- Opowiadanie: Mieczysław Rawicz - O dwóch orłach i żołnierzu

O dwóch orłach i żołnierzu

Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.

Oceny

O dwóch orłach i żołnierzu

 

Śmierć nadjechała w towarzystwie smrodu spalin oraz warkotu silników. A potem pod postacią żołnierzy Wehrmachtu zeskoczyła z ciężarówek i na dobre rozgościła się w Opolu.

Hans Jacubowitz wraz ze swym plutonem dotarł na miejsce koncentracji sił Dziesiątej Armii Niemieckiej z początkiem sierpnia. W tydzień później, przechadzał się wzdłuż Krakauerstrasse i rozkoszował wszechobecnymi urokami lata. Promocja na stopień podporucznika, nadana za zasługi podczas inwazji na Czechosłowację, pozwoliła mu tego dnia opuścić koszary z oficerską przepustką za pazuchą.

Ulica, skąpana w blasku promieni zachodzącego słońca, teraz dopiero zaczynała budzić się do życia. Okoliczne kamienice rozświetlały się kolejno blaskiem lamp i nowomodnych neonów. Niespełna trzydziestoletniemu podporucznikowi przyglądano się z respektem, jego uwagę przykuł tymczasem szyld o wykaligrafowanym ozdobną czcionką napisie, który nęcąc obietnicą przedniej zabawy, głosił: „Klub nocny – kabaret”. Zachęcony ruszył ku wejściu.

Ulokowane w piwnicy wnętrze okazało się wcale przytulne. Prócz cieszących oko ozdób – martwych na ścianach i żywych na scenie – oferowało również przyjemny chłód. Człowiek pilnujący wejścia skłonił się uprzejmie, dostrzegłszy dystynkcje gościa i wskazał pulchną dłonią na stolik w pierwszym rzędzie. Tam też Jacubowitz, usiadłszy, zażądał kolejki wódki i zapalił cygaro. Zaciągnął się dymem. Rozparty wygodnie na krześle, zadarł głowę i z niekłamanym zachwytem przyglądał się finałowi występu piątki skąpo odzianych tancerek. Było coś tak wspaniale kobiecego w ich ruchach i hipnotyzujących spojrzeniach, że nie śmiał nawet drgnąć. Zupełnie jak gdyby bał się, że może spłoszyć je w ten sposób na wzór motyli. Błądząc spojrzeniem wzdłuż zmysłowo opiętych pończochami ud, uśmiechnął się do siebie. Jeśli szyny są długie, to i stacja musi być warta podróży, zwykli mawiać jego koledzy. Dostrzegły go natychmiast i zdawały się teraz tańczyć wyłącznie dla niego. I nic to, że przygrywający w tle fokstrot Otto Stenzela jakoś tak koślawo wypadał w parze z ich prowokującą subtelnością. Te ich wydatne, podkreślone gorsetami piersi, kształtne biodra, smukłe talie, co rusz wypinane pośladki… Uh, za dużo tego. Hans, gdy tylko postawiono przed nim kieliszek, jednym ruchem wlał w siebie całą zawartość. Setka w trzy sekundy; ciekawe ilu lekkoatletów z berlińskich igrzysk mogłoby mu dorównać?

Numer dziewczyn dobiegł końca znacznie szybciej, niż podporucznik by sobie tego życzył. Umieścił niedopałek w popielniczce i przyjrzał się artystkom nieco uważniej. Dwie kusiły go szczególnie – blondynka o słodkiej, niewinnej twarzyczce oraz brunetka, zupełne przeciwieństwo tamtej: z niesamowicie seksownym, zawadiackim uśmiechem. Wybór wbrew pozorom nie należał do trudnych. Wkładając w to cały swój czar i urok, skinięciem dłoni przywołał do siebie tą ciemnowłosą. Zauważyła od razu. Zmieszała się wyraźnie, rozejrzała wkoło, jakby szukając pomocy, ale jej koleżanki ulotniły się zapobiegawczo. Hans nie takiej reakcji oczekiwał. Mimo to nie dał się zbić z tropu.

Podeszła wreszcie, wciąż na swój sposób łobuzerska, choć wyraźnie speszona. Policzki oblanie miała pąsem rumieńca. Nic nie odjęło jej to z uroku. Była wspaniała, idealna!

– Pan mnie wzywał?

– Tak, tak. Usiądź, nie krępuj się – powiedział ciepło Jacubowitz. – Nie tam, chodź tutaj – dodał, klepiąc się po udzie, gdy tamta zaczęła bez słowa odsuwać dla siebie krzesło.

Usłuchała go. Ależ wspaniale było mieć tę niebiańską istotę tak blisko siebie! Siedziała mu na kolanach, a on czuł w nozdrzach zapach jej potu przemieszany z delikatnymi, kwiatowymi perfumami. Odkąd wstąpił do Wehrmachtu, brakowało mu bliskości drugiej osoby. Pogładził opadające na skroń kobiety kosmyki. Chyba odsuwała się przed tym dotykiem, ale on miał to gdzieś.

– Jak ci na imię?

– Milena – odpowiedziała, a oczy podporucznika zwęziły się natychmiast.

– Polka? – warknął tak ostro i z takim chłodem w głosie, że dziewczyna aż się skuliła.

Biedaczka, najchętniej uciekłaby zapewne, gdyby nie obawa przed rozsierdzeniem wysokiego rangą wojskowego. Miast tego, skinęła tylko ze wstydem oraz obawą. Prawidłowo, przemknęło przez głowę Hansa, kiedy dostrzegł jej zakłopotanie. Poczerwieniał ze złości. Ależ sobie wybrał, psia mać! Trudno powiedzieć co denerwowało go w całej sytuacji bardziej: fakt, iż publicznie widziano go mizdrzącego się do podczłowieka, Słowianki, czy może to, że spośród grupy złożonej głównie z Niemek, podświadomie wybrał najpewniej jedyną Polkę. Tego drugiego pomysłu trochę się przeląkł. Czyżby propaganda Goebbelsa nie kłamała? Czy to wszytko mogło rzeczywiście siedzieć w genach, jak twierdzą eugenicy? Co jeśli padło akurat na nią, bo to jej rasie, niższej przecież, był bliższy?

Prawdę powiedziawszy, Hans Jacubowitz niezupełnie słusznie określał się przy każdej okazji Niemcem. To fakt, od dziecka posługiwał się językiem niemieckim, jego matka była Niemką – cóż, przynajmniej w połowie – a wychowywał się w Breslau. Tyle tylko, że pierwszym oddechem tuż po narodzinach zakrztusił się jeszcze jako Polak. Wychynąwszy z łona matki, otrzymał w spadku po przodkach nazwisko „Jakubowicz”, podczas chrztu zaś, dławionemu szlochem chłopcu nadano imię „Jan”.

Niech to szlag! Dziewczynie wyraźnie zbierało się na płacz. Upokorzył ją, ale wypełniała go nienawiść, nie współczucie. Wbrew pozorom, rozumiał ją doskonale. Wiele podobnych sytuacji sam musiał znosić w młodości. Wyraźnie walczyła z samą sobą, próbując nie rozryczeć się przed oficerem, a przy tym naprawdę się bała. Hansowi zrobiło się jej nawet trochę żal. Szczęśliwie, szybko zreflektował się i przypomniawszy sobie o własnej wyższości, ryknął tak, że cały lokal zatrząsnął się w posadach.

– Jak śmiesz przystawiać się do niemieckiego oficera, polska dziwko! – To zdecydowanie nie było pytanie, toteż Milena nie próbowała nawet odpowiadać.

Otwartą dłonią zdzielił ją w twarz, bez wkładania to większej siły czy przesadnej złośliwości. Ot, tak dla zasady. Zaczęła pochlipywać, lecz Jacubowitz nie zamierzał na tym poprzestawać. Musiał pokazać wyraźnie, kto tu jest górą. Zacisnąwszy palce na jej szyi, wstał i poderwał ją za sobą. Prawie się przy tym przewróciła. Nikt nie ośmielił się wejść żołnierzowi w paradę. Nie przestając jej podduszać, planował już pogardliwe oddelegowanie nieszczęsnej tancerki, gdy nagle pojawiła się przed nim dwójka nietypowych jegomości. Cywil o orlim nosie i ogromnych, okrągłych okularach oraz jakiś ważniak z SS z wypiętą piersią doskonale pasującą do władczego wyrazu jego prostackiej facjaty. Wyraźnie zdziwieni zajściem, chcieli najwidoczniej czegoś od Hansa. Znać było po nich, że są znaczni, bo na powitanie unieśli otwarte dłonie jedynie na wysokość twarzy.

– Heil Hitler.

– Heil Hitler – odpowiedział Hans, a salut wyszedł mu co najmniej niemrawo. Wszystko przez tę niewydarzoną Polkę!

– Nazywam się Alfred Zwick i jestem generałem brygady w SS. Ten pan to doktor Karl Ebeling z Ahnenerbe. – Przedstawiany uniósł kąciki ust w prześmiewczym grymasie. – Porucznik Jacubowitz?

– Podporucznik – poprawił natychmiast, nie pojmując wyraźnie aluzji. – Tak jest.

– Nie przeszkadzamy? – Zapytał generał, zabawnie przy tym gestykulując i wskazując na obezwładnioną chwytem Jacubowitza dziewczynę. Wyraźnie bawiło go całe zajście.

– To nic. Pani właśnie wychodziła.

Zwolnił uścisk wokół krtani dziewczyny i pozwolił jej odejść. Co najmniej dwa razy potknęła się w drodze za kurtynę. Troje Niemców odprowadziło ją wzrokiem.

 

 

*

 

 

Hans z powątpiewaniem lustrował miejsce pracy archeologów, przypominające mu po trosze zawiłą sieć okopów. Praca jak co dzień ruszyła o świcie, ale mimo hucznych zapowiedzi, iż nadszedł finał robót, nic nie wskazywało na to, by cel miał zostać wkrótce osiągnięty. A to oznaczało kolejne godziny i być może także kolejne dni oczekiwania dla plutonu Jacubowitza na swój udział w akcji. Szeregowi trwali w gotowości od blisko trzech dób, to znaczny dokładnie od rozmowy podporucznika z generałem Zwickiem i doktorem Ebelingiem.

Jak się okazało, ów nietypowy duet miał do zaoferowania Hansowi współpracę. Esesmańscy fanatycy zwęszyli miejscowe podanie, zgodnie z którym, gdzieś w mieście ukryto prasłowiański artefakt. Naukowcy ruszyli na poszukiwania z zapałem identycznym z tym podczas pamiętnych wypraw na Tybet. Nic dziwnego, myślał podporucznik, w ich organizacji nigdy nie brakowało świrów, gotowych wierzyć w nadprzyrodzone moce takich, nieistniejących zapewne, paskudztw. Znaleźli coś nawet, szykując przy wyniosłym gmachu dworca głównego teren pod budowę bunkrów. Skryty tam kompleks średniowiecznych katakumb, natychmiast stał się obiektem zainteresowania badaczy i domniemaną lokalizacją artefaktu. Potrzebny był tylko oficer piechociarzy do odwalenia niewdzięcznego raczej zadania. Jacubowitz nadawał się nie gorzej od innych.

Zadanie nie należało do przesadnie wymagających. Razem z garstką podwładnych miał tkwić niby kołek na posterunku, chroniąc archeologów przed wyimaginowanym przeciwnikiem: członkami tutejszej Dzielnicy Pierwszej Związku Polaków w Niemczech.

– Oni wiedzą o naszych planach aresztowań i miotają się jak zwierzęta w klatkach. Z bezsilności gotowi są popełnić wiele głupstw. My natomiast zgarniemy ich dopiero we wrześniu. Nigdy nie wiadomo, co może im strzelić do głowy, mamy powody, by przypuszczać, że te podziemia są dla nich szczególnie ważne – objaśniał Zwick.

Słowo „paranoja” doskonale zdaniem Hansa oddawało charakter wspomnianych przez generała powodów. Podporucznik zgodził się jednak zapewnić ekipie bezpieczeństwo, także podczas właściwych poszukiwań, prowadzonych już pod powierzchnią, po tym, jak uda im się dostać do środka kompleksu. W grę wchodziła przecież obietnica awansu. Pewnych ofert, nawet nonsensownych, nie sposób odrzucić. Hansa wyrwał z rozmyślań donośny wrzask.

– Jest przejście! – ryczał niby zarzynany prosiak jeden z robotników.

Niewiele później Jacubowitz prowadził już swoich podkomendnych labiryntem podziemnych korytarzy, w ślad za doktorem Karlem i jego ludźmi z Ahnenerbe. Wkrótce rozdzielili się i każdy z uczonych dostał po parze wojskowych eskorty. Hans nadal trzymał się z dowództwem operacji. Mdły blask sztucznego światła oblewał wyżłobione w skale tunele o przeraźliwie niskich sufitach. Hans zaczynał żałować, że dobrowolnie zapuścił się tak daleko. Nieprzyjemne miejsce.

– Wiemy o artefakcie, dzięki wykopaliskom przeprowadzonym tu przed dziewięcioma laty, na Ostrówku – mówił podekscytowany Ebeling. – Znajdziemy go, znajdziemy na pewno. Wiecie państwo, że grzebano tu niegdyś zmarłych? To co tutaj odkryliśmy to słowiański cmentarz. Wybitnie nietypowy, ewenement na skalę Europy.

Po kilkudziesięciu krokach, zablokowane przejście zatrzymało pochód. Szczęśliwie, nie stanowiło ono problemu dla saperów z SS. Kamienne wrota obłożono dynamitem. Nim minęło kilka uderzeń serca, grzmot eksplozji, zatrząsnął posadami nekropolii tak silnie, że nawet skryta za winklem ekipa Karla Ebelinga doświadczyła wstrząsu i prawie ogłuchła od huku. Mieli już wracać do wyważonych odrzwi, gdy z sufitu posypał się pył w towarzystwie złowróżbnego pogłosu. Wybuch wyraźnie naruszył konstrukcję powały.

Trach! Dla Hansa nastał ulotny moment całkowitej pewności, że oto stoi w obliczu śmierci. Nogi zareagowały szybciej od rozumu. Pognał przed się, gdziekolwiek, byle dalej, widząc jeszcze przez ramię, że pozostali obierają przeciwny kierunek ucieczki. Równocześnie runął naruszony eksplozją strop i na wąski korytarz zaczęła sypać się lawina gruzu. Hans pędził wciąż naprzód, goniony przez kolejne zawały, aż dotarł do ślepego zaułka, niewielkiej komórki spowitej w aksamit czerni. Po drodze oberwał licznymi odłamkami.

Nawet bez pomocy Polaków, których tak bardzo się bali, udało im się sprowadzić katastrofę, lamentował bezdźwięcznie Jacubowitz. Obszedł wokół klaustrofobiczne wnętrze, obmacując dokładnie wszystkie ściany. Żadnej drogi ucieczki, miejsca zbyt mało, by odetchnąć. Ogromne opoki, które zapieczętowany wejście, za nic nie dawały się poruszyć. Mimo prób i wysiłków nie drgnęły nawet o milimetr. Obezwładniony beznadzieją własnego położenia, Jacubowitz przysiadł, opierając się o kruszejący mur. Został zupełnie sam, wśród grobowych ciemności. Próbował opanować przyśpieszony oddech i chęć krzyku. Nikt nie dosłyszałby nawoływań. Pewien był, że go tu znajdą. Musiał tylko cierpliwie czekać.

 

 

*

 

 

Nie miał pojęcia, jak dużo czasu minęło. Dość, by głód jął mu doskwierać, ciemności oraz izolacja poczęły przyprawiać o szaleństwo, a zmuszone do bezruchu kończyny zdrętwiały. Tylko że to mogło oznaczać równie dobrze trzy godziny co trzy dni. Ten brak rozeznania w sytuacji pogłębiał tylko desperację Hansa. Czuł się tragicznie, targany dreszczami i co rusz zasypywany lawiną nieskładnych myśli. Był w potrzasku.

Postanowił przełamać wreszcie niemoc, zacząć działać. Zrobić coś. Cokolwiek. Przeszukując kieszenie, natrafił na pudełko zapałek. Odpalił pierwszą z nich i oślepł prawie, odwykły od światła. Pomieszczenie, zgodnie z tym, co wykazały wcześniej pobieżne oględziny, okazało się niedużą komorą. Nic ciekawego, żadnych istotnych szczegółów. Pewnie głęboko w ścianach tkwili zamurowani nieboszczycy, ale nie mogli być nawet w połowie tak straszni, jak widok zawalonego stertą ogromnych głazów wyjścia. Zauważył kałużę w centralnej części posadzki. Dręczony pragnieniem ruszył w tamtym kierunku.

Zapałka zgasła mu w pół drogi, ale on miał ich przecież całe opakowanie. Potarł o draskę następną i dotarł z nią do celu. Nachylił się nad kałużą, oświetloną jedynie wątłym blaskiem drżącego płomyka. W mętnej wodzie ujrzał złoty błysk i niekształtny zarys jakiegoś zatopionego w glinie przedmiotu, a także własne odbicie. Chcąc bodaj zmoczyć wargi, przybliżał się właśnie do tafli. Patrzył wciąż we własne oczy, gdy raptownie zakręciło mu się w głowie. Świat zawirował i nagle mnóstwo rzeczy wydarzyło się jednocześnie. Najpierw poczuł chłód zalewających go kropli. Później dotarło do niego, że coś zgasiło ściskane przezeń drewienko. Musiałem przewrócić się i wylądować w tym wstrętnym ścieku, brzmiała jego pierwsza myśl. Ale wokół wciąż było widno, a on nadal widział przed sobą własne odbicie. Nie pojmując zupełnie, co ma miejsce wokół, odnotował z przestrachem, iż znajduje się pod wodą, a szklista ciecz napiera na jego ciało ze wszystkich stron. Co gorsza, jakaś potworna siła ustawiła go do góry nogami, a to, co w pierwszej chwili wziął za swój wizerunek, okazało się zupełnie obcą osobą, pochyloną nad powierzchnią wody. Ja cię pieprzę, pomyślał. Usiłował powiedzieć to na głos, lecz z ust wydobył mu się jedynie bulgot, a płuca zalała mu natychmiast fala lodowatej powodzi. Przecież nie umiał pływać!

Prócz paniki, na dno ciągnęło go przezornie zabrane do podziemi wojskowe oporządzenie. Zdziwiony do granic możliwości, szamotał się rozpaczliwie. W tym samym czasie, podobnego szoku doznać musiał ów jegomość, wybałuszonymi oczyma obserwujący Jacubowitza z bezpiecznego brzegu. Gdy do młodzieńca, odzianego w lniane giezło i oplecione poniżej kolan wiązadłem gacie, dotarło w pełni, co widzi, popadł w histerię. Odskoczył, jakby akwen nabrał nagle właściwości ognia i dotkliwie go sparzył, a potem runął za się w szaleńczej rejteradzie.

Podporucznik został sam na sam z mokrą zgubą. Jak niemal każdy tonący, poddał się obślizgłym mackom strachu, które to oplótłszy mu kostki, wiodły go jeszcze dalej w głębinę. Bezskutecznie wywijał rękoma, desperacko próbując wydostać się z pułapki. Brakowało mu tlenu, ale kolejne wdechy miast ulgi przynosiły jedynie kolejne hausty wody pompowanej wprost do płuc. Przerażony, wciąż nie mogąc pojąć co się właściwie dzieje, tracił stopniowo świadomość. Pole widzenia wypełniały mu coraz liczniejsze mroczki, a klatkę piersiową ściskał natarczywy ból. Plecami dotknął mulistego dna, a dłoń spazmatycznym ruchem zacisnęła mu się na czymś twardym i zimnym, co zalegało tuż obok.

Wtedy właśnie stała się rzecz niebywała. Na nadgarstku niedoszłego topielca zacisnął się czyjś żelazny uścisk, a jego ciało ktoś sprawnie pociągnął ku górze. Gdy silne ramiona ułożyły go na stałym gruncie, nie miał sił, by poruszyć choćby małym palcem. Targały nim torsje. A wszędzie wokół, jak okiem sięgnąć rozpościerał się prastary bór.

– Spokojnie, spokojnie. Będziecie żyć. Bez nerwów ino – usłyszał podporucznik. Mowę wybawcy trudno mu było zrozumieć, brzmiała jak karkołomna wariacja polskiego. W języku ojca Hans, choć z trudem, umiał się wysłowić.

– Dziękuję – powiedział tą swoją niewydarzoną polszczyzną, między serią dławiących kaszlnięć. Wybawiciel widać zrozumiał.

Jacubowitz zorientował się, iż wciąż ściska przypadkowo porwany z toni przedmiot. Misternie zdobiony runicznymi znakami medalik. Cały ze złotawego kruszcu. Czy to on majaczył w tamtej kałuży? Czy to on mógł być artefaktem, którego szukał Ebeling? Nic nie trzymało się kupy. Świat z chwili na chwilę stał się czymś, czemu najbliżej było do snu osoby o wyjątkowo zwichrowanym umyśle. Podszedł do kałuży i katakumby bezceremonialnie zmieniły się w jezioro. No tak, przecież to właśnie na dnie osuszonego jeziora wzniesiono podziemny labirynt. Hans stopniowo zaczynał pojmować, gdzie mógł trafić. I kiedy. Ten chłopak musiał być jednym ze Słowian, tych, którzy zapoczątkowali osadnictwo na opolskiej ziemi. Wszystko w nim na to wskazywało, od ubioru po narzecze. Tylko czy to możliwe, że podporucznik przeniósł się w czasie i to od razu o kilkaset lat wstecz? Wierutne bzdury!

Leżał, a chłopak, stojąc nad nim, poddawał go szczegółowym oględzinom, zatrzymując ciekawskie spojrzenie na kolejnych elementach umundurowania. Oblicze wybawcy wykrzywiła seria zmarszczek wyrażających początkowo konsternację, później zrozumienie i wreszcie nabożny podziw. Padł na kolana i wyraźnie nie wiedząc, jakich słów użyć, długo to otwierał, to znów zamykał usta, ważąc w sobie możliwości.

– O, na bogów! Tyś nasz, panie! Sam Perun musiał cię nam zesłać.

Widząc wyraz bezgranicznego zdziwienia, jaki odmalował się na twarzy rozmówcy, tamten wskazał nieśmiało na przyszytą na piersi Hansa nazistowską gapę.

– Nigdym nie widział tak kunsztownej roboty. Nie może być, żeby to było dzieło człowieka. No a to – wyjaśniał, postukując odważniej nieco, w swastykę ściskaną szponami przez podobiznę orła – jest przecież święty symbol! Ja już swoje wiem, głupi nie jestem. Wyście, panie, posłańcem bogów! Dobrze, że przemogłem strach i żem po was wrócił.

Podporucznikiem zawładnął na krótki moment przemożny wstyd. No bo jak to? On, nazista bądź co bądź, brany za słowiańskiego mesjasza? Powinno być przecież zupełnie na odwrót. Użądliło go poczucie winy. Jak serię zdjęć widział przed sobą twarz tamtej Polki, którą pobił w klubie; własną, polskojęzyczną po części rodzinę, której wyrzekł się zupełnie, wstępując do wojska; tych wysokich, jasnowłosych i niebieskookich współtowarzyszy armijnych, wykorzystujących każdą okazję, by dopiec mu z racji pochodzenia. Ci ostatni uznaliby zapewne za hańbę fakt, iż ocalił go jeden z podludzi, w dodatku taki archetypowy. W Hansie była tylko wdzięczność. Podporucznik otrząsnął się z bredni

– Wstań, wstań, nie wygłupiaj się – bąknął do klęczącego wciąż młodzika.

Chciał zadać mu tak wiele pytań!

– Kim jesteś? – wydukał tylko.

– Budziwoj, syn Jakuba. Rybak, dobrze pływam toteż żem was wyratować umiał.

– Jakub nie jest chyba jednym z tutejszych imion – zauważył przytomnie Hans.

– Ano nie, długa historia. Bo, widzicie, dziad mój najął się za pomagiera kupców i jeździł z nimi po świecie z bursztynem od Bałtyku po sam Rzym. Jednego razu konwój napadli, Rzymianie zaczęli od razu dyla dali, a on tam sam jeden został. Oberwał po łbie za głupotę, tylko tak wyszło, że przeżył, jeno zupełnie przygniótł go uszkodzony wóz. Ci, co konwój naszli, zrabowali swoje i zniknęli, no ale spod pojazdu wyjść się nie dało. Więc żegnał się mój dziad z życiem, a tu nagle któryś z kupców go znalazł, wrócił się normalnie i chłopa wyciągnął. A że ten wybawiciel się Jakub nazywał, to nie było rady. Ocalony musiał później pierworodnego nazwać na jego cześć. No i wiecie, u nas to miano tak osobliwe, że na mnie z rodzeństwem też tak ludzie wołają po ojcu. Jakubowicze, ot wymyślili. Z południa dawno przestali przychodzić, ale to po nich w rodzinie zostało. A ty, panie? Jak się zwiesz?

Podporucznik nie słuchał. Czy to możliwe? Czy ten człek, którego wziął omyłkowo za własne odbicie, mógł być jego… No właśnie, kim? Przodkiem chyba, do tego na wskroś słowiańskim. Byli nawet trochę do siebie podobni… Niemożliwość! To absurd, setki lat musiały dzielić ich od siebie, jeśli w ogóle to wszystko wokół działo się naprawdę, a on trafił do jakiejś średniowiecznej rzeczywistości. Nic z wyglądu nie zostałoby po tylu wiekach w najczystszej nawet linii krwi. Niedorzeczności, a jedna pogania drugą, a ona następną.

– Jak ci na imię, panie? – przypomniał się tamten, wyrywając myśli Hansa z szaleńczej galopady.

– Ha… – zaczął odruchowo, ale po chwili wahania zmienił zdanie. – Jan – odpowiedział wreszcie.

– No, nietutejsze chyba – uśmiechnął się przekornie Budziwoj, lecz znać po nim było, że nie oczekuje żadnego wyjaśnienia tego stanu rzeczy.

Jan spróbował wstać. Budziwoj szybko wsparł go własnym ramieniem i poprowadził gdzieś w gęstwinę.

– Nic się nie bójcie panie, prześpicie się u mnie i wydobrzejecie do jutra. No a jutro kupalnocka, to siły same wam wrócą, ha. Strawę mam, gulasz; zjecie, wypoczniecie. Nikt was nie będzie niepokoił. Ja to tuż obok mieszkam, bo wiecie, chata rybaka zawsze trochę na uboczu… – Zdawało się, że chłopak ględzić może tak bez końca.

 

 

*

 

 

Zgodnie ze złożoną obietnicą, Budziwoj postawił Jana na nogi, z niewielką pomocą snu w wygodnym łożu oraz niedoprawionej potrawki, a następnie zabrał go ze sobą na obchody święta kupały. Jakubowicz nie tylko, pomimo własnej niechęci, siłą wyciągnięty został z domu gospodarza, ale też uległ jego namowom i miast założyć na siebie bardziej odpowiedni strój, paradował teraz w pełnym mundurze. Ubiór taki miał ponoć zapewnić mu odpowiednią prezencję. Miał przy sobie nawet karabin, głównie dlatego, że zwyczajnie bał się zostawić go byle gdzie. Budziwoj szczęściem nie dopytywał, do czego służy. Sprzęt zamókł doszczętnie, lecz wystarczyło osuszyć go, by znów mógł strzelać. Służba wojsku nauczyła byłego – a może wciąż obecnego – podporucznika, że człowiek i jego broń to niezbywalna jedność. Na szyi dyndał mu wisior wyłowiony z jeziora.

– Ja wiedziałem, wiedziałem, że to nie może być, żeby w przeddzień sobótki topielice wyłaziły ze stawów i brały ludzi za łeb. No ale jak żem was zobaczył to o małom w gacie nie narobił. No tom wczoraj wziął nogi za pas, ale zaraz tak sobie myślę, że przecie jak co chce wyleźć z jeziora, to by chyba umiało pływać, he? A wy to tam w tej wodzie jak ryś jaki, co go ktoś siłą wrzucił do kipieli – trajkotał Budziwoj, gdy przemierzali knieję. Jan nie miał sił, by tłumaczyć ponownie, że ze Świętowitem nic wspólnego nie ma.

Minęli opustoszałą z racji święta, przypadkową na pozór zbieraninę bezkształtnych chat, okalającą pola uprawne śród wykarczowanych drzew.

– Tu to całe nasze opole mieszka, znaczy, nasza wspólnota taka i tak też na tę wieś wołamy. Opole po prostu – tłumaczył przewodnik.

Dalej prowadziła ich poszarpana wstęga strumienia. Szli w górę biegu. Dużą część dnia zmitrężyli, zmierzchało już i Słońce, swym odwiecznym zwyczajem kryło się powolnie za linią horyzontu. Jan dostrzegł ruch pośród fal potoku, po chwili dopiero dotarło doń, że oto z prądem płynie ku nim ozdoba utkana z kwiatów. Nie bacząc na swego, pogwizdującego teraz, kompana, pognał w tamtą stronę. Nurt był na tym odcinku wyjątkowo płytki, toteż bez przeszkód dosięgnął splecionego z urzekająco błękitnych chabrów wianka. Nie pojmował, czemuż to ktoś miałby pozbyć się takiego cuda, aż znaleziska nie dostrzegł Budziwoj.

– To wy, panie, naprawdę nie wiecie? Obyczaju nie znacie? Toć dzisiaj sobótka. Panny rzucają takie do rzeczek, a jak który chłopak wyłowi to się i na przekór wszystkim zejść mogą, takie ich święte prawo. Ha, toście się panie urządzili nieźle. Poczekać radzę, przysiąść z boku, kiedy dojdziemy. Jeśli właścicielka będzie chciała się do wianka przyznać, sama was znajdzie, a gdy chcieć nie będzie, to zwyczajnie się go zaprze i już.

Kontynuowali marsz w milczeniu. Dotarli wreszcie do celu, rozległej polany, gdzieś w sercu dziczy, która serią skarp i pagórków opadała ku niepozornemu korytu potoku. Wszędzie płonęły tu ogniska, jedno przy drugim, dziesiątki dużych i małych, roztaczając magiczną aurę krwawego blasku. Trawiasta połać mieniła się wszystkimi odcieniami czerwieni, żółci i oranży. Między tym zaś, tańczyła, piła i radowała się cała rzesza Słowian. Dzieci i starców, kobiet i mężczyzn. Wesołymi pląsami uganiali się za sobą wzajemnie, przeskakiwali ponad ogniami, śpiewali te swoje skoczne przyśpiewki. Ział z tego pierwotny element radości, tak silny, że błyskawicznie pociągnął ku sobie Budziwoja. Jan został wkrótce sam, lecz choć serce rwało mu się do weselącej się braci, on sam postanowił postąpić inaczej.

Oszołomiony widokiem zdecydował się pozostać na uboczu. Nie chciał mącić obchodów swą obecnością. Nie pasował do nich. Ludzie też omijali go z dala, nie ze złośliwości, a czegoś na wzór strachu przed nieznanym. Tymczasem Jan, obserwując z boku ich dzikie harce, usadowił się przy pniu ogromnego dębu i machinalnie zabrał się za czyszczenie swojego regulaminowego egzemplarza Kar98k. Rozkręcił go i złożył, przepchał lufę wyciorem. W tym wszechogarniającym wariactwie, dobrze było zrobić coś tak bardzo znajomego. Części wyschły i sprawiały wrażenie sprawnych. Potwierdziła to zresztą seria strzałów oddanych na sucho. Przed kąpielą w odmętach jeziora ocalał jednak wyłącznie jeden magazynek naboi, ukrytych w głębi hermetycznej puszki. Lepsze to niż nic.

Dostrzegł ją z oddali, jak zbliżała się ku niemu. Bosa, cała obleczona w len, o rozpuszczonych, ciemnobrązowych włosach i wyrazistych rysach idealnej twarzy. Wydęła swe pełne, karminowe wargi i przemówiła anielskim głosem.

– Masz mój wianek, mości posłańcu bogów.

– Ano – odparł zdawkowo, wypluwając źdźbło trawy, które z lubością obracał dotąd między zębami.

– Ci wszyscy, co boją się do ciebie podejść, powiadają, że sam Swaróg cię zesłał.

– Różne głupoty powiadają – odparł, a ona parsknęła śmiechem.

– Obyczaj mówi, że przysługuje nam spacer w ustronne miejsce – powiedziała, unosząc lubieżnie kąciki ust. – Na imię mi Mila.

– Jestem Jan i podoba mi się ten obyczaj. Ty też mi się podobasz – stwierdził szczerze, wyraźnie radując ją komplementem. Czysty już karabin przewiesił sobie przez ramię.

Mila złapała go za dłoń i powiodła między stare dęby. Jan z przyjemnością pozwalał jej prowadzić. Szczebiotała słodko, a on nie mógł nadziwić się jej wdziękom. Była taka nad wyraz szczera w każdym ruchu i słowie. Wyzuta ze znanego Jakubowiczowi zmanierowania współczesnych mu dam, a jednocześnie wędrowali tak niedługo, wystarczająco jeno, by zniknąć reszcie biesiadników z oczu. Jan nie obejrzał się, nawet gdy leżeli już w swoich ramionach, obściskując się z czułością. To chyba te zioła palone w ogniskach i ten wyjątkowy nastrój letniej nocy tak na nich zadziałał. A może pomogły eteryczne palce przeznaczenia?

– Jesteś taki inny – wymruczała Mila, muskając opuszkami nos i przymknięte powieki Jana. Jej też przypadła do gustu nazistowska gapa. No co oni wszyscy? Powariowali?

– To źle?

– Przeciwnie – szepnęła mu wprost do ucha, zadziornie przygryzając je.

Ich języki zwarły się namiętnym pocałunkiem. Och, jakąż słodycz skrywały w sobie jej wargi! Jakubowicz poczynał sobie coraz śmielej. Wsunął rękę pod jej zgrzebną kieckę. Pod szorstkimi palcami czuł miękkość dziewczęcego ciała. Musnął pokryte delikatnym puchem łono. Pisnęła z cicha, ale zamknął jej usta kolejnym, długim całusem. Czas stanął w miejscu. Pieścił ją, przytulał, a gdy wreszcie wypuścił drobną osóbkę z objęć, zabrał się niezdarnie za rozsznurowywanie wiązanego z przodu lnianego płaszczyka. Obnażył jej wydatne piersi. Rozkoszna Mila nie protestowała. Jak przedziwnie proste niektóre sprawy wydawały się w świecie Słowian! Zatrzymał się przy krągłościach biustu, drażniąc kciukiem jej nabrzmiałe sutki. W napięciu zdawały się milknąć wszystkie odgłosy natury od szumu wiatru w listowiu aż po cykanie świerszczy. Czy to miłość? Jan już, już miał wyskoczyć z ubrań, bardziej zrywając je z siebie, niż ściągając…

Pełną wyczekiwania ciszę rozdarł nagły hałas i świat z sekundy na sekundę zmienił się nie do poznania.

– Germanie! – ryknął ktoś i nagle słowo to niczym echo poniosła wrzawa innych.

Pięciu jeźdźców, w pełnym rynsztunku, uzbrojonych w groteskowo wielkie włócznie i miecze wydarło się z boru. Oto nadeszła jego ostateczna próba. Którzy to dla niego „my”, a którzy „oni”? Wczoraj jeszcze, gotów byłby wesprzeć szarżujących wojów. Od tego czasu wszystko uległo zmianie. Stał się Budziwoj, stała się Mila i stało się zrozumienie. Co znaczyć mogły brednie o wyższości ras względem prawdziwych uczuć? Rozdarty między powinnością, boleśnie ciążącego na nim teraz munduru Wehrmachtu, a podszeptami słowiańskiej duszy, widział siebie pomiędzy parą orłów. Czarnym, Rzeszy i białym, nienarodzonej jeszcze Rzeczypospolitej.

Mila zdjęta przestrachem przysunęła się nieco. Jan sięgnął po Mausera, bezwiednie taszczonego ze sobą przez cały ten czas. Ostrożnie umieścił w magazynku ostatnie nadające się do użytku naboje. Pięć, dla pięciu wrogów. Załadował karabin. Lubił zabijanie. Naprawdę lubił ten bitewny szał, furię. Przybrał pozycję strzelecką i wycelował spokojnie. Starał się ignorować siany przez konnych zamęt i rzeź, jaką urządzali nie dość szybkim spośród tych, co rozpierzchli się w popłochu. Spokojnie. Strzał. Kula rozerwała czaszkę. Przeładowanie. Czyjaś pierś eksplodowała. Machinalny ruch ręki. Góra, tył, przód, dół. Świst pocisku zlał się z wrzaskiem konającego. Pudło. Nerwowe drżenie dłoni. Znów spudłował, oberwał wałach, zrzucając jeźdźca z siodła. Bagnet na broń i w wir walki. Czemu dranie zaatakowali bezbronnych? Wszyscy wokół byli oszołomieni. Hukiem, zapachem prochu, nagłą śmiercią tamtych. Jakby raziły ich niewidzialne pioruny. Jan biegł dopaść ocalałą dwójkę. Krew buzowała mu w żyłach. Teraz dopiero zrodzą się mity o jego boskich koneksjach!

Tego, który z wesołym plaśnięciem twardo wylądował na ziemi, podporucznik załatwił od razu. Gorzej poszło z tym drugim. Postawny człek zeskoczył z grzbietu rumaka i jak cepem wymachiwał swym potężnym ostrzem. Nie zraziła go widać demonstracja siły karabinu lub, słusznie poniekąd, uznał, iż zagrożenie przeminęło. Może po prostu za głupi był, by zrozumieć, zbyt opętany irracjonalną rządzą mordu. Traf chciał, że nawinął mu się pod miecz Budziwoj. Jan chcąc zapobiec tragedii, rzucił się na jego wyprężony tors niby leopard, przewracając go. Zwarli się w zapaśniczym uścisku. Wojownik był silniejszy, miał zbroję. Tarzali się w trawie, śród ogólnej paniki i podnoszonego przez Słowian larum. Brodaty mąż przydusił oponenta do ziemi. Błysnęła stal i krwawa dziura wykwitła w brzuchu Jakubowicza. Czerwona ciecz trysnęła na wszystkie strony jak tłoczona mechanizmem upiornej fontanny. Upojony tryumfem wojownik ryknął dziko. Jan wykorzystał ten moment i resztką sił nadział tamtego na bagnet, przepychając mu żelazo przez mostek. Trup zwalił się na przeciwnika jak wór kartofli. Tyle że Jan sam był już właściwie martwy.

To trochę jak użądlenie osy, pomyślał od rzeczy. Nie mógł się poruszyć, przygniatało go przepocone cielsko dzikusa. Mila znalazła się przy nim natychmiast, sturlała zeń truchło i syknęła z cicha, widząc sterczącą z brzucha Jana broń. Nikt więcej nie odważył się podejść, Budziwoj nawet. Przykucnęła przy nim, ale chociaż oczy jej się szkliły, nie uroniła łzy. Przywykła do widoku śmierci, czającej się w tej przedwiecznej rzeczywistości za każdym krzakiem. To był twardy świat, dla twardych ludzi. Jakubowicz patrzył na tkwiące w nim ostrze i wiedział, że już po nim. Ta rana byłaby beznadziejna także w jego własnej epoce. A tu? Miał poprosić zbierających się teraz wokół niego chłopów o zdezynfekowanie rozcięcia i zszycie go? Nie sądził, by i to mogło go ocalić. Wystarczyło wyszarpać mu z brzucha przerdzewiały sztych, a flaki same wylałyby się na zewnątrz. Odchodził, lecz był pogodzony z losem. Szczęśliwy, że dokonuje żywota jako Polak, wyrzekłszy się swoim aktem ostatecznego heroizmu – takie określenie podobało mu się szczególnie, próżność widać niełatwo wyplenić – zbrodniczej cywilizacji Trzeciej Rzeszy. Przodkowie musieli to widzieć.

– Mila – zmusił się, by przemówić. – Musisz to zniszczyć, zabrać gdzieś daleko, ukryć – mamrotał, zdejmując z szyi swój złoty wisior i wciskając go w jej dłonie. – Obiecaj mi, że to zrobisz.

– Nie możesz mnie zostawić. Zobaczysz, wstaniesz zaraz, bogowie nie pozwolą…

– Obiecaj, że się tego pozbędziesz, żeby i za tysiąc lat nikt tego w okolicy nie znalazł – nalegał, wskazując na artefakt.

– Obiecuję.

Dopiero teraz mógł zamknąć oczy. Odpływał gdzieś daleko. Nie żałował, zrobił swoje. Mila przycisnęła czoło do jego czoła. Tego dotyku już nie poczuł.

 

 

*

 

 

Paskudne łapska czyjegoś głosu próbowały wyszarpać go z przytulnej pierzyny ciemności. Jan walczył z owym natrętnym dźwiękiem z całych sił. Tak bardzo chciał pozostać w tej miękkiej i ciepłej starcie niematerialnego puchu… Wszystko na nic. Z siłą i majestatem kawaleryjskiej szarży poczęły targać nim kolejne fale obezwładniającego bólu. Stęknąwszy w proteście, usłyszał całkiem wyraźnie trzask rozrąbywanej skały i potępieńcze wrzaski.

– Hans! Hans! Jacubowitz? Panie poruczniku! Słyszy nas pan? Halo? – Czyżby te świnie z Ahnenerbe naprawdę załatwiły mu ten awans?

Cóż za niedorzeczne myśli się go trzymały. Przecież nie było już Hansa ani nawet Jana. Pierwszego sam zabił rozmyślnie, drugi poległ w objęciach Mili. Kim więc był teraz? Oraz, co ważniejsze, gdzie właściwie się znajdował? Wtedy przyszło olśnienie. Siedzi w tych nieszczęsnych katakumbach, gdzie wysłali go Zwick i Ebeling. Poznawał po wszechobecnym smrodzie stęchlizny i mroku tak gęstym, że niemal namacalnym. Znów trwał swojski rok tysiąc dziewięćset trzydziesty dziewiąty, co na przekór logice wcale Jakubowicza nie cieszyło. Świadomość wracała bardzo powolnie, nigdzie się najwyraźniej nie śpiesząc. Nieznośnie kłuły go okaleczone członki. Bogowie. Ta paskudna dziura w brzuchu! Odruchowo obmacał skórę tuż poniżej żeber, gdzie niedawno jeszcze tkwił germański miecz. Syknął z bólu, dotknąwszy sączącej się rany. No… Coś tam niby było, lecz nie tak poważne, jak być powinno, a przy tym dalece mniej świeże.

– Jak to możliwe? – wysapał, z trudem pokonując nieznośną suchość w gardle.

Jeszcze przed chwilą… Jakaś część jego jaźni wierzyła święcie w zapamiętany przebieg wypadków. Jezioro, Budziwoj, święto kupały, Mila, Germanie. Ale reszta umysłu poczęła podawać go w wątpliwość. Co jeśli to wszystko nie wydarzyło się naprawdę? Jeśli majaczył? Cudowna zmiana stanu śmiertelnej rany mogła być rzecz jasna sprawką owych tajemniczych sił, potężnych na tyle, by móc przenieść go w czasie; tego złotego wisiora może albo ichnich bogów. Lecz jednocześnie mogła być ona dowodem na to, że ta wariacka podróż w ogóle nie miała miejsca. Zafundowany przez esesmanów wybuch, zawaliwszy strop, obrzucił wszakże Jana stertą kamieni. Oberwał boleśnie i niewykluczone, iż właśnie tam, gdzie ubzdurał sobie ostrze przedwiecznego wojownika, ugodził go jeden z odłamków.

Nie. Jan nie chciał dać wiary podobnym wyjaśnieniom. Sprawa była dla niego jasna. Jezioro, Budziwoj, święto kupały, Mila, Germanie. Oto co przyjął za prawdę. Koniec i kropka. Umarł tam, wśród Słowian, a jakby narodził się na nowo. Zrozumiał wiele i definitywnie wiedział już, która nacja to dla niego „my”, a która „oni”. Nie zamierzał wyrzec się swego olśnienia w imię zdroworozsądkowych wniosków. Zresztą, zbyt silne targały nim emocje, by mógł to uczynić. Zespół ratowniczy zdołał wreszcie przebić się przez rumowisko i przedostać do wnętrza wymuszonej samotni Jana. Zalało go światło latarek. Paliło w oczy, nawet gdy zacisnął powieki. Stęknął słabo, lecz nie był w stanie unieść dłoni, by zakryć twarz. Z kakofonii krzyków, nie rozumiał właściwie nic; wszystkie one zlewały się w jednolitą masę rozrywającego uszy larum.

– Jest, jest tu! Oddycha. Znaleźliśmy go. Żyje!

– Mila, gdzie jesteś? Budziwoj, dlaczego mnie nie ostrzegłeś? – mówił całkiem bez sensu, swą łamaną polszczyzną, nowo mianowany porucznik. Ku jego zasadniczej dezaprobacie, załadowano go na wojskowe nosze. Usiłował nawet wyrwać się odpowiedzialnym za ten manewr osobom. Bezskutecznie.

– Biedak majaczy, powinniśmy… – Nigdy nie dowiedział się, co powinni zrobić ratownicy. Zemdlał.

Przytomność odzyskał dopiero w szpitalu. Na skraju łóżka siedział generał Zwick z niedorzecznie wielką fajką w ustach. Nie palił, przygryzał jedynie ustnik, pragnąc jakoby zemleć go doszczętnie. Z zainteresowaniem obserwował przebudzonego.

– Witam wśród żywych, panie Jacubowitz. – Jan wzdrygnął się na dźwięk swojego zniemczonego miana. Rozsadzało mu głowę atakiem migreny i nawałą myśli. – Dwa dni szukali pana w tej stercie gruzów, ma pan szczęście, że znaleźli na czas, bez dwóch zdań. Będzie pan zdrów, do września pana wypiszą. Wie pan chyba, co to znaczy?

– Fall Weiss – jęknął porucznik. Alfred przytaknął.

– Nic pana nie ominie z wojennej chwały. A dzięki całej akcji będzie pan teraz o rangę wyżej w swojej formacji. W piechocie liniowej to przecież dużo znaczy.

– A artefakt?

– Nic nie znaleźli. Widać i doktor Ebeling może się mylić. – Jan chciał wierzyć, że fakt ten jest zasługą jego przedśmiertnej prośby i czynów Mili. – Tym bardziej przykro mi, że naraziliśmy pana i pana ludzi, skoro Polacy nawet się nie pokazali…

Jakubowicz nie zamierzał słuchać podobnego bełkotu. Niech generał komu innemu wygłasza swe nużące tyrady.

– Nie czuję się najlepiej – rzekł, ucinając wartki potok słów.

Zwick kiwnął głową na znak zgody. Podniósł się nieśpiesznie i ruszył ku drzwiom.

– To zrozumiałe. Chciałem tylko upewnić się, ze wszystko z panem w porządku. Powiadomię personel o pańskim stanie. Bywajcie zdrów, poruczniku – rzucił na odchodnym.

Jeszcze tej nocy, Jan Jakubowicz opuścił lecznicę. Mimo wyczerpania i świeżych wciąż ran pognał pieszo ku zachodniej granicy Rzeczypospolitej. Wybrał właściwego orła, za którego mógł bez żalu oddać życie w nadchodzącej wojnie. Opuszczane przez niego miasto, zmieniło go na zawsze. Będzie jeszcze jak kiedyś polskie Opole, kołatało mu się wewnątrz czaszki, podczas tamtej szaleńczej rajzy przez Śląsk. Dezercja? Dla świeżo zdeklarowanego Polaka była to po prostu zmiana strony na jedyną słuszną.

Koniec

Komentarze

Nie wiem, jak się wyrazić, żeby później zgodzić się z tym, co napisałem :) W każdym razie – bardzo pozytywnie!Powiedzieć, że pomysł znakomity, to za mało. Jest do gruntu znakomity, a nawet, hmm, klasyczny. Konstrukcja prozatorska także jest na poziomie. Rażą mnie czasami sformułowania, całe zdania nawet. Może miejscami zbyt wiele słów. Miejscami. Czy jest sens je tutaj wypisywać – ja wiem? Powiedzieć, że lektura nie była czasem straconym, to także mało. Lubię takie, jak to się obecnie mawia, klimaty :) I jakoś tak od samego początku wątpiłem, by ten zimny hitlerowiec o nazwisku: Jacubowitz, pozostał takim do końca. Nieźle się wczułem prawda? :)

Maniacka perseweracja ambiwalencji niekongruentnych epifenomenów

Mieczysławie, przeczytałam Twoje opowiadanie już kilka dni temu, ale nie mogłam się zdecydować na napisanie kometarza. Bo z jednej strony fajnie się czytało, a z drugiej oba wątki (ten prawie współczesny i ten historyczny) wydały mi się odrobinę na siłę połączone. Do tego chwyciłeś się tematu, który wymaga większego dopracowania – jakos tak "zła" natura oficera Wehrmachtu za szybko zmieniła mi się w dobrego słowianina. Wiem, wiem, opowiadanie i tak było dość dłuugie, ale ten motyw wydaje mi się niezbyt dpracowany. Mam jeszcze jeden arzut – jakoś tak mnie uraziła "propaganda" w końcówce – ten motyw ojczyźniany, niby wzniosły, ale jakoś tak nachalny. Ogółem – opwiadanie czyta się ciekawie, bez większych potknięc, ale czegoś mu zabrakło.Pozdrawiam.  

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Fajne, bardzo mi się podobało :)

Dziękuję wszystkim, którym mimo długości tekstu chciało się go przeczytać, wiem, że te ~40000 znaków to jak na warunki tego portalu całkiem sporo i niełatwo wygrzebać na takie coś czas. 

 

 

 

@jjerzy: Bardzo cieszę się, że lektura była udana, a pomysł przypadł do gustu. Niefortunne sformowania i zdania, będące w moim pierwotnym odczuciu zwykle piękne, poetyckie i obrazowe to niestety trudna do uleczenia przypadłość większość moich tekstów; pewnie przydałoby się je pod tym względem przefiltrować po napisaniu tak, by ktoś postronny mógł wyłapać kwiatki w stylu "zgwałconego widokiem mordu poranka", które nagminnie serwuję nieszczęsnym czytelnikom :). Doskonale wiem więc co masz na myśli i rzeczywiście są tu pewnie fragmenty, gdzie pada zdecydowanie zbyt dużo słów (zbędnych przymiotników spowalniających akcję itp.), podczas gdy w innych brakuje ich podczas budowania wiarygodnych zachowań i reakcji psychicznych postaci czy dialogów. Tym bardziej raduje się moje serce, gdy widzę, że mimo niedociągnięć warsztatowych udało się wczuć w postać i wynieść ze spotkania z opowiadaniem pozytywne wrażenia. Cieplej robi się też w środku czytając, że zainteresowałem Cię losami postaci na tyle, że w ogóle chciało Ci się wczuwać (a już tym bardziej, że z tak wyśmienitym skutkiem : D). Pozdrawiam :)! 

 

 

 

@bemik: Bardzo miło mi słyszeć, że mimo wszystko czytało się całkiem dobrze, szczególnie od osoby z takim portalowym dorobkiem jak Ty. Wszystkie potknięcia, które wypunktowałaś (plus ogromne wątpliwości ze stylizacją językową Budziwoja) to również moje osobiste problemy z tym tekstem. Całość powstawała w dość szybkim tempie (jak na moje standardy, bo w ciągu ostatnich 2 lat napisałem dokładnie 2 opowiadania i jakiś szkic 1 rozdziału potencjalnej powieści), podyktowanym chęcią zgłoszenia tego na konkurs i mam wrażenie, że na wielu płaszczyznach i w wielu miejscach pośpiech ten jest widoczny. By uwiarygodnić i uzasadnić wewnętrzną przemianę bohatera należałoby zapewne napisać całą powieść, a gonił mnie przecież limit znaków (w którym i tak się nie zmieściłem). Początkowo zależało mi również na tym, by w samą przemianę wkradł się pewien element absurdu (tak samo jak wkrada się on w zasugerowane pokrewieństwio Jana i Budziwoja oraz zbieżność postaci Mileny i Mili, które przypominają raczej senną marę); moją intencją było pozostawienie interpretacji odnośnie przyczyn przemiany czytelnikowi (tzn. nie chciałem rozstrzygać czy "oberwał w głowę, miał dziwny sen i zwariował" czy też "odbył magiczną podróż w czasie, dzięki której obudziły się w nim uśpione dotąd wartości człowieka"): zawarłem wiec przesłanki mogące sugerować obie wersje. Niestety nie wypadło to w ostatecznym rozrachunku przekonująco, wrażenie po zakończonej lekturze jest raczej takie, że logicznym byłoby odrzucenie przez bohatera prawdziwości prasłowiańskiej wizji i pozostanie na miejscu. Zburzyłoby to jednak ideę, na której oparłem cały koncept i pozbawiło opowiadanie optymistycznego zakończenia w stylu literatury ku pokrzepieniu serc (a to należy się czytelnikowi i postaci, by mieć z tego choć minimum satysfakcji na koniec, tym bardziej, że ma ono gorzki posmak, chyba, że ktoś nie przejmuje się faktem, że nadchodząca wojnę nasz naród zniesie raczej źle, a "odzyskane" Opole do '89 roku będzie de facto w rękach sowietów). Uciekając od przydługawych wywodów, zgadzam się w zupełności z postawioną diagnozą. Pozdrawiam :)!   @Anet: Każdy komentarz zawsze dużo dla mnie znaczy, a te pozytywne liczą się podwójnie :). Dziękuję Ci więc za wyrazy uznania i miło mi widzieć, że tekst przypadł Ci do gustu. Pozdrawiam :)!

Dziękuję wszystkim, którym mimo długości tekstu chciało się go przeczytać, wiem, że te ~40000 znaków to jak na warunki tego portalu całkiem sporo i niełatwo wygrzebać na takie coś czas. 

 

 

 

@jjerzy: Bardzo cieszę się, że lektura była udana, a pomysł przypadł do gustu. Niefortunne sformowania i zdania, będące w moim pierwotnym odczuciu zwykle piękne, poetyckie i obrazowe to niestety trudna do uleczenia przypadłość większość moich tekstów; pewnie przydałoby się je pod tym względem przefiltrować po napisaniu tak, by ktoś postronny mógł wyłapać kwiatki w stylu "zgwałconego widokiem mordu poranka", które nagminnie serwuję nieszczęsnym czytelnikom :). Doskonale wiem więc co masz na myśli i rzeczywiście są tu pewnie fragmenty, gdzie pada zdecydowanie zbyt dużo słów (zbędnych przymiotników spowalniających akcję itp.), podczas gdy w innych brakuje ich podczas budowania wiarygodnych zachowań i reakcji psychicznych postaci czy dialogów. Tym bardziej raduje się moje serce, gdy widzę, że mimo niedociągnięć warsztatowych udało się wczuć w postać i wynieść ze spotkania z opowiadaniem pozytywne wrażenia. Cieplej robi się też w środku czytając, że zainteresowałem Cię losami postaci na tyle, że w ogóle chciało Ci się wczuwać (a już tym bardziej, że z tak wyśmienitym skutkiem : D). Pozdrawiam :)! 

 

 

 

@bemik: Bardzo miło mi słyszeć, że mimo wszystko czytało się całkiem dobrze, szczególnie od osoby z takim portalowym dorobkiem jak Ty. Wszystkie potknięcia, które wypunktowałaś (plus ogromne wątpliwości ze stylizacją językową Budziwoja) to również moje osobiste problemy z tym tekstem. Całość powstawała w dość szybkim tempie (jak na moje standardy, bo w ciągu ostatnich 2 lat napisałem dokładnie 2 opowiadania i jakiś szkic 1 rozdziału potencjalnej powieści), podyktowanym chęcią zgłoszenia tego na konkurs i mam wrażenie, że na wielu płaszczyznach i w wielu miejscach pośpiech ten jest widoczny. By uwiarygodnić i uzasadnić wewnętrzną przemianę bohatera należałoby zapewne napisać całą powieść, a gonił mnie przecież limit znaków (w którym i tak się nie zmieściłem). Początkowo zależało mi również na tym, by w samą przemianę wkradł się pewien element absurdu (tak samo jak wkrada się on w zasugerowane pokrewieństwio Jana i Budziwoja oraz zbieżność postaci Mileny i Mili, które przypominają raczej senną marę); moją intencją było pozostawienie interpretacji odnośnie przyczyn przemiany czytelnikowi (tzn. nie chciałem rozstrzygać czy "oberwał w głowę, miał dziwny sen i zwariował" czy też "odbył magiczną podróż w czasie, dzięki której obudziły się w nim uśpione dotąd wartości człowieka"): zawarłem wiec przesłanki mogące sugerować obie wersje. Niestety nie wypadło to w ostatecznym rozrachunku przekonująco, wrażenie po zakończonej lekturze jest raczej takie, że logicznym byłoby odrzucenie przez bohatera prawdziwości prasłowiańskiej wizji i pozostanie na miejscu. Zburzyłoby to jednak ideę, na której oparłem cały koncept i pozbawiło opowiadanie optymistycznego zakończenia w stylu literatury ku pokrzepieniu serc (a to należy się czytelnikowi i postaci, by mieć z tego choć minimum satysfakcji na koniec, tym bardziej, że ma ono gorzki posmak, chyba, że ktoś nie przejmuje się faktem, że nadchodząca wojnę nasz naród zniesie raczej źle, a "odzyskane" Opole do '89 roku będzie de facto w rękach sowietów). Uciekając od przydługawych wywodów, zgadzam się w zupełności z postawioną diagnozą. Pozdrawiam :)!   @Anet: Każdy komentarz zawsze dużo dla mnie znaczy, a te pozytywne liczą się podwójnie :). Dziękuję Ci więc za wyrazy uznania i miło mi widzieć, że tekst przypadł Ci do gustu. Pozdrawiam :)!

Ja najzwyczajniej myślę, że po pewnych cięciach i poprawkach, może powstać bardzo ładna, zgrabna rzecz prozatorska, zawierajaca świetny pomysł i dobrze poprowadzona. Nie będzie wymagała rozbudowywania jakichkolwiek fragmentów, gdyż dla mnie całość jest wystarczająco ujęta w sekwencji kolejnych scen i zamknięta. Natomiast ta końcowa jedynie słuszna 'kawa na ławę' jest rzeczywiście do zastąpienia czymś mniej nachalnym – czytelnik i tak zauważa kierunek przemiany bohatera!

Maniacka perseweracja ambiwalencji niekongruentnych epifenomenów

Zakończenie, Autorze, zakończenie… Rozumiem, nawet popieram, bo lubię, optymizm, krzepkie serca, zapowiedzi lepszego jutra – ale nie tak wprost, nie tak wzniośle!    I to już całe "wybrzydzanie" z mojej strony. W pełni akceptuję obecność i wpływ artefaktu na osobowość bohatera, podobieństwa Mili do Mileny i tak dalej – w krótkiej bądź co bądź formie opowiadania trudno "upchnąć" wszystkie możliwości, rozgrywać niuanse stopniowej, bardziej prawdopodobnej ewolucji światopoglądowej Hansa / Jana, więc "biorę to, jakim jest". Nie tylko biorę – stwierdzam, że mi się podoba.    Zebrałeś uwagi o stronie językowej. Weź je pod uwagę, gdy siądziesz do pisania następnego, oby równie udanego, opowiadania.

Nowa Fantastyka