- Opowiadanie: Lodfvn - Empatia

Empatia

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Empatia

Jak dziś pamiętam, kiedy dowiedzieliśmy się, że będziemy mieli dziecko. Był to najpiękniejszy, a zarazem najbardziej stresujący dzień w naszych życiach. Moja żona poszła więc do ginekologa niedługo potem. Okazało się, że to bliźniaki – chłopcy. Dość długo deliberowaliśmy, jak ich nazwiemy. Ostatecznie stanęło na tym, że dostali imiona Michał i Marcin. Ciąża przebiegała bezproblemowo, książkowo i spokojnie, toteż byliśmy dobrej myśli. Do czasu. Gdy przyszliśmy na wizytę kontrolną, lekarz powiedział: 

– Wyniki są…, że tak powiem… nietypowe – serce stanęło mi i mojej żonie w gardle. Nerwowo spoglądaliśmy na siebie z żoną i coraz mocniej trzymaliśmy się za ręce. Nie mogliśmy nic z siebie wyrzucić, wobec czego w gabinecie zapanowała grobowa cisza, a lekarz wpatrywał się w nas z żalem

– państwa synowie – kontynuował – posiadają pewną przypadłość, której ani przyczyny, ani skutku nie jesteśmy w stanie poznać. Nigdy nie spotkaliśmy się z taką, że tak powiem, mutacją. To, co wzbudziło nasze zainteresowanie, to synchronizacja ruchów chłopców. Na USG zauważyliśmy, że gdy jeden rusza nogą, drugi robi dokładnie to samo. Mamy jednak pewną hipotezę – stwierdził, wykładając ręce na stół, pytając się nas wzrokiem, czy chcemy ją usłyszeć. 

– Niech pan mówi – powiedziałem 

– Wraz z neurologami stwierdziliśmy, iż mutacji mogą podlegać neurony lustrzane chłopców. To znaczy, że jeśli jeden odczuwa, dajmy na to, smutek, drugi czuje dokładnie to samo. Niemniej dopóty tego nie stwierdzimy, dopóki chłopcy nie dorosną na tyle, by poddać ich badaniom -Słowa te brzmiały jak wyrok. Więc spytaliśmy, czy można z tym żyć. Lekarz spojrzał na nas. Widać było, że nie chce odpowiedzieć na to pytanie. Wzruszył podświadomie ramionami i powiedział: 

– Skłaniałbym się do stwierdzenia, że można, ale rzecz w tym, iż w literaturze medycznej nie ma opisanego takiego przypadku, więc musimy dmuchać na zimne. Nie jestem w stanie stwierdzić, jakie implikacje psychologiczne będzie niosła ze sobą ta mutacja. Sugerowałbym, żeby synowie zostali poddani bardziej szczegółowym badaniom, kiedy to będzie możliwe… Wszystko to, powtórzę to, hipoteza.

– Chciałbym, żeby to była tylko hipoteza – pomyślałem. 

Marcin i Michał urodzili się bezproblemowo. Moja żona mówiła, iż rodzenie nie sprawiło jej zbytniego bólu. Pomimo przeciwności losu trzymając chłopców w rękach, miałem ochotę płakać ze szczęścia. Pomimo strachu wobec tego, co może nadejść, cieszyłem się z tej chwili, jak tylko mogłem. Marcin był niemal dwa razy mniejszy i bardziej suchy od Michała, który był ogromny, pomarszczony. Pierwszy dawał mi wrażenie inteligenta, podczas gdy drugi – rozrabiaki i zawadiaki. 

Jednakże chwila zadowolenia przeminęła z wiatrem. Już następnego dnia musieliśmy na powrót skupić się na mutacji, bowiem lekarz zaprosił nas do siebie. Zlecił serię badań, które mieliśmy wykonać. Poklepał mnie po ramieniu, a chwilę potem przytulił, mówiąc – wierzę, że dacie sobie państwo radę – po czym nieśmiała łza spłynęła mu po poliku. Mojej żonie uścisnął dłoń, ale ona rzuciła mu się na szyję, błagając, by uzdrowił naszych synów. Po raz kolejny lekarz rozłożył ręce, zapewniając, iż zrobił wszystko, co mógł, a resztę muszą wykonać lekarze specjaliści.

Gdy osiedliśmy w domu, był późny lipiec. Zboża dookoła naszego domu dojrzewały, a w powietrzu unosił się zapach wiejskiego lata. Dzień, w którym Michał i Marcin zawitali po raz pierwszy w domu, zapamiętałem jako upalny, siarczysty i trudny w codziennym byciu. Rodzicielstwo wymagało od nas jednak mnóstwo heraklejskiej pracy. 

Z początku nasza rodzina funkcjonowała zgoła normalnie. Nie dostrzegaliśmy mutacji chłopców – żyli jak wszystkie dzieci – normalnie. Zdarzył się nawet taki okres, że zapominaliśmy o szpitalach i lekarzach neurologach, ale wtedy dzwonił do nas telefon albo przychodził sms z przypomnieniem o wizycie i fikcja idyllicznego domu legła w gruzach. 

Jedną sytuację pamiętam dość wyraźnie poprzez mgłę wspomnień. Chłopcy mieli wtedy po siedem lat. Siedzieliśmy z żoną w ogrodzie, na ławce, delektując się promieniami letniego słońca. Marcin i Michał bawili się razem poza ogrodzeniem w wojnę, bijąc się patykami, tak jakby były to miecze. Ten pierwszy po zakończeniu zabawy przechodził przez bramkę. Otwierała się ona do wewnątrz, także pchnął ją całym ciężarem swojego ciała. Za nim szedł Michał, którego Marcin nie zauważył. Puścił więc bramkę, która z całym impetem uderzyła jego brata w głowę. Obydwaj chłopcy w jednej chwili, jakby rażeni piorunem upadli na ziemię, trzymając się za łuk brwiowy. 

Krew zasłaniała Michałowi oczy, lejąc się jak potok. W tym samym momencie Marcin krzyczał niemiłosiernie: “boli, boli, boli… o tutaj!” i wskazywał na łuk brwiowy.

Kiedy dojechaliśmy do szpitala, Michała zabrano na salę operacyjną, podczas gdy my, wraz z Marcinem, czekaliśmy w izbie przyjęć. Ilekroć zakładano szew Michałowi, Marcin krzywił się, a chwilę potem płakał. Lekarze powiedzieli, że nie mogą nic zrobić. Że to fantomowy ból i że za moment przeminie. Jak bardzo się mylili.

Gdy chłopcy dorastali, widzieliśmy ich coraz rzadziej. Szkoła, wyjścia ze znajomymi, okres buntu. Wszystko to uderzyło w nas niespodziewanie. Jak wszyscy rodzice, myśleliśmy, że nas nie będzie to dotyczyć, bowiem chłopcy są grzeczni i nie będą sprawiać kłopotów. Jeśli owa nadzieja miała się sprawdzać, to sprawdzała się tylko w przypadku Michała, który uczył się na czwórki i piątki, a zachowanie miał wzorowe. Marcin był zupełnym przeciwieństwem swojego brata – ledwo co zdawał matematykę, a skargi na niego były chlebem powszednim. Niestety mogę coraz mniej pisać o nich oraz o ich przypadłości. Nie dość, że nie mogę obserwować ich zachowania, to jeszcze lekarze wymagają ode mnie, bym leżał bezczynnie i odpoczywał. Ile można jednak wegetować – to nie do zniesienia.

Tata zmarł na nowotwór przełyku. Szukałem rzeczy, które przypominałyby jego – znalazłem ten dziennik. O śmierci taty dowiedziałem się jako ostatni. Mój brat Marcin był drugi, zaraz po naszej mamie. Rozpacz zacząłem odczuwać już w szkole, kiedy pisałem sprawdzian z matematyki. Rozwiązywałem równania algebraiczne, kiedy znikąd zachciało mi się płakać. Ryczałem. Mocno i bez powodu. Nauczyciel podszedł do mnie, zapytał się mnie po cichu, czy nie chcę wyjść do łazienki. Wyszedłem. Siedziałem w kabinie toaletowej, na klozecie i płakałem, nie mogąc powstrzymać łez. Próbowałem myć twarz zimną wodą, ale nie pomagało. Próbowałem się wywietrzyć, ale to także nie pomagało. Wtedy do łazienki przyszedł dyrektor. “Chłopcze – powiedział – jedź do domu”. Pod szkołą stał już samochód mojej mamy. Wsiadłem, a serce krajało mi się, gdy widziałem jej rozmazany makijaż i mokre od łez spodnie. Wówczas się dowiedziałem. 

Kolejne dni spędzałem na wpatrywaniu się w ścianę i bezczynnym oglądaniu telewizji. Z początku chciałem zapomnieć, ale nie byłem w stanie. Jednego dnia próbowałem zasnąć, ale bezskutecznie. Pełnia księżyca rozświetlała mój pokój, a ja wpatrywałem się w sufit. Na moje nieszczęście łóżko stało pod skosem, także wpatrując się weń, nie mogłem nic wymyślić. Patrzyłem martwym wzrokiem na skos, który nie pobudza kreatywności. Gdy tak leżałem, poczułem nagły, atakujący serce, niepokój. Momentalnie zerwałem się z łóżka, by dowiedzieć się, dlaczego. Wyszedłem z pokoju i uchyliłem drzwi do pokoju Marcina. Wchodziłem powoli, aby go nie zbudzić, kroki stawiałem bezszelestnie. Spojrzałem na łóżko, ale Marcina w nim nie było. Zamiast tego było ono niepościelone, a poduszki leżały po drugiej stronie materaca. Wróciłem do siebie i wyjrzałem przez okno. Zauważyłem, jak Marcin wsiada na rower i odjeżdża. Nie wiedziałem gdzie. Martwiłem się o niego. Że może mu się stać krzywda.

Przebrałem się więc naprędce, zakładając ubrania, na wygląd których nie zwróciłem w ogóle uwagi. Schodziłem na dół po schodach, a niepokój nasilał się. Mama spała na kanapie z włączonym telewizorem, który wygłuszał moje kroki. Serce biło mi wówczas ze zdwojoną częstotliwością. Przemknąłem się przez salon i wyszedłem na dwór. Wziąłem swój, czerwony, rower i odjechałem. Nie wiedziałem, dokąd mam się udać. Postawiłem na intuicję. Gdy wiatr wdzierał mi się we włosy, a łzy skapywały przez powietrze, które wchodziło w oczy, czułem spokój ducha. Dosłowny brak emocji. Jechałem bez celu. 

Wtedy moja głowa zaczęła przeczesywać zakamarki wspomnień i… Przypomniałem sobie. Marcin opowiadał mi kiedyś o opuszczonej elektrowni, do której chodził ze znajomymi. Wielokrotnie powtarzałem mu, żeby tam nie chodził. – To niebezpieczne! – unosiłem głos. Nigdy mnie nie słuchał, co za każdym razem stresowało mnie jeszcze bardziej. Do dziś pamiętam fale strachu bez przyczyny, wtedy, kiedy odjeżdżał. Dokładnie ta sama gamma emocji, co wtedy, nawiedziła mnie tamtej nocy. Pędziłem ile sił w nogach, by dotrzeć do elektrowni jak najszybciej. Żeby mojemu bratu nic się nie stało.

Zobaczyłem go. On i jego znajomi rzucili w krzaki rowery, jakby śpiesząc się. Wszystko dookoła było zarośnięte. Tylko jedna, wąska i wydeptana ścieżka odstawała od reszty i przypominała portal do zupełnie innego świata. Mój brat szedł ostatni. Gdy widziałem go, przedzierającego się przez krzaki, czułem lęk nie do opisania. Bałem się o jego życie, lecz jednocześnie byłem sparaliżowany przed tym, by rzucić się i zatrzymać go. Wpatrywałem się więc na to jak znika w zaświatach. Chwilę później dołączyłem i ja. Stanąłem przed ścieżką. Oświetlało ją światło odbite z księżyca. Czułem, jak serce podchodzi mi do gardła. Myślałem, że zwymiotuję, ale wziąłem trzy głębokie wdechy, a mdłości przeszły.

Zacząłem przedzierać się przez krzaki. Wyobrażałem sobie, iż jestem poszukiwaczem przygód, który z maczetą przebija się przez dżunglę, aby odkryć zakopany głęboko skarb lub El Dorado. Spoglądałem na ziemię, idąc za śladami masywnych glanów. Towarzyszyły im niewielkie odciski trampek oraz te, które kojarzyłem z naszego podwórka. Zbyt długo patrzyłem pod siebie, gdyż usłyszałem niepokojący dźwięk. Podniosłem wzrok i wtedy… Z impetem wpadłem na gałąź. Przewróciła mnie na rozmokłe i zimne błoto. Nie miałem ochoty wstawać. Nie miałem pojęcia, która jest godzina ani gdzie w ogóle się znajduję. Bałem się. Niemniej uniosłem się dosyć sprawnie, świadom swego celu. Pocierałem sobie głowę ręką, licząc na to, że ból w jakiś cudowny sposób zniknie. Wmawiałem sobie, że zaatakowała mnie czarna, masywna i umięśniona pantera. Obaliła mnie, a ja walczyłem ostatkami sił i w przypływie adrenaliny ugodziłem ją moją maczetą. Umarła, a ja… Wtedy moim oczom ukazał się gmach elektrowni. Podrujnowany i sypiący się budynek ledwo stał na fundamentach. Lewa ściana jednego z kominów była pokruszona, jakby miała się zawalić. 

Nie mogłem dostrzec ani śladów, ani znajomych Marcina. Obróciłem się, ale nie widziałem drogi powrotnej. Wtedy coś ukuło mnie w prawą nogę. Zacząłem skakać na lewej. Zdjąłem buta, skarpetkę, ale na mojej stopie nie znajdowała się żadna rana. W jednej chwili obleciał mnie strach. Ściągnąłem drugiego buta, by nikt ze środka nie był w stanie usłyszeć moich kroków, potem wbiegłem bez zawahania do środka elektrowni. Stanąłem w bezruchu. Głosy na górnym piętrze dochodziły do moich uszu, a więc momentalnie tam poszedłem. Bezszelestnie wspinałem się po schodach. Przeszedł mnie nagły dreszcz spowodowany nocnym chłodem tudzież rozpierająca serce euforia. Dojrzałem Marcina z jego znajomymi. Schowałem się za murkiem. Miał on niewielki otwór, przez który spoglądałem. 

Po jego lewej siedziała skąpo ubrana blondynka z niebieskimi oczyma, która na nogach miała starte trampki, a po jego prawej – łysy i masywny mężczyzna z glanami. Wszyscy trzymali w swoich rękach piwo. Palili papierosy i spoglądali na księżyc w pełni, przebijający się przez korony drzew. Łysy poklepał Marcina po plecach, mówiąc mu, że wszystko będzie dobrze. Zaczął opowiadać jak sam stracił ojca. 

– Co prawda nie umarł – mówił – ale od dobrych kilku lat siedzi w więzieniu na dożywocie. To trochę jakby umarł. Prawda? – Zarówno blondynka, jak i Marcin, przytaknęli. – Kiedy się o tym dowiedziałem miałem ochotę spalić świat. Dolać benzyny do palących się lasów, podłożyć bomby, gdziekolwiek się da. Ale to uczucie przeminęło… Potem przyszła tylko rozpacz i nienawiść do ojca… za to, co zrobił.

– Ja też – zaczęła blondynka, kładąc swą dłoń na kolanie Marcina – kogoś straciłam. Może nie był to człowiek, ale śmierć jest śmiercią nawet wtedy, gdy umiera nic nieznacząca mrówka. Mówię o moim psie. Mika. Tak się nazywała. Była zadowolona dzień w dzień. Miała puchaty ogonek. Jak lisek. Tylko umaszczenie miała szare. W zasadzie to z nią dorastałam. Wychowała mnie jak swojego szczeniaczka. Do dziś trzymam na lodówce zdjęcie, jak trzymam ją w swoich objęciach. Dnie i noce mijały, a ona zawsze była. Wtedy przyszło najgorsze. Pewnego razu obudziłam się i… i klata była pusta. Samochodu nie było na podjeździe. Zbiegłam ile sił w nogach, wyszłam na dwór i usiadłam na kostce podjazdu, czekając. Spędziłam tak dobre trzy godziny. Wtedy przyjechali. Z informacją. – Blondynka rozpłakała się, a Marcin objął ją. 

Wtedy coś poczułem. Nagle krajobraz mojego życia zmienił się w portret kobiety z niebieskimi oczami i błyszczącymi jak złoto włosami. Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Zazdrościłem Marcinowi, że mógł ją trzymać w swych rękach. To przecież ja. To ja ją kochałem, a nie on. To jest moje uczucie – pomyślałem – I nie pozwolę, by mi je skradł. Odwróciłem się na pięcie. Znalazłem przejście, wyrzuciłem niebieski rower głębiej w krzaki. Wziąłem swój i odjechałem do domu. 

Gdy otworzyłem drzwi wejściowe, mama dalej spała, a ja poszedłem do swojego pokoju. Zdjąłem zabłocone ubrania i położyłem się pod kołdrą. 

Zaczynało już świtać, kiedy Marcin bez pukania wtargnął do mojego pokoju: 

– Co zrobiłeś z moim rowerem! – krzyknął, a ja byłem zbyt zaspany, by cokolwiek mu odpowiedzieć. – Mów! 

– Co? – wyjęknąłem, przecierając oczy. 

– Co zrobiłeś z moim rowerem! – powtórzył, artykułując każde słowo z gracją oratora. 

– Nie ruszałem twojego roweru, człowieku odczep się ode mnie 

– To ty nie chcesz się ode mnie odczepić! Gdziekolwiek nie pójdę, tam widzę twój parszywy łeb. 

-Z tym parszywym łbem to przesadziłeś – rzuciłem się na mojego brata i zacząłem okładać go otwartymi dłońmi. Czułem ból, ale nie przestawałem. Odwinął się, zepchnął mnie z siebie i przejął inicjatywę. Usiadł na mnie, zablokował mi ręce i spojrzał mi prosto w twarz. 

– Wczoraj też cię widziałem. Jak śliniłeś się za murkiem do Karoliny! 

– Kim jest Karolina?!

– Nie udawaj, że nie wiesz. 

– Pierdol się! Zabierzesz mi wszystko, co moje. Tak? Odbierasz mi uczucia i uznajesz je za swoje. Kim jestem, jeśli nie tobą? Moje uczucie do Karoliny to twoje uczucie. Patrzysz na to zbyt 

– Zamknij się już… Dobra?! – przerwał mi Marcin 

– Oj, nie zamknę się, bo boisz się tego, co powiem. Boisz? 

– Zamknij się! 

– Patrzysz na to tak bardzo egoistycznie. Tyle lat oddawałem ci uczucia, żebyś poczuł się jak człowiek. Do śmierci taty tak robiłem. Teraz chcę odzyskać siebie. Teraz chcę uczucia z powrotem. Teraz chcę Karoliny. – Marcin uderzył mnie z głowy, po czym upadł na podłogę, trzymając się za czoło. Uwolniwszy rękę, leżałem dokładnie jak on. Finalnie uścisnęliśmy sobie dłoń, ale nie wybaczyliśmy sobie. Kwestię Karoliny pozostawiliśmy w zawieszeniu. Gdy zeszliśmy do salonu, mama wciąż spała. Ostatnimi czasy spała po kilkanaście godzin dziennie. Całe szczęście, były wakacje, także nie musieliśmy chodzić z Marcinem do szkoły, a mama nie musiała załatwiać nam transportu. 

Trzy dni po tych wydarzeniach Marcina zaczęły nachodzić dreszcze. Miał ogromną gorączkę, a głowa bolała go tak, jakby ktoś zrzucał mu na nią kowadło. Próbowałem obudzić mamę, ale nie wstawała. Sam odczuwałem symptomy Marcina. Może nie tak jak on – nie tak dokładnie, ale wiedziałem, z czym się one jedzą. Zadzwoniłem na pogotowie. Ratownicy przyjechali sprawnie. Również próbowali obudzić mamę, ale bezskutecznie. Wzięli nas do jednej karetki, bo osowiałość nawiedziła też mnie. Gdy leżeliśmy na noszach, klepałem Marcina po plecach, mówiąc, że wszystko będzie dobrze.

Słyszałem, jak ratownicy mówili, że trzeba mu podać szczepionkę na tężec. Zapytali mnie, czy brat miał kontakt z jakimiś zardzewiałymi gwoździami lub coś w tym stylu. Odpowiedziałem, by sprawdzili prawą nogę. Okazało się, iż wdało się tam zakażenie.

Aktualnie piszę to na łóżku szpitalnym. Nie wiem, co może stać się Marcinowi, a w konsekwencji ze mną. Jesteśmy bowiem jednością. Zrozumiałem to, gdy jechaliśmy razem w karetce. Jesteśmy braćmi syjamskimi bez fizycznego połączenia. Próbowaliśmy rozdzielić się od siebie, ale bezskutecznie. Niemniej, czy człowiek może dzielić życie z innym w całości?

Kocham Cię, Tato. 

Byłam zdziwiona, gdy okazało się, iż mój mąż prowadził dziennik. Pisał też wiersze i powieści – do szuflady, rzecz jasna. Do szpitala przyjechałam z opóźnieniem. Michał wręczył mi dziennik i powiedział, żebym postawiła kropkę. Obiecałam mu to. Niedługo potem dowiedzieliśmy się, że Marcina nie udało się odratować. Zmarł o 12:41. O 12:42 zmarł Michał. Lekarze odkryli, iż jego serce fizycznie pękło na pół, co doprowadziło do zgonu. Nasze szczęście okazało się przekleństwem. 

 

Koniec

Komentarze

Hej,

zacznę od fragmentów listowanych na bieżąco, na końcu będzie podsumowanie. :)

 

Wyniki są…, że tak powiem… nietypowe

Nietypowa jest również decyzja, aby po wielokropku postawić przecinek. :D 

 

 

nietypowe – serce stanęło mi i mojej żonie w gardle.

Po pierwsze, zapis dialogu. 

nietypowe. – Serce

Po drugie, aktualnie z tego zdania wynika, że mieli jedno serce. Bardzo romantyczna wizja!

 

lekarz wpatrywał się w nas z żalem

– państwa synowie – kontynuował

Zabrakło kropki po żalu i wielkiej litery przy państwie.

 

(Ogólnie tekst jest dość niechlujny, jeżeli chodzi o wielkie litery na początku zdań, brakujące spacje i tak dalej – w dalszej części nie skupiam się już nad tym, żeby nie psuć sobie przyjemności z lektury, bo historią jestem, póki co, zainteresowany!)

 

Podoba mi się koncept na robiących te same gesty chłopców, budzi skojarzenie z Kabuki Twins z Cyberpunka. Natomiast w pewnym momencie mnie zgubiłeś.

Z jednej strony piszesz, że lekarze zorientowali się, że doszło do mutacji, ponieważ na USG dostrzegli, że dzieciaki wykonują identyczne ruchy. To jest mocne, obrazowe, bardzo fajne. Tylko że później pojawia się taki fragment:

Z początku nasza rodzina funkcjonowała zgoła normalnie. Nie dostrzegaliśmy mutacji chłopców – żyli jak wszystkie dzieci – normalnie. Zdarzył się nawet taki okres, że zapominaliśmy o szpitalach i lekarzach neurologach, ale wtedy dzwonił do nas telefon albo przychodził sms z przypomnieniem o wizycie i fikcja idyllicznego domu legła w gruzach. 

I ja z niego rozumiem, że to nie jest stały element ich codzienności (skoro mutacji można nie dostrzegać). Czy w takim razie w czasie życia płodowego mutacja dawała silniejsze efekty? 

W skrócie: zastanawiam się, jak coś, co dało się dostrzec na USG, mogło być niezauważalne po porodzie.

Dopiero później przywołujesz scenę, w której jeden z chłopców rozbija sobie głowę i drugi to czuje. Od tego czasu staje się dla mnie jasne, że ta przypadłość działa raczej wyrywkowo, w co bardziej intensywnych momentach. I spoko, jestem w stanie to kupić i czytać dalej z zainteresowaniem tekst, w którym bliźniacze współodczuwanie jest podkręcone do ekstremum, ale wolałbym, żeby informacje od lekarza z początku były dużo bardziej zdawkowe – lub żebyś we wczesnym etapie tekstu dodał fragment, gdzie te mocne słowa lekarza (obrazem i faktami!) osłabiasz, mówiąc, że jednak nie było tak źle, szybko przekonaliśmy się, że mutacja…

Tyle lat oddawałem ci uczucia, żebyś poczuł się jak człowiek. Do śmierci taty tak robiłem. Teraz chcę odzyskać siebie. Teraz chcę uczucia z powrotem.

Bardzo mocne wyznanie. Szkoda, że niezbyt nabudowane wcześniej.

 

No dobra, to teraz o ogólnych wrażeniach. Ujmując rzecz najkrócej – bardzo dobry pomysł i niedorastające mu wykonanie.

Zbudowałeś sobie punkt wyjścia, z którego naprawdę można zajść w bardzo interesujące miejsca. Przy czym nie mówię tutaj o gadce lekarza o mutacji, bo ona wg mnie więcej gmatwa niż pomaga. Chodzi mi o moment, w którym dzieciak dostaje w głowę, a drugi odczuwa to tak mocno, że aż upada. O tym, że bliźniaki się wyczuwają w jakiś sposób, pisano już sporo mniej lub bardziej naukowych rzeczy. Wzięcie tego jako fundament i postawienie sobie pytania a co, jeżeli zwiększyć moc współodczuwania? to idea z ogromnym potencjałem.

Później miałeś jeszcze kilka dobrych fragmentów, gdzie oczywiście na pierwszy plan wybija się miłość obu do tej samej dziewczyny. Konflikt idealny, wyprowadzony z ciekawego twistu – na samym tym byłbyś w stanie napisać długi, mięsisty tekst.

Mam wrażenie, że najgorzej dla tekstu przemawia (poza niechlujnym wykonaniem) próba uchwycenia zbyt wielu wątków. W efekcie za szybko gnasz z akcją. Rozważ skupienie się na tym, co może być motorem opowieści i pozostawienie temu więcej miejsca. Na przykład ani ojciec, ani matka, nie są w tej historii interesujący, niczego do niej nie wnoszą. Pierwsze, moim zdaniem, rzeczy do wycięcia to cały wstęp poprowadzony przez ojca, z rozmową z lekarzem na czele (scenę z rozbitą głową należy zachować!). 

Choć z komentarza może to do końca nie wybrzmiewać, lektury nie żałuję! :) 

Sam fakt, że w wieku 18 lat podjąłeś się napisania opowiadania o empatii, uważam za wyczyn i naprawdę to podziwiam. To nie jest łatwy temat.

Jednocześnie widać, że jest to jedna z Twoich pierwszych prób pisarskich. Tekst ma sporo typowych dla tego etapu mankamentów: dużo zgrzytów językowych, momentami nienaturalne dialogi, przeładowanie wątkami i pomysłami, miejscami zbyt wiele tłumaczenia czytelnikowi. Ale to jest całkowicie normalny etap. W zasadzie każdy, kto zaczyna pisać, musi przez niego przejść. Warsztat buduje się przede wszystkim przez pisanie, czytanie, poprawianie własnych tekstów i dyscyplinę.

Dlatego zamiast rozpisywać Ci tutaj kilkadziesiąt szczegółowych uwag do poszczególnych zdań, polecę jedną książkę: „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” Stephena Kinga. Myślę, że na tym etapie da Ci znacznie więcej niż lista błędów w jednym konkretnym opowiadaniu.

Bardzo trzymam kciuki, żebyś pisał dalej. Jeśli będziesz to robił regularnie, za rok czy dwa sam spojrzysz na ten tekst i zobaczysz rzeczy, których dzisiaj jeszcze nie jesteś w stanie dostrzec. 

Lodfvnie, zdumiewa mnie, że podjąłeś się tak trudnego tematu, a jednocześnie martwi, że nie do końca podołałeś zadaniu, albowiem historię Michała i Marcina opowiedziałeś dość chaotycznie. Domyślam się, z racji na Twój wiek, że jesteś na początku drogi pisarskiej i życzę, abyś nie natrafiał na niej na wiele wybojów, ale chyba zdajesz sobie sprawę, że to nie będzie droga łatwa.

Zgadzam się z opiniami wcześniej komentujących, a od siebie – jako że wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia, dołączam łapankę.

Mam wrażenie, że może zainteresować Cię ten wątek: http://www.fantastyka.pl/loza/17

Życzę powodzenia w dalszej pracy twórczej. :)

 

Jak dziś pa­mię­tam, kiedy do­wie­dzie­li­śmy się, że bę­dzie­my mieli dziec­ko. Był to naj­pięk­niej­szy, a za­ra­zem naj­bar­dziej stre­su­ją­cy dzień w na­szych ży­ciach. → A może: Pa­mię­tam to jak dziś… Kiedy do­wie­dzie­li­śmy się, że bę­dzie­my mieć dziec­ko, był to naj­pięk­niej­szy, a za­ra­zem naj­bar­dziej stre­su­ją­cy dzień w naszym życiu.

Życie nie ma liczby mnogiej. https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Zycie;20113.html

 

– Wy­ni­ki są…, że tak po­wiem… nie­ty­po­we – serce sta­nę­ło mimojej żonie w gar­dle. → Pierwszy wielokropek jest zbędny. Po wielokropku nie stawia się przecinka. Brak kropki po wypowiedzi. Narracji nie zapisujemy jak didaskaliów.

Proponuję: – Wy­ni­ki są, że tak po­wiem… nie­ty­po­we.

Serca sta­nę­ły nam w gar­dle. Lub: Nasze serca na chwilę przestały bić.

Tu znajdziesz wskazówki jak zapisywać dialogi.

 

Nie mo­gli­śmy nic z sie­bie wy­rzu­cić… → A może: Nie mogliśmy dobyć z siebie głosu… Lub: Nie mo­gli­śmy nic wyrzec…/ powiedzieć

 

pań­stwa sy­no­wie – kon­ty­nu­ował – po­sia­da­ją pewną przy­pa­dłość… → Przypadłość chybanie jest czymś, co można posiadać.

Proponuję: Pań­stwa sy­no­wie – kon­ty­nu­ował – cierpią na/ mają pewną przy­pa­dłość…

 

py­ta­jąc się nas wzro­kiem, czy chce­my ją usły­szeć. → …py­ta­jąc nas wzro­kiem, czy chce­my ją usły­szeć.

Pytał przyszłych rodziców, nie siebie. 

 

do­pó­ki chłop­cy nie do­ro­sną na tyle, by pod­dać ich ba­da­niom -Sło­wa te brzmia­ły jak wyrok. → Brak kropki po wypowiedzi. Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza. Winno być:

do­pó­ki chłop­cy nie do­ro­sną na tyle, by pod­dać ich ba­da­niom. – Sło­wa te brzmia­ły jak wyrok.

 

Chciał­bym, żeby to była tylko hi­po­te­za – po­my­śla­łem. → Pierwsza półpauza jest zbędna. Przed myśleniem nie stawia się półpauzy

Proponuję: Chciał­bym, żeby to była tylko hi­po­te­za – po­my­śla­łem. 

Tu znajdziesz wskazówki, jak można zapisywać myśli bohaterów.

 

Moja żona mó­wi­ła, iż ro­dze­nie nie spra­wi­ło jej zbyt­nie­go bólu. → Zbędny zaimek – bohater nie mówiłby o odczuciach cudzej żony.

 

Mar­cin był nie­mal dwa razy mniej­szy i bar­dziej suchy od Mi­cha­ła… → Na czy polegała suchość noworodka?

 

Pierw­szy dawał mi wra­że­nie in­te­li­gen­ta, pod­czas gdy drugi – roz­ra­bia­ki i za­wa­dia­ki. → Nie wydaje mi się, aby wrażenie było czymś, co można dać. Rozrabiaka i zawadiaka to synonimy, znaczą to samo.

Proponuję: Pierw­szy sprawiał wra­że­nie in­te­li­gen­ta, pod­czas gdy drugi – za­wa­dia­ki.

Choć nie pojmuję, jak można odnieść podobne wrażenia, patrząc na noworodki.

 

Po­kle­pał mnie po ra­mie­niu, a chwi­lę potem przy­tu­lił, mó­wiąc – wie­rzę, że dacie sobie pań­stwo radę – po czym nie­śmia­ła łza spły­nę­ła mu po po­li­ku. → Wypowiedź dialogową zapisujemy w nowym wierszu. Brak kropki po wypowiedzi. Didaskalia wielką literą. Winno być:

Po­kle­pał mnie po ra­mie­niu, a chwi­lę potem przy­tu­lił, mó­wiąc:

Wie­rzę, że dacie sobie pań­stwo radę.Po czym nie­śmia­ła łza spły­nę­ła mu po po­licz­ku.

 

Gdy osie­dli­śmydomu, był późny li­piec. Zboża do­oko­ła na­sze­go domu doj­rze­wa­ły, a w po­wie­trzu uno­sił się za­pach wiej­skie­go lata. Dzień, w któ­rym Mi­chał i Mar­cin za­wi­ta­li po raz pierw­szy w domu, za­pa­mię­ta­łem jako upal­ny, siar­czy­sty i trud­ny w co­dzien­nym byciu. → Czy na pewno osiedli w domu? A gdzie mieszkali wcześniej? Powtórzenia. Na cym polegała siarczystość dnia?

Proponuję: Gdy przywieźliśmy chłopców do domu, był późny li­piec. Wokół dojrzewały zboża, w powietrzu unosił się zapach wiejskiego lata. Za­pa­mię­ta­łem panujący wtedy upał i przewidywałem trudy codziennego życia.

 

Ro­dzi­ciel­stwo wy­ma­ga­ło od nas jed­nak mnó­stwo he­ra­klej­skiej pracy. → Bez przesady – rodzicielstwo to nie zabicie hydry lernejskiej ani czyszczenie stajni Augiasza czy zdobycie jabłek z ogrodu Hesperyd, że na trzech pracach Heraklesa poprzestanę.

Proponuję: Ro­dzi­ciel­stwo wy­ma­ga­ło od nas jed­nak mnó­stwa pracy i wiele samozaparcia

 

Otwie­ra­ła się ona do we­wnątrz, także pchnął ją całym cię­ża­rem swo­je­go ciała. → Otwie­ra­ła się ona do we­wnątrz, tak że pchnął ją całym cię­ża­rem ciała.

Sprawdź znaczenie wyrażenia także. Zbędny zaimek – wszak nie użyłby cudzego ciała.

 

Pu­ścił więc bram­kę, która z całym im­pe­tem ude­rzy­ła jego brata w głowę. → Zbędny zaimek. Tam nie było innych braci.

 

Mar­cin krzy­czał nie­mi­ło­sier­nie: “boli, boli, boli… o tutaj!” i wska­zy­wał na łuk brwio­wy. → Raczej:

Mar­cin krzy­czał wniebogłosy:

– Boli, boli, boli… o tutaj! – I wska­zy­wał łuk brwio­wy.

Wskazujemy coś, nie na coś.

 

Mar­cin był zu­peł­nym prze­ci­wień­stwem swo­je­go brata… → Zbędny zaimek.

 

Tata zmarł na no­wo­twór prze­ły­ku. → Dlaczego to zdanie jest wyboldowane?

 

Szu­ka­łem rze­czy, które przy­po­mi­na­ły­by jego… → A może: Szu­ka­łem rze­czy, które by go przy­po­mi­na­ły­

 

Roz­wią­zy­wa­łem rów­na­nia al­ge­bra­icz­ne, kiedy zni­kąd za­chcia­ło mi się pła­kać. → Wydarzenie nie dzieje się znikąd.

Proponuję: Roz­wią­zy­wa­łem rów­na­nia al­ge­bra­icz­ne, kiedy nagle/ znienacka/ raptownie, za­chcia­ło mi się pła­kać.

 

Na­uczy­ciel pod­szedł do mnie, za­py­tał się mnie po cichu… → Na­uczy­ciel pod­szedł do mnie, za­py­tał mnie po cichu

Nauczyciel pytał ucznia, nie siebie.

 

Sie­dzia­łem w ka­bi­nie to­a­le­to­wej, na klo­ze­cie i pła­ka­łem… → Wiemy, dokąd poszedł, więc wystarczy: Sie­dzia­łem w ka­bi­nie na klo­ze­cie i pła­ka­łem

 

Wtedy do ła­zien­ki przy­szedł dy­rek­tor. Chłop­cze – po­wie­dział – jedź do domu. Pod szko­łą stał już sa­mo­chód mojej mamy. → Winno być:

Wtedy do ła­zien­ki przy­szedł dy­rek­tor.

– Chłop­cze – po­wie­dział – jedź do domu.

Pod szko­łą stał już sa­mo­chód mamy.

 

Ko­lej­ne dni spę­dza­łem na wpa­try­wa­niu się w ścia­nę i bez­czyn­nym oglą­da­niu te­le­wi­zji. → Oglądanie telewizji jest czynnością, więc raczej: Ko­lej­ne dni spę­dza­łem na wpa­try­wa­niu się w ścia­nę i bezmyślnym oglą­da­niu te­le­wi­zji.

 

Jed­nego­ dnia pró­bo­wa­łem za­snąć, ale bez­sku­tecz­nie. Peł­nia księ­ży­ca roz­świe­tla­ła mój pokój, a ja wpa­try­wa­łem się w sufit. → Skoro księżyc w pełni rozświetlał pokój, to nie mógł być dzień.

Proponuję pierwsze zdanie: Pewnego razu pró­bo­wa­łem za­snąć, ale bez­sku­tecz­nie.

 

łóżko stało pod sko­sem, także wpa­tru­jąc się weń… → …łóżko stało pod sko­sem, tak że wpa­tru­jąc się weń

 

Mar­ci­na w nim nie było. Za­miast tego było ono nie­po­ście­lo­ne, a po­dusz­ki le­ża­ły po dru­giej stro­nie ma­te­ra­ca. → A może: …Mar­ci­na w nim nie było. Pościel była rozgrzebana, a po­dusz­ki le­ża­ły po dru­giej stro­nie ma­te­ra­ca.

 

Mar­cin wsia­da na rower i od­jeż­dża. Nie wie­dzia­łem gdzie. → …Mar­cin wsia­da na rower i od­jeż­dża. Nie wie­dzia­łem dokąd.

 

Prze­bra­łem się więc na­pręd­ce, za­kła­da­jąc ubra­nia, na wy­gląd któ­rych… → Prze­bra­łem się więc na­pręd­ce, za­kła­da­jąc ubra­nie, na wy­gląd którego

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, którą ktoś wkłada to ubranie.

 

Scho­dzi­łem na dół po scho­dach, a nie­po­kój na­si­lał się. → Masło maślane – czy można schodzić po schodach na górę?

Wystarczy: Szedłem na dół, a nie­po­kój na­si­lał się.

 

Mama spała na ka­na­pie z włą­czo­nym te­le­wi­zo­rem, który wy­głu­szał moje kroki. → Czy dobrze rozumiem, że to była kanapa z włączonym telewizorem?

A może: Mama spała na ka­na­pie, telewizor był włączony i za­głu­szał moje kroki.

 

 …do któ­rej cho­dził ze zna­jo­my­mi. Wie­lo­krot­nie po­wta­rza­łem mu, żeby tam nie cho­dził. – To nie­bez­piecz­ne! – uno­si­łem głos. Nigdy mnie nie słu­chał… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …do któ­rej cho­dził ze zna­jo­my­mi. Wie­lo­krot­nie po­wta­rza­łem mu, żeby tam nie łaził.

– To nie­bez­piecz­ne! – przestrzegałem podniesionym głosem, ale nigdy mnie nie słu­chał

 

Do­kład­nie ta sama gamma emo­cji… → Do­kład­nie ta sama gama emo­cji

Sprawdź znaczenie słowa gammagama.

 

jed­no­cze­śnie byłem spa­ra­li­żo­wa­ny przed tym, by rzu­cić się i za­trzy­mać go. → A może: …jed­no­cze­śnie coś mnie blokowało przed tym, by rzu­cić się i za­trzy­mać go.

 

Wpa­try­wa­łem się więc na to jak znika w za­świa­tach. → Wpatrujemy się w coś, nie na coś. Czy na pewno znikał w zaświatach?

Proponuję: Wpa­try­wa­łem się więc, jak znika w zaroślach. Lub: Patrzyłem więc, jak znika w zaroślach.

 

Oświe­tla­łoświa­tło od­bi­te z księ­ży­ca. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Rozjaśniało ją świa­tło księ­ży­ca.

 

idąc za śla­da­mi ma­syw­nych gla­nów. → …idąc po śladach ma­syw­nych gla­nów.

 

Z im­pe­tem wpa­dłem na gałąź. Prze­wró­ci­ła mnie na roz­mo­kłe i zimne błoto. → To nie gałąź go przewróciła, więc w drugim zdaniu: Przewróciłem się na roz­mo­kłe i zimne błoto.

 

Nie mia­łem ocho­ty wsta­wać. Nie mia­łem po­ję­cia, która jest go­dzi­na… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję w drugim zdaniu: Nie wiedziałem, która jest go­dzi­na

 

gdzie w ogóle się znaj­du­ję. Bałem się. Nie­mniej unio­słem się dosyć spraw­nie świa­dom swego celu. → Lekka siękoza. Zbędny zaimek.

Proponuję: …gdzie w ogóle jestem. Bałem się. Nie­mniej wstałem dosyć spraw­nie, świa­dom celu.

 

Po­cie­ra­łem sobie głowę ręką, li­cząc na to, że ból w jakiś cu­dow­ny spo­sób znik­nie. → Zbędny zaimek. Czy dookreślenie jest konieczne – czy mógł pocierać głowę nie używając ręki?

Proponuję: Po­cie­ra­łem/ Masowałem głowę, li­cząc, że ból w jakiś cu­dow­ny spo­sób znik­nie.

 

Wtedy moim oczom uka­zał się gmach elek­trow­ni. → A może zwyczajnie: Wtedy zobaczyłem elek­trow­nię.

Wszak elektrownia była w ruinie, więc trudno mówić o gmachu.

 

Wtedy coś ukuło mnie w prawą nogę. → Wtedy coś ukłuło mnie w prawą nogę.

Sprawdź znaczenie słów ukućukłuć.

 

Zdją­łem buta, skar­pet­kę, ale na mojej sto­pie nie znaj­do­wa­ła się żadna rana. → Zdją­łem but, skar­pet­kę, ale na sto­pie nie było żadnej rany.

Tu znajdziesz odmianę rzeczownika but.

 

Ścią­gną­łem dru­gie­go buta… → Ścią­gną­łem dru­gi but

 

by nikt ze środ­ka nie był w sta­nie usły­szeć moich kro­ków, potem wbie­głem bez za­wa­ha­nia do środ­ka elek­trow­ni. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …by nikt ze znajdujących się środku, nie był w sta­nie usły­szeć moich kro­ków, potem wbie­głem do elek­trow­ni.

 

Głosy na gór­nym pię­trze do­cho­dzi­ły do moich uszu, a więc mo­men­tal­nie tam po­sze­dłem. → A może zwyczajnie: Usłyszałem głosy na piętrze, więc natychmiast tam po­sze­dłem.

 

Doj­rza­łem Mar­ci­na z jego zna­jo­my­mi. → A może: Doj­rza­łem Mar­ci­na i jego zna­jo­my­ch.

 

Miał on nie­wiel­ki otwór, przez który spo­glą­da­łem. → Był w nim nie­wiel­ki otwór, przez który spo­glą­da­łem.

 

Po jego lewej sie­dzia­ła skąpo ubra­na blon­dyn­ka z nie­bie­ski­mi oczy­ma… → Widział w nocy i z odległości kolor oczu dziewczyny?

 

łysy i ma­syw­ny męż­czy­zna z gla­na­mi. → Czy mężczyzna miał glany ze sobą, czy może miało być: …łysy i ma­syw­ny męż­czy­zna w glanach.

 

Wszy­scy trzy­ma­li w swo­ich rę­kach piwo. → Zbędny zaimek.

 

Za­czął opo­wia­dać jak sam stra­cił ojca– Co praw­da nie umarł – mówił – ale od do­brych kilku lat sie­dzi w wię­zie­niu na do­ży­wo­cie. To tro­chę jakby umarł. Praw­da? – Za­rów­no blon­dyn­ka, jak i Mar­cin, przy­tak­nę­li. → Winno być:

Za­czął opo­wia­dać jak sam stra­cił ojca:

– Co praw­da nie umarł – mówił – ale od do­brych kilku lat odsiaduje w wię­zie­niu do­ży­wo­cie. To tro­chę jakby umarł. Praw­da? – Za­rów­no blon­dyn­ka, jak i Mar­cin, przy­tak­nę­li.

 

– Ja też – za­czę­ła blon­dyn­ka, kła­dąc swą dłoń na ko­la­nie Mar­ci­na… → Zbędny zaimek.

 

zdję­cie, jak trzy­mam ją w swo­ich ob­ję­ciach. → Jak wyżej.

 

Pewnego razu obudziłam się i… i klata była pusta. → Jaka klata?

 

Za­zdro­ści­łem Mar­ci­no­wi, że mógł ją trzy­mać w swych rę­kach. → A może: Za­zdro­ści­łem Mar­ci­no­wi, że mógł ją obejmować.

 

To jest moje uczu­cie – po­my­śla­łem I nie po­zwo­lę, by mi je skradł. → To jest moje uczu­cie – po­my­śla­łem. I nie po­zwo­lę, by mi je skradł.

 

Zdją­łem za­bło­co­ne ubra­nia… → Zdją­łem za­bło­co­ne ubra­nie

 

Co? – wy­jęk­ną­łem, prze­cie­ra­jąc oczy. -> – C-co? – wyjąkałem, prze­cie­ra­jąc oczy.

 

po­wtó­rzył, ar­ty­ku­łu­jąc każde słowo z gra­cją ora­to­ra. ->Pewnie miało być: …po­wtó­rzył, wymawiając każde słowo z dykcją ora­to­ra.

Sprawdź znaczenie słów gracjadykcja.

 

-Z tym par­szy­wym łbem to prze­sa­dzi­łeś – rzu­ci­łem się na mo­je­go brata i za­czą­łem okła­dać go otwar­ty­mi dłoń­mi. → Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza. Brak kropki po wypowiedzi. Didaskalia wielką literą. Zbędny zaimek. Winno być:

Z tym par­szy­wym łbem to prze­sa­dzi­łeś. Rzu­ci­łem się na brata i za­czą­łem okła­dać go otwar­ty­mi dłoń­mi.

 

Patrzysz na to zbyt → Urwaną wypowiedź powinien kończyć wielokropek.

 

– Za­mknij się już… Dobra?! – prze­rwał mi Mar­cin → Brak kropki po didaskaliach.

 

były wa­ka­cje, także nie mu­sie­li­śmy cho­dzić z Mar­ci­nem do szko­ły… → …były wa­ka­cje, tak że nie mu­sie­li­śmy cho­dzić z Mar­ci­nem do szko­ły

 

Mar­ci­na za­czę­ły na­cho­dzić dresz­cze. Miał ogrom­ną go­rącz­kę…-> A może: …Mar­ci­na dostał dreszczy. Miał wysoką go­rącz­kę

 

Ra­tow­ni­cy przy­je­cha­li spraw­nie. → Ra­tow­ni­cy przy­je­cha­li szybko.

 

Wzię­li nas do jed­nej ka­ret­ki, bo oso­wia­łość na­wie­dzi­ła też mnie. Gdy le­że­li­śmy na no­szach… → Obawiam się, że jedną karetką nie można przewieźć dwóch osób leżących na noszach.

 

Nie wiem, co może stać się Mar­ci­no­wi, a w kon­se­kwen­cji ze mną. → Nie wiem, co może stać się Mar­ci­no­wi, a w kon­se­kwen­cji i mnie.

 

Pró­bo­wa­li­śmy roz­dzie­lić się od sie­bie, ale bez­sku­tecz­nie. → Pró­bo­wa­li­śmy się rozdzie­lić, ale bez­sku­tecz­nie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka