- Opowiadanie: DreadyVibe - Narodziny

Narodziny

Oddaję w Wasze ręce kolejne opowiadanie ze świata Kronik Ybris. Szlifowałem ten tekst tak długo, że w pewnym momencie moje oczy po prostu przestały wyłapywać potknięcia. Postanowiłem więc rzucić go na głęboką wodę i sprawdzić na żywo, czy ten ciężki, grimdarkowy klimat uderza tak mocno, jak zaplanowałem.

Zanim jednak zanurzycie się w mroku, mam jedną ważną uwagę. Skoki w rachubie dni podczas tułaczki są zabiegiem całkowicie celowym. Podobnie jak ewoluujące nazewnictwo i zmieniający się dobór słów bohatera. To nie jest błąd. Ma to pokazać jego powolną drogę i rosnący stopień edukacji – od prostego, przerażonego chłopa, po świadomego uczonego i Wodza.

Będę wdzięczny za każdy Wasz komentarz. Wytknijcie mi, jak zawsze, wszelkie błędy logiczne i miejsca, w których mój warsztat czy własna nauka wciąż jeszcze zawodzą.

 

Czas pochłania wszystko – kamienne mury, stalowe ostrza i pamięć o tych, którzy przelewali krew w bezimiennych dolinach. Cesarstwo Glomberg uważało, że wystarczy spalić wioski i wyrżnąć starców, by na zawsze wymazać starych bogów. Mylili się.

Zapiski, które trzymasz w dłoniach, odnaleziono wiele lat później, głęboko w zapomnianych ruinach. To nie jest poemat o bohaterach w lśniących zbrojach. To surowy, brudny i do bólu prawdziwy dziennik człowieka, który stracił wszystko, by poprowadzić garstkę ocalałych przez piekło. To opowieść przedstawiająca narodziny pierwszej osady i walecznego ludu Ybris.

Oto świadectwo przetrwania. Oto krew, mróz i początek nowej ery. Oto historia o tym, jak zwykły zbieg stał się założycielem. Przed wami narodziny Prekursora.

 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Narodziny

 

Wojna. Wojna jest brudna, ociekająca krwią, gwałtami, rabunkami, morderstwami i innym plugastwem tego świata. Może to brzmi błaho, synu, ale tak właśnie jest. Jeżeli jutro przyjdą znów rekrutować, pod żadnym pozorem nie daj się wciągnąć w ich czcze gadania o bohaterstwie, męstwie, bogactwie czy innych słowach, które mają cię skłonić, byś padł trupem za jakiegoś króla czy innego fircyka. Obiecaj mi, że nie zaciągniesz się do tej przeklętej armii! – wspomnienie przebiegało przez głowę każdej nocy, gdy próbowałem zasnąć.

Czy może źle mu wtedy powiedziałem? Czy powinienem być bardziej grzmiący, czy prosić go na kolanach, by się nie zaciągał? Młodość, porywczość – to wszystko działało przeciwko mnie. Wojnę wygrało Cesarstwo rok temu. Nie przyszło nic: żadne prawo wykupu, informacja o śmierci… czym ja się łudzę? Dalej mam nadzieję na jego powrót. To tli się we mnie, podobnie jak niedowierzanie, gdy żona umarła na zarazę. Gdy wracasz, a tam, gdzie zawsze była ta ukochana osoba, pozostaje tylko puste miejsce. Miejsce, którego nic nie wypełnia.

Liczę cały czas na powrót, ale pewnie się nie doczekam. W końcu zmęczenie nie pozwala mi dłużej toczyć walki z myślami; muszę zasnąć, by mieć siłę na kolejny dzień.

Kolejnego poranka, wychodząc przed dom, ujrzałem na polu dużą gromadę chłopów. Kolejni przesiedleńcy z Cesarstwa. Powstaną następne wioski, podobne do naszej Parośli. Nasza liczy piętnaście domostw. Było więcej, ale się wyludniła, bo rąk do pracy brakło, starzy umarli, a naprawiać nie miał kto, więc po kilku zimach padły dachy i teraz gniją. Moją chatę też mógłby zabrać czas, ale ja trwam, więc szkoda, by niszczała. A może wróci syn.

Dni mijają jeden za drugim, praca w polu na wiosnę. Z sąsiadem i jego rodziną uprawiamy ziemię: jego woły, moje ziarno. Jak obrodzi, sprzedamy część, gdy nadejdą zbiory. Ale na razie pracujemy. Nowych wiosek w okolicy mamy aż cztery. Wszystko to przesiedleńcy. Mówią, że Cesarstwo karze każdego, kto chce uciec z ich ziem, ale jak oni tego pilnują, jak strzegą granic?

Dzisiaj zbiory, oczywiście przed żniwami chwalimy Galla za pomyślność! Głoszą, że ci nowi przywlekli wierzenia w obcych bogów i każdego siłą do swojej wiary namawiają, więc nasi trzymają się z dala od ich osad. Zbiory były bardzo udane. O świcie wyruszamy z sąsiadami do miasteczka Zynfirdol sprzedać to, co zbywa, opłacić Cesarstwu daninę z ziarna oraz kupić coś, by przetrwać i urozmaicić sobie czas śniegów.

Nadeszły roztopy, błoto sięgało kolan. Pierwsi śmiałkowie ruszyli do osad, gdzie czcimy Galla. Po pięciu dniach z trzech chłopów wrócił tylko jeden. Przyniósł worek ziemniaków i odrobinę słoniny – miła odmiana po jedzeniu suchego chleba czy mącznej polewki. Zanim jednak zdążył cokolwiek rozdać, kilkoro chłopów rzuciło się na wikt, szarpiąc go, jakby to oni byli z nas wszystkich najbardziej wygłodniali.

Doszły nas jednak niepokojące wieści. W domostwach na obrzeżach szeptano, że naszych pochwycili ludzie Cesarstwa. Powiadają też, że cesarska armia szykuje się do wojny z grodem ptaków. Podobno jeden Ojchiro wart jest w walce dziesięciu mężów. Jeżeli plotki okażą się prawdą, nasze ziemie czeka kolejna pożoga, bo leżymy najbliżej przeklętej twierdzy skrzydlatych.

Minął księżyc. Śnieg stopniał, bielejąc już tylko w oddali na górskich szczytach. Słońce praży aż miło. Dziecko sąsiadów słychać w całej okolicy; niech się dobrze chowa maleństwo. Wczoraj przybył Prorok Galla. Ostrzegał, by nie wychodzić z chat po zachodzie słońca. Podobno dziewki z Cichodołu, wracając nocą, zostały napadnięte przez obcych w dziwnych szatach. Zdołały uciec, bo podniosły raban i miejscowi je usłyszeli, ale nie wiadomo, do jakiego nieszczęścia mogło tam dojść.

Dzisiaj sam ich widziałem na skraju lasu. Gdy tylko zaczęło się ściemniać, krążyli tam jacyś ludzie, ubrani w szaty, które zasłaniały im dłonie oraz twarze.

Mimo wszystko do świtu nic więcej się nie wydarzyło. Po południu przybyli chłopi z nowych osad. Oznajmili nam, że Cesarstwo nakazuje porzucić dawne wierzenia. Mamy być jednością i wyznawać ich bogów, bo nasz jest fałszywy i im nie w smak. Szykuje się wojna z Ojchiro, a rozłam w wierze tylko utrudni walkę. Szczerze mówiąc, dla mnie to bez różnicy, czy walczymy ze skrzydlatymi, czy z ludźmi – to nadal wymysły fircyków, łaszących się na cudze bogactwa.

Stary Fran zapytał, co będzie, jeśli się nie nawrócimy. Odpowiedź była prosta: już nigdy nie podejmiesz żadnej decyzji, bo zgnijesz w ziemi. Tak nakazało Cesarstwo. Znaczyło to tyle, że jeśli nie zgniesz karku, czeka cię śmierć.

Dzisiaj nastąpił pierwszy atak. Stary Leon dostał czymś w głowę i okrutnie krwawił. O poranku ktoś miał wyruszyć po kapłana, żeby mu ulżyć. Wyruszył Jarosz. Czekamy już trzeci dzień; powinien dawno być z powrotem, a nadal go nie ma.

W nocy ktoś podpalił chatę Zabi. Dobrze, że stoi na uboczu, bo ogień mógłby zająć resztę wsi. Walczyliśmy z płomieniami. Wody mieliśmy pod dostatkiem, studnie były pełne. Przydały się nawet cepy, którymi uderzaliśmy w palącą się strzechę.

Płonie Stara Czarna. Widzimy łunę na nocnym niebie. Rano docierają pierwsi uciekinierzy; ostrzegają, że chłopi Cesarstwa wpadli do nich pod wieczór. Zaczęli wyciągać naszych przed chaty, stawiając sprawę jasno: albo przechodzą na Wiarę Pięciu, albo ziemia spłynie krwią. No i spłynęła. Zabijali bez opamiętania. Kobiety nabijano na widły, mężczyznom roztrzaskiwano głowy obuchami, a dzieci wrzucano w ogień płonących chat. Zbiegła tylko dwójka – siostra i brat, których rodziców zamordowano na ich oczach. Mówili, że uciekało jeszcze dwóch, ale zniknęli gdzieś w leśnej gęstwinie.

 

Ruszyły spory, czy uciekać. Sąsiad się spakował, zaprzągł woły do wozu i odjechał, a z nim owa dwójka uciekinierów ze Starej Czarnej. Ja zostaję. Gdzie miałbym uciekać?

 

Nadszedł ten dzień, a dokładnie środek dnia. Słońce wysoko, pali po plecach. Część sąsiadów wyjechała, reszta wsi została, bo nie chciała porzucać dobytku. Stoję na polu i widzę kilkunastu chłopów uzbrojonych w siekiery i widły. Jest wśród nich nawet jeden, chyba w jakimś mundurze, dzierżący kuszę. Biegnę do wioski, trzeba ostrzec naszych! Wśród paniki ludzie również chwytają za widły, grabie i cepy. Dzieci biegają od chaty do chaty. Zbieramy się w gromadę – w końcu kupy nikt nie ruszy! Wigary wciska mi w dłoń topór, a sam łapie za widły. Obcy wkroczyli między domostwa tak, jakby byli kimś więcej niż zwykłymi chłopami. Jakby byli od nas lepsi. Nie było powitania, padło tylko krótkie pytanie co zdecydowaliśmy?

 

Wigary odrzekł twardo, że nie damy się im zastraszyć. Wtedy zza ich pleców usłyszałem świst. Wigary padł jak kłoda, a z jego piersi sterczał bełt. Niektórzy z naszych zamarli z przerażenia, inni ruszyli do przodu z widłami. Nas było więcej, gdzieś około czterdziestu dusz. Dzieci ukryto w chacie starej Koli. Naszym udało się dopaść dwóch najeźdźców i zaczęli okładać ich cepami. Reszta obcych po prostu uciekła, odgrażając się, że tu wrócą i zrównają z ziemią całą wioskę.

Podszedłem do Wigarego ze strachem w oczach i patrzyłem, jak uchodzi z niego życie. Rzęził, próbował coś powiedzieć, ale ja nic nie rozumiałem. Jego ostatnie słowa zlały się w bełkot. Co on wtedy musiał myśleć? Biedak umarł. Z tych dwóch okładanych cepami jeden też skonał, a drugi został niemiłosiernie skatowany. Zdołał jednak jeszcze mówić. Herba go wypytywał, a słowa, które wybełkotał ten łajdak, miały wkrótce okazać się proroctwem. Brzmiały one: „Parośl skończy skąpana we krwi!”.

 

Nie wywołało to jednak popłochu. Ci, którzy mieli uciec ze strachu, zrobili to już dawno. Zostaliśmy tylko my, wrośnięci w naszą ojcowiznę, którzy za nic nie zamierzali porzucać dobytku. Nie było mowy o pakowaniu wozów. Najsilniejsi chłopi zacisnęli dłonie na trzonkach siekier i wideł, szykując się na krwawą łaźnię. Kto miał dość krzepy, stawał ramię w ramię z sąsiadem. Słabsze niewiasty i starcy otoczyli chatę starej Koli, by strzec ukrytych tam dzieci.

Gdy słońce znikało, a mrok ogarniał chaty, na skraju lasu znów pojawiły się te same cienie, te same sylwetki. Tylko teraz było coś jeszcze. Zaczęły się krzyki. Ktoś na wschodzie zaczął wyć, jakby obdzierano go ze skóry. Nie trzeba było ostrzegać innych domostw. Większość i tak stała na zewnątrz, krążąc nerwowo.Strach okrył nas wszystkich swoim całunem. Postacie powoli się zbliżały, ale to już nie było kilkanaście sylwetek. Teraz z lasu wychodziły całe masy.

Pierwszy dom zapłonął, lecz nie z tej strony, skąd dobiegał krzyk, tylko za naszymi plecami. Łuna rozświetliła nocne niebo, bo od niego momentalnie zajął się kolejny dach. Ktoś ruszył gasić, ale z dźwięku trzasków i żaru, który już stamtąd bił, wiedzieliśmy, że to na nic – strzechy zajmowały się ogniem jedna od drugiej. Sięgnąłem po topór od Wigarego.

W następnej chwili koło domu przebiegła młoda Anielka, a za nią pędziło trzech zbirów z widłami. Jak tylko mnie zobaczyli, ruszyli na mnie. Szczęściem z pomocą przyszli Krasny i Bolek z cepami. Widły jednego z oprawców wbiły się w moją rękę, co dało mi cenną chwilę, gdy przytrzymałem je w ciele. Drugą ręką zamachnąłem się, uderzając go w ramię, które miał wysunięte do przodu. Dostał. Kość na pewno trzasnęła. Szarpnął widły i odskoczył, ale zaraz potem dostał cepem w głowę. Bolek przypłacił to widłami zanurzającymi się w jego trzewiach. Uderzałem tak, by nie zadawać im śmierci, a oni robili wszystko, by zabić!

Krasny uderzył cepem, łamiąc sztyl w widłach trzeciego wroga. Wtedy ten drugi pchnął i trafił Krasnego w policzek; żelazne zęby wyszły na wylot. Mój kompan zawył straszliwie. Doskoczyłem, waląc obuchem w głowę tego z połamanymi widłami. Ten drugi chciał wyszarpnąć broń z twarzy mojego druha, ale Krasny chwycił ją oburącz za trzonek. Gdy rzuciłem się na niego, zostawił widły i uciekł. Wyjąłem je z twarzy Krasnego. Wtedy uświadomiłem sobie, jakim głupcem jestem. Z rany bluznęła posoka.

Krzyki były coraz głośniejsze. Mój kompan był ciężko ranny, ale ruszył ze mną. Wpadliśmy do środka wioski i uderzył w nas makabryczny widok. Dzieci, owinięte snopkami starego siana i podpalone, biegały wśród oprawców. Starców poprzybijano do drzwi palących się chat, nieliczni mężczyźni leżeli w błocie z siekierami w głowach. Młode kobiety gwałcono lub właśnie je zabijano.

Stanąłem jak wryty. Nagle poczułem tępy, przeszywający ból i upadłem. Moje błądzące spojrzenie zobaczyło jeszcze, jak Krasny upada z siekierą wbitą w tył głowy.

Leżałem na ziemi, a świat wirował mi przed oczami. Potrzebowałem chwili, by wstać, a oprawcy nie zamierzali czekać. Zginąłbym tam, gdyby nie dwóch starców z naszej wsi. Z grabiami w dłoniach rzucili się na zbirów, zastawiając mnie własnymi ciałami. Zanim zdążyli uderzyć, padli pod ciosami, ale kupili mi chwilę.

Zamroczony dźwignąłem się na nogi. Jeden z napastników skoczył, by mnie dobić, ale wywinąłem toporem i dostał obuchem w brzuch. Cofnął się skulony. Rzuciłem się na drugiego – tego, który właśnie wyciągał siekierę z głowy Krasnego. Uderzyłem w niego z takim impetem, że wpadł na ścianę i wyrżnął łbem o wystającą krokiew dachu.

Rzuciłem się do ucieczki. Minąłem moją chatę, która o dziwo jeszcze nie płonęła, i popędziłem w stronę lasu. Gdy wybiegłem za wieś, zobaczyłem leżącą Anielkę. Była martwa. Łuna z płonącej osady oświetlała pola aż po samą ścianę drzew, dzięki czemu widziałem, że część naszych również ucieka.

Wpadłem w gęstwinę. Znałem ten las od dziecka, ale teraz gałęzie chłostały moją twarz jak bicze. Kolce tarniny wrzynały się w nogi, ręce i policzki, rwąc skórę. Co rusz upadałem, by znów wstać i brnąć przez ten koszmar. W tamtym momencie wola przetrwania pchała mnie naprzód za wszelką cenę.

Wpadłem na wąską leśną ścieżkę. Biegłem nią, by dotrzeć do potoku, którym mogłem dojść do innej wsi. Gdy tylko do niego dotarłem, wpadłem prosto na kilku oprawców. Właśnie kopali ciała dwójki nieruchomych ludzi. Odbiłem się od nich, odpychając jednego, i rzuciłem się w górę strumienia. Ruszyli za mną.

Z każdym krokiem brzegi potoku stawały się coraz wyższe. Rzucali we mnie kamieniami; dostałem dwa razy w bark, ale biegłem dalej. W końcu ciemność mnie pokonała. Ziemia usunęła mi się spod nóg. Zleciałem w dół, uderzając głową o wystające korzenie i trzaskając kośćmi o kamienie. Wpadłem do głębokiej wyrwy wydrążonej przez wodę.

Ostatkiem sił wczołgałem się pod stromy brzeg, skryty pod plątaniną korzeni. Lepiłem się cały, pewnie od posoki. Siedziałem tam w mroku, dopóki zupełnie nie opadłem z sił.

Budziłem się tylko po to, by siedzieć w ciemności i z tępym lękiem wpatrywać się w nurt potoku. Bałem się. Po chwili znów odbierało mi zmysły. Dwa razy wstało słońce i dwa razy zapadła noc. O trzecim świcie pragnienie wypłoszyło mnie z kryjówki. Wodę miałem na wyciągnięcie ręki. Wypełzłem ze szpary niczym zwierz, który węszy wokół, czując w pobliżu drapieżnika. Ale nikogo już nie było.

Musiałem podjąć najtrudniejszą decyzję. Dźwignąłem się z błota, zebrałem na odwagę i ruszyłem z powrotem, ostrożnie zakradając się do naszej wsi.

Z Parośli zostało tylko kilka zgliszcz i osmalonych belek wystających z ziemi. Ciała, które widziałem tam wcześniej, wrzucono na jedno wielkie pogorzelisko. Spalono ich. Zostały jedynie zwęglone szczątki, okrutnie powykręcane w pośmiertnych katuszach. To widok, który wypala się w umyśle, i swąd, który pamięta się aż do grobu.

Wycofałem się ostrożnie i zagłębiłem w las, obierając drogę w stronę gór. Nocą schodziłem z wydeptanych ścieżek i ukrywałem się w gąszczu. Nierzadko widywałem konnych pędzących swoje wierzchowce.

W końcu dotarłem na skraj lasu. Przede mną rozciągały się bezkresne łąki – najtrudniejszy i najgorszy odcinek wędrówki. Kiedy znajdę się za górami, będę bezpieczny. Tam nie ma wojen. Wybacz, mój synu, ale po tym wszystkim nie mam już złudzeń, że kiedykolwiek wrócisz. Wybacz i ty, żono moja, że już nigdy nie odwiedzę twojego grobu, lecz pośród tego morza trupów chęć przetrwania wezbrała we mnie ze straszliwą siłą.

Ruszyłem przez łąki. Po pół dnia marszu znów natknąłem się na trupy. W gęstej trawie leżał roztrzaskany wóz z połamanymi kołami, a wokół niego ciała całej rodziny. Zsiniałe, pożółkłe i wzdęte, jakby napiły się wody do pełna. Stara, zaschnięta na trawie posoka tworzyła purpurowy dywan. W oczodołach martwej dziewczyny wiły się i wierciły czerwie. Pod koniec dnia zapadłem w trawę, przywierając do ziemi niczym sarna i nie dając znaku życia. W oddali widać było tańczące pochodnie; najwyraźniej kogoś szukali.

Kolejnego dnia jeszcze bardziej opadłem z sił. Wodę potrafiłem wycisnąć ze świeżych źdźbeł traw, które żułem praktycznie bez przerwy. Jedzenie to inna sprawa. Próbowałem jeść trawę, ale brzuch od niej bolał; chwytałem świerszcze, lecz ich twarde pancerze raniły mi gardło. Pożerałem, co się dało, by mieć choć cień krzepy. Raz trafiłem na polną sałatę, ale wiele pożytku z niej nie było.

Piątego dnia marszu spadła rzęsista ulewa. Brak schronienia wyziębił mnie do szpiku kości, a noc przyniosła jeszcze sroższy chłód. Musiałem się zmusić, by maszerować w ciemności, chcąc wykrzesać z ciała resztki ciepła. Szedłem więc i szedłem, aż w końcu z braku sił zacząłem mieć zwidy. W wysokiej trawie widziałem starca, który pokazywał mi drogę. Wskazywał na góry, co znaczyło, że idę w dobrą stronę. Ale jak mogłem wierzyć komuś, kto był jedynie wymysłem mojej chorej głowy, z trudem walczącej o przetrwanie?

Świt przegnał starca. Skwar znów począł parzyć moją twarz, a ja wciąż szedłem. Dotarłem wreszcie do starego drzewa, które jako jedyne rosło kiedyś na tej połaci zieleni, dopóki nie uschło. Narwałem z niego suchych gałęzi, a spod odsłoniętych korzeni zdrapałem starą korę. Buszowały w niej jakieś pędraki, które bodaj odrobinę napełniły moje puste trzewia.

Podążyłem dalej. Ku nocy i przez kolejny dzień widziałem, jak góry stają się coraz bliższe, coraz potężniejsze. Teraz, oświetlone blaskiem księżyca, ukazały białe plamy śniegu. Chłód stawał się coraz dotkliwszy. Kolejne dni to tylko następne źdźbła trawy przeżuwane, by choć na chwilę oszukać głód.

W końcu dostrzegłem na horyzoncie ciemny pas, a nad nim zieleń. Las! W lesie z pewnością znajdę więcej strawy! Nocny ziąb wżerał się w ciało z każdą chwilą mocniej. Do zmierzchu nie zdołałem dojść do ściany drzew. Ale gdy wstałem rano i ruszyłem, w samym środku dnia zobaczyłem już potężne, prastare drzewa rosnące jedno obok drugiego, tworzące olbrzymią knieję. Zbliżając się, dostrzegłem w oddali ludzi. Zapewne innych zbiegów, bo wyraźnie widziałem tobołki na ich plecach. Głód i wycieńczenie nagle straciły na znaczeniu. Nadzieja na nowo rozpaliła moją krew!

Przekroczyłem wreszcie granicę łąk i wszedłem w potężny las. Tyle dni tułaczki, ucieczki i głodu… w końcu dotarłem! Czułem, jakbym odnalazł nowe miejsce do życia. Im głębiej wchodziłem w gąszcz, tym częściej natrafiałem na ślady innych. Stare namioty, porzucone gliniane naczynia, nierzadko też wozy z połamanymi kołami.

Przeszedłem już szmat drogi, gdy las zaczął ustępować miejsca kamiennym ruinom. Najpierw były to pojedyncze kolumny, potem pojawiało się ich coraz więcej, aż w końcu natrafiłem na wytyczony trakt – szeroki i długi, zdobiony kamiennymi filarami, które od dołu oplatał bluszcz, a wyżej porastał gruby mech. Krocząc tym prastarym szlakiem, miałem jasność nie ja pierwszy szukałem tu ocalenia.

W końcu dotarłem przed zrujnowaną, kamienną bramę. Przechodząc przez nią, natknąłem się na zbielałe kości. Kawałek dalej wznosiły się kolejne wrota, tym razem z opuszczoną, ciężką kratą. Gdy chciałem podejść bliżej, tuż obok mojego ucha świsnęła strzała. Zamarłem w bezruchu i spojrzałem w górę. Na murze stało dwóch łuczników celujących prosto we mnie. Obok nich stał trzeci; powiódł kosturem i pchnął ich łuki w dół, dając znak, by nie strzelali.

Krata powoli, z chrzęstem żelaza, zaczęła unosić się w górę. Wszedłem do środka. Okazało się, że ruiny są rozległe, a spory plac na środku tętnił życiem. Roiło się tam od zbiegów. Po bokach ciągnęły się mury w dość dobrym stanie, choć zęby czasu mocno je nadgryzły, a nikt od lat o nie nie dbał. Na samym końcu placu wznosiła się masywna budowla. Wejścia do niej strzegły dwa kamienne posągi niedźwiedzi odzianych w pancerze. Rozglądając się na boki, dostrzegłem jeszcze między filarami ciemne przejścia, wiodące w głąb bocznych murów.

Postąpiłem krok naprzód i nagle usłyszałem za sobą głos, który stwierdził spokojnie, że moja wioska również przestała istnieć. Odwróciłem się gwałtownie, by zobaczyć, kto to powiedział. Był to ten sam człowiek z muru, który powstrzymał łuczników. Chciałem przytaknąć, ale mój głos zabrzmiał tak, jakbym nie używał go od lat. Ledwo zdołałem wydobyć z siebie cichy, zachrypnięty jęk. Nieznajomy kazał mi zachować spokój. Obiecał, że mnie nakarmią, dadzą pić i pozwolą się obmyć, a jeśli mi się poszczęści, dostanę też jakieś odzienie. W zamian zażądał jedynie drewna, które wlokłem na plecach. Zgodziłem się bez słowa. Chwycił mnie za ramię, wskazał swoim kosturem drogę i ruszyliśmy w stronę posągów niedźwiedzi.

Po przekroczeniu progu moim oczom ukazało się wnętrze pradawnej świątyni. Na jej środku stał potężny posąg jakiegoś starca z wyciągniętymi przed siebie rękami. Nie potrafiłem odgadnąć, co w nich dzierżył, bo ramiona rzeźby były odłamane tuż przy łokciach. Dookoła płonęły misy z olejem, rozpraszając mrok. Od głównej nawy odchodziło kilka mniejszych izb oraz schody prowadzące w dół, w ciemność. Weszliśmy do jednej z bocznych komnat. Okazała się ogromna – przestrzeni starczyłoby w niej na połączenie kilku chat z naszej Parośli.

Wewnątrz uwijały się niewiasty, warząc coś w miedzianym kotle nad paleniskiem. Z miejsca było widać, że izba przez lata stała pusta. Kąty zasnuwała gęsta pajęczyna, stare drewniane półki dosłownie nią zarastały, a nieliczne krzesła po prostu spróchniały i rozpadały się od wilgoci. Jednak samo palenisko i komin wciąż spełniały swoje zadanie. Pachniało gorącą strawą.

Kazano mi spocząć na starej skrzyni. Jedna z kobiet wyciągnęła drewnianą misę, nalała mi polewki i wcisnęła w dłoń pajdę chleba. Nakazała mi jeść, póki gorące. Nie musiała powtarzać. Pochłonąłem wszystko w mgnieniu oka, parząc sobie język i boleśnie gryząc własne dziąsło.

Starzec czekał na mnie w głównej nawie z przygotowanym, czystym odzieniem. Wskazał kosturem kolejne przejście. Tym razem zeszliśmy po schodach w dół. Stopnie, oświetlone migotliwym blaskiem pochodni, w pewnym momencie się urywały, przechodząc w nagie skały, spomiędzy których dobiegał szum. Mój przewodnik zdjął jedną głownię ze ściany i, rozświetlając mrok, wyprowadził nas z kamiennych sklepień korytarza wprost do rozległej jaskini. Przez jej środek płynął podziemny potok. W jego nurcie ułożono zaporę z kamieni, która tamowała i spiętrzała wodę. Kazano mi tam wejść. Zmyłem z siebie zaschnięte błoto, starą krew i brud. Woda była lodowata; gdy z niej wychodziłem, dygotałem z zimna jeszcze bardziej niż przedtem.

Gdy przywdziałem nowe ubranie, starzec spytał, czy teraz łatwiej będzie mi mówić. Odparłem, że opowiem o wszystkim.

Wymiana zdań trwała długo. Dowiedziałem się od niego, że Cesarstwo Glomberg – bo tak zwano najeźdźców – zmiotło praktycznie wszystkie pozostałości po starym ładzie, począwszy od wyznawców naszego boga, aż po każdego człowieka, który odmówił przyjęcia nowej wiary. Z mojej wioski nie dotarł tu nikt oprócz mnie. Wielu zginęło w drodze, zaszlachtowanych przez cesarskich Tropicieli – bezwzględne oddziały wysyłane w pościg za zbiegami. Łowcy ci wiedzieli o istnieniu azylu i po prostu przechwytywali uciekinierów, zabijając ich na traktach. Ostatnio zaczęli nawet podchodzić pod same bramy ruin. Ruin, których broniły nie tylko chłopy jak ja, ale też zbiegła szlachta, dawni żołnierze, myśliwi, górnicy, a nawet kilku biegłych budowniczych.

Samo miejsce, w którym znalazłem schronienie, okazało się dawnym klasztorem Pierwszych Ludzi, wyznających w tym miejscu jakiegoś Stwórcę. Gdy spytałem starca, skąd czerpie tę wiedzę, odrzekł, że w podziemiach znajduje się obszerny księgozbiór pełen prastarych zapisków. Niektóre z nich udawało mu się odczytać, inne pojmował tylko częściowo, bo mowa przypominała naszą, a jeszcze innych nie potrafił rozszyfrować wcale. Wyjawił mi też, że sam jest kapłanem starego Kultu naszego boga.

Na koniec tej długiej opowieści przydzielono mi moje pierwsze zadanie: miałem pilnować, by w ruinach nigdy nie zabrakło drewna na opał.

Tak mijały dni, zlewając się w kolejne pełnie, aż upłynęły dwie długie zimy. Uchodźców wciąż przybywało, aż mury pradawnego klasztoru zaczęły pękać od nadmiaru dusz. Drewno zbierałem tylko za dnia, wychodząc w gęstwinę z kilkoma innymi zbiegami. O nic nie pytałem, a jednak targały mną wątpliwości: jak możemy przyjmować kolejnych, skoro miejsca i strawy już dawno brakowało? Milczałem tylko dlatego, że sam przecież przybyłem tu jako wygłodniały żebrak.

W końcu nadszedł dzień, w którym zbiegowie po prostu przestali się pojawiać. Zamknęliśmy się w liczbie pięciuset sześciu dusz.

Przez te dwie zimy zagrożenie ze strony cesarskich łowców zdawało się maleć. Ataki stawały się coraz rzadsze, z czasem wręcz sporadyczne. Zbrojni potrafili znikać aż do pierwszych roztopów. Dziś wiem, że robili to celowo, by uśpić naszą czujność. I dopięli swego – ci z nas, którzy wychodzili poza mury, coraz częściej zapominali o strachu, wierząc naiwnie, że Cesarstwo o nas zapomniało.

A potem nastała pierwsza z nocy, w której przyśnił mi się starzec. Ten sam, którego widziałem na łąkach podczas mojej ucieczki z Parośli. We śnie pokazywał mi coś, lecz wszystko tonęło w gęstej mgle.

Kolejne wizje nie przychodziły od razu. Nawiedzały mnie co pełnię, jakby to sam księżyc wyznaczał rytm mojego majaczenia. Gdy na niebie znów zajaśniała okrągła tarcza, stanąłem we śnie przy ognisku. Starzec zbliżył się, zaczerpnął dłonią płomieni, a ogień skapywał mu między palcami niczym woda. Podszedł i wtarł ten żar prosto w moje czoło. Obudziłem się trawiony straszliwą gorączką. Przez blisko trzy noce okładano moją głowę zimnymi szmatami, lecz gorąc nie ustępował.

Minął kolejny księżyc i nadszedł trzeci sen. Tym razem staliśmy pod wodospadem, a starzec pchnął mnie w spieniony nurt, który obmył mnie całego. Noce po tym przebudzeniu przyniosły mi tak potworny chłód i trzęsawicę, że mimo letnich upałów na zewnątrz, musiałem palić ogień, by przetrwać.

Gdy znów nastała pełnia, stałem w lesie, na świeżo rozkopanej ziemi. Starzec zbliżył się z kosturem w dłoniach i uderzył nim o grunt. Zapadłem się w mrok. Nie mogłem oddychać, ziemia dusiła mnie w swym uścisku. Przez kolejne dni mój prawdziwy oddech słabł, jakby gasł we mnie płomień. Po następnym księżycu, poprzedzonym siedmioma dniami potwornej duszności, sen nadszedł po raz ostatni. Zobaczyłem siebie pod tym samym uschniętym drzewem z początku mojej wędrówki. Starzec znów wskazywał mi drogę. Tym razem mgła opadła, a ja ujrzałem góry. Mnóstwo ośnieżonych szczytów, które górowały nad lasem. Ale czy to wszystko nie było jedynie wymysłem mojego trawionego gorączką umysłu?

Gdy wreszcie wróciłem do zdrowia, stary kapłan – ten, który przyjął mnie w ruinach – zaproponował, że nauczy mnie odczytywać znaki. Przez kolejne trzy zimy z wielką pilnością uczyłem się rozpoznawać litery, aż wkrótce potrafiłem biegle czytać w naszej mowie. Z każdym dniem zgłębiałem wiedzę z prastarych ksiąg. Chłonąłem ją jak spękana ziemia wodę. Aż w końcu zabrakło zapisów, które potrafiłem pojąć. Zostały mi już tylko te woluminy, które spisano w obcej mowie, albo takie, których znaków nikt w klasztorze nie rozumiał.

Nadszedł kolejny śnieg, a wraz z nim wzrosło moje poważanie wśród uciekinierów. Stałem się kimś na wzór starszego wioski. Ludzie pytali mnie o radę, jak coś zrobić, a nawet o błahostki w rodzaju tego, gdzie udać się po drewno i jakie gałęzie zbierać. Im grubsza warstwa puchu okrywała mury, tym bardziej dało się odczuć, jak wielki panuje tu ścisk. Dziedziniec był tak zatłoczony, że śniegu na nim nie uświadczyłeś – wszystko od razu topniało, bo jedno ognisko płonęło tuż obok drugiego.

Pewnego dnia czterech zbieraczy nie wróciło z lasu. Kilku strażników na murach uznało, że po prostu uciekli, zostawiając swoje rodziny na naszych barkach. Mnie jednak taki los wydawał się nieprawdopodobny. Coś złego musiało ich spotkać w gęstwinie; w końcu każdy z nas aż nazbyt dobrze pamiętał pościgi i bezlitosnych łowców Cesarstwa.

Moje lekcje wspólnej mowy szły tymczasem coraz lepiej. Opanowanie tego języka wreszcie otworzyło przede mną księgi, które jeszcze do niedawna pozostawały całkowitą tajemnicą. Prastare woluminy ukazały ogrom wiedzy, która działała na mój umysł niczym leczniczy okład. Pochłaniałem opisy dawnej sztuki wojennej, wznoszenia umocnień i forteli przydatnych w walce z liczniejszym wrogiem. Tu i ówdzie, w ciemnych kątach klasztoru, zaczęto już nazywać mnie uczonym.

Minęło równo sześć zim, odkąd przybyłem w te mury. Potrafiłem już wyliczać i opisywać miary, dzięki którym krok po kroku odbudowywaliśmy tę świątynię. Coraz częściej zastanawiały mnie tutejsze posągi. Z zapisów wywnioskowałem, że rzeźba Stwórcy była niegdyś największym miejscem kultu w okolicy, a pielgrzymki ściągały tu ze wszystkich stron świata. Ręce, które – jak początkowo sądziłem – pomnik stracił z biegiem lat, w rzeczywistości od początku były tak wyrzeźbione. Stanowiły symbol jego ofiary dla nas. Księgi skrywały tyle tajemnic, że zacząłem nawet na własną rękę tłumaczyć te woluminy, których nikt nie potrafił odczytać, szukając podobieństw między obcymi znakami a naszą mową.

A jednak mroczne sny powróciły. Moje ciało znów zaczęło się buntować. Żyły pulsowały tak silnie, jakby chciały mi coś przekazać, moja krew domagała się ujścia. Bolesne skurcze mięśni nie pozwalały mi zasnąć. Oblewałem się strumieniami potu. Nie miałem apetytu, a gdy tylko zmuszałem się do przełknięcia bodaj kęsa strawy, natychmiast wymiotowałem. Targały mną skrajności – potrafiłem wpaść w ślepą furię na każdego, kto się do mnie zbliżył, by zaraz potem dygotać ze strachu przed wszystkim, co mnie otaczało.

Kolejny sen nawiedził mnie w biały dzień. Zasnąłem w komnacie z księgami. Zobaczyłem moją wioskę. Ogień trawił wszystko za moimi plecami, nieustannie pełznąc w moją stronę. Jedynym wyjściem było przeć przed siebie, a przede mną wznosiły się góry. Zrobiłem zaledwie kilka kroków i nagle znalazłem się w gęstym lesie. Kolejny krok, a ściana drzew zniknęła – stałem u podnóża szczytów. Kiedy podniosłem nogę, by postawić następny, brodziłem już w głębokim śniegu. Obejrzałem się za siebie i dostrzegłem las daleko w dole.

Nagle coś wyrwało mnie z tego koszmaru. Otworzyłem oczy. Byłem przywiązany do ciężkiej ławy i cały przemoczony. Strażnicy wyjaśnili mi, że wstałem przez sen i we wstrząsającym letargu wyszedłem aż przed główną bramę.

Nad ranem wizja powróciła. Tym razem śniłem o naszych ruinach, o naszym nowym domu. Wszystko płonęło. Widziałem znajomych ludzi leżących w kałużach krwi. Pośrodku tej rzezi stał starzec ze spuszczoną głową, co wyglądało jak gest całkowitej rezygnacji. Pomyślałem, że tym razem to ja do niego podejdę. Kiedy ruszyłem w jego stronę, podniósł wzrok. Uradował się, po czym wyciągnął ramię i znów wskazał na góry.

Obudziłem się z krzykiem. Leżałem w lodowatym strumieniu, w tej samej podziemnej jaskini, w której obmywałem się zaraz po przybyciu do klasztoru. Chłód był tak potworny i przenikliwy, że nogi rwały mnie z bólu.

Jestem doszczętnie wykończony. Nie robię już niemal nic, a moje ciało wciąż domaga się snu. Zauważyłem jednak, że gdy schodzę do podziemnego strumienia, czuję niewytłumaczalną ulgę. Muszę sprawdzić, skąd wypływa ta woda.

Dziś zebrałem resztki sił. Zszedłem do jaskini, rozpaliłem pochodnię i ruszyłem w górę nurtu. Skały stawały się coraz zimniejsze z każdym pokonanym krokiem mróz gęstniał. Czułem, jak lód przenika mnie do szpiku kości, a jednocześnie wlewa w moje trzewia nową siłę. Ta woda coś robi z moją krwią. Domaga się więcej, a zarazem wiem, że to przeraźliwe zimno może mnie zabić. Wtedy zawróciłem mróz był zbyt srogi.

Teraz ubrania mam już przygotowane. Grubiej pozszywane skóry dadzą mi ciepło na kolejnych etapach podziemnej wędrówki. Wezmę zapasowe pochodnie – dziś w nocy znajdę to źródło. Opowiedziałem o wyprawie strażnikom i staremu kapłanowi, by wiedzieli, dokąd ruszam. Dostałem tobołek z suchą strawą. Jedna z niewiast w kuchni patrzyła na mnie przy tym z troską, martwiąc się jakby bardziej niż inni.

Grubsze odzienie sprawdzało się tylko na początku. Dotarłem do miejsca, w którym zawróciłem poprzednim razem. Było tam potwornie zimno. Grube skóry z czasem zaczęły przepuszczać chłód. Czułem się tak, jakbym stał w lodzie w samej tylko lnianej koszuli. Chwyciłem pochodnię tuż pod płomieniem i przycisnąłem ją do piersi, by złapać choć odrobinę ciepła.

Sama jaskinia zaczęła się zwężać, a korytarz stał się ciasny. W ciemnościach rozlegał się ryk wody, jakby spadała z dużej wysokości. I wtedy to poczułem. Nagle wezbrało we mnie mnóstwo sił. Czułem się wspaniale. Zimno przestało mnie kąsać. Mrozu nie czułem już wcale.

Korytarz rozszerzył się w wielką komnatę. Przede mną ukazał się podziemny wodospad. Usłyszałem huk roztrzaskującej się o skały wody i uniosłem pochodnię, by rozświetlić mrok. Zdumiewające… woda błyszczała w świetle ognia niczym kryształki rosy w słońcu. W toni dostrzegłem nawet ryby. Jakim cudem? Jak mogły przetrwać w takim lodzie? Zimny wiatr smagał moje policzki.

Znalazłem półki skalne, ułożone w taki sposób, że tworzyły stopnie, lecz przeznaczone chyba dla jakiegoś olbrzyma. Ktoś musiałby być ze trzy razy wyższy ode mnie, by swobodnie po nich wejść. Przekonywałem sam siebie, że to wyobraźnia płata mi figle, że to musi być dzieło natury, a nie czyichś rąk. Wdrapałem się na samą górę. Zobaczyłem, że woda wypływa spod potężnych głazów, ale gdy schyliłem głowę, dostrzegłem, że koryto ciągnie się jeszcze dalej w głąb skały. To nie było źródło. Przejście wiodło dalej.

Poszedłem tym tropem i nagle dostrzegłem blask. Czyżby to było wyjście? Tak! Wyszedłem na zewnątrz i poczułem uderzenie mroźnego wichru. Nie do wiary… byłem w górach.

Postanowiłem rozejrzeć się po okolicy, a pochodnię zostawiłem przy wyjściu. Piękna, okrągła tarcza księżyca oświetlała ośnieżone szczyty i uśpione w dole doliny. Kiedy odwróciłem się z powrotem w stronę jaskini, zamarłem. Wejścia strzegły rzeźby. Dwa posągi zwrócone twarzami ku sobie, odziane w misternie wykute w kamieniu szaty i kaptury. Jeden z nich dzierżył księgę, drugi opierał dłonie na głowicy miecza.

A zatem moje zmysły mnie nie myliły. To nie było jedynie dzieło natury. Ktoś tędy kiedyś wchodził i wychodził. Zaintrygowany, postąpiłem jeszcze kilka kroków w głąb ośnieżonej przełęczy.

Stanąłem na białej grani. Z tego miejsca miałem doskonały widok na rozległe łąki. Tuż przed ścianą lasu płonęło olbrzymie, nienaturalne skupisko ognisk. Widziałem też nasze ruiny. Gęstwinę wokół nich również rozświetlała łuna ognia. Ci drudzy… kto to mógł być? Zobaczyłem ognistego węża, który wił się i wędrował pomiędzy drzewami. Czy to ludzie z pochodniami? Kolejni uciekinierzy? Nie. Niemożliwe. Minęło zbyt wiele dni, by mogła to być nowa fala uchodźców. A zatem… Tropiciele. Musiałem wracać jak najszybciej.

Narzuciłem sobie mordercze tempo. Pochodnia dopalała się błyskawicznie, więc od razu odżegłem zapasową. Dopiero w połowie drogi zorientowałem się, że w ogóle nie tknąłem zabranego jedzenia. Nie mogłem jednak taszczyć ze sobą tego ciężaru. Zostawiłem tobołek w komnacie z podziemnym wodospadem i ruszyłem dalej. Biegłem po śliskich kamieniach, co chwila wpadając do strumienia. Woda nie była już dla mnie zimna. Nie czułem żadnego bólu. W głowie kłębiły mi się przerażające myśli. Ci biedni ludzie, którzy ledwie uszli przed prześladowaniami, teraz znów musieli stawić czoła swoim oprawcom. Modliłem się w duchu, by mury wytrzymały. Umocnienia, które wznieśliśmy z drewna i kamieni, na pewno znacznie poprawiły ich stan. O czym ja w ogóle myślałem? Przecież musiały wytrzymać.

Cholera. Wpadłem do jaskini pod ruinami i od razu usłyszałem płacz. Zobaczyłem dzieci skulone u nóg przerażonych matek. Trzęsących się starców. Zapytałem jednego z nich, co się dzieje, choć znałem odpowiedź. Odparł, że nas zaatakowano. Stary kapłan kazał ukryć się słabszym w pieczarze ze strumieniem, a sam wraz z obrońcami walczył na dziedzińcu.

Popędziłem po schodach na górę i wybiegłem na zewnątrz, a tam… krew. Wszędzie ciała i brutalna walka na murach. Ktoś zbiegał po stopniach ze strzałą wbitą w ramię. Mój sen… to był mój sen. Czy to znaczy, że wszyscy tu zginiemy? Nagle dostrzegłem starego kapłana, walczącego zajadle na podwyższeniu. Rzuciłem się w jego stronę.

Stwórco! Coś rozdarło powietrze z ogłuszającym świstem i uderzyło w świątynię. Z kamiennego muru wystawał potężny bełt, wielki niczym włócznia. Z jakiej racji zadawali sobie tyle trudu, by nas dopaść? Czy nie wyrządzili nam już wystarczająco dużo zła? Dlaczego po prostu nie potrafili przestać?

Mój wzrok padł na zakrwawioną siekierę, którą wciąż ściskała dłoń martwego uciekiniera. Wyrwałem ją z jego uścisku. Znów musiałem chwycić za broń. Musiałem przebić się do kapłana i powiedzieć mu, że znalazłem wyjście. Drogę, którą zdołamy uciec.

Wskoczyłem na drabinę i wspiąłem się na mur. Na samym szczycie zza blanki wyłonił się wróg. Nie było czasu na zastanowienie. Nie zamierzałem po raz drugi w życiu popełnić błędu zawahania. Moja siekiera spotkała się z jego hełmem. Rozległ się obrzydliwy chrzęst gniecionego metalu, a ciało runęło w dół.

Ruszyłem biegiem po blankach. Tuż przede mną jeden ze strażników dostał strzałą w kark i zwalił się na dziedziniec. Pochyliłem się nisko, kryjąc się za murem, by nie skończyć tak samo. Byłem ledwie kilka kroków od kapłana.

Nagle starzec stanął wyprostowany, jakby poraził go piorun. Cofnął się i obrócił w moją stronę. Zupełnie jakby wyczuł, że tam jestem. Dostał drugą, a potem trzecią strzałę w brzuch. Upadł na kolana. Skulony podbiegłem do niego. Nóżka krwi ciekła mu z ust po brodzie i kapała na kamienną posadzkę. Dopadłem go. Podniósł głowę i wyciągnął ramię. Chwyciłem jego dłoń i wykrzyczałem mu prosto w twarz, że znalazłem wyjście.

Usłyszałem w odpowiedzi jego słabnący, charkotliwy głos. Kazał mi ich wyprowadzić. Powiedział, że muszą żyć. I że to ja, jestem teraz za nich odpowiedzialny.

Nagle rozległ się potworny trzask. Ogłuchłem. W uszach świdrował mi tylko straszliwy pisk. Obraz rozmazał się, zupełnie jak wtedy, podczas rzezi w mojej wiosce. Tym razem jednak zmysły wróciły szybciej. Leżałem na ziemi. Kawał muru, na którym staliśmy, został czymś trafiony i obrócił się w perzynę.

Szukałem starca wzrokiem. Zobaczyłem go kawałek dalej. Leżał na boku, a jego nogi przygniótł ciężki gruz. Na czworakach podczołgałem się do niego, ale on miał już tylko szeroko otwarte, martwe oczy. Wpatrywał się w główną bramę. Nie reagował na moje krzyki. Wrota zaczęły właśnie przeraźliwie trzeszczeć i wyginać się pod naporem wroga.

Z ocalałych fragmentów muru zbiegali strażnicy i zwykli chłopi, którzy dołączyli do obrony. Dowódca zbrojnych wodził wzrokiem po resztkach umocnień. Wrzeszczałem do niego, ale nie słyszał moich słów. W zgiełku bitwy wszystkie wołania stawały się bezdźwięczne. Zlewały się w jedno wielkie wycie.

Pobiegłem w jego stronę, póki nie było za późno. On z kolei ruszył ku bramie. Wpadliśmy na siebie w połowie drogi. Zatrzymałem go siłą i krzyknąłem, że odnalazłem drogę ucieczki! Spojrzał na mnie zdezorientowany.

W tej samej chwili rozległ się potężny huk. Dębowy rygiel pękł. Dowódca wyrwał róg i zadął w niego z całych sił. Na ten sygnał z murów zbiegła reszta obrońców. Brama runęła, a na dziedziniec wlały się wojska Cesarstwa.

Zaczęliśmy cofać się pod wejście do świątyni, formując z tarcz ciasny łuk. Dowódca brutalnie wepchnął mnie do środka, a za mną kilkunastu zbrojnych. Krzyknął do nich, że mają iść ze mną i chronić wszystkich w podziemiach. Potem ocalali wojownicy utworzyli mur z własnych ciał, blokując wejście najeźdźcom.

Zszedłem w dół z ocalałymi obrońcami. Po chwili usłyszeliśmy potężny trzask i huk z góry. Ściana dosłownie osunęła się, przygniatając jednego z wojowników. Wejście zostało całkowicie zasypane. Zostaliśmy odcięci od świata.

Z początku myślałem, że przyjdzie nam uciekać w mróz tylko w tym, co mieliśmy akurat na sobie. Na całe szczęście okazało się, że wcześniej, chroniąc się w pieczarze, starcy zdołali znieść do środka spory zapas pochodni, resztki strawy i grube skóry. Zabrali je, by kobiety i dzieci miały na czym spocząć pośród lodowatych skał. Teraz to właśnie te skóry miały posłużyć nam za jedyne okrycie w morderczym marszu.

Szliśmy w mroku. Z początku słyszałem płacz dzieci w korytarzu, później nadszedł chłód i zapadła martwa cisza. Płacz matek zagłuszał ciężki oddech kogoś za moimi plecami, stukot butów oraz brzęk stalowych pancerzy zbrojnych. Dotarliśmy do wielkiej komnaty. Mróz był tam potworny, ale to, co wkrótce zobaczyliśmy, okazało się niewyobrażalnie gorsze. Wzrok matek. Łzy zamrożone na ich policzkach. Wyraz twarzy ściętych lodem, w których zatrzymało się cierpienie tak wielkie, że samo patrzenie na nie bolało bardziej niż wszystko, co mnie dotąd spotkało.

Widziałem starsze dzieci. Były mocno przemarznięte, ale brodziły w strumieniu i wciąż żyły. Ofiara, jaką przyszło zapłacić kobietom za ratunek, była chyba gorsza niż śmierć. Wszystkie maleństwa, które niesiono na rękach, odeszły. Nie było ich już z nami. Zamarzły.

Zupełnie jakby jaskinia wyczuła, że nie stąpały w wodzie. Jakby to była bezlitosna kara za to, że nie zanurzyły w niej stóp.

Dla matek to nie miało żadnego znaczenia. Nigdy nie zapomnę tego pustego wzroku kobiet kołyszących swoje pociechy, które już nigdy nie miały zapłakać. Coś przerażającego. Samo patrzenie raniło duszę tak mocno, że chciałoby się rozerwać własne ciało, byle tylko zmyć z ich twarzy ten koszmar.

To ja byłem za to wszystko odpowiedzialny. To ja miałem ich wyprowadzić i ocalić, a dałem im tylko ból. Musieliśmy zostawić ciałka w komnacie z wodospadem. Mój tobołek, który wcześniej tam porzuciłem, posłużył za całun. Złożyliśmy maleństwa u stóp wodogrzmotu. Ta makabryczna konieczność szybko przerodziła się we wrzaski, groźby, a nawet nóż przyłożony do mojego gardła. To nie miało tak wyglądać. Jedna z niewiast wykrzyczała mi prosto w twarz, pytając, czy mało jeszcze wycierpieliśmy.

Co miałem jej odpowiedzieć? Że wycierpieliśmy dość, ale przed nami jeszcze więcej udręki? Że idziemy w góry, bo tak kazał mi mój majak? Czy może powiedzieć prawdę, że mieliśmy do wyboru zginąć tam z rąk wroga, albo tu z potwornego zimna?

W końcu zbrojni musieli się wtrącić. Niektórym matkom siłą wyrywali z ramion ciała niemowląt. Owinęli ocalałych w przyniesione przez starców skóry, po czym wpychali obłąkane z rozpaczy kobiety na pierwsze stopnie skalne, potem na kolejne i kolejne, zmuszając do marszu. Szliśmy tak długo, aż wreszcie wyszliśmy na zewnątrz. Pochodnie przestały być potrzebne, bo na świecie właśnie świtało.

Spojrzałem w dół. Pomiędzy konarami drzew widać było gęsty dym i zbrojną armię, zbierającą się na zaśnieżonych równinach pod lasem. Wróciłem do uciekinierów. Przeliczyłem nas. Zostało równo sto osiemdziesiąt dusz. Matki, które w podziemiach straciły niemowlęta, miały teraz puste, martwe spojrzenia. Lodowaty wiatr znów bezlitośnie smagał ich poczerwieniałe lica. Jeden ze starców zapytał, dokąd teraz ruszymy.

Nic nie odpowiedziałem. Wskazałem po prostu ręką przed siebie.

Najgorszy nie okazał się sam mróz, lecz ślepota. Promienie słońca tak mocno odbijały się od śniegu, że oczy same łzawiły, a łzy natychmiast zamarzały na rzęsach. Gdy słońce stanęło najwyżej na niebie, szliśmy już właściwie na oślep. Brodziliśmy po pas w białym puchu, by za chwilę stąpać po twardej, zdradliwej skorupie lodu. Kiedy ktoś z tłumu podniósł głos zbyt mocno, z górskich szczytów dobiegał głuchy trzask, przypominający szum wezbranej rzeki. Góry groziły nam pogrzebaniem żywcem. Mijaliśmy wąskie przesmyki, lodowe groty i głębokie rozpadliny.

Pod sam wieczór zatrzymałem się na chwilę, by sprawdzić, jak radzą sobie ludzie na końcu naszego pochodu. Gdy minął mnie ostatni ze strażników, zauważyłem kępkę siwych włosów, wystającą ze śniegu i powiewającą na wietrze. Cofnąłem się. To była stara kobieta. Leżała z twarzą wbitą w biały puch. Jej skóra była przeraźliwie zimna. Przyłożyłem ucho do jej ust, lecz nie usłyszałem już żadnego tchu. Musiałem ją tam zostawić, by nie narażać reszty wędrowców. Nikt nie zdołałby jej pomóc. Góry zebrały kolejne żniwo.

Zaczęło robić się naprawdę chłodno. Z kilku pochodni ułożyliśmy jedno małe ognisko. Ktoś wykrzesał ogień z krzesiwa, które przezornie zabrał ze sobą. To musiało nam wystarczyć, choć płomień ledwie muskał nasze zmarznięte ciała. Spaliśmy stłoczeni w śnieżnych jamach, które sami wygrzebaliśmy w zaspach. Sen w takich warunkach nie nadchodził. Zamykałeś na chwilę piekące oczy, by zaraz otworzyć je z powrotem, zbudzony dźwiękiem własnych, dzwoniących z zimna zębów.

O świcie pierwsze promienie słońca przyniosły krzyki i wołania o pomoc. Jedna z kobiet nie miała siły się podnieść. W innej jamie dwóch mężczyzn nie wstało w ogóle. Byli martwi. Kawałek dalej zamarzło kolejne dziecko. Moja głowa pękała od udręki. Co robić? Zrozumiałem, że musimy iść, inaczej wszyscy tu zginiemy. Krzyknąłem, że czas ruszać w drogę.

Spojrzałem na niewiastę, która nie mogła wstać. Posłałem lud przodem, a sam zostałem przy niej z jednym ze zbrojnych. Wziąłem od niego nóż. Nie mogłem tak po prostu ściągnąć z niej ciężkich nogawic, lód i krew skleiły je z ciałem. Rozciąłem je ostrzem. Jej nogi były czarne. Martwe, gnijące ciało sięgało aż nad kolana.

Sama poprosiła, bym skrócił jej męki. Serce wzdragało się przed tym czynem, ale nie miałem innego wyjścia. Kazałem strażnikowi ruszyć za resztą.

Gdy było po wszystkim, wstałem z kolan. Ze łzami w oczach ruszyłem zbroczonym krwią szlakiem za uciekinierami. Zbliżał się kolejny wieczór, a wraz z nim nadchodziła kolejna straszliwa próba.

O świcie policzyłem ocalałych. Zostało nas już tylko stu czterdziestu jeden. Mimo okrutnego chłodu poczułem potężne pragnienie. Pomyślałem, że odrobina śniegu roztopi się w ustach i przyniesie ulgę. Chciałem nabrać go w dłonie i zwilżyć suchy język, ale jakiś pierwotny instynkt odrzucił tę myśl. Widziałem wcześniej trzech starców, którzy tak właśnie zrobili. Niedługo potem musieliśmy zostawić ich martwe ciała za sobą.

Tamtą noc spędziliśmy na śniegu tak twardym, że nie dało się w nim kopać. Zacieśniliśmy krąg z naszych ciał, żeby ogrzać się choć trochę. Następny dzień przyniósł kolejnych martwych.

Siódmego dnia marszu zaczęły się krzyki i sprzeczki. Ludzie wpadli w popłoch. Kazałem im się uspokoić, ale dziesięciu zbuntowanych uciekinierów odłączyło się od nas i poszło w swoją stronę. Minęło dziewięć dni wędrówki. Od tamtej pory nikt ich nie widział.

Po drodze natrafiliśmy za to na truchła górskich kozic, zamarznięte na kamień. Zabranie ich ze sobą i zjedzenie choćby surowego mięsa byłoby prawdziwym wybawieniem. Dzień chylił się ku końcowi, gdy schodząc w głąb kolejnej doliny, znaleźliśmy zagajnik małych sosen. Zaczęliśmy rwać gałęzie spod zasp. Wtedy niejaki Garel wpadł w ukrytą pod śniegiem szczelinę. Krzyki rozpaczy jego dzieci były okropne.

Gdyby stary alchemik Ferce nie wyjawił nam wcześniej, jak topić śnieg w skórzanych mieszkach noszonych pod pachami, tuż przy ciele, wszyscy zginęlibyśmy już kilka dni temu. Poświęciliśmy kolejną pochodnię, by rozpalić przemarznięte gałęzie. Z życiem uszedł też dawny budowniczy świątyń. To on wpadł na pomysł, by usypać blisko ognia ściany ze śniegu. Osłaniały nas od wiatru, a do tego zatrzymywały i odbijały ciepło płomieni. Stare kucharki ustawiły ciała kozic tuż przy ogniu, żeby odtajały. Wcześniej ostrza ślizgały się po ich twardej jak głaz skórze, zgalając jedynie kłaki futra.

Nie zostaliśmy tam długo. Mięsa z kozic starczyło na niewiele, ale to, co zjedliśmy, nasyciło nasze trzewia tak, jakbyśmy byli po sytej biesiadzie. Kazałem też nazbierać tyle iglastych gałęzi, ile tylko zdołaliśmy unieść. Tworzyły na plecach dodatkową osłonę przed wiatrem. Nocą służyły za posłanie, a w najgorszych chwilach po prostu rzucaliśmy je w ogień. Wtedy zostało nam już tylko pięć pochodni. Krzesiwo też rzucało coraz słabsze iskry.

Minęło czternaście dni. Po mięsie nie było już śladu. Została nam zaledwie jedna pochodnia, a gałęzi starczy raptem na ostatnie ognisko. Wczoraj zostawiliśmy w zaspach Starego Pita. Odszedł we śnie. Nie zabił go chłód, po prostu umarł ze starości i wycieńczenia.

Kolejna noc przywitała nas niespodziewanie łagodnie. Wiatr ustał. Niebo było czyste, a mróz jakby przestał już tak dokuczać. Sen stawał się dziwnie błogi i przyjemny.

Minął siedemnasty dzień tułaczki. Byliśmy potwornie wykończeni, ale głód wcale nam nie doskwierał. Sam czułem w środku dziwną, przerażającą wręcz radość. Zupełnie jakbym czekał na coś, co przyniesie mi niesamowite szczęście.

Dziewiętnastego dnia wędrówki dotarliśmy do rozległej doliny, nad którą górowały jeszcze wyższe szczyty. Ktoś musiał tu kiedyś żyć. W zboczach widniały wydrążone groty. Dostrzegłem też kształty, które mogły być pozostałościami starych narzędzi. Na drugim końcu doliny wznosiły się trzy ogromne wodospady. Ich skute lodem wody opadały do zamarzniętego jeziora. Wyglądało to przepięknie w tej surowej, zimowej scenerii. Rosły tam również jodły, podobne do tych z płaskich pól przy mojej dawnej wiosce. Te jednak uginały się pod gęstą pokrywą śniegu.

Pozyskaliśmy trochę drewna i rozbiliśmy obozowisko. Ktoś z ocalałych znał się na łowieniu ryb spod lodu. Uznaliśmy, że poświęcimy jedną pochodnię, by rozpalić ogień i roztopić taflę. Kilku mężczyzn wzięło miecze i ruszyło wykuć przerębel. Idąc z nimi, dostrzegłem jednak, że wcale nie trzeba było łowić. Mnóstwo ryb zamarzło tuż pod wierzchnią warstwą lodu. Wystarczyło je po prostu wyrąbać. Stary alchemik znów uratował nas z opresji. Oblepił roztopioną żywicą z jodeł suche gałęzie i igliwie, tworząc mniejsze pochodnie. Paliły się znacznie szybciej niż te prawdziwe, ale doskonale służyły do rozniecania ognisk.

Nad ranem, przy zejściu z przełęczy po śliskim zboczu, upadł niejaki Frano. Pociągnęło go w dół, aż z hukiem uderzył o taflę zamarzniętego jeziora.

Kolejny świt zwiastował dwudziesty piąty dzień naszej udręki. Ryb mieliśmy pod dostatkiem, a ich zamarznięte mięso kroiło się o wiele łatwiej niż twardą skórę kozic. Tego dnia odeszła od nas dwójka młodych bliźniaków. Gdy podchodziliśmy pod kolejną górę, po prostu padli z wycieńczenia. Zasnęli na mrozie. Nie pomogły krzyki ani rozpaczliwe potrząsanie przez strażników.

Wkrótce zapasy ryb się skończyły. Zjedliśmy ostatnią wieczerzę. Nie wiedziałem, co przyniesie dwudziesty dziewiąty dzień wędrówki.

Czekało nas potężne podejście. W zasięgu wzroku ciągnęły się już tylko strome wzniesienia. Ruszyliśmy, a chwilę później zerwała się potężna zamieć. Nic nie było widać. Trzymaliśmy się razem, wiążąc się skórzanymi rzemieniami i kawałkami lin, by nikt nie zgubił się w bieli. Dotarcie na grań wcale nie oznaczało odpoczynku. Teraz czekało nas strome zejście w dół. Mieliśmy przed sobą mnóstwo ośnieżonych małych iglaków. Chęć zebrania gałęzi była wielka, ale wiedziałem, że byłby to wyrok. Gdybyśmy się rozdzielili, zginęlibyśmy na miejscu.

Zeszliśmy niżej, na rozległą, białą połać, a potem znów ruszyliśmy w dół. Śnieżyca nie ustępowała. Nie wiedziałem nawet, czy zapadła już noc, bo światło i mrok zlały się w jedną szarą zawieję. Pokonaliśmy kolejny płaski odcinek. I znów poczułem to samo w głębi piersi. Nie głód, lecz niewytłumaczalne szczęście, miłość i nadzieję.

Szliśmy przed siebie. Schodziliśmy wciąż niżej. Nagle śnieżyca po prostu się urwała, zatrzymując się ledwie kilkanaście kroków za naszymi plecami. Faktycznie panowała już głęboka noc. Rozbiliśmy obóz pod olbrzymimi, starymi pniami. Szczytów gór nie dało się dostrzec. Wszystko spowijały ciemności tak gęste, że blask naszej pochodni nie sięgał dalej niż na kilka kroków.

Zapadłem w sen. Znów ujrzałem starca. Stał na skalnej półce, a nad nim rozciągało się bezkresne niebo z wysoko zawieszonym słońcem. Przywołał mnie gestem dłoni. Gdy ruszyłem w jego stronę, on patrzył w dół. Wszedłem na krawędź i spojrzałem tam, gdzie on. W dole ujrzałem bujne lasy, zielone łąki i wielkie jezioro. Dolina leżała u stóp potężnych gór, które otaczały ją z każdej strony. Liczne wodospady spadały z ich krawędzi, tworząc srebrne nici rzek, które biegły prosto do wód jeziora. Starzec poklepał mnie po ramieniu. Odwrócił się. Kiedy ja też to zrobiłem, już go tam nie było.

Rano wstałem pierwszy. Świt ledwo oblepiał promieniami kształty wszystkiego wokół nas. Pobiegłem przed siebie po wystających skałach. Dostrzegłem tę samą półkę, którą widziałem we śnie. Wskoczyłem na nią i spojrzałem w dół.

Zobaczyłem spowitą jeszcze częściowo w mroku dolinę z moich majaków. Stwórco, dziękuję. Dziękuję, mój Stwórco.

Wróciłem, by obudzić wszystkich ocalałych. Widziałem płacz, lecz nie były to łzy rozpaczy po stracie bliskich, a łzy czystego szczęścia. Ludzie poczuli ogromną ulgę. Poczuli też coś jeszcze, czego nie dało się łatwo wyjaśnić.

Zejście zajęło nam pół dnia. Znaleźliśmy się w gęstym lesie, gdzie największe wrażenie robiły potężne drzewa o pniach pnących się idealnie równo w górę. Ich korony dzieliły się na kilkanaście wierzchołków. Budowniczy od razu nazwał je drzewami balowymi. Zwierzynę spotykaliśmy na każdym kroku. W ogóle się nas nie bała. Tutejsze sarny pozwalały do siebie podejść na wyciągnięcie ręki. Szliśmy przez knieje pełne czerwonych jagód, a krzewy aż gięły się pod ich ciężarem. Ptactwo śpiewało tak pięknie, że ten dźwięk koił moje uszy niczym najwspanialsza pieśń.

Ruszyliśmy w stronę jeziora. Gdy wyszliśmy z gęstwiny, naszym oczom ukazały się łąki porośnięte trawą tak zieloną, że barwa ta zdawała się z niej wręcz kapać. Widziałem w oddali taflę jeziora. Czekała nas jeszcze długa droga, ale ono tam było. Moje ciało aż płonęło z radości. To uczucie było tak silne, że mógłbym iść o głodzie przez kolejne kilkanaście dni, byle tylko tam dotrzeć.

Zbliżając się do brzegów, mijaliśmy drzewa uginające się od jasnych, żółtych owoców. Zresztą rosło tam mnóstwo wszelakich darów natury. Do jeziora spływało wiele górskich potoków, które łączyły się w jedną szeroką rzekę. Szliśmy jej brzegiem.

Zatrzymałem się kilka kroków od wody. W końcu nabrałem w płuca haust powietrza tak głęboki, jak nigdy dotąd. Wreszcie mogłem odetchnąć pełną piersią. Nazwałem to miejsce Jeziorem Oddechu. Pływało w nim tyle ryb, że ludzki umysł nie potrafił tego pojąć.

W nocy znów przyszedł sen. Ponownie widziałem w dole płonące wioski, ale tym razem dzierżyłem w dłoni topór. Za mną stały tysiące wojowników bez twarzy. Ich sylwetki gęsto oblepiały zbocza gór. Wiedziałem, że to moi wojownicy, a ja byłem ich Wodzem.

A zatem jutro założymy tu naszą osadę. Drzewa balowe staną się ścianami naszych chat, a trawa z łąk pokryje nasze dachy. Wszystko po to, by przyszłe pokolenia nie pozwoliły skalać tych ziem.

Dziękuję Ci, Stwórco. Po stokroć dziękuję. Obiecuję, że nigdy nie damy zbezcześcić tej krainy. Zawsze będziemy tu stać na straży, by Twój ogród pozostał taki, jakim go stworzyłeś, a Twój lud wybrany nigdy Ci się nie sprzeciwi. Przysięgam na własne życie.

 

Koniec

Komentarze

Hej DreadyVibe!

 

Naprawdę dobrze się czytało, o ile można tak powiedzieć o tak mrocznej historii. Na początku miałem trochę problem żeby wgryźć się w historię głównego bohatera, ale im dalej się w nią zagłębiałem, tym ciekawsza mi się wydawała. Szczególnie satysfakcjonujący był koniec. Z chęcia przeczytałbym dalsze losy Wodza/Prekursora (tych dwóch imion użyłeś w przedmowie), np. po kilku-kilkunastu latach kiedy osada trochę się rozbuduje. Równie ciekawa mogłaby być historia opowiedziana z czyjejś innej perspektywy, np. jakiegoś jego adiutanta.

 

Co do technikaliów to nie zagłębiałem się w nie jakoś bardzo, ale ze względu na długość opowiadania kilka rzeczy rzuciło mi się w oczy.

 

Wojnę wygrało Cesarstwo rok temu

Trochę kłuje w oczy, zmieniłbym na ,,Cestarstwo wygrało wojnę rok temu" albo wręcz na coś w stylu ,,Upłynął rok odkąd Cesarstwo wygrało wojnę"

 

Powiadają też, że cesarska armia szykuje się do wojny z grodem ptaków.

Zakładam, że Gród Ptaków to nazwa własna, także powinno być napisane wielkimi literami. Wtedy byłoby jaśniejsze dla czytelnika.

 

Nóżka krwi ciekła mu z ust po brodzie i kapała na kamienną posadzkę.

Nie chodziło aby o strużkę?

 

 

Nigdy nie zapomnę tego pustego wzroku kobiet kołyszących swoje pociechy, które już nigdy nie miały zapłakać. Coś przerażającego.

Drugie zdanie niepotrzebne, wynika z pierwszego i trochę wybija z rytmu.

 

I jeszcze jedna uwaga, dot. wygody czytania:

Rozumiem, że przerwy między paragrafami oznaczają przeskoki czasowe. Trochę łatwiej by się czytało gdybyś dorzucił jakiś nagłówek do każdego z nich.

Może to być kalendarz, nasz lub zmyślony albo np. ,,dzień 1 od czasu kiedy coś tam", ,,dzień 2 od czasu kiedy coś tam" itd. albo chociaż wyraźne rozdzielenie akapitów giwazdkami ***.

Ułatwiłoby to czytanie i odnalezienie się na linii czasowej.

 

Dla odmiany w dalszej części, kiedy bohater trafia do klasztoru, przydałoby się rozdzielić akapity, w których upływa dużo czasu. 

Przykładowo: pisanie jednym ciągiem jednego akapitu, a w następnym przejście do informacji, że minęło sześć zim, wydaje sie trochę za mało zaakcentowane.

To samo w miejscu ,,Muszę sprawdzić, skąd wypływa ta woda." / ,,Dziś zebrałem resztki sił." – przydałoby się je rozdzielić choćby przerwą między akapitami.

 

Co ciekawe jak już nadszedł moment bitwy i późniejszego exodusu to w ogóle nie rzuciło mi się to w oczy.

 

Podsumowując, tak jak pisałem, dobrze się czytało :) chętnie siądę też do pozostałych dwóch opowiadań, które publikowałeś wcześniej i na pewno podzielę się opinią.

 

Miłego weekendu i pozdrawiam serdecznie!

Hej Vycherpious!

​Wielkie dzięki za czas poświęcony na lekturę i za tak dogłębną, świetną analizę! Niezmiernie się cieszę, że ten ciężki, mroczny klimat chwycił.

​Odpowiadając na Twoją ciekawość – docelowo piszę książkę w tym uniwersum, której akcja toczy się tysiąc lat po założeniu tej wioski.

Opowiadania, które tu wrzucam, mają za zadanie wypełnić lukę czasową, a przy okazji pokazać czytelnikom cały świat i twarde prawa, jakie nim rządzą.

Materiału mam na sporą ilość historii, więc na pewno wrócę jeszcze w opowiadaniach do dalszych losów osady i samego Prekursora, choć akurat historia jego początków i samej przemiany w założyciela to już zamknięty etap.

Główny konflikt w późniejszych wydarzeniach będzie się opierał na potężnych starciach pomiędzy Rzeźnikami a Łowcami. ​

Co do uwag technicznych – trafiłeś w punkt. "Nóżka krwi" to absolutny babol, który prześlizgnął mi się przed oczami po setnym czytaniu (oczywiście miała być strużka!). Przyznaję Ci też pełną rację z formatowaniem Cesarstwa, wielkimi literami w Grodzie Ptaków i usunięciem dopowiedzenia "coś przerażającego" – czyste zdanie uderza znacznie mocniej. ​Niestety, nie mam w tej chwili możliwości edycji samego opowiadania na portalu, ale zaraz po weekendzie siadam do tych wszystkich poprawek. Poprawię błędy i przywrócę przeskoki czasowe rozdzielone gwiazdkami (edytor zjadł mi to formatowanie przy wklejaniu), żeby ułatwić czytanie nowym osobom. ​Jeszcze raz dzięki za solidny feedback.

Zapraszam do moich poprzednich tekstów i również życzę udanego weekendu!

Nowa Fantastyka