu śladów oblężenia ani zaciętej walki. To była egzekucja. Rzeź klanu, który nie miał szans przetrwać.
– Nie… – wyszeptał Kazuma, a głos natychmiast utonął w huku dopalających się belek. – Nie, nie, nie… wróg nas wyprzedził. Strzelcy Nobunagi… musieli znaleźć inną drogę przez góry…
Kroczył przed siebie jak otumaniony. Minął ciało martwego rodaka, przeszedł obok zwęglonych szczątków strażnicy, a jego umysł pracował na najwyższych obrotach, rozpaczliwie budując kolejne kłamstwo, kolejną linię obrony, byle tylko odepchnąć od siebie to, co wisiało w powietrzu.
To demony ze świątyni. To iluzja. To kolejny test. Powtarzał w myślach, zaciskając palce na rękojeści miecza.
I wtedy wzrok padł na centralny plac przed domem ich przywódcy – Momochiego Tanby. Na wysokim, wbitym w ziemię palu wisiał sztandar wroga. Czerwony, dumny znak klanu Oda łopotał na wietrze, górując nad zgliszczami. U podstawy pala leżała sterta skrzyń z czarnego lakieru, z których wysypywały się złote monety – lśniące, czyste, nietknięte przez pożar.
Kazuma poczuł, jak ziemia usuwa mu się spod stóp. Odruchowo wyciągnął zza pazuchy pergamin, który niósł przez las. Ten sam, o który tak desperacko walczył z bratem. Tusz lśnił w blasku szalejącego pożaru. Patrzył na znaki. Nie czytał słów – wzrok przykuł sam kształt linii. To, jak ostro załamywały się przy pociągnięciu w dół. Charakterystyczne, głębokie dociśnięcie pędzla na końcu każdego wersu.
W tym momencie stało się coś potwornego. Palce wolnej dłoni – tej, w której nie trzymał listu – drgnęły. Bezwiednie, sterowane czystą pamięcią mięśniową, wykonały w powietrzu krótki, precyzyjny ruch. Dokładnie taki sam, jaki był potrzebny do nakreślenia ostatniego znaku na pergaminie.
W głowie coś drgnęło. Nie zobaczył wspomnienia. Poczuł zapach – drogie, duszące kadzidło. W uszach, zamiast trzaskającego drewna, na ułamek sekundy usłyszał niski, gardłowy śmiech kogoś, kto siedział na jedwabnych poduszkach. Prawda zaczęła napierać z siłą lodowatego tsunami, podchodząc pod samo gardło. Kazuma poczuł strach. Strach przed potworem, który krył się w nim samym.
– Nie… – wycharczał, a ciało zaczęło drżeć w konwulsjach. – To niemożliwe. To sztuczka. To ten yōkai ze świątyni! Sfałszował to! Podrobił moje pismo!
Zaczął się cofać, potykając się o trupa osoby, którą dobrze znał. Spojrzał na stertę złotych monet u stóp sztandaru Ody. Były tak nieskazitelnie czyste. Poczuł ich krwawy ciężar na własnych barkach.
To nie byłem ja! Ja przyszedłem ich ratować! Przecież niosę list! Zabiłem nawet własnego brata, żeby dokończyć misję! Krzyczał w duchu, budując wokół ostatni, desperacki szaniec z kłamstw.
Lecz pęknięcie było zbyt głębokie. Świadomość własnej potworności była tuż, o milimetr od przebicia się do racjonalnej części umysłu. Ale gdyby dopuścił ją do siebie choć na sekundę, jego dusza po prostu by spłonęła. Nie mógł na to pozwolić. Wolałby zniszczyć cały świat, obrócić rzeczywistość w niebyt, byle tylko uciec.
Kazuma odrzucił list. Padł na kolana pośrodku płonącego placu, ukrył twarz w dłoniach i wrzasnął. To był ryk czystego, panicznego wyparcia. Krzyk człowieka, który ucieka przed własnym odbiciem w lustrze. Zacisnął oczy tak mocno, aż pod powiekami eksplodowały czerwone gwiazdy. Całą siłą woli zaczął spychać to potworne uczucie z powrotem w mrok.
– To nie ja, to nie ja, to nie ja!!! – powtarzał w szaleńczym amoku.
I rzeczywistość ugięła się pod ciężarem tego kłamstwa. Wraz z krzykiem świat wokół zaczął pękać jak tafla szkła. Płomienie zastygły. Ściany płonących domów zaczęły się rozmywać, tracąc ostrość. Umysł Kazumy, w ucieczce przed potwornym odkryciem, zerwał hamulce i pociągnął za sobą całe przeklęte otoczenie. Wszystko wokół zapadło się w głęboką, ratującą przed prawdą nicość.
Nie było już ani nieba, ani ziemi.
Nawet ogień przestał istnieć.
Epilog
Las tuż przy granicy prowincji Iga, oddychał podgniłą wilgocią.
Kazuma Hatano poruszał się między pniami jak cień, który doskonale zna swoje miejsce. Każdy krok stawiał tam, gdzie ziemia była już ubita przez dzikie zwierzęta albo miękka od mchu. Nie łamał suchych gałęzi. Nie pozwalał, by liście szurały o jego odzienie. Po prostu był, a sekundę później już go nie było.
Kilka kroków obok jego brat, Akarui, podążał tym samym rytmem.
Obóz wroga wyłonił się nagle, choć wiedzieli o nim od dawna. Leżał w naturalnym zagłębieniu terenu, osłonięty z trzech stron stromym zboczem. Palisada była niska, prowizoryczna i zbyt świeża, jej drewno wciąż jaśniało w miejscach surowych cięć. Ogniska powoli dogasały; czerwone punkty żaru pulsowały w ciemności niczym roje świetlików. Mgła snuła się tuż nad ziemią: brudna, ciężka, zawieszona nienaturalnie nisko.
– Pokaźne siły wroga – szepnął Kazuma. – Na szczęście wiemy, czego i gdzie szukamy.
Stwierdził to, nie odrywając wzroku od wartowników.
Już miał dać znak do rozpoczęcia infiltracji, gdy z boku dobiegł go cichy, nienaturalnie spokojny głos młodszego brata:
– A czy ty wiesz, czego naprawdę szukasz, Bracie?
Kazuma zamarł. W piersi coś boleśnie ukłuło – lodowaty, podświadomy impuls strachu, który zniknął tak szybko, jak się pojawił. Spojrzał na niego.
Akarui wpatrywał się w mgłę, a na jego twarzy malował się smutek człowieka, który pamiętał każdą zadaną ranę.
Kazuma zmrużył oczy, czując, jak przez ułamek sekundy z głębi umysłu próbuje wydostać się zapach duszącego kadzidła i ryk płomieni. Otrząsnął się jednak. Mur wyparcia znów zadziałał idealnie.
– Teraz ci się zebrało na głupoty? – syknął do brata. – Musimy zabić dowódcę i poszukać raportów. Skoncentruj się. Ruchy.
Akarui położył dłoń na rękojeści miecza. W jego oczach tliła się niezłomna, bolesna determinacja.
– Tak jest, bracie. Idę tuż za tobą. Zawsze.