- Opowiadanie: Maksiu1202 - Strata

Strata

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Strata

Charlotte, och, moja droga Charlotte. Jutro. Jutro jest ten dzień. Już jutro będę ojcem. Matka zawsze mi powtarzała, że rodzina jest najważniejsza. Gdy już będę miał żonę, a potem dziecko, muszę ich strzec. Muszę dbać, pracować, chronić rodzinę. To mój obowiązek. Walczyć o to, by niczego im nie brakowało, by było im dobrze. To obowiązek każdego mężczyzny. Nie wojna ani godna śmierć w obronie ojczyzny. Właśnie to. A ja nie mogę go spełnić. Zacisnąłem dłoń na piersi, tam gdzie pod mundurem spoczywał list. Był wilgotny, lecz słowa wciąż na nim trwały. Wydaje mi się, że to najcenniejsza rzecz, jaką posiadam, choć przecież jest tylko kawałkiem papieru. Podporucznik pozwolił mi się przespać, jednak nie wiem, czy dam radę. Jedyne, o czym myślę, to nowy list, który wyśle mi po narodzinach. Ta myśl krąży mi po głowie bez przerwy. Jak mam zasnąć. Myślałem, by wyciągnąć list i przeczytać go po raz kolejny, lecz nie chciałem budzić Luciena. Musiałbym rozpiąć mundur i sięgnąć po papier. Rozmawiałem z nim przez długi czas, aż w końcu zasnął. Mówi na mnie dziadek, a ma dopiero szesnaście lat. Zresztą większość z nich również. To młodzi chłopcy. Niektórzy nigdy nie mieli partnerki, a co dopiero rodziny. Dobrze pamiętam, gdzie byłem w ich wieku. Szkoła aktorska. To było coś. Do dziś pamiętam, jak dziwnie skrzypiało drewno w sali, gdy uczyliśmy się wszystkiego, co trzeba. Wszystkie lekcje i zajęcia. To było prawdziwe marzenie. Drugie oczywiście po rodzinie. Czasem nie możesz spełnić każdego marzenia. Czasem los pozwala tylko na jedno. W zasadzie teraz też jestem aktorem. Udaję kogoś, kim nie jestem. Żołnierza. Przyjmuję rozkazy bez zastanowienia, choć chciałbym powiedzieć, co naprawdę o tym wszystkim sądzę. Zauważyłem, jak po kimś łazi jakiś robal. Chyba karaluch, choć nie byłem pewny. Ewidentnie spał, gdy pełzał po nim. Był szybki. Po chwili przeskoczył na kogoś innego i zniknął mi z oczu. Przez moment miałem wrażenie, że słyszę sowę, jej głuchy huk, lecz nie byłem pewny. W pomieszczeniu, które było małą lepianką, leżało może szesnaście osób. Niektórym dopisało szczęście i udało im się zasnąć. Sądząc po odgłosach chrapania odbijających się po całym wnętrzu, większość już spała. Ja nie dostałem takiego przywileju. Podłoga była twarda i brudna. Marzyłem o łóżku, nawet takim w barakach. Karabin spoczywał wzdłuż mojego lewego ramienia. Był ciężki. Dlaczego nawet na sen nie możemy go odłożyć. Mimo wszystko byłem dobrej myśli. Może wyjdę stąd. Może wojna się skończy, a ja już nie będę tkwił w okopach. Gdy wrócę do domu, moja Charlotte będzie czekać z dzieckiem. Nie wiem, czy to chłopiec, czy dziewczynka. Mam nadzieję na obydwa, dlatego nie myślę, co bym wolał. Da mi szczęście, jeśli kiedykolwiek je spotkam. Noc nagle pękła. Usłyszałem huk, potem krzyk. Krzyk nie ustawał. Później wystrzały, jeden po drugim. Część zerwała się od razu, inni dopiero po kilku sekundach. Widziałem ich twarze, pełne zdziwienia, dezorientacji i bólu. Ja wiedziałem, co nadchodzi. Oni chyba też. Po chwili wszyscy już wiedzieli, co się dzieje, lecz jakaś siła trzymała nas jeszcze przed wyjściem. Ten moment, gdy leżeliśmy nieruchomo jak trupy na ziemi, był dziwnie przyjemny. Jak wspomnienie prawdziwego domowego łóżka. Trans jednak się skończył. Przyszły rozkazy i wszyscy zaczęli wybiegać. Wyjście było małe, więc wychodziliśmy pojedynczo, w muzyce krzyków, które już rozlewały się po polu walki. Gdy przyszła moja kolej, miałem wrażenie, że ten ziemisty prostokąt jest czymś bardziej metafizycznym niż rzeczywistym. A jednak musiałem przez niego przejść. Karabin drżał pod naporem moich rąk. Spojrzałem na front. Czarne sylwetki poruszały się naprzód. Niektórzy padali na ziemię, cofali się, biegli w bok lub w przeciwną stronę. Inni szli prosto. Nikt nie miał twarzy. Chciałem podnieść karabin, lecz nie potrafiłem. Dłonie mi na to nie pozwalały. Spróbowałem raz jeszcze. Udało się. Strzeliłem, bo wszyscy strzelali. Jeden strzał, drugi, trzeci. Nie wiedziałem, czy trafiam. Gdy się wychylałem, wszystko się rozmywało. Nagle ktoś przebiegł obok i mnie popchnął. W następnej sekundzie, która wydawała się trwać znacznie dłużej, zostałem rzucony. Błoto wypełniło mi usta, uszy, nos i oczy. Leżałem. Coś mnie przygniatało. Wzrok miałem zamazany, w uszach brzęczało, ból od dźwięku rozsadzał głowę. Czułem, jakbym stracił wszystkie zmysły, a wyostrzył się tylko jeden. Próbowałem się podnieść. Raz. Drugi. Trzeci. Jeszcze wiele razy. Wokół ktoś ciągle przebiegał. Czasem ktoś na mnie zerknął, jakby mieli ważniejsze rzeczy do zrobienia. Oddychałem z trudem. Serce waliło mi tak, jakby miało wyskoczyć z piersi. Zacząłem krzyczeć. Nic innego mi nie zostało. A jednak w głębi serca byłem szczęśliwy. Jutro zostanę ojcem. Obudziłem się z bólem głowy. Nie wiedziałem, czy to prawda, czy sen na jawie. Było cicho. Chyba środek nocy. Cisza była przyjemna. Czasem ktoś zakaszlał albo jęknął. Wiedziałem, co się stało. Wiedziałem to na pewno. Łóżko było przyjemne. Biała pościel, czysta i gładka, oraz wygodny materac sprawiały, że ciało zapadało się w nim bez oporu. Napiłem się wody i spojrzałem przed siebie. Białe prześcieradło u dołu było zbyt równe, zbyt idealne. Coś się nie zgadzało. Kształt pod nim był nieprawdziwy. Poczułem dezorientację, jakby świat na chwilę się rozsunął. Złapałem za prawy bok prześcieradła i odrzuciłem je jednym ruchem. Zobaczyłem dwa kikuty, ciasno owinięte bandażami. Serce podskoczyło mi gwałtownie, lecz ciało nie poruszyło się ani o centymetr, jakby nie należało już do mnie. Chciałem krzyczeć, zrobić cokolwiek, jakikolwiek ruch, lecz nie miałem siły. Wszystko we mnie zamarło. Zamknąłem oczy i zasnąłem. Część mnie była szczęśliwa. Nigdy nie wrócę do okopów. Obudziłem się rankiem. W lazarecie panował tłum ludzi. Widziałem wiele pielęgniarek, odwiedzających, słyszałem głosy, kroki, szelest materiałów. Nagle sobie przypomniałem. Przez ciało przeszedł dreszcz. Spróbowałem usiąść. Udało mi się, choć ruch był dziwnie niezgrabny, jakby ktoś inny sterował moim tułowiem. Kikuty sięgały do kolan. Były idealnie równe. Straciłem obie nogi. Nie krzyczałem. Nie płakałem. Poczułem pustkę. Chciałem, by to był sen, pomyłka, coś nieprawdziwego. Wtedy sobie przypomniałem. Na pewno już po porodzie. Jestem ojcem. Pustka i smutek, które narodziły się we mnie, ustąpiły miejsca szczęściu. Charlotte musi być taka szczęśliwa. List. List przyjdzie. Na pewno już napisała. Może już jedzie do mnie. To chłopiec czy dziewczynka. Pielęgniarka, gdy zobaczyła, że się obudziłem, podeszła i coś mówiła. Gdy o coś pytała, skinąłem głową. Odeszła, a ja leżałem tak bez ruchu. Nigdy wcześniej tego nie doświadczyłem, ale musiałem prosić pielęgniarki, gdy chciałem się załatwić. Wydawało mi się to niezwykle krępujące. Zastanawiałem się, czy warto. Pomimo utraty nóg może to i lepiej. Teraz wrócę do Charlotte i dziecka. Tego bałem się najbardziej. Albo raczej tego, że nie doczekam kolejnego jej listu. Wieczorem przyszedł lekarz. Zimnym tonem oznajmił mi, że za jakiś czas wrócę do domu. Jak będę wychowywał to dziecko, skoro zostałem kaleką. Ta myśl mnie dobiła. Zacząłem płakać. Bez przerwy. Łzy lały mi się z oczu. Była już noc, a poduszka stała się mokra od łez. Kolejne dni mijały, zlewając się w jedno. Każdy był taki sam. Chciałem dotknąć trawy stopą, lecz już jej nie miałem. Liczyłem tylko na powrót do domu. Do Charlotte. Minął chyba tydzień albo dwa. Nie jestem pewien. List nie przyszedł. Oddali mi stary, ten, w którym pisała, że wszystko u nich dobrze i że poród się zbliża. Myślałem o nich. O tym, jak wtulę się w Charlotte. Jak razem będziemy kochać nasze dziecko. Jak je podniosę, ucałuję, będę tulił do snu i opowiadał bajki. Jak będę patrzył, jak uczy się chodzić i gdy po raz pierwszy coś powie. Widziałem jej uśmiech. Jej radość, gdy mnie zobaczy. Poprzedni list był niemal zniszczony. Brudny i poszarpany, lecz wciąż mogłem coś z niego odczytać. Robiłem to wiele razy. Oddali mi również pozostałe listy. Czytałem je raz za razem, oczekując na ten jeden, który miał nadejść. Sam napisałem list. Napisałem, że wracam. Nie napisałem dlaczego. Minął kolejny tydzień. List nie przyszedł. Zacząłem się martwić. Powinien już być. Nie mogłem przestać o nim myśleć. Układałem go sobie w głowie. Na początku w lazarecie sypiałem dobrze, o dziwo. Teraz sypiałem jak w okopach. Przez wiadomość, której nie dostałem, miałem wrażenie, że nawet gorzej. Minęły dwa tygodnie. Lekarz powiedział, że jutro wracam. Wsiądę do pociągu i pojadę do domu. To mnie nie pocieszało. Wolałbym spędzić jeszcze miesiąc w lazarecie, byleby dostać ten przeklęty list. Gdzie on jest. Co się stało. Coś musiało się stać. Na pewno. Umarła przy porodzie. Nie. To niemożliwe. Nie przesypiałem całych nocy, myśląc o tym. Następnego dnia znalazłem się w pociągu. Wszędzie było pełno chorych i kalek. Ja byłem jednym z nich. Po kilku godzinach dotarłem do domu. Zaprowadzili mnie na wózku do mieszkania. Było puste. Nie było Charlotte. Nie było dziecka.

Koniec

Komentarze

Cześć!

Przy wklejaniu tekstu rozjechało Ci się formatowanie – popraw proszę, inaczej trudno będzie to komukolwiek przeczytać.

Przy okazji zmień także oznaczenie z opowiadania na szorta. Opowiadania na portalu zaczynają się od 10k znaków. :)

Wybacz, że pierwszy komentarz pod jakimkolwiek Twoim tekstem na forum jest tak formalno-marudny! 

Nowa Fantastyka