Korytarze tunelu spowijał mrok. Szczelnie zamknięte sklepienie nie przepuszczało żadnych promieni mogących oświetlić wapienne ściany. Na ich gładkiej powierzchni próżno było szukać śladu ludzkiej ingerencji. Żadnych zagłębień, kutych wsporników, nie wspominając już o pochodniach, które mogłyby znaleźć się w ich wnętrzu. Słowem nic, co choć trochę rozświetliłoby przestrzeń tunelu.
Dobrze… – pomyślał Adam, analizując otoczenie.
Ciemność nie była mu wrogiem ani nawet przeszkodą. Wzrok dostosowany do podczerwieni doskonale współgrał z kryształem emitującym światło w jej spektrum. Nie było mocne, jednak w tej sytuacji stanowiło to raczej zaletę niż wadę. Korytarz był tak kręty, że nawet przy pełnym oświetleniu widoczność byłaby ograniczona do zaledwie kilku metrów. Ponadto, gdyby zza kolejnego rogu zaczęło wydobywać się zwyczajne światło latarni lub pochodni, nie było ryzyka, że delikatna, magiczna poświata je przyćmi. Dawało to czas na dostosowanie wzroku, przygotowanie na konfrontację, a być może i zaskoczenie przeciwnika.
Od czasu rozdzielenia z uczniem Adamowi towarzyszyła cisza, przerywana jedynie kapaniem wody. Podbite miękkim materiałem buty sprawiały, że on sam mógł poruszać się po wilgotnej jaskini bez wydawania niepotrzebnych dźwięków.
Jeśli miał wierzyć swoim źródłom, gdzieś w tych korytarzach czekała na niego grupa kultystów poszukiwanych przez Kolegium Magii, którego był członkiem. Kilka rozbrojonych po drodze pułapek sugerowało, że zbliżał się do celu.
Przemierzając wijący się korytarz poruszał się pewnie, wykorzystując praktykowany latami schemat. Docierając do zakrętu przystawał, a następnie uwalniał niewidoczną falę energii, która w nieznaczny sposób podgrzewała otoczenie. Ładunek nie był znaczny, a różnica temperatury z pewnością niewyczuwalna pod dotykiem nagiej dłoni. Jednakże, w połączeniu ze wzrokiem dostosowanym do widzenia w podczerwieni sprawiała, że przez kilka chwil dało się dostrzec różnice w materiałach, z których zbudowane były elementy otoczenia. Jak do tej pory pozwoliło to na uniknięcie rozciągniętej nad ziemią linki potykacza zwalniającej strzałę oraz głębokiego dołu, zasłoniętego stelażem z cienkich patyków przysypanych żwirem. Po upewnieniu się, że najbliższe otoczenie jest bezpieczne, wypuszczał się do przodu, miękko stawiając stopy, by następnie zwolnić przed kolejnym zakrętem.
Po kilkudziesięciu powtórzeniach tej samej sekwencji przystanął wytężając słuch. Z oddali dobiegał go dźwięk głosów wydobywających się z co najmniej kilku gardeł. Nie był w stanie określić dokładnych słów, ani nawet języka w jakim są wypowiadane. Wiedział jednak, że zbliża się do celu. Ostrożnie stawiając kroki, zaczął przemieszczać się w kierunku, z którego dochodził dźwięk.
Widząc wyłaniającą się zza kolejnego zakrętu delikatną łunę światła, sprawdził po raz ostatni otoczenie. Upewniwszy się, że nie ma przed nim żadnych pułapek, podkradł się do krawędzi ściany, przywracając wzrok do normalnego stanu. Za załomem rozciągała się długa jaskinia.
Celem misji było rozbicie niedawno odkrytego heretyckiego kultu. Jeszcze do niedawna magowie nie zaprzątaliby sobie głowy takimi błahostkami, przynajmniej nie do czasu potwierdzenia nielicencjonowanego użycia magii. Jednak koniunkcja dwóch zdarzeń, jakimi były podupadający budżet Kolegium oraz obietnica sowitej nagrody złożona przez ubiegającego się o reelekcję burmistrza, pozwoliła zmienić nastawienie rady i działać w oparciu o podejrzenia. Doniesienie zostało więc potraktowane z pełną powagą, a przywódcy kultu mieli trafić w ręce władz w możliwie najszybszym tempie.
Jeden z nich znajdował się na środku jaskini, oświetlony światłem pochodni, podtrzymywanych przez rozstawione w półokręgu stelaże. Mężczyzna stał na podwyższeniu i zwracając się w stronę improwizowanego ołtarza, skandował coś w gardłowej mowie. Naprzeciw niego, oddzielona linią świateł, klęczała grupa spowitych w czarne płaszcze kultystów, pochylając głowy w stronę swojego guru. Przyglądając się bliżej celom, Adam pokręcił ze zrezygnowaniem głową. Podczas gdy przywódca był mężczyzną w kwiecie wieku, wśród jego podopiecznych próżno było szukać kogoś przekraczającego dwudziesty rok życia. Ot, kolejna banda dzieciaków oczarowana przez charyzmatycznego cwaniaka.
Rozejrzawszy się po pomieszczeniu Adam dostrzegł, że po przeciwległej stronie groty znajdują się jeszcze dwa wyjścia, jednak poza nimi nie udało mu się dostrzec żadnego innego. Oznaczało to, że uczeń, z którym rozdzielił się kiedy dotarli do rozgałęzienia w korytarzu, najprawdopodobniej trafi w ślepy zaułek.
W sumie… może to i lepiej – skwitował kwaśno w duchu. Poziom umiejętności podopiecznego nie stanowił problemu, chodziło raczej o sposób ich wykorzystania. W obecnej sytuacji nie miało to jednak żadnego znaczenia.
Odłożywszy zbędne rozmyślania na bok, mistrz Adam wrócił do analizowania sytuacji w pomieszczeniu. Znając rozkład improwizowanej świątyni postanowił skupić się na kultystach i ich rozmieszczeniu.
Naturalnie, głównym obiektem zainteresowania pozostawał ich guru. Jako przywódca z pewnością posiadał najwięcej informacji na temat kultu i jego działalności. Najpewniej znał też tożsamość pozostałych zebranych w pomieszczeniu. Nie można było również wykluczyć, że w istocie posiada pewne zdolności magiczne. Stał jednak w dobrze oświetlonym miejscu. Objęcie go za pierwszy cel równało się z wystawieniem na atak ze strony jego podopiecznych. Z drugiej strony, bliskość źródła światła oznaczała, że prawdopodobnie nie widział zbyt dobrze niczego znajdującego się poza jego obrębem. Kultyści klęczeli zwróceni w jego stronę. Szczęśliwie nie ustawili się w pełny krąg. Ich rozmieszczenie było nieregularne i przypominało nieco rozstawienie figur na szachownicy w połowie długiej partii.
Czyli pojedynczo… – podsumował w myślach Adam, po czym rozpoczął przygotowanie do natarcia. Bezgłośnie przywołał magiczny cień, którym okrył się szczelnie niczym płaszczem, by zlać się z ciemnością. Następnie otoczył się polem wyciszającym dźwięki w jego bezpośrednim otoczeniu. Pozostała jeszcze tylko kwestia ogłuszenia przeciwnika. Analizując w głowie dostępny arsenał, zdecydował się na najskuteczniejszy ze środków. Sięgnął po wiszącą u pasa ćwiekowaną pałkę, poprawił uchwyt i ruszył w stronę kultysty najbardziej oddalonego od ołtarza.
***
– Jezu… daleko jeszcze? – zajęczał Pedroximuss, powoli sunąc przez korytarze jaskini.
Kręty tunel zdawał się ciągnąć w nieskończoność, a on przemieszczał się w iście ślimaczym tempie. Gdy rozdzielali się na rozstaju dróg, mistrz kilkukrotnie przestrzegł go przed niebezpieczeństwami, mogącymi czekać na nieuważnych intruzów, do których oni sami niewątpliwie się zaliczali.
– Idź powoli i patrz pod nogi – przedrzeźniał w myślach surowy głos nauczyciela. – Jak zobaczysz dziwne fragmenty podłoża, patyki, liście w jaskini, rozciągnięte linki, cokolwiek co nie pasuje – omijaj je. Ścian też lepiej nie dotykaj. Tylko uważaj, bo czasem… bla bla bla, bla bla bla… – stary jak zwykle się rozgadał, a przyzwyczajony do ględzenia uczeń niemal natychmiast się wyłączył. Zresztą, już po kilku sekundach miał gotowy plan. Wyczekał do końca gadaniny, a następnie, kilka kroków po rozdzieleniu, otoczył się kulą światła dla lepszej widoczności i zmieniając się w kruka, pomknął korytarzem.
Jak niczego nie dotknę, to się nic nie włączy! – zaśmiał się triumfalnie w myślach. Szybko jednak okazało się, że plan nie był pozbawiony wad. Tunel, którym leciał był niezwykle kręty, co samo w sobie utrudniało manewrowanie, a miejscami zwężał się na tyle, że bezkolizyjny przelot w ptasiej formie nie był możliwy.
Po drugim, bolesnym otarciu skrzydła Pedroximuss zdecydował się na zmianę planu. Zwalniając lot cofnął przemianę, przywołał zaklęcie lewitacji i zawisł w powietrzu łapiąc oddech. Obite przedramię pulsowało nieprzyjemnie, ale nie wydawało się być złamane. Pocierając obolałą kończynę, zaczął sunąć do przodu.
Zaklęcie lewitacji było niezwykle przydatne i chętnie korzystał z niego w wielu momentach. Pozwalało, przykładowo, podfrunąć do najwyższej półki w bibliotece bez konieczności szukania drabiny. Ewentualnie, dostać się do okna niewiasty poznanej w karczmie, pozostając niezauważonym przez jej ojca. Albo na balkon, jeśli pochodziła z bogatego domu. Po wszystkim pomagało też przefrunąć nad murem kolegium kiedy w środku nocy wracał do dormitorium, a bramy były już zamknięte. Możliwości jego zastosowania wydawały się więc być nieskończone. Problem polegał na tym, że maksymalna prędkość, jaką pozwalało rozwinąć, była charakterystyczna dla spaceru, w dodatku dość niespiesznego.
Po kilku minutach obserwacji powoli przesuwającego się krajobrazu, gromadząca się frustracja zaczęła kipieć.
No przecież mnie tu starość zastanie! – pomstował w myślach. – Stary pewnie już dawno dotarł na miejsce. Nie dość, że zgarnie całe laury, to jeszcze będzie się mądrzył, ile to się jeszcze muszę nauczyć – podsumował krzywiąc się na tę myśl.
– A, do diabła z tym – warknął. Był przecież magiem. Potężnym magiem! Żadna pułapka nie powstrzyma Pedroximussa Potężnego! – z tą myślą opadł na ziemię i puścił się biegiem przed siebie.
Nie musiał długo czekać na pierwszą próbę swoich umiejętności. Po pokonaniu kilku zakrętów ukazał się przed nim szerszy fragment tunelu. Po kilku krokach poczuł chrzęszczenie pod stopami. Nie myśląc wiele, machnął dłonią wypowiadając krótką inkantację. Przysypane piachem gałęzie, stanowiące maskowanie pułapki, zatrzeszczały i zaczęły przemieszczać się niczym tryby dobrze naoliwionego mechanizmu. Ułamek sekundy później leżały ciasno zbite, formując kładkę chroniącą przed upadkiem do głębokiego dołu. Przebiegający nad nim Pedroximuss prychnął, z szyderczym uśmiechem patrząc na najeżone kolcami dno.
Wybiegając zza następnego zakrętu, zahaczył nogą o rozciągniętą w przejściu linkę. Chwilę później jego oczom ukazała się zawieszona na dwóch łańcucha kłoda lecąca w jego stronę. Nie tracąc pędu, skrzyżował dłonie w nadgarstkach, a następnie wyrzucił je przed siebie jakby chciał zatrzymać nadciągający pień. Rozpędzona bela zmieniła się w klucz papierowych gołębi, które opadając, leniwie machały skrzydełkami. Przebiegając między nimi Pedroximuss czuł jak rozgrzana krew dudni mu w uszach.
Po kilku zakrętach wybiegł na prostą, na końcu której dostrzegał drzwi. Nie myśląc wiele, machnął wprzód otwartą dłonią. Fala uderzeniowa trzasnęła w drzwi, które z impetem otworzyły się do wewnątrz. Poruszony przez nie mechanizm zwolnił obejmę podtrzymującą znajdujący się nad nimi kocioł. Ten, przechylając się, rozlał wrzący olej przed wejściem do pomieszczenia. Znajdujący się w bezpiecznej odległości Pedroximuss, nie myśląc wiele, wybił się i przeskoczył nad skwierczącą plamą, wpadając do środka. Wnętrze było na tyle ciasne, że niewiele brakło, a zderzyłby się z przeciwległą ścianą. Wyhamował jednak w porę i dysząc, rozejrzał się dookoła.
Wszystko wskazywało na to, że pomieszczenie, w którym się znalazł, stanowiło zwieńczenie korytarza. Wnętrze urządzone było dość surowo. W rogu stała drewniana prycza. Leżący na jej wierzchu siennik przykryty był wynędzniałym kocem, przywodzacym na myśl nocleg we wspólnej sali co gorszych wyszynków w mieście. Obok znajdował się niewielki stół, przy którym stały dwa krzesła. Kawałek dalej leżało drewniane wiadro, szczęśliwie opróżnione przez właściciela, oraz, co zwróciło uwagę Pedroximussa, pulpit z leżącą na nim otwartą księgą. Zbliżył się do nietypowego znaleziska i już miał sprawdzić jakiej to lekturze oddaje się nieobecny gospodarz, kiedy dobiegł go przytłumiony, acz donośny głos. Odwrócił się natychmiast w jego stronę. Nasłuchując stwierdził, że dobiega od strony ściany, z którą przed momentem omal się nie zderzył. Podszedł bliżej szukając źródła dźwięku. Po chwili wodzenia uchem i dłońmi po ścianie spostrzegł, że jej fragment uległ poluzowaniu. Usunięcie ruchomego kawałka skały, odsłoniło okrągły otwór, szeroki na dwa palce, z którego dobiegał głos. Nie myśląc wiele zbliżył twarz i zajrzał do środka.
Jego oczom ukazała się podłużna jaskinia. W jej wnętrzu odbywał się właśnie jakiś rytuał. Po prawej stronie, na podwyższeniu, obok głazu pełniącego najprawdopodobniej funkcję ołtarza, stał mężczyzna skandujący coś w niezrozumiałym języku. Naprzeciw niego klęczało kilka spowitych w czerń postaci spoglądających w stronę swojego guru. Od przywódcy oddzielał ich szpaler pochodni ustawionych na improwizowanych świecznikach.
Mam was! – pomyślał Pedroximuss nie kryjąc satysfakcji, po czym wrócił do obserwacji. Biorąc pod uwagę jak dobry ogląd na całe pomieszczenie dawał wizjer, młody mag był gotów założyć się, że znajdował się właśnie w prywatnej komnacie mistrza ceremonii. Korzystając z dobrej widoczności, postanowił dokładniej rozejrzeć się po jaskini w poszukiwaniu ostatniego interesującego go szczegółu. Po chwili obserwacji jego twarz rozjaśnił tryumfalny uśmiech. Nigdzie nie było widać jego mistrza!
Zaraz zobaczymy, kto będzie się uczył od kogo! – pomyślał, z błyskiem w oku odsuwając się od ściany. Następnie rozprostował ręce, stanął szerzej na nogach i rozpoczął inkantację.
***
Otoczony polem tłumiącym dźwięk, Adam podkradł się do grupy kultystów. Magiczny całun sprawiał, że czarodziej zlewał się z otoczeniem, a pole ciszy skutecznie eliminowało wydawane przez niego dźwięki. Najbliższy z przeciwników znajdował się tuż poza jego zasięgiem, kompletnie nie zdając sobie sprawy z zagrożenia czającego się za plecami. Przyczajony mag odetchnął głębiej i rozluźnił ciało. Następnie poprawił uchwyt na broni, wziął zamach, celując w potylicę przeciwnika i… nagle świat rozbłysnął mu przed oczami.
Ziemia zatrzęsła się pod nogami, z których, ułamek sekundy później, zwalił go podmuch niosący ze sobą liczne kamienie i duszący pył. Zaskoczenie sprawiło, że stracił koncentrację, wskutek czego rozproszyło się zaklęcie wyciszenia. W tym samym momencie usłyszał rumor tłukących o siebie kamieni. Zaryzykował otwarcie oczu i zdał sobie sprawę, że rozciągający się przed nim krajobraz uległ znacznej zmianie. Pomieszczenie wyglądało jakby przeszła przez nie lawina. Powietrze wypełniały tumany kurzu i pyłu, przykrywając otoczenie niczym drażniąca gardło mgła. Troje bardziej oddalonych kultystów wiło się na ziemi, pojękując cicho, a rozmiary rozsypanych obok kamieni nie wskazywały na to by mieli w najbliższym czasie się podnieść. Pozostali zgromadzeni we wnętrzu starali się powstać z klęczek tracąc co chwilę równowagę, trzymając się przy tym za uszy lub wymiotując. Adam doszedł do wniosku, że pole ciszy, które rozproszyło się chwilę po wybuchu zdążyło ochronić go przed najgłośniejszym momentem eksplozji.
Co tu się, do jasnej cholery, wydarzyło? – pomyślał, wciąż oszołomiony, kierując wzrok w stronę rumowiska. Następnie spostrzegł, że z miejsca wybuchu, w miarę opadania kurzu i osuwania się kolejnych kamieni, dobiega coraz mocniejszy strumień światła.
Szlag! – zaklął w myślał, odzyskując rezon, po czym zwrócił wzrok w stronę swojego niedoszłego celu. Ten, szczęśliwie wciąż ogłuszony, wodził błędnym wzrokiem po otoczeniu, ale jego zamglone oczy zdawały się jaśnieć z każdą chwilą. Magiczny płaszcz cieni, którym Adam jakimś cudem wciąż był okryty, stanowił świetny kamuflaż. Pod warunkiem, że noszący znajdował się w cieniu!
Odkrywając w sobie nowe pokłady energii, mistrz magii, wciąż lekko chwiejąc się na nogach, starał się wyprostować i przyjąć postawę bojową do mającej nadejść za chwilę konfrontacji. W tym samym momencie usłyszał znajomy głos dobiegający z miejsca eksplozji.
– Khe, khe! Drżyjcie przed… ekhe… potęgą Pedroximussa… khee… Potężnego! – bardziej wycharczał niż krzyknął jego uczeń, krztusząc się okrutnie.
– Cholerny gówniarz! – wycedził przez zaciśnięte zęby mistrz, trzęsąc się ze wściekłości.
Jego słowa zwróciły uwagę znajdującego się obok kultysty, który w końcu zdołał skupić spojrzenie w jednym punkcie. Wytrzeszczył oczy, wrzasnął coś niezrozumiale podrywając się do góry, po czym rzucił się na Adama.
Szczęśliwie dla mistrza magii, wciąż ogłuszony przeciwnik stracił równowagę i zachwiał się, odsłaniając jednocześnie. Niewiele myśląc, czarodziej opadł lekko w kolanach i skręcając ciało wymierzył solidny, lekko wznoszący cios pałką, uderzając pod prawe żebro. Trafiony w wątrobę przeciwnik skrzywił się z bólu, osunął na kolana i zwinął w kłębek, całkowicie tracąc chęci do dalszej walki.
Uporawszy się z pierwszym wrogiem, Adam już miał szukać następnego celu, kiedy kątem oka dostrzegł, że jeden z kultystów biegnie w stronę jego ucznia.
– Piotrek, uważaj! – krzyknął, puszczając się na ratunek podopiecznemu.
– Pedroxi… – zaczął oburzony uczeń, jednak prędkość, z jaką napastnik redukował dzielący ich dystans sprawiła, że uciął w połowie. Zamiast tego wymamrotał pospiesznie kilka słów zaklęcia, a następnie opadł na kolano i klasnął dłońmi o ziemię. Fala uderzeniowa wystrzeliła spod rąk Pedroximussa, wzbijając w powietrze kolejne warstwy pyłu i kamieni. Przelatując pod stopami zbliżającego się kultysty wytrąciła go z równowagi, a następnie sprawiła, że przewrócił się lądując plecami na pokruszonym podłożu. Biegnący w ich stronę Adam pokręcił głową.
Bezsensowne i kosztowne – skwitował w myślach, krzywiąc się. – Gdyby walnął tą samą ilością energii bezpośrednio przed siebie zamiast kruszyć podłogę, gościa trzeba by było zeskrobywać z przeciwległej ściany – podsumował. Widząc, że powalony kultysta zaczyna wstawać, podbiegł i kopnął go w szczękę, eliminując tym samym z walki. Następnie, gdy obracał się w stronę ucznia, by udzielić szybkiej reprymendy zobaczył, że ten recytuje kolejną inkantację. Widząc, że wzrok podopiecznego był wpatrzony w kierunku pozostałych przeciwników, mistrz postanowił zachować swoje rady na później i zwrócił się w tę samą stronę.
Pozostała część grupy najwyraźniej oceniła, że pojedyncze ataki nie przynoszą oczekiwanych skutków i razem ruszyli w stronę magów. Dwoje z nich uzbrojonych było w miecze, reszta postanowiła przysposobić w charakterze broni wysokie świeczniki, które chwilę wcześniej służyły do utworzenia kręgu. Kilka kroków za nimi stał ich guru i wymachując kosturem zagrzewał do walki. Mimo groźnej miny, którą przybrał i licznych gróźb kierowanych w stronę czarodziejów, Adam zauważył, że mistrz ceremonii sam niespecjalnie rwie się do akcji.
Chcąc zmusić przeciwników do błędu, puścił się biegiem w bok, jakby chciał obiec zbliżającą się grupę i po łuku dotrzeć do ich przywódcy. Następnie, kiedy zgodnie z planem część kultystów zwróciła się w jego stronę, wystrzelił w ich kierunku falę energii. Korzystał z tego samego zaklęcia, które wcześniej pomagało mu odszukać pułapki poprzez lekkie podgrzewanie otoczenia. Tym razem jednak włożył w nie dużo więcej mocy i skupił jego działanie w konkretnych punktach. Dwóch mężczyzn dzierżących miecze wrzasnęło z bólu, wypuszczając swój oręż, kiedy rozgrzana stal poparzyła ich dłonie. Adam już miał ruszać w ich stronę, korzystając z chwilowej przewagi, kiedy z boku rozległ się donośny wizg. Podążając wzrokiem w kierunku jego źródła dostrzegł jak z dłoni jego ucznia wylatują wściekle czerwone pociski, które, przelatując przez pomieszczenie, ciągnęły za sobą świetliste ogony krzeszące iskry. Większość z nich trafiła w grupę uzbrojoną w świeczniki powalając kilkoro z nich, reszta natomiast przemknęła obok siejąc ogólny zamęt.
Wykorzystując nastały chaos Adam podbiegł do najbliższego z mężczyzn, podciął go kopnięciem pod kolano, a następnie, gdy ten zwalił się na ziemię, poprawił uderzeniem pałką w czoło. Widząc, że przeciwnik przez najbliższy czas nie będzie stanowił problemu, podniósł głowę rozglądając się za przywódcą grupy. Wszystko wskazywało na to, że niezależnie od wyniku starcia ceremonia nie miała być kontynuowana, ponieważ uciekający guru znikał właśnie za zakrętem jednego z wyjść, leżącego po przeciwległej stronie jaskini.
Nie chcąc wypuścić z rąk głównego celu, Adam rzucił się w pościg. Nie zdążył jednak przebiec nawet kilku kroków, kiedy usłyszał głuche łupnięcie, a następnie zobaczył jak ścigany wylatuje z korytarza, w którego ciemności przed chwilą zniknął. W tym konkretnym przypadku wylot faktycznie miał miejsce, ponieważ guru wyłonił się z tunelu lecąc poziomo, a następnie, po przebyciu kilku metrów, zarył w ziemi.
– Płoń święty ogniu! – donośny okrzyk dobiegł z korytarza, zwracając wszystkie spojrzenia w swoją stronę. We wnętrzu odległego korytarza zabłysło światło, które z każdą chwilą przybierało na sile. Chwilę później zza załomu wyłoniło się jego źródło. Idący pewnym krokiem mężczyzna dzierżył miecz, którego klingę pokrywały płomienie. Jego odzienie stanowił strój, będący mieszanką zbroi i szat zakonnych. Wojownik omiótł wnętrze jaskini marsowym spojrzeniem, ściągniętymi brwiami podkreślając surowy wyraz twarzy.
– Drżyjcie, heretycy! – zagrzmiał, unosząc płonący oręż nad głowę.
W tym samym momencie zza jego pleców wyłonił się rosły, podobnie ubrany, młodszy mężczyzna, uzbrojony w bojowy kostur. Mimo że znajdował się w centrum uwagi, poruszał się jakby starał się przekraść do celu. Podbiegł do wijącego się na ziemi guru kultystów, a następnie rąbnął go w głowę trzymaną laską. Przeciwnik natychmiast stracił ochotę do dalszej ucieczki i znieruchomiał. Po wszystkim, młody mężczyzna, jak gdyby nigdy nic, w równie ukradkowy sposób wrócił, stając dwa kroki za starszym kapłanem.
Mając przed sobą dwóch magów, dwóch kapłanów bitewnych i widząc prędkość, z jaką zmalała ich przewaga liczebna, pozostali kultyści postanowili się poddać.
***
Kiedy kurz zaczął powoli opadać, zarówno mistrz Adam, jak i starszy z kapłanów ruszyli w stronę powalonego mistrza kultystów. Ich widok przywodził na myśl dwójkę ludzi, którzy, znajdując się w zatłoczonym miejscu, dostrzegli w tym samym czasie leżącą na ziemi pełną sakiewkę. Ich chód cechowała pewnego rodzaju dynamiczna nonszalancja. Każdy wkładał niemały wysiłek w to, by jego krok wyglądał na zrelaksowany, będąc jednocześnie możliwie szybkim. Dodatkowo, obaj zdawali się jednak dokładać wszelkich starań żeby nie patrzeć w swoją stronę.
Kiedy zbliżyli się na odległość, której dalsze zmniejszenie groziłoby zderzeniem, spojrzeli się na siebie, przybierając jednocześnie wyraz błogiego zaskoczenia na twarzy.
– Wielebny Cyryl, co za niespodzianka! – zaczął jowialnym tonem Adam.
– Mistrz Adam, przepraszam nie zauważyłem Pana! – odpowiedział nie mniej entuzjastycznie ojciec Cyryl.
– Tak, z pewnością – skwitował ze sztucznym uśmiechem Adam. – No ale kto by się spodziewał?
– By tak rzec… zaskoczenie jest obopólne – przytaknął duchowny.
Ich spojrzenia skakały po otoczeniu, mierząc wzrokiem powalonych przeciwników, podopiecznych każdego z rozmówców i siebie nawzajem. Obaj dokładali wszelkich starań, by nie okazać jak bardzo nie w smak jest im obecność przedstawicieli konkurencyjnej frakcji.
– Myślałem, że Kościół nie interesuje się tak mało znaczącymi sprawami – podjął Adam.
– Istotnie, istotnie… czasami jednak decydujemy się wspierać naszych bliźnich w wypełnianiu ich obowiązków – odpowiedział z Cyryl, nieznacznie unosząc kącik ust.
– To wspaniałe móc liczyć na pomoc, nawet jeśli się o nią nie prosiło – odparł z kwaśnym uśmiechem Adam. – Z czystej ciekawości, mogę spytać, w jakiej to sprawie wymagaliśmy wsparcia?
– Mistrzu, bądźmy poważni… kilkunastoosobowy kult odprawiający magiczny rytuał tuż pod okiem wielkiego Kolegium Magii? Ktoś mógłby pomyśleć, że Wasze metody wykrywania nielicencjonowanego użycia czarów nie są tak dokładne jak twierdzą niektórzy mistrzowie.
– Mógłby pomyśleć, a i owszem. Gdyby nas tu nie było – odparował mistrz magii. Następnie zwrócił wzrok w kierunku ołtarza, przy którym odprawiany był rytuał. – Zaraz, czy te jelenie rogi to aby nie symbol Welesa, słowiańskiego boga podziemi? – zapytał, przybierając na twarzy wyraz bezbrzeżnego zaskoczenia. – Czyżby jednak kult bóstw pogańskich nie został całkowicie wyparty, wbrew temu co mówi Kościół?
– Ale kto powiedział, że to od razu jakiś pogański kult? – żachnął się duchowny. – Ot, kolejne słabe dusze próbujące wyprosić jakieś ,,dary” od tego czy innego demona, a nie żadnego bóstwa. Czarna magia, nic więcej.
– No nic, nie będziemy mieć pewności póki ich solidnie nie przesłuchamy – odparł mistrz Adam, wzruszając ramionami. – A skoro się ojciec upiera, że to czarna magia to cóż… zdaje się, że podpada to pod naszą jurysdykcję – dokończył z niewinnym uśmiechem.
Obserwując twarz rozmówcy mag miał wrażenie, że dotychczas niewzruszone oblicze ojca Cyryla lekko drgnęło. Zakonnik szybko jednak odzyskał rezon i kontynuował, wciąż siląc się na uprzejmy ton.
– Może i by podpadało, gdyby w grę nie wchodziły siły piekielne, z którymi bezwzględnie mamy tutaj do czynienia, wobec czego jest to bezsprzecznie sprawa Kościoła.
Mistrz Adam już miał poddać ową bezsprzeczność w wątpliwość, kiedy z boku dobiegł go znajomy głos.
– Ej ty! Zostaw go!
Obaj rozmówcy zwrócili się w kierunku źródła hałasu. Pedroximuss stał zwrócony w stronę młodego kleryka, który sięgał w stronę jednego z powalonych kultystów. Gdy spostrzegł patrzących na niego mężczyzn szybko się wyprostował, przybierając niewinną minę.
– A tak… – odchrząknął po chwili ciszy mistrz Adam, po czym podjął, wskazując na swojego podopiecznego. – Mój uczeń, Piotr.
– Zwany Pedroximussem Potężnym! – wykrzyknął sam zainteresowany.
– Tak… nie wątpię – odparł ojciec Cyryl tonem wskazującym na coś zupełnie przeciwnego. Po czym zwrócił się w stronę młodego duchownego. – Brat Tadeusz, nowy, obiecujący akolita w naszym zakonie.
– Ku chwale Pana, ekscelencjo Wielki Inkwizytorze! – niemal zasalutował młodzieniec.
– Wielki Inkwizytorze?! – Adam spojrzał z niedowierzaniem na swojego rozmówcę. Słyszał plotki o jego zagranicznym wyjeździe celem pobierania nauk, jednak tak szybki awans wydawał się być sytuacją bez precedensu.
– Ekhm… po prostu inkwizytorze – sprostował szybko ojciec Cyryl, rozwiewając wątpliwości. Następnie, lekko zmieszany, spojrzał spode łba w stronę swojego podopiecznego. – Brata Tadeusza czasem ponosi młodzieńczy entuzjazm.
– Móc służyć i czerpać nauki od tak znakomitego mentora to wielki zaszczyt i dar! – odparł w odpowiedzi młody zakonnik, kłaniając się nisko.
Adam niemal się wzdrygnął słysząc służalczy ton i obserwując fałszywy uśmiech oraz wyraz błogiego uniesienia, który wydawał się być niemal przytwierdzony do twarzy akolity. Na pierwszy rzut oka wygląd potężnie zbudowanego młodzieńca kojarzył się raczej z prostym osiłkiem niż z tak bezczelnym pochlebcą. Odnotowując to w pamięci, Adam przeniósł spojrzenie na jego zwierzchnika.
– Nie zmienia to faktu, że chyba należą się gratulacje. Inkwizytor?
– Na etapie nowicjatu – odparł zdawkowo zakonnik. – Nasi przełożeni stwierdzili, że przyda nam się ktoś o nieco szerszych uprawnieniach.
– Z pewnością, choć zakładam, że wymagało to niemałych poświęceń – odparł niewinnie Adam, po czym dodał. – Słyszałem, że nowicjat u Inkwizycji to nie są tanie rzeczy…
Nieznaczny grymas, który na ułamek sekundy wykrzywił twarz duchownego, potwierdził przypuszczenia Adama dotyczące obecności zakonników. W normalnych warunkach żaden z inkwizytorów nie pofatygowałby się do takich płotek. Co innego nowicjusz próbujący udowodnić zasadność poniesionych przez macierzysty zakon kosztów i być może odrobić część z nich poprzez zgarnięcie nagrody.
– Zapewniam, że każde z poświęceń było niczym wobec wartości zgłębionych tam nauk – wycedził chłodno zakonnik.
– No cóż, jestem pewien, że pewnego dnia nadejdzie moment, kiedy będziesz mógł z nich skorzystać – odparł mag uśmiechając się samymi ustami. – A tymczasem…
– Tymczasem właśnie nadeszło – uciął ostro duchowny. – Pojmaliśmy przywódcę kultu, pozwól, że zajmiemy się też…
– Nikogo nie pojmaliście – wszedł mu w słowo mistrz Adam, tracąc cierpliwość. – Pomogliście zatrzymać jednego uciekiniera, za którym prowadziłem pościg, za co bardzo dziękuję – dodał cedząc słowa. – Reszta natomiast… .
– Reszta uległa potędze Pedroximussa! – wtrącił się jego uczeń.
Słysząc wypowiedź podopiecznego, starszy mag aż zgrzytnął zębami, co nie uszło uwadze ojca Cyryla.
– Widzę, że Kolegium Magii schodzi na psy nie tylko w kwestiach merytorycznych – dodał ze złośliwym uśmiechem.
Zmęczony i kipiący w duchu z wściekłości czarodziej miał ochotę ogłuszyć na miejscu swojego ucznia. Z niespodziewaną pomocą przyszedł mu jednak podopieczny rywala.
– To doprawdy karygodne! – oburzył się kleryk Tadeusz. – Ja to bym nigdy tak ojcu dobrodziejowi nie śmiał przerwać.
Tym razem to Cyryl skrzywił się, spoglądając lekko zdegustowanym wzrokiem w kierunku podopiecznego. Mistrz Adam z rozbawieniem zauważył, że ton wypowiedzi rosłego mężczyzny przypomina mu kilkulatka skarżącego rodzicom na przewinienia starszego rodzeństwa.
– Mojego ucznia czasem ponosi… jak to było? A tak, młodzieńczy entuzjazm – odparł mag odwzajemniając złośliwy uśmiech rozmówcy. – Nie ma w tym nic złego. W naszej instytucji cenimy inwencję i swobodę myślenia naszych podopiecznych – po czym, nie mogąc się powstrzymać, dodał. – No i przedkładamy ambicję nad czcze lizusostwo.
– Posłuszeństwo to cnota! – warknął w odpowiedzi duchowny. – A ambicja prowadzi do upadku, czego najlepszym przykładem jest sytuacja tych oto grzeszników! – dodał omiatając ręką jaskinię.
– Aaa, a to inkwizytorem zostałeś ze skromności, tak Cyrylu? – skontrował Adam. – A ci tutaj to jakieś dzieciaki! Należy ich przesłuchać i jeśli faktycznie ktoś ma jakieś zdolności magiczne, to wyszkolić.
– To młodzież, dość dorosła, żeby wiedzieć co robi! – zripostował zakonnik – A poza tym czym skorupka nasiąknie za młodu, tym trąci na starość! Chwasty należy wyrywać z korzeniami!
– Ta! I najlepiej wypalić ziemię do gruntu! Takie to Wasze…
– Mistrzu! – wtrącił nagle Piotrek.
– Cicho! – rzucił przez ramię Adam, nie spoglądając nawet w stronę ucznia.
– Ojcze… – zagaił nieco ostrożniej Tadeusz.
– Milcz! – zganił go ojciec Cyryl. – Myślałem, że będziesz umiał zachować się lepiej od jakiegoś maga!
– No ale mistrzu! – krzyknął z nieco większym naciskiem Piotrek.
– No ale co mistrzu? Co mistrzu?! – warknął zirytowany Adam, odwracając się w stronę podopiecznego. – Co jest takie…
– Więźniowie nam uciekają! – nie dał mu skończyć jego uczeń, wskazując palcem w kierunku wielkiej wyrwy w ścianie, której był twórcą. W jej wnętrzu znikała właśnie sylwetka guru kultu, a z oddali dało się słyszeć tupot oddalających się wielu par stóp. Najwyraźniej zdążyli otrząsnąć się po wstępnym ogłuszeniu i postanowili wykorzystać moment nieuwagi niedoszłych łowców nagród.
Szybki rzut oka pozwolił stwierdzić, że w całej jaskini nie pozostał nikt poza nimi. Na krótką chwilę mistrz Adam schylił głowę, zamknął oczy i zacisnął pięści, aż zbielały mu kłykcie. Sekundę później soczyste przekleństwo przetoczyło się po całej jaskini, a on sam złapał za kołnierz swojego ucznia i ciągnąc go za sobą, rzucił się w pościg.
– Będziesz się musiał z tego wyspowiadać! – wykrzyczana zdyszanym głosem nagana dobiegła z odległości kilku kroków za jego plecami, co oznaczało, że Cyryl, wraz ze swoim podopiecznym, przyłączyli się do pościgu.
– Sam się będziesz spowiadać przed przełożonymi jak nam uciekną! – rzucił przez ramię czarodziej nie przerywając biegu.
Mimo zmęczenia w kilka sekund pokonali odległość dzielącą ich od ziejącej wyrwy w ścianie. Kamienie leżące u wejścia nie ułatwiały pościgu, a każdy nieuważny krok mógł opóźnić lub wręcz zakończyć pościg. Kiedy więc wraz z uczniem zbliżyli się do krawędzi pomieszczenia, Adam chciał odetchnąć z ulgą. Niespodziewanie jednak został odepchnięty na bok. Przed oczami mignęła mu potężna sylwetka kleryka Tadeusza. Młody duchowny wielkimi susami zdawał się przeskakiwać między leżącymi kamieniami nie tracąc przy tym w ogóle pędu.
– Dobrze Tadek, goń ich! – dobiegła zza pleców Adama pochwałą starszego z duchownych.
Zbliżający się do pozbawionej drzwi framugi, oddzielającej komnatę przywódcy kultu od prowadzącego do niej korytarza, odwrócił się jeszcze w stronę magów, obdarzając ich drwiącym uśmiechem na pożegnanie. Mistrz magii zmełł w ustach przekleństwo i już zaczął rozważać, czy i w jaki sposób magicznie opóźnić młodszego z konkurentów. Ten jednak, przekraczając próg pomieszczenia, wyłożył się jak długi, a następnie, sunąc po ziemi, przejechał kilka metrów i z głuchym łupnięciem uderzył w ścianę. Zaskoczony Adam zwrócił się pytająco w stronę ucznia, szukając powodu upadku kleryka. Pedroximuss jednak tylko przyspieszył i znajdując się o krok od progu skoczył, lądując kilka metrów dalej. Nie myśląc wiele mistrz poszedł w ślady ucznia. Będąc w powietrzu dostrzegł kątem oka błyszczącą powierzchnię oleju rozlanego pod drzwiami oraz leżącego pod przeciwległą ścianą obolałego kleryka.
– Piotrek, pamiętaj o pułapkach! – krzyknął do biegnącego z przodu ucznia, zdając się na jego znajomość tunelu.
– Pedroximuss! – rzucił urażonym tonem młodszy z magów. Następnie dodał. – Nie ma żadnych pułapek, wszystkie rozbrojone!
Zaskoczony mistrz niemal gwizdnął.
Może jednak czegoś się nauczył… – pomyślał, kiwając głową z uznaniem. Zadowolenie z sukcesów dydaktycznych musiało jednak poczekać do czasu zakończenia pościgu. Odgłos ciężkich kroków uciekinierów odbijał się echem od ścian tunelu, ale kręty korytarz sprawiał, że wciąż nie mieli ich w zasięgu wzroku. Nie chcąc ryzykować zderzenia ze ścianą, Adam nie spoglądał za siebie, miał jednak świadomość, że ojciec Cyryl również bierze udział w pościgu. Sądząc po tym jak wyraźnie było słychać jego ciężki oddech, duchowny znajdował się nie dalej niż kilka-, kilkanaście metrów za czarodziejami. Nie chcąc stracić więźniów i towarzyszącej im nagrody na rzecz konkurenta, Adam postanowił skupić się na biegu za uczniem.
W szybkim tempie pokonali kilka następnych zakrętów. Za jednym z nich zaskoczony mistrz magii spostrzegł, że podłoga tunelu zasypana jest czymś wyglądającym jak papierowe figurki. W pierwszym odruchu chciał gwałtownie hamować, instynktownie spodziewając się pułapek rozrzuconych przez uciekających kultystów. Kątem oka zauważył jednak, że jego uczeń bez wahania biegł przed siebie, kompletnie ignorując niecodzienny widok.
– Co to było? – rzucił do podopiecznego.
– Papierowe figurki ptaków – odkrzyknął uczeń.
– Co…? No widzę! Ale skąd się tam wzięły?
– Zmieniłem w nie lecącą kłodę.
– Co?!
– Uwaga, dół!
Wyłaniając się zza załomu Adam ujrzał rozciągający się na kilka metrów rów i przerzuconą nad nim wąską kładkę. Wyglądała jak zrobiona ze ściółki leśnej, ale okazała się zaskakująco sztywna. Uwagę przyciągał jednak rozciągający się pod spodem dół, ze szczególnym uwzględnieniem ostrych kolców. Nie chcąc ryzykować upadku, mistrz postanowił skupić się na utrzymaniu równowagi na wąskiej przeprawie.
Po jej przebyciu Adam z satysfakcją stwierdził, że znajdujące się przed nimi odgłosy kroków i chaotyczne pokrzykiwania zdają się przybliżać. Najwyraźniej pułapki zastawione na intruzów zdołały spowolnić również gospodarzy. Mając to w pamięci zwrócił się do ucznia.
– Co dalej?
– Co, co dalej? – zapytał zaskoczony Pedroximuss.
– No jakie pułapki jeszcze rozbroiłeś? – dopytywał zniecierpliwiony Adam.
– Żadne, ta była pierwsza – odparł beznamiętnym głosem jego podopieczny.
– Czyli przed nami nic już nie ma? – zapytał z ulgą w głosie mistrz.
– Nie no, tego to nie wiem.
– Jak to nie wiesz?!
– Na początku leciałem, to nie zwracałem na to uwagi.
– Jak to leciałeś?
– No normalnie, ale dla kruka było za wąsko, a lewitując za wolno, to przestałem.
Oczy mistrza otworzyły się szerzej, kiedy do jego świadomości zaczęły spływać potencjalne skutki tej informacji.
– A kiedy przestałeś? – zapytał ze zgrozą.
– Kilka zakrętów temu – odpowiedział bezceremonialnie jego uczeń.
– I nie przyszło Ci do głowy, żeby mi o tym powiedzieć?! – ryknął Adam.
– No ale po co te nerwy! Przecież nie mogli stawiać tych pułapek w nieskoń…
Pedroximuss nie zdążył dokończyć. Ostatni postawiony przez niego krok wyzwolił przetaczający się po korytarzu dźwięk, przywodzący na myśl wibrujący brzęk rzucanego noża, wbijającego się w drewniany blat. Ułamek sekundy później wokół jego nogi zacisnęła się pętla, a sam uczeń został pociągnięty w górę, wrzeszcząc przy tym na całe gardło. Chwilę później dyndał pod sufitem.
Szybkim rzutem oka mistrz upewnił się, że jego podopiecznemu nie grozi żadne niebezpieczeństwo i kręcąc głową postanowił kontynuować pościg.
Po kilku krokach, ku własnej radości, zdał sobie sprawę, że minął rozwidlenie, przy którym wcześniej rozdzielili się z Piotrkiem. Z jednej strony pozwalało to odetchnąć, wiedział bowiem, że od tego momentu nie czekają na niego żadne pułapki. Z drugiej strony miał świadomość, że musi przyśpieszyć, jako że korytarz od tego momentu ciągnął się jeszcze raptem przez kilkadziesiąt metrów. Po jego opuszczeniu kultyści mogli rozbiec się w różnych kierunkach, co znacznie utrudniłoby pościg.
Zbliżając się do wyjścia z tunelu z radością zauważył, że w świetle gwiazd dobiegającym z zewnątrz widnieje kilka sylwetek.
– Mam was… – skwitował Adam z satysfakcją.
– Możesz pomarzyć! – dobiegł zza pleców znajomy głos.
Zaskoczony czarodziej obrócił się przez ramię, tylko po to żeby dostrzec Cyryla, który niemal dosłownie deptał mu po piętach, stopniowo zrównując bieg.
Szlag – zaklął w myślach, widząc dziki uśmiech rozciągający się na twarzy duchownego. Skupienie na pułapkach sprawiło, że kompletnie zapomniał o swoim rywalu.
Ostatnie kilkadziesiąt kroków pokonali ramię w ramię, angażując przy tym wszystkie dostępne środki, nie wyłączając barków i łokci, by wysunąć się choć o włos przed rywala.
Dobiegające z zewnątrz światło gwiazd uniemożliwiało dokładną ocenę sytuacji u wyjścia ciemnego tunelu, dlatego przekraczając jego wyjście obaj ściagający krzyknęli jednocześnie.
– Stać w imieniu Kolegium!
– Aresztuję was w imieniu Kościoła!
Zamiast wrzasków i krzyków usłyszeli jednak spokojny, znajomy głos.
– Można wiedzieć pod jakim zarzutem?
Po chwili, kiedy ich oczy przyzwyczaiły się do światła spostrzegli, że naprzeciw nich stoi kapitan straży miejskiej. Pytającemu spojrzeniu towarzyszył uprzejmy uśmiech. Za jego plecami rozciągał się szpaler młodszych funkcjonariuszy. Część z nich wprowadzała zrezygnowanych kultystów do metalowej klatki, znajdującej się na wozie więziennym. Pozostali stali obok, trzymając w pogotowiu strażnicze pałki, na wypadek gdyby któryś z aresztantów postanowił podjąć próbę ucieczki.
– No więc? – podjął na nowo oficer.
– Ci heretycy zostali pojmani z ramienia Kościoła! – rzucił jako pierwszy ojciec Cyryl.
– Bzdura! Zostali aresztowani w imieniu Kolegium Magii! – odciął się oburzony mistrz Adam.
– Ci sami, którzy chwilę temu wybiegli z tego tunelu? – zapytał spokojnie kapitan, wskazując skinieniem głowy na więźniów prowadzonych przez jego ludzi.
– No tak… – przyznał nieco zbity z tropu Adam. – Jednakże uczynili to na skutek pościgu zainicjowanego przez siły Kolegium. Powinni więc zostać doprowadzeni przed oblicze jego rady!
– Po naszej kluczowej interwencji! – wtrącił z powagą Cyryl. – Ci więźniowie należą do Kościoła!
Kapitan przez chwilę przenosił spojrzenie z jednego na drugiego rozmówcę, po czym podjął.
– Szanowni panowie, mój prosty umysł dostrzega tu pewne nieścisłości. Z jednej strony mówimy o pościgu. Z drugiej o pojmaniu. Co prawda jedno często prowadzi do drugiego, jednakże w tej sytuacji wydaje mi się, że połączenie obu kwestii nie ujrzało swego finału… – uniesieniem ręki uciszył nadchodzący protest obu rozmówców, a następnie rzucił przez ramię. – Sierżancie!
Opierający się o koło powozu starszy strażnik, który do tej pory ze znudzoną miną dłubał nożem pod paznokciem, uniósł głowę, spoglądając w stronę przełożonego.
– Tak, panie kapitanie?
– Co mówi protokół zdarzenia?
– Otrzymawszy z Urzędu Miejskiego zgłoszenie o potencjalnie nieobyczajnym zachowaniu oddział udał się we wskazane miejsce. Po przybyciu na miejsce zgłoszenia, grupa młodych mężczyzn… – tu spojrzał do wnętrza wozu, zastanawiając się przez chwilę – …i kobiet, znajdujących się w stanie znacznego pobudzenia, wybiegła w kierunku funkcjonariuszy przygotowujących się do podjęcia czynności służbowych. Ich nerwowe reakcje, wliczając w to: płacze, krzyki oraz próbę napaści na funkcjonariuszy z okrzykiem, cytuję: ,,żywcem mnie nie weźmiecie”, skłoniły oddział do użycia środków przymusu bezpośredniego. Po rozważeniu powyższych zdecydowano na zastosowanie dozoru pod postacią aresztu tymczasowego, do czasu dalszego wyjaśnienia sprawy – podsumował sierżant monotonnym głosem. Całość wypowiedzi podsumował skinieniem głowy, podkreślając, że nie ma nic do dodania.
– Dziękuję, sierżancie – odparł oficer. – Z tego co zrozumiałem, ci, jakże popularni nieszczęśnicy zostali pojmani przez naszych ludzi, a obecnie przebywają w naszym wozie więziennym. Zwykle w takich sytuacjach oznaczało to, że są to więźniowie straży. Czy coś się ostatnio zmieniło w prawie? – rzucił ponownie do swojego podkomendnego.
– Nie, panie kapitanie. Żadnych zmian – odpowiedział usłużnie sierżant.
– Sądzę, że to podsumowuje całą kwestię – zwrócił się do swoich rozmówców uśmiechając się przy tym zdawkowo.
– Ale… – zaczęli jednocześnie Adam z Cyrylem.
– W kwestii wszelkich zmian w prawie, zachęcam do kontaktu z burmistrzem. Dobrej nocy życzę.
Następnie skinął głową, odwrócił się i, w akompaniamencie okrzyków sierżanta poganiającego młodszych funkcjonariuszy, zaczął iść w kierunku miasta.
***
Słońce powoli wschodziło na horyzoncie, kiedy oddział straży eskortujący wóz zmierzał w kierunku miasta. Promienie rozświetlały poranną szarówkę umożliwiając dwójce stojących na pobliskim wzgórzu mężczyzn obserwację, jak ich niedoszła nagroda oddala się wraz z nadchodzącym świtem. Na ich twarzach konsternacja mieszała się ze zrezygnowaniem. Kiedy wóz więzienny zniknął w końcu za zakrętem, jeden z nich zdecydował się przerwać milczenie.
– No tak – odchrząknął Cyryl, po czym podjął bez entuzjazmu. – Najważniejsze, że zło zostało zatrzymane.
– Tak… najważniejsze – przytaknął Adam również bez przekonania, następnie by przełamać niezręczną ciszę podjął. – Inkwizytor, co? Pewnie jest co opowiadać.
– Gdybym mógł to pewnie by było – odparł duchowny.
– No tak…
Niezręczna chwila ciszy, która zapadła po tych słowach została przerwana odgłosami kłótni dobiegającej z tunelu. Wszystko wskazywało na to, że obaj uczniowie zdążyli się pozbierać i zmierzali w ich stronę.
– Widzę, że nasi podopieczni postanowili w końcu do nas dołączyć – zauważył ojciec Cyryl.
– W dodatku zdają się z zapałem podtrzymywać tradycję… rywalizacji między naszymi organizacjami – podsumował Adam słysząc obustronnie miotane obelgi, dolatujące z tunelu.
– Tak, zdecydowanie – skwitował duchowny, po czym podjął. – No cóż, obowiązki wzywają…
– Zapewniam, że nie tylko was. Nie pozwólcie się nam zatrzymywać. – odparł czarodziej, przybierając uprzejmy ton wypowiedzi.
– Nie planowaliśmy – rzucił na koniec zakonnik.
Mówiąc to obaj skinęli lekko głowami, obrócili się na pięcie i, nie czekając na swoich podopiecznych, ruszyli w przeciwnych kierunkach.