- Opowiadanie: vonzachinsky - Nad zastygłym morzem

Nad zastygłym morzem

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Nad zastygłym morzem

I

 

Niebo było ciemne, prawie purpurowe. Samotna sylwetka człowieka przesuwała się na tle horyzontu spustoszonego kraju, w którym tylko wiatr świszczał między olchami i rozwiewał wyschnięte, sczerniałe łodygi wrotyczu. Wędrowiec szedł od strony gór starym, zapomnianym traktem do wybrzeża – drogą, którą od blisko stu lat nikt nie przeszedł, a w każdym razie nie wrócił żywy. Najpierw wyniszczające wojny między rywalizującymi ze sobą małymi królestwami, potem inwazja ras obcych i wrogich człowiekowi doprowadziły tę część kontynentu do ruiny. Dawniej kwitnące miasta zmieniły się w stosy gruzów, pomniki cesarzy czy królów – dawno już pokryte grubą warstwą patyny – leżały z pourywanymi głowami, pokryte ohydnymi napisami w nieznanym języku. Wzdłuż wybrzeża ciągnęła się linia prastarych kurhanów, pod którymi według legend miały się ciągnąć nieskończone korytarze prowadzące do wnętrza ziemi, do legowisk prastarych stworzeń nieznających światła słonecznego, których sam widok mógł odebrać zmysły nieopatrznemu podróżnikowi.

Poza kurhanami leżały tam starożytne miasta, których cyklopowe mury dawno już nie dawały schronienia żadnemu człowiekowi. Nikt nie odważyłby się w czasach zamętu zapuszczać w strony podbite przez najeźdźców z morza, którzy wykorzystują dawne świątynie bogów do swoich przerażających obrzędów i składają obrzydliwym idolom ludzkie ofiary. Czasami aż do siedzib ludzkich docierała czarna mgła czy dym, wydzielany podczas tych obrzędów – i niektórzy mówili że czują swąd spalonych kości, a bydło umierało potem w zagrodach pokryte wrzodami.

Wędrowiec minął stępkę na cyplu wysuniętym jak uschnięty palec trupa wśród fal – i przystanął. Wpatrywał się w zakryty szarą mgłą horyzont i burzowe niebo oświetlane jeszcze ostatnimi promieniami pomarańczowego słońca. Za szerokim przestworem wody widniała bazaltowa iglica, wysoka skała na której niegdyś mieściła się latarnia morska – teraz zniszczona, tak że statki rozbijały się o rafy otaczające zatokę ze wszystkich stron. Wyciągnął nóż i sprawdził jego ostrość, przecinając wiązkę wyschniętych łodyg wyrastających spośród zwałów kamiennego gruzu – bez wysiłku przeciął je na pół – i podążył dalej swoją ścieżką. Między kamieniami starej drogi wyrosły wysokie kępy traw. Wzdłuż niej ktoś powtykał na długie żerdzie rząd ludzkich czaszek, dawno już objedzonych przez kruki. Powietrze śmierdziało starą, zaschniętą krwią.

Woda bulgotała wśród skał na dole, jakby macki ogromnej kałamarnicy mieszały ją i przerzucały na wszystkie strony. Rasa nieludzkich najeźdźców dopiero o tej porze dnia rozpoczynała swoją ohydną egzystencję, żerując na śpiących nieświadomie istotach lądowych. Morskie wampiry okryte łuską i ociekające zielonkawym śluzem wyruszały z wilgotnych kryjówek obrośniętych wątrobowcami i mchem, żeby wysysać krew zwierząt domowych i nieostrożnych ludzi w najbliższych wioskach. Nikt nie pozostawiał drzwi otwartych po zmroku – niektórzy nawet obwiązywali szyje grubymi szmatami w nadziei, że powstrzymają nocnych gości.

Tylko błysk rybich oczu mógł zdradzić coś zaczajonego w ciemności. W razie zjawienia się większej grupy wędrowiec nie miałby większych szans, przemknął więc jak najszybciej w stronę bramy ozdobionej wizerunkiem dwóch jaszczurów i przestąpił próg. Kamienny mur z ogromnych, szarych głazów zdawał się emanować potęgą gigantów, którzy ustawili go tutaj przed tysiącleciami. Teraz – wszystkie budynki miasta zostały zburzone, poza świątynią.

Zakapturzona postać podróżnego była prawie niewidoczna wśród cieni. Purpura nieba ustępowała miejsca nieprzeniknionej czerni. Tym wyraźniej widać było czerwony blask pochodni rozpalonych wewnątrz świątyni – zbliżała się noc Walpurgi. Wewnątrz z pewnością już zebrali się kapłani morza, odprawiając rytuały ku czci Neptuna – jakkolwiek go nazywali w swoim języku, pełnym dźwięków przypominających śpiew wielorybów i skrzek zabłąkanych mew. Przez odsłonięte okna widać było czarne sylwetki biskupa i jego pomocników – podnoszących rytualne trójzęby ze srebra by uderzyć w pierś ofiary związaną na ołtarzu. Uszu wędrowca doszły jęki i krzyki związanego. Musiał działać jak najszybciej, żeby uratować tego człowieka i wyprowadzić go z przerażającego miasta przesiąkniętego lepką, słoną wodą.

Ściany budynków pokrywała gruba warstwa soli, jak gdyby morze powoli pożerało miasto wciągając je w otchłań. Grube strugi wody ściekały po kamieniach. Człowiek wśliznął się do świątyni krusząc pod stopami kryształy soli pokrywające schody, gdy nagle zatrząsł się słysząc głos jakby gromu – ktoś na górze grał na organach melodie pozbawione sensu, jakby nie potrafił grać i naciskał klawisze zupełnie przypadkowo. Trójzęby obniżały się rytmicznie nad klatką piersiową ofiary.

Strop budynku musiał być kiedyś pomalowany na niebiesko i przedstawiać gwiazdy, jak w katedrze – teraz jednak ciała niebieskie zamieniono na wizerunki stworzeń morskich, rozgwiazd, ośmiornic i kałamarnic olbrzymich rozmiarów. Złote dekoracje zostały zniszczone i zastąpione steatytem rzeźbionym w przedziwne plecionki. Pośrodku głównej nawy stało coś na kształt tronu biskupiego – krzesło z kości wielorybich, dekorowane ludzkimi czaszkami. Zbliżała się północ.

Człowiek ukryty między marmurowymi szczeblami barierki, oddzielającej schody przy wejściu od głównej części budynku – z pozoru bezbronny wobec hordy ludzi morza – wyczuł odpowiedni moment. Kiedy pogrążeni w modlitewnym transie chcieli już pozbawić ofiarę życia – wyłonił się z cieni, podbiegł w stronę kapłana i zamachnął się nożem. Zielona substancja o galaretowatej konsystencji popłynęła na posadzkę z czarnego granitu – a za nią gęsta, wartka struga czerwonej krwi. Niebieski proszek z potłuczonych kryształów, rozsypany ze skórzanego woreczka szybko zaczął wchodzić w reakcję ze śluzem pokrywającym skóry morskich ludzi, okrywając ich ciała straszliwymi poparzeniami. Zwijali się na podłodze krzycząc w nieznanym języku, przeklinając rasę ludzką i wzywając zemsty swoich zatopionych bogów.

Ludzie jednak byli już w progu miasta, przekroczyli jaszczurzą bramę i minęli rząd odciętych głów. Wzeszedł księżyc i było widać zwisające płaty skóry, pomalowanej urzetem i rozwiewane przez wiatr kosmyki czarnych włosów. Uratowany otrząsnął się z szoku.

– Pytałem rybaków… Podobno ludzie morza wierzą, że wszyscy zginą, jeśli chociaż raz pominą ofiarę dla bogów morskich. Składają ją w sabat, często przy pomocy zdrajców… Wiedźmy nieraz widywano w towarzystwie ryboludzi.

– Wiesz coś więcej? – zapytał wędrowiec spokojnie. – Muszę wracać do wodza.

– Ktoś rozmawiał z czarownicą. – mówił tamten cicho, jakby obawiał się że samo wspomienie o morskich sprawach może sprowadzić na niego nieszczęście. – Powiedziała, że lepiej poświęcić od czasu do czasu jakiegoś człowieka, niż ryzykować, że morze wedrze się na ląd. Lepiej tolerować ryboludzi na naszej ziemi, niż… Czekać aż morze podejdzie pod góry. Oni i tak przeżyją, ofiary nie ich ratują. Mają władzę nad pływami, potrafią zasolić kogoś żywcem i przemienić w rybę… Chcą żyć na lądzie jako rasa panów, żerować na naszej pracy. Nasze ręce mają zbudować miasta z czarnego kamienia… Pod wodą nie możemy żyć, oni przeżyją nawet na lądzie – jeśli jest dość wilgotno…

Obaj przystanęli przy stępce, patrząc na bazaltową wysepkę na drugiej stronie. Dawna latarnia morska lśniła jakby mokrym, zielonkawym blaskiem pleśni. W środku miasta zawaliła się świątynia, odsłaniając szkielet jadeitowych rzeźb, które po chwili też rozsypały się w proch.

– Zemsta bogów! – krzyknął przerażony człowiek, który przed chwilą uniknął śmiertelnego niebezpieczeństwa – a już patrzył na kataklizm zatapiający brzeg. Ofiarne ostrze zostało odsunięte, ale teraz zbliżała się do niego łagodna fala pływowa przeradzająca się w dziki potop. Obaj rzucili się do ucieczki w stronę pobliskiego wzgórza, odkryli jednak, że wchodzą na szczyt kurhanu. Wkrótce woda zakryła miasto i okrążyła ich całkowicie, odcinając drogę ucieczki.

 

II

 

Morze jakby zastygło w bezruchu. Wyglądało teraz jak szara, nieruchoma powierzchnia zaprawy murarskiej zbyt długo pozostawionej w wiadrze. Dwaj ludzie stali w bezruchu, przerażeni, nie rozumiejąc do końca tego zjawiska – patrzyli tylko źrenicami rozwartymi mimo otaczającej ciemności. Księżyc wypełzł zza chmur, oświetlając nieruchomą powierzchnię wody. Jego srebrzyste światło padło na krąg kamieni stojących na szczycie kurhanu, padło na twarde łodygi wrotyczu i gęste wrzosy porastające wzgórze.

Bulgotanie wody, które było słychać już przedtem, przybrało na sile jakby wszystkie potwory morskie zebrały się nad wybrzeżem i próbowały skruszyć jego skalne fundamenty, teraz zanurzone głęboko pod wodą. Nagle płaski kamień, jak gdyby przykrywający wierzchołek wzgórza, poruszył się i pękł na dwie części. Ktoś próbował rozsadzić wejście od wewnątrz, coś przebudziło się w tunelu grobowym przecinającym wzgórze. Wędrowiec wyjął nóż i odrzucił szary płaszcz. Z ziemi wynurzyła się kościana ręka, na każdym palcu dwa żelazne pierścienie. Po chwili pojawiła się też czaszka z ziejącymi oczodołami i druga ręka, również okuta w żelazo, trzymająca miecz. Człowiek doskoczył błyskawicznie do kamienia, zadając cios w podstawę czaszki widma i odcinając jego głowę, która potoczyła się w dół wśród wrzosów i z pluskiem wpadła do wody.

– Teraz będą cię ścigać. Jest ich więcej… – powiedział towarzysz – Podobno morze już kiedyś zajmowało te ziemie i wtedy właśnie oni przypływali tu na łodziach, żeby grzebać swoich zmarłych. Teraz będą chcieli twojej głowy.

– Twojej też. – powiedzial spokojnie tamten, wyrywając miecz z zimnego uścisku trupa. Rękojeść była ozdobiona celtyckimi wzorami. Spirale przeradzały się w głowy ludzkie połączone z nogami i rękami w zupełnie przypadkowy sposób, wszystko wykute z żelaza. Pośrodku tej plątaniny znajdował się zielony szmaragd, złowieszczo połyskujący w księżycowym blasku. Mężczyźni bez słów zrozumieli, że będą musieli wydostać się z tej zatopionej krainy, zostawić za sobą podwodne miasto i krwiopijców pełzających po ścieżkach nawet jeśli droga poprowadzi ich przez owiane złą legendą podziemia pod kurhanem.

Po zdarzeniach nocy rybacy nie odważyliby się zapuścić w ten rejon na swoich małych kutrach, zwłaszcza, że zmieniła się linia brzegowa. Część osiedli musiała zostać zmieciona przez fale, w pozostałych zanoszono teraz modlitwy do Hel. Znad bazaltowej iglicy na morzu dobiegł dźwięk ptasiego krzyku, wysoki i głośny. Stworzenia sprzed milionów lat, które od dawna nie powinny istnieć, teraz czuły stosowną chwilę i wyruszały na żer.

– Zbliżają się! – krzyknął wędrowiec. Po chwili usłyszeli jak skrzydła powoli łopoczą w gęstej ciemności nad wodą, a potem – zobaczyli jak błyskają rzędy zębów zaostrzonych jak rybie ości, otaczających czerwoną gardziel nabrzmiałą krwią rozbudzoną do nowego życia. Skrzydła jaszczura były ciemnozielone z czerwonymi okręgami na wewnętrznej stronie, ciało okrywała sierść podobna do dzika, głowę – gruba, potworna łuska pokryta pąklami od zbyt długiego oczekiwania w nadmorskich jaskiniach.

Potwór ruszył w kierunku wędrowca, który dźgnął go, celując w serce. Chybił jednak i tylko rozjuszył bestię, która z rozprutym brzuchem rzuciła się na drugiego człowieka. Ten zamachnął się mieczem w stronę głowy jaszczura, który jednak odsunął się w ostatniej chwili, z dzikim wrzaskiem podleciał do góry i znowu spadł na ludzi jak błyskawica. Ciążył mu rozdarty brzuch, tym bardziej jednak atakował z furią i wrzeszczał przyzywając hordy swoich pobratymców, a może jeszcze bardziej ohydnych istot z głębi morza. Ranny, obniżał się coraz bardziej, aż wreszcie wędrowcowi udało się odciąć mu głowę długim nożem. Kiedy przestała się ruszać, podniósł ją i obejrzał – była zakończona długim rogiem. Odrzucił ją z odrazą, uważając by nie wpadła do wody. Mimo to – może strużka krwi potwora spłynęła do wody – w zatoce zawrzało.

– Wąż morski! – wrzasnął jego towarzysz. – Uciekajmy!

– Dokąd?

– W dół.

Zdali sobie sprawę, że jedyna droga ucieczki wiedzie przez tunel pod wzgórzem, prawdopodobnie wypełniony widmami dawnych władców tego kraju – mniej jednak przerażającymi, niż najeźdźcy z morza. Za nimi narastał wrzask, skrzek przypominający głos mewy, jednak o wiele głośniejszy i potworniejszy, echo dawno zaginionych jaszczurczych ras żyjących na zatopionych kontynentach. Weszli więc na kamienne stopnie na których leżały pozostałości szkieletu i zagłębili się w tunel jeszcze ciemniejszy niż otaczająca noc.

 

III

 

W tunelu wzmacnianym grubymi belkami i głazami śmierdziało morskim powietrzem i czymś jak grzyby, pożerające rybie ciała. Wędrowiec rozpalił pochodnię krzesiwem, rzucając wątłe, pomarańczowe światło na pierścienie kutej skały otaczające drogę – nie było jednak widać żadnego poważniejszego niebezpieczeństwa. Im dalej zagłębiali się pod ziemię, tym więcej było stalaktytów i dziwnych form skalnych, jakby obdarzonych własnym życiem – przypominały ogromnych rozmiarów porosty, a może gałęzie nadmorskich drzew dręczonych ciągłym wiatrem.

– Pochodzisz z tego kraju. Twoi ludzie chyba wiedzą coś o tych głazach.

– Nie oni ustawili te głazy i nie oni kopali tunele. To była jeszcze starsza rasa o ciemnej skórze barwy popiołu, która mieszkała tutaj przed tysiącami lat – dopiero potem moi przodkowie przybyli ze południowego wschodu. – odparł wędrowiec.

– Więc to prawda. W legendach północy też mówi się o podziemnych ludziach, którzy skarleli od braku słońca.

– Karły kryją się we wszystkich zakątkach naszego świata, pod górami, w tunelach takich jak ten – mówi się, że mają głębokie jaskinie, w których wykuli ogromne hale i gromadzą się tam, budują miasta… Przyzywają swoich starych, zapomnianych bogów i ich sługów z morza. Nigdy nie udało im się wrócić na powierzchnię.

– Myślisz, że i tu mieszkają? – zapytał człowiek z Północy.

– To chyba tylko grobowiec. Zaraz się przekonamy – odparł Słowianin, oświetlając drogę przed nimi. Przystanął. Przed nimi znajdowało się rozgałęzienie. Lewy tunel pachniał jeszcze silniejszą zgnilizną i solą morską, z prawego czuć było podmuch powietrza.

– Idziemy w prawo. – zadecydował. Norman zgodził się bez wahania, nie chcąc ryzykować wpadnięcia w szpony potworów mieszkających bliżej serca Ziemi. Podążyli więc tunelem, który podnosił się lekko i prowadził – jak się zdawało – do większego pomieszczenia. Zdawało się, że idą w nieskończoność, a echo odbijało wątły odgłos ich kroków.

Doszli wreszcie do komnaty grobowej, wypełnionej pogrzebowymi darami jakie starożytny ciemny lud dawał swoim władcom.

– Złoto! – powiedział Norman – Wreszcie zapłata! – i rzucił się przeglądać zawartość skrzyń. Były tam złote pierścienie z rubinami, szmaragdami, i malachitem, jadeitowe i steatytowe figurki przedziwnych ptaków, miecze zdobione podobnie jak ten który niosło widmo.

– Stój! – powiedział Słowianin. – Strażnicy…

Norman właśnie pakował sobie złoto do kieszeni spodni kiedy za jego plecami coś zaczęło chrobotać. Podniosło się wieko sarkofagu z jadeitu, spadło na podłogę i rozbiło w drobny mak, a z grobowca wypełzł zapomniany król szkieletów w żelaznej koronie zdobionej metalowymi zębami. Obok wyrosło kilka szkieletów niosących krótkie maczugi najeżone kolcami. Słowianin błyskawicznie podbiegł do władcy i próbował strącić mu głowę z karku – kości zachrzęściły złowrogo, jednak metalowy pancerz wytrzymał cios i upiorna postać nadal ruszała się jakby na sprężynach, wprawionych w ruch przez jakiegoś magika. Norman zrozumiał, że nie zabierze ze sobą skarbów – co najwyżej swoje życie. Rozsypały się pierścienie które próbował przedtem zebrać, i potoczyły po podłodze jak ziarna grochu. Zamachnął się mieczem na najbliższy szkielet z maczugą, przecinając go na pół. Drugi szkielet próbował uderzyć go w ramię, jednak zablokował cios i odepchnął widmo.

– Uciekajmy! – rzucił Słowianin. Obaj uderzyli w stronę tunelu prowadzącego naprzód, omijając gęste stalaktyty zwisające z sufitu komnaty i ociekające gęstą wodą. Szkielety podążyły za nimi. Szybko jednak trafili na schody prowadzące do wyjścia jaśniejącego promieniami słońca – za plecami usłyszeli tylko coś jakby uderzenia młotkiem w blachę. Szkielety wpadły w światło i rozsypały się na proch, pozostawiając tylko broń i koronę, bardziej niezniszczalne niż ciało i kości.

Świeży morski wiatr uderzył w nozdrza obu ludzi. Wyszli na jasną, piaszczystą plażę, na której leżały kawałki drewna pozostawione przez sztorm – jednak poza tym nie było tam nic. Tylko szare skały i szare niebo, mikołajek nadmorski rozrzucony wśród wydm i rozchodnik. Sosny zebrały się ciemną linią gdzieś w oddali.

– Jomsborg. – powiedział Norman, patrząc na brzeg który przecinało ujście Odry. Najwidoczniej tej nocy.przeszli dużo dalej niż im się wydawało. Rzucili tylko okiem na czarną, ziejącą czeluść jaskini i zostawili ją za plecami. Podążyli z powrotem do jarla.

 

IV

 

– Dziwne rzeczy dzieją się ostatnio – powiedział jarl Palnatoki, gryząc udziec barani i zapijając piwem z ogromnego kufla. – Najpierw znika Thorhal, potem ciebie wysyłam po niego i nie wracasz. – zwrócił się do Słowianina. – Rybacy mi mówią, że widzieli Myszołowa na łodzi. Pewnie, widzieli, płyniesz sobie przy brzegu, a potem nagle cię nie ma jakbyś się pod ziemię zapadł. – jarl był niezadowolony z długiej nieobecności swoich ludzi, Thorhal tydzień wcześniej powinien był powrócić z wyprawy kupieckiej do Norwegii, a Myszołów miał za zadanie odszukać go jak najszybciej – co zajęło mu cztery dni. – Mówiłem wam, żeby punktualnie przywozić złoto. W kasie – puk! – pusto. Dalej, opowiadać co się tam działo. – i wrócił do jedzenia.

Thorhal zaczął opowiadać o tym jak wracali z Norwegii wioząc skrzynie złota dla jarla. Statek został ni stąd ni z owąd porwany przez wir.

– Malmstrom, na Bałtyku? Czyś ty zdurniał? – zapytał jarl pukając się wymownie palcem w czoło. – Bajki mi tu opowiadacie. – wtrącił się jednak jeden z wojowników obecnych w sali.

– Panie, wiem, że to niesłychane, jednak muszę poprzeć Thorhala. Tej nocy obserwowałem morze z wieży i dostrzegłem niesamowite poruszenie wód, właśnie tam gdzie płynął jego statek. Burza, błyskawice spadały na morze, nic dziwnego, że wpadli w wir.

Jarl spoważniał nagle i zastygł w bezruchu. Obawiał się teraz poważnie, że jego ludzie nie są bajkopisarzami a szlaki dookoła Jomsborga naprawdę są zagrożone. Przypominał sobie stare legendy o karłach, starsze jeszcze niż opowieści o Asach i Vanach. Kiwnął głową czekając aż Thorhal dokończy swoją opowieść.

Przeżył jako jedyny z załogi. Wyrzucony z wiru opodal cyklopowych murów miasta podniósł się, przeszedł przez wrzosowiska i nagle został napadnięty. Nie umiał jednak opisać napastników ani przypisać ich do jakiegokolwiek znanego narodu. Wspominał coś o nieludzkich, rybich kształtach, niektórzy mieli mieć macki w miejsce otworów gębowych i nad oczami. Cali pokryci byli łuską, wrzodami czy też pąklami, barwy szaro-niebieskiej.

– Ludzie morza… – powiedział jarl z przerażeniem. – Zgubili Vinetę, i nas również zgubią! Wysłuchał ich stary bóg błyskawic, starszy niż nasz Thor czy wasz Perkun. Zatopi nas w zemście! – wszyscy zamarli patrząc na przerażonego wodza. Za oknami załoga przechadzała się po murach z czerwono-białymi tarczami malowanymi w spirale. Rybitwy skrzeczały złowieszczo nadciągając znad skał otaczających warownię. – Gudhrid! – zawołał jarl.

Weszła młoda dziewczyna o jasnych włosach, trzymająca coś w zawiniętej sukience.

– Rzucaj! – powiedział jarl poważnie. Spadły kostki z wyrytymi runami, a wszyscy patrzyli na nie z napięciem.

– Śmierć na morzu. – powiedziała dziewczyna, patrząc pustym wzrokiem na daleki horyzont morski. – Ty nie zginiesz – zwróciła się do jarla – ale morze pochłonie kogoś z nas tu obecnych. Nic więcej nie widzę.

– A nasza warownia? – zapytał zapalczywie Palnatoki.

– Ostanie się. Nie na nas ciąży zemsta bogów. – powiedziała Gudhrid. Jarl wysłuchawszy wróżby pozwolił jej wrócić do komnaty. Uspokoiła go nieco pomyślna wróżba dla twierdzy, obawiał się jednak tego co czarna mgła tajemnicy zakrywała nawet przed runami

– Przygotować statek do Norwegii! – rozkazał. – Thorhal, Myszołów, płyniecie. Wiecie już jak wyglądają wiry, nie obawiacie się potworów – będziecie podporą dla załogi. Wszystkie zadania wykonywać tak jak zawsze, żadnych przestojów. – wrócił już do rozsądku. – Na nas klątwa nie ciąży.

Odetchnął głęboko i wrócił do jedzenia wystygłej baraniny. Cała załoga pogrążyła się w rozmowach o morskich niebezpieczeństwach i wiatrach, które ostatnio zdawały się krążyć w kółko jak obłąkani, zwołując morskie stwory i zrzucając błyskawice na zagubione statki. Daleko na morzu dał się słyszeć ryk podobny do odgłosu zawalających się murów, padających pod naporem fal. Odpowiedział mu jęk trąb z Jomsborga, wyzywających morze do nierównej walki, trwającej od kiedy pierwszy człowiek wypuścił się na rzekę czółnem wystruganym z pnia drzewa, która pochłonęła niezliczone ofiary – a jednak nie zniechęciła człowieka do coraz dalszych wypraw w nieznane.

Woda znowu zastygła w bezruchu, a słońce zniżało się nad jej powierzchnią jak kula rozpalonego żelaza. Księżyc jeszcze nie wzeszedł, a stada pełzających morskich ludzi znowu wyruszały na żer, szukając świeżej krwi, obojętnie – zwierzęcej czy ludzkiej. Ruiny starej Vinety lśniły zielonkawym blaskiem pod grubą warstwą wody morskiej, zachęcając nieopatrznych podróżnych do spojrzenia – i zapadnięcia w nieskończoną czeluść.

 

V

 

Stary rybak wybrał się rano na połów. Ściągnął łódź ze schronienia, w którym chował ją przed sztormem który przetoczył się nad wybrzeżem poprzedniej nocy i zepchnął ją na plażę. Zastał tam masę odpadków wyrzuconych przez morze, starych kłód drewna, desek z rozbitych okrętów i resztek morskich stworzeń, które wyrzucone na ląd musiały zginąć. Na szczęście nie mogły tutaj przeżyć, w przeciwnym razie z pewnością rozszarpałyby go i wysłały prosto do Hel.

Zaklął pod nosem patrząc na jakiś ogromny zewłok leżący do połowy w wodzie. Jeszcze drgały ogromne macki kałamarnicy długości prawie dziesięciu stóp, leżącej na mieliźnie. Nigdy wcześniej nie zetknął się z takim stworzeniem, napawającym pierwotną grozą człowieka który patrzy na świat jak dziecko, nie znając jeszcze jego niebezpieczeństw i nie rozumiejąc z czym przychodzi mu się zmierzyć. Dostrzegł jednak też coś cennego, wartego ryzyka – niedaleko głowy kałamarnicy, w której zamierały już ślepia o podłużnych, tępo wpatrzonych w niebo źrenicach, leżała olbrzymia bryła bursztynu. Podbiegł tam w śmiesznych podskokach, jak wariat pędzący za wyimaginowaną piłką i podniósł bursztyn do słońca, sprawdzając jego czystość. We wnętrzu bryły była zatopiona dwugłowa jaszczurka, spoglądająca na niego nieruchomymi oczami zamrożonymi w czasie. Schował znalezisko i odpłynął na połów. Morze wyglądało tak jak zawsze, potwory chyba znowu zapadły w sen, który mógł trwać tysiąclecia.

 

Rybak otrzymał za bursztyn sporą sakiewkę złota i odszedł bez słowa. W hali jarla to znalezisko wywołało jednak niemałe poruszenie, nie ze względu na jego wartość – wszyscy uważali, że dwugłowa jaszczurka to znak od bogów. Jarl siedział zasępiony patrząc, jak za oknami znowu zbierają się czarne chmury.

– Wyruszyli już tydzień temu, pogoda cały czas groźna, morze wzburzone. Może nie wrócą. – zastanawiał się głośno. Ludzie jarla obawiali się, że ich warownia jest w kleszczach, Mieszko przyjął chrześcijaństwo, Niemcy też byli chrześcijańskim narodem – jak miała się utrzymać pojedyncza twierdza pogan? – Te dwie głowy znaczą, że mamy walczyć jak jaszczur dwugłowy! Przeciw obcym bogom, niemieckim księżom!

– Thor! – krzyknęła sala. – Jarl, znakomity wódz, miał poparcie swojej drużyny, która podążyłaby za nim i za pogańskimi bogami na samo dno oceanu.

– Krwi! Krwi! – rozbrzmiały okrzyki ludzi spragnionych śmierci ludzi zagarniających kolejne kraje i zmieniających odwieczny, przyjęty na północy sposób życia. Wielu jednak przeczuwało, że wyżej niż pogańscy bogowie stoją jeszcze inne, nienazwane istoty, które teraz władają Vinetą i mogą jeszcze wyciągnąć swoje szpony w stronę Jomsborga. Może jednak będą wolały zatopić je w innym gardle? Morze zaszumiało tylko przeciągle i znowu zastygło w bezruchu przed burzą.

 

VI

 

Sztorm rozpętał się na dobre. Knor na który wsiedli Myszołów i Thorhal nie opuścił jeszcze wód Bałtyku zanim żagle zostały stargane przez wiatr. Maszty połamały się jak zapałki, a okręt płynął w sam środek malstromu. Stalowoszara woda podniosła się dookoła statku, jakby horyzont próbował złapać załogę w sieć, nie dało się w żaden sposób uniknąć zagłady. Cudem ominęli skały wystające jak zęby z wzniesionych wód. Deszcz miótł o pokład przez godziny wlokące się w nieskończoność, fale przetaczały się nad nimi i kilku ludzi poniosło śmierć w odmętach zamieszkanych przez nieznane istoty. W końcu strzęp statku wynurzył się z wody i ostatni pozostali przy życiu członkowie załogi zobaczyli, że zbliżają się do nieznanej wyspy.

Na brzegu stał rząd odciętych głów nadzianych na pale tak samo jak w pobliżu Vinety przed zatopieniem wybrzeża – pomalowanych urzetem i ze zwisającymi kosmykami włosów, z tym, że te były jeszcze świeże i ich szyje ociekały gęstą krwią. W powietrzu czuć było napięcie, las na brzegu złożony z dziwnych, poskręcanych drzew obserwował przybyszów i czekał na pierwszy nieostrożny ruch. Pozbawieni innej możliwości, zeszli na ląd. Nieufnie przyglądali się szkierom otaczającym wyspę, teraz leniwie obmywanych przez morze podejrzanej, zielonkawej barwy. Przeszli przez rząd kamieni sterczących z szarej, kamienistej plaży pokrytej gęsto muszlami omułków i sercówek, aż niespodziewanie z lasu wydarł się dziki okrzyk.

Jomsborczycy byli poganami, jednak ich przeciwnicy wyglądali jak żywcem wyjęci z epoki kamienia – ubrani w niegarbowane skóry z resztkami futra, ludzie o ciemnej, fioletowoczarnej skórze, z kośćmi jako ozdobami. Trzymali w rękach włócznie o kamiennych grotach, a szamani stojący z tyłu kręcili głośnymi kołatkami, wydającymi przerażający odgłos jak gdyby setki skrzydeł stworów żyjących na bazaltowych skałach zbierały się nad wyspą szukając ofiar.

Załoga natychmiast chwyciła za miecze, jednak na jomsborczyków poleciał grad kamieni Rozproszona załoga padła w płytką wodę, próbując chronić się przed pociskami, których z każdą chwilą przybywało. Mimo dzielnego oporu, Myszołów, Thorhal i reszta ludzi – ci których głowy nie zostały rozbite o skały – zostali szybko spętani i morscy ludzie zaczęli ich prowadzić przez leśną ścieżkę, ocienianą przez skręcone gałęzie dziwnych, nieznanych drzew. Słońce przebijało zza chmur, jak gdyby większe, nie z tego świata, świecące dziwnym cytrynowym blaskiem. Całą wyspę spowił mleczny całun mgły.

Wreszcie doszli do jaskini nienaturalnego pochodzenia – wykutej przez prymitywne narzędzia ryboludzi. Niektórzy spośród nich wyglądali jak miniaturowa wersja człowieka, inni mieli więcej cech rybich. Wszystkie twarze były pozbawione wyrazu, oczy patrzyły pusto, a wargi poruszały się bezgłośnie – z trudem chwytali powietrze na lądzie. W jaskini odetchnęli z ulgą. Josmborczycy jednak odczuli powiew stęchlizny i czuli się jak uwięzieni w grobowcu.

Długo szli ciemnym korytarzem, przypominającym podziemia pod kurhanem. Ich kroki dudniły w skalnych wnękach otaczane drobnymi, cichymi stąpnięciami karłów. Wreszcie dotarli do drzwi prowadzących do pomieszczenia wykutego w skalnej bryle, z którego sufitu zwisały stalaktyty przycięte tak by nie uderzyć przechodzących karłów – załoga jednak musiała często się schylać, by uniknąć kamiennych słupów.

– Witajcie w naszej skromnej siedzibie! – powiedział znaczniejszy z ryboludzi siedzący na tronie zbudowanym z kości wieloryba głosem skrzeczącym i szyderczym, dziwacznie przeciągając wyrazy ludzkie akcentowane w niewłaściwych miejscach i uzupełniając je mlaśnięciami.

– Skraelingowie! – wyrwało się Thorhalowi.

– Nie jesteśmy Skraelingami, chociaż nie ukrywam, że mamy z nimi coś wspólnego. – odparł wódz. Na głowie miał czaszkę byka pomalowaną na niebiesko, a jego szyję zdobił ogromny naszyjnik z gadzich kości, starych i wytartych. Jomsborczycy pomyśleli z przerażeniem, że nocne stwory porywają ludzkie kobiety nie tylko po to, by je pożreć, i że lądy po drugiej stronie oceanu zamieszkują nie tylko ludy wrogie – ale też mieszańcy morskich karłów i kobiet ludzkich. Tłum otaczał ich ciasnym kołem, przyglądając się olbrzymom z podziwem, ale bez strachu – przerastali ich liczbą wielokrotnie, zwłaszcza, że kolejni mieszkańcy jaskiń wtaczali się przez drzwi.

– Obawiam się, że nie możemy przyjąć was posiłkiem. Nic u nas nie rośnie poza grzybami i porostami, ale te będą dla was trujące. Pewnie wkrótce zdechlibyście z głodu. – wódz karłów zaśmiał się złowieszczo, gładząc ludzkie czaszki na poręczach swojego tronu. – Ale na to nie pozwolimy, musimy przecież zabawiać drogich gości, prawda? – spojrzał na stojącego obok karła z toporem, którego ciało było pokryte ciemną farbą, który uśmiechnął się z wysiłkiem. – Będziecie ofiarą dla naszych, prawdziwych bogów. Przeciwko nim nie mógł walczyć Rzym. Jomsborg tym bardziej, ha ha! Malutkie niby-państewko, nawet nie miasto, banda morskich rabusiów!

Bębny zadudniły w jaskini. Karły zaczęły prowadzić ludzi w stronę ołtarza wykutego w skale, z wnękami przeznaczonymi na odcięte głowy. Ktoś z karłów wyjął stare, zapróchniałe czaszki z otworów i oczyścił miejsce – przygotowane na nową ofiarę.

– Bogowie morza! Oddajemy wam należną cześć! – wykrzyknął wódz. – Przyjmijcie tych olbrzymów! Niech ich krew zakrzepnie w szczelinach skał!

Karły przystąpiły bliżej do ludzi. Ci, pozbawieni broni, postanowili bronić się ostatnim wysiłkiem woli – gołymi rękami. Stało się jasne, że ludzie morza chcą cofnąć fale z Vinety – tylko po to, żeby wśród cyklopowych murów grzebać w ziemi tak jak tutaj, a na powierzchni hodować ludzi jak bydło, wykorzystywać ich jako niewolników do tworzenia swojego morskiego imperium. Tym zacieklej ludzie bronili się przed udziałem w tej obrzydliwej ceremonii na cześć istot, które dawno powinny leżeć zapomniane w głębinach oceanów i nigdy się już stamtąd nie wynurzać.W końcu większość załogi padła pod ciosami oszczepów i została dobita na ołtarzu toporem szamana.

Thorhal i Myszołów jednak, razem z dwoma innymi jomsborczykami, walczyli tak zaciekle, że wódz postanowił nie zabijać ich od razu.

– Szybka śmierć niedobra dla gośći? Dobrze… Do Tunelu! – straż zaprowadziła czterech ludzi do ciasnego przesmyku, niewątpliwie leżącego nie pod wyspą, a pod dnem morskim.

– Do hydry, niech ich pożre po kawałku! Ha, haha! – słyszeli jeszcze opętańcze krzyki wodza, które dzwoniły im w uszach przez całą podróż przez spowity mrokiem podmorski korytarz, aż wreszcie zrzucono ich ze skarpy i pozostawiono samych w ciemności.

 

– Co teraz? Nic nie widać. – powiedział Thorhal z niepokojem, jednak bez strachu. Wszyscy spięli się gotowi na spotkanie z niebezpieczeństwem, czekali tylko aż obślizgłe macki oplotą czyjeś nogi i wciągną go w głębię – byli gotowi przyjąć niebezpieczeństwo i walczyć z nim bez litości.

– Czuję wiatr. Może uda nam się wyjść. – odparł Myszołów próbując zbadać, skąd dochodzi ledwo zauważalny ciąg powietrza. Podążyli w tamtą stronę, jednak wydawało im się podejrzane, żeby wyjście z tunelu było tak blisko… Wkrótce znowu dostrzegli cytrynowe, nierzeczywiste światło słońca z innej epoki Ziemi, oświetlającego granitowe stopnie. Na zewnątrz widać było szare skały, a morze szumiało spokojnie w dole. Weszli na wąską półkę skalną, która prowadziła do wyjścia.

Nagle fale przybrały na sile. Z wody wyłonił się potworny łeb kałamarnicy, obudzonej odgłosem ludzkich kroków. Długie, grube macki oplotły nogi, wprawdzie ludzie próbowali walczyć z potworem – dwóch jednak członków załogi zapadło się w czarne, wstrętne jeziorko, którego woda pulsowała teraz jak w gardzieli.

Pozostał tylko Myszołów i Thorhal, obaj w ostatniej chwili umknęli przed potworem – nie zdołali jednak odciąć macek wciągających towarzyszy. Przeszli dalej ścieżką, wzdłuż której rosły skąpo wrzosy i cierniste, skręcone wiatrem drzewa. Na jednej ze ścian skalnych dostrzegli łaciński napis – deus sol invictus Mithras – którego nie zrozumieli. Nie rozumieli też skąd wziął się tam szkielet z rzymskim mieczem i w rzymskim hełmie, rozkawałkowany przez wiatry, a może raczej przez żarłoczne bestie. Tysiąc lat przed nimi jakiś żeglarz wyprawił się – celowo lub przypadkiem – śladami Piteasza i znalazł śmierć na tej przeklętej wyspie. Umknął przed pradawnym potworem tylko po to, by umrzeć z głodu w ciernistej pustce.

Norman i Słowianin podążyli dalej, ściskając w rękach miecze. Thorhal nadal miał ze sobą ostrze znalezione w kurhanie. Spodziewali się jeszcze niejednej niespodzianki ze strony karłów, którzy na pewno nie chcieli ich zbyt łatwo wypuścić z wyspy. Tamci nie lubili jednak światła dziennego, które coraz mocniej oświetlało nawet ten zapomniany ląd.

Szli wśród wrzosów na szczyt granitowego wzgórza, cały czas wypatrując morza. W końcu zobaczyli fale, znane i przyjemne, nie tak jak ciemna woda w jeziorku – wciąż jednak byli uwięzieni na wyspie, nad którą wznosiło się wielkie wzgórze, z pewnością wydrążone w środku i stanowiące siedzibę karłów. Jego narożniki zdobiły prymitywne, barbarzyńskie rzeźby przedstawiające bogów morza – z rybimi twarzami i mackami ośmiornic, rozwartymi w oczekiwaniu żeru. Nie wiedzieli gdzie się znajdują, jaka to część morza – i czy uda im się wrócić do jakiegokolwiek znanego kraju. Mieli wrażenie, że sól morska przeżre ich ciała jeśli tylko przystaną na tym jałowym gruncie, powoli tracili jasność umysłu – i głód mógł wkrótce doprowadzić ich do obłędu.

 

 

VII

 

Jarl z niepokojem oczekiwał powrotu wyprawy, obserwując morze z coraz chmurniejszą twarzą. Fale były stawały się nieprzewidywalne, wiry pojawiały się w biały dzień mimo słonecznej pogody, fale zamykały się nad statkami kupieckimi i pochłaniały cenne towary. Jaszczurkę w bursztynie zamknął w skrzyni, codziennie jej się przyglądał i z niepokojem słuchał wróżb z runów. Jednak Gudhrid nie przepowiedziała nikomu więcej śmierci na morzu.

– Może jeszcze zobaczymy tamtych… – powiedział do siebie, wpatrzony w horyzont. Nagle drzwi skrzypnęły i wpadł zwiadowca, który dwa dni wcześniej wyruszył, żeby zbadać wschodnią część wybrzeża.

– Panie! Morze znowu opadło i odsłoniło miasto! Vineta znowu jest na powierzchni, a w środku dzieją się dziwne rzeczy… – wyrzucił z siebie zdyszany zwiadowca. Jarl kazał mu usiąść, zjeść coś i opowiadać dalej. Ogień z paleniska rzucał przyjemny, ciepły blask na izbę wypełnioną drewnianymi skrzyniami. Podłogę przykrywały skóry niedźwiedzie.

– Widziałem miasto i karłów. Odbudowują świątynię na środku i drążą tunele. Wśród nich byli też ludzie. Wznoszą budynki, ciasne, niskie. Wszędzie śmierdzi zgnilizną, a wszystkie budowle pokrywa jakiś zielony nalot. Wyglądają jakby zaśniedziała miedź. Na murach wystawili straż, chodzą w ciemnożółtych płaszczach. Na głowach mają hełmy z rybią głową, zrobione pewnie z brązu – chociaż wygląda na ciemniejszy niż zwykle. Trzymają wszyscy długie włócznie. Co chwilę odprawiają wozy, którymi kierują ludzie porwani od nas… Całe miasto pokrywają siecią kanałów i rur, tak, żeby doprowadzać wilgoć w każde miejsce. Roi się od karłów.

– Znowu inwazja. Chcą pewnie zająć wybrzeże i budować tam swoje państwo, zamiast gnieździć się pod wodą. – powiedział powoli Palnatoki. – Ale między naszą twierdzą a nimi jest sporo miejsca… Na pewno nie zjedzą nas żywcem! – I znowu zapadł w strumień posępnych myśli, otoczony przez wrogie potęgi w swojej nadmorskiej warowni.

 

VIII

 

Dwaj towarzysze wspięli się na szczyt nadmorskiej skały. Okazało się, że są na cyplu wysuniętym na południowy skraj wyspy, jak gdyby palcu wskazującym wycelowanym w słońce stojące w najwyższym punkcie. Dookoła szumiał las porastających całą wyspę dziwacznych drzew, pobratymców ludzi morza – one też były ciemne, przesiąknięte słoną wodą i zakonserwowane przez tysiąclecia. Bez nadziei na ratunek przygotowali obozowisko, w którym mieli spędzić noc. Zbudowali szałas z solnych gałęzi, tak, żeby chociaż trochę zabezpieczyć się przed zimnym, nocnym wiatrem.

Wydawało się, że ryboludzie zamarli. Sabat minął kilka dni temu, wtedy właśnie na lądy wyległa największa armia czartów i krwiopijców morskich, nad brzegami mórz na całym kontynencie płonęły ognie ku czci prastarych bogów. Okryte łuską stwory szczerzyły zęby do jasnego ognia, podnosiły ręce i macki w stronę gwiazd z których mieli przybyć ich bogowie, zbierały się przywracając w myśli czas sprzed milionów lat, kiedy rządziły Ziemią niepodzielnie, bez ludzkiej chmary tłoczącej się na każdym skrawku lądu. Teraz jednak zaległy z powrotem w swoje nory i jaskinie, upiory zaszyły się znowu w czarnych wzgórzach kurhanów a sztormy ucichły na morzu. Jego tafla była płaska jak stół, wiatr rozwiewał tylko łagodne fale które mogłyby unieść okręt.

Okręt! Czekali na niego z wątłą nadzieją, że wyspa leży w pobliżu jakiegokolwiek szlaku wiodącego do Norwegii, na Wyspy Owcze albo jeszcze dalej, na Thule i do krawędzi świata, gdzie morskie potwory znano od dawna i omijano z przerażeniem. Słońce zniżało się nad horyzontem, a granitowe szkiery i masyw wyspy wciąż milczały jak zaklęte, morza nie rozcinał żaden kil, nikt nie żeglował po tym przeklętym skrawku wody omijanym zapewne przez przesądnych żeglarzy. Wszyscy woleli trzymać się znanych, pewnych szlaków i korzystnych wiatrów, nie zbaczali nigdy dla rozrywki na niepewne wody – czasem tylko przypadkiem, gdy sztorm zwiał ich z kursu, trafiali na dziwaczne wyspy jak ta, karmiąc potem młodszych kolegów straszliwymi legendami o ich krwiożerczych mieszkańcach. Wyspę omijały nawet mewy, pewnie z obawy przed dziwacznymi gado-ptakami, gromadzącymi się na gałęziach drzew i kraczącymi głosami zapomnianych eonów.

Nagle na horyzoncie ukazała się czarna kropka. Thorhal i Myszołów zerwali się na nogi i zaczęli uważnie obserwować plamkę w świetle zachodzącego słońca. Krajobraz stawał się brunatny, światło słońca było teraz ciemnożółte i przeblaskiwało przez gromadzące się lekkie chmury. Obawiali się, że widzą głowę morskiego węża wynurzoną z głębi, kiedy jednak kropka urosła, zobaczyli jak zza horyzontu wynurza się statek z Północy. Zaczęli jak obłąkani wymachiwać rękami i krzyczeć, nie zważając na to, że mogą wezwać w ten sposób całe plemię dzikusów z wyspy. W końcu statek zbliżył się do brzegu, zbiegli więc wśród splątanych korzeni w stronę kamienistej plaży i pozdrowili załogę.

– Sztorm był straszny. Ognie pokazały się na szczytach masztów, Thor ciskał piorunami… Kilku naszych wypadło za burtę.

Załoga żeglowała na Islandię. Statek płynął stałym kursem, gdy nagle w mgnieniu oka pogoda zmieniła się – właśnie w dzień przesilenia, magnes przyciągający wszelkie dziwne zdarzenia ostatnich dni. Malstrom chciał wessać i ten okręt, jednak jakimś sposobem załodze udało się wyrwać z jego szponów i płynąć dalej. Nie wiedzieli, gdzie się znajdują i też zostali zniesieni przez prądy na ten zapomniany skrawek morza, wyjęty ze zwykłego biegu czasu. Przez dwa dni nie mogli zorientować się według gwiazd – gwiazdozbiory wyglądały na równie poskręcane jak drzewa porastające ląd i nie mogli rozpoznać żadnych kształtów. Morze świeciło chwilami, na dnie widać było dziwne rzeczy – niektórzy ludzie z załogi twierdzili, że widzieli w płytszych miejscach sylwetki kroczących po dnie małych ludzi.

– Podróż godna Erikssona! Kraj przypomina trochę Helluland. – rzucił Thorhal ostatni raz spoglądając przez ramię na granitową wyspę. Już miał splunąć do wody z obrzydzeniem na wspomnienie jej mieszkańców, jednak wódz Norwegów powstrzymał go. Był przesądny jak wszyscy ludzie morza – prawdziwi ludzie, marynarze, nie karły z morskich głębi – i nie chciał sprowadzić na statek kolejnego nieszczęścia. Wkrótce nad ich głowami zaczęły skrzeczeć mewy, a pod dnem statku – pląsać srebrne strzały ryb. Morze wróciło do zwyczajnego zabarwienia, ciemnoniebieskie naprzeciw jasnego nieba, na którym świeciło przyjazne ludziom słońce naszego świata. Myszołów stał przy burcie wpatrując się wstecz, w horyzont za którym zniknął zakazany ląd, a przed oczami stały mu wymalowane urzetem martwe głowy nieszczęsnych, obcych żeglarzy.

 

Tymczasem w murach Vinety zapanował ruch jak w stolicy imperium. Ze wszystkich stron świata przybywały nagle okręty, ludzie-ryby z ukrycia sterowali handlem i budowali swoje państwo wymieniając towary z każdym miastem u wybrzeży Bałtyku. Wkrótce ich statki dziwnej konstrukcji, przypominające morskie stworzenia samym wyglądem, rozpanoszyły się po całym obszarze wód i wypływały na Atlantyk, penetrując nieznane wody jak widma. Na czele każdego z nich stał kapitan w ciemnożółtym płaszczu z rybim hełmem na głowie, bacznie obserwujący widnokrąg szeroko rozwartymi, półżywymi oczami. Ludzie jednak, Piktowie, Irlandczycy, Norwedzy i Słowianie chętnie handlowali z potężnymi, zmyślnymi władcami ryboludzi – nie zdając sobie sprawy z ich pochodzenia i zamiarów. Nigdy nie spotkali się z ich strony z przemocą, ale odczuwali przed nimi przemożny strach – który zwykle dawało się uspokoić odpowiednią ilością złota.

Świątynia była zamknięta dla obcych. Póki chrześcijaństwo nie zagarnęło całego wybrzeża, również przedwieczna morska religia była bezpieczna. Poganie z Jomsborga nie weszli nigdy w konflikt z morskim miastem – zbyt byli przesądni, by ryzykować starcie z karłami i ich sługami zgromadzonymi za jaszczurzą bramą. Nie ustały tajemnicze obrzędy, w czasie których mali ludzie śpiewali niskimi głosami, zgromadzeni wokół posągów z czarnego kamienia, migoczących w blasku pochodni. Z zajętych przez nich okolic znikały domostwa i zagrody, a przesiedleńcy nie chcieli wspominać o tym, co tam widzieli. Tylko czarownice przemykały czasem pod słońcem, które nabrało tu podejrzanej żółtawozielonej barwy, w stronę kamiennych budowli znad których unosił się przeciągły morski śpiew.

Miasto stało jeszcze długo, przesiąknięte morską solą, zielonkawe w blasku słońca – aż gwiazdy znowu ułożyły się pomyślnie dla ludzkości, a nieszczęśliwie dla obcych najeźdźców. Wtedy fale znów pochłonęły Vinetę, jej strażników, świątynię, skarbce i jaszczurzą bramę – pozostawiając tylko legendę o zatopionych bogach i ich wyznawcach, którzy śpią zatopieni na dnie aż do dziś.

 

Koniec

Komentarze

Dziś rano w tramwaju rozwiązałam zagadkę! Otóż, ten tekst jest długi. Już raz się do niego zabierałam, ale nie zmogłam, bo gorąco, nie mogłam się skiupić, cały czas mi się myśli rozbiegały… no i w dodatku ten rozmiar, 20 stron, blok tekstu… A dziś odkryłam, że to jest takie długie, bo wydrukowałam to dwukrotnie! ; P   Podobnie jak pod Figurką muszę jednak niestety napisać, że nie podobało mi się. Nie mój styl, tematyka nie moja. Czytało mi się z trudem – upał czy nie – kolejne zdania nie płyną, a jakoś mi zgrzytają. W dodatku te morskie potwory, znów miałam wrażenie, że czytam imitację Lovecrafta… Opowieść nie wciągnęła mnie i tyle. Ale ponownie dodam też: że ten sposób pisania ma swoich zwolenników. Tyle, że ja do nich nie należę.   Ponownie wytknę nieprawidłowy zapis dialogów – a tego łatwo się nauczyć, warto zajrzeć choćby do podpiętego w Hyde Parku wątku 'Wskazówki dla autorów". Więcej czepiać się nie będę, bo złożę rzeczy, które mi się nie podobały, na karb stylu.   Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Nie Ty wydrukowałaś podwójnie, tylko autor wrzucił dwa razy ten sam tekst. Autorze! Napisz do dj jajko, aby zedytował ten tekst, to może ktoś jeszcze tu zajrzy, nie przerażony objętością. Przyznam, że przeczytałem jedynie pierwszy akapit, zatem skomentuję tylko warstwę językową i dynamikę. Dla mnie taki sposób pisania jest nudny i nużący. Wiem, że próbujesz budować lovecraftowski klimat, ale – nie jestem ani fanem ani ekspertem w tych klimatach – wydaje mi się, że mimo wszystko gdybyś postarał się unikać powtórzeń i powtórzeń znaczeniowych, to byłoby lepiej. Krótki przykład:

 

Ściany budynków pokrywała gruba warstwa soli, jak gdyby morze powoli pożerało miasto wciągając je w otchłań. Grube strugi wody ściekały po kamieniach. Człowiek wśliznął się do świątyni krusząc pod stopami kryształy soli pokrywające schody, gdy nagle zatrząsł się słysząc głos jakby gromu – ktoś na górze grał na organach melodie pozbawione sensu, jakby nie potrafił grać i naciskał klawisze zupełnie przypadkowo. Trójzęby obniżały się rytmicznie nad klatką piersiową ofiary.

Strop budynku musiał być kiedyś pomalowany na niebiesko i przedstawiać gwiazdy, jak w katedrze – teraz jednak ciała niebieskie zamieniono na wizerunki stworzeń morskich, rozgwiazd, ośmiornic i kałamarnic olbrzymich rozmiarów.   To najbardziej oczywiste powtórzenia, ale przyczepię się jeszcze do „jak gdyby morze powoli pożerało miasto wciągając je w otchłań” – moim zdaniem to powtórzenie tego samego, tzn. albo morze pożerało miasto albo wciągało je w otchłań. Inaczej to brzmi tak jak„pożerałem płatki śniadaniowe, wciągając je do przełyku”. Jedno oznacza już drugie. Grube strugi – skoro piszesz strugi, to wyraz sam w sobie zawiera słowo grube.   Jeżeli tak ma wyglądać tego typu literatura, to ja przepraszam, nie znam się. Jednak mnie to drażni i dlatego nie mogłem przebrnąć przez tekst : )

Mnie też nie wciągnęło. Co gorsza, pierwsza część mnie uśpiła. Wydaje mi się, że spokojnie można pozbyć się sporej części opisów. Przede wszystkim tych, które powielają już podane informacje.

A błędy w zapisie dialogów nadal straszą.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka