- Opowiadanie: Finkla - Żółcień cynkowa. Autobiografia

Żółcień cynkowa. Autobiografia

Chciałam ostrzec Czytelników, że to nie jest typowy dla mnie tekst. I fantastyki raczej mało.

Sama nie wiem, jak to nazwać. Wprawką? Eksperymentem? Dowodem, że potrafiłam? Chyba najlepiej wyjaśni to dialog, który doprowadził do napisania niniejszej historii:

– Może machnij jakieś opowiadanko z kolorkami w roli głównej?

– Pomysł przedni, ale […] Nie obiecuję i nie mam nic przeciwko temu, żeby ktoś mnie ubiegł.

Jakoś nikt się nie pchał, więc w końcu machnęłam.

Muszę wyjaśniać, komu dedykuję króciaka?

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

ryszard, regulatorzy

Oceny

Żółcień cynkowa. Autobiografia

 

 

1. Przyj­ście na świat

 

Moje ist­nie­nie za­czy­na się w pra­cow­ni Wiel­kie­go Ma­la­rza. Nie­sa­mo­wi­ty na­tłok wra­żeń; im­pre­sje ata­ku­ją mnie, upo­rczy­wie do­ma­ga­ją się uwagi. Naj­pierw uświa­da­miam sobie szorst­ką piesz­czo­tę tłucz­ka mia­ro­wo wy­kre­śla­ją­ce­go kręgi w moź­dzie­rzu. Upar­cie roz­cie­ra two­rzą­ce mnie grud­ki na coraz drob­niej­sze, jego ruchy stają się bar­dziej płyn­ne. Na­bie­ram do­sko­na­ło­ści.

Do­cie­ra do mnie obec­ność za­pa­chów. Całe, nie­zmie­rzo­ne bo­gac­two: orzeź­wia­ją­ca, ży­wicz­no-cy­tru­so­wa ter­pen­ty­na, bar­dziej zło­żo­ny i sub­tel­niej­szy, jakby lekko kwia­to­wy bu­kiet wer­nik­sów, po­wiew ole­jów na­su­wa­ją­cy sko­ja­rze­nia ni to z rybą, ni to ze zjeł­cza­łym tłusz­czem, osza­ła­mia­ją­ce w swej róż­no­rod­no­ści wonie mo­je­go ro­dzeń­stwa i skład­ni­ków nie­zbęd­nych do spro­wa­dze­nia na świat ko­lej­nych sióstr i braci, de­li­kat­ne aro­ma­ty drew­na i wil­got­ne­go płót­na, le­d­wie uchwyt­na zgni­ło-słod­ka­wa nuta owo­ców, w tle wy­czu­wam wszech­obec­ny kurz i sól w po­wie­trzu. Mo­gła­bym la­ta­mi opi­sy­wać te do­zna­nia, ale nie mam na to czasu, bo oto…

Świa­tło!

Pra­cow­nię za­le­wa­ją stru­gi, po­to­ki, rzeki, morza i oce­any świa­tła. Sły­szę ja­kieś od­gło­sy, ale le­d­wie je re­je­stru­ję nie­istot­nym mar­gi­ne­sem świa­do­mo­ści, po­chło­nię­ta od­kry­wa­niem sensu swo­je­go ist­nie­nia: ko­lo­rów. Resz­ta wra­żeń mo­men­tal­nie traci zna­cze­nie. Badam pa­le­tę wie­lo­krot­nie bo­gat­szą niż wa­chlarz za­pa­chów. Wszech­obec­ny blask ujaw­nia nie­zli­czo­ne od­cie­nie, kry­ją­ce się w każ­dym za­ka­mar­ku po­miesz­cze­nia. Barwy cie­płe jak pro­mie­nie słoń­ca i zimne jak oszli­fo­wa­ne ka­mie­nie, przy­ga­szo­ne, niby przy­sy­pa­ne ochron­ną war­stew­ką pyłu i tak czy­ste, że aż wy­da­ją się krzy­czeć o ra­do­ści życia. Setki tonów nie­mal nie­po­strze­że­nie prze­cho­dzą­cych jeden w drugi w roz­bu­do­wa­nych świa­tło­cie­niach i kon­tra­sty tak ostre, że wy­da­ją się ka­le­czyć. Płasz­czy­zny do­stoj­ne w swej po­wścią­gli­wej ma­to­wo­ści i wrza­skli­wie błysz­czą­ce. Po­wierzch­nie gład­kie i po­kry­te sia­tecz­ką drob­nych de­ko­ra­cji lub oka­za­ły­mi wzo­ra­mi. Mo­ty­wy sko­pio­wa­ne ide­al­nie i nie­po­wta­rzal­ne. Nie­ru­cho­me tło i prze­miesz­cza­ją­ce się plamy. Roz­ko­szu­ję się nie­moż­li­wym do opi­sa­nia świa­tem tak pięk­nym, jakby zo­stał stwo­rzo­ny spe­cjal­nie dla mnie… Ba! Do­sko­nal­szym niż po­tra­fi­ła­bym sobie wy­ma­rzyć.

Wszyst­ko to znika nagle. Za­pa­da pół­mrok jed­nym dmuch­nię­ciem ga­szą­cy wszyst­kie barwy, a chwi­lę potem po­grą­żam się w nie­prze­nik­nio­nej, czar­nej ciem­no­ści ogra­ni­czo­nej ścian­ka­mi po­jem­ni­ka, w któ­rym prze­by­wam.

 

2. Dzie­ciń­stwo

 

Dzie­ciń­stwo mam krót­kie, lecz nie­zwy­kle ra­do­sne.

Naj­pierw wraca pół­mrok; z czer­ni wy­ła­nia­ją się od­cie­nie sza­ro­ści. Do­cie­ra do mnie wra­że­nie ko­ły­sa­nia. Nagle sufit mo­je­go na­czy­nia znika i znowu za­le­wa mnie świa­tło, wraz z pły­ną­cą na jego fa­lach osza­ła­mia­ją­cą urodą świa­ta. Jesz­cze pięk­niej­szą, niż za­pa­mię­ta­łam, bo już nie znaj­du­ję się w pra­cow­ni, lecz w ple­ne­rze. Do­zna­nia in­ten­syw­ne jak nigdy dotąd, do­dat­ko­wo po­tę­gu­ją się, kiedy stop­nio­wo je­stem prze­kła­da­na na nie­wi­dzia­ną do­tych­czas płasz­czy­znę. Spo­ty­kam mnó­stwo sióstr i braci; do­mi­nu­ją błę­ki­ty i po­dob­ne do mnie żół­cie­nie, sporo rów­nież oran­żów i czer­wie­ni, w od­da­li do­strze­gam brązy. Spod nas gdzie­nie­gdzie prze­zie­ra pod­ło­że – de­li­kat­ny układ z grub­sza rów­no­le­głych, se­pio­wych linii na sza­fra­no­wym tle.

Nie na­dą­ża­my na­cie­szyć się obec­no­ścią nowo po­zna­ne­go ro­dzeń­stwa, bo oto Ma­larz za­czy­na nas prze­no­sić na na­stęp­ną, jesz­cze więk­szą płasz­czy­znę. Tu pa­nu­je już taki tłok, że nie spo­sób stwier­dzić, co znaj­du­je się pode mną. Ale nie przej­mu­ję się tym, bez resz­ty za­ab­sor­bo­wa­na wi­do­kiem z dru­giej stro­ny.

Nie­mal pio­no­wo usta­wio­ne płót­no zwra­ca się w stro­nę bez­mia­ru błę­ki­tu: od bla­de­go cy­ja­nu na samej górze do przy­mglo­ne­go cha­bro­we­go nieco po­ni­żej po­ło­wy pola wi­dze­nia. Ty­sią­ce tonów, a każdy głę­bo­ki i prze­sy­co­ny ko­lo­rem. Po nie­bie­skim tle wę­dru­ją nie­re­gu­lar­ne mlecz­ne plamy. Na dole tań­czą inne ko­lo­ry; bez­u­stan­nie drga­ją­ca ob­fi­tość zie­le­ni rów­nie uroz­ma­ico­nej w fak­tu­rze, jak w od­cie­niach, kan­cia­ste bryły ala­ba­stro­we, kre­mo­we i po­ma­rań­czo­we z ru­dy­mi i ma­ho­nio­wy­mi zwień­cze­nia­mi, nie­zli­czo­na ilość róż­no­barw­nych pla­mek po­ru­sza­ją­cych się we wszyst­kich kie­run­kach. Spo­strze­gam, że błę­kit­na część ciem­nie­je po­wo­li, pra­wie nie­zau­wa­żal­nie, jakby ktoś do gi­gan­tycz­nej misy z nie­bie­ską farbą do­da­wał po kro­pli atra­men­tu. Ko­bal­ty, sza­fi­ry i ul­tra­ma­ry­ny le­ni­wie peł­zną w górę, nie­ustę­pli­wie wy­pie­ra­jąc cy­ja­ny, la­zu­ry i tur­ku­sy. W pu­cha­te białe kształ­ty wsą­cza się róż, wzno­sząc mnie na nowe po­zio­my za­chwy­tu.

Ar­ty­sta koń­czy pracę, kiedy do­strze­gam pierw­sze od­cie­nie gra­na­tu. Wra­ca­my do pra­cow­ni. Tym razem nic nie prze­sła­nia mi wi­do­ku, bez prze­szkód na­pa­wam się ciem­nie­ją­cy­mi z każdą chwi­lą bar­wa­mi, kon­tra­punk­to­wa­ny­mi przez plamy cie­płe­go świa­tła.

 

3. Do­ra­sta­nie

 

Bez prze­rwy prze­by­wam w pra­cow­ni. Wiel­ki Ma­larz na­kła­da na zaj­mo­wa­ną prze­ze mnie po­wierzch­nię ko­lej­ne war­stwy róż­nych sub­stan­cji. Na szczę­ście wszyst­kie są prze­zro­czy­ste i mogę ob­ser­wo­wać nie­ustan­ną grę barw w cu­dow­nym świe­cie.

Za­uwa­żam re­gu­lar­ny cykl: naj­pierw okres ko­lo­rów, kiedy to całe wnę­trze śmie­je się do mnie ra­do­sny­mi kształ­ta­mi, potem okres sza­ro­ści, kiedy ruch w po­miesz­cze­niu nie­mal za­ni­ka, je­dy­nie na dole prze­miesz­cza­ją się nie­wiel­kie plam­ki odro­bi­nę ciem­niej­sze od oto­cze­nia. I znowu ko­lo­ry, i znowu sza­ro­ści…

 

4. Mło­dość

 

W pew­nym okre­sie ko­lo­rów, w mojej eg­zy­sten­cji za­cho­dzi rap­tow­na zmia­na.

Za­czy­na się od nie­ocze­ki­wa­ne­go za­sło­nię­cia świa­tła. Nie ca­łe­go, ale i tak do­tkli­wie roz­cza­ro­wu­je mnie pół­mrok za­miast we­so­łe­go pląsu barw.

Kiedy orze­cho­wa ba­rie­ra znika, znaj­du­ję się już w nowym po­miesz­cze­niu. Do­mi­nu­je tu cha­mo­is po­kry­ty drob­ny­mi, re­gu­lar­ny­mi, kar­ma­zy­no­wo-ma­la­chi­to­wo-zło­ty­mi wzo­ra­mi ukła­da­ją­cy­mi się w pio­no­we pasma. Z tła wy­bi­ja się po­kaź­na, po­ły­skli­wie czar­na bryła. Ota­cza ją kilka mniej­szych, wi­śnio­wych, ob­ra­mo­wa­nych mięk­ki­mi, fa­li­sty­mi, cze­ko­la­do­wy­mi li­nia­mi. Na dole widać kom­po­zy­cję z kilku od­cie­ni brązu. Ale naj­bar­dziej in­te­re­su­ją­ce wy­da­ją mi się prze­rwy mię­dzy płasz­czy­zna­mi cha­mo­is. To przez nie wpada świa­tło, jesz­cze in­ten­syw­niej­sze na ze­wnątrz, ma­lu­ją­ce tam istną orgię zie­le­ni prze­ty­ka­nych nie­wiel­ki­mi plam­ka­mi w naj­roz­ma­it­szych bar­wach.

 

Także i w nowym miej­scu pa­nu­je rytm ko­lo­rów i sza­ro­ści, ale nieco inny niż w pra­cow­ni. Przede wszyst­kim, ob­ser­wu­ję mniej ruchu. Nie­kie­dy ko­lo­ro­wa plama po­ja­wia się przy wiel­kiej bryle. Wów­czas czerń po­ka­zu­je drob­ne, białe jak kość sło­nio­wa ele­men­ty i wy­da­je dźwię­ki. Cza­sa­mi przy wi­śnio­wych obiek­tach widać kilka róż­no­barw­nych plam. Nie prze­miesz­cza­ją się wiele, a w ich ma­new­rach nie po­tra­fię zna­leźć ce­lo­wo­ści ce­chu­ją­cej Wiel­kie­go Ma­la­rza i jego po­moc­ni­ków, ale mimo to ob­ser­wo­wa­nie tych nie­licz­nych zmian w moim naj­bliż­szym oto­cze­niu spra­wia mi wiele przy­jem­no­ści. Od­cie­nie skła­da­ją­ce się na ru­cho­me kształ­ty zwy­kle sta­no­wią har­mo­nij­ną kom­po­zy­cję.

Z rzad­ka jed­no­staj­ny cykl zo­sta­je za­kłó­co­ny, a okres ko­lo­rów prze­dłu­żo­ny. Wów­czas źró­dłem świa­tła stają się nie od­stę­py mię­dzy cha­mo­is, lecz wiele nie­du­żych, ja­snych wal­ców. Samo świa­tło rów­nież jest inne: cie­plej­sze i bar­dziej mięk­kie. Wy­do­by­wa nad­zwy­czaj­ną dla tego po­miesz­cze­nia fe­erię plam. Także prze­miesz­cza­ją­ce się kształ­ty w owych chwi­lach róż­nią się od po­wszech­nych: two­rzą je bo­gat­sze pa­le­ty barw, ich po­wierzch­nie szczy­cą się licz­ny­mi zdo­bie­nia­mi, uroz­ma­ice­nie fak­tur budzi mój za­chwyt. Plamy czę­sto by­wa­ją zwień­czo­ne drob­ny­mi, skrzą­cy­mi się de­ko­ra­cja­mi w ko­lo­rach zgrab­nie współ­gra­ją­cych z dol­ny­mi czę­ścia­mi syl­we­tek. Za­wsze tę­sk­nie cze­kam na naj­cie­kaw­szy frag­ment nie­ty­po­we­go wy­da­rze­nia. Zwy­kle moja cier­pli­wość nie zo­sta­je wy­sta­wio­na na cięż­ką próbę i kształ­ty za­czy­na­ją do­bie­rać się w pary: ko­lo­ro­wa plama z czar­ną. Duety współ­pra­cu­ją ze sobą, two­rząc nie­sa­mo­wi­cie zło­żo­ne fi­gu­ry. Ukła­dy ewo­lu­ują, a ja, za­hip­no­ty­zo­wa­na pięk­nem, czuj­nie ob­ser­wu­ję każde drgnie­nie.

 

5. Doj­rza­łość

 

Ko­lej­ny prze­łom. Po­dob­nie, jak po­przed­nio – naj­pierw za­ska­ku­ją­cy pół­mrok. Tym razem trwa długo, prze­pla­ta­ny okre­sa­mi głęb­szej ciem­no­ści. Kiedy wresz­cie znika, znaj­du­ję się w naj­więk­szej sali, jaką kie­dy­kol­wiek uj­rza­łam. Orze­cho­wy ob­szar na dole, po­cię­ty na wą­skie ele­men­ty zdo­bio­ne sub­tel­ną, cy­na­mo­no­wą sia­tecz­ką i jed­no­li­cie biały górny, wy­da­ją się ol­brzy­mie. Na­prze­ciw mam ogrom­ną szma­rag­do­wą płasz­czy­znę, lecz zie­leń widać je­dy­nie w naj­wyż­szych i naj­niż­szych par­tiach. Śro­dek wy­peł­nia­ją pro­sto­ką­ty róż­nej wiel­ko­ści, w naj­roz­ma­it­szych to­na­cjach. Bliż­si i dalsi krew­ni uśmie­cha­ją się do mnie z ra­do­ścią. Lubię to miej­sce.

To po­miesz­cze­nie rów­nież po­sia­da wła­sny rytm ko­lo­rów i sza­ro­ści. Ale świa­tło wy­do­by­wa­ją­ce barwy różni się od do­tych­cza­so­wych. Nie zmie­nia się – zimne i jed­no­staj­ne pada z góry, nie rzuca wiecz­nie wę­dru­ją­cych cieni. Trwa. O ile mogę się zo­rien­to­wać, za­wsze tak samo długo. A potem znika i w sali po­zo­sta­je je­dy­nie wąski wy­ci­nek pa­le­ty: od ma­ren­go do an­tra­cy­tu.

Pro­wa­dzę teraz cie­kaw­szą eg­zy­sten­cję. Pod­czas każ­de­go ko­lo­ro­we­go okre­su po­ja­wia­ją się ru­cho­me plamy. Nie­spiesz­nie prze­su­wa­ją się wzdłuż rzę­dów płó­cien, czę­sto przy­sta­ją, aby­śmy mogli je do­kład­niej obej­rzeć.

 

Tak mija bar­dzo wiele barw­no-sza­rych cykli. Za­cho­dzą drob­ne zmia­ny – ewo­lu­uje układ ko­lo­ro­wych pro­sto­ką­tów, płasz­czy­zny ogra­ni­cza­ją­ce po­miesz­cze­nie prze­kształ­ca­ją się w se­le­dy­no­we, na krań­cu wi­docz­no­ści, u ich zbie­gu, na górze po­ja­wia się nie­wiel­ka po­pie­la­ta bryła z czer­wo­nym punk­tem, który nie znika nawet pod­czas pór sza­ro­ści. Ale żadna z tych rze­czy nie wpły­wa zbyt­nio na moje losy. Tkwię wśród zie­le­ni, bieli i orze­cha, nie od­czu­wa­jąc sil­niej­szych emo­cji.

 

6. Sta­rość

 

Aż do na­stęp­nej re­wo­lu­cji. Ta za­cho­dzi ina­czej niż wszyst­kie po­przed­nie – w okre­sie sza­ro­ści. Nagle w sali po­ja­wia­ją się dwie czar­ne syl­wet­ki. Przy­no­szą świa­tło, ja­kie­go nigdy jesz­cze nie wi­dzia­łam – nie­wiel­kie plamy mio­ta­ją się ner­wo­wo po płasz­czy­znach, wy­do­by­wa­jąc garst­kę ko­lo­rów to tu, to tam.

Tym razem nie ma ta­jem­ni­cze­go pół­mro­ku, tylko nie­prze­nik­nio­na ciem­ność, która utrzy­mu­je się bar­dzo długo. Kiedy wresz­cie znika, znaj­du­ję się w ma­lut­kim po­miesz­cze­niu. Pla­ty­no­we płasz­czy­zny zdają się na­pie­rać na mnie. Stru­mie­nie ostre­go, nie­przy­jem­ne­go świa­tła nie na­po­ty­ka­ją na nic, co mo­gły­by wy­do­być z nie­by­tu. Je­dy­nie po­tę­gu­ją wra­że­nie cia­sno­ty.

Źle się czuję w tym nowym miej­scu. Jeśli to sta­rość, to nie ma w niej nic mi­łe­go, tylko same okrop­no­ści. Nie do­strze­gam nawet zna­jo­me­go rytmu ko­lo­rów i sza­ro­ści. Dłu­gie okre­sy czar­nej ciem­no­ści, prze­ry­wa­ne sta­lo­wo­sza­rą ja­sno­ścią. Sama nie wiem, który stan wy­da­je się gor­szy. Ab­so­lut­ny bez­ruch i brak naj­drob­niej­szych choć­by sty­mu­la­cji do­pro­wa­dza­ją mnie do sza­leń­stwa. Wra­cam pa­mię­cią do okre­su tuż po na­ro­dzi­nach, pró­bu­ję obu­dzić wra­że­nia inne niż wi­zu­al­ne, ale i tymi ka­na­ła­mi nie po­zy­sku­ję żad­nych in­for­ma­cji. Albo nie je­stem już zdol­na do od­bie­ra­nia tego typu im­pre­sji, albo to ohyd­ne miej­sce zo­sta­ło po­zba­wio­ne wszel­kich bodź­ców.

 

Wresz­cie nad­cho­dzi wy­tę­sk­nio­na zmia­na.

Po­ja­wia­ją się ko­lo­ry! I to jakie! Osza­ła­mia­ją­ce żół­cie­nie, pul­su­ją­ce ży­ciem oran­że, drob­ne do­miesz­ki zie­le­ni i błę­ki­tów. Witam wszyst­kie barwy z nie­wy­sło­wio­ną ra­do­ścią. Tym bar­dziej, że ani przez mo­ment nie tkwią w po­nu­rej sta­gna­cji. Wprost prze­ciw­nie – przy­bie­ra­ją fan­ta­zyj­ne kształ­ty, wiecz­nie drga­ją­ce, roz­tań­czo­ne, coraz to inne, płyn­nie prze­kształ­ca­ją­ce się w ko­lej­ne, po­tęż­nie­ją­ce… Kiedy się zbli­ża­ją, do­strze­gam, że to nie mdłe od­bi­cia – ob­ser­wo­wa­ne z fa­scy­na­cją ucie­le­śnie­nie ruchu emi­tu­je wła­sne świa­tło, rów­nie zróż­ni­co­wa­ne i uro­kli­we jak to za­pa­mię­ta­ne z dzie­ciń­stwa, ple­ne­ro­we. Czuję się nie­zwy­kle szczę­śli­wa.

Ach!

 

 

_______________

W cha­rak­te­rze ilu­stra­cji wy­ko­rzy­sta­łam Zmierzch w We­ne­cji Mo­ne­ta.

Koniec

Komentarze

Tak się zastanawiam Finkla, czy jest jeszcze jakiś sklep z odzieżą, do którego Cię wpuszczają? Gdybyś chciała u mnie kupić żółtą bluzeczkę… ;-) Powyższy tekst jest dowodem na to, że kobiety potrafią rozprawiać o kolorach. p.s. Jak to tam? … Marengo… antracyt… boże jedyny…

Szkapo, jeszcze nie mam problemów ze znalezieniem takich sklepów. Ale… opowiadanie świeżutkie, aż do wczoraj sprzedawczynie ani (uchowajcie, bogowie!) sprzedawcy nie mieli okazji, żeby się zapoznać.  A ktoś potrzebował dowodu? ;-) Marengo i antracyt to, w tłumaczeniu na męsko-polski, ciemnoszary. Ale chyba nie powinnam wyjaśniać własnego tekstu. ;-) Dziękuję za komentarz. :-)

Babska logika rządzi!

Czy ten tekst jest dobry? Sądze, że tak. Napewno jest bardzo – a jakże – kolorowy. I poetycki, choć w sposób subtelny, nie nachalno-bezczelny, jaki można uświadczyć w tekstach nowicjuszy, którym wydaje się, że każda metafora to dobra metafora. Tekst jest napewno również nietypowy i w gruncie rzeczy ze względu na tę nietypowość dość ciekawy. Ode mnie zatem plus za to opowiadanie, choć szczerze przyznam, że dłuższej formy, napisanej w ten sposób, chyba bym nie zdołał przeczytać do końca.

A więc Leonardo, jesteś także malarką. Twoje zagfascynowanie barwami jest takie kobiece. Szkoda, że po macoszemu potraktowałaś zapachy. Zapachy to też temat do impresyjnych zachwytów. Człowiek odbiera kolory w dużym zakresie widma elektromagnetycznego, ale tylko kobieta potrafi nazwać je tak urokliwie. Zastanawiam się więc, dlaczego to mężczyźni w ogromnej większości są malarzamiPozdrawia Cię szarobiała plama..

Dzięki, Vyzarcie. Że kolorowy – nie da się ukryć. ;-) Że poetycki – wiem. Ale z subtelnością to już mnie zaskoczyłeś. Sama nie przepadam za poetyckimi tekstami, stąd moje wątpliwości. Chyba nie potrafiłabym tej poezji wepchnąć więcej. Cieszę się, że wyszło, Twoim zdaniem, niezbyt nachalnie.

Babska logika rządzi!

Impresjonizm w malarstwie i literaturze. Też, kiedyś zachłystywałem się takimi obrazami. Bardzo udane impresje. Zgrzytnęło mi jedynie Motywy skopiowane idealnie i niepowtarzalne. Chyba żaden artysta nie powiedziałby o swojej twórczości, że jest kopią. Czegokolwiek.

Ryszardzie, dziękuję. Jakoś trzeba dorastać do przydomku. Poluję tylko na tajemniczy uśmiech. ;-) Zapachy… Słabo zbadany mechanizm transmisji bodźca, trudno o wzorce. Żeby sprawdzić, jak wygląda kolor, wystarczy wstukać nazwę w wyszukiwarce (wiem, to tylko przybliżenie, ale zawsze coś) albo dorwać jakiś wzornik. A żeby jako tako poprawnie opisać zapach? Musiałam się nieźle różnych świństw nawąchać, zanim naskrobałam pierwszy akapit. Skąd brać próbki w fantastyce? Jak pachną tachiony? ;-) Dlaczego częściej malarzami byli mężczyźni? No cóż – historia z biologią. A to nie warto było kształcić córki, która i tak wkrótce przeprowadzi się do zięcia, a to nie można trzymać słoiczków z werniksami przy raczkującym niemowlaku…

Babska logika rządzi!

Nie nadążąm z odpowiedziami. :-) Dzięki, Tytoniu. A kto powiedział, że to odnosi się do twórczości Malarza? To opis wszystkiego, co widać w pracowni. Idealnie skopiowany mógł być na przykład wzór na ubraniu klienta/ modelki, etykietki na pojemniczkach z farbami…

Babska logika rządzi!

Ależ, kto tak pisze, musi być artystą. :)

Bez przesady, nie róbmy ze skromnej (no dobrze, nie do końca) żółcieni artystki. ;-) Chyba każdy artysta stara się otaczać co najmniej ładnymi przedmiotami, ale żaden nie daje rady wytworzyć wszystkiego sam. Trochę barachła musi być pod ręką. Choćby dla kontrastu. :-)

Babska logika rządzi!

Czemu na starość tak klaustrofobicznie, neurotycznie i ciemno? A jak już światło, to jakby z reflektora na sali przesłuchań!? Bardzo mnie przybiła ta część opisu. :(

Maniacka perseweracja ambiwalencji niekongruentnych epifenomenów

Opisy bardzo sprawne, przemówiły do mnie. :) Niestety akcja jakaś taka niemrawa, ale to już może kwestia charkteru bohatera…

And the world began when I was born/ And the world is mine to win.

[…]  czujnie obserwuję każde drgnięcie.  ---> drgnienie, wydaje mi się mało skromnie, lepiej osadza się w kontekście.   Wszechobecny blask wydobywa mnóstwo odcieni w każdym zakamarku pomieszczenia.  ---> z każdego zakamarka. Wydobyć / wydobywać co z czego… Alternatywa: odkrywa, wtedy w czym, ale to nie to samo, sztucznawo brzmi…   To mogła napisać tylko kobieta. Tak mogła napisać tylko kobieta. Finklo, kłaniam w pas.

Dziękuję wszystkim za komentarze. Jjerzy, ludzie mają inaczej, nie upadaj na duchu. ;-) Carewno – tak, zwalmy to na bohaterkę. Życie miała mało obfitujące w przygody. Za to jak potrafiła obserwować! :-) Adamie, nie widzę specjalnej różnicy między drgnięciem a drgnieniem. Ale skoro Ty tak uważasz, to zaraz zmienię. A mógłbyś wytłumaczyć, dlaczego Twoja wersja jest Twojsza? Zakamarki – zastanawiałam się nad tym zwrotem. I nawet przygotowałam sobie argument: wydaje mi się, że wydobyć z zakamarka znaczy wyciągnąć na środek. A nie o takie wrażenie mi chodzi. Odcienie pozostawały w zakamarkach, blask tylko je pokazywał. Zgadzam się, że odkrywa nie pasuje. Uśmiecham się i ładnie dygam. :-)

Babska logika rządzi!

No to: ujawnia / wydobywa na jaw istnienie niezliczonych odcieni, kryjących się w każdym zakamarku – albo podobnie, byle "po Twojemu" z tym samym sensem. Bo przyznaję, że nie przemyślałem, tylko tak od ręki zaproponowałem zmianę, kierując się normą składni.    Drgnienie a drgnięcie. Jeden i drugi rzeczownik pochodzi od czasownika 'drgać', praktycznie można je stosować zamiennie (poza frazeologizmem) i decyduje kwestia osobistego 'wyczucia". Mi 'drgnienie" wydaje się 'delikatniejszym' od 'drgnięcia' i, jako takie, lepiej wpisujące się w tonację tekstu.   --->   Wydobyć coś na jaw, na światło dzienne; wydobyć z zapomnienia, ujawnić, przedstawić, pokazać coś ukrytego, zapomnianego, nie znanego dotychczas.

Ciekawe i malownicze.

O, teraz mi się bardziej podoba. :-) Drgania. Pozwolę sobie sparafrazować Kolegę: tak dzielić językowy włos na trzydzieste drugie mógł tylko AdamKB. ;-) Ale niech będzie, jak Ci bardziej pasuje. Dziękuję. :-)

Babska logika rządzi!

Dziękuję, Zygfrydzie. :-) Zaciekawiło? Kto by pomyślał…

Babska logika rządzi!

Poprawiłam zakamarki. Ale bez 'istnienia' – pojawiało się niedawno.

Babska logika rządzi!

O! Wzięłaś trzydzieści części z trzydziestu dwóch  :-)  i proszę, jak ładnie się zrobiło!  

Wiedziałam, że na bardzo drobne części dzielisz. A jak skrupulatnie wyliczasz! ;-) Miło, że teraz Ci się podoba. :-)

Babska logika rządzi!

Ładne :)

Dzięki. :-)

Babska logika rządzi!

Na końcu – to ogień, prawda?   Pomysł na narratora super, wykonanie miodzio.

Czy można się tu w ogóle do czegoś przyczepić? Można! Za mało tabaczkowego (to taki inspirujący kolor) ;-)   Poza tym ja rozumiem, że percepcja i świadomość bohaterki, choć wyrafinowane, są ograniczone. Ale czy w ostatnim rozdziale nie przesadziłaś z niejednoznacznością? Czy miało być aż tak zagadkowo? (Kradzież? Potem – sejf, gablota? Czy jakiś specjalny pokój?)

 

Niezależnie od tej drobnej wątpliwości jestem pod wrażeniem.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Dzięki za komentarz. :-) Zostawiłam tabaczkowy Michalusowi. A poza tym – nigdy nie widziałam tabaki, ale sam fachowiec wyraża się o kolorze jakoś bez przekonania. ;-) Nie chcę wyjaśniać tekstu, niech sam walczy, ale zdradzę, że dobrze kombinujesz. Co do sejfu/ gabloty/ pokoju – a jakie to ma znaczenie? Nie ma przestrzeni ani bodźców wzrokowych i przez to bohaterce się strasznie nie podoba.

Babska logika rządzi!

Antropomorfizacja barwy… z czymś takim w literaturze, jeszcze się nie spotkałem   Przypominam sobie natomiast dawny esej o zapachach – autorem był jeden z braci Strugackich. Autor przypisał zapachom ludzkie cechy i zrobił to równie sugestywnie. Pozdrawiam. .

Kiedyś musi być ten pierwszy raz. ;-) Nie czytałam, ale porównanie do Strugackiego bardzo mi pochlebia. Dziękuję. :-)

Babska logika rządzi!

Wiesz Finklo, napisałaś ten tekst bardzo pięknym, plastycznym językiem. Napisałaś go gładko i sprawnie, jestem pełna podziwu, że w sumie przy tak podobnych refleksjach udało Ci się uniknąć powtórzeń. Ale… czuję się tym tekstem zmęczona. mam jak Vyzart – gdyby był dłuższy, pewnie nie dałabym rady. Choć zarówno pomysł oryginalny, jak  i wykonanie przednie.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

A bo ten tabaczkowy to taki nijaki ("jasnobrązowy o zielonkawym odcieniu") więc nie przekonuje mnie :) ale wracając do Twojego utworu: przedpiścy napisali chyba wszystko, że: plastyczne, że widać kobiecy styl, że ładne, że zgrabne. I takie w rzeczy samej dzieło jest. Spodobało mi się również dlatego, że jest to stylistyczne i tematyczne novum w Twoim pisarskim portfolio. Ale tak btw, to czy ktoś czytał książkę o kolorach w roli głównej, tj. czarny pryzmat brenta weeks'a? Polecam. Okazuje się, że panowie jednak też potrafią nazwać i opisać więcej niż trzy kolory (tj. fajny, pedalski i ch***wy) :) pzdr. m.

Dziękuję za komentarze. :-) Bemik, cieszę się, że w męczącym tekście znalazłaś aż tyle zalet. I z tego, że najwyraźniej wiem, kiedy przestać. Mam nadzieję, że do ostatnich słów nie dotarłaś zbyt wyczerpana. :-) Michalusie, no tak pamiętałam, że Tobie tabaczkowy też zbytnio do gustu nie przypadł. Ja nie czytałam. Poważnie facet zna więcej niż trzy kolory? Pewnie konsultował się z jakąś babą. Albo wychowywał się z czterema siostrami i coś od nich przejął. ;-) No dobra, oczywiście że mężczyźni potrafią poprawnie nazwać więcej kolorów. Podobno niektórzy dochodzą aż do… [autocenzura, nie chcę podpaść połowie portalu ;-)]

Babska logika rządzi!

No do ilu, no?   :-) Wzięte z życia, proszę więc nie zadawac dziwnych pytań.    – Pan dorobi kolor, taki, wie pan, czekoladowy. Facet patrzy chwilę na klientkę.   – Ale jaki dokładnie? Wedlowski, goplanowski, wawelowski? Gorzki, mleczny? Białe też są… Kobieta lekko zgłupiała, ale nic, uśmiech, przepraszam na pięć minut… Poszła; wraca, wyjmuje z torebki tabliczkę czekolady Lindta i podaje drukarzowi ze słowami: – Po dorobiemiu koloru proszę zjeść za moje zdrowie…   Epilog: nie  był skąpy, poczestował…   ==============   – Panie X, co pan dorobił? Miał być błękit!   – No wie pan, myślałem o teściowej i czarnego dodałem…   Epilog: tylko trzy osoby wiedzą, jak wygląda "błękit teściowej".

Odmawiam odpowiedzi. ;-) Nie ma to jak dostarczyć dobrą próbkę. ;-) Ale jaka w końcu – gorzka, mleczna? Bo mi się wydaje, że raczej chodzi o mleczną, ale mogę się mylić… Błękit teściowej – poddaję się – nie należę do tych trzech osób. Czym trzeba teściową nakarmić, że poznać kolor? ;-)

Babska logika rządzi!

* A właściwie nie tyle o mleczną, co o czekoladę do picia. Ale nie wiem, jak wyglądał niegdyś ten napój. Taka refleksja historyczna mnie naszła…

Babska logika rządzi!

Gorzka. Mniam. Ze skórką cytrynową. Mniam.   Cyjan zbrudzony / przełamany zamiast rozjaśnionego, jeszcze przed dodaniem magenty. Tak z grubsza.

Mmmm. To musiało być pyszne. :-) Czyli na teściową dmuchamy cyjanem… I jeszcze gdzieś jej trzeba wcisnąć magentę… A może być  magnes? Albo magnez? ;-) Dzięki.

Babska logika rządzi!

"Jak pachną tachiony?"

 

Murowany hit z takim tytułem opowiadania ;)

Przepraszam, wymiękłem, nie jestem w nastroju na poetyckie kolory.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

W porządku, dzięki, że próbowałeś.

Tytuł niezły, ale może być problem z odpowiedzią. Bo najpierw czujesz zapach, a dopiero potem przystawiasz tachion do nosa. Ciekawe, jak mózg by to interpretował…

Babska logika rządzi!

Ładnie napisane. Najbardziej podobał mi się początek – taki… synestetyczny. Aż przypomniał mi się zapach kleju kostnego do gruntowania. Ech… Potem, przy samych barwach, było plastycznie ale mniej ekscytująco.

Pozdrawiam

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Dzięki. Hmmm, tego kleju nigdy nie wąchałam. ;-)

Fajnie, że chociaż początek Ci się spodobał. A potem, cóż… skończyła się synestezja.

Babska logika rządzi!

Nie no, podobał mi się cały, ale początkiem byłam zauroczona.

Klej wąchałam w dzieciństwie (o rany, ale to brzmi), bo wtedy miałam (brnijmy głębiej) fazę na malowanie i przy czytaniu wręcz czułam ten zapach (hmm albo to Twój talent albo działanie uboczne leków przeciwbólowych:)).

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

:-) Nieźle zabrnęłaś.

No to cieszę się, że całość na plus. I jeszcze ciekawe wspomnienia odpaliła… Wolę wersję z moim talentem. ;-)

Ojjjj, niech Cię przestanie boleć. Żebyś mogła jak najszybciej odstawić prochy (skoro wygłupiamy się w tych klimatach ;-) ).

Babska logika rządzi!

Alex, a robiłaś sobie igłą z cyrkla ranki w nosie, żeby opar kleju mógł dotrzeć do krwiobiegu szybciej i mocniej? :)

 

(tak, powaga, takie bajki opowiadali na pogadankach o narkotykach w podstawówce!)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Niezłe szkolenia Wam organizowali… To by wiele wyjaśniało, Psycho… ;-)

Babska logika rządzi!

Kurcze, Psycho, nie wiedziałam o podobnych możliwościach – ileż straciłam! Za to namiętnie swego czasu zajadałam się "klejem biurowym białym".

A sposób z pogadanki prawie jak wstrzykiwanie sobie marihuany z tłuczonym szkłem:D

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

…tudzież wsadzanie haszyszu pod powiekę… :D

Finkla, ale co by to tłumaczyło, no co? :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

To marychę się wstrzykuje? Człowiek się uczy przez całe życie…

Nie rozumiem, jak można sobie cokolwiek wkładać pod powiekę. To były jakieś kursy dla masochistów? Albo surwiwalowe. Słyszałam o jedzeniu mrówek, ale klej? Czym to się doprawia?

To by tłumaczyło… Eeee… Te dziwaczne uszy. O! Teraz chyba takie uszy powinny być przekłute i zakolczykowane. Wszystko się zgadza, kawałki puzzli do siebie pasują.

Miło, że wróciłeś, Psycho. :-)

Babska logika rządzi!

To się wsadza pod powiekę celem zaćpania się, podważenia ustalonego modelu rodziny i ogólnie staczania się na marginesy zeszytu w linie, takiego jak do polskiego w trzeciej klasie… :) A marycha z tłuczonym szkłem najlepsza na deprechę i myśli samozbójeckie!

Ty coś pewnie mało wiesz o klejach, za to dużo o wódce, hę? :D Nie wiem wprawdzie, czemu uszy dziwaczne: normalne są, takie, które czopuje się heroiną w pigułkach (żeby się do mózgu na kolorowo wsączały obrazy, na ten przykład żółcieniowe) ;)

 

Miło, że miło ;)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Rozumiem, że celem osiągnięcia innych stanów świadomości tudzież staczania się z samego dna. Ale pod powiekę?! Przecież hasz to chyba można zjeść. Pewnie nawet w czymś smacznym.

Gratuluję! Odkryłeś słaby punktu Finkli: ja faktycznie niewiele wiem o klejach. Ale dlaczego od razu o wódce? Że niby rozpuszczalnik, a więc poniekąd antagonista?

Uszy dziwaczne, bo niepodobne do linii bocznej. ;-) Nie wiem, jak można wykorzystać linię boczną do przyjmowania zakazanych substancji. Wcierać? To by dopiero była synestezja! ;-)

Babska logika rządzi!

Pod powieką lepiej trzepie, bo się siatkówką wsącza, rzuca na pręciki i omamia je wizjami zajebistości w radości, miłości i kwiecistości ;)

 

Ano bingo, chociaż może nie od razu antagonista, tylko taki rozcieńczalnik, rozmydlnik, neutralizator i de facto odtrutka, "lek na całe zło" ;)

 

Chcesz pocierać linie boczne zakazanymi substancjami z dłoni swych? Toż to czystej wody molestancja, zwierzęcoznęcanie się i sadystacja okrutna! :):) I jeszcze cel, w jakim celu!? Otumanić, omamić i zmylić, skierować fałszywym tropem wizji na głębokie wody, z których ciężko wrócić, by więcej wódki dla ciebie zostało…?

 

Podstępne te kobiety. Idę się zaćpać, tfu… zaspać, bo noc już jakoś niepostrzeżenie zapadła ;)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Marudzisz. Pod powieką lepiej trzepie (a ryby mają powieki?), ale od linii bocznych to ręce precz! Fonia gorsza od wizji? A zdaje mi się, że linia boczna to nie tylko za narząd słuchu robi. To by mogła być niezła jazda. Ale nie to nie. Wcale nie proponowałam, że użyję własnych dłoni. Nie mam w nich zakazanych substancji. I skąd mam wiedzieć, którędy ty pływasz po nadużyciu?

Więcej wódki, więcej wódki… Przecież ja i tak nie dam rady tyle wypić. Odtrutka, powiadasz? Czym się strułeś, tym się lecz?

OK, kolorowych wizji. Znaczy ten, snów. ;-)

Babska logika rządzi!

Przy wódce to ja chętnie pomogę, jak z pacierzem – nie odmawiam :) Co do tego, co ty w dłoniach miewasz, to chyba diabli tylko wiedzą, bo jak wiadomo: gdzie diabeł ni dydy, tam… Jesteś też pomysłodawczynią wcierania, więc pozwoliłem sobie przypuścić, iż do wcierania dłoni używasz. Nie mam jednak żadnych uwag, jeśli np. do wcierania używasz dużego palca u stopy lub lewego pośladka, to przecież wolny kraj, każdy może wcierać jak chce, byleby w granicach prawa :D

Ścieżki moje po nadużyciu… No, z wiekiem się skróciły te ścieżki, ot co :( I nadużycia rzadsze.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ja myślałam, że sam sobie będziesz wcierał. Płetewkami, ogonkiem… Jak lubisz. Wcieranie używek wykonywane przez inną osobę (ludzką lub rybią) chyba stanowiłoby nadużycie. Substancji czy zaufania – to jeszcze nie do końca wiadome. ;-)

Babska logika rządzi!

Ndużycie to będzie dopiero, gdy wściekła żółcień po cynku, że ktoś jej (JEJ!) substancję wciera komuś innemu – skarmazynowieje… :D Używki aplikowane wzajemnie wszak do rzadkości nie należą, dość przypomnieć papierosa palonego "po studencku" lub wszelakiej maści kliny aplikowane nieprzytomnemu kompanowi celem dobudzenia go (lub głębszego sponiewierania) – więc tu chyba o nadużyciach mowy nie ma, chyba, że masz na myśli grubą przesadę, nałóg wręcz w takim użytkowaniu używek wzajemnie tudzież zwykłe skąpstwo Tobą kieruje i zwyczajnie substancjami dzielić się nie chcesz, sobku ty, o! :D

Więc w ramach dnia dobroci dla zwierząt używaj sobie, do woli i gwoli swawoli, na rybich liniach bocznych, byleby używka dobrej była jakości i dostarczała mnogo przeżyć, takich przejmujących do szpiku ości :)

 

 

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

To w ościach jest szpik? ;-)

Aplikować klina nieprzytomnemu? Przerażasz mnie.

Substancjami podzielić się mogę, ale sam je sobie przyjmuj! Ja Cię zmuszać nie zamierzam.

Babska logika rządzi!

…przyjmę, a jak, ale ktoś musi te wszystkie kolory ładnie ponazywać, bo faceci to znają tylko trzy…

Z tym przerażeniem nie przesadzaj, zdajesz się być mniej bojaźliwa niż tutaj sugerujesz! :) Nie zrobiłaś komuś, kiedyś, jakoś dowcipu wykorzystując jego/jej stan chwilowego nieprzystawania do naszej rzeczywistości?:)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Czystą substancję też powinnam mieć. Bezbarwna, oczywiście. Czyżbyśmy właśnie ustalili, dlaczego mężczyźni często przedkładają zwykłą wódę nad wyszukane drinki? Żeby uniknąć problemu z opisem? Biedactwa…

Dowcip. Myślę… Myślę… Myślę… Mam! Kiedyś w pubie zmęczony kolega przysnął z głową na stole. Poustawialiśmy koło niego mnóstwo szkła i pstryknęliśmy fotkę. Że słabiuchny kawał? Wiem, na trzeźwo miewam lepsze pomysły. ;-) I co to za satysfakcja wyciąć numer bezbronnemu?

Babska logika rządzi!

Wszak taki dowcip to czyste zuo, zabawa i pamiątkowe zdjęcia ;) A jak później w opowieści obrastają… :) 

Słuszna uwaga z czystą. A tak całe życie myślałem, czemu faceci czysta, a dziewczęta te kolorowe drinki – i proszę, taka prozaiczna przyczyna :D Tyle, że niekoniecznie "biedactwa" – po prostu Keep It Simple, Stupid ;) Ockham i jego graty golibrody mają zastosowanie wszędzie :D

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

No i wszystko jasne… A przykazanie "nie mieszaj", wymyśliliście po to, żeby w razie wypicia ewentualnego koktajlu móc odpowiedzieć: "Jaki to miało kolor? Fajny!"? Bo cztery różne "fajne" podejrzanie brzmią… Zaraz, zaraz… czy ja nie słyszałam kiedyś, że drinki są pedalskie?

Babska logika rządzi!

Pussy drinks! :D

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

:-D

Babska logika rządzi!

Niesamowicie plastycznie napisana opowieść, mnóstwo światła, cienia i kolorów. W pewnym momencie zapach farb, świeżo nakładanych na płótno czy deskę mimo, że tekst nie jest o zapachach. Kleju nie poczułam, ale ja nigdy nie byłam przy gruntowaniu, może dlatego. ;)

Dziękuję, Koeijo. Takie było założenie, żeby do tekstu nawrzucać kolorków. Cieszę się, że wyszło. Aż do zapachów? Hmmm… :-)

Babska logika rządzi!

Naprawdę rzadko spotykam takie malowanie słowem. Twoja znajomość kolorów oraz umiejętność wykorzystania tej wiedzy w powyższym jest imponująca. Dla przykładu bardzo podobało mi się następujące:

"(..)w stronę bezmiaru błękitu: od bladego cyjanu na samej górze do przymglonego chabrowego nieco poniżej połowy pola widzenia."

Sam nigdy bym w ten sposób nie opisał nieba. Niektóre nazwy kolorów musiałem szukać w wyszukiwarce ;) Chciałbym spytać, czy jesteś malarką? Jeżeli nie, to czy masz bliski kontakt z malarzem/malarką? Pod względem znajomości kolorów, jestem przy Tobie jak mały chłopczyk z klockiem w dłoni, którego pytają o drgania harmoniczne ;) Jeżeli nie masz nic wspólnego z malarstwem (bezpośrednio lub pośrednio), to mój stan wiedzy w tej materii jest trochę załamujący; chyba będę musiał się dokształcić, by chociaż w połowie tak malować swoim własnym słowem.

Jeszcze jeden przykład zdania, które wymusiło u mnie pauzę w czytaniu:

"Kobalty, szafiry i ultramaryny leniwie pełzną w górę, nieustępliwie wypierając cyjany, lazury i turkusy.".

Wyszukiwarka pomogła mi to sobie wyobrazić ;P

 

Po przeczytaniu tego opowiadania mogę się tylko domyślać jak musiałaś się umordować z tą moją "Telekinezą". Tym bardziej Ci dziękuję, że się nad nią pochyliłaś i dotrwałaś do końca ;)

 

Serdecznie Pozdrawiam

Szymek

 

Szymon Dąbrowski

Dziękuję, Awkwardzie (czy tak odmienia się Twój nick?). Miło, że tekst się spodobał.

Nie chciałabym Cię dobijać, ale nie jestem malarką. W dalszej rodzinie znaleźliby się ludzie, którzy wiedzą, w której ręce trzymać pędzel. W bliższej – tylko amatorzy. Żeby trochę podnieść Cię na duchu: jestem kobietą, my mamy więcej kolorów w standardzie. A i tak niektóre nazwy musiałam sprawdzać, czy znaczą właśnie to, co mi się wydaje.

Wyszukiwarka pomogła mi to sobie wyobrazić ;P

A wystarczyło wyjść z domu w pogodny wieczór… ;-)

 

Język. Jeśli widzisz różnicę, to bardzo dobrze, bo już wiesz, w którą stronę chcesz iść. Na tym portalu znajdziesz mnóstwo dobrze napisanych tekstów (zapraszam do nowo powstałej biblioteki). Ich Autorzy pewnie jeszcze nie raz opitolą Cię za brak przecinków albo pleonazmy. Bierz sobie ich uwagi do serca i pisz coraz lepiej. :-)

Babska logika rządzi!

Zaczęłam czytać, jak każde opowiadanie, ale tym razem okazało się, że należy je oglądać. W ten sposób, pierwszy raz w życiu i z prawdziwą przyjemnością, obejrzałam napisane dzieło do końca. :-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Może by jakiś tekścik piktogramami spisany zamieścić? ;-)

Dziękuję, Reg. Miło, że oglądałaś z przyjemnością.

I dzięki za klik na Bibliotekę.

Babska logika rządzi!

A mogłabyś napisać obraz? Chętnie przeczytam. :-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Obawiam się, że może wyjść bohomaz. Albo ramota. ;-)

W pewnym sensie już opisałam, a Ty go właśnie przeczytałaś.

Jeśli dobrze pamiętam, ikon nie maluje się, tylko właśnie pisze. Ale może to tylko w rosyjskim tak działa. Próbowałaś patrzeć na ikony?

Babska logika rządzi!

I owszem, ale tylko je widziałam, nie czytałam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

:-)

To może powinnaś popatrzeć po rosyjsku? Podobno raz na ruski rok działa. ;-)

Babska logika rządzi!

Podobno, nie gwarantuje pewności, więc raczej nie popatrzę. :-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nu, posmotri. ;-)

Babska logika rządzi!

Ach, pamiętam jak dziś, kiedy latem, w upale, przeżynałem się z uporem przez kolejne linijki tego tekstu.

Podoba mi się perspektywa farby, to jak widzi świat, jak postrzega różne rzeczy, zmiany. Opisałaś to na tyle fajnie, że można było domyślić się, co się działo.

Gdyby nie ta forma. 3/3.

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Dzięki, Arhizie. :-)

Skoro perspektywa ciekawa, to na czym polegają braki w formie?

Babska logika rządzi!

Sam sposób opisów był bardzo męczący. Za kwieciste to wszystko. ;)

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Aha. Rozumiem. Cóż, mnie też kwiecistość męczy. Dzięki za wyjaśnienia.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka