PROLOG
Ludzkość nie upadła przez dumę, chciwość ani nieposłuszeństwo. Upadliśmy, bo otworzyliśmy usta, a pierwszy grzech był aktem konsumpcji. Ewa zerwała owoc, wbiła w niego zęby, rozerwała skórkę i pozwoliła sokom spłynąć po brodzie, a potem go przełknęła. W tym jednym, wilgotnym momencie narodziła się biologia, a wraz z nią narodził się głód. Teolodzy od wieków spierają się, czym jest dusza, zapominając, że Bóg stworzył nas przede wszystkim jako przewody pokarmowe. Jesteśmy rurami z mięsa, które wchodzą w ten świat z krzykiem, żądając uboju, bo jak wiemy, każda religia opiera się na jedzeniu.
Przynosimy ofiary bogom z pieczonego mięsa, pijemy krew Chrystusa, zagryzamy ją jego ciałem i nazywamy to zbawieniem. Świętość zawsze miała posmak wód płodowych i surowego mięsa. Jeść, to znaczy dominować, abyś ty mógł żyć, coś innego – z oczami, sercem i strachem – musi przestać istnieć. Musisz to rozszarpać, przeżuć i zmienić w gnojowicę wewnątrz własnego brzucha. To najczystsza forma przemocy, jaką zna wszechświat. Modlimy się słowami: "chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj", ale w gruncie rzeczy prosimy o pozwolenie na mord. Prosimy o prawo do tego, by nasze soki trawienne mogły bezkarnie rozpuścić cudze istnienie. Wszystko, co żyje, jest tylko tymczasowym naczyniem na mięso, które prędzej czy później zostanie otwarte, opróżnione i skonsumowane przez coś większego.
Prawdziwy podział świata nie przebiega między dobrem a złem, sacrum a profanum czy człowiekiem a zwierzęciem. Świat dzieli się na tych, którzy trzymają nóż i na tych, którzy leżą na stole, a najgorsza prawda, ukryta na samym dnie naszej biologii, brzmi: granica między jednym a drugim jest przerażająco cienka. Czasami wystarczy tylko jeden kęs, by z biesiadnika stać się daniem głównym.
Usiądź wygodnie i otwórz usta.
Uczta właśnie się zaczyna.
[1]
Tarnowski rynek o trzeciej nad ranem był martwy. Nigdzie nie było żywej duszy, jeśli nie liczyć gołębi koczujących na gzymsach ratusza. Klara lubiła tę martwotę, bo miała wtedy wrażenie, że całe miasto to tylko plastikowa makieta. Przekręciła klucz w drzwiach restauracji Abstrakcja. Oficjalnie był to najelegantszy punkt na gastronomicznej mapie małopolski: wysoki strop, ciemne tapety ze złotymi zdobieniami, kelnerzy w wykrochmalonych koszulach i menu, za które przecięty mieszkaniec miasta musiałby oddać połowę pensji. A nieoficjalnie? Nieoficjalnie Abstrakcja była po prostu starą, przedwojenną kamienicą z głębokim, rozgałęzionym podziemiem, które pamiętało gorsze czasy niż kryzys gospodarczy. Rzuciła torbę na krzesło i ruszyła w stronę zaplecza. Jej praca zaczynała się wtedy, gdy elita Tarnowa, czyli miejscowi biznesmeni, sędziowie czy lekarze, smacznie spali w swoich domach. Miała doprowadzić to miejsce do porządku przed poranną dostawą.
W kuchni panowała idealna cisza, nalała wody do wiadra, wsypała potrójną dawkę żrącego detergentu i zaczęła zmywać podłogę. Zapach chloru natychmiast uderzył ją w zatoki, ale witała go z ulgą. Chlor oznaczał czystość i maskował wszystko inne. Im bliżej była windy gastronomicznej, tym wyraźniej czuła, że zapach chemii wygrywa z czymś, co zapachem przypominało popsute mięso.
– Znowu zapomnieli opróżnić separator tłuszczu – mruknęła do siebie, czując nadciągający do gardła skurcz. Podeszła do windy, gdzie małe drzwiczki uchylone były na szerokość palca. Ze środka dobiegał niski szum. Wyciągnęła rękę i pociągnęła za metalowy uchwyt, a drzwi uniosły się z głośnym zgrzytem.
Wewnątrz, na białym talerzu, leżały resztki z ostatniej rezerwacji. Szef kuchni nazywał to "Tatarskim Specjałem". Dziewczyna widziała, jak bogaci klienci zjadają to surowe, zmielone mięso, zagryzając je piklami, ale to, co zostało na talerzu, nie przypominało zmielonej wołowiny, masa była inna. Miała odcień sinego błękitu, poprzecinanego białymi pasmami tłuszczu, które w dodatku dygotało jak galaretka. Pochyliła się nad talerzem, mrużąc oczy. Te białe pasma wcale nie były tłuszczem. To były ścięgna, dziesiątki drobnych, napiętych ścięgien, które kurczyły się i rozkurczały jak guma. Mięso na talerzu oddychało! Z każdym cyklem z wnętrza sinej masy sączył się gęsty śluz. Klara poczuła, jak żołądek podchodzi jej do gardła, chciała zatrzasnąć drzwiczki i uciec, ale nie mogła, bo fascynacja zmieszana z obrzydzeniem przykuła ją do ziemi. Nagle, w samym środku pulsującego tatara, tkanka pękła, a z masy wysunęło się coś twardego. Wstrzymała oddech, bo to był ludzki ząb. Trzonowiec, idealnie zachowany z wciąż krwawiącym korzeniem, który był wypychany przez mięso na powierzchnię, aż w końcu uderzył cicho o brzeg talerza. Na sam widok zatkała usta, czując, że zwróci domową kolację.
W tej samej sekundzie cały budynek zadrżał. Gdzieś głęboko pod jej stopami, w piwnicy, rury kanalizacyjne głośno ryknęły, a woda w wiadrze zafalowała, po czym niespodziewanie winda z szarpnięciem ruszyła w dół, zjeżdżając do piwnicy w absolutną ciemność i pozostawiając ją samą w kuchni. Z ciemnego szybu buchnęło lodowate powietrze i Klara natychmiast zatrzasnęła drzwiczki, cofając się o krok. Chciała się odwrócić i uciec, ale drogę odciął jej potworny hałas. Wszystkie zamontowane głośniki pod sufitem nagle ożyły i wypluwały z siebie przesterowany ryk, od których trzęsły się wiszące na hakach garnki i patelnie. W tym potężnym basowym szumie Klara wyraźnie usłyszała zniekształcony, ludzki głos.
A potem w całym budynku zgasły światła.
[2]
Gdy po krótkiej chwili jarzeniówki pod sufitem zamrugały i zalały kuchnię bladym światłem, dziewczyna zmrużyła oczy. Głośniki umilkły, ryk rur ucichł, a wszystko wokół było normalne, jakby ostatnie minuty były tylko snem. Klara stała z walącym sercem w piersi, kurczowo ściskając kij od mopa. Jej wzrok natychmiast uciekł w stronę windy – drzwiczki były zamknięte. Podeszła tam, szarpnęła za metalowy uchwyt i uniosła je do góry. W środku nie było drgającego tatara, ścięgien ani ludzkiego zęba. Na talerzu leżała po prostu wyschnięta grudka mielonej wołowiny. Tatar, który kucharze z wieczornej zmiany powinni wyrzucić pięć godzin temu, a który teraz wyglądał jak kawałek starej podeszwy.
– Zwariowałaś stara, ot co, po prostu ci odwala – pomyślała i była to całkiem trzeźwa myśl, ugruntowana w realiach pracy na nocki za najniższą krajową.
– Klara, co ty do diabła wyprawiasz?
Gwałtownie obróciła się na pięcie, omal nie przewracając wiadra z wodą. W progu kuchni stał pan Ernest, menadżer Abstrakcji. Wyglądał dokładnie tak, jak powinien wyglądać facet, który zarządza restauracją: grafitowy garnitur bez ani jednego zagniecenia, włosy ulizane żelem na wzór włoskich gangsterów z filmów, które oglądała w telewizji jako dzieciak i ten jego wieczny, chłodny wzrok, którym potrafił zważyć człowieka w trzy sekundy. I tablet! Bez którego nigdzie się nie ruszał.
– Ja… no… – poczuła, że gardło ma suche. – Panie Erneście, światła zgasły… i te głośniki… coś w nich wyło, ktoś krzyczał, a w windzie… ten ząb… spanikowałam…
Mężczyzna westchnął. Było to to specyficzne, głębokie westchnięcie człowieka, który musi użerać się z personą klasy B o wpół do czwartej nad ranem. Spojrzał na zegarek.
– Na litość boską, przecież mówiłem przed tygodniem, że ta przedwojenna instalacja nadaje się do muzeum, a nie do gastronomii. Stare bezpieczniki na dole znowu strzeliły, automatyka przełączyła nas na fazę awaryjną. Trwało to zaledwie kilka chwil. A głośniki? Stary wzmacniacz Denona na zapleczu łapie sprzężenia, kiedy siada napięcie. Zwykła fizyka, dziewczyno!
Podszedł bliżej, stukając w ekran tabletu.
– Masz jeszcze cały zmywak do ogarnięcia, a o szóstej przyjeżdża facet z pieczywem. Jeśli nie skończysz do siódmej, kucharze wejdą ci na głowę. Skup się na robocie, dobrze? Nocki w gastro wykańczają, wiem, ale płacę ci zawsze pierwszego i to do ręki. Mało kto w tym mieście da ci taki układ.
Przełknęła ślinę i spojrzała kątem oka na czyste i lśniące blaty, na suche naczynia i na spokojną, niemal znudzoną twarz Ernesta.
– Fizyka, jasne. Bezpieczniki i przemęczenie. Przecież to ma sens, ty głupia gęsio - pomyślała.
– Tak, przepraszam, już kończę – mruknęła, spuszczając głowę.
Kolejne godziny minęły szybko. O szóstej przez zaplecze przetoczył się chłód tarnowskiego poranka wraz ze skrzynkami pełnymi chrupiących kajzerek, a już o siódmej kuchnia ożyła. Przyszli kucharze, zaczął się brzęk noży, huk maszynek do mięsa i ostry zapach smażonej na maśle cebuli. O dziewiątej Abstrakcja otworzyła swoje podwoje na poranne śniadania biznesowe. Wszystko było tak normalne, że aż nudne. A jednak… coś wisiało w powietrzu.
Gdy około dziesiątej Klara zbierała brudne naczynia z sali, jej wzrok przykuł jeden z gości. Gruby facet w garniaku, prawdopodobnie jakiś deweloper albo urzędnik. Siedział przy oknie i wręcz z wilczą łapczywością pochłaniał poranne carpaccio. Rwał surowe mięso zębami, jakby nie jadł od tygodnia. W pewnym momencie widelec musiał obsunąć mu się w dłoni, bo facet rozorał sobie dolną wargę i chyba nawet tego nie zauważył, albo miał to gdzieś. Śmiał się głośno ze swojego dowcipu, rozmawiał z facetem naprzeciwko i przeżuwał dalej, mieszając wołowinę z własną krwią, a na jego twarzy malowała się chora ekstaza. Klara poczuła, jak skóra cierpnie jej na karku.
Gdy wróciła na zmywak i zaczęła zgarniać resztki z jego talerza do wielkiego worka na odpadki, palec natrafił na coś twardego pośród liści rukoli. Coś, co nie pasowało do menu. Wyciągnęła to. To był mały, biały element – kostka. Idealnie obgryziona z mięsa, malutki ludzki paliczek. Dokładnie taki, jaki można znaleźć na dłoni dziecka albo w bardzo drobnej kobiecie. Zanim z jej gardła wydobył się choćby pisk, tuż za plecami urósł cień.
– Wybiła jedenasta, kończysz zmianę.
Gwałtownie upuściła kość z powrotem w pomyje. Ernest stał tak blisko, że czuła bicie ciepła od garnituru, ale tym razem poczuła coś dodatkowo. Coś, czego nie był w stanie zamaskować żaden drogi perfum. Z jego ust, gdy wypowiadał te słowa, buchnął mdły i jednocześnie słodkawy odór surowej, psującej się wątróbki, przyprawiający o wymioty.
– Tak, już idę – wykrztusiła, wycierając dłonie w fartuch i cofając się do wyjścia. – właśnie miała iść odbić kartę.
Ernest uśmiechnął się.
– Oczywiście, ale zanim pójdziesz, zrób coś jeszcze dla mnie. Chłopaki na zmywaku mają urwanie głowy, a szef potrzebuje świeżej partii do popołudniowych dań. Zejdź na moment do piwnicy i przynieś skrzynkę z głębokiego zaplecza. Zapłacę ci za to jako nadgodziny, pięćdziesiąt złotych do ręki, co ty na to?
– Uciekaj – wrzasnął jej wewnętrzny głos.
Chciała otworzyć usta i powiedzieć nie, ale zaciekawienie o tym, co było w piwnicach wzięło górę.
– Niech będzie… – westchnęła, czując jak jej własne nogi – mimo że ciężkie jak z ołowiu – same obracają się w stronę czarnych drzwi prowadzących na dół.
[3]
Schody prowadzące do piwnicy pamiętały jeszcze końcówkę XIX wieku. Były wąskie i strome, zbudowane z czerwonego piaskowca. W miarę jak schodziła w dół, odgłosy tętniącej życiem restauracji powoli cichły, zastępowane przez piwniczną atmosferę.
– Zachciało ci się, szlag… Wróć na górę, ty idiotko, weź te pięć dych i uciekaj, zanim coś ci się stanie – powiedziała do siebie.
Głos rozsądku w jej głowie krzyczał, ale był słaby, stłumiony przez swędzenie prawego policzka. Czuła, jak twarda grudka napina jej mięśnie twarzy, zmuszając prawe oko do chorobliwego mrużenia.
Na dole panował duszny półmrok. Nisko zamontowane żarówki dawały słabe światło, pachniało wilgotnym drewnem, ziemią, ziemniakami i czymś kwaśnym, jak ocet zmieszany z kwaskiem cytrynowym.
– Skrzynka z napisem „dostawa 03" stoi przy bocznej ścianie, za starymi beczkami – rzucił z góry Ernest, który nie zszedł ani o stopień. – Ruchy Klara, czas to pieniądz!
– Ruchy Klara, czas to pieniądz – przedrzeźniła go cicho do siebie. – sam niech se tu zejdzie, kutas w garniaku. Uhh… – klnęła pod nosem.
Ruszyła wąskim korytarzem i po chwili znalazła skrzynkę. Skrzynka była cholernie ciężka, ale nie ruszyła się z miejsca, bo jej wzrok przykuł sam koniec korytarza. Tam, gdzie żółte światło żarówki już nie docierało, stały stare drzwi od schronu z czasów drugiej wojny światowej, były lekko uchylone. W tej czarnej jak smoła szczelinie coś się poruszyło. Zamarła, wstrzymując oddech. Przez kilka sekund widziała tylko czerń, ale potem, w miarę jak zarys jej oczu przyzwyczajał się do mroku, zauważyła kontur. Coś tam stało, coś wysokiego i chudego.
Stała i patrzyła na to coś, sparaliżowana strachem, czując, jak zaraz narobi w majtki albo zemdleje. I wtedy to coś, powoli uniosło ramię. Z czerni schronu wysunęła się dłoń. Była długa, o wydłużonych palcach, które wyglądały, jakby nie miały stawów. Ta dłoń… wyciągnęła się prosto na nią, jakby palce zapraszały ją, by podeszła bliżej.
– Ja pierdole! – wrzasnęła, a strach pękł w niej jak tama. Szarpnęła skrzynkę w górę, obróciła się i rzuciła do ucieczki. Biegła na oślep, niemal taranując Ernesta na schodach. Minęła go bez słowa, wpadła do jasnej kuchni, z hukiem postawiła skrzynkę na najbliższym blacie i nie oglądając się za siebie, wybiegła przez drzwi dla personelu. Nie odbiła karty, nie wzięła kurtki. Po prostu wyszła, na poranne słońce, czując, że śmierdzi potem strachu i skierowała się w stronę mieszkania.
Ulica Wekslarska była jedną z tych ciasnych, przedwojennych uliczek odchodzących od rynku, gdzie kamienice stały tak blisko siebie, że sąsiedzi z naprzeciwka mogli zaglądać sobie w okna, a słońce docierało do bruku tylko na godzinę w okolicach południa. Wpadła w bramę i wbiegła na drugie piętro. Drżącymi dłońmi otworzyła zamek od drzwi i zatrzasnęła je za sobą. Osunęła się po ścianie na podłogę, próbując uspokoić oddech.
– Co jest? – z pokoju wyłoniła głowę Iza, jej współlokatorka. – Co ty taka zrobiona?
– Nie jestem zrobiona… Wysłali mnie w robocie do piwnicy… – zamilkła.
– I co w związku z tym? – Iza zmarszczyła brwi.
– To, że w tej piwnicy coś było… Ernest kazał mi tam zejść po skrzynkę. Ja… ja widziałam tam coś… – Klara patrzyła na kapcie Izy, nie mając pojęcia, jak ubrać w słowa to, co wydarzyło się pod rynkiem. Miała powiedzieć, że z ciemności starego schronu wyciągnęła się po nią niebieska guma przypominająca ludzką rękę bez kości? Że niemal narobiła w gacie, bo coś chudego i wysokiego zapraszało ją palcem w mrok? Iza natychmiast zadzwoniłaby po jej matkę albo, co gorsza, na pogotowie ratunkowe.
– I co? – Iza skrzyżowała ramiona na piersi, przyglądając się jej z zimną miną śledczego. – Co tam było? Przestań ryczeć i gadaj.
– Jakiś… jakiś facet tam siedział – skłamała bez mrugnięcia okiem, ocierając brudnym rękawem nos. – Jakiś bezdomny albo kurwa zboczeniec. Ernest kazał przynieść mi skrzynkę, a tamten wyskoczył na mnie z cienia, myślałam, że mnie złapie.
Iza westchnęła ciężko, kręcąc głową z dezaprobatą.
– Mówiłam ci, żebyś rzuciła tą pracę. Już lepiej pracować w płazie niż w takim miejscu, albo na produkcji. Ten twój Ernest w garniturku od szwagra to jakiś psychol, a w ten restauracji prędzej czy później ktoś dostanie w łeb, idź pod prysznic. Wyglądasz jakbyś przeżyła własny pogrzeb. Dam ci jedną z tych tabletek, które brałam przed sesją, po tym zaśniesz.
– Potrzebuję kasy. W płazie jest wyzysk ludzi, a tu mi płacą przed dziesiątym i to do ręki, więcej niż normalnie powinni. Nie mogę zrezygnować, a pracy nie znajdę tak szybko. Do matki nie wrócę, nie do tej patologii.
– No a ojciec? – zapytała Iza, patrząc w ścianę.
– Co ojciec?
– No wiesz… nie masz z nim dalej kontaktu?
– Jakiś tam mam, ale nie chcę go o nic prosić. Mam jego adres, mogłabym… ale nie chcę. Ma swoją rodzinę, tak wybrał. Kij mu w oko – wzruszyła ramionami. Idę pod prysznic.
Iza nie odpowiedziała nic, więc Klara wstała i poszła się wykąpać. Ciepła woda zmyła powierzchowny brud i pot strachu, ale nie potrafiła zmyć tego, co działo się pod skórą. Prawy policzek dalej bolał, a grudka pod kością jarzmową stwardniała.
Niebieska tabletka od Izy zadziałała po dwudziestu minutach. Wepchnęła Klarę w gęsty sen, który wcale nie przyniósł ratunku, bo znowu tam była. Otoczenie jednak się zmieniło. Ciasne korytarze Abstrakcji zlały się w jedno z klatką schodową na Wekslarskiej. Stała na półpiętrze, a z góry, z absolutnej czerni poddasza, schodziło to coś. Wysokie, zwiotczałe, o błękitnej skórze, która w świetle księżyca lśniła jak rybie łuski. Istota podeszła blisko. Tak blisko, że dziewczyna czuła na twarzy oddech pachnący octem i cytryną. Długi, pozbawiony stawu palec dotknął jej prawego policzka.
Chrup.
Ból był tak potworny we śnie, że rozerwało jej gardło, bo grudka pękła od środka. Klara poczuła gęsty smak krwi i ropy, a w jej dłoń wpadło coś twardego i ostrego. Na zakrwawionych palcach leżał wielki, zniekształcony ludzki ząb trzonowy o trzech zakrzywionych korzeniach.
BZZZZZZZZZZZZZZZZZZ!
Drgnęła całym ciałem, otwierając oczy. Serce tłukło się w żebrach jak oszalałe. To był budzik. Ekran telefonu świecił w ciemności pokoju, pokazując 2:15.
– Ja pierniczę… – zaczęła dotykać się po twarzy – to tylko sen.
Musiała wstać. Strach przed panem Staszkiem i niezapłaconym czynszem był silniejszy, niż jakieś chore sny i paranoje. Jeżeli nie pojawi się o trzeciej, Ernest wywali ją na zbity pysk. Wstała, ledwo bo ledwo ale wstała. Włosy w kucyk, szybkie maźnięcie rzęs tuszem, wciągnęła na siebie jeansy, wcisnęła stopy w buty i cicho, żeby nie obudzić Izy, wyszła z domu.
Latarnie rzucały żółte światło, a Abstrakcja majaczyła przed nią jak ciemny, elegancki grobowiec. Wsunęła dłoń w kieszeń, szukając zapalniczki, ale jej palce natrafiły na coś zupełnie innego. Coś małego, twardego i chropowatego, zawiniętego w sztywny materiał, który wyciągnęła na blade światło latarni.
– co do kur… – mruknęła do siebie. Rozwinęła szmatkę i jej oczom ukazał się zniekształcony ludzki ząb trzonowy z trzema zakrzywionymi korzeniami, a wgłębienie w kieszeni spodni było sztywne od krwi. Pobladła. Zwinęła szmatkę i włożyła ją z powrotem do kieszeni. Nie miała czasu się tym teraz zająć. Ruszyła szybkim krokiem w stronę pracy.
W kuchni panowała cisza, jak zawsze. Żarówki brzęczały głośno pod sufitem, a na blacie, tuż obok jej stanowiska na zmywaku, stała szara, plastikowa skrzynka z napisem " dostawa 03". Ta sama, którą wczoraj porzuciła. Mimo, że minęła prawie doba, a w pomieszczeniu było ciepło, lód w środku skrzynki w ogóle się nie stopił. Kostki były idealnie ostre i suche, a zatopione w nich foliowe paczki z mięsem lekko, niemal niezauważalnie drgały.
Zza baru, trzymając filiżankę kawy, wyłonił się Ernest. Uśmiechnął się do niej tym swoim czystym, menadżerskim uśmieszkiem.
– Dzień dobry, Klaro. Cieszę się, że jesteś na czas. Mamy dzisiaj sporo roboty.
W tym samym momencie z głośników zaczął sączyć się ten sam, niski nu-metalowy bas, a ząb w kieszeni wydał się nagle cholernie ciężki.
[4]
Prawy policzek rwał ją niemiłosiernie. Wiedziała, że musi coś z tym zrobić, bo na dłuższą metę zwariuje z bólem. Automatycznie zacisnęła dłoń na kieszeni jeansów, przez której materiał wyraźnie wyczuwała ostry kształt.
Ząb.
Ludzki trzonowiec, który schowała tam chwilę wcześniej pod latarnią, wciąż tam był. Namacalny dowód na to, że nocny koszmar nie był tylko halucynacją.
– Co ty tam miętosisz co chwila w tych spodniach? – głos Ernesta rozciął kuchnię.
Dziewczyna drgnęła, odruchowo cofając dłoń z kieszeni, ale było za późno. Menedżer stał już tuż obok. Pachniał drogą wodą kolońską zmieszaną z czymś mdłym od czego chciało się wymiotować. Jego wzrok spoczął na jej biodrze, a potem powoli uniósł się na jej zniekształconą twarz.
– Pokonaj strach, mała. W naszym biznesie nie ma miejsca na sekrety. Jesteśmy jak rodzina – syknął Mariusz.
CHLAST!
Szef kuchni z potworną siłą rzucił na blat sinoróżowy płat mięcha ze skrzynki „dostawa03”. Tkanka nie przypominała zwykłej wołowiny: miała dziwny, błękitnawy połysk i była pokryta grubymi bąblami, które pod wpływem ciepła w kuchni pękały, sącząc dziwną maź przypominającą ropę.
– Ja… ja nie mogę dzisiaj pracować – wykrztusiła Klara, cofając się w stronę wyjścia ewakuacyjnego. – Coś jest nie tak z tym mięsem. I ze mną też jest coś nie tak… Panie Erneście, mój policzek… boli, jest napuchnięty i coś z niego wypadło…
Ernest uśmiechnął się, ale jego oczy pozostały szeroko otwarte. Uniósł palec i delikatnie, niemal czule, dotknął stwardniałej grudki na jej twarzy. Klara aż syknęła z bólu, chcąc odskoczyć, ale Mariusz zaszedł ją od tyłu, kładąc na ramieniu potężną dłoń.
– Myślisz, że to twój własny ząb nosisz w kieszeni, Klaro? – zapytał cicho Ernest, przyglądając się jej z dziwną fascynacją. – Myślisz, że twoje ciało ot tak, w jedną noc, wyprodukowało dodatkowy trzonowiec poza szczęką?
– Co? O czym pan mówi? – w jej głosie można było dosłyszeć panikę. – Nie rozumiem…
Ernest westchnął i upił łyk kawy.
– Ponad trzydzieści lat temu ta restauracja należała do mojej matki, cudowna kobieta, ale potem zachorowała. Nowotwór. Lekarze rozkładali ręce, mówili o złośliwym potworniaku, który zaczął żyć własnym życiem. Guz urósł w niej, potrafił wykształcić własne włosy, własne zęby czy prymitywne tkanki. Kiedy umierała, ten guz… on nie chciał umrzeć razem z nią. Stał się silniejszy niż jej układ odpornościowy i przejął ją.
Klara poczuła, że żołądek podchodzi jej do gardła. Spojrzała na siny płat mięsa na blacie. Jeden z pęcherzy pękł, a ze środka wysunęło się coś twardego i białego: kawałek kości.
– Rozumiesz już? – Ernest pochylił się nad nią, a z jego ust buchnął odór zgniłej wątróbki. – Matka wciąż tu jest. Na dole, w schronie. Ciepła, bezpieczna, wiecznie głodna. Karmimy ją, a ona rośnie. Wydala z siebie nadmiar nieśmiertelnej tkanki. Komórki rakowe, które nigdy nie obumierają. Mariusz je tylko oczyszcza, mieli i przyprawia. Biznesmeni na górze płacą po kilkaset złotych za porcję naszego tataru. Myślisz, dlaczego wracają? Bo ten głód zaraża. Ta tkanka uzależnia.
– C-co? – szepnęła, a łzy bezsilności spłynęły po jej twarzy. – Chcecie mnie zabić?
– Zabić? – Ernest zaśmiał się głośno, kręcąc głową. – ależ skąd! Matka potrzebuje świeżego materiału, żeby odświeżać geny. Wczoraj, kiedy zeszłaś na dół, poczuła cię. Wybrała cię. To, co trysnęło na ciebie z windy, to była jej czysta esencja, zarodek.
Klara odruchowo dotknęła policzka. Przez napiętą skórę wyraźnie czuła nowy kształt – kolejny ząb.
– A teraz, Klaro, pomożesz Mariuszowi – powiedział Ernest, a jego uśmiech nagle zgasł, zastąpiony przez lodowaty autorytet. – Matka na dole zaczyna być niespokojna. Słyszysz ją?
Z głębi korytarza prowadzącego do piwnicy dobiegł przeciągły dźwięk.
Mlask, mlask.
W tym samym momencie telefon Klary zawibrował w kieszeni. Z trudem, trzęsąc się na całym ciele, wyciągnęła urządzenie. Na ekranie wyświetlił się sms od Izy.
„Jesteś w pracy? Przyszłam do restauracji przynieść ci kurtkę i tabletki. Jakiś koleś wpuścił mnie za zaplecze. Schodzę do ciebie do piwnicy!”
Dziewczyna zamarła i spojrzała na menadżera. Ten uniósł brwi, a w jego oczach błysnęła sadystyczna satysfakcja.
– O, twoja koleżanka już jest – szepnął, poprawiając krawat. – Matka uwielbia gości. Zwłaszcza tych, którzy przychodzą sami.
[5]
Klara nie myślała. Słowa Izy na ekranie telefony wypaliły w jej mózgu ostatnie bezpieczniki. Strach o własne życie zderzył się z paniczną potrzebą ratowania przyjaciółki. Szarpnęła się w stronę wyjścia ewakuacyjnego, ale Mariusz był szybszy. Potężne, rzeźnickie cielsko zablokowało drogę zwinnością, której nikt nie spodziewałby się po tak zwalistym człowieku.
– Gdzie się rwiesz? – wycharczał kucharz.
Klara wrzasnęła, próbując wbić mu paznokcie w twarz, ale Mariusz nawet nie drgnął, chwycił ją za nadgarstek i wytrącił telefon z ręki, który spadł na kafelki. Ekran pękł, gasząc na zawsze wiadomość od Izy.
– Ernest, bierz nogi! – ryknął.
Zanim Klara zdołała nabrać powietrza, by znów krzyknąć, potężna dłoń kucharza zacisnęła się na jej włosach. Szarpnięcie było tak brutalne, że dziewczyna straciła równowagę i upadła na kolana. Mariusz nie zamierzał jej podnosić. Zaczął ciągnąć po podłodze, prosto w stronę ciemnego korytarza prowadzącego do piwnicy.
– Puść mnie! Ty skurwysynu, puść mnie! Iza! Uciekaj! – krzyczała, drapiąc paznokciami kafelki i próbując znaleźć jakikolwiek punkt oparcia. Jej palce ześlizgiwały się z betonu, zostawiając za sobą krwawe smugi. Ernest stał z boku, spokojnie dopijając kawę. Przestąpił nad jej czołgającym ciałem, uważając, by nie pobrudzić sobie swoich eleganckich butów.
– Nie krzycz tak, Klaro. To nieeleganckie, poza tym… nikt cię tu nie słyszy – powiedział cicho, idąc przodem i otwierając drzwi na dół.
Mariusz wciągał ją w strome, wąskie schody. Każdy stopień uderzał w jej biodra i plecy, rozrywając ubranie i raniąc skórę, ale fizyczny ból z góry i z dołu był niczym w porównaniu z tym, co działo się jej w twarzy. W miarę jak schodzili głębiej, grudka na policzku oszalała. Zaczęła pulsować do tego stopnia, że dziewczyna widziała przed oczami czerwone plamy. Czuła okropny ból zębów – guz reagował na bliskość Matki.
Mariusz rzucił ją na wilgotny beton piwnicy tuż obok zardzewiałych beczek. Ciężkie drzwi na końcu korytarza były otwarte na oścież. Pachniało tam tak potwornie, że natychmiast zwymiotowała pod swoje nogi. To był zapach rozpadu, kwasu i czegoś żywego, co gniło, ale odmawiało śmierci. W bocznej części korytarza, tuż pod ścianą, stała Iza. W rękach kurczowo ściskała jeansową kurtkę przyjaciółki. Jej twarz była całkowicie blada, a usta drżały w niemym krzyku. Patrzyła w głąb schronu.
– Iza… – wyszeptała Klara, próbując się podnieść, ale nogi miała jak z waty.
– Klara? O Boże, Klara, co oni ci zrobili? Co to jest… co to kurwa jest? – Iza w końcu odzyskała głos.
Klara zmusiła się do odwrócenia wzroku i spojrzała w głąb otwartego schronu. To, co tam było, nie miało nic wspólnego z człowiekiem. Na środku pomieszczenia leżała gigantyczna, bezkształtna masa sinej i różowej tkanki, która niemal całkowicie stopiła się ze ścianami i podłogą chłodni. Całość pulsowała, pompując ciemne płyny przez grube, żylaste powrozy. Z rzeźnickich haków pod sufitem zwisały nitki błękitnego śluzu, które Matka wypuszczała, by badać otoczenie. W fałdach tego monstrualnego, żywego nowotworu gdzieniegdzie błyszczały rzędy ludzkich zębów, kępki siwych włosów i ślepe, zniekształcone gałki oczne, które chaotycznie obracały się we wszystkich stronach.
Mlask, mlask mlask.
Z boku tej tkanki uniósł się potężny, bezkostny płat, przypominający gigantyczny język lub lizaną wiatrem ranę. W tym samym ułamku sekundy prawy policzek Klary ostatecznie pękł. Dziewczyna poczuła dziwne odrętwienie. Przez pękniętą skórę twarzy, prosto z guza, wystrzeliły cienkie, błękitnawe nitki ścięgien. Ruszyły w powietrzu jak żywe robaki, rozwijając się w stronę schronu.
Matka poczuła swoje dziecko. A błękitne nitki z policzka Klary zaczęły napinać się jak struny, ciągnąc ją po betonie prosto w paszczę pulsującej masy. Ernest stanął obok Izy, kładąc jej dłoń na ramieniu z tym samym uprzejmym uśmiechem.
– Piękna, prawda? A teraz, drogie panie, czas na karmienie.
[6]
Niebieskawe nitki wyrastające z rozerwanego policzka Klary napięły się jak postronki, kotwicząc w śluzowatej masie pomieszczenia. Dziewczyna charczała, czując, jak obca tkanka szarpie jej mięśniami twarzy, zmuszając ją do powolnego pełzania w stronę otwartych drzwi. Iza pierwsza otrząsnęła się z paraliżu. Z gardła współlokatorki wydobył się piskliwy skowyt. Rzuciła kurtkę koleżanki na ziemię i obróciła się na pięcie, chcąc biec z powrotem na schody, na bezpieczny, jasny rynek. Nie zrobiła nawet dwóch kroków, bo Ernest chwycił ją za ramię i pchnął prosto w gardziel schronu. Upadła na kolana, wprost w lepką, cuchnącą octem maź, która natychmiast oblepiła jej dłonie.
Matka zareagowała.
Z rakowatego cielska wystrzeliły dziesiątki grubych i sinych powrozów. Zanim Iza zdążyła się podnieść, jedna z macek wbiła się z głośnym mlaskiem prosto w jej otwarte do krzyku usta, rozrywając policzki i gardło. Dziewczyna zdążyła wydać z siebie tylko stłumiony, bulgoczący charkot. Kolejne pasma tkanki owinęły się wokół jej ud i klatki piersiowej, natychmiast pękając pod wpływem ciśnienia i oblewając ją żrącym śluzem.
Klara patrzyła na to z podłogi z szeroko otwartymi oczami.
– Iza! – wrzasnęła.
Mogła rzucić tę pracę, mogła, ale chęć bycia samodzielnym wygrała. Od samego początku czuła, że coś jest nie tak, że coś jej tu śmierdzi. Teraz było już za późno na życiowe rozterki. Sina góra mięsa zaczęła dosłownie wsysać Izę do środka. Kości dziewczyny zaczęły pękać, gdy Matka miażdżyła jej ciało, by zmieściło się w fałdach guza. Klara widziała, jak pod przejrzystą, bąblastą skórą potwora twarz Izy deformuje się i rozpływa, a jej oczy eksplodują pod wpływem nacisku. Matka trawiła ją na żywo. Chwilę później potężny, konwulsyjny skurcz wstrząsnął rakowatą masą, która wypluła na beton zakrwawioną koszulkę Izy, strzępy jeansów i buty. Po dziewczynie nie zostało nic więcej.
– Pięknie… – szepnął Ernest, przyglądając się temu z nabożnym podziwem. – żadnego marnotrawstwa.
Strach w Klarze zmienił się w obłęd. Śmierć przyjaciółki rozerwała ostanie pęta jej poczytalności. Nitki w policzku ciągnęły ją nieubłaganie, ale Klara zdołała unieść ramię. Jej palce trafiły na rękojeść tasaka, który Mariusz na chwilę odłożył na pobliską beczkę. Szarpnęła się do przodu z potwornym bólem i wbiła tasak głęboko w pulsujące serce potwora.
CHLAST!
Ostrze weszło jak nóż w masło. Z rany buchnęła fontanna gorącej, czarnej juchy i gęstego, żółtego osocza, które oblało twarz Klary. Matka wydała z siebie niski ryk, ale to jej nie zabiło. Tkanka wokół tasaka natychmiast zaczęła pęcznieć, pochłaniając metalowe ostrze. Matka nie była zła. Matka była głodna i zniecierpliwiona.
Zanim Klara zdołała się wycofać, sine powrozy oplotły jej kostki i nadgarstki. Została uniesiona w powietrze, a błękitne nitki z policzka zaczęły skręcać się, wciągając jej głowę prosto w otwartą fałdę na przedzie potwora.
– Czas wracać do domu, Klaro – dobiegł ją z oddali głos Ernesta.
Dziewczyna poczuła, jak wpada w coś gorącego, lepkiego i ciasnego. Tkanka oplotła jej ciało, wdzierając się pod ubranie, wnikając przez pory skóry i łącząc z własnym układem krwionośnym. Czuła, jak miliony rakowych komórek penetrują jej mięśnie, kości i organy wewnętrzne. Nogi i ręce zaczęły się rozpuszczać, tracąc ludzki kształt, stapiając się w jedność z siną masą. Płuca Klary napełniły się śluzem, ale nie utonęła, bo Matka zaczęła oddychać za nią. Ciało dziewczyny zniknęło, całkowicie strawione i zasymilowane przez nowotwór. Jednak na samym końcu, pośród rzędów zniekształconych zębów i kępek włosów, uformowało się gładkie centrum – tkanka rozsunęła się, odsłaniając ludzką twarz.
To była twarz Klary. Jej prawe oko uleczyło się, twarz była gładka jak pupa niemowlaka, matowa, ale pozbawiona jakiejkolwiek zmarszczki. Bardzo powoli powieki Klary uniosły się.
Ernest podszedł bliżej, ukląkł na betonie i spojrzał na nową twarz Matki.
– Doskonale – szepnął, a na jego ustach pojawił się dumny uśmiech. – Jutro damy zniżkę na tatar. Klienci będą zadowoleni.
Twarz Klary drgnęła, a usta otworzyły się szeroko, wypluwając na podłogę strużkę śliny. Nie było już w niej strachu, tylko głód. Wieczny, nienasycony głód Matki.