- Opowiadanie: gRalfy - Wizyta z Przestworzy

Wizyta z Przestworzy

Tym razem mam do zaprezentowania opowiadanie oparte już całkowicie na własnym pomyśle, utrzymane w klimatach katastroficznego science-fiction. Sporo krótsze od pierwszego, ale to może być akurat zaleta ;)

 

UNASF – United Nations Space Forces, siły kosmiczne Narodów Zjednoczonych.

UNSS – United Nations Space Ship, oznaczenie statków kosmicznych pod banderą ONZ.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Wizyta z Przestworzy

Obudziły go refleksy słońca na szybie kajuty.

Niespiesznie otworzył oczy i wyprostował się na tyle, na ile pozwalało krótkie, twarde łóżko. Zerknął na wyświetlacz umieszczony nad drzwiami wejściowymi. Do jego zmiany po­zostało jeszcze około pół godziny, więc ucieszył się w duchu, że nie musiał zrywać się na dźwięk alarmu.

Wciągnął na siebie jednolity, czarny mundur z norweską flagą i białym napisem „UNASF” na ramieniu. Otworzył drzwi przyciskiem i wyszedł na długi, lekko zakręcający korytarz, oświetlony z jednej strony wielkimi, prostokątnymi iluminato­rami. Przystanął przy jednym z nich i wyjrzał w przestrzeń ko­smiczną.

Nawet teraz, po półtora roku służby na UNSS Black Walrus, patrzył z zachwytem na rozpościerającą się pod nim panoramę. Dół pola widzenia wypełniała Ziemia, na której noc stopniowo ustępowała przed słonecznym blaskiem. Samo Słoń­ce jaśniało tuż nad ziemskim widnokręgiem, a jego promienie odbijały się od niezliczonych stacji kosmicznych, teleskopów, systemów orbitalnych różnego przeznaczenia oraz mniejszych i większych satelitów, wypełniając okolicę setkami tańczących, różnokolorowych świateł. W dole po lewej stronie przesuwał się ogromny, najeżony antenami i bateriami słonecznymi łuk portu orbitalnego Eden – najnowszego i najbardziej ambitnego osiągnięcia ziemskiej myśli technicznej, dumy i chluby całej ludzkości.

Wokół niego zawirowały drobinki kurzu, skąpane w bla­dożółtych promieniach. Kapitan Magnus Dokken z nosem przyklejonym do grubej szyby iluminatora pozwolił sobie na uśmiech. Po tysiącach lat nieustannych wojen, wyniszczających ga­tunek ludzki i hamujących jego rozwój, wyglądało na to, że człowiek nareszcie się czegoś nauczył. Wyścig kosmiczny, bę­dący do tej pory kolejnym polem rywalizacji mocarstw, na do­bre przekształcił się w pokojową współpracę wszystkich naro­dów. A takie projekty jak Eden, w którego budowę zaangażo­wało się ponad dziewięćdziesiąt państw, potwierdzały tylko optymistyczne tezy o prawdziwym końcu historii.

Z trudem oderwał oczy od tego hipnotyzującego widoku i udał się do centrum komunikacyjnego na końcu korytarza. We­wnątrz panował półmrok, w którym wyróżniały się jedynie mi­gające kontrolki na konsolach sterowniczych oraz ekrany wy­świetlające jednakowy wygaszacz z obracającą się kulą ziemską i logiem Narodów Zjednoczonych.

Podszedł do jednej z konsol i przyłożył dłoń do czytnika obok ekranu. Urządzenie ożyło, a z głośnika pod sufitem po­płynął czysty, lecz wyraźnie syntetyczny damski głos:

– Weryfikacja poprawna. Aktywuję konsolę numer cztery. Jest godzina 17:48 czasu uniwersalnego, 3 września 2091 roku. Dzień dobry, kapitanie Dokken. Jak minął dzień?

– Dziękuję, wszystko w porządku. – Magnus mimo wszystko wciąż nie był przyzwyczajony do zbytniej wylewno­ści w kontaktach ze sztuczną inteligencją. Dużą rolę niewątpli­wie odgrywała w tym jego wrodzona skandynawska powścią­gliwość. – Czy porucznik Verhoeven znajduje się obecnie przy swojej konsoli?

– Oczywiście, kapitanie Dokken, właśnie kończy pisać raport z dyżuru. Powinno jej to jeszcze zająć około siedmiu minut i dwudziestu czterech sekund.

– Poproszę o połączenie. – Znając Ritę Verhoeven napi­sanie raportu nie powinno jej zająć dłużej niż kilkadziesiąt se­kund. W zasadzie to ona powinna już dawno mieć stopień kapi­tana.

Z wyświetlacza na wprost Magnusa zniknął wygaszacz ekranu, a zamiast niego pojawiła się sympatyczna twarz młodej kobiety w rozpuszczonych blond włosach. Ubrana była w iden­tyczny czarny mundur, różniący się jedynie barwami naszywki – na jej ramieniu widniała trójkolorowa belgijska flaga.

­– Cześć, Magnus, jak leci? – zagaiła z pogodnym uśmie­chem. – Wyspałeś się wreszcie, czy dalej będziesz chodzić całą zmianę jak zombie?

– Nie wiem, czy kiedykolwiek się wyśpię na tych na­szych kojach. Już nie pamiętam, jak to jest wstać bez bólu krę­gosłupa.

– Oj tam, nie narzekaj. W końcu jesteśmy awangardą ludzkości, czyż nie? Pierwsi kolonizatorzy też nie spali w pu­chowej pościeli.

– Mnie wystarczyłoby po prostu o kilka cali dłuższe łóż­ko. I może coś nieco wygodniejszego pod głową niż plastikowa poduszka. – Westchnął trochę teatralnie, gdyż, wyłączając spar­tańskie wyposażenie sypialni, na orbitującym wokół Ziemi krą­żowniku planetarnym żyło się całkiem wygodnie. – Wydarzyło się coś ciekawego, jak mnie nie było?

– W zasadzie to nic. Ruch wokół Ziemi przebiega bez większych zakłóceń. – Rita zerknęła w bok, prawdopodobnie na mapę przestrzeni kosmicznej generowaną w czasie rzeczy­wistym. – Wykryliśmy jedynie pewną anomalię w sek­torze S127, jakieś zero koma trzy sekundy łuku na północny zachód od Saturna. Z tej odległości wygląda jak miniaturowa czarna dziura, ale dobrze wiemy, że to bez sensu. Pochłania każdy ro­dzaj promieniowania, którym próbowaliśmy ją skano­wać, więc nic ci więcej o niej nie powiem. Zresztą, sam zobacz.

Twarz Rity zamigotała i zgasła, a zamiast niej pojawił się obraz wycinka Układu Słonecznego. W lewym dolnym rogu widniał Saturn w swoich charakterystycznych, pastelowych barwach, a w niewielkiej odległości od niego Magnus dostrzegł ciemną plamę przysłaniającą światło kilku najbliższych gwiazd. Zdawała się ona lekko pulsować, jak gdyby jej krawę­dzie nie były do końca ustalone.

Sięgnął dłonią do sąsiedniej konsoli i uruchomił drugi ekran, na którym ponownie ujrzał oblicze koleżanki.

– No i co o tym myślisz? – odezwała się z pewnym nie­pokojem w głosie. – Niby to nie jest jakaś wielka sprawa, ale nie przypominam sobie, żebyśmy kiedykolwiek zarejestrowali coś podobnego.

– Bez głębokiego skanowania i tak możemy się tylko przyglądać. – Magnus zmarszczył brwi. A już myślał, że to bę­dzie kolejny spokojny dzień z dala od ziemskich trosk. Do­słownie i w przenośni. – Powiadomiliście już o tym centralę?

– Jeszcze nie, oni i tak mają masę ważniejszych rzeczy na głowie. Poza tym, wydaje mi się, że już dawno by zarejestrowali obecność czegoś takiego.

– Nie jestem tego taki pewien. Ostatnimi czasy nasze siły bar­dziej zajęte są monitorowaniem nielegalnego frachtu orbitalne­go niż dalszą eksploracją kosmosu. – Spojrzał jeszcze raz na mapę. Anomalia na pierwszy rzut oka wyglądała jak zwykły obszar pozbawiony gwiazd, jakich wiele w kosmosie, ale miała też w sobie coś dziwnie nienaturalnego. Jej odcień nie do końca pasował do czerni pobliskiego nieba. – Chyba nici z bezstresowego dyżuru, Rita. Cokolwiek to jest, Ziemia raczej nie powinna przejść obok tego obojętnie.

 

***

 

Krajobraz oglądany z tarasu Międzynarodowego Cen­trum Kosmicznego na wyspie Guam w niczym nie ustępował widokowi podziwianemu z orbity przez Magnusa Dokkena. Zachodzące za horyzontem słońce malowało czerwienią po­wierzchnię oceanu, z której wystawały ogromne betonowe platformy obserwacyjne ze skierowanymi ku niebu teleskopa­mi. Palmy na wybrzeżu szumiały kojąco, kładąc długie cienie na krystalicznie czysty piasek plaży. Gdzieś w oddali zaskrze­czała papuga, przerywając upojną ciszę tej bajkowej scenerii.

Profesor Henry Cobbler stał zapatrzony w ocean z dłoń­mi opartymi o metalową barierkę. Rozkoszował się ostatnimi życiodajnymi promieniami przed zapadnięciem parnej, tropi­kalnej nocy. Oraz przed czekającymi go obowiązkami główne­go nadzorcy obserwacji bliskiej przestrzeni kosmicznej.

Smartfon naukowca zapikał kilkukrotnie, informując o przychodzącym połączeniu. Henry wyjął urządzenie z obszer­nej kieszeni fartucha i położył je na dłoni. Nad ekranem wy­świetliła się holograficzna twarz jednego z asystentów.

– Panie profesorze, mamy najnowsze dane dotyczące tej anomalii – jego głos był nadzwyczaj przejęty. – Nadal nie po­trafimy jej całkowicie zeskanować, ale przynajmniej wiemy już co nieco o niektórych fizycznych właściwościach. Myślę, że to pana zaskoczy – dodał ciszej.

– Już do was zjeżdżam, nie mów nic więcej. Powiadom­cie dowództwo wojskowe i na bieżąco informujcie ich o wszel­kich nowościach. Nadajcie tej sprawie najwyższy priorytet.

– Bez obaw, panie profesorze, trzymamy rękę na pulsie – asystent uśmiechnął się nieznacznie. – Generał McFarlane wła­śnie zwołuje nadzwyczajne posiedzenie UNASF. Podobno roz­grzewają już silniki statków dalekiego zasięgu.

Ta informacja oznaczała, że wojsko na serio potraktowa­ło obserwacje astronomów. Maszyny tego typu były wyjątkowo drogie w eksploatacji, nie mówiąc już o politycznym uzasadnieniu ich użycia.

– W takim razie utrzymujcie z nimi stały kontakt. Ale pamiętajcie, żeby przekazywać dalej jedynie zweryfikowane dane. Tutaj nie możemy sobie pozwolić na dezinformację. Cobbler, bez odbioru.

Schował smartfon z powrotem do kieszeni i ruszył sprę­żystym krokiem w kierunku windy. Pomyślał, że w jego dłu­gim życiu nareszcie zaczyna dziać się coś konkretnego.

 

***

 

Po pełnym cyklu dyżurów na pokładzie krążownika Ma­gnus i Rita mogli wreszcie spotkać się twarzą w twarz w kanty­nie na górnym pokładzie. Nałożyli sobie solidną porcję wa­rzyw wyhodowanych na okrętowej farmie hydroponicznej i usiedli przy stoliku z widokiem na Ziemię.

– Jestem dziś naprawdę wykończony – zaczął Magnus, obgryzając łodygę selera naciowego. – Wciąż oczekujemy na dostawę nowych baterii do modułu sanitarnego, a przecież nie możemy odciąć wody na całym okręcie. Większość zmiany musiałem zawiadywać przekierowywaniem mocy z pozostałych modu­łów, co, jak sama wiesz, nie jest wcale łatwe, bo każdy chciałby jak najwięcej dla siebie.

– Dziwi cię to? – zapytała Rita. Wsparła policzek na dło­ni i spojrzała na znikający właśnie za krawędzią planety łuk Edenu. – Nie mamy tutaj nieograniczonych zasobów, a dużo czasu i energii poświęciliśmy na skanowanie anomalii.

– O właśnie, jest już najnowszy raport z Ziemi od profe­sora Cobblera. – Rozłożył czytnik pomiędzy nimi i uruchomił odpowiedni plik. Wspólnie nachylili się nad tekstem opatrzo­nym zdjęciami z potężnych oceanicznych teleskopów. – Wy­gląda na to, że rzeczywiście mamy do czynienia z czymś zu­pełnie bezprecedensowym.

Na zdjęciach w wysokiej rozdzielczości ciemna plama była już niemal wielkości Saturna, lecz zdawała się nie zmie­niać swojego położenia na niebie. Jej kształt przypominał teraz mocno spłaszczony romb o zaokrąglonych krawędziach. Zgod­nie z szacunkami astronomów w najszerszym miejscu musiała mieć ponad trzydzieści tysięcy kilometrów.

– Popatrz tutaj. – Rita stuknęła palcem w ekran, powięk­szając fragment tekstu. – Według Cobblera ten obiekt porusza się z prędkością około dziewięćdziesięciu milionów kilome­trów na godzinę, co oznacza, że jeśli utrzyma obecny kurs, znajdzie się w pobliżu nas już za kilkanaście godzin.

Magnus otworzył załącznik przedstawiający animację z hipotetyczną trajektorią tajemniczej anomalii. Przerywana czerwona linia przecinała łagodnym łukiem orbity Jowisza i Marsa, a dokładnie na jej końcu znajdowała się Ziemia. Zdecy­dowanie nie mogło tu być mowy o jakimkolwiek przy­padku – albo obiekt był świadomie sterowany, albo coś na błę­kitnej pla­necie go do siebie przyciągało. Obydwie te możliwo­ści były równie przerażające.

– Najgorsze jest chyba to, że nadal nie potrafimy powie­dzieć nic pewnego o charakterze tego czegoś. – Magnusowi na­gle zrobiło się gorąco. Oparł się na niezbyt wygodnym krześle i potrząsnął kilka razy kołnierzykiem munduru. – Zachowuje się jak modelowe ciało doskonale czarne, absorbuje dosłownie wszystko, czym nasi koledzy z Ziemi starają się je bombardo­wać, a sam emituje jedynie słabe promieniowanie podczerwo­ne, w zasadzie nieodróżnialne od sąsiednich gwiazd. Dopiero, gdy zbliży do nas na mniej niż sto milionów kilometrów, bę­dziemy mogli go dokładniej obejrzeć.

– Wydaje mi się, że wtedy będzie już za późno na jakie­kolwiek obserwacje – zauważyła trzeźwo Rita. – Jak to w ogó­le możliwe, żeby obiekt tego rodzaju rozwinął taką prędkość? Przecież potrzebowałby do tego niewyobrażalnej wręcz ilości energii, nie mówiąc już o wszystkich efektach relatywistycz­nych.

– Jeśli jest zbudowany ze standardowej materii, to masz rację, ale równie dobrze może być jakąś nieznaną nam formą energii. Albo czymś, czego nasza nauka nie potrafi jeszcze uwzględnić w swoich równaniach. Musimy pamiętać, że wciąż jesteśmy dopiero u progu prawdziwego poznania tajemnic Wszechświata.

– Widzę, że obudził się w tobie filozof. – Kobieta prze­niosła wzrok na Magnusa i roześmiała się. – No cóż, czymkol­wiek jest, dowiemy się tego raczej prędzej niż później. Chociaż mam nadzieję, że jednak zdecyduje się nas ominąć w rozsądnej odległości.

Magnus również miał taką nadzieję. Cała ta sytuacja przypomniała mu jednak dobitnie, że pomimo wszystkich osią­gnięć XXI wieku ludzkość wciąż wydawała się być bezbronna wo­bec niezmierzonych kosmicznych przestworzy.

 

***

 

Niebo nad Pacyfikiem było już całkowicie czarne, gdy Henry Cobbler przyciskał oko do największego z teleskopów zgromadzonych wokół wyspy. Potężne zwierciadło o średnicy przeszło sześćdziesięciu metrów zapewniało spektakularne wi­doki najdalszych zakamarków obserwowalnego Wszechświata. W tej chwili jednak umysł profesora zajęty był wyłącznie jed­nym obiektem.

Anomalia znajdowała się teraz w odległości około dwóch jednostek astronomicznych od Ziemi, co oznaczało, że w odpo­wiednim powiększeniu dałoby się zauważyć szczegóły jej bu­dowy, gdyby tylko takie posiadała. Henry widział jednak wy­łącznie falującą, ciemną plamę w kształcie latawca lub też ol­brzymiej manty, pozbawioną jakichkolwiek wyróżniających się obszarów. Przód obiektu zdawał się lekko rozszerzać w rów­nych odstępach czasu. To pulsowanie z jakichś powodów przy­prawiało naukowca o gęsią skórkę. Było w nim coś nieznośnie wręcz pierwotnego.

Henry zrobił kilka kroków po niewielkim pomieszczeniu, rozmasowując mięśnie zesztywniałe od wielogodzinnego wpa­trywania się w monitor. Zerknął na swój smartfon. Było kilka minut po trzeciej, co oznaczało, że za chwilę powinny wystar­tować jednostki dalekiego zasięgu. Wyposażone w najdosko­nalsze systemy badawcze, były ich jedyną szansą, by wreszcie dowiedzieć się czegoś więcej i być może w jakiś sposób zapo­biec zbliżającemu się kontaktowi. Bo słowo „katastrofa” jakoś nie chciało mu przejść przez gardło.

Rozsuwane drzwi otworzyły się nagle i stanęła w nich wysoka, ciemnoskóra kobieta w średnim wieku. Z poważną miną podeszła do Henry’ego, trzymając w dłoni sporej wielko­ści kanciasty pendrive.

– Mamy tutaj komplet danych dotyczących anomalii. Zdjęcia ze wszystkich dostępnych teleskopów, parametry fizycz­ne, rzecz jasna tylko te, które udało nam się zmierzyć, modele wspomagane sztuczną inteligencją oraz przypuszczenia czoło­wych naukowców świata. Więcej już nie jesteśmy w stanie wy­cisnąć. Myślisz, że to pora, by podzielić się tym z mediami?

– Sądzę, że czas najwyższy, Claro. – Spojrzał z podzi­wem na swoją koleżankę z pracy. Doktor Clara Destinée z Uni­wersytetu w Marsylii dosłownie w każdej sytuacji zachowywa­ła zimną jak głębiny oceanu krew. Podejrzewał, że nawet gdy­by niebo spadało jej na głowę, analityczny umysł Clary w skupie­niu analizowałby każdy możliwy scenariusz. W przeciwień­stwie do niego, który często poddawał się trwającej chwili. – Chociaż taki zalew informacji będzie skutkować jeszcze więk­szą paniką. Każdy amatorski teleskop na świecie jest teraz zwrócony w tym samym kierunku, co ten tutaj. Podejrzewam, że nikt z mieszkańców planety nie myśli w tej chwili o niczym innym. A przyznanie się do naszej bezradności tylko spotęguje katastroficzne nastroje.

– Paniki i tak nie powstrzymamy, Henry, nie taka jest na­sza rola. Mamy do dyspozycji wyłącznie technologię. – Oparła się o pulpit sterowniczy. – Poza statkami dalekiego za­sięgu, które właśnie startują z pokładu Edenu, możemy zrobić jeszcze jedną rzecz. Stacja dysponuje wieloma antenami, rada­rami oraz radioteleskopami, zdolnymi emitować szeroki zakres fal, włączając w to nawet promieniowanie rentgenowskie. Jest pomysł, żeby ustawić je wszystkie w kierunku anomalii, a na­stępnie potraktować ją skoncentrowaną wiązką sygnału. W ten sposób moglibyśmy doprowadzić do jej rozproszenia lub spo­wolnienia, jeśli oczywiście hipoteza z nieznaną formą energii jest prawdziwa.

– Brzmi jak objaw prawdziwej desperacji – profesor po­zwolił sobie na półuśmiech. – Sądziłem, że na takie pomysły wpadają tylko szaleni naukowcy w filmach katastroficznych i to tych z poprzedniej epoki.

– W tej chwili nie mamy już czasu ani środków, żeby przygotować coś bardziej wysublimowanego. Możemy mieć tylko nadzieję, że ten dziwny obiekt po prostu przez nas prze­niknie i podryfuje sobie dalej. Ale właściwie nadal nie wiemy, czego się po nim spodziewać.

Henry ponownie spojrzał na monitory teleskopu, na któ­rych widniał złowieszczy, falujący romb. Jeśli nawet Clara De­stinée mówiła o nadziei, to sprawy przybrały naprawdę drama­tyczny obrót.

 

***

 

Na jednym z niższych pokładów krążownika UNSS Black Walrus kapitan Magnus Dokken wprowadzał do systemu ostateczne poprawki. Na tyle, na ile to było możliwe, należało zabezpieczyć okręt przed kontaktem z anomalią. Większość ze­wnętrznych systemów komunikacyjnych została już złożona, iluminatory na pokładach pasażerskich zasłonięte roletami wy­posażonymi w filtry wysokoenergetycznego promieniowania, a główne silniki postawione w stan gotowości, na wypadek gdy­by trzeba było ratować się ucieczką. Nikt oczywiście nie wie­dział, czy którykolwiek z tych środków ostrożności jest uza­sadniony, ale przynajmniej dawały one załodze pewne poczu­cie sprawczości.

Klikając w klawiaturę terminala Magnus jednym okiem zerkał na obraz z kamery przedstawiający przesuwający się właśnie pod krążownikiem łuk Edenu. Wrota głównego hanga­ru stacji otworzyły się i jeden za drugim wyleciało z nich osiem podłużnych kształtów. Na ich końcach widoczne były podwójne dysze napędu rakietowego. Statki ustawiły się na or­bicie w pewnych odstępach, a następnie jeden za drugim uru­chomiły silniki i odleciały ku górze formując szyk w kształcie litery V. W ciągu kilku minut znalazły się na wysokości naj­bliższego iluminatora, więc kapitan mógł podziwiać je w całej okazałości. Błękitne płomienie wylatujące z dysz dołączyły do znajomego świetlnego spektaklu.

Dźwięk dochodzący z terminala poinformował go o przychodzącym połączeniu.

– No i co, udało ci się wszystko ogarnąć? U nas na pokładzie badawczym mamy prawdziwy armageddon, nikt z pionu naukowego nie potrafi zapanować nad tym chaosem. A to podobno oni są tutaj specjalistami od takich historii. – Twarz Rity wyrażała pewne zniecierpliwienie, ale kobieta zachowy­wała mimo wszystko duży spokój i pogodę ducha. Dla Magnu­sa było to pokrzepiające w tych trudnych chwilach.

– Udało mi się przygotować większość systemów tak, by w jak najmniejszym stopniu wystawione były na wpływ wszel­kiego rodzaju promieniowania kosmicznego. Jeśli oczywiście będziemy mieli do czynienia z promieniowaniem.

– Podsłuchałam kilka rozmów wśród naszego personelu i muszę ci powiedzieć, że pojawiła się pewna fantastyczna teoria – Rita wzięła głęboki wdech. – Otóż niektórzy uważają, że to, co widzimy, musi zawierać jakąś formę życia, gdyż zdaje się w ogóle nie podlegać prawom entropii. Jeśli anomalia byłaby przykładowo fragmentem materii, na przykład pozostałością po wybuchu supernowej, już dawno rozpadłaby się na pojedyncze cząsteczki, a nasz kolega nieprzerwanie utrzymuje swój kształt od momentu, kiedy zarejestrowaliśmy jego obecność.

Magnus już po raz drugi tego dnia poczuł, że robi mu się zdecydowanie zbyt gorąco. Tak, ludzkość od zawsze marzyła o tym, by spotkać życie pozaziemskie, a to pragnienie jeszcze nasiliło się w ostatnich dziesięcioleciach, kiedy człowiek zbli­żał się do gwiazd w coraz szybszym tempie. Ale spotkanie tego rodzaju, o którym właśnie pomyślał, napełniało go wyłącznie zgrozą.

– Jak to w ogóle możliwe, Rita? – wydusił w końcu z siebie. – Jakiego rodzaju procesy biochemiczne mogłyby za­chodzić na takiej… plamie? I skąd potencjalne organizmy mia­ły czerpać wszelkie potrzebne składniki odżywcze?

– Tak wiele pytań, tak mało odpowiedzi, co nie? Być może dowiemy się tego niebawem. W każdym razie przejdzie­my do historii na jeszcze jednym polu.

– Byle byśmy nie musieli przez wieczność spać w tych cholernych, za krótkich łóżkach. – Magnusowi udzieliła się nieco lekkoduszność koleżanki i pozwolił sobie na delikatny uśmiech. Nie mógł jednak pozbyć się wciąż narastającego uci­sku w żołądku. Od spotkania z nieznanym dzieliły ich dosłow­nie godziny.

 

***

 

– Zgłasza się główny pilot statku Legatus 1, zbliżyliśmy się na odległość zero koma dwa jednostki astronomicznej do celu. Prędkość: dwieście dwanaście tysięcy kilometrów na go­dzinę, pozostały zapas paliwa: siedemdziesiąt osiem procent. Według naszych pomiarów obiekt wyraźnie wyhamował za or­bitą Marsa, przewidywany czas przybycia do punktu zero to obecnie czterdzieści trzy minuty. Uruchamiamy właśnie syste­my nasłuchowe. Następny raport za około dziesięć minut.

 

***

 

– Tu Legatus 1, obiekt wypełnia już znaczny fragment nieba. Wciąż nie widać żadnych charakterystycznych cech poza nieznacznym falowaniem bocznych krawędzi. Kształt obiektu określamy jako wydłużony deltoid z mocno zniekształ­coną częścią przednią. Nasze radary wykazały, że powierzchnia pochłania dziewięćdziesiąt dziewięć koma dziewięćdziesiąt dwa procent promieniowania, jak również nie wytwarza wła­snego poza wspomnianą częścią przednią, która od czasu do czasu emituje słabe impulsy w podczerwieni. W ciągu pięciu minut powinniśmy znaleźć się w odległości poniżej stu tysięcy kilometrów od celu.

 

***

 

– Mówi Legatus 1, czegoś takiego jeszcze w życiu nie widziałem… To jakby ogromne morze atramentu, ciemniejsze niż cokolwiek znanego nam z Ziemi. Dostrzegamy pewną głę­bię „ciała” obiektu, coś na kształt prądów konwekcyjnych. Re­jestrujemy też niewielkie wibracje o częstotliwości kilkudzie­sięciu miliherców dochodzące z przedniej części. Znaleźliśmy się pod wpływem rosnącego pola grawitacyjnego, które ściąga nas w jego kierunku. Mam nadzieję, że wystarczy nam paliwa na manewr zawracania…

 

***

 

– Legatus 5, natychmiast zawracaj! Wszystkie pozostałe jednostki, maksimum ciągu wstecznego! To nie grawitacja, to nas po prostu do siebie zasysa… Legatus 3 melduje całkowitą utratę sterowności… Straciliśmy kontakt wizualny z Legatu­sem 7… Coś tam się otwiera, jakie to jest wielkie… Wyciągnij­cie nas stąd jakoś, błagam! Zróbcie coś, zróbcie!

 

***

 

W podziemnym centrum dowodzenia na wyspie Guam zapanowała upiorna cisza. Kilkanaście monitorów, będących jedynymi źródłami światła, ukazywało blade twarze techników i naukowców, na których malowało się niedowierzanie prze­chodzące stopniowo w przerażenie. Główny ekran wyświetlający obraz z kamery Legatusa 1 wypełnił się nieprzeniknioną czernią.

– Utraciliśmy połączenie z grupą badawczą. – odezwał się jeden z techników zdejmując z głowy wielkie słuchawki. – Nie odbieramy nawet sygnatur poszczególnych jednostek.

Henry Cobbler wpatrywał się bez słowa w wygaszony monitor. Dowództwo miało oczywiście na uwadze ryzyko całej misji, ale nikt nie chciał dopuścić do siebie myśli, że mogliby utracić wszystkie statki. W dodatku nadal nie dowiedzieli się prawie niczego o nadciągającym niebezpieczeństwie.

– Dajcie na ekran obraz z głównego teleskopu i rozja­śnijcie go, jak się tylko da. – Profesor otrząsnął się z letargu. Dopóki trwali na stanowiskach, należało walczyć, nawet jeśli była to walka z widmami.

Przed oczami zgromadzonych ukazała się znajoma ciem­na plama otoczona wianuszkiem świecących jak reflektory gwiazd. Dziwne falowanie przypominało przemieszczanie się ogromnych mas cieczy lub gazu utrzymywanych wewnątrz przez jakąś nieznaną siłę. Przód anomalii, pomimo braku jakie­gokolwiek barwnego wyróżnika, zdawał się być złożony z kil­ku zachodzących na siebie warstw.

– Ile jeszcze czasu do punktu zero? – rzucił w przestrzeń Henry. Wszyscy zgromadzeni wstrzymali oddech.

– Przy zachowaniu obecnej prędkości: około osiemnastu minut – odezwał się głos gdzieś z głębi sali.

– Rozpoczynamy operację Radius. Wyślijcie kod czer­wony do wszystkich placówek. Jeśli zapomnieliśmy o jakichś wolnych zasobach, każdy może ich użyć w dowolnym zakre­sie. – Henry nie odwracał wzroku od tajemniczego intruza. Czuł się jak generał rzucający do boju ostatnią rezerwową kompanię. Sala dowodzenia ożyła na nowo, rozbrzmiewając gwarem rozkazów oraz dźwiękami klawiatur wprowadzających dane do systemów orbitalnych.

Jeśli los ziemskiej cywilizacji miałby się teraz zakoń­czyć, zrobiłby to z dużym przytupem.

 

***

 

Tymczasem w świetlicy krążownika, największym po­mieszczeniu na okręcie, Magnus i Rita ramię w ramię oglądali przygotowania do „wystrzału”, jak powszechnie nazywano operację. Większość personelu również zgromadziła się przy podłużnych iluminatorach – od jakiegoś czasu wszystkie funk­cje jednostki, poza tymi niezbędnymi dla egzystencji załogi, zostały zawieszone. Lampy za nimi przygasły dla zwiększenia kontrastu.

– Denerwujesz się trochę? – Rita nieznacznie ścisnęła kolegę za ramię. Pytanie było cokolwiek retoryczne, bo Ma­gnus Dokken, mimo że nie dawał tego po sobie poznać, od paru godzin był istnym kłębkiem nerwów.

– Chciałbym, żebyśmy mieli to już za sobą. Cokolwiek ma się wydarzyć. – Przez głowę przemknęły mu obrazy ni­czym z sennych koszmarów. Tak, jakby właśnie spełniało się coś, czego małe dzieci lękają się po nocach, czytając do po­duszki opowiadania science-fiction. – Nawet nie za bardzo mam ochotę patrzeć w tamtym kierunku.

– Doskonale cię rozumiem ­– westchnęła Rita, lecz sama pozwoliła sobie na krótki rzut oka. Anomalia była już doskona­le widoczna na niebie, przyćmiewając kilka sąsiadujących ze sobą konstelacji. Zdawała się wręcz rosnąć w oczach, wypeł­niając sobą coraz większy wycinek firmamentu.

I wtedy właśnie przebudził się Eden. Niezliczone anteny różnych kształtów i rozmiarów obróciły się w stronę przeciw­nika, emitery laserowe wzięły go na cel, a cała konstrukcja por­tu zwolniła swój ruch orbitalny, by ułatwić celowanie. Do stacji dołączyło mnóstwo mniejszych obiektów – satelity telekomu­nikacyjne, placówki wojskowe, przekaźniki sygnałowe oraz systemy radarowe patrzyły teraz w jednym kierunku niczym wysunięty grot włóczni całej ludzkości. Magnus złapał Ritę za rękę i mocno przytrzymał.

Wystrzał nastąpił równocześnie. Różnokolorowe promie­nie pomknęły w kierunku zbliżającej się plamy, a zawtórowały im potężne impulsy promieniowania rentgenowskiego oraz skoncentrowane wiązki fal gamma. Pośród zgromadzonych w świetlicy można było usłyszeć przelatującą muchę, jeśli rzecz jasna na pokładzie żyłyby tego rodzaju stworzenia. Minuty upływające w oczekiwaniu na końcowy rezultat dłużyły się niemiłosiernie.

No i w końcu rezultat nastąpił.

Niewidzialna fala uderzeniowa przetoczyła się po krą­żowniku, posyłając część personelu na podłogę. Wszelkie po­zostające w użyciu źródła światła, w tym kontrolki syste­mów podtrzymywania życia, zamigotały i zgasły. Magnus ude­rzył barkiem o szybę iluminatora. Gdy opanował szok, rozmasowu­jąc bolący mięsień, jego oczom ukazało się praw­dziwe piekło.

Jedna po drugiej anteny Edenu wyginały się i odłamywa­ły od kadłuba. Satelity na poszczególnych orbitach wypadały ze swoich trajektorii lub rozrywały się na kawałki. Cały spekta­kularny festiwal ruchomych świateł w kilka chwil zamienił się w chaotyczny wir zniszczonych baterii słonecznych, eksplodu­jących zbiorników paliwa, fragmentów poszycia kadłubów oraz niezidentyfikowanych części latających wszędzie dookoła.

– Co się… Co tam się dzieje, Magnus? – Rita znów zna­lazła się u jego boku, drżąc na całym ciele. – Czy to coś wła­śnie odbiło nasze promieniowanie? Co się, do cholery, stało?!

– Na to wygląda. – Na czoło kapitana wystąpił zimny pot. – A raczej pochłonęło całą dawkę i nam zwróciło, być może dokładając coś od siebie. – Dalsze słowa ugrzęzły mu w gardle. Mógł jedynie bezsilnie patrzeć na zagładę swojego domu.

Magnus i Ritą objęli się, a niebo nad nimi całkowicie wypełniła czarna plama. Zwoje w przedniej części istoty roz­warły się i rozpoczęły ucztę na kolejnej cywilizacji.

Nie pierwszej i nie ostatniej w ciągu jej życia.

 

***

 

Profesor Henry Cobbler wybiegł na taras Międzynaro­dowego Centrum Kosmicznego. Mimo że zbliżało się połu­dnie, dookoła było ciemno jak w nocy. Cały nieboskłon wypeł­niało falujące morze czerni, które zdawało się pochłaniać każdą pobliską cząstkę światła. Coś na kształt ogromnej pasz­czy otworzyło się nad nim, a wtedy zerwał się przerażający wi­cher, wyrywając z korzeniami palmy na plaży i wzburzając spokojną powierzchnię oceanu.

Zdołał jeszcze pomyśleć, czy Clara Destinée nawet teraz jest w stanie zachować zimną krew.

Bo niebo naprawdę spadło im na głowy.

 

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

 

Sprawy techniczne i nasuwające się przy okazji czytania sugestie oraz wątpliwości (tylko do przeanalizowania):

Czy “przestworza” w tytule celowo wielką literą?

Dół pola widzenia wypełniała Ziemia, na której noc stopniowo ustępowała przed słonecznym blaskiem. Samo słońce jaśniało tuż nad ziemskim widnokręgiem, a jego promienie odbijały się od niezliczonych stacji kosmicznych, teleskopów, systemów orbitalnych różnego przeznaczenia oraz mniejszych i większych satelitów, wypełniając okolicę setkami tańczących, różnokolorowych świateł. – mam wątpliwość – skoro akcja dzieje się w kosmosie i „Ziemia” jest zapisana wielką literą, czemu „S/słońce” jest małą?

Po tysiącach lat nieustannych wojen (przecinek?) wyniszczających gatunek ludzki i hamujących jego rozwój (i tu?) wyglądało na to, że człowiek nareszcie się czegoś nauczył.

Wyścig kosmiczny (i tutaj?) będący do tej pory kolejnym polem rywalizacji mocarstw (i tu też?) na dobre przekształcił się w pokojową współpracę wszystkich narodów.

Westchnął trochę teatralnie, gdyż (i tu?) wyłączając spartańskie wyposażenie sypialni (i tu?) na orbitującym wokół Ziemi krążowniku planetarnym żyło się całkiem wygodnie.

– Czy porucznik Verhoeven znajduje się obecnie przy swojej konsoli?

– Oczywiście, kapitanie Dokken, właśnie kończy pisać raport ze swojego dyżuru. – powtórzenie?

Zresztą (przecinek?) sam zobacz.

Zresztą sami by to już pewnie dawno dostrzegli.

– Nie jestem tego taki pewien. – powtórzenia?

Nadal nie potrafimy jej całkowicie zeskanować, ale przynajmniej wiemy już co nieco o jej fizycznych właściwościach. – i tu?

Ta informacja oznaczała, że wojsko na serio potraktowało ich obserwacje. Maszyny tego typu były wyjątkowo drogie w eksploatacji, nie mówiąc już o politycznym uzasadnieniu ich użycia. – i tutaj?

Wciąż oczekujemy na dostawę nowych baterii do modułu sanitarnego, a przecież nie możemy odciąć wody na całym okręcie. Całą zmianę musiałem zawiadywać przekierowywaniem mocy z pozostałych modułów, co jak sama wiesz nie jest wcale łatwe, bo każdy chciałby jak najwięcej dla siebie. – i tu?

Całą zmianę musiałem zawiadywać przekierowywaniem mocy z pozostałych modułów, co (przecinek?) jak sama wiesz (i tu?) nie jest wcale łatwe, bo każdy chciałby jak najwięcej dla siebie.

Rita stuknęła palcem w ekran (i tutaj?) powiększając fragment tekstu.

Dopiero (i tutaj?) gdy zbliży do nas na mniej niż sto milionów kilometrów, będziemy mogli go dokładniej obejrzeć.

Henry zrobił kilka kroków po niewielkim pomieszczeniu (i tu?) rozmasowując mięśnie zesztywniałe od wielogodzinnego wpatrywania się w monitor.

Zdjęcia z wszystkich dostępnych teleskopów, parametry fizyczne, rzecz jasna tylko te, które udało nam się zmierzyć, modele wspomagane sztuczną inteligencją oraz przypuszczenia czołowych naukowców świata. – literówka? – ze?

Podejrzewał, że nawet gdyby niebo spadało jej na głowę, jej analityczny umysł w skupieniu analizowałby każdy możliwy scenariusz. – powtórzenie?

Każdy amatorski teleskop na świecie jest teraz skierowany w tym samym kierunku, co ten tutaj. Podejrzewam, że nikt z mieszkańców naszej planety nie myśli w tej chwili o niczym innym. A przyznanie się do naszej bezradności tylko spotęguje katastroficzne nastroje.

– Paniki i tak nie powstrzymamy, Henry, nie taka jest nasza rola. Mamy do dyspozycji wyłącznie nasze technologie. – i tutaj?

– No i co, udało ci się nad wszystko ogarnąć? – składniowy?

Jeśli anomalia byłaby przykładowo fragmentem materii, na przykład pozostałością po wybuchu supernowej, już dawno rozpadła by się na pojedyncze cząsteczki, a nasz kolega nieprzerwanie utrzymuje swój kształt od momentu, kiedy zarejestrowaliśmy jego obecność. – ortograficzny?

Tak, ludzkość od zawsze marzyła o tym, by spotkać życie pozaziemskie, a to pragnienie jeszcze nasiliło się w ostatnich dziesięcioleciach, kiedy człowiek zbliżał się go gwiazd w coraz szybszym tempie. – literówka?

Prędkość (może myślnik albo dwukropek?) dwieście dwanaście tysięcy kilometrów na godzinę, pozostały zapas paliwa (i tu podobnie?) siedemdziesiąt osiem procent.

– Przy zachowaniu obecnej prędkości (i tu chyba także?) około osiemnastu minut – odezwał się głos gdzieś z głębi sali.

Tak (przecinek?) jakby właśnie spełniało się coś, czego małe dzieci lękają się po nocach, czytając do poduszki opowiadania science-fiction.

Co się (i tu?) do cholery (i tu?) stało?!

– Na to wygląda. – Na czoło kapitana wystąpił zimny pot. – A raczej pochłonęło całą dawkę i nam zwróciło, być może dokładając coś od siebie. – Dalsze słowa ugrzęzły mu gardle. Mógł jedynie bezsilnie patrzeć na zagładę swojego domu. – literówka?

 

Odważny thriller katastroficzny SF, bardzo realistycznie ukazujący kolejne etapy pochłaniania przez anomalię Ziemi wraz z jej mieszkańcami. :) Fabuła wciąga i do końca jest nieprzewidywalna. :) Świetne opisy każdego zjawiska, każdej zmiany oraz zachowania bohaterów.

Klik, pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Dzięki za szybki i wyczerpujący komentarz, poprawiłem wszystkie wskazane przez Ciebie błędy, chociaż pewnie jeszcze jakieś pozostały :)

“Przestworza” są celowo z wielkiej litery, jest to określenie konkretnych przestworzy, czyli najbliższych nam rejonów Wszechświata, a nawet Układu Słonecznego.

Cieszę się, że określiłaś moje opowiadanie właśnie w taki sposób, bo dokładnie to było moim zamysłem. Nawet sam mógłbym coś takiego napisać w przedmowie, tylko że brzmiałoby to zbyt buńczucznie ;)

Rafał Maćkowiak

I ja bardzo dziękuję; wyraz “przestworza” w tym kontekście rozumiem; pozdrawiam serdecznie i życzę Ci powodzenia. heart 

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka