Moja pierwsza próba science-fiction.
Inspirację stanowiła egzoplaneta HD 219134 b.
Korund to twardy minerał (9 w skali Mohsa); tlenek glinu.
Szafir jest niebieską odmianą korundu.
Moja pierwsza próba science-fiction.
Inspirację stanowiła egzoplaneta HD 219134 b.
Korund to twardy minerał (9 w skali Mohsa); tlenek glinu.
Szafir jest niebieską odmianą korundu.
Skalne iglice połyskiwały w pomarańczowym świetle. Przypominały ostrza wycelowane prosto w niebo. Spomiędzy rdzawo-kredowej masy wyzierały szafiry wielkości ziaren żwiru. W tle widniała ogromna, ciemna wyrwa w ziemi. Do jej ostrych krawędzi przymocowano stalową konstrukcję, która służyła za windę. Nie wyglądała bezpiecznie z naruszonymi śrubami. Poza tym pustkowie. Jałowa nawierzchnia bez końca.
M239 skończył zmianę. Guzik czerwony, blokada zwrotnicy, skrzypnięcie przeszklonych drzwi. Jak co dzień od wielu miesięcy. Wyszedł skrzywiony. Nie cierpiał duchoty, a pracował w takiej atmosferze. Winda zazgrzytała i po paru długich minutach znalazł się na górze. Pył z korundu, jakby tylko na to czekał, wleciał mu do oczu. M239 potarł twarz, zostawiając plamy na skórze. Na dole tak nie wieje. Przeklął pod nosem. Oczy niemiłosiernie go piekły, a skręt w kiszkach przypomniał, że śniadanie było już dawno.
– Kondzio? – głos zadźwięczał w jego uchu.
– No?
– Chyba, że wolisz: M-dwieście trzydzieści dziewięć – głos zaśmiał się.
– Mów. Idę zjeść.
– Zapomniałeś zdać raport, a termin minął dzisiaj.
Nastała cisza. Piaszczysta nawierzchnia chrzęściła pod stopami Konrada.
– No, zapomniałem – przyznał Konrad.
– Wiesz, rozliczają mnie…
Konrad milczał. Głośno westchnął.
– Słuchaj, ściemnię w centrali, że była burza. Uwierzą, bo i tak nie sprawdzą. Parszywe lenie.
– Dzięki. Dobrze, że się rozumiemy – Konrad uśmiechnął się mimowolnie. Przystanął. Oddychał z trudem. Pierwsza zasada kodeksu robotniczego: nie rozmawiać podczas chodzenia. Psia mać. Sięgnął po niewielką butlę z tlenem i nałożył maskę na twarz. Zamknął powieki. Ożywczy tlen napełnił jego płuca.
Spojrzał na rozciągającą się po prawej stronie wyrwę, w której codziennie spędzał osiem godzin ziemskich, według określonego schematu. Tam na samym dnie, z hardej skały wyrastały okazałe szafiry. Cholerny, świecący gruz. Gdyby nie on, nigdy by tu nie przyleciał. Konrada coraz bardziej bolały nogi. Przez grawitację dźwigały prawie sto dwadzieścia kilo. Nareszcie. Jedyna oaza na tej pustyni. W oddali zamajaczyła blaszana buda z burgerami. Konrad oblizał spierzchnięte wargi na myśl o jedzeniu. Znajome frytki w zestawie z kanapką były już blisko. Odgarnął z czoła mokre od potu włosy. Całe ubranie kleiło się do jego skóry. Zauważył jeszcze inny kształt. Wyjął podręczną lunetę i na powiększeniu dostrzegł pojazd z migającą diodą z boku. Zepsuty. Inwestorzy żałowali środków na transport. Świńskie ryje.
Wreszcie dotarł do blaszanych drzwi. Nadszedł czas pożywienia i pogawędki w chłodzie. Drzwi otwarły się powoli. Wszystko wyglądało jak wczoraj, lecz nie do końca… Kilka barowych stołków nierówno przysuniętych do lady. Przy ścianach kanapy z bordowym obiciem ze sztucznej skóry. Na ścianie tablice z kreskówkowymi hamburgerami. Ale żadnych ludzi. Cisza. Klimatyzator wyłączony. Konrad podszedł do lady. Znalazł tam znak ostrzegawczy i komunikat na tablecie:
“Bar zamknięty do odwołania. Drogi M-X, następny znajduje się na trasie S w tamtejszym punkcie zero. Niecałe dwa kilometry na północ”.
– Wiem, gdzie jest bar S – burknął do ekranu. Wyszedł i poczłapał w kierunku północnym. Pięć lat w podróży i człowiek nawet nie może dostać swojego obiadu po robocie… Przynajmniej w S-ce obsługuje Monika, biuściasta kelnerka, która tak ślicznie się uśmiecha.
Iglice powoli traciły blask szafirów. Krajobraz przechodził w coraz intensywniejszą czerwień. Konrad poczuł gorzki posmak w ustach. Dostrzegł cienką strużkę płynu, wokół którego osadzała się rdza. Nagle zabolała go noga. To skurcz w lewej łydce nie pozwalał iść dalej. Padł na kolana. Wytarł poranione od upadku dłonie w kombinezon. Sięgnął do głębokiej kieszeni u spodni i wyjął niewielką strzykawkę. Zdjął wieczko i bez zbędnych ceregieli wbił sobie igłę w ramię. Opadł na plecy i leżał ciężko dysząc, zasłaniając twarz ręką. Druga zasada kodeksu robotniczego: nigdy nie kładź się na ziemi, gdzie nie ma cienia. Psia mać. Konrad zwlókł się na nogi. Narkotyk dodał mu wigoru, a przy tym nadziei, że dotrze do baru S. Pomarańczowa tarcza była blisko jak na wyciągnięcie ręki. Kiedyś istniała tu fauna i flora, teraz pozostało po tym tylko wspomnienie w postaci resztek tlenu. Jedynie w zakamarkach skorupiaki prowadziły potajemne życie. Konrad wyjął lunetę. Tak. Jest. Mlecznobiały, okrągły budynek z literą “S” u szczytu. W tyle stały kwatery mieszkalne, przy których pracowali ludzie ubrani w białe skafandry. Tym to dobrze. Zaopatrzeni w solidne stroje mieli, czym oddychać, a stroje amortyzowały część grawitacji. Konrad ruszył z wolna, dalej oglądając sytuację. Co oni robią? Remont? Przyuważył, jak trzy osoby wyniosły do wielkiego transportera zdemontowany element konstrukcji.
Konrad prawie dotarł do S-ki. Biali uwijali się całkiem sprawnie. Budynków z ich kolonii ubyło, a niektóre stały wyszczerbione, rozebrane na części. Wyprowadzają się? Poczuł ukłucie w trzewiach. Z niepokojem wszedł do baru. W środku przywitał go przyjemny chłód. W rogu siedziała grupa mężczyzn nad szklankami coli. Zza drzwi kuchennych dochodził skwierczący odgłos smażenia. W powietrzu wisiał zapach palonego tłuszczu. Nareszcie. Konrad podszedł do lady. Jednak po drugiej stronie nie pojawiła się Monika, a wysoki, otyły mężczyzna w poplamionym fartuchu. Coś w jego aparycji przypominało rzeźnika.
– Zamawiam M-Burgera w zestawie. To znaczy, S-Burgera – zaczął zmęczonym tonem.
– I frytki do tego?
– Frytki są w zestawie. – Konrad zmrużył oczy.
– Kolego, frytki w zestawie to pomyłka. Niedosmażone i niesłone. Małe. Czasem podajemy już zimne.
Konrad pominął fakt, że nie są kolegami. Zapach ziemniaków wzmagał apetyt.
– Jakie są poza zestawem?
– Poza zestawem są frytki belgijskie, francuskie, belgijsko-francuskie, a także w stylu gruzińskim. Do wyboru porcja: średnia, duża, hiper-duża lub nieprzyzwoita.
– Nieprzyzwoita? – zainteresował się.
– Chrupiąca, posolona i świeżutka! Do tego polecam smakowite dodatki: cheddar, parmezan, ser pleśniowy, ultra ser oraz bekon. Sosy: tradycyjny ketchup ostry lub łagodny, sos tysiąca wysp, barbecue, alzacki lub słodko-kwaśny. I co wybierasz, drogi kolego?
Nastała cisza. Konrad nie był pewny, czy się nie przesłyszał. Sprzedawca patrzył na niego z napięciem. Jego czoło przypominało aluminiową, pofałdowaną tackę do grilla.
– Wolę dostać zestaw – Konrad przerwał trudne milczenie.
Sprzedawca ściągnął brwi w jedną, czarną krechę.
– W “S” masz wybór.
Konrad oglądał cennik z obrazkami w czerwonych ramkach. Frytki kupowane osobno były nieproporcjonalnie droższe, a oferowane dodatki znacząco podnosiły cenę.
– Trzeba dopłacić, ale warto – przyznał sprzedawca. – Wybór ma swoją cenę, ale brak wyboru jest ostatecznie bardziej kosztowny…
Konrad podrapał się po głowie. Głód wykręcał mu żołądek.
– Mamy kran z coca-colą. Płaci się raz i dolewa bez końca. Zniżka osiemdziesiąt procent przy produktach poza zestawem – dodał sprzedawca.
– Ale mi przysługuje jeden zestaw dziennie! –krzyknął Konrad z nutą zrezygnowania.
Aluminiowa tacka na czole sprzedawcy pofałdowała się jeszcze bardziej.
– To który sos podać?
– Alzacki! I ananasa do pizzy! – zadrwił ze złością.
– Sprawdzę, czy jeszcze został.
Sprzedawca zniknął w kuchni. Konrad wytrzeszczył oczy. Ananasa zupełnie się nie spodziewał.
– Mamy – odparł triumfalnie. – Cola, ananas, sos alzacki, nieprzyzwoita porcja frytek… A burger klasyczny, podwójny, gigantyczny czy z kurczaka?
Drzwi kuchenne trzasnęły z wyzwalającym hukiem. Klimatyzator zabuczał i rześko powiał Konradowi w twarz. Zaszkliły mu się oczy ze wzruszenia.
– Naprawdę dostanę ananasa…? Colę i wybrany sos?
Czoło sprzedawcy wyrównało się. Klasnął w dłonie z zadowoleniem.
– Właśnie tak! Serwujemy również desery.
Wyszczerzyli się do siebie w nagłym porozumieniu.
– Biorę to! Biorę to wszystko poza zestawem i deser, a nawet zmieszczę dwa. Ser też chcę! Nie pamiętam, kiedy próbowałem czegokolwiek poza zestawem.
Minęła godzina i Konrad opuścił bar energicznym krokiem. Poszedł przed siebie w poszukiwaniu czegoś więcej poza kopalnią szafirów i pyłem z korundu.
Cześć!
Minęła godzina i Konrad opuścił bar energicznym krokiem.
Wkleiło się 2 razy.
Moim zadniem bardzo udana próba. Tekst mi się podobał: autentyzm psychologiczny bohatera i “ucho do dialogów”, bo czuć, jak mówi sterany cieżką robotą sfrustrowany ale pogodzony ze swoim losem facet. Dodatkowo za przesłanie, że czasem wystarczy niewielka zmiana w codzienności, żeby szukać zupełnie czegoś nowego nominuję do Biblioteki.
Pozdrawiam!
Witaj. :)
Sugestie oraz wątpliwości co do technikaliów (zawsze – tylko do przemyślenia):
Spojrzał na rozciągającą się po prawej stronie wyrwę, w której codziennie, według określonego z góry schematu (przecinek?) spędzał osiem ziemskich godzin.
Odgarnął z czoła mokre włosy od potu. – składniowy?; może tak? – Odgarnął z czoła mokre od potu włosy.
Czy ta spacja między akapitami potrzebna?:
Znalazł tam znak ostrzegawczy i komunikat na tablecie:
“Bar zamknięty do odwołania. Drogi M-X następny znajduje się na trasie S w tamtejszym punkcie zero. Niecałe dwa kilometry na północ”.
Drogi M-X (przecinek?) następny znajduje się na trasie S w tamtejszym punkcie zero.
Mlecznobiały (i tu?) okrągły budynek z literą “S” u szczytu.
Zaopatrzeni w solidne stroje mieli, (ten przesunąć o wyraz wcześniej?) czym oddychać, a stroje amortyzowały część grawitacji.
Sprzedawca patrzył na niego z napięciem. Jego czoło przypominało aluminiową, pofałdowaną tackę do grilla. Popatrzyli sobie w oczy. – powtórzenie?
Minęła godzina i Konrad opuścił bar energicznym krokiem. Minęła godzina i Konrad opuścił bar energicznym krokiem. – czy celowe to powtórzenie? – on nie dostał tego jedzenia?
Klik za pomysł na świat, bardzo ludzkiego bohatera i proponowane, kosmiczne frykasy. :)
Pozdrawiam serdecznie. ;)
Pecunia non olet
Hej Grzesiek_W, dziękuję za odwiedziny, klika oraz podzielenie się wrażeniami:).
Cieszę się, że przesłanie siadło.
Faktycznie, jedno zdanie wkleiło się podwójnie. Ups. Już poprawiłam.
Cześć, bruce! Miło, że zawitałaś w moje skromne “marginesy”:). Dzięki za podpowiedzi, naniosłam poprawki. To zdanie z potem nie dawało mi wcześniej spokoju, jak widać, był ku temu powód ;). Za klika również dziękuję i pozdrawiam.
I ja dziękuję, pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)
Pecunia non olet
– Wiesz, rozliczają mnie…
Konrad milczał. Głośno westchnął.
– Słuchaj, ściemnię w centrali, że była burza. Uwierzą, bo i tak nie sprawdzą. Parszywe lenie.
Głos westchnął? A jeśli nie głos, a Konrad, to ta linijka potem wygląda, jakby on ją wypowiadał i trochę się to miesza.
– Dzięki. Dobrze, że się rozumiemy – Konrad uśmiechnął się mimowolnie.
Tu chyba kropka po “rozumiemy”.
– Ale mi przysługuje jeden zestaw dziennie! –krzyknął Konrad z nutą zrezygnowania.
Brakuje spacji.
Podobał mi się sposób przedstawienia głównego bohatera, mierzącego się z trudnościami pracy w nieciekawych warunkach i życiem w obcym świecie. Przesłanie trafiło do mnie mniej, jakoś wydało mi się takie zbyt nagłe, ale to pewnie kwestia gustów.
Ostatecznie tekst oceniam pozytywnie, dobrze się czytało :)
Pozdrawiam.
Sen jest dobry, ale książki są lepsze