Czy dyscyplina jest wolnością, czy niewolą na własnych warunkach?
Czy godność jest warta utraty rozumu?
Jak daleko posuniesz się, żeby przetrwać?
Czy dyscyplina jest wolnością, czy niewolą na własnych warunkach?
Czy godność jest warta utraty rozumu?
Jak daleko posuniesz się, żeby przetrwać?
1
„Ziemia wasza jest pełna pyłu, a pycha ludzka plami przestrzeń. Przeto nakazuję wam: przykryjcie to, co szare i obrzydliwe, bielą czystą jak pierwszy śnieg na szczytach Halla-san. Kto dopuści, by plama skaziła materiał wydany na Moją chwałę albo kto zaniedba obmycia miejsca, na którym stoję, będzie patrzał we śnie, jak dławią go własne nieczystości. Rano wstanie bez języka, by nie mógł plamić świata mową swoją. Albowiem biel jest Moją własnością, a wy jesteście jedynie stróżami jej czystości”.
Artur zapisał notatkę. Chwilę na nią patrzył, a lęk mieszał się z niezdrową satysfakcją i niezrozumiałym poczuciem dumy. Odłożył telefon na blat stołu, po czym podniósł wzrok i delikatnie się uśmiechnął.
Na kanapie w pokoju dziennym siedziała jego partnerka, Magda, a obok niej malutki, schorowany shih tzu. Magda, wstając z łóżka, z czułością poprawiła kocyk wokół jego grzbietu, upewniając się, że nigdzie nie podwiewa. Pies drgnął, pociągnął cicho nosem przez sen i wtulił się w pluszowego misia.
Zapadał późny wieczór. Artur ostatnio praktycznie cały dzień przebywał poza domem. To była jedyna chwila, którą na spokojnie mogli spędzić razem, a mimo to nie był zbyt rozmowny. Zwykł udawać zainteresowanie wiadomościami w TV. Wydawało się, że problemy ze snem już minęły, ale w jego głowie siedziało coś, co zajmowało go bez reszty.
Magda weszła do pokoju z patelnią i talerzem, z którego unosił się zapach smażonej cebulki i szczypiorku.
– Zrobiłam ci twoją ulubioną, na boczku – powiedziała z miękkim uśmiechem. Odstawiła gorącą patelnię na drewnianą podkładkę, postawiła talerz na skraju stołu, a potem nachyliła się i pogładziła Artura po karku, rozmasowując lekko spięte mięśnie. – Przynajmniej ty ostatnio przestałeś się rzucać po nocy.
Artur uniósł dłoń, odnalazł jej palce na swoim ramieniu i uścisnął je z cichą wdzięcznością.
– Wszystko przez to dłubanie po godzinach. Człowiek się zmęczy przy kanale, namacha rękami, to i głowa inaczej pracuje. Odcina mnie od razu.
– I naprawdę wam się to opłaca? – spytała, spoglądając na zegar. – Żebyście tylko z Kamilem kolejnego gruza nie sprowadzili, z którym nic się nie da zrobić. Wiesz, ile kosztują zastrzyki dla małego.
– Nie sprowadzimy – odpowiedział spokojnie Artur, nakładając porcję jajecznicy. – Renowacja klasyków wymaga czasu, ale klient ma portfel bez dna. Rozłożyliśmy dziś zawieszenie w starej Warszawie. Brudna robota, ale grosz z tego będzie dobry.
Magda pochyliła się niżej, by go przytulić, ale nagle zamarła.
– Czym ty pachniesz? Jaśminem?
– Kamil załatwił z hurtowni taką mocną pastę do rąk z detergentem – odpowiedział płynnie, nie mrugnąwszy okiem. – Tylko to domywa ten stary smar z podwozia. Za darmo miał, to wziął.
– Dziwna ta pasta – zamruczała, ale nie drążyła tematu. Pocałowała go w czubek głowy i ruszyła do sypialni.
Gdy drzwi się zamknęły, Artur dokończył kolację w milczeniu. Sięgnął po telefon, aby przeczytać jeszcze raz to, co niemal bezwładnie napisał chwilę temu. Poczuł, jak z jego głowy znika ostry, pulsujący ciężar.
2
Zasuwka walizki zgrzytnęła cicho, gdy Amanda docisnęła ostatnią parę dziecięcych spodenek. W ogromnej torbie leżały już spakowane koszulki, mała kosmetyczka i ulubiony pluszowy dinozaur Kacpra.
– Naprawdę nie możesz pojechać z nami? Rozpuszczone, jasne włosy opadały jej na ramiona, a w ruchach miała tę swoją specyficzną, lekką niecierpliwość.
Oparłem się o futrynę sypialni z kubkiem czarnej kawy.
– Kochanie, tłumaczyłem ci już. Mam dwa ważne spotkania, których nie przełożę za nic na świecie, a dzisiaj, zaraz po pracy, jestem umówiony z instruktorem – odpowiedziałem łagodnie. – Załatwiam Kacprowi dodatkowe godziny na popołudnia, jak wrócicie. Facet jest świetny, grał w filharmonii, a młody ma do gitary taki talent, że grzech tego nie pchnąć dalej.
Z salonu dobiegły ciche, kunsztownie wyciągane akordy. Kacper siedział na dywanie ze zmniejszonym klasycznym gryfem w dłoniach, ostrożnie układając palce na progach. Gwałtownie podniósł głowę, jakby poczuł na sobie nasz wzrok, po czym wypiął dumnie pierś i zagrał płynnie cały motyw z popularnej bajki.
– Kuba, patrz! Bez pomyłki! – zawołał od progu z błyskiem w oku.
– Słyszałem, mistrzu – odpaliłem z uznaniem, puszczając do niego oko. – Jeszcze chwila i to ty będziesz mnie uczył. Wracasz w niedzielę i ciśniemy dalej z materiałem.
Młody uśmiechnął się od ucha do ucha i wrócił do szarpania strun. Mnie samego za gówniarza rodzice ciągali na lekcje pianina i skrzypiec, ale bez talentu i zapału była to wyłącznie męczarnia. Z Kacprem jest zupełnie inaczej – spędzaliśmy razem wieczory, ślęcząc nad nutami, a w nim była prawdziwa, nieprzymuszona iskra. Patrząc na niego, czułem po prostu dumę, jakby był z mojej własnej krwi.
– No dobra, jakoś sobie poradzimy, będę tęsknić – westchnęła Amanda, podchodząc do mnie. Stanęła na palcach i pocałowała w usta. – Widzimy się w niedzielę wieczorem. Kacper, wychodzimy! Babcia już na nas czeka.
– Uważajcie na siebie. I zadzwoń, jak dojedziecie.
Patrzyłem, jak znika w korytarzu, by założyć buty. Kochałem ją. Naprawdę ją kochałem, choć nasza relacja od początku była dla mojego świata jak zderzenie dwóch różnych planet. Pochodziłem z zamożnego, poukładanego domu, gdzie każdy krok w życiu miałem zaplanowany od kołyski: dobre liceum, prestiżowe studia, wysoka pensja w firmie. U Amandy wszystko poszło wspak. Trudne dzieciństwo, brak wsparcia i wczesna ciąża wywróciły jej młodość do góry nogami.
Dlatego nigdy nie naciskałem, by szukała pracy. Zarabiałem na tyle dobrze, że nie musieliśmy się martwić o rachunki, a ona odwdzięczała się stworzeniem domu, do którego chciało się wracać, i wychowaniem Kacpra – dzieciaka, którego już dawno uznałem za własnego syna.
Jedno tylko nie dawało mi spokoju. Amanda wciąż żyła z dozą chaosu, którego nie potrafiłem ogarnąć. Częste wyjścia z koleżankami i spontaniczne wypadki do klubów doprowadzały mnie do szewskiej pasji. Nie bałem się zdrady – wiedziałem, że mnie kocha – ale w tych momentach czułem, jakbym stawał na kruchym lodzie. Tłumaczyłem ją przed samym sobą, że po prostu nadrabia czas, że nie wyszalała się jako nastolatka, bo z dnia na dzień musiała stać się dorosła.
Zwlekałem z zakupem pierścionka zaręczynowego jeszcze z jednego powodu – moich rodziców. Do tej pory delikatnie wyrażali swoją dezaprobatę, ale gdyby dowiedzieli się, że chcę się ożenić z dziewczyną bez wykształcenia i z dzieckiem z poprzedniego związku, domowy sąd wydałby wyrok natychmiast. Nie to, żebym się bał, ale wiele im zawdzięczam i nie chcę ich zawieść. Mam nadzieję, że z czasem poznają się lepiej i zaakceptują mój wybór.
– Kuba! Przesuniesz mi walizkę pod drzwi? Dobiegł mnie jej głos z przedpokoju.
Odstawiłem kubek, podszedłem do łóżka i uniosłem ciężką torbę. Pomyślałem, że te trzy dni w pustym mieszkaniu dobrze mi zrobią. Będę miał czas, żeby wreszcie podjąć decyzję.
3
Ranek był chłodny, spowity gęstą mgłą, która osiadała na szybie starego volvo dr Anny Janickiej. Wycieraczki miarowo zbierały kropelki wody, a Anna z zaciskanymi na kierownicy palcami wsłuchiwała się w odczytywany przez głośnik telefonu artykuł naukowy o najnowszych badaniach nad neuroplastycznością mózgu.
Miała dwadzieścia osiem lat, a w szpitalu klinicznym traktowano ją z powagą, na którą większość pracowała dekadami. Łączyła w sobie specyficzną mieszankę neurologii i psychiatrii – podwójna specjalizacja wymagała morderczego tempa, ale dla niej był to jedyny słuszny wybór. Wierzyła wyłącznie w fakty, skany rezonansu, wyniki badań i czystą, empiryczną naukę. Duszę uważała za poetyckie określenie skomplikowanej sieci neuronów.
Mimo młodego wieku to właśnie ją ordynator potrafił wezwać do swojego gabinetu na konsultacje przy przypadkach, nad którymi reszta zespołu rozkładała ręce. Anna posiadała rzadki dar: analityczny, chłodny umysł połączony z autentycznym powołaniem. Pacjenci nie byli dla niej jedynie jednostkami chorobowymi w karcie. Naprawdę chciała im pomagać, a jej zapał sprawiał, że potrafiła siedzieć nad literaturą do trzeciej w nocy, byle znaleźć właściwą diagnozę.
Ten profesjonalizm miał jednak swoją cenę. Jej życie osobiste właściwie nie istniało, a pracoholizm stał się drugą naturą. Żyła w trójkącie złożonym ze szpitala, dyżurów i pokoju w domu rodziców. Choć stać ją było na własne mieszkanie, ciągły brak czasu i wygoda sprawiły, że wciąż z nimi mieszkała.
Zjechała na parking szpitalny i wyłączyła silnik. Przez chwilę patrzyła na monumentalny, ceglany budynek oddziału, poprawiając w lusterku okulary. Zaczynał się kolejny czternastogodzinny maraton. Żadnych przeczuć, żadnych zabobonów – tylko wiedza, logika i pacjenci, którzy na nią czekali.
4
Zapach jaśminu w starym, podziemnym parkingu był tak gęsty, że niemal lepki. W powietrzu unosił się siwy dym z setek tanich kadzidełek. Gryzł w oczy, ale nikt ze zgromadzonych nie odważył się zakaszleć. Wszyscy trwali w absolutnej, pełnej napięcia ciszy.
Artur klęczał na samym przedzie na brudnym, zimnym betonie. Jego kark zesztywniał z bólu, a skórzany pasek mocno opinał mu szyję. Wokół niego, w idealnych rzędach, leżało kilkanaście innych osób. Każda z nich miała na szyi grubą, ciasno zapiętą obrożę. Od każdej obroży biegła długa, czarna smycz – wszystkie zbiegały się w jednym miejscu, związane w potężny węzeł tuż przy ołtarzu.
Ściany z surowych pustaków i rury wentylacyjne zostały w całości zasłonięte zwałami białego, taniego materiału. W samym centrum, na podwyższeniu z palet, obok spiętych smyczy, stały one – ciężkie, skórzane buty wojskowe za kostkę, wypastowane na absolutny błysk. Przed nimi tliły się dziesiątki białych świec.
Artur uniósł głowę, a za jego przykładem, z cichym szelestem ubrań i brzękiem metalowych karabińczyków, poruszyła się reszta tłumu. Nikt nie patrzył sobie w oczy. Wszyscy wpatrywali się hipnotycznie w czarną skórę obuwia. Na twarzach ludzi malowało się potworne wycieńczenie, wymieszane z fanatycznym, głębokim lękiem.
Z drugiego rzędu dobiegł nagle cichy, spazmatyczny szloch. Młoda kobieta w umazanym ulicznym błotem płaszczu zaczęła drżeć.
– Zrobiłam to – wykrztusiła, a jej głos załamał się ze strachu i dziwnej, chorej ulgi – w samym centrum pasażu handlowego… w południe. Po prostu… padłam na kolana. Biłam pokłony przez godzinę. Ludzie krzyczeli, ktoś wezwał ochronę, ale ja nie przestałam.
Artur patrzył na nią z kamienną twarzą. Dziewczyna oddychała szybko, głośno, jakby właśnie uciekła z rzeźni. Wszyscy wokół wpatrywali się w nią w milczeniu, chłonąc każdy szczegół jej przerażenia jako jedyny dowód na to, że przetrwała kolejny dzień.
Artur zamknął oczy. Sam czuł, jak żołądek wywraca mu się na drugą stronę, a serce zaczyna walić jak oszalałe. Skóra pod obrożą piekła go od potu. Zerknął na zegarek na nadgarstku.
Wyciągnął przed siebie drżącą rękę, chwycił butelkę z jaśminowym olejkiem i zaczął powoli wylewać go wokół palet, tuż obok spiętych w pęk smyczy. Intensywny, aromatyczny opar natychmiast uderzył wszystkich w płuca.
Na ten gest cała hala zamarła. Ludzie, bez jednego słowa rozkazu, zaczęli kłaść się płasko na brzuchach. Układali się w ciasnych, równych rzędach, ramię w ramię, naciągając czarne linki i wciskając twarze w brudną posadzkę. Artur położył się na samym przedzie, czując ciężar węzła tuż nad swoją głową.
Słychać było tylko trzaskanie palących się świec i nerwowe, urywane oddechy kilkunastu osób, które w absolutnym paraliżu, zakleszczone w strachu, starały się wkupić w Jej łaski.
5
Światło jarzeniówek w gabinecie ordynatora bzyczało cicho, kładąc się blaskiem na rozrzuconych na biurku historiach chorób. W pomieszczeniu unosił się ciężki zapach parzonej po raz czwarty tej nocy kawy i dymu z papierosa, którego doktor Kaczmarek palił wbrew wszelkim przepisom szpitalnym.
Za oknem świtało, ale nikt z czwórki obecnych w pokoju lekarzy nie myślał o powrocie do domu.
– To jest fizycznie niemożliwe – odezwała się dr Janicka, rzucając na blat kolejny plik wydruków z rezonansu magnetycznego. Jej głos drżał z przemęczenia. – Mózg pacjenta z sali numer cztery nie wykazuje żadnych zmian organicznych. Brak guzów, brak udaru, brak toksykologii, brak zapalenia opon mózgowych. Nic. Czysto. A facet od trzydziestu sześciu godzin nie wstał na dwie nogi.
– Nie wstał i nie wstanie – warknął Kaczmarek, wypuszczając dym nosem. – Próbowałaś go chociaż posadzić na krześle, Ania?
– Próbowałam. Gryzie. Ma odruch kąsania tak silny, że mało nie straciłam palca. Kiedy zbliża się sanitariusz, ten człowiek warczy. Czysto gardłowy, zwierzęcy dźwięk.
Ordynator, starszy mężczyzna o głęboko podkrążonych oczach, masował skronie w milczeniu. Słuchał tej dyskusji od godzin, ale w głowie wciąż miał obraz z wieczornego obchodu. Dziewczyna, studentka biologii, przyjęta trzy dni temu. Znaleziona w parku. Kiedy wszedł do sali, leżała zwinięta w kłębek w najciemniejszym kącie, pod łóżkiem. Nie reagowała na imię. Gdy podano jedzenie na tacy, zrzuciła je na podłogę i zaczęła zlizywać papkę bezpośrednio z kafelków, bez użycia rąk. W jej oczach nie było obłędu, jaki ordynator oglądał przez trzydzieści lat kariery. Było tam coś znacznie gorszego – absolutne, pierwotne posłuszeństwo.
– Ile mamy takich przypadków od początku miesiąca? – zapytał ordynator, nie unosząc wzroku.
– Oficjalnie siedemnaście na naszym oddziale – odpowiedział młody rezydent, wertując tablet – nieoficjalnie… SOR dzwonił godzinę temu. Przywieźli kolejną dwójkę. Małżeństwo. Znalezieni przez sąsiadów. Mąż siedział na szafie i piszczał, żona czołgała się po dywanie. Szpitale w całym województwie są przepełnione. Przekształcają oddziały ogólne na izolatki neurologiczne.
W gabinecie zapadła ciężka, bezradna cisza. Lekarze, naukowcy, ludzie wierzący w medycynę i fakty, patrzyli po sobie z rosnącym przerażeniem. Stykali się z czymś, co wymykało się wszelkim podręcznikom.
Ordynator powoli otworzył szufladę biurka. Wyciągnął z niej raport policyjny, który dostał od znajomego komendanta. Przejechał palcem po notatkach z zatrzymań z ostatnich dni.
– Jest coś jeszcze – powiedział cicho ordynator, a lekarze nachylili się nad stołem. – Zanim ci ludzie całkowicie tracą racionalne zachowanie… zanim ich psychika pęka… wszyscy raportują to samo. W wywiadach środowiskowych powtarza się jeden szczegół. Skarżą się na potworne, przewlekłe koszmary senne. I paraliże.
– Koszmary? – dopytała dr Janicka.
– Tak. A policja przy zatrzymaniach na ulicach, zanim ci ludzie trafili do nas, zabezpieczyła u niektórych z nich specyficzne przedmioty. Coś, co nosili przy sobie lub gromadzili w domach. To dość osobliwe i myślałem, że uda nam się wyjaśnić to zjawisko bardziej naukowo, ale skoro nie mamy pomysłów, może w jakiś sposób nas to nakieruje.
Ordynator rzucił na środek biurka zdjęcie zrobione przez techników w mieszkaniu jednego z pacjentów. Przedstawiało ono sterylny pokój, w całości obwieszony białym materiałem, z ciężkimi wojskowymi butami postawionymi na środku dywanu.
– Co to ma być? Jakiś kult? – Zmrużył oczy Kaczmarek.
– Nie wiem, – szepnął ordynator, patrząc w okno, za którym miasto powoli budziło się do życia.
6
Oczy mam otwarte, ale ciało nie należy do mnie. Leżę bezwładnie, wtopiony w materac, z oddechem spłyconym do absolutnego minimum. Paraliż. Ciemność w pokoju ma dziwną, gęstą konsystencję, a powietrze pachnie nagle czymś specyficznym. To zapach niezwykle drogich, ekskluzywnych damskich perfum o magnetycznej, jaśminowej nucie. Zapach, który normalnie by mnie zachwycił, teraz budzi czysty, zwierzęcy lęk.
Słyszę dźwięk. Ciężki, powolny stukot wojskowej podeszwy o panele. Jeden. Drugi. Stopa za stopą.
Z mroku wyłania się sylwetka. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to nieskazitelne, hipnotyzujące piękno. Ma gładką, porcelanową skórę o azjatyckich rysach i długie, czarne włosy. Biała, delikatna, jedwabna sukienka układa się na niej idealnie, niemal świecąc w ciemności. Od pasa w górę jest niezwykle drobna, wręcz filigranowa.
Ale dolna część ciała to czysta, pierwotna brutalność. Jej odsłonięte nogi są nienaturalnie umięśnione, potężne, a całość wieńczą ciężkie, skórzane buty za kostkę.
Podchodzi do łóżka bez pośpiechu. Nie mówi ani słowa. Pochyla się, a jej twarz znajduje się centymetry od mojej. Bierze głęboki, powolny wdech. Wącha mnie. Przesuwa nosem wzdłuż szyi i linii żuchwy, jak drapieżnik sprawdzający ofiarę. Nagle smukła dłoń dotyka mojego policzka. Gładzi mnie. To delikatny, aksamitny gest, który całkowicie dezorientuje.
Czekam na cios, ale uderzenie nie nadchodzi. Wolno odsuwa dłoń, odwraca się i odchodzi w mrok. W tym samym momencie łapię potężny haust powietrza, a ciało znów należy do mnie.
Do świtu nie zmrużyłem już oka. O siódmej rano stałem przed lustrem w łazience mojego apartamentu na Wilanowie. Ja, Jakub – trzydziestoletni starszy analityk w korporacji, człowiek, który całe życie opierał na arkuszach Excela i twardych danych – gapiłem się na swoje odbicie z narastającym obłędem.
W biurowcu próbowałem udawać, że wszystko jest w porządku. Siedziałem przed trzema monitorami, ale liczby nagle straciły sens. Wykresy makroekonomiczne i tabele przestawne zlewały mi się w szare plamy.
O czternastej paranoja uderzyła ze zdwojoną siłą. Poszedłem do biurowej kuchni zrobić kawę. Nagle poczułem, że powietrze gęstnieje, a z korytarza dociera potężna, dusząca fala drogich, jaśminowych perfum. Serce natychmiast skoczyło mi do gardła. Upuściłem kubek, który z hukiem roztrzaskał się o kafelki. Odwróciłem się gwałtownie, spodziewając się ujrzeć filigranową sylwetkę w białej sukience i ciężkich wojskowych butach.
To była tylko Kinga z marketingu. Przeszła obok, uśmiechając się przepraszająco.
– Ojej, przepraszam, Jakub! Wiem, że przesadziłam dzisiaj z perfumami, kupiłam nowe w bezcłowej… – trajkotała, ale jej głos docierał do mnie jak zza grubej ściany.
Musiałem wyjść. Zwolniłem się z pracy, kłamiąc o zatruciu pokarmowym. W drodze powrotnej, każdy dźwięk brzmiał w mojej głowie jak uderzenie wojskowej podeszwy o panele. Jeden. Drugi. Stopa za stopą. Ludzie wokół wydawali się nierealni, jakby byli tylko statystami w moim prywatnym koszmarze. Jeszcze wczoraj wszystko było idealne. Po spotkaniach załatwiłem instruktora dla młodego, Amanda bezpiecznie dojechała do rodzinnego domu. Kiedy rozmawialiśmy przez telefon, jej pełen energii i autentycznej radości głos przekonał mnie co do moich uczuć. Jeden głupi sen sparaliżował percepcję i sprawił, że wszystko zostało okryte pierwotnym strachem.
Kiedy wróciłem do mieszkania, od razu otworzyłem laptopa i zacząłem szukać. Na forum dla ludzi cierpiących na chroniczną bezsenność trafiłem na odnośnik, który prowadził do dziwnego, błyskawicznie zyskującego popularność zjawiska w sieci.
Ludzie masowo udostępniali wpisy i zdjęcia oznaczane jednym słowem: NINI. Trend rósł w oczach. Setki użytkowników opisywały dokładnie to samo. Pierwsza noc – dotyk i zapach perfum. Kolejne – systematyczne łamanie psychiki. Czytałem relacje osób, które zakładały domowe świątynie, obwieszały pokoje białym jedwabiem i kupowały ciężkie, wojskowe buty, tylko po to, by oddać jej cześć i zyskać spokój. Ci, którzy odmawiali posłuszeństwa na jawie, przeżywali piekło. W komentarzach powtarzało się jedno ostrzeżenie: „Ona rozciąga czas. Jeśli każe ci pełzać, pełznij”.
Zasnąłem przed komputerem, z twarzą na klawiaturze. Nawet nie wiem, kiedy.
Znów paraliż, ale sceneria się zmieniła. Leżałem na zimnej, betonowej posadzce w jakimś nieskończonym, ciemnym hangarze. Pachniało jaśminowymi perfumami. Z mroku wyłoniła się Nini. W ręku trzymała staroświecką klepsydrę wypełnioną czarnym piaskiem. Postawiła ją na betonie, a potem zaczęła się tresura.
Nini wciąż milczała. Jej azjatycka twarz zachowywała nieludzki, nieskazitelny spokój, gdy swoimi potężnymi nogami zadawała ból z chirurgiczną precyzją. Czułem każde pęknięcie kości, każdy rozrywany mięsień. Trwało to tak potwornie długo, że zapomniałem, jak się nazywam. Przeżyłem tam całe wieki, zamieniając się w bezwładną masę cierpienia.
Nagle Nini przerwała. Płynnym, obojętnym ruchem podsunęła wojskowym butem klepsydrę wprost pod moją twarz. Spojrzałem na nią. W jej dolnej części leżało jedno, pojedyncze ziarnko piasku.
Zanim zdążyłem cokolwiek zrozumieć, Nini zamachnęła się nogą, a ciężka podeszwa runęła prosto na mój kark. Tresura trwała dalej…
Obudziłem się gwałtownie. Był blady świt. Siedziałem na łóżku, a ciało odmawiało posłuszeństwa – całe trzęsło się w potwornych, niekontrolowanych dreszczach i drgawkach. Poduszka i pościel były całkowicie mokre od potu. Minęła zaledwie jedna noc, a moja psychika była już na skraju całkowitego złamania.
Chciałem wstać, ale potworny, rwący ból w klatce piersiowej zwalił mnie z powrotem na materac. Jęknąłem, łapiąc się za mostek. Z trudem, trzymając się ścian, doszedłem do łazienki.
– To był tylko sen… – wykrztusiłem do własnego odbicia, ale mój głos załamał się, przechodząc w histeryczny szloch. – To nie dzieje się naprawdę, do cholery, to niemożliwe!
Jak miałem to racjonalnie wytłumaczyć? Pamiętałem każde pęknięcie kości z hangaru. Pamiętałem wieki, które tam spędziłem, podczas gdy zasypiałem wczoraj późnym popołudniem.
Przez cały dzień nie wyszedłem z mieszkania. Ignorowałem wszystkie telefony. Byłem tak roztrzęsiony, że wolałem potem wymyślać jakieś usprawiedliwienia, niż udawać, że wszystko jest w porządku. Siedziałem na podłodze w salonie, tyłem do ściany, żeby nikt nie mógł zajść mnie od tyłu. Moje dłonie odmawiały posłuszeństwa, ale zdołałem odpalić forum. Zalogowałem się na wątek NINI. Moja racjonalność, moja duma, moje wykształcenie – wszystko to spłonęło.
Wpisałem krótką wiadomość: „Byłem w hangarze. Pokazała mi klepsydrę. To trwało całe wieki, łamała mnie kawałek po kawałku. Błagam, co mam robić? Jak to zatrzymać?”.
Odpowiedź przyszła po niecałych dziesięciu minutach w wiadomości prywatnej. Wysłał ją użytkownik o nicku A_rtur:
„Nie zatrzymasz tego. Nie ma leku, nie ma ucieczki. Jeśli pokazała ci klepsydrę, to znaczy, że zaczęła proces. Kolejnej nocy da ci rozkaz. Jeśli odmówisz, znowu obróci klepsydrę i sprawi, że oszalejesz z bólu wewnątrz własnej głowy, zanim minie sekunda na jawie. Nie walcz z nią. Zrób to, co każe. Przygotuj pokój. Kup biały materiał i jaśmin. Musisz mieć ołtarz, zanim nadejdzie noc”.
Odrzuciłem telefon. Wściekłość wymieszała się z obezwładniającą bezradnością.
– Oszaleliście wszyscy… – syknąłem do pustego pokoju. – To jakaś masowa psychoza. Sekta. Nie dam sobie wmówić tego gówna.
Postanowiłem walczyć. Zamknąłem drzwi wejściowe na wszystkie trzy zamki. Zasłoniłem rolety we wszystkich oknach. Poszedłem do kuchni i wyciągnąłem z apteczki silne leki nasenne oraz uspokajające, które zostały mi po okresie ciężkich projektów w korporacji. Wziąłem potrójną dawkę, licząc na to, że chemia odetnie mój mózg i nie pozwoli mi śnić. Usiadłem na łóżku, gapiąc się na drzwi sypialni.
7
Kilkunastu wycieńczonych ludzi pracowało w martwej, monotonnej ciszy, przerywanej jedynie miarowym rytmem zszywaczy tapicerskich i szelestem odwijanych bel. Na tym etapie była ich zaledwie garstka – mała grupa z pierwszych dni, ludzie, którzy znali się z imienia, wspólnie przechodząc przez pierwsze, najgorsze noce.
Artur szedł wzdłuż dębowej boazerii, powoli naciągając na dłonie skórzane rękawice. Jego wzrok spoczął na Marku. Marek był tu od samego początku. Przetrwał najcięższe próby i opanował schemat snów, ale teraz nie pracował. Siedział pod ścianą z opuszczoną głową, ignorując leżące obok bele materiału i wolno rozcierał opuchnięty, czerwony kark.
Artur zatrzymał się przy nim. W jego oczach widniała autentyczna, braterska troska.
– Rzuciłeś materiał, Marek? Nie miałeś dzisiaj nakazów? – spytał Artur cicho, z miękkim niepokojem.
Marek powoli uniósł głowę. W jego przekrwionych, oszalałych z bólu oczach nie było już przerażenia. Była tam głęboka, jadowita rezygnacja kogoś, kto podjął ostateczną decyzję. Przełknął ślinę z wyraźnym trudem.
– Ty naprawdę uważasz się za kogoś w rodzaju zbawiciela, prawda? – wykrztusił, a jego głos brzmiał jak zgrzyt żwiru. Korpus trząsł mu się w niekontrolowanych drgawkach. – Przechadzasz się tu, wydajesz rozkazy, organizujesz ten chory przytułek upadku… A jesteś tylko Jej narzędziem. Najzwyklejszym w świecie oprawcą, który pomaga Jej dokręcać śrubę.
Artur nie drgnął. Jego twarz przypominała wyciosaną z kamienia maskę, na której światło świec kładło głębokie cienie.
– Co to w ogóle za życie? – kontynuował Marek, wznosząc drżące ręce i pokazując ukrwione dłonie. – Co my tu robimy, Artur? Wolę… wolę żyć w całkowitej nieświadomości, szczekać, pełzać i szczać pod siebie na ulicy jak zwierzę, niż z pełną świadomością, w pełnym rozumie, krok po kroku oddawać Jej swoją godność i stawać się Jej własnością. Wybrałeś niewolnictwo na własnych warunkach i nazywasz to ratunkiem!
Cisza, która zapadła po tych słowach, była gęsta i chłodna. Artur kucnął wolno przed mężczyzną. Spojrzał mu prosto w oczy, nie wykazując ani odrobiny gniewu.
– Sądzisz, że o tym nie myślałem? – odezwał się cicho, niemal szeptem, który przerażał bardziej niż krzyk. – Myślisz, że nie leżałem w nocy, patrząc w sufit, i nie marzyłem o tym, żeby po prostu postradać zmysły i niczego więcej nie czuć? Żeby mózg po prostu wyparował?
Marek zacisnął szczęki, trzęsąc się na całym ciele. Artur położył dłoń na jego ramieniu.
– Ale szaleństwo nie daje spokoju – kontynuował Artur bez cienia wahania. – Szaleństwo to po prostu nieskończona pętla bólu, w której nie masz żadnego wpływu na to, co zrobisz w następnej sekundzie. Ja traktuję to jak odzyskanie kontroli. Płacę cenę. Zawsze trzeba coś poświęcić, żeby uratować trzon. Ja oddaję dumę, oddaję ciało, ale rano wstaję i pamiętam, kim jestem. Dalej mogę kochać, czuć. Wiem, jak się nazywam. To po prostu nowy porządek, musimy nauczyć się w nim żyć. Magda zrozumiała, wybaczyła mi kłamstwa i jest ze mną. Tobie też radzę schować dumę do kieszeni, przyznać przed sobą i bliskimi, jakie są realia. To da ci wielką ulgę.
Marek popatrzył na niego długo, po czym ostrożnie, ale stanowczo zrzucił rękę Artura ze swojego ramienia. Pokręcił głową. W jego spojrzeniu nie było już miejsca na żaden kompromis.
– Ja już niczego więcej nie poświęcę, Artur. Nie oddam Jej ani minuty więcej mojego rozumu – syknął cicho.
Odepchnął od siebie leżącą na ziemi rolkę białego materiału. Nie sięgnął po sznur, nie wziął do ręki zszywacza. Zamiast tego z trudem podniósł się z podłogi i bez jednego słowa ruszył w stronę wyjścia z pałacyku. Artur patrzył za nim w milczeniu, wiedząc, że to ostatni raz, kiedy widzi Marka jako człowieka. Gdy nadejdzie noc, nieposłuszeństwo domknie proces.
8
Zmęczenie po dwóch nieprzespanych nocach i zmasowany atak neuroleptyków okazały się jednak bezlitosne. Moje powieki stały się ciężkie jak z ołowiu. Świat zaczął wirować, a ja osunąłem się na poduszkę, tracąc przytomność z modlitwą na ustach, byleby tylko nastał już poranek.
Trzecia noc. Tym razem nie było paraliżu w łóżku ani zimnego betonu w hangarze. Stałem.
Ocknąłem się na nogach, w absolutnej, smolistej ciemności. Moje stopy były bose, a wokół panowała cisza tak głęboka, że słyszałem własny, przyspieszony oddech. Powietrze wokół mnie nagle zgęstniało, a w nos uderzyła bezlitosna, dusząca fala jaśminu.
Z mroku, zaledwie kilka metrów przede mną, wyłoniła się Ona.
Nini stała nieruchomo w swojej delikatnej, świecącej w ciemności białej sukience. W tym samym ułamku sekundy poczułem, jak całe moje ciało elektryzuje potężne, niemal fizyczne napięcie. Każda komórka, każdy instynkt przetrwania krzyczał, że powinienem natychmiast upaść na twarz.
W mojej głowie z prędkością karabinu maszynowego zaczęły przewijać się wspomnienia i obrazy zmasakrowanego ciała z poprzedniej nocy, ból łamanych kości i ta potworna klepsydra, która rozciągnęła moje cierpienie w nieskończoność.
Nini nic nie mówiła. Jej azjatycka twarz była całkowicie obojętna. Fizycznie była ode mnie niższa, filigranowa od pasa w górę, ale biła od niej tak przytłaczająca, pierwotna potęga, że stałem zamurowany, sparaliżowany czystym horrorem. Nie potrafiłem wydusić z siebie słowa ani drgnąć.
Wtedy jej spojrzenie spoczęło prosto na mnie. Ciemne, nieludzkie oczy przewiercały mnie na wylot. Nini uniosła lekko jedną z nienaturalnie umięśnionych nóg i niecierpliwie tupnęła. Ciężka, wojskowa podeszwa rąbnęła o podłogę z hukiem, który zatrząsnął całym moim światem. To był sygnał. Czas uciekał, a jej cierpliwość właśnie się skończyła.
Moje kolana ugięły się same, zanim mój mózg zdążył podjąć decyzję. Zsunąłem się na ziemię, uderzając kolanami o niewidzialną posadzkę i pochyliłem głowę, rezygnując z jakiejkolwiek próby walki.
Poczułem ruch. Chwilę później na mojej głowie spoczął ogromny ciężar. Nini postawiła swoją stopę bezpośrednio na moich włosach. Nie użyła brutalnej siły, nie uderzyła mnie – po prostu delikatnie, z chłodną, absolutną precyzją docisnęła moją twarz w dół, aż dotknąłem czołem podłogi.
Nie stawiałem oporu. Wcisnąłem policzek w ziemię, całkowicie poddając się jej woli, błagając w duchu, by nie zatrzymała czasu.
Po kilku potwornie długich sekundach nacisk nagle zelżał. Zanim zdążyłem unieść głowę, tuż przed moją twarzą uderzyło coś ciężkiego. Coś zgrzytnęło metalem o posadzkę.
Spojrzałem w dół. Na ziemi leżała gruba, czarna smycz zakończona masywnym karabińczykiem.
Nini stała nade mną, czekając w milczeniu na mój następny ruch.
Przez dłuższą chwilę wpatrywałem się w leżącą na ziemi skórę. Moje dłonie trzęsły się tak bardzo, że ledwo zdołałem ją podnieść. Nie rozumiałem. W kompletnym chaosie myśli uznałem, że mam jej to oddać. Uniosłem obrożę do góry, wyciągając ręce w stronę jej filigranowej sylwetki, jakbym składał jakiś dar.
To był błąd. Potworny błąd.
Nie zdążyłem nawet mrugnąć. Nini nie wydała z siebie żadnego dźwięku, ale jej reakcja była natychmiastowa. Monstrualne, nienaturalnie umięśnione udo napięło się, a ciężki wojskowy but runął prosto w moją klatkę piersiową. Cios miał siłę rozpędzonego pociągu. Huknąłem plecami o podłogę, a z moich płuc z potwornym świstem uleciało całe powietrze. Przez dłuższą chwilę widziałem tylko ciemność, dławiąc się własną śliną i jaśminowym odorem.
Ledwo się pozbierałem. Charcząc i plując krwią, z powrotem wczołgałem się przed jej stopy. Byłem przerażony. Mój umysł był całkowicie sparaliżowany strachem przed tym, że czas znowu zwolni. Nie wiedziałem, co mam robić.
– Co… co mam zrobić? – wykrztusiłem, a mój głos załamał się w żałosnym skomleniu. – Błagam… co mam zrobić?
Nini stała niewzruszona, jakby była całkowicie głucha na moje błagania. Jej azjatyckie rysy twarzy pozostawały idealnie spokojne, wręcz martwe. Nagle uniosła jedną nogę i znów zaczęła tupać. Ciężka podeszwa delikatnie uderzała o ziemię z miarową niecierpliwością. Każdy stukot rozrywał mi bębenki w uszach.
Wtedy mnie olśniło. Forum. Sekta.
W panicznym locie myśli chwyciłem za gruby pasek. Moje palce były sztywne, uderzałem metalowym zapięciem o własny podbródek, desperacko próbując przeciągnąć skórzany język przez sprzączkę. Zacząłem nerwowo, z płaczem w oczach, zaciskać obrożę wokół własnej szyi. Dusiła mnie, wpijała się w krtań, ale zapinałem ją coraz mocniej, ząbek po ząbku.
Gdy tylko karabińczyk zatrzasnął się na moim karku, tupanie nagle ustało. W hali zapadła głucha, ciężka cisza.
Nini powoli opuściła swoją smukłą, filigranową dłoń w dół. Nie spieszyła się.
Zrozumiałem bez słowa. Chwyciłem za koniec czarnej taśmy i drżącą ręką włożyłem jej smycz prosto w palce. Kiedy jej smukłe dłonie zacisnęły się na materiale, spojrzałem w górę.
Na jej dotąd nieludzkiej, kamiennej twarzy pojawił się delikatny, ledwo zauważalny uśmiech. Piękny, magnetyczny i całkowicie przerażający.
Gwałtowne, bezlitosne szarpnięcie niemal poderwało mnie z ziemi, a skóra obroży boleśnie wbiła się w moją krtań. Nie miałem wyboru – szorowałem nagimi kolanami i dłońmi po niewidzialnej posadzce, słysząc tuż przed sobą powolny, miarowy stukot jej wojskowych butów.
Nini zatrzymała się przy ścianie, z której mroku wyłoniła się wielka, surowa tablica z ciemnego drewna. Wisiały na niej setki kartek, z czego tylko dwie były zapisane równym, komputerowym pismem. Szarpnęła smyczą, zmuszając mnie do uniesienia głowy i przeczytania tekstu.
Kup obrączkę i wygraweruj na niej „robak NINI”, nie wolno ci jej ściągać.
Ustanów ołtarz i bij pokłony do momentu wyczerpania, aż zaśniesz.
W moim żołądku lodowaty strach zwinął się w ciasny supeł.
Nini stała nade mną w milczeniu. Poczułem, jak lekko napina smycz, jakby sprawdzała, czy w mojej głowie rodzi się jakikolwiek opór. Po chwili wszystko się rozpadło, a ja wyrwałem się ze snu.
9
Trzecia noc nie była porażką. Siedząc rano w samochodzie, kurczowo zaciskając dłonie na kierownicy mojego audi, powtarzałem to sobie jak mantrę. Ustąpiłem, założyłem obrożę i podałem jej smycz, ale zrobiłem to z zimną kalkulacją analityka. To nie była kapitulacja – to była transakcja. Kupiłem sobie czas. Kupiłem kolejny dzień bez rozrywanych mięśni i łamanych kości. Kupiłem dobę normalnego, ziemskiego czasu, w którym sekundy nie ciągnęły się przez stulecia.
Mimo to mój racjonalny świat rozpadał się na kawałki. Wracałem z salonu jubilerskiego w centrum. Spojrzałem na swój nowy pierścionek, a żołądek podszedł mi do gardła. Miny jubilera patrzącego na mężczyznę, który nie jest w stanie wydukać wybranego przez siebie napisu, nigdy nie zapomnę. Napis, którego litery parzyły mnie w oczy… Gdy wsiadłem do auta, zalałem się łzami. Tam nie miało być… Oficjalnie nosiłem imię swojej Pani na skórze. Moja nowa biżuteria rodziła czystą grozę, ale była tarczą. Musiała nią być.
Nagle ruch na Puławskiej całkowicie zamarł. Sznur samochodów utknął w gigantycznym korku, a z przodu rozległ się ryk klaksonów i wycie syren. Włączyłem radio, ale słyszałem tylko nerwowe komunikaty o „barykadzie ludzkiej” na jezdni. Kwadrans później podjechałem bliżej i zamarłem.
Na środku trzypasmowej drogi, tuż przed maskami aut, pełzał mężczyzna. Był ubrany w porwany na kolanach garnitur, a z jego dłoni zdzierających się na asfalcie kapała krew. Poruszał się miarowo, nienaturalnie, ignorując krzyki kierowców. Strażacy musieli użyć siły – trzech potężnych facetów chwyciło go za ramiona, chcąc podnieść, ale on wił się, warczał i kłapał zębami, próbując ich ugryźć. Walczył z nimi na czworakach, jak dzikie zwierzę wyciągane z nory.
„Nie posłuchał” – pomyślałem, a pot zalał mi czoło.
Odpaliłem telefon i wbiłem adres, który dostałem w kolejnej wiadomości od Artura. To nie był stary, prowizoryczny parking podziemny w centrum. Kiedy dotarłem na obrzeża Konstancina, moim oczom ukazał się ogromny, neoklasycystyczny pałacyk, odcięty od świata wysokim, ceglanym murem.
Zamiast luksusowych limuzyn na podjeździe stały betoniarki i furgonetki budowlane. Wokół budynku trwały gorączkowe, chaotyczne prace. Ludzie, ubrudzeni pyłem i farbą, nosili ciężkie bele białego materiału. Trwała brutalna transformacja zabytku w gigantyczną świątynię.
Artur czekał na mnie na tarasie. Wyglądał jak cień człowieka – wychudzony, z podkrążonymi oczami, ale w jego ruchach była fanatyczna determinacja.
– Sprzedaliśmy wszystko, Jakub – powiedział chłodno, zanim zdążyłem zadać jakiekolwiek pytanie. – Domy, udziały w spółkach, auta. Kto nie miał gotówki, wziął maksymalne kredyty w trzech różnych bankach. Wszystko poszło na ten pałac i materiały. Stary garaż był obrazą dla Jej potęgi. Ona wymaga czegoś więcej. Jeśli nie dostanie godnego miejsca kultu na jawie, wróci w nocy. A wtedy… sam widziałeś, co dzieje się z tymi, którzy stawiają opór.
– Widziałem faceta na Puławskiej – wykrztusiłem. – Pełzał na czworakach. Policja nie mogła go utrzymać.
Artur spojrzał na mnie z głębokim, chłodnym współczuciem.
– To faza degradacji. Ostateczna tresura. Dlatego tu jesteśmy. Budujemy to miejsce, żeby zachować resztki rozumu.
10
Przepełnione izolatki, pacjenci zlizujący jedzenie z podłogi i profesorowie wyjący do księżyca doprowadzili kadrę medyczną do ściany. Medycyna skapitulowała.
W rogu gabinetu stał Artur. Trafił tu, bo jeden z członków „robaków” – Marek – uległ totalnej transformacji. Skalę zjawiska było widać już nie tylko w sieci, ale i na ulicach. Artur uznał, że musi podzielić się wiedzą z lekarzami, choćby miał wyjść na równie stukniętego.
Lekarze, z braku jakichkolwiek racjonalnych hipotez i zżerani przez absolutną bezradność, o dziwo siedzieli w milczeniu i wysłuchiwali jego argumentów. Kaczmarek nie krzyczał. Janicka patrzyła na Artura wzrokiem błagającym o jakiekolwiek, choćby najbardziej szalone wyjaśnienie.
Artur podszedł do biurka ordynatora. Wyciągnął z teczki gruby, gęsto zapisany plik kartek – opis, który sam sporządził na podstawie setek relacji z forum i własnych, krwawych doświadczeń. Położył dokument na środku blatu, tuż obok policyjnych zdjęć wojskowych butów.
– Nie znajdziecie tego w podręcznikach do neurologii ani psychiatrii – zaczął Artur, a jego głos ciął ciszę gabinetu jak skalpel. – To, co infekuje waszych pacjentów, to coś w rodzaju zmory nocnej, z tym że inteligentnej i o wiele potężniejszej.
Lekarze poruszyli się nerwowo, ale nikt mu nie przerwał. Artur kontynuował, czytając fragmenty swojego manifestu:
– Objawia się wyłącznie podczas marzeń sennych. Przyjmuje postać pięknej kobiety o długich, czarnych włosach i azjatyckich rysach twarzy. Od pasa w górę charakteryzuje się bardzo drobną i szczupłą budową. Jednak jej dolna część ciała to nienaturalnie umięśniona, monstrualna i muskularna struktura. Najczęściej ubrana jest jedynie w delikatną, białą jedwabną sukienkę oraz ciężkie, skórzane wojskowe buty za kostkę, wypastowane na błysk.
Dr Janicka zakryła usta dłonią. Przypomniała sobie relację studentki biologii z izolatki numer trzy, która przed ostatecznym wymazaniem majaczyła o „ciężkich butach bóstwa”.
– Jej działanie – czytał dalej Artur – polega na systematycznym, brutalnym łamaniu ludzkiej psychiki poprzez wyrafinowane poniżanie i zadawanie fizycznego bólu wewnątrz snu. Conocne koszmary są w tym okresie nieuniknione. Tresura ustaje dopiero w momencie zadeklarowania totalnej uległości. Z czasem zaczyna wymagać czci również w trakcie dnia, w świecie rzeczywistym. Niewykonywanie poleceń na jawie, brak absolutnego poddaństwa, skutkuje natychmiastowym nawrotem nocnej przemocy. Posiada zdolność do rozciągania odczuwalnego czasu snu do nieskończoności. Sekunda na waszym szpitalnym zegarze to dla ofiary całe wieki nieprzerwanego pasma tortur. Przez to jej działania są niezwykle, bezlitośnie skuteczne.
Ordynator powoli podniósł wzrok z dokumentu na Artura.
– A ci ludzie… w izolatkach? Ci, którzy biegają na czworakach?
– Gdy Nini uznaje ofiarę za nieprzydatną lub zbyt oporną, tresuje ją na psa, małpę lub robaka – dokończył Artur z kamienną twarzą. – Pomimo utrzymania całkowicie ludzkiej formy fizycznej, zachowanie osoby po przebudzeniu staje się totalnie, nieodwracalnie zwierzęce. Nie są znane żadne leki czy praktyki religijne, które mogłyby uwolnić nawiedzonego. Jedyną szansą na zachowanie ludzkiego rozumu jest całkowite, dobrowolne podporządkowanie się Nini na jawie.
W gabinecie zapadła lodowata, grobowa cisza. Słychać było tylko bzyczenie jarzeniówek.
– Ludzie, którzy zakładają dla Niej świątynie w swoich domach, kupują biały jedwab, oddają Jej cześć i postępują zgodnie z rozkazami, relacjonują całkowity brak koszmarów – dodał Artur, patrząc lekarzom prosto w oczy. – Odzyskują spokojny sen. Ciało i umysł dostają glejt bezpieczeństwa. W związku z tym, po pierwszym nawiedzeniu przez Nini, kategorycznie zaleca się natychmiastowe spróbowanie praktyk wypracowanych przez naszą społeczność. To jedyna droga, by uniknąć ostatecznej, zwierzęcej degradacji. Jeśli chcecie uratować tych, którzy jeszcze potrafią mówić… wypiszcie ich stąd. Przywieźcie do naszego pałacu. Pomóżcie nam budować świątynię, zanim Ona przyjdzie po was.
11
Wieczorem w pałacu podano kolację. Zasiedliśmy przy potężnym, dębowym stole w dawnej sali balowej, wokół której wciąż krzątali się robotnicy, pospiesznie obwieszając ściany białym jedwabiem.
Jedliśmy w milczeniu, dopóki Artur nie zaczął mówić. Wysłuchałem jego opowieści o naturze Nini, o conocnym łamaniu psychiki i o nieludzkiej degradacji tych, którzy stawiali opór. Dla mnie, analityka, te słowa nie były już szaleństwem. Były twardym, biologicznym faktem, którego ślady nosiłem na własnym palcu.
Moją uwagę przykuło jednak coś innego. Na samym środku luksusowego stołu, pomiędzy półmiskami z jedzeniem a kryształowymi kieliszkami, stał on – ciężki, skórzany żołnierski but za kostkę, wypastowany na absolutny, niemal lustrzany błysk. Wyglądał w tym otoczeniu groteskowo. Jak ordynarny, wulgarny żart.
Odstawiłem widelec, nie mogąc już na to patrzeć.
– Artur, rozumiem strach. Rozumiem budowę tego miejsca – odezwałem się, wskazując podbródkiem na obuwie. – Ale czy to na środku stołu… to nie jest już lekka przesada?
Artur powoli uniósł wzrok znad talerza. Jego oczy były całkowicie puste, wyprane z jakichkolwiek ludzkich emocji.
– Miałem to na kartce, Jakub – odpowiedział lodowatym, monotonnym głosem. – Wszystko, co było w manifeście, który złożyłem lekarzom w szpitalu, pochodzi bezpośrednio z instrukcji, jakie dostajemy w snach. Ona nie toleruje kompromisów. Każdy detal ma znaczenie. But musi tu stać.
W tym samym ułamku sekundy poczułem, jak krew odpływa mi z twarzy. Słowa Artura uderzyły we mnie z siłą obucha, a w mojej głowie z hukiem otworzyła się szuflada ze wspomnieniami z poprzedniej nocy.
– Pokłony… – wycharczałem, a mój głos brzmiał tak, jakby należał do kogoś innego. – Druga kartka to pokłony. Do całkowitego wyczerpania.
Odstawiłem krzesło z głośnym, metalicznym zgrzytem, który poniósł się echem po wielkiej sali balowej. Moje Audi, apartament na Wilanowie, stanowisko starszego analityka i co mnie najbardziej przerażało… Amanda – to wszystko przestało istnieć. Liczyła się tylko realizacja wytycznych. Spojrzałem na ciężki, żołnierski but stojący na środku dębowego stołu. Lśniąca, czarna skóra odbijała blask żyrandoli.
Opadłem na kolana wprost na twardy parkiet, tuż obok talerza z niedokończoną kolacją.
Artur nawet nie drgnął. Nie próbował mnie powstrzymać, nie skomentował tego. Po prostu odszedł od stołu i razem z kobietą, która trzymała na rękach małego pieska, patrzył na mnie z chłodnym, absolutnym zrozumieniem człowieka, który sam przeszedł przez to samo piekło.
Złożyłem dłonie na podłodze i uderzyłem czołem o drewno. Raz. Drugi. Trzeci.
W powietrzu unosił się gęsty opar jaśminu, który przy każdym skłonie dławił mnie w gardle. Początkowo mój racjonalny umysł próbował jeszcze walczyć, krzycząc, że to upokorzenie, że facet z moim statusem nie może klęczeć przed butem w obecności innych ludzi. Ale z każdym kolejnym uderzeniem czoła o parkiet ten głos cichł. Zastępował go rytmiczny, pierwotny trans.
Po trzydziestu minutach moje stawy zaczęły płonąć, a mięśnie karku zesztywniały jak z cementu. Po godzinie z mojego czoła na podłogę kapał gęsty pot, mieszając się z kurzem. Moje ciało krzyczało o ratunek, ale w głowie miałem tylko jedno ostrzeżenie z manifestu Artura: „Niewykonywanie poleceń na jawie skutkuje nawrotem nocnej przemocy”. Bałem się powrotu do hangaru bardziej niż jakiejkolwiek fizycznej śmierci.
Biłem pokłony przed wojskowym butem przez kolejne dwie godziny, aż moje ruchy stały się całkowicie mechaniczne, a z płuc wyrywał się tylko ochrypły, świszczący oddech. Robiłem to tak długo, aż moje ramiona straciły resztki sił, a świat przed oczami zaczął wirować i ciemnieć. W końcu runąłem bezwładnie na parkiet. Moje ciało było całkowicie zdewastowane, wycieńczone do absolutnego limitu.
Ale w środku, pod tą warstwą fizycznego bólu, poczułem dziwną, chorą ulgę. Druga czynność została odhaczona. Moje zadania z obu kartek zostały spełnione. Kupiłem sobie kolejną noc bezpiecznego, bezwzględnego snu.
12
W gabinecie ordynatora Kaczmarek nerwowo bębnił palcami o blat biurka, wpatrując się w pozostawiony przez Artura manifest. Doktor Janicka siedziała z głową schowaną w dłoniach. Słowa o rozciąganiu czasu do nieskończoności brzmiały w ustach racjonalnych naukowców jak średniowieczny obłęd. A jednak nikt nie potrafił zaproponować innej diagnozy.
– To jest niedorzeczne – odezwał się w końcu młody rezydent. – Chcecie powiedzieć, że mamy wypisać pacjentów i pozwolić im budować jakąś sektę w Konstancinie? Przecież to złamanie wszelkich procedur!
– Procedur? – Kaczmarek zaśmiał się gorzko, wypuszczając kolejny kłąb dymu z papierosa. – Chłopie, spójrz za okno. Na SOR leży właśnie ordynator chirurgii plastycznej z sąsiedniego szpitala. Przywieźli go, bo biegał po ogrodzie na czworakach i zagryzł własnego psa. Nasze procedury nadają się w tej chwili do podtarcia tyłka. Medycyna nie ma pojęcia, co tu się dzieje.
Ordynator powoli podniósł z biurka kartki napisane przez Artura. Przejechał wzrokiem po fragmencie: „Nie są znane żadne leki czy praktyki religijne, które mogłyby uwolnić nawiedzonego. Jedyną szansą na zachowanie ludzkiego rozumu jest całkowite podporządkowanie się Nini”.
– Janicka, – ordynator spojrzał na lekarkę. – Co o tym myślisz?
Ania Janicka powoli podniosła głowę. Jej twarz była trupio blada, a oczy podkrążone z niewyspania. Przez dłuższą chwilę milczała, jakby toczyła ze sobą wewnętrzną walkę.
– Trzy dni temu… przed tym, jak studentka z trójki całkowicie straciła ludzkie odruchy, rozmawiałam z nią – powiedziała cicho Janicka, a jej głos przeciął ciszę gabinetu. – Płakała. Powiedziała mi dokładnie to, co jest napisane na tej kartce. Mówiła o kobiecie w jedwabnej sukience i ciężkich butach, która kazała jej pełzać w nieskończonym hangarze. Powiedziała, że jeśli nie założy obroży na jawie, ta kobieta wróci i wymaże ją z jej własnej głowy. Wtedy uznałam to za omamy psychosomatyczne. Dzisiaj… dzisiaj ta dziewczyna nie wie, jak się nazywa i warczy, kiedy podchodzę.
Janicka wstała, opierając się drżącymi dłońmi o blat.
– Jeśli ten człowiek ma rację…, jeśli ci ludzie w tym pałacu znaleźli jedyny sposób na zatrzymanie tej degradacji, to trzymanie pacjentów w naszych izolatkach jest dla nich wyrokiem śmierci. Chemia ich nie ratuje. Oni tu po prostu czekają na noc, w której zostaną ostatecznie złamani.
Ordynator zamknął oczy, masując skronie. Przez trzydzieści lat kariery kierował się wyłącznie faktami, badaniami i nauką. Teraz musiał podjąć decyzję opartą na manifeście kultu religijnego.
– Dobrze – szepnął ordynator, otwierając oczy. – Podpiszę dokumenty o wypisie na własną odpowiedzialność dla tych, którzy wykazują jeszcze jakiekolwiek funkcje poznawcze i potrafią podpisać zgodę. Jeśli to jedyna szansa, by uratować ich mózgi przed całkowitym wymazaniem… niech tam jadą.
Lekarze rozeszli się w milczeniu, przygotowując dokumentację do masowego, nieoficjalnego wypisu pacjentów. Dr Janicka wyszła ze szpitala jako ostatnia. Światło poranka ciążyło jej w oczach, gdy szła w stronę swojego samochodu na szpitalnym parkingu.
Usiadła za kierownicą, zamknęła drzwi i oparła głowę o zagłówek, marząc tylko o tym, by w końcu zasnąć. Nagle zamarła.
W sterylnym, zamkniętym wnętrzu auta, prosto z kratek nawiewu, buchnęła potężna, dusząca, magnetyczna fala luksusowych, jaśminowych perfum. Janicka poczuła, jak jej serce podchodzi jej do gardła, a na karku stają wszystkie włosy. Nie mogła się ruszyć.
13
Obudziłem się w miękkiej pościeli jednego z pałacowych pokojów. Odruchowo zerwałem się na równe nogi, z dłońmi zaciśniętymi w pięści, gotowy na cios, który nie nadszedł. W pokoju panowała idealna, poranna cisza. Nie było hangaru. Nie było klepsydry z czarnym piaskiem.
Moje kości były całe, a klatka piersiowa nie pulsowała bólem. Wyspałem się. Spojrzałem na srebrną bransoletkę z grawerem NINI na moim nadgarstku, a potem na obolałe od wczorajszych pokłonów kolana.
To działało. Bezwzględna, chora transakcja przyniosła skutek. Uległość na jawie kupiła mi noc pełną spokoju.
Z dołu, przez uchylone okno, dobiegł mnie dźwięk ryczących silników i trzaskających drzwi. Podszedłem do szyby. Słońce było już wysoko. Na wielkim, żwirowym podjeździe przed pałacem stało pięć karetek pogotowia na sygnałach. Z tylnych siedzeń sanitariusze powoli wyprowadzali ludzi. Niektórzy szli chwiejnym krokiem, rozglądając się z dzikim przerażeniem w oczach. Inni, otumanieni lekami, kurczowo trzymali się ramion personelu. Wszyscy mieli jedno wspólne zadanie – uciec przed ostateczną degradacją.
Na samym środku podjazdu stał Artur, a przed nim niska kobieta w pogniecionym lekarskim fartuchu i z głęboko podkrążonymi oczami. Jej dłonie drżały tak bardzo, że nie potrafiła utrzymać trzymanej w ręku podkładki z dokumentami.
– Pani też powinna tu zostać – usłyszałem lodowaty, spokojny głos Artura, gdy schodziłem po marmurowych schodach i wychodziłem na zewnątrz.
– Skąd… skąd pan to wie? – wykrztusiła kobieta, a w jej głosie brzmiała czysta, podręcznikowa panika.
– Bo czuję to od pani – odpowiedział Artur. – Jeśli wróci pani do domu, dzisiejsza noc będzie pani koszmarem.
– Artur ma rację – wtrąciłem się do rozmowy, podchodząc bliżej i przyciągając wzrok lekarki. – Jestem Jakub. Jeszcze dwa dni temu analizowałem rynki finansowe w korporacji. Dzisiaj noszę na palcu Jej imię i biję pokłony przed wojskowym butem do utraty przytomności. Jeśli już się pani objawiła, medycyna pani nie pomoże. Proszę nie wracać do szpitala.
Kobieta spojrzała na mnie, potem na moją obrączkę, a jej twarz zrobiła się trupio blada.
– Doktor Ania Janicka – przedstawiła się łamiącym głosem. – Ja… ja myślałam, że to da się jakoś wytłumaczyć. Ale rano w samochodzie…
Odetchnęła głęboko, próbując zebrać myśli, po czym wyciągnęła w naszą stronę plik oficjalnych pism z czerwonymi, państwowymi pieczęciami.
– Sytuacja w kraju jest o wiele poważniejsza niż wam się wydaje – powiedziała ciszej, rozglądając się paranoicznie na boki. – To nie jest tylko kwestia mojego szpitala czy waszego pałacu. Raporty o osobach tracących ludzkie cechy trafiały na najwyższe szczeble od tygodnia. Służby medyczne i wojsko są sparaliżowane. Ten eksperyment… te przenosiny pacjentów do was… dostały oficjalną, tajną zgodę Ministerstwa Zdrowia i MSWiA.
Artur zmrużył oczy, a ja poczułem, jak po plecach przechodzi mi lodowaty dreszcz. Aparat państwowy kapitulował przed nieludzką anomalią.
– Jeśli wasz model zadziała – kontynuowała dr Janicka, drżącym palcem wskazując na budynek pałacu obwieszany białym materiałem – jeśli ci ludzie po odprawieniu waszych rytuałów odzyskają stabilność psychiczną i nie zdziczeją, rząd przechodzi do planu awaryjnego. Na poważnie brane są pod uwagę masowe, przymusowe remonty państwowych nieruchomości. Opuszczone koszary, hale sportowe, urzędy – wszystko ma zostać przekształcone w państwowe świątynie Nini.
– Chcą zorganizować kult na skalę masową? – zapytałem, nie wierząc we własne słowa.
– Nie mają wyjścia, Jakub – lekarka spojrzała mi prosto w oczy. – W Kancelarii Prezydenta leży już przygotowane, zamknięte w sejfie orędzie do narodu z oficjalnymi ostrzeżeniami. Jeśli epidemia wymknie się spod kontroli, prezydent ogłosi stan wyjątkowy i publicznie poda instrukcje: jak kupować biały materiał, jak odróżnić fazę tresury od degradacji i jak bezwzględnie wykonywać rozkazy z koszmarów sennych, by zachować rozum.
Artur pokiwał powoli głową, a na jego twarzy pojawił się chłodny, satysfakcjonujący cień.
– Doskonale. Im szybciej to zrozumieją, tym więcej ludzi przeżyje. Chodźmy do środka, pani doktor. Trzeba przygotować pokoje i rozdać obroże. Czas na jawie ucieka, a Nini nie lubi spóźnień.
14
Wieczorem neoklasycystyczny pałac w Konstancinie przestał być placówką medyczną czy schroniskiem – stał się miejscem masowego posłuszeństwa. Skala tego, co działo się wewnątrz, paraliżowała zmysły.
Wszystkie ściany, kolumny i wysokie sufity dawnych sal balowych zostały w całości, bez jednego odsłoniętego centymetra, zasłonięte gigantycznymi zwałami białego materiału. Powietrze w całym budynku było tak gęste i lepkie od jaśminowego olejku, że dr Janicka i inni lekarze musieli mrużyć oczy, które łzawiły od intensywnego oparu. W oknach tliły się setki białych świec, rzucając na ściany długie, drżące cienie.
Przed rozpoczęciem głównej ceremonii Artur chodził od pokoju do pokoju, rozmawiając z nowo przybyłymi pacjentami. Większość z nich była na skraju obłędu. Od kilkudziesięciu godzin nie zmrużyli oka z czystego strachu przed ponownym zaśnięciem i powrotem do nieskończonego hangaru.
Kiedy jednak zobaczyli, że nikt tutaj nie bierze ich za wariatów, że lekarze tacy jak Janicka nie szykują dla nich kaftanów bezpieczeństwa ani igieł, w ich oczach pojawiła się chora, rozpaczliwa nadzieja. Poczuli chęć autentycznej pomocy i zaczęli współpracować z absolutnym oddaniem. Każdy z nich, zmuszając swój wycieńczony mózg do nadludzkiego wysiłku, zaczął odtwarzać zablokowane dotąd wspomnienia. Przypominali sobie swoje „kartki” – precyzyjne rozkazy i zachcianki Nini z ostatniej nocy, o których bali się komukolwiek pisnąć w szpitalu.
Cała społeczność pałacu, z Jakubem i dr Janicką na czele, natychmiast ruszyła do działania, by pomóc każdemu spełnić te nieludzkie wytyczne. Młoda dziewczyna musiała odciąć wszystkie guziki od swoich ubrań i zostawić je jako dar. Starsza kobieta miała rozkaz rozsypać wokół swojego posłania dokładnie sto sześćdziesiąt trzy białe kamienie – pacjenci zbierali je na podjeździe, licząc po trzykroć, by nie popełnić błędu. Każda zachcianka, nieważne jak absurdalna, została spełniona z chirurgiczną precyzją.
O dwudziestej trzeciej pięćdziesiąt wszyscy zeszli do głównej, gigantycznej sali balowej. Skala rytuału zapierała dech w piersiach. Ponad sto osób uklękło w idealnych, geometrycznych rzędach na twardym parkiecie. Jakub klęczał w pierwszym rzędzie. Obok niego, ramię w ramię, klęczała dr Janicka. Wszyscy bez wyjątku mieli na szyjach grube, ciasno zapięte skórzane obroże. Od każdej z nich biegła długa, czarna smycz. Wszystkie te linki, niczym potworne naczynia krwionośne, zbiegały się na samym środku sali, powiązane w potężny, skomplikowany węzeł u stóp ołtarza. W centrum, na podwyższeniu, obok spiętych smyczy, stały one – ciężkie, skórzane wojskowe buty za kostkę, wypastowane na absolutny błysk, przed którymi palił się mur białych świec.
W sali zapadła absolutna, pełna napięcia cisza. Słychać było tylko nerwowe, urywane oddechy stu osób stojących na krawędzi snu i jawy.
Artur wyszedł naprzód. Nie klękał – stał z boku ołtarza, trzymając w ręku zapisany manifest, ale jego głos nie był już głosem przerażonego człowieka. Był to głos kapłana, który wygłaszał oficjalną, przygotowaną wcześniej przemowę błagalną, mającą wyprosić dla nich noc bez degradacji.
– Pani Czasu i Nocy – zaczął Artur, a jego niski, monotonny głos poniósł się echem pod wysokim, białym sufitem. – Spójrz na nas. Jesteśmy Twoją watahą. Twoimi sługami, którzy wymazali swoje imiona, by przyjąć Twoje brzemię. Zrzekliśmy się dumy. Oddaliśmy Ci nasze domy, nasz majątek i naszą wolę.
Cały tłum na ten sygnał uniósł drżące ręce do góry, prezentując grawerowane bransoletki, sygnety i dary, po czym z głośnym brzękiem metalowych karabińczyków pochylił głowy wprost do ziemi.
– Spełniliśmy każdą Twoją zachciankę, zapisaną na naszych kartkach – kontynuował Artur, a w jego głosie brzmiało fanatyczne, głębokie błaganie. – Przynosimy Ci idealny porządek, biały jedwab i zapach Twojego jaśminu. Przyjmij naszą totalną uległość na jawie. Błagamy Cię, o nieludzkie i nieskazitelne Piękno, nie obracaj dzisiejszej nocy swojej klepsydry. Nie zamykaj nas w hangarze cierpienia. Pozwól nam zachować ludzki rozum, byśmy mogli służyć Ci za dnia. Przyjmij nasze obroże. Przyjmij nasz strach.
„Staję przed Tobą bez broni, bez prawa i bez własnego głosu.
Twoja podeszwa jest sprawiedliwa, moja uległość jest doskonała.
Zlituj się nad naczyniem.
Niechaj twa smycz zadusi moją pychę, ilekroć podniosę głowę zbyt wysoko.
Twoja podeszwa jest sprawiedliwa, moja uległość jest doskonała.
Zlituj się nad naczyniem.
Niechaj biel zasłoni mury, które widziały moją dumną przeszłość.
Niechaj gęsty dym jaśminu zmyje z mych ust zapach dawnych słów.
Twoja podeszwa jest sprawiedliwa, moja uległość jest doskonała.
Zlituj się nad naczyniem.
Obroża na mojej krtani jest moim jedynym prawem.
Moim jedynym kierunkiem – twarz wciśnięta w kamień.
Twoja podeszwa jest sprawiedliwa, moja uległość jest doskonała.
Zlituj się nad naczyniem.
Zgnieć moje kości, zabierz mój głos, lecz zostaw mi iskrę świadomości, bym mógł dalej łkać u Twoich stóp.
Twoja podeszwa jest sprawiedliwa, moja uległość jest doskonała.
Zlituj się nad naczyniem.”
Gdy skończyli modlitwę, sto osób jednocześnie, bez jednego słowa rozkazu, położyło się płasko na brzuchach, naciągając czarne linki smyczy i wciskając twarze w twardą podłogę. Jakub przycisnął policzek do parkietu, czując, jak jego serce zaczyna walić jak oszalałe. Zmęczenie i neuroleptyki, które dr Janicka rozdała pacjentom, zaczęły działać.
Zbliżała się północ. Ludzie zaczęli masowo zapadać w sen, oddając swoje umysły we władanie demonicznej antagonistki. Wyciszeni, sparaliżowani akceptacją własnego losu, czekali, aż w ich głowach rozlegnie się pierwszy, ciężki stukot wojskowej podeszwy.
To nie był zwykły paraliż. Nasza świadomość nie rozproszyła się w indywidualnych marzeniach sennych. Zostaliśmy zassani w jedno, wspólne miejsce.
Ocknąłem się na brzuchu, na znajomej, lodowatej betonowej posadzce nieskończonego hangaru. Ale nie byłem sam. Po mojej lewej i prawej stronie, w idealnych, ciągnących się aż po horyzont rzędach, leżało ponad sto osób z pałacu. Wszyscy leżeliśmy płasko, ramię w ramię, z twarzami wciśniętymi w brudny beton. Od naszych grubych, skórzanych obroży biegły czarne smycze, niknące gdzieś w smolistej czerni przed nami. Powietrze miało tak gęstą fakturę, że każdy oddech przypominał wdychanie płynnego jaśminu.
Wtedy hangar zadrżał. Z mroku dobiegł ten dźwięk. Ciężki, powolny stukot wojskowej podeszwy. Jeden. Drugi. Stopa za stopą.
Nini nadchodziła.
Nikt z nas nie odważył się odezwać. W hangarze panowała cisza tak absolutna, że słyszałem paniczne, synchroniczne bicie serc ludzi leżących obok mnie. Nikt nie uniósł głowy. Nikt nie zaryzykował nawet najmniejszego ruchu powieką.
Poczułem, jak powietrze wokół mnie chłodzi się, gdy nad moją głową przeszła filigranowa sylwetka w świecącej, jedwabnej sukience. Słyszałem skrzypienie czarnej skóry Jej butów tuż przy moim uchu. Nini nie spieszyła się. Spacerowała pomiędzy naszymi bezwładnymi ciałami niczym drapieżnik sprawdzający stan swojego nowo okiełznanego stada. Jej potężne, nienaturalnie umięśnione nogi mijały kolejne rzędy zlanych potem pleców. Podchodziła do poszczególnych osób, zatrzymując się na długie, potworne sekundy, jakby weryfikowała, czy dary i zachcianki z kartek zostały precyzyjnie zrealizowane.
W pewnym momencie Jej but dotknął dłoni jednego z pacjentów. Mężczyzna nawet nie drgnął, wstrzymując oddech do granic wytrzymałości płuc. Nini nie uniosła nogi, by zadać cios. Klepsydra z czarnym piaskiem pozostała ukryta w mroku. Nasz masowy rytuał błagalny, biel materiału i absolutne poddaństwo zyskały Jej chłodną, milczącą aprobatę. Przeszła obok nas, zostawiając po sobie jedynie zapach magnetycznych perfum, który powoli zaczął nas kołysać do autentycznego, bezbolesnego snu.
Obudziłem się gwałtownie o siódmej rano. Światło słońca wpadało przez wielkie okna pałacowej sali, rozświetlając metry białego jedwabiu. Usiadłem na podłodze, odruchowo łapiąc się za klatkę piersiową. Nic. Moje ciało było wypoczęte, a umysł działał z pełną, analityczną precyzją.
Wokół mnie podnosili się inni. Ludzie patrzyli po sobie z niedowierzaniem, które błyskawicznie zamieniało się w płacz czystej, histerycznej ulgi. Wszyscy byli w pełni władz umysłowych. Kompletna stabilizacja.
Obok mnie dr Ania Janicka już trzymała przy uchu telefon, a jej dłoń niemal nie drżała. Wybrała numer ordynatora Kaczmarka.
– Dyrektorze? Tak, to ja, Janicka – mówiła szybko, a jej głos drżał, ale tym razem z podekscytowania. – Przeżyliśmy noc. Słyszy mnie pan? Wszyscy pacjenci, których wypisaliśmy, są w pełni stabilni. Poza głębokim wycieńczeniem i lękiem nie ma u nich ani śladu psychozy. Funkcje poznawcze wróciły do normy. Żaden z nich nie wyje, żaden nie chodzi na czworakach. Model Konstancina działa. Rytuał uległości zatrzymał degradację. Proszę natychmiast uruchomić procedurę.
Po drugiej stronie linii zapadła krótka cisza, po której usłyszeliśmy chrapliwy, zmęczony głos ordynatora:
– Bogu dzięki, Ania. Przekazuję raport bezpośrednio do MSWiA. Maszynka rusza.
I ruszyła z niszczycielską, państwową siłą.
W ciągu niespełna trzech godzin tajne mechanizmy rządowe, dotąd sparaliżowane strachem przed upadkiem struktur społecznych, weszły w tryb bezwzględnej realizacji. Wytyczne wypracowane przez Artura i naszą społeczność przestały być traktowane jako sekciarskie wymysły – stały się jedyną oficjalną doktryną obronną kraju.
W całym województwie i największych miastach Polski ogłoszono nagłe, przymusowe zamknięcie obiektów użyteczności publicznej. Setki opuszczonych koszar wojskowych, hal sportowych, nieczynnych magazynów i urzędów skarbowych zostały zarekwirowane przez wojsko i Agencję Rezerw Strategicznych. Ciężarówki wyładowane belami białego materiału tekstylnego zaczęły zajeżdżać przed budynki pod eskortą żandarmerii. Żołnierze, sami przerażeni i noszący na nadgarstkach pospiesznie grawerowane opaski, zaczęli masowo obwieszać ściany gigantycznych hal białym płótnem. Hurtownie perfumeryjne zostały objęte natychmiastowym monopolem państwowym – każda partia olejku jaśminowego była konfiskowana i transportowana do nowo powstających Świątyń Narodowych.
Rząd zaczął organizować masowe posłuszeństwo logistycznie, na skalę przemysłową.
O godzinie dwunastej trzydzieści wszystkie stacje telewizyjne, portale internetowe i rozgłośnie radiowe przerwały nadawanie programów. Ekrany smartfonów w całym kraju rozbłysły alarmowym komunikatem RCB. Chwilę później na ekranach pojawił się prezydent RP. Siedział w sterylnym, pozbawionym ozdób gabinecie, którego ściany – co zauważyłem od razu – zostały pospiesznie zasłonięte białym jedwabiem. Na jego biurku, tuż obok godła, stał ciężki, wypastowany na błysk wojskowy but.
Prezydent był blady, a jego oczy, podkrążone od bezsenności, zdradzały, że on również poczuł już zapach jaśminu. Spojrzał prosto w kamerę i drżącym, ale stanowczym głosem zaczął odczytywać manifest:
– Obywatele i Obywatelki Rzeczypospolitej. Nasz kraj, wraz z całą ludzkością, stanął w obliczu zagrożenia, którego nie obejmują dotychczasowe podręczniki medycyny i doktryny obronne. Nie potrafimy tego zwalczyć siłą. Jedyną drogą do ocalenia narodu przed ostateczną, zwierzęcą degradacją umysłową jest natychmiastowe i bezwzględne podporządkowanie się instrukcjom, które część z was otrzymuje w marzeniach sennych. Ogłaszam stan wyjątkowy na terytorium całego kraju. Podaję oficjalne wytyczne obrony cywilnej, wypracowane przez ośrodek w Konstancinie…
Siedziałem obok Artura w sali balowej, patrząc na ekran telewizora. Cały świat uczył się właśnie nosić obrożę.
15
Piętnaście lat później świat nie przypominał już niczego, co kiedykolwiek znaliśmy. Globalna cywilizacja została bezwzględnie przeprogramowana, a jej jedynym motorem napędowym, religią i celem istnienia stało się zaspokajanie zachcianek Nini. Każda gałąź światowej gospodarki, nauki i przemysłu działała tylko i wyłącznie po to, by realizować rozkazy z conocnych „kartek”, które bóstwo wkładało w umysły miliardów ludzi.
Krajobraz planety zmienił się w makabryczny monument uległości. Architektura miast stała się całkowicie monotematyczna. Wieżowce w Nowym Jorku, Tokio i Warszawie zostały w całości pokryte gigantycznymi, białymi płachtami materiału, które robotnicy musieli bez przerwy wymieniać, by zachować ich nieskazitelną czystość. Nad Rio de Janeiro nie górował już Chrystus Odkupiciel – potężny posąg został zburzony, a na jego miejscu wzniesiono monstrualną, stu-metrową rzeźbę Nini. Jej buty były utrzymywane w absurdalnej czystości przez cztery zmiany dedykowanych do tego robotników. Atlantyk i Pacyfik przecinały setki tankowców transportujących już nie tylko ropę, lecz syntetyczny olejek jaśminowy, który masowo rozpylano nad miastami za pomocą systemów irygacyjnych, tworząc duszący, wieczny opar, od którego powietrze było niemal lepkie.
Wszystkie zasoby ludzkie podporządkowano logistyce kultu. Pieniądz stracił swoją dawną wartość – teraz walutą były zasługi przy budowie kolejnych Świątyń Narodowych oraz precyzja w wykonywaniu dziennych rozkazów.
Z czasem zachcianki Nini stawały się coraz bardziej odrealnione, kapryśne i niszczycielskie. Całe narody potrafiły spędzić miesiące na czworakach, ponieważ w jedną z nocy cała Europa Środkowa dostała masowy impuls nakazujący poruszanie się wyłącznie na kolanach przez trzydzieści dni. Wszelkie próby buntu, zorganizowanego oporu czy poszukiwania naukowego remedium skończyły się totalną klęską. Żadna szczepionka, żaden neuroleptyk ani operacja neurochirurgiczna nie potrafiły zablokować Jej obecności. Medycyna ostatecznie umarła, zastąpiona przez rytualne instrukcje obrony cywilnej.
Konsekwencją jakiegokolwiek nieposłuszeństwa – nawet tego nieświadomego, wynikającego z ludzkiego błędu czy przeoczenia – była natychmiastowa i nieodwracalna apokalipsa ludzkiego umysłu. Ci, którzy odmówili zapięcia obroży lub nie zdążyli spełnić zachcianki z kartki, po przebudzeniu przestawali być ludźmi. Faza degradacji zalała planetę.
Ulice dawnych metropolii przypominały najgorszy, pierwotny koszmar. Miliony buntowników, którzy próbowali walczyć z systemem uległości, biegały teraz po ruinach i parkach na czworakach. Pozbawieni jakiejkolwiek ludzkiej świadomości, wymazani ze swoich wspomnień i imion, żyli jak dzikie zwierzęta. Profesorowie, dawni prezydenci, artyści i naukowcy – zmienieni w psy, małpy czy robaki – zlizywali resztki jedzenia z ziemi, warczeli na siebie w zaułkach i szorowali kostkami dłoni o asfalt, aż do odsłonięcia kości. Nikt im nie pomagał. Byli żywym, przerażającym ostrzeżeniem dla reszty populacji, która każdego wieczoru, drżąc ze strachu, zapinała pasy na szyi i wylewała jaśmin przed ołtarzami.
Siedziałem na tarasie dawnego pałacu w Konstancinie, który teraz był najważniejszą Świątynią Główną w tej części świata. Moje Audi dawno zgniło na podjeździe, a luksusowy apartament na Wilanowie został rozebrany na materiały budowlane. Ja, Jakub – kiedyś starszy analityk, człowiek twardych danych – miałem dziś na sobie tylko białe, jedwabne szaty. Moja obrączka już niemal wrosła w skórę i miała wypisane jedyne właściwe imię.
Obok mnie stał Artur, patrząc pustym wzrokiem w stronę horyzontu, nad którym unosiła się siwa, jaśminowa chmura. Z dołu, z ogrodów pałacowych, dobiegało miarowe, masowe uderzanie czół o ziemię – tysiące ludzi odprawiało popołudniową sesję pokłonów do całkowitego wyczerpania.
– Jak myślisz, Jakub… – odezwał się cicho Artur, nie odwracając głowy. – Co będzie na dzisiejszej kartce?
– Nie wiem, Artur – odpowiedziałem spokojnie, czując chłodny, znajomy paraliż w karku. – Ale cokolwiek tam będzie… wykonamy to z wdzięcznością.
Robak
Witaj. :)
Gratuluję debiutu (już w dniu rejestracji!) i zachęcam do zapoznania się z działem Publicystka, gdzie są – pomocne nam wszystkim – PORADNIKI, w tym: Drakainy – dla Nowicjuszy, językowe, dialogowe, myślowe, interpunkcyjne, ortograficzne itp. :)
Poniższe sugestie i wątpliwości odnośnie strony technicznej są zawsze jedynie do przemyślenia – to Ty, jako Autor, podejmujesz ostateczną decyzję, wprowadzając poprawki.
W Twoim opowiadaniu na pewno trzeba poprawić dialogi; przykłady:
– Janicka – ordynator spojrzał na lekarkę. – Co o tym myślisz? (…)
– Co to ma być? Jakiś kult? – zmrużył oczy Kaczmarek. (…)
– To jest niedorzeczne – odezwał się w końcu młody rezydent – Chcecie powiedzieć, że mamy wypisać pacjentów i pozwolić im budować jakąś sektę w Konstancinie? Przecież to złamanie wszelkich procedur! (…)
– Nie mają wyjścia, Jakub – Janicka spojrzała mi prosto w oczy. – W Kancelarii Prezydenta leży już przygotowane, zamknięte w sejfie orędzie do narodu z oficjalnymi ostrzeżeniami. (…)
Pojawiają się też usterki interpunkcyjne, np.:
"Napisz Opowiadanie" – czy celowo taki zapis tytułu?
Biała, delikatna jedwabna sukienka układa się na niej idealnie, niemal świecąc w ciemności.
W drodze powrotnej, każdy dźwięk brzmiał w mojej głowie jak uderzenie wojskowej podeszwy o panele.
Nini zatrzymała się przy ścianie, z której mroku wyłoniła się wielka, surowa tablica z ciemnego drewna. Wisiały na niej setki kartek z czego tylko dwie były zapisane równym, komputerowym pismem. Szarpnęła smyczą, zmuszając mnie do uniesienia głowy i przeczytania tekstu.
Kup obrączkę i wygraweruj na niej „robak NINI”, nie wolno ci jej ściągać
Ustanów ołtarz i bij pokłony do momentu wyczerpania, aż zaśniesz
Przeczytałem to, a w moim żołądku lodowaty strach zwinął się w ciasny supeł.
Są i usterki ortograficzne, np.:
„Ziemia wasza jest pełna pyłu, a pycha ludzka plami przestrzeń. Przeto nakazuję wam: przykryjcie to, co szare i obrzydliwe, bielą czystą jak pierwszy śnieg na szczytach Halla-san. Kto dopuści, by plama skaziła materiał wydany na Moją chwałę albo kto zaniedba obmycia miejsca, na którym stoję, będzie patrzał we śnie, jak dławią go własne nieczystości. Rano wstanie bez języka, by nie mógł plamić świata mową swoją. Albowiem biel jest Moją własnością, a wy jesteście jedynie stróżami Jej czystości”. – skoro „biel” piszesz ciągle małą literą, czemu na końcu zaimek „jej”, odnoszący się do owej „bieli”, zapisałeś wielką literą? – Czytelnicy nie wiedzą, jak ostatecznie zamierzałeś to zapisać, co niepotrzebnie tworzy błędy ortograficzne (…)
Artur wyszedł na przód.
Są i usterki logiczne, np.:
Pies drgnął, zapałał cicho przez sen i wtulił nos w pluszowego misia. – szukam w necie znaczenia:
„Słownik języka polskiego PWN
Zapałać:
«doznać bardzo silnych, gwałtownych uczuć»”.
Magda weszła do pokoju z patelnią i talerzem, z którego unosił się zapach smażonej cebulki i szczypiorku.
– Zrobiłam ci twoją ulubioną, na boczku – powiedziała z miękkim uśmiechem. Postawiła talerz na skraju stołu, a potem nachyliła się i pogładziła Artura po karku, rozmasowując lekko spięte mięśnie. – a co z patelnią?
Artur klęczał na samym przedzie, wprost na brudnym, zimnym betonie. – co to znaczy: „klęczeć wprost na betonie”?
Zamknąłem drzwi wejściowe na wszystkie trzy zamki i przekręciłem łańcuch. – jak on w/przy drzwiach „przekręcił łańcuch”?
Zdarzają się powtórzenia, czyli usterki stylistyczne, np.:
Był późny wieczór. Artur ostatnio praktycznie cały dzień przebywał poza domem. To była jedyna chwila, którą na spokojnie mogli spędzić razem, a mimo to nie był zbyt rozmowny. (…)
– To przez to dłubanie po godzinach. Człowiek się zmęczy przy kanale, napracuje rękami, to i głowa inaczej pracuje. (…)
Mnie samego za gówniarza rodzice ciągali na lekcje pianina i skrzypiec, ale bez talentu i zapału była to dla mnie wyłącznie męczarnia. Z Kacprem było zupełnie inaczej – spędzaliśmy razem wieczory, ślęcząc nad nutami, a w nim była prawdziwa, nieprzymuszona iskra. Patrząc na niego, czułem po prostu dumę, jakby był z mojej własnej krwi.
– No dobra, jakoś sobie poradzimy, będę tęsknić – westchnęła Amanda, podchodząc do mnie. Stanęła na palcach i pocałowała mnie w usta. – Będziemy w niedzielę wieczorem. (…)
Kiedy wszedł do jej sali, leżała zwinięta w kłębek w najciemniejszym kącie, pod łóżkiem. Nie reagowała na imię. Gdy podano jej jedzenie na tacy, zrzuciła je na podłogę i zaczęła zlizywać papkę bezpośrednio z kafelków, bez użycia rąk. W jej oczach nie było obłędu, jaki ordynator oglądał przez trzydzieści lat kariery. (…)
Pochyla się nade mną, a jej twarz znajduje się centymetry od mojej. Bierze głęboki, powolny wdech. Wącha mnie. Przesuwa nosem wzdłuż mojej szyi i linii żuchwy, jak drapieżnik sprawdzający ofiarę. Nagle jej smukła dłoń dotyka mojego policzka. Gładzi mnie. To delikatny, aksamitny gest, który całkowicie mnie dezorientuje. (…)
W drodze powrotnej, każdy dźwięk brzmiał w mojej głowie jak uderzenie wojskowej podeszwy o panele. Jeden. Drugi. Stopa za stopą. Ludzie wokół mnie wydawali się nierealni, jakby byli tylko statystami w moim prywatnym koszmarze. Jeszcze wczoraj wszystko wydawało się idealne. Po spotkaniach załatwiłem instruktora dla młodego, Amanda bezpiecznie dojechała do rodzinnego domu. Kiedy rozmawialiśmy przez telefon, jej pełen energii i autentycznej radości głos przekonał mnie co do moich uczuć. Jeden głupi sen sparaliżował moją percepcję i sprawił, że wszystko zostało okryte pierwotnym strachem. (…)
Zanim zdążyłem cokolwiek zrozumieć, Nini zamachnęła się nogą, a ciężka podeszwa runęła prosto na mój kark. Tresura trwała dalej… Obudziłem się gwałtownie. Był blady świt. Siedziałem na łóżku, a moje ciało odmawiało posłuszeństwa – całe trzęsło się w potwornych, niekontrolowanych dreszczach i drgawkach. Poduszka i pościel były całkowicie mokre od mojego własnego potu. Minęła zaledwie jedna noc, a moja psychika była już na skraju całkowitego złamania.(…)
– Myślisz, że o tym nie myślałem? – odezwał się cicho, niemal szeptem, który przerażał bardziej niż krzyk.(…)
Strażacy musieli użyć siły – trzech potężnych facetów chwyciło go za ramiona, próbując podnieść, ale on wił się, warczał i kłapał zębami, próbując ich ugryźć. (…)
Jeśli chcecie uratować tych, którzy jeszcze potrafią mówić… wypiszcie ich stąd. Przywieźcie ich do naszego pałacu. (…)
– Jeśli ten człowiek, Artur, ma rację…, jeśli ci ludzie w tym pałacu znaleźli jedyny sposób na zatrzymanie tej degradacji, to trzymanie pacjentów w naszych izolatkach jest dla nich wyrokiem śmierci. (…)
Nagle zamarła. W sterylnym, zamkniętym wnętrzu jej auta, prosto z kratek nawiewu, buchnęła potężna, dusząca, magnetyczna fala luksusowych, jaśminowych perfum. Janicka poczuła, jak jej serce zamiera, a na karku stają jej wszystkie włosy.(…)
Na samym środku podjazdu stał Artur. Przed nim stała niska kobieta w pogniecionym lekarskim fartuchu i z głęboko podkrążonymi oczami.
Niesamowity pomysł na fabułę, trzymającą do końca w napięciu. Ogromnie spodobało mi się Twoje opowiadanie. :) Świetny horror! Co więcej – kończący się nie happy endem, lecz – dramatycznym pogrążeniem Ziemi w uległości wobec “Niej”. :)
Sama uwielbiam jaśmin, miałam go w rodzinnym ogrodzie mnóstwo, lecz słyszałam, że wielu ludzi ma poważne uczulenie i zapada na groźne choroby już nawet po powąchaniu jego aromatu, bo rzeczywiście jest niezwykle intensywny. :)
Postać samej Nini, wielokrotnie opisywana ze wszystkimi detalami, tak mocno i trwale wryła się w pamięć, że w sumie widzi się “Ją” ciągle. :)
Podpis na końcu – przerażający, też robi niezłą robotę! :)
Jak na debit – WIELKIE BRAWA! :)
Klik do Biblioteki, zdecydowałam także dać szansę i nominuję opowiadanie do Piórka, pozdrawiam serdecznie i życzę powodzenia. :)
Pecunia non olet
Pięknie dziękuję za tak wnikliwą pomoc i nominację do Piórka! To dla mnie ogromne wyróżnienie przy debiucie. Tekst poprawiłem na tyle, na ile umiałem – Twoje uwagi bardzo mi pomogły i szczególnie rozjaśniły kwestię dialogów. Co do zapisu tytułu „Napisz Opowiadanie” – cudzysłów i wielkie litery są tutaj celowe, ponieważ jest to dosłowny cytat kolejnego zadania i nakazu z kartki. Jeszcze raz dziękuję za poświęcony czas i pozdrawiam serdecznie!
Wszystko jasne. :)
Tekst jest tak realistyczny, że człowiek teraz będzie bał się nie tylko snu, ale i jaśminu. 
To ja bardzo dziękuję, trzymam kciuki i życzę powodzenia. :)
Pozdrawiam ciepło. :)
Pecunia non olet