- Opowiadanie: Powalinczyk - Wyrwane stronice Avalorii – Aequis (cz. 5)

Wyrwane stronice Avalorii – Aequis (cz. 5)

Zapraszam na piątą część przygód Aequisa.

Linki do poprzednich części:

https://fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34858 cz. 1

https://fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34919 cz. 2

https://fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34993 cz. 3

https://fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/35069 cz. 4

Klasycznie, dziękuję wszystkim zainteresowanym za poświęcony czas. 

Oceny

Wyrwane stronice Avalorii – Aequis (cz. 5)

Słońce Avalorii dawno zgasło, a miejsce zajęła purpurowo-czarna łuna, dławiąca horyzont. Zakon Zjednoczenia – nienaturalna, bluźniercza fuzja światła i mroku – parł naprzód z desperacką furią, próbując zatrzymać potop istot wypluwanych przez Otchłań. W samym sercu bitwy urumi Aequisa wygrywało pieśń żałobną.

Stalowe wstęgi świszczały w powietrzu niczym stado wygłodniałych żmij, rozrywając na strzępy każdego, kto odważył się skrócić dystans. Pancerze zakonników pękały jak wyschnięte gliniane skorupy, a odcinane kończyny i zmiażdżone korpusy słały się gęsto u stóp. Parł przed siebie, czując w żyłach potężną, narkotyczną satysfakcję. Z tą armią koszmarów u boku, lojalną wobec bezwzględnej siły, zamierzał rzucić ten pożałowania godny świat na kolana.

Drogę zagrodziła grupa luminatów. Spod nóg wyrosły łańcuchy utkane z czystej luminacji. Najpierw owinęły się wokół nóg, pnąc się wyżej. Twarz wykrzywiła się w spazmach bólu, gdy moce ścierały się wewnątrz ciała, próbując powstrzymać wylewające się wypalenie. W jednej chwili czarne, bezdenne studnie w oczodołach zbladły, ustępując miejsca zwykłym, ludzkim tęczówkom. Przez pękniętą barierę Malakara, niczym przez wybitą szybę, do świadomości wdarł się potężny strumień rzeczywistości. Zakrztusił się powietrzem, które nagle przestało smakować siarką, a zaczęło trącić dymem i krwią. Pod czaszką, z gwałtownością lawiny, odpaliły się stłumione dotąd wspomnienia. Zobaczył twarz młodej orczycy o mglistych oczach, słyszał szept przepowiadający upadek. Poczuł zapach nagietka, szorstki, kojący dotyk dłoni, które owijały zakrwawione udo w brudnej karczmie. Simulia. Imię uderzyło z siłą kafara, rozrywając kolejne warstwy mentalnego zniewolenia.

– Ja… – wykrztusił, a ludzki głos przeraził chłodem. Spojrzał na dłonie, którymi przed chwilą bezlitośnie patroszył każdego kto zagrodził drogę. Strach, pierwotny i obezwładniający, chwycił za gardło. Zdał sobie sprawę, kim się stał. Potworem. Ślepym psem na łańcuchu Pradawnego.

Zanim jednak ta myśl zdołała w pełni wykiełkować i popchnąć do działania, mechanizm obronny w ciele zareagował z furią. Esencja Malakara, zagrożona płonącą w żyłach luminacją, skoczyła do kontrataku. Mrok wył z wściekłości, zalewając umysł nową, potężną falą nienawiści i zwierzęcego gniewu. Fioletowo-czarny pożar z sykiem zaczął łatać wyrwane przez światło dziury.

Złapał się za głowę, rycząc z agonii, gdy dwie potęgi ścierały się bezpośrednio w mózgu. Ludzkie spojrzenie zaczęło gwałtownie się mroczyć. Przebłysk wolnej woli zniknął pod ciężarem potężnych kajdan stwórcy, ale więzy straciły dawną doskonałość. Coś w tym monolicie pękło bezpowrotnie.

Poderwał się z kolan, a sylwetkę osłonił niszczycielski awatar nicości. Czerń w oczach zapłonęła z dwoistą furią – gniewem Pradawnego i uwięzionego człowieka, który rozpaczliwie próbował wyrwać się z matni. Szarżujący luminaci nie zdążyli nawet unieść tarcz. Urumi zatańczyło z prędkością, która przekraczała ludzkie możliwości postrzegania. Trzy płynne rotacje nadgarstka wystarczyły, by grupa wojowników zamieniła się w krwawą mgłę i deszcz iskier gasnącej mocy.

Stał pośrodku rzezi, dysząc ciężko, a purpurowe żyły na szyi pulsowały jak szalone. Skupił wzrok na horyzoncie, gdzie wśród tumanów kurzu unosiły się sztandary dowództwa zakonu. W umyśle zrodził się nowy rozkaz – zabić dowódcę zjednoczonych. Kobietę, która każdego dnia rekrutowała nowych sprzymierzeńców do walki z nicością.

Wzrok, choć wciąż przesłonięty smolistym, pulsującym mrokiem, namierzył ofiarę z bezbłędną precyzją jastrzębia. Na podwyższeniu, otoczona kordonem dogorywających strażników, stała Simulia. Główny cel, wymagający eliminacji za wszelką cenę.

Zabrakło czasu na taktykę. Odbił się od rozoranego pobojowiska, a przestrzeń wokół załamała się z głośnym, wysysającym powietrze mlaśnięciem. W ułamku sekundy tkanka rzeczywistości ustąpiła. Zapadł się w cień, znikając z oczu nacierającym legionom, by uderzyć z głębi absolutnej ciemności.

Gdy sekundę później materializował się tuż przed kobietą, wokół panowała tylko grobowa cisza wymiaru cieni. W klaustrofobicznej, czarno-purpurowej mgle trwały dwie postacie, całkowicie odcięte od świata rzeczywistego. Simulia drgnęła, jasne oczy rozszerzyły się z przerażenia widząc dawnego kochanka. Uniósł ramię, a szorstkie, pokryte bliznami palce zacisnęły się na gardle niczym stalowe imadło.

Jednak zamiast bezlitosnego ciosu, który miał dopełnić wyroku, fizycznemu atakowi towarzyszyło coś zupełnie innego. Monolityczna kontrola Przedwiecznego zachwiała się, gdy rysa w umyśle wojownika pękła z hukiem. Z samego dna zmasakrowanej, uwięzionej duszy wyrwał się mentalny, rozpaczliwy ryk. Twarz wykrzywiła się w potwornym, rozdzierającym grymasie, a przez zaciśnięte zęby, zamiast demonicznego syku, przeszedł ochrypły, ludzki głos.

– Ulecz mnie… – wycharczał, a z kącika czarnego oka spłynęła pojedyncza, czysta łza. – Błagam… Spal to!

Zacisnął palce mocniej, szarpiąc kobietą w niemym buncie przeciwko ciału. Ucieleśniał kata, który jednocześnie błagał ofiarę o szafot dla potwora panującego nad jego umysłem. Pętla przeznaczenia zacisnęła się do granic możliwości, a w milczącej nicości mrok i światło znów stanęły naprzeciw siebie. Tyle że tym razem wróg prosił o ratunek.

Nicość eksplodowała. Moc Malakara, tkwiąca głęboko w strukturze nerwowej Aequisa, rozdarła mentalną przestrzeń. Poczuła zagrożenie i z furią szarpnęła za sznurki, próbując odzyskać pełną kontrolę nad naczyniem. Ciało Strażnika wygięło się w nienaturalnym łuku, a palce zacieśniające się na gardle Simulii odepchnęły ją gwałtownie, ciskając o niewidzialną, gęstą ścianę mrocznej domeny.

Osunęła się na kolana, łapiąc powietrze i kaszląc ciężko. Nigdy nie szkoliła się na wojowniczkę. Jej dar służył niesieniu życia, nie jego odbieraniu, ale w tym mrocznym więzieniu instynkt przetrwania okazał się silniejszy niż strach. Gdy Aequis postąpił krok naprzód – z twarzą ponownie tężejącą w maskę nicości i uniesionym urumi – kobieta wyciągnęła przed siebie drżące dłonie.

Z palców wystrzelił dar Solastry. Blask nie przypominał precyzyjnego ciosu żołnierza, lecz dziki, instynktowny akt obrony. Złociste pasma mocy trafiły w pierś napastnika, kąsając przesiąknięte mrokiem tkanki. Światło wgryzło się w wypalenie z głośnym skwierczeniem, parząc mięśnie i topiąc czarną powłokę awatara.

Zatrzymał się. Każde uderzenie Simulii działało jak zastrzyk płynnego ognia bezpośrednio w żyły. Esencja Malakara wyła, próbując zmusić ramię do zadania ostatecznego ciosu, ale ludzka wola, podsycona potężną dawką bólu, postawiła absolutny opór. Wojownik zamarł w pół kroku, drżąc na całym ciele, podczas gdy wokół krzesały się purpurowo-złote iskry.

Nadszedł moment totalnego rozłamu. Spaczone wypalenie naciskało z siłą eonów, zalewając świadomość obrazami potęgi, obietnicą wiecznego trwania i niszczycielskiego triumfu. Próbował wymazać go, zmiażdżyć resztki ego pod ciężarem półboskiej woli. Wtedy, pośród tej potwornej, wewnętrznej nawałnicy, Aequis uniósł głowę. Z oczu, nosa i uszu sączyła się gęsta, czarna posoka, a skóra na policzkach pękała od nadmiaru buzującej energii. Jednak w tych czarnych jak węgiel oczodołach płonęło coś, czego żaden Pradawny nie potrafił okiełznać.

– Myślisz… że jesteś… wszechmocny? – wycharczał, głos zadudnił w nicości, nakładając się na wściekły ryk mocy. Każde słowo kosztowało plucie krwią. – Możesz… możesz zawładnąć moim ciałem! Możesz rozszarpać mój umysł na strzępy, Malakarze!

Zrobił potężny, ciężki krok naprzód, walcząc z mięśniami, które odmawiały posłuszeństwa. Rękojeść urumi trzasnęła pod naciskiem dłoni.

– Ale nigdy… nigdy nie wymażesz celu mojego życia!

Ten ryk, przepełniony nieludzką, dumną furią wolnej istoty, wstrząsnął całą sferą cieni. Kontrola Pradawnego na ułamek sekundy zwiotczała, sparaliżowana absolutnym szokiem, że śmiertelne naczynie potrafi wykrzesać z siebie tak monumentalną wolę buntu.

Simulia nie zmarnowała jedynej szansy. Widząc pęknięcie w postawie potwora, skoczyła i z całą siłą oparła obie dłonie bezpośrednio na skrwawionej piersi. Tam, gdzie pod skórą biło udręczone, ludzkie serce.

– Płoń! – krzyknęła, łzy zalały policzki.

Z dłoni buchnęła potęga, jakiej nigdy wcześniej nie zdołała z siebie wykrzesać. Rozpoczął się bezlitosny egzorcyzm. Czysta, skoncentrowana luminacja wlała się szerokim strumieniem prosto do układu nerwowego wojownika.

Dla Aequisa zaczął się najgłębszy krąg piekła. To, co działo się w ciele, wymykało się wszelkim opisom. Złocista moc luminatki zderzyła się z czarną esencją Przedwiecznego bezpośrednio w tkankach, wywołując totalną, biologiczną wojnę. Krew gotowała się pod skórą, parując przez pory. Nicość we wnętrzu wyła z wściekłości i bezradności, gdy światło z potwornym chrzęstem paliło, rwało i rozpuszczało niewidzialne więzy pętające duszę. Każda komórka ciała krzyczała z agonii, kości trzeszczały pod naporem ścierających się potęg, a umysł balansował na granicy szaleństwa i ostatecznej ciemności. Trwało to wieczność zamkniętą w kilku sekundach. Aequis ryczał, a wraz z krzykiem z ust buchały na zmianę złote i purpurowe płomienie.

Aż w końcu coś strzeliło. Więzy pękły z głośnym hukiem, który rozszedł się po całym wymiarze. Kajdany krępujące jestestwo odeszły w niepamięć.

Gdy blask powoli przygasał, oboje padli na kolana, ciężko dysząc w opadającej fioletowej mgle. Podparł się drżącymi dłońmi o grunt. Spojrzał na swoje ramiona. Mroczna tarcza awatara zniknęła, ale purpurowo-czarne żyły wciąż pulsowały pod skórą. Potęga Malakara nie odeszła. Świt zderzył się z nocą, ale zamiast destrukcji przyniósł coś nowego. Więzy pękły, ale czysta, niszczycielska nicość Przedwiecznego została okiełznana przez wolę śmiertelnika. Tęczówki stały się stalowoszare, otoczone pulsującą, purpurową obwódką.

Sfera cieni zwinęła się i pękła niczym suchy liść, z sykiem wrzucając ich z powrotem w sam środek ziemskiego piekła. Huk bitwy uderzył w bębenki z siłą taranu.

Kobieta osunęła się na skrwawione podłoże. Potężny egzorcyzm wyssał każdą kroplę sił witalnych. Dłonie drżały, a skóra miała chorobliwie blady, niemal przezroczysty odcień. Siedziała bezbronna pośród dymu, próbując złapać płytki, urywany oddech.

W tym samym ułamku sekundy powietrze rozdarł ciężki, drapieżny ryk. Z gęstniejącej mgły wyłonił się mały oddział wojowników Malakara – potężne, rogate bestie zakute w czarne pancerze, z których szczelin sączyło się purpurowe wypalenie. Kreatury nie miały pojęcia, co wydarzyło się wewnątrz sfery. Widząc leżącą dowódczynię zakonu i stojącego nad nią Aequisa, uznały, że „Pierwszy pośród cieni” właśnie dopełnił wyroku. Jeden z potworów, gigant o najeżonych kolcami ramionach, postąpił krok naprzód. Bezczelnym, niedbałym ruchem potężnej łapy odepchnął wycieńczoną kobietę, chcąc splunąć na upadłe insygnia. Syknęła z bólu, turlając się po ostrym gruzie.

Pięść wystająca z klatki piersiowej stanowiła ostatnią rzecz, jaką demon zarejestrował w swoim splugawionym życiu.

Biczomiecz ciął powietrze z furią, która zamieniła stalowe wstęgi w ledwie widoczny monolit. Pierwsze, płynne szarpnięcie nadgarstka skróciło o głowę potwory znajdujące się najbliżej. Pozostali, porażeni nagłą zdradą i pierwotnym strachem, natychmiast rzucili się do ucieczki, próbując wtopić się w dymiący chaos pola bitwy.

Stracili szansę na ucieczkę. Aequis uderzył otwartą dłonią w zmasakrowane podłoże. W tym samym momencie pod uciekającymi otworzyły się gigantyczne, pulsujące kałuże absolutnej czerni. Z plam wystrzeliły potężne, smoliste macki wypalenia, które z chrzęstem owinęły się wokół ciał. Kreatury zawyły w agonii, gdy okiełznana potęga zaczęła pożerać ich esencję. Sekundę później macki zapadły się pod ziemię, a na rozorany kamień z głuchym stukotem opadły jedynie puste, osmalone pancerze i bezużyteczna broń.

Powoli wyprostował sylwetkę, niespiesznie czyszcząc klingi urumi z czarnej posoki. Wokół nagle zaryczały wojenne rogi.

Z dymu wyłonił się potężny oddział Zakonu Zjednoczenia. Widząc swoją przywódczynię na ziemi i stojącego nad nią potwora, zareagowali instynktownie. Kilkudziesięciu wojowników – luminatów i wypaleńców – błyskawicznie otoczyło Simulię ciasnym kordonem. Tarcze światła uniosły się w górę, a groty włóczni i żarzące się ostrza natychmiast wycelowały prosto w pierś Strażnika. W oczach malowała się nienawiść – wciąż uważali go za potwora. Przeklęte naczynie Przedwiecznego, skazane na zagładę.

Patrzył na nich w milczeniu. Nie uniósł broni. Nie przywołał awatara. Przeniósł wzrok na ukochaną, która z trudem uniosła głowę, patrząc z ledwie zauważalnym uśmiechem. 

– Zaopiekujcie się nią – rzucił chłodno. Głos, choć ludzki, nosił w sobie potężne, wibrujące echo potęgi Przedwiecznego.

Zanim ktokolwiek zdążył wydać rozkaz do ataku, wojownik zrobił pół kroku w tył i płynnie zlał się z otaczającym cieniem, znikając bezszelestnie, jakby nigdy go tam nie było. Szala równowagi znów spoczęła w jego dłoniach, a ostateczna walka o przyszłość świata miała się dopiero odbyć.

 

Koniec
Nowa Fantastyka