- Opowiadanie: AlexFagus - Bagna

Bagna

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Bagna

Podeschnięte oko gawrona zdawało się gapić z niemym wyrzutem w niebo. Maleńkie, szkarłatne robaczki biegały po popielatym dziobie. Wyglądały zupełnie jak koraliki zdobiące kościołową torebkę mamy Karoliny, a poruszały się w ten sam, niepokojąco chaotyczny sposób, co rtęć z rozbitego termometru. Dziewczynka wzdrygnęła się. Nie lubiła pogrzebów. Nawet tych zwierzęcych.

– Co z ziemi zrodzone – do ziemi powróci – oznajmiła podniosłym tonem Mel i jednym ruchem obutej w pożółkły, gumowy pantofelek stopy zasypała ptasie truchło cuchnącą bagnem glebą.

Karolina nigdy nie rozumiała przywiązania koleżanki do obrzydliwych plastików. Mel uparcie tłumaczyła, że dzięki nim może brodzić w wodzie nie obawiając się pijawek i płoszczyc. Czymkolwiek były te legendarne płoszczyce.

Melania, próbując otrzepać buty z grudek ziemi, wysłała w powietrze jedno z wstrętnych, szarawych stworzonek, uparcie wdrapujących się po jej nogach. Po chwili druga paskuda z żałosnym piskiem spadła w błoto, gdy szybkie klepnięcie trafiło prosto w wielkie, nietoperze ucho.

– Wredne komarzyska. Nie dadzą człowiekowi spokoju! – mruknęła zirytowana Mel, stając na jednej nodze i drapiąc się zawzięcie po łydce. Nagle straciła równowagę. Usiłując ją odzyskać, przydepnęła wygrzebującego się ze szlamu potworka.

Karolina nadal nie miała pewności, czy Melania również dostrzega Dziwy, a nie odważyła się wprost zapytać o to przyjaciółkę. Sama nie wiedziała, jaka odpowiedź byłaby wówczas gorsza. Wolała, żeby pozostało tak, jak dotychczas. By mogła wierzyć, iż nie jest wyjątkiem.

 

***

 

Jak dotąd jedyną znaną dziewczynce osobą, która widziała Dziwy, była babcia.

Gdy Karolina miała pięć lat, rodzice zostawili ją na lato u dziadków. Podczas pewnego czwartkowego podwieczorku zobaczyła, że po stole spaceruje maleńki, szaro odziany staruszek. Dziewczynka pobladła. Zastygła w bezruchu, kurczowo zaciskając w dłoni łyżeczkę pełną budyniu, a potem wybuchnęła płaczem.

– Karolka, co ci? – zaniepokoiła się wówczas babcia, lecz widząc małego gościa, równie przerażonego co jej wnuczka, odetchnęła z ulgą. – Oj, nie bój się, dziecinko, toż to tylko ubożę.

Odłamała kawałek ciastka z cukrem i położyła przed siwym człowieczkiem. Ubożę podniosło poczęstunek, ukłoniło się grzecznie, po czym, niezwykle sprawnie jak na swój sędziwy wiek, zeskoczyło ze stołu i umknęło w kąt izby.

Babcia wzięła małą Karolinę na kolana i karmiąc ją budyniem, łagodnie tłumaczyła:

– Nie trzeba się lękać ubożąt, wnusiu. One biedę z kątów wygonią, szczęście przyniosą, domu przypilnują. Byle dać im trochę strawy i szacunku. Miłe takie maluchy. Jeno szkoda, Karolciu, że je widzisz. Wiesz, córciu, moja prababka kiedyś cyganichę na kradzieży kur złapała. Zagroziła złodziejce, że ją do turmy wsadzi, a ta jędza jak się nie okręci, jak prababce w oczy nie splunie… Od tamtej pory prababka zaczęła widzieć Dziwy – licha, błędy, boboki… Potem moja ciotka tak miała, później ja, a teraz ty, wnusiu. To niedobrze. Nie mów o tym mamie. Ani dziadkowi. Ani najlepiej nikomu. Obiecasz, że nie powiesz? No, grzeczna dziewuszka. To będzie nasz mały sekret.

Niestety, dziewczynka nie dotrzymała tamtej obietnicy. Wyznała tajemnicę mamie oraz koleżankom z przedszkola. Od matki dostała lanie. Rówieśniczki uznały zaś, że Karolina jest dziwna i zaczęły jej unikać.

Kilka miesięcy później babcia umarła. Karolina została sama ze swoim małym sekretem i wszechobecnymi strachami. Stała się płochliwa, często płakała bez widocznego powodu. Inne dzieci nie chciały się z nią bawić i dziewczynka zaczęła wierzyć, że już nigdy nie będzie miała przyjaciół. Póki, na początku pierwszej klasy, nie spotkała Mel.

 

***

 

Karolina chodziła do szkoły dopiero od dwóch tygodni, lecz już przylgnęła do niej łatka wariatki. W klasie znalazło się kilkoro znajomych z przedszkola i to wystarczyło, by skazać dziewczynkę na towarzyską izolację.

Tamtego dnia, jak zwykle samotna, odpoczywała na lekko zdezelowanej ławce przy boisku i żując kanapkę ze smalcem, spoglądała podejrzliwie na chichoczące licho, które przycupnęło na drugim końcu siedziska. Nagle do Karoliny podeszła niska, rudowłosa pierwszoklasistka i powiedziała:

– Cześć. Mogę się przyłączyć?

Karolina zerkała zdziwiona to na rozmówczynię, to na licho i nie bardzo wiedziała, co ma odpowiedzieć. Przybyszka wybawiła ją z kłopotu – uznawszy milczenie za zgodę, wyciągnęła z kieszonki fartucha męską, kraciastą chusteczkę i zamaszystymi ruchami zaczęła wycierać ławkę, strącając przy tym zaskoczonego stworka na chodnik. Licho parsknęło z oburzeniem i niepyszne schowało się do kosza na śmieci. Wyjrzało z niego po chwili i chrupiąc ogryzek jabłka, z nienawiścią obserwowało rudowłosego intruza.

Obca dziewczynka, nieświadoma spowodowanego zamieszania, rozsiadła się wygodnie na ławce. Wyciągnęła z tornistra zawinięte w papier śniadaniowy kanapki i rozpakowawszy jedną z nich, zaczęła z apetytem jeść. Karolina, czując aromat kiełbasy, odruchowo przełknęła ślinę. Ruda uśmiechnęła się i podała jej drugie zawiniątko.

– Proszę, częstuj się. Moja ciocia pracuje w mięsnym – oznajmiła takim tonem, jakby mówiła: „Moja ciocia jest królową Anglii”. Następnie, nie przestając pałaszować kanapki, zarzuciła biedną Karolinę gradem pytań: – Chodzisz do pierwszej „a”? Ja jestem z pierwszej „b”. Masz fajną klasę? Oj, chyba nie bardzo… Moi są całkiem w porządku, oczywiście poza głupim Wojtkiem. Cóż, nie można mieć wszystkiego. Lubisz szkołę? Ja lubię. Do którego przedszkola chodziłaś? Ósemki? Nie? Czekaj, ale ze mnie gapa! Nie przedstawiłam się! Jestem Melania Wilczyńska. A ty? Jak masz na imię? – Wyciągnęła przed siebie umazaną masłem rękę.

– Karolina. Nowak – bąknęła zdezorientowana Karolina, niepewnie chwytając podaną jej dłoń.

– Ładnie – oświadczyła Melania. Zastanowiła się przez chwilę i uśmiechnęła szeroko. – Słuchaj: będziemy się nazywać Kara i Mel. Karmel! Widzisz, jakie razem jesteśmy słodkie? No, ja sama to raczej niezbyt. Dzisiaj musiałam stać przez całą lekcję w kącie, bo pogryzłam głupiego Wojtka. Należało mu się! Wyśmiewał się z moich włosków na rękach i nazywał ryżą małpą. Może i jestem brzydka, ale „małpa”?! Bez przesady…

Karolina odruchowo zerknęła na przedramiona rozmówczyni, pokryte gęstym, rdzawym meszkiem. Ruda dziewczynka faktycznie nie grzeszyła urodą. Miała jasne brwi, bladą skórę, przez którą przeświecały niebieskie żyłki i dość dużą głowę, osadzoną na chudej szyi. Szczupłe ramiona i nogi kontrastowały z lekko wystającym brzuszkiem. Jedynymi atutami Melanii były długie, lśniące włosy, ozdobione zieloną tiulową kokardą, sympatyczny uśmiech oraz wielkie, fiołkowe oczy – takie, jakie miewały królewny w bajkach.

– Nie jesteś brzydka – spróbowała pocieszyć nową koleżankę Karolina. Widocznie nie włożyła w to jednak dostatecznie dużo entuzjazmu, gdyż Melania mruknęła ponuro:

– Jestem. – Zamilkła na moment i gwałtownie zmieniła temat: – Kara, umiesz czytać? Nie? Szkoda… Uwielbiam czytać. Zwłaszcza baśnie. Wiesz – zniżyła głos do szeptu – ostatnio doszłam do wniosku, że jestem odmieńcem. Rozumiesz? Podrzutkiem mamuny.

Przez chwilę patrzyła Karolinie prosto w oczy, czekając na reakcję. Wreszcie zapytała niepewnie:

– Nie boisz się mnie?

Karolina parsknęła śmiechem. Miałaby się bać jakiejś postrzelonej dziewczynki, która naczytała się bajek i ubzdurała sobie, że nie jest człowiekiem? Przecież każdy wie, że mamuny nie chodzą do szkoły i nie gryzą kolegów z klasy!

Nawet licho z uciechy zakrztusiło się ogryzkiem i wpadło do śmietnika.

– Nie boję – oznajmiła spokojnie.

– Więc będziemy kumpelkami?

Rozległ się dzwonek, dając Karolinie chwilę do namysłu. Melania nie stanowiła może wymarzonego materiału na przyjaciółkę, ale przecież nie miała prawa wybrzydzać.

– Jasne – powiedziała.

– Super! – Melania posłała koleżance szczery uśmiech, radośnie prezentując wszystkie szpary w zębach. Zerwała się z miejsca, wyczyściła dłonie chusteczką i już chciała pobiec do klasy, gdy Karolina zapytała:

– Mel, powiedz, czemu wytarłaś ławkę?

Ruda dziewczynka gapiła się zdziwiona na koleżankę.

– Jak to: czemu? Była brudna i nie chciałam poplamić fartuszka.

– Aha – bąknęła Karolina. – No to… do zobaczenia.

– Trzymaj się, Kara! – Rzekomy odmieniec obrócił się na pięcie i popędził w stronę wejścia do szkoły.

Od tego czasu, przez ponad trzy lata, były najlepszymi przyjaciółkami.

Mel intuicyjnie nokautowała wszystkie Dziwy w swym otoczeniu. Obserwując ją, Karolina nauczyła się walczyć z niewidzialnymi prześladowcami bez zwracania ludzkiej uwagi. Jej strach przed demonicznym towarzystwem zmalał, bo trudno obawiać się stworków, którymi może pomiatać nawet mały, chudy rudzielec.

Plotki przyniesione z przedszkola wkrótce umilkły i Karolina zdobyła nowe koleżanki. Zwłaszcza, że w porównaniu z ekscentryczną Melanią wydawała się zupełnie zwyczajną i rozsądną dziewczynką.

 

***

 

– Jak myślisz, czemu umarł? – zapytała Karolina.

Mel przyklękła i wbiła w miękką ziemię krzyżyk, zrobiony z patyków oraz paska wierzbowej kory.

– Kto? Gawron?

Karolina skinęła głową.

– Pewnie był chory. Albo ktoś go otruł. – Ruda odgarnęła spadające na twarz kosmyki. – Skąd mam wiedzieć? Nie jestem weterynarzem.

– Ale będziesz – stwierdziła bez wahania Karolina.

– Może… – Koleżanka jedynie wzruszyła ramionami.

Melania nie najlepiej radziła sobie w kontaktach z ludźmi, za to zwierzęta po prostu ją uwielbiały. Zwłaszcza psy. Niemal zawsze obok dziewczynki kręcił się jakiś bezdomny burek. Nawet posiadające właścicieli psiaki, potrafiły porzucić swych panów, by podążać za rudowłosą, póki nie zostały przywołane do porządku. Mel twierdziła, że to dlatego, iż zwyczajnie lubi psy i się ich nie boi, ale Karolina przypuszczała, że dużą rolę odgrywały tu kanapki z kiełbasą, które przyjaciółka zawsze nosiła w tornistrze, a którymi chętnie dzieliła się ze zwierzakami.

Mel wyprostowała się, wytarła dłonie w spodnie i wciągnęła nosem powietrze. Jak zwykle poruszała przy tym koniuszkiem nosa, przez co wyglądała zabawnie – niczym rudy króliczek albo węszący jamnik.

– Chodźmy – powiedziała. – Moi rodzice niedługo skończą pracę i będą marudzić, że znowu się włóczymy. Zresztą, chmurzy się i wkrótce zacznie padać.

– Chodźmy. – Karolina z ulgą przyjęła propozycję powrotu. Na Bagnach zawsze czuła się nieswojo.

Porośnięta olchami oraz czarnym bzem okolica była dzika i – mimo niewielkiej odległości od mrówkowcowych osiedli – odludna. Wczesną wiosną płynąca obok rzeczka tworzyła rozlewiska, które latem zmieniały się w stawki, otoczone wieńcem trzciny i pałki wodnej. Labirynt zarośli skrywał polany pokryte łopianem lub jaskrami, resztki pamiętających ostatnią wojnę murów z czerwonej cegły, na wpół zasypane studnie i wyrzucone ukradkiem rupiecie.

Dziewczynki przychodziły tutaj budować bazy, łapać cierniki i traszki albo szukać porzuconych skarbów: zaśniedziałych łyżeczek, biało-chabrowych odłamków porcelany, kolorowych szkiełek. Na Bagnach trudno było się nudzić. Karolina jednak nie do końca lubiła to miejsce. Wywoływało dreszcze na karku i dziwne, watowate uczucie w tyle głowy. Nigdy nie zjawiała się tu bez Melanii, zwłaszcza, że odludzie służyło za dom hordom mniej lub bardziej złośliwych Dziwów.

Po krótkim spacerze przyjaciółki dotarły do nasypu kolejowego. Ostrożnie przekroczyły torowisko, po czym zbiegły z górki, by znaleźć się w cywilizowanej części parku. Karolina poczuła się pewniej mając żużel pod podeszwami butów i słysząc głosy dzieciarni dokazującej na placu zabaw.

Melania zasalutowała, szczerząc zęby w uśmiechu, i powiedziała:

– Do poniedziałku, Kara. Widzimy się w szkole.

Karolina przełknęła ślinę. Od rana odkładała tę rozmowę, w końcu nie widziała koleżanki przez cały sierpień, lecz wreszcie musiała to z siebie wykrztusić. Z mamą nie było dyskusji.

– Mel – bąknęła, zbierając całą swoją odwagę – nie mogę się z tobą dłużej przyjaźnić.

Fiołkowe oczy Melanii zrobiły się okrągłe niczym pięciozłotówki.

– Co takiego? – wykrztusiła po chwili zaskoczona dziewczynka. – A to niby dlaczego?

– Mama mi zabroniła. – Karolina unikała wzroku rudowłosej. – Mówi, że przez ciebie mam kłopoty z nauką.

– Przeze mnie? Masz kłopoty z nauką przeze mnie? – Mel wybuchnęła histerycznym śmiechem. Gdy wreszcie zdołała się opanować, oświadczyła: – Kara, wybacz, że to mówię, ale twojej matce chyba odbiło. Przecież mam znacznie lepsze oceny niż ty.

Rzeczywiście, Melania była prymuską. Jej ostatnie świadectwo zdobiły same piątki. Odznaki wzorowego ucznia nie nosiła jedynie ze względu na obniżone sprawowanie, gdyż nadal rozwiązywała większość sporów gryzieniem i drapaniem. Zdaniem matki Karoliny, fakt ów stanowił niezaprzeczalny dowód na to, że Mel, jak wszyscy rudzi ludzie, nie posiada duszy.

– Nie obrażaj mojej mamy! – warknęła Karolina. – Oceny to nie wszystko. Ty się wcale nie uczysz! Może i nie musisz, ale wyobraź sobie, że ja nie jestem taka bystra. Szwendając się z tobą tracę czas.

Twarz Melanii przybrała buraczkową barwę, a dłonie zacisnęły się w pięści. Po chwili jednak dziewczynka wzięła głęboki wdech, przymknęła oczy i zdołała się uspokoić.

– Kara, jeśli chcesz, możemy zacząć razem odrabiać lekcje, rozwiązywać zadania z matematyki albo czytać lektury – zaproponowała cicho. – Wybacz, ale nie prosiłaś mnie o pomoc.

Karolinie jakoś nie przypadła do gustu wizja rudej mądrali towarzyszącej jej przy nauce.

– Bo nigdy nie potrzebowałam twojej łaski! I nadal jej nie potrzebuję – oświadczyła twardo.

Melania westchnęła ciężko.

– Kara, nie mam zamiaru błagać, żebyś się ze mną dalej kumplowała. Nie chcesz – nie musisz. Dam sobie radę bez ciebie. Przemyśl to. Do poniedziałku. – Odwróciła się gwałtownie i pobiegła w stronę swojego domu.

Karolina czuła gorycz w ustach. Była niemal pewna, że oddalająca się dziewczynka płacze.

 

***

 

Już miała przejść przez ulicę oddzielającą park od blokowiska, gdy odruchowo sięgnęła po wiszący u szyi klucz. Zdrętwiała. Nie było go.

Karolina przetrząsnęła kieszenie, a potem, z nadzieją muchy tłukącej o szybę, obmacała ponownie dekolt. Nic. Rozbolała ją głowa. Matka byłaby wściekła, gdyby zaszła konieczność wymiany zamków. Musiała znaleźć klucz przed powrotem rodzicielki.

Była pewna, że miała go przy sobie, gdy Mel dostrzegła martwego gawrona. Kiedy kopały mogiłkę dla ptaka, Karolina włożyła klucz do kieszeni, żeby nie przeszkadzał. Musiał wypaść wtedy lub w czasie drogi powrotnej. Wystarczyło się cofnąć. Nie powinna mieć kłopotów z zauważeniem zguby na ścieżce lub wśród trawy, gdyż nosiła klucz na rażąco różowej wstążeczce.

Przeszukała trasę, którą podążała po rozstaniu z Melanią oraz zejście z nasypu. Niestety, bez powodzenia. Tak jak się obawiała, klucz pozostał na Bagnach.

Karolina upewniła się, że nie nadjeżdża pociąg, wzięła głęboki wdech i przekroczyła torowisko.

 

***

 

Po niespełna kwadransie kluczenia wśród zarośli, dziewczynka poczuła się zupełnie zagubiona. Stała bezradnie na rozstaju i nie miała bladego pojęcia, która ścieżkę wybrać. Jak dotąd, w czasie wypraw na Bagna po prostu szła za Melanią.

Na myśl o przyjaciółce, Karolina odruchowo dotknęła wplecionego w warkocz kwiatu. Właściwie określanie podobnego zielska kwiatem stanowiło lekką przesadę. Było toto paskudne, ostopodobne i nawet nazywało się niepokojąco: "czarcie żebro". Melania twierdziła, że roślinka chroni przed złem i niszczy uroki. Karolina nie do końca wierzyła w cudowne moce kolczastego ziółka. Mimo to, czuła się trochę pewniej, mając przy sobie ów dziwaczny amulet.

Wreszcie zdecydowała się pójść w lewo – w stronę serca.

Im bardziej oddalała się od parku, torów i innych przejawów cywilizacji, tym bardziej uciążliwe stawało się towarzystwo Dziwów. Z trzcin coś nieustannie hukało, rżało i chichotało. Pośród chaszczy, w półmroku, świeciły złe, złote ślepia boboków. Straszydła wyciągały chude, zakończone szponami palce i bezowocnie usiłowały pochwycić dziewczynkę za włosy lub rąbek spódniczki.

Karolina wrzasnęła, kiedy coś kosmatego przemknęło obok, ocierając się o jej łydkę. Zaczęła biec. Gnała przed siebie, póki nie natknęła się na spacerującego po dróżce jeża. Ledwie zdołała przed nim wyhamować.

Zwierzak uniósł łepek, spojrzał na dziewczynkę z troską i oznajmił aksamitnym, męskim barytonem:

– Nie powinnaś się tu kręcić bez panny Melanii, drogie dziecko. Zmykaj stąd! Kysz!

Chętnie posłuchałaby jego rady, lecz nie znała drogi powrotnej, a na dodatek, właśnie dostrzegła w trawie przebłysk różu. Rzuciła się w tamtą stronę, pozostawiając zdegustowanego jeża na ścieżce.

Już miała chwycić różową wstążkę wraz z uwiązanym na niej kluczem, gdy wyprzedziło ją półprzeźroczyste stworzenie, podobne trochę do przerośniętej łasicy.

– Nie, błagam! – jęknęła bezsilnie dziewczynka. Potknąwszy się, upadła na kolana. Błęd jedynie wyszczerzył zęby w złośliwym uśmieszku i, z różową tasiemką w pyszczku, popędził w stronę stawku.

Wtem na drodze złodzieja stanął drobny chłopiec, najwyżej siedmioletni, ubrany w białą koszulę i czerwone sztruksy.

– Oddawaj to! – zawołał i wyrwał błędowi klucz.

Stworek nastroszył się, syknął z irytacją i wycofał w zarośla, nie odrywając wzroku od smarkatego przeciwnika.

Chłopczyk podszedł do Karoliny, która, nadal klęcząc, gapiła się w niego jak w obrazek. Nigdy dotąd nie spotkała kogoś równie ładnego. Malec miał jasną jak śmietanka skórę i smoliście czarne włosy, a do tego oczy szmaragdowe niczym mech. Dziewczynka również była zielonooką brunetką, lecz nawet nie śmiała porównywać się ze swym małoletnim wybawcą.

– To twoje, prawda? – zapytał chłopiec, podając Karolinie klucz.

Skinęła bezmyślnie głową. Malec uśmiechnął się i pomógł jej wstać. Miał zimne, wilgotne dłonie, jakby przed chwilą mył je w rzeczce. Jego białą koszule zdobiła, związana pod szyją, szkarłatna aksamitka. Jako że był pierwszy września, galowy strój szczególnie nie dziwił. Dziewczynka jednak z przyganą pomyślała, że chłopczyk powinien był się do tej pory przebrać, a nie włóczyć w odświętnym ubraniu po Bagnach. Zwłaszcza, że czerwone nogawki wręcz ociekały wodą.

– Co ci się stało? Jesteś cały mokry! – zawołała, zupełnie zapominając o odpowiedniej prezentacji i dobrych manierach.

Chłopiec zmieszał się.

– Zobaczyłem w rzeczce pieniążek, usiłowałem go wyciągnąć i wpadłem do wody. Pomyślałem, że lepiej spróbuję trochę wyschnąć, nim wrócę do domu. Nie chciałbym dostać lania od rodziców.

Karolina pokiwała ze zrozumieniem głową. Też wolałaby się nie pokazywać w domu, gdyby przemoczyła galowe ubranie.

– A ty? Złe cię nie skrzywdziły? – zapytał malec. – Czasami potrafią być naprawdę wredne.

– Złe? – powtórzyła powoli osłupiała Karolina.

– No wiesz, Złe… Jak to, które próbowało ukraść twój klucz. Przecież je widzisz, prawda?

– Widzę – przyznała niechętnie dziewczynka.

Chłopiec rozpromienił się.

– Super! Dotąd, poza moim dziadkiem, nie rozmawiałem z nikim, kto by to potrafił. Jestem Oskar, a ty?

– Kara – odparła, lecz zaraz się poprawiła – Karolina.

– Ładne imię – oświadczył. – Prawie tak ładne jak ty.

Dziewczynka zarumieniła się. Nie miała pojęcia, co powinna odpowiedzieć.

Oskar wyciągnął przed siebie dłoń i stropił się nieco.

– Kropi – powiedział. – Zaraz lunie deszcz. Tyle z mojego schnięcia. Dobrze, że rodziców już nie ma w domu i mogę wracać.

Karolina z paniką spojrzała na szaro-granatowe niebo. Wiedziała, że nim przebiegłaby Bagna i park, przemokłaby do suchej nitki.

– Możesz przeczekać ulewę u mnie – zaproponował Oskar, widząc jej niepokój. – Mieszkam niedaleko. Lepiej, żebyś nie chodziła po mokradłach w czasie deszczu. Złe są wtedy silniejsze. Szybko!

Pociągnął dziewczynkę za rękę i popędził w dół ścieżki. Karolina, chcąc nie chcąc, podążyła jego śladem.

 

***

 

Dom Oskara stał na samym krańcu Bagien i wyglądał jak wycięty z dziecięcego rysunku. Miał pochyły dach, kryty w koronkę czerwoną dachówką, bielone wapnem ściany i okiennice z serduszkami na środku. Z przodu budynku rosły dwie sędziwe jabłonki, kilka krzaków agrestu i malin oraz istny gąszcz rudbekii i marcinków, a z tyłu – ogromna, nieco spróchniała lipa.

– Nie wiedziałam, że ktoś tutaj mieszka. – Karolina z zachwytem przyglądała się sielskiemu obrazkowi. – Jakoś nigdy nie dotarłam aż tak daleko.

Oskar uśmiechnął się, przekręcając ciężki, staromodny klucz.

– Od śmierci dziadka, nim się tu przeprowadziliśmy, dom stał pusty. Ludzie mogli już zapomnieć o tym miejscu. Wejdź, proszę – powiedział chłopiec, otworzywszy drzwi.

Karolina z radością schroniła się w ciepłym, suchym wnętrzu. Deszcz padał coraz mocniej. Gdy zdjęła buty, bębnienie kropli o szyby przeszło w niemal jednostajny hałas.

– Uff – odetchnął z ulgą Oskar, prowadząc gościa do dużego pokoju. – Zdążyliśmy w ostatniej chwili. Normalnie oberwanie chmury! Siadaj, Karola. – Wskazał wielką, obitą pluszem kanapę. Dziewczynka, trochę skrępowana, przycupnęła na brzegu mebla. – Chcesz coś pić?

Karolina, onieśmielona przebywaniem na obcym terenie, lekko skinęła głową.

Mały gospodarz podreptał raźno do drugiego pomieszczenia. Wrócił po chwili, tuląc do piersi dwie czerwone puszki i jakieś słodycze.

– Przepraszam, że nie zrobiłem herbaty, ale rodzice nie pozwalają mi używać samemu kuchenki – westchnął Oskar, próbując podać koleżance napój, tak by nie upuścić drugiej puszki ani reszty poczęstunku. Nie wyszło mu to zbyt zgrabnie i jeden z batonów spadł na uda dziewczynki.

– Nie szkodzi – wyjąkała Karolina.

– Mam nadzieję, że lubisz słodycze. Częstuj się. – Chłopiec postawił swoją puszkę na ławie, przysunął do sofy pufę i usadowił się wygodnie

Karolina podniosła batonik z podołka i wyszeptała z nabożną czcią:

– Sznikers…

Jadła to cudo tylko raz, gdy siostra na religii rozdawała słodycze z darów, lecz do dziś pamiętała oszałamiająca symfonię smaków, aksamit kajmaku na języku, absolutną doskonałość mlecznej czekolady, tak różną od margarynowo-kakaowej codzienności wyrobów czekoladopodobnych. Wtedy przez kilka miesięcy trzymała w szufladzie papierek po smakołyku, wąchając go czasami, by przywołać wspomnienie owej szczęśliwej chwili. Teraz miała przeżyć tę rozkosz ponownie, pijąc jednocześnie kolę z oryginalnej, kolekcjonerskiej puszki, a jej dobroczyńca przepraszał, że nie zrobił herbaty. Cudak!

– Oskar – zapytała ostrożnie – czy ty masz ciocię w Ameryce?

– Nie w Ameryce. W Erefenie – sprostował chłopiec. – To siostra mojej mamy. Jest strasznie fajna. Często przesyła nam paczki.

– Szczęściarz… – mruknęła Karolina, z lubością żując batonik.

Oskar uśmiechnął się szeroko.

– Miło, że ci smakuje – powiedział. – Jesteś taka ładna, kiedy się cieszysz… Wyglądasz wtedy podobnie do mojej mamy.

Karolina przełknęła ostatni kęs, popiła go kolą i otarła usta grzbietem ręki.

– Naprawdę? Pewnie też ma czarne włosy i zielone oczy? Wiesz, Oskar, chyba moglibyśmy kogoś nabrać, że jesteśmy rodzeństwem.

– Byłoby fajnie. Zawsze marzyłem o starszej siostrze, najlepiej takiej jak ty. Niestety nie mam rodzeństwa. Ani przyjaciół…

– Teraz masz mnie – zapewniła gorąco dziewczynka, chwytając jego chłodną dłoń.

Chłopczyk uśmiechnął się z wdzięcznością i zaczął opowiadać: o życiu w małym górskim miasteczku, o samotności, którą sprowadziło na niego dostrzeganie Złych, o zmarłym dziadku i przeprowadzce do odziedziczonego po nim domu. Karolina słuchała uważnie, a potem zaczęła wspominać swoje perypetie związane z niezwykłą przypadłością. Gdy doszła do pierwszego spotkania z Melanią, Oskar zapytał:

– To ta ruda dziewucha, z którą zwykle wędrujesz po Bagnach?

Karolina kiwnęła głową.

– Widziałeś nas wcześniej? Czemu nie podszedłeś? – zdziwiła się.

– Bałem się – oświadczył chłopiec. – Ona jest bękartem mamuny, wiesz?

– Co? – zapytała niezbyt elokwentnie dziewczynka.

– Twoja Melania to odmieniec. Podrzutek mamuny.

Karolina wybuchnęła śmiechem. Dopiero po dłuższej chwili, widząc obrażoną minę rozmówcy, spoważniała.

– No co ty, Oskar, daj spokój. Mel jest normalną dziewczynką. No, może „normalna” to niezbyt dobre słowo, ale… Chodzi do szkoły, uczy się, bije z chłopakami. Znam jej rodziców i koleżanki z klasy. To nie Dziwo, którego nie widzi nikt poza nami.

– Nie, to nie Dziwo – przyznał chłopiec. – Ona jest czymś o wiele gorszym. Nie wierzysz mi? – Odwiązał czerwoną aksamitkę i podał ją Karolinie.– Noś ją na ręce, to zobaczysz, czy twoja „przyjaciółka” będzie mogła cię dotknąć. Matki od wieków chronią tak małe dzieci. I przestań wplatać to głupie zielsko we włosy – może i odpędza uroki, ale prawdziwe demony jedynie irytuje.

– Dużo wiesz o demonach i takich tam. – Dziewczynka nerwowo miętosiła podarowaną tasiemkę.

– Dziadek często o nich opowiadał – bąknął speszony Oskar. – Chciał mnie chronić. A ja, Karolino, chcę chronić ciebie.

– Dziękuję. – Uśmiechnęła się najładniej jak potrafiła. Nagle zerwała się z miejsca, uświadomiwszy sobie przyczynę panującej w budynku ciszy. – Przestało padać! Mogę wracać do domu!

– Naprawdę musisz już iść? – Malec spojrzał na nią błagalnie, niczym głodny spaniel.

– Naprawdę – mruknęła ponuro. Nie chciała go opuszczać. – Mama zmartwiłaby się, gdyby nie zastała mnie w mieszkaniu.

– A wrócisz jutro? Pobawimy się razem?

– Postaram się – obiecała dziewczynka. – Tylko… mama nie lubi, gdy łażę po obcych domach.

– Więc przyjdź z mamą – zaproponował Oskar. – Moi rodzice bardzo chcieli poznać sąsiadów. Ucieszą się, jeśli będziemy mieć gości na podwieczorku. Trochę smutno mieszkać na takim odludziu.

Karolina nie uważała tego za najlepszy pomysł, ale dzielnie zapewniła:

– Spróbuję ją przekonać.

– Będę czekał. – Oskar uśmiechnął się z wdzięcznością i odprowadził koleżankę do drzwi.

Wyszedłszy na podwórko, Karolina rozejrzała się niepewnie wokół.

– O rany – westchnęła. – Nie mam pojęcia, w która stronę iść.

– Prosto tą ścieżką. Na pewno nie zabłądzisz – zapewnił chłopiec, wskazując porośniętą krótką koniczyną dróżkę.

– Dzięki. Do zobaczenia! – Karolina już unosiła dłoń, by pomachać na pożegnanie, gdy dostrzegła mokrą plamę tworzącą się u stóp kolegi. – Oskar! Czemu się nie przebrałeś?! Przecież się przeziębisz!

– Przepraszam – burknął chłopiec. – Jakoś przy tobie zupełnie o tym zapomniałem.

– O mokrych nogawkach?– zaśmiała się dziewczynka.– Głupek. Zmień spodnie i to zaraz. Rozumiesz? No. To do jutra.

Nie czekając na odpowiedź, pobiegła w górę ścieżki.

Po raz pierwszy w życiu Karolina czuła się dorosła i potrzebna. Miała wrażenie, że jej dusza śpiewa.

 

***

 

Ledwie zdążyła podgrzać pomidorową z ryżem, gdy z pracy wróciła mama.

Czesława Nowak była dość tęgą kobietą o okrągłej, wiecznie spoconej twarzy i czarnych, ściętych "na chłopaka" włosach. Na szczęście, koleżankom nie udało się jej namówić na zrobienie modnej ostatnio barankowej trwałej. Karolina przypuszczała, że matka w krótkich loczkach wyglądałaby jak pudel Wiśniewskich.

W młodości pani Czesława uchodziła za piękną kobietę. Karolina uwielbiała patrzeć na stare zdjęcie mamy, na którym smukła dziewczyna o urodzie Indianki i długich włosach, ozdobionych kwiecistą przepaską, obejmowała wąsatego, roześmianego młodzieńca. Niestety macierzyństwo bezlitośnie rozprawiło się z idealną figurą Czesi Nowak, przemęczenie pokryło jej twarz siateczką zmarszczek i wkrótce z dawnej urody pozostały jedynie szmaragdowozielone oczy.

Karolina nalała zupę do talerzy, siadła na taborecie i patrzyła jak matka walczy, usiłując zdjąć pantofle z obrzękniętych stóp.

– Coś ty taka ucieszona? – burknęła pani Czesława, patrząc z ukosa na córkę. – Pewnie znowu włóczyłaś się z tą durną Melą.

Karolinie sposób, w jaki matka wymawiała imię Melanii, nieodmiennie kojarzył się z pluciem na chodnik.

– Spotkałam się z Mel – przyznała dziewczynka – ale, tak jak obiecałam, powiedziałam jej, że nie możemy się dłużej przyjaźnić.

– I co? Da ci wreszcie spokój? – zapytała matka, płucząc ręce w zlewie. – Świetnie. Nigdy nie rozumiałam, czemu się z nią zadajesz. Ta przemądrzała smarkula uważa się za lepszą od nas. Smacznego. – Zasiadła obok córki i zaczęła pałaszować pomidorówkę.

Karolina zjadła grzecznie pół talerza zupy, po czym zamyśliła się i grzebiąc łyżką w resztkach ryżu, bąknęła:

– Wiesz, mamusiu, spotkałam dziś takiego chłopca, Oskara. Jego rodzina niedawno się przeprowadziła. Mieszkają w domku, za Bagnami. Nie znają tutaj nikogo. Oskar zaprosił mnie jutro na podwieczorek. Pójdziesz ze mną?

Pani Czesława odłożyła łyżkę i zmierzyła dziewczynkę krytycznym wzrokiem.

– No proszę, proszę, prawdziwa z ciebie dusza towarzystwa, córciu. Ledwie uporałaś się z jedną dziwaczną znajomością, już nawiązujesz kolejną. Ile razy mam powtarzać, że nie powinnaś rozmawiać z obcymi, a tym bardziej łazić po cudzych domach? Ludzie są różni, ktoś może cię skrzywdzić. Siądźże wreszcie na tyłku i zajmij nauką.

– Więc nie pójdziesz ze mną do Oskara… mamusiu? – Karolina czuła, że zaczyna ją piec w nosie, a do oczu napływają niechciane łzy.

– Nie. Nie pójdę do żadnego Oskara. Ty zresztą też nie. Nie życzę sobie, by moja córka włóczyła się bóg-wie-gdzie.

– Ale…

– Nie ma żadnego „ale”. Masz jutro zostać w domu. – Matka była nieugięta.

Dziewczynka podciągnęła nosem, otarła kułakiem oczy i szurając taboretem, odsunęła się od stołu.

– Dlaczego? Dlaczego nie pozwalasz mi mieć przyjaciół?

– Bo zawsze wybierasz nieodpowiednie osoby, Karolciu – oświadczyła spokojnie matka.

– Nieodpowiednie?! Przecież nawet nie widziałaś Oskara! Skąd możesz wiedzieć, że jest nieodpowiedni?! – wrzasnęła zapłakana Karolina.

– O nie, moja panno! Tak rozmawiać nie będziemy! – Pani Czesława starała się zdusić narastający gniew. – Przestań pyskować i marsz do swojego pokoju!

Karolina zacisnęła wargi. Dorośli zawsze byli tacy wredni. Zamiast zgodzić się na jakiś drobiazg, ważny dla ich dzieci, uparcie odmawiali – dla samej odmowy, żeby tylko nie stracić swej pozycji pana i władcy. Jakby każdy, kto skończył osiemnaście lat, natychmiast zapominał, co czuł kilka lat wcześniej.

– Nienawidzę cię! – syknęła jadowicie, patrząc rodzicielce w oczy. Pobiegła do pokoiku, trzaskając za sobą drzwiami.

– I nie wychodź stamtąd, póki nie nauczysz się odpowiednio odnosić do starszych! – zawołała za nią matka.

Pani Czesława odetchnęła głęboko kilka razy, rozmasowała bolące skronie i szepnęła bezsilnie:

– Dzieci…

Potarła policzki i wróciła do konsumowania chłodnej już zupy.

 

***

 

Następnego dnia Karolina, z zaciętą miną i zawiązaną na prawym nadgarstku szkarłatną aksamitką, maszerowała przez park. Dotąd zawsze była posłusznym dzieckiem, ale tym razem czuła, że matka nie ma racji. Musiała zobaczyć się z Oskarem.

Zostawiła na kuchennym stole liścik z wyjaśnieniem, dokąd się wybiera. Jeśli mama będzie się o nią martwiła, przeczyta, gdzie znaleźć córkę. Może wtedy zrozumie, ile znaczy dla niej Karolina.

Dziewczynka dotarła do nasypu kolejowego, lecz gdy tylko zaczęła się wspinać po zboczu, usłyszała za sobą głos:

– Nie powinnaś chodzić sama po Bagnach, Kara.

Obejrzała się. Tuż za nią stała Melania w towarzystwie dwóch psów – spasionego mopsa i wielkiego, czarnego jak smoła wilczura. Karolina nie była pewna, czy wyobraźnia nie płata jej figli, gdyż przez chwilę dostrzegła w oczach zwierząt czerwone ogniki.

– Cześć, Mel. A co? Masz zamiar mi towarzyszyć? – zapytała buńczucznie.

– Dziś nie bardzo mogę – westchnęła ruda. – Muszę opiekować się psami kuzyna, żeby dorobić do kieszonkowego. Poza tym, sama mówiłaś, że nie możesz się ze mną spotykać.

– Nie mogę. Ale to nie znaczy, że cię nie lubię – oświadczyła Karolina. – Między nami zgoda?

Melania spojrzała podejrzliwie na wyciągniętą w jej kierunku dłoń i uśmiechnęła się szeroko na widok czerwonej tasiemki.

– Ciekawa bransoletka – zauważyła. – Nigdy nie przypuszczałam, że spróbujesz kiedyś takich podłych sztuczek… kumpelo.

Karolina zacisnęła pięści.

– Oszukałaś mnie, Mel – wycedziła przez zęby. – Cały czas udawałaś przyjaciółkę, a byłaś zwykłym… potworem.

– Oszukałam cię?! – zaśmiała się Melania. – Niby jak? Już przy pierwszym spotkaniu powiedziałam ci, kim jestem. Czyja to wina, że nie potraktowałaś tych słów poważnie?

– Zejdź mi z oczu, podrzutku! – Karolina odwróciła się na pięcie i ruszyła w górę nasypu.

Czarne psisko kilkoma susami wyprzedziło wspinającą się dziewczynkę i zagrodziło jej drogę. Cofnęła się o krok.

– Poczekaj, Kara – poprosiła spokojnie Mel. – Może i jestem potworem, ale lojalnym potworem. Zanim odejdę, dam ci pożegnalny prezent: radę. Nie chodź więcej na Bagna. Każde stworzenie, nawet demon, tęskni za towarzystwem i zainteresowaniem. Niewidzialni najbardziej pożądają ludzkiej uwagi, strachu, wzroku, który przekona ich, że istnieją. Przyciągasz Złe tak, jak miód wabi muchy. Nie zbliżaj się do Bagien. Nie kuś śpiących tam sił.

– Mam w nosie twoje rady! – warknęła Karolina.

Spróbowała ominąć wilczura, lecz ten wyszczerzył kły i zaczął warczeć. Mops usiadł obok wielkiego pobratymca i wywaliwszy jęzor, przyglądał się dziewczynce z wyraźnym rozbawieniem. Jak na gust Karoliny, szpetna psia morda przybrała zdecydowanie zbyt ludzki wyraz.

– Twoje bestie mnie nie przestraszą! – zawołała, patrząc z nienawiścią na podchodzącą do psów Melanię. – Odczep się ode mnie!

Ruda położyła dłoń na karku czarnego brytana i pogłaskała zjeżoną sierść.

– Zostaw, Boruto – powiedziała łagodnie. Zabrzmiało to bardziej jak prośba niż komenda. – Decyzja należy do niej.

Wilczur warknął cicho, po czym, nie spuszczając wzroku z ciemnowłosej dziewczynki, minął ją i pobiegł w dół zbocza. Mops zachichotał złośliwie i leniwie potruchtał za towarzyszem.

Karolina, nie oglądając się za siebie, wdrapała się na szczyt nasypu i przekroczyła torowisko.

– Żegnaj, Kara – szepnęła smutno Mel i ruszyła śladem swych psów.

 

***

 

Karolina, nie niepokojona tym razem przez Dziwy, bezbłędnie trafiła do bielonego wapnem domku. Minęła chylące się pod ciężarem dojrzewających owoców jabłonki i zapukała do pomalowanych na zielono drzwi.

Z głębi domu dobiegł tupot bosych stóp i po chwili w drzwiach stanął zdyszany Oskar. Tym razem miał na sobie krótką, białą polówkę i czerwone szorty. Widocznie jego rodzice lubili patriotyczne kolory.

– Jesteś! – zawołał, z radością ściskając dziewczynkę. – Tak strasznie się bałem, że nie wrócisz!

Cmoknęła go w chłodny policzek.

– Przecież obiecałam, że przyjdę, co nie? – Patrząc na radość malującą się na dziecięcej buzi, Karolina uznała, że warto było zaryzykować konflikt z mamą oraz narazić się Melanii i jej diabelskim psom.

– Obiecałaś – przyznał chłopczyk. – Wejdź, proszę. – Chwycił dziewczynkę za dłoń i wciągnął do budynku.

Rozbawiła ją ta szczenięca niecierpliwość.

– Spokojnie, Oskar – powiedziała, zdejmując sandałki. – Nigdzie nie uciekam.

– Rozgość się, proszę, a ja pójdę po coś do picia – polecił jej gospodarz i w podskokach pobiegł do kuchni.

Ku uldze Karoliny, rodziców Oskara nie było w domu. Pracująca sobota miała swoje plusy. Dziewczynka przypuszczała, że dorośli wrócą dopiero na obiad.

Weszła do dużego pokoju i usiadła na kanapie. Wkrótce pojawił się Oskar, niosąc jakieś zagraniczne czekoladki i lemoniadę w puszce.

– Wiesz, miałeś rację co do Melanii – mruknęła, biorąc od niego napój. Opowiedziała chłopcu o spotkaniu z byłą koleżanką.

– Tak się cieszę, że zdołałaś się jej przeciwstawić. – Oskar odetchnął z ulgą. – Martwiłem się, że ta paskudna mamuna nas rozdzieli. Nie zniósłbym tego. Jesteś moją pierwszą i jedyną przyjaciółką, Karolino.

– I zawsze nią będę – zapewniła go dziewczynka.

– Przyrzekasz? – Chłopczyk ukląkł u jej stóp i złapał za ręce.

Poczuła się nieswojo. Przypominało to trochę zabawę w śluby. Dłonie Oskara były lodowato zimne, lecz w jego zielonych oczach kryło się miękkie, kuszące ciepło.

– Przyrzekam – szepnęła.

Pogładziła go po czarnej czuprynie. Wtedy zobaczyła, że malec klęczy w kałuży wody.

– Oskar… czy ty się zmoczyłeś? – zapytała niepewnie. Przecież był już za duży na takie rzeczy.

– Nie, to tylko woda – zapewnił zawstydzony chłopiec. – Odkąd wpadłem do rzeki, nie mogę wyschnąć.

– Nie żartuj! Przebierz się, zaraz przyjdą twoi rodzice.

– Moi rodzice nie wrócą – powiedział smutno Oskar. – Odeszli stąd dawno temu, gdy rzeka zmieniła koryto i zalała dom. Miałem wtedy nadzieję, że zostaną ze mną, ale… uciekli.

Karolina czuła jak jej serce zaczyna bić coraz szybciej i szybciej. W gardle coś ją ściskało i przeszkadzało oddychać. Zerwała się z sofy i odtrąciła dłoń chłopca.

– Oskar, ja… muszę wracać do domu. Przyjdę tu jutro, obiecuję, ale teraz muszę zobaczyć się z mamą. Zostawiłam jej tylko kartkę na stole i pewnie się martwi…

– Nie możesz stąd odejść, Karolino. Przyrzekłaś, że mnie nie opuścisz. Nie chcę dłużej być sam. – Oskar wstał z kolan i spojrzał błagalnie na dziewczynkę. – Naprawdę zależy mi na twoim szczęściu. Nie martw się – twoja matka na pewno cię szuka. Spróbuje cię uratować, a wtedy dołączy do nas. Będziemy razem. Na zawsze.

– Nie! Nie skrzywdzisz mojej mamy!- Karolina odepchnęła chłopca i pobiegła w stronę drzwi. – Ratunku! – krzyknęła, szarpiąc rozpaczliwie za klamkę. Drzwi jednak nie miały zamiaru ustąpić. – Niech mi ktoś pomoże!

– Karolino, proszę, uspokój się – powiedział Oskar, powoli zbliżając się do przerażonej dziewczynki.

Pomagając sobie zębami, zerwała aksamitkę z nadgarstka. Czerwona tasiemka spadła na podłogę.

– Mel! – zawołała z rozpaczą Karolina. – Mel, błagam, uratuj moją mamę! Mel!

Nacisnęła gwałtownie klamkę i tym razem zdołała otworzyć drzwi. Dziewczynka odetchnęła z ulgą i już chciała wybiec do porośniętego rudbekią i marcinkami ogrodu, gdy runęła na nią ściana wody.

 

***

 

Ciemnowłosa kobieta, zdyszana i zaczerwieniona na twarzy, wdrapała się na stromy nasyp. W ręku ściskała zgniecioną karteczkę. Nie miała pojęcia, co napadło jej córkę. Ucieczka Karoliny zupełnie ją zaskoczyła. Dotąd nigdy nie miała podobnych problemów ze swoją latoroślą.

Przeszła przez tory i ostrożnie zaczęła schodzić ku mokradłom. Stanęła na środku błotnistej ścieżki i rozglądnęła się niepewnie wokół. W pobliskich zaroślach coś zaszeleściło. Kobieta wzdrygnęła się odruchowo. Z chaszczy dobiegł zdziwiony, dziecięcy głosik:

– Pani Nowak? Co pani tu robi?

Szelest wzmógł się i po chwili z leszczynowej gęstwy na ścieżkę wygramoliła się mała Wilczyńska.

Dziewczynka była ubrana w jadowicie zielony sweterek, dziergany na drutach, oraz przycięte nad kolanami sztruksy, w kolorze, który artyści nazywali sjeną surową, a który pani Czesława zwykła określać jako sraczkowaty. Smarkula trzymała w ręce słoik z jakimiś obrzydliwymi wodnymi stworzeniami, a przez ramię, na poplątanym sznurku, miała przewieszone stare plastikowe sitko.

Pani Czesława zmierzyła rudzielca krytycznym wzrokiem. Dziewczynka uśmiechnęła się słodko i spojrzała na kobietę w sobie tylko właściwy, bezczelny sposób. „Kiedyś byłaś motylem, pamiętasz?”– zdawały się mówić fiołkowe oczy Melanii. – „Kiedyś byłaś motylem, a teraz jesteś brzydką tłustą świnią.” Pani Czesława bezwiednie potrząsnęła głową. Powinna panować nad swoją irracjonalną niechęcią do małej Wilczyńskiej i nie dawać się ponosić wyobraźni.

– Dzień dobry, Melanio – powiedziała uprzejmie. – Nie spotkałaś przypadkiem mojej Karolinki?

Dziewczynka zamrugała, wyraźnie zaskoczona.

– Szuka pani Kary? – zapytała. – Powiedziała wczoraj, że nie może się ze mną przyjaźnić i od tej pory jej nie widziałam. Przez cały poranek łapałam tu traszki, więc na pewno zauważyłabym, gdyby przechodziła ścieżką. Zresztą, Karolina boi się sama kręcić po Bagnach. Pewnie siedzi u jakiejś koleżanki.

Pani Czesława pokręciła głową.

– Nie sądzę… Zostawiła mi wiadomość, że odwiedzi kolegę, który mieszka za Bagnami. Wiesz może, którędy dojdę do jego domu?

– Kolegę?– zdziwiła się Melania. – Ale… Pani Nowak, tutaj nie mieszka nikt prócz traszek i żab.

– Jesteś pewna, Melu?

– Aha. Znam tę okolicę jak własną kieszeń. Przed wojną było tu kilka gospodarstw, ale rzeka zmieniła koryto i podtopiła domy, więc ludzie się wyprowadzili. Teraz zostały tylko resztki murów. Może ten kolega mieszka na nowym osiedlu? To kawałek od rzeki.

Pani Czesława zmarszczyła czoło.

– Może… Jednak z opowiadania Karoliny o tym całym Oskarze, zrozumiałam, że jego dom stoi tuż obok Bagien.

Ruda dziewczynka zbladła.

– Oskar? Ten jej nowy przyjaciel miał na imię Oskar?

– Melu, dziecko, co się stało? – Czesławę zaniepokoiła panika w głosie dziewczynki.

– Pani Nowak… Niedawno biegał tu mały chłopiec, mówił, że nazywa się Oskar i opowiadał jakąś niestworzoną historię, że niby pan z czarnej wołgi porwał jego koleżankę. – Fiołkowe oczy Melanii wypełniły się łzami. – Byłam pewna, że zmyśla. Pani Nowak, czy ktoś mógł skrzywdzić Karę?

Pani Czesławie ugięły się kolana, a serce zaczęło tłuc w piersiach jak przerażony ptak. Chwyciła małą Wilczyńską za ramiona.

– Gdzie widziałaś tego chłopca? Gdzie on jest? Mówił coś jeszcze? Melu, skup się!

– Nie wiem, gdzie jest. Nie znam go. Wyglądał na pierwszą klasę, miał ciemne włosy. Łaził tu, z godzinę temu, wzdłuż torów i beczał. Nie widziałam go wcześniej, naprawdę – szlochała dziewczynka. – Pani Nowak, niech mnie pani puści… To boli. Przecież nie zrobiłam nic złego!

Czesława uświadomiła sobie, że zaciska z całej siły palce na chudych ramionkach Melanii. Niemal odskoczyła od dziewczynki.

– Och, przepraszam. Nie chciałam. Nie wiem, co się ze mną dzieje. Boże, moja córeczka… Muszę iść na milicję! – Odwróciła się i zaczęła biec w stronę torów. Nagle przystanęła. – Melu, chyba powinnaś pójść ze mną, jako świadek – powiedziała, lecz małej Wilczyńskiej nie było nigdzie w pobliżu.

– Wystraszyłam ją – szepnęła pod nosem pani Czesława. Widziała, że powinna odszukać dziewczynkę, lecz nie miała na to czasu.

Walcząc z paniką i zadyszką, popędziła na posterunek.

 

***

 

Stara, zdziczała jabłonka pochylała się nad niewielkim stawem. Z jej bliźniaczej siostry został jedynie pień, gnijący na dnie zbiornika. O stojącym tu niegdyś domu, z bielonymi wapnem ścianami, przypominały pozostałości fundamentów, widoczne pod płytką warstwą wody. Resztę murów przedsiębiorczy sąsiedzi dawno temu rozebrali na kurniki i altanki. Tylko próchniejąca lipa, rosnąca na niewielkim pagórku, wyglądała niemal tak samo jak pół wieku wcześniej, zaś rudbekie rozsiały się po okolicy, tworząc kwitnące złoto zarośla.

Tuż pod powierzchnią stawu bezwładnie unosiły się zwłoki czarnowłosej dziewczynki.

Melania balansowała nad taflą wody i trzymając się jednej z grubszych gałęzi jabłonki, usiłowała pochwycić łydkę niedawnej koleżanki.

– No chodź, Kara – mruknęła pod nosem, walcząc zaciekle o utrzymanie równowagi. – Przecież cię tu nie zostawię.

 

Gdy wreszcie udało jej się złapać nieboszczkę za nogę, z błotnistej toni wynurzyła się mała, chłopięca rączka i wbiła paznokcie w przedramię Melanii. Rudowłosa pisnęła przeraźliwie, lecz nie puściła swej zdobyczy. Czarny wilk, warujący do tej pory na brzegu, zerwał się na równe łapy i wbił potężne kły w nadgarstek utopca. W stawie zakotłowało się. Mel zdołała wyrwać rękę z uścisku nieprzyjaciela i wydobyć ciało koleżanki na ląd.

Wilk z obrzydzeniem odpluł zielonkawą posokę. Dziewczynka z wdzięcznością podrapała go za uchem.

– Kochany jesteś – zwróciła się doń przymilnie. – Mogło być nieprzyjemnie, czyż nie?

Czarny zwierz spojrzał na rudowłosą spod byka i ostentacyjnie legł z powrotem w trawie, wygrzewając się w blasku wrześniowego słońca.

Melania westchnęła ciężko. Wytarłszy dłonie w tył spodni, chwyciła Karolinę za kostki i przeciągnęła ciało do położonego powyżej mokradeł rowu. Wykop był stary, stanowił pozostałość po porzuconych gospodarstwach, miał strome brzegi i – co najważniejsze – suche, pokryte zeszłorocznymi liśćmi, dno. Rudowłosa złożyła tam zwłoki koleżanki i usiadła obok. Odpoczywała przez dłuższą chwilę. Wysiłek, który znacznie przekraczał możliwości normalnej dziewczynki, dał się jej we znaki.

Coś zaszurało wśród otaczających rów krzewów i do Melanii przydreptał mops, ciągnąc za sobą lipowy konar.

– Dzięki – szepnęła dziewczynka, głaszcząc psa.

Odłamała kilka gałązek i splotła z nich skromny wianek. Włożyła go na lodowato zimne czoło przyjaciółki i przymknęła zmarłej powieki. Po bladych policzkach Karoliny biegały przestraszone lądzienie, szkarłatne niczym maleńkie krople krwi. Spomiędzy mokrych strąków włosów, niczym wstrętny, ożywiony liść, wylazła płoszczyca i zaczęła leniwą wędrówkę wzdłuż obojczyka nieboszczki.

Melania wygramoliła się z rowu. Stanęła na jego krawędzi i powiedziała podniosłym tonem:

– Co z ziemi zrodzone – do ziemi powróci.

Tupnęła stopą, obutą w pożółkły, gumowy pantofelek. Zbocze osunęło się, grzebiąc nieszczęsną Karolinę.

Mel odłamała dwie suche gałęzie lipy i związała je pasmem łyka. Wbiła prowizoryczny krzyżyk w świeżą mogiłę

– No, teraz jej nie dostaniesz, żabolcu – oznajmiła z satysfakcją, zerkając w kierunku stawu.

Czarny wilk podszedł do dziewczynki i trącił ją pyskiem.

– Wiesz, mogłaś ją uratować – mruknął z przyganą. – Wystarczyło się trochę pospieszyć.

Melania przekrzywiła głowę i uśmiechnęła się filuternie.

– Nie wymagasz ode mnie zbyt wiele, ojcze? – zapytała przekornie wilka. – W końcu jestem zwykłym potworem.

Wytarła dłonie w spodnie i pogwizdując, wróciła po słoik z traszkami.

 

Koniec

Komentarze

"Moi rodzice niedługo skończą pracę i będą marudzić, że znowu się „włóczymy” " - na co jest potrzebny ten cudzysłów?

 

Świetne.

Dzięki :D Cudzysłów wyrzucę. Ech, pół godziny walczyłam z edytorem ale mine pokonał

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

* tfu, mnie

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Nie naprodukuję się zbytnio w tym komentarzu i nie będę zbyt oryginalny. Jedyne, co mogę napisać o tym tekście to: świetne. Naprawdę bardzo mi się podobał.

     Sprawnie napisane, ale dialogi są zdecydowanie  za bardzo wystylizowane, Tak rozmawiają dzieci (?) w telenoweli i szybko rodzi się wrażanie, że to telenowela, tym bardziej, że tekst jest statyczny.  Bardzo długa ekspozycja wstępna, bez zarysu tajemnicy. W sumie --- trochę przegadane, a przez to przynudnawe.

     Pozdrówko.  

Mnie się również bardzo podobało. Miło czasem przeczytać coś sprawnie napisanego, a przy tym fajnego i bezpretensjonalnego. Mam tylko wrażenie, że trochę za dużo tu cudzysłowów, ale może to dlatego, że mam na nie osobistą alergię. Ale tekst czyta się świetnie:).

Dobre opowiadanie.  Zgadzam się z Rogerem, że dzieci tak nie rozmawiają, jednakowoż muszę oprotestować twierdzenie, że opowiadanie jest nudne. Ja spędziłem miło czas.

Pozdrawiam

Mastiff

No tak, ale to w końcu bardzo szczególne dzieci były :).

Dziękuję ogromnie za komentarze. Miło mi, że komuś się podobało.

Rogerze, z przegadaniem niestety raczej sobie nie poradzę. Co do dialogów - Mel i Oskar mieli brzmieć zbyt dorośle, starałam się, by tylko Karolina mówiła jak w miarę normalna dziesięciolatka - jeśli się to nie udało - mea culpa.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Naprawdę niezłe opowiadanie. Dawno tu takiego nie czytałem, nawet nie pamiętam od kiedy. I nie przemawia do mnie zarzut, że małe dzieci tak nie rozmawiają. To niby jak rozmawiają?

Bardzo, bardzo fajne, mimo że nie lubię złych zakończeń!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dobre. Tylko zakończenie mi się nie podobało, bo też nie lubię złych zakończeń. Ot, kaprys czytelnika...

Dziękuję. Co do zakończeń - pracuję nad sobą, bo ostatnio dostałam od męża burę za zbytni zapał do uśmiercania bohaterów.

Chciałam polikwidować część cudzysłowów, ale skończył mi się czas edycji.

Zauważyłam też, że mimo solidnej korekty, w ostatnim ustępie Melania mruczy i mruczy niczym zadowolona kotka ( okazuje się, że czasem warto spojrzeć na coś od tyłu:D), więc przepraszam za powtórzenia.

Pozdrawiam

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

E tam, czasem fajnie uśmiercić bohatera. Ja np. muszę to zacząć robić zdecydowanie częściej:). Jeszcze raz napiszę, że tekst czytało mi się świetnie, jakoś nie mogę przyzwyczaić się do czytania czegoś chociaż trochę dłuższego w kompie, zwłaszcza na takim tle, a ten przeczytałam za jednym zamachem, bez jakiegokolwiek znużenia. Pozdrawiam,

@ocha: Ja dłuższe teksty (ten również) kopiuję sobie do Worda i powiększam czcionkę.

 

Co do zakończeń, to mi się podobają od czasu do czasu nieszczęśliwe. W końcu czy wszystko musi kończyć się happy endem? Tu jakoś bardziej pasował mi taki finał, niż cudowne ocalenie dziewczynki przez jej półdemoniczną (?) byłą przyjacióółkę. Tak jest mniej przewidywalnie.

Podobało się. Napisane ładnie, nie musiałam się zatrzymywać by poprawiać co i rusz jakieś drobiazgi. Nie oznacza to, że nie zaznaczyłam nic, rzecz jasna, ale nie będę się rozdrabniać ; P

Po Mel poznać można, że jest nieco inna, podobnie Oskar od razu daje do zrozumienia, ale w stopniu takim w sam raz, żeby nie było krowie na rowie tylko sugestie. Mnie zakończenie się podoba, uważam, że happy endy zdecydowanie należy równoważyć, nie jesteśmy a Ameryce ; P

 

Życzę jak najszybiej nowych dobrych tekstów ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

świetnie oddałaś klimat "peerelowskiego" dzieciństwa. brawo!

mnie też bardzo (a nawet bardzo bardzo!) się podobało, ale zgadzam się z Rogerem. czytając dialogi czułam, że powinny brzmieć inaczej, skoro mają być to rozmowy dzieci. jasne, to nieco "inne" dzieci, ale nie jest to przecież od razu oczywiste. ich kwestie nie pasowały jakoś do tego "szkolnego" klimatu opowiadania.

podobnie jak zakończenie. dla mnie - zupełnie nietrafione. czytając tekst nie czułam rosnącego, dramatycznego napięcia (tzn. napięcie było, ale innego rodzaju), stwarzającego nastrój "horrorowatej" grozy, który by "pozwalał" na tak tragiczne zakończenie. mówiąc prosto - było dość sielsko, szkolnie, dziewczyńsko, a tu nagle TRUP. jakoś tak... eee...

ale to już kwestia gustu oczywiście, generalnie świetnie napisane i wciągające :)

Droga Autorko, wyszedł Tobie bardzo klimatyczny tekst.

Pozdrawiam.

Dziękuję.

@joseheim - bardzo mi miło, zwłaszcza, że poprzednio wymęczyłam Cię literówkami i innym paskudztwem, a moja "rządza zemsty" do dziś śni mi się po nocach. Pewnie minie trochę czasu, nim zamieszczę kolejny tekst, bo pracuję nad nim od pół roku, a napisałam jakieś 2/3. Uśmiechnę się wtedy o pomoc przy korekcie, bo to typowe fantasy, którego moja "beta" nawet kijem nie tknie

@fanta - no tak, stopniowanie napięcia nie jest moją mocną stroną. Jak czytam, prawie zawsze zagladam na koniec utworu, a takie brzydkie nawyki rzutują też na pisanie. 

Pozdrawiam

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

nie, nie, napięcie rosło zupełnie prawidłowo. jak puls zdrowego faceta przy szybkim biegu na autobus :) problem w tym, że zmierzało, moim zdaniem, do zakończenia mniejszego kalibru :)

pozdrawiam, mam nadzieję, że zajmiesz dobre miejsce w konkursie. Twoje opowiadanie i "Nawidz" były zdecydowanie najlepsze!

Napiszę szczerze, że zupełnie nie podzielam zarzutów w sprawie końcówki. To właśnie fajnie, że było tak dziewczyńsko, a tu trup. No, może "fajnie" to złe słowo. Ale ja się trupa nie spodziewałam, do końca myślałam, że jakoś dziewczynka ocaleje, a tu jednak trup. I dobrze! Ale to - właśnie - kwestia gustu :).

ocha, no fakt. efekt zaskoczenia udało się osiągnąć :) ale przecież nie tylko o to chodzi.

Bardzo dobre opowiadanie, fajny peerelowsk klimat - można sobie powspominać dzieciństwo.

Tylko w jednym miejscu wilczur nagle stał się brytanem... Swoją drogą, Melania to dziecko mamuny, a jej ojcem wilczur...? Wilkołak? W każdym razie Mela wyszła ci dobrze, bardzo ciekawa postać, chętnie bym jeszcze coś o niej przeczytała.

A zakończenie nie jest takie złe - co prawda Kara się utopiła, ale nie chciała zostać z utopcem na wieczność i dzięki Meli nie została. Więc w sumie pozytywne;-) A skoro Mela, choć odmieniec, krzyż postawiła na grobie, to może i niebo istnieje? Wszystko zależy od spojrzenia na śmierć i życie pośmiertne;-)

@Piwak - cieszę się, że Ci się podobało. Co do brytana - zdaje się, że obecnie nie ma takiej rasy, była chyba w średniowieczu (choć moja wiedza na temat psów rasowych jest raczej powierzchowna i oparta o wujka Google), a określenie wg sjp obejmuje ogólnie duże psy. Jeśli chodzi o ojca Mel - w którymś z materiałów na temat demonologii słowiańskiej ( swoją drogą strasznie dużo w nich sprzeczności i odmienności w zależności od rejonu) urzekło mnie zdanie, że podrzutek to dziecko demona i czarownicy. Tak więc jej rodzicem hmm biologicznym? demonicznym? został Boruta, czyli poczciwy (?) słowiański borowy, z którego chrześcijaństwo uczyniło demona, a który w tej "wersji" mógł przyjmować postać czarnego wilka.

A w kwestii krzyżyka - bardziej istotne było lipowe łyko, chroniące przed utopcami. Poza tym, dla Mel krzyżyk nie tyle stanowił symbol wiary, ile coś, co musi być, bo tak karze zwyczaj (przeprowadzano takie urocze badania na dzieciach i szympansach, które pokazują, jak ważny dla nas jest rytuał).

Pozdrawiam

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Brrr... każe zwyczaj oczywiście.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Zerknęłam do swojego usjp i rzeczywiście, potocznie brytanem nazywa się duże psy. Kiedyś czytałam coś o tej rasie, więc zwróciło to moją uwagę. 

Podrzutek jako dziecko demona i czarownicy to chyba rzeczywiście późny regionalizm (czasy chrześcijańskie). Dalej nieźle zamieszałaś, ale też tak robię. Na przykład Peklencowi dałam twarz Hel - połowa piękna, druga połowa doprowadza do szaleństwa;-)

 

Dobra historia. Nie będę tak radykalny jak Roger i nie powiem, żeby było przynudnawo, ale wydaje mi się, że drobna przebudowa objętości cząstek wyszłaby tekstowi na dobre. Podobnie dialogi --- lepiej by było je trochę pupsuć.

pozdrawiam

I po co to było?

Tylko bez przesady z tymi dialogami, w końcu to ośmiolatki. Mój bratanek nie ma jeszcze 5 lat, a od dawna mówi poprawnie gramatycznie, bez seplenienia.

Przeczytałem. I niestety, obawiam się, że jest to najlepszy, najfajniejszy i przeczytany jednym tchem tekst w tym miesiącu. I najbardziej mi sie spodobał. Pisz, publikuj a kiedyś coś wydasz na papierze. Oczywiście korekta tekstowi by się przydała, ale to i tak nie przysłoniło mi pozytywnego odbioru. Pozdrawiam.

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

Wszyscy Ci tak kadzą, więc ktoś musi wreszcie wsadzić łyżkę dziegciu do tej beczki miodu i trochę zamieszać. Mocno dziewczyńskie opowiadanie z gadającymi jak studentki pierwszoklasistkami i nostalgią do PRLowskiej biedy w tle. A ja jestem prawdziwym facetem i lubię mocne rzeczy, w związku z czym żałuję, że straciłem tyle czasu i że przeczytałem to opowiadanie... dopiero teraz. Przykro mi, ale bardzo mi się podobało ;)

@Unfal -> ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

:D Dzięki. Unfall, ty wiesz jak przyspieszyć kobiecie tętno...

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Gratuluję piórka:). Bardzo fajnie.

No dobra, skuszony Twoim niedawnym komentarzem w Hyde Parku, oraz mając w pamięci dwa inne opowiadania, ktore tu zamieściłaś, postanowiłem nadrobić zaległości i przeczytać to piorkowe. Oj, przedmówcy mieli rację – świetny tekst! A dialogi akurat wcale nie są przekombinowane i dobrze do wykreowanych postaci pasują. Jedyne do czego mógłbym sie przyczepić to zbyt szybkie ujawnienie nieludzkiej natury chłopca – jego przemoczone ubranie, na które dość nachalnie była naprowadzana uwaga czytelnika, od razu zdradzało tożsamość Oskara. Ale może się czepiam niepotrzebnie :) Tak czy siak, przyjmij spóźnione, ale szczere gratulacje. Pozdrawiam.

Sorry, taki mamy klimat.

Ogromnie dziękuję:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Fajny tekst, pojechałaś ze słowiańskimi odwołaniami…

Poczepiałabym się spodni Oskara. Jeśli galowe, to granatowe albo czarne, a nie żadne czerwone.

A Boruta nie został diabłem? Takim szlacheckim? I ciekawi mnie, kim jest ten drugi piesek…

Babska logika rządzi!

Dzięki za przeczytanie!

Oj tam, oj tam. Szybciej by przeszły czerwone w tamtej podstawówce niż granatowe u utopca. Z czego jak z czego, ale z czerwonego dało się wówczas wytłumaczyć :P

Drugi piesek był chowańcem, a Boruta… to w "Gemmie" tłumaczyłam, więc w razie nudy zapraszam do lektury:D

 

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Wciągający tekst, tematykę lubię a zakończenie po prostu miodzio jest. Muszę jednak zgłosić dwie literówki, które zauważyłem.

Cieszę się ogromnie, że przeczytałeś tak leciwy tekst, a jeszcze bardziej – że przypadł Ci do gustu:)

Jeśli pamiętasz te literówki, będę bardzo wdzięczna za ich podanie – odnalezienie paskud we własnym tekście zawsze dostaje +10 do niemożliwości;)

Pozdrawiam serdecznie

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

 

Inne dzieci nie chciały się z nią bawić i dziewczynka zaczęła wierzyć, że już nigdy nie będzie miał przyjaciół. Póki, na początku pierwszej klasy, nie spotkała Mel.

O stojącym tu niegdyś domu, z bielonymi wapnem ścinami, przypominały pozostałości fundamentów, widoczne pod płytką warstwą wody.

Literówki mnie nie odstraszają, a leciwe teksty traktuję jak te świeżo dodane.

Gratuluję piórka i pozdrowienia!

 

 

 

Poprawione. Dzięki stukrotne! :)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Alex – Ty nie piszesz, Ty malujesz słowami!

Wraz z Karą przeniosłem się na Bagna, podziwiałem przyrodę, wzdrygałem się, słysząc dochodzące z zarośli chichoty Dziwów, dostrzegając kątem oka lśniące ślepia boboków.

I ani się obejrzałem, gdy opowieść dobiegła końca. 45 tyś znaków? Nie chce mi się w to wierzyć! (Ale liczyć nie zamierzam :P). Zakończenie smutne, a jednak bez niego opowiadanie byłoby zaledwie b. dobre, a tak uważam je za wyjątkowe – fabuła wzbudziła emocje, owszem, ale myślę, że to śmierć Karoliny je we mnie utrwali i jeszcze nie raz zawędruję myślami na Bagna, by odwiedzić grób dziewczyny i wspomnieć jej przygodę.

Dziękuję i pozdrawiam.

 

Szczegół:

 

Drzwi jednak nie miały zamiaru ustąpić.– Niech mi ktoś pomoże!

 

Zjedzona spacja po kropce.

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

Rany, jak miło zobaczyć komentarz pod równie leciwym opowiadaniem. A zwłaszcza taki:)

Bogusławie Eryku, dziękuję za przeczytanie, wyłapanie i dobre słowo.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Kurde, jak ja Ci, Alex, zazdroszczę tej “wiedzy przyrodniczej”! Eh, ja to wiem tyle, że w lesie są drzewa, krzaki jakieś, polany, trawa i kwiatki różne kolorowe.

Z przodu budynku rosły dwie sędziwe jabłonki, kilka krzaków agrestu i malin oraz istny gąszcz rudbekii i marcinków, a z tyłu – ogromna, nieco spróchniała lipa.

Kiedy tylko przez myśl mi przejdzie, że miałbym napisać podobne zdanie, zaraz zaczynam panikować! Boje się, że wpierniczę do lasu – takiego typowego, polskiego dajmy na to – jakąś egzotyczną roślinę, która rośnie jedynie w lasach tropikalnych albo na pustyni! Choćby palmę… lub kaktusa! :D A w plagiaty się nie bawię. Więc, gdyby coś mnie w przyszłości naszło na buszowanie w lesie, mógłbym zgłosić się do Ciebie na konsultacje? ;)

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

Jeżeli chodzi o Alex, to rzeczywiście – z zielskiem strach się bać. ;)

Przyznam się teraz, że napisałam kiedyś taki tekst, w którym potrzebne mi były pewne lecznicze (i nie tylko) właściwości roślinek. Co ja się namęczyłam, przeszukując net! Jakieś zielniki, porady i co tam jeszcze. I jak już chciałam odpuścić, to pomyślałam – nie, Alex przeczyta, będzie wstyd! I męczyłam się dalej.

Napisałam, Alex przeczytała, nie krzyczała, a mnie ulżyło. Ale i tak świadomość, że Alex może przeczytać, co ja tam wypocę sprawia, że do flory podchodzę nieco zestresowana. ;)

Jasne, zawsze do usług – na tyle, na ile starczy mi wiedzy. Jakbyś miał jakieś pytania dotyczące medycyny też postaram się pomóc:)

EDIT: Ocho, czyli wychodzi na to, że jednak jestem przerażającą herszt-babą:( I zielskofilką na dodatek. Coby nikogo w kompleksy nie wpędzać, ja też sprawdzam zanim coś o ziołach napiszę. Bo niby wiem co nieco, a potem dopadają mnie wątpliwości co do szczegółów.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Dawno, dawno temu pisałem powieść fantasty (eh, tak, o elfach :P), które zamieszkiwały polanę wyścieloną “bajecznym ogrodem”… ile ja się tego Internetu wtedy naczytałem! Stron z poradami typu: jak urządzić sobie wymarzony ogródek :P Aż mi się głupio w pewnym momencie zrobiło i zimny pot oblał ciało na samą myśl, że ktoś mnie – faceta przecież, w spodniach, nie w kiecce – przyłapie na tym karygodnym procederze! Koniec końców, dałem za wygraną i powymyślałem sobie własne cudownie-magiczne kwiatki ;)

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

Mnie bardziej martwiło to, że w pewnym momencie historia mojej przeglądarki wyglądała jak podręcznik młodego terrorysty – trucizny, broń, produkcja prochu… A miesiąc później biografia Mahometa i opracowania koranu:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Jaka tam herszt-baba! Zmuszasz do rozwoju i inspirujesz! ;) A jaka ja byłam potem dumna z siebie, że się nie czepiłaś!

BogusławieEryku – też mi przeszło przez głowę, żeby sobie roślinki sama powymyślać, ale jednak jakoś mi to tam nie pasowało. Ale korciło. ;)

Całe szczęście Alex, że mieszkasz w Polsce ;) Tak daleko panom z Homeland Security raczej nie będzie chciało się fatygować. Raczej… :P

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

Ocha – jakby co służę już wymyślonymi – spłodziłem tych potworków trochę na potrzeby wspomnianej powieści :P

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

:)

Dzięki. Ale ja raczej zazwyczaj wymyślam minimalnie. Ot, tak, żeby się nikt nie czepił, że brak fantastyki. ;)

 

Dobra, zmykam, zanim Alex się zeźli.

Przeczytałem te Bagna, AlexFagus. W trzeciej kolejności, gdyż miały najmniej komentarzy spośród brązowo-piórkowych. ;)

O tym, że czytało mi się przyjemnie i treść plastycznie formowała się w wyobraźni nie będę rozprawiał, bo tak zapewne będzie już zawsze. Po prostu Twój styl pisarski odpowiada mi i tyle :)

Tematyka ciekawa i niestety bardzo niedoceniana – słowiańskie bóstwa przegrały z chrześcijańskim Bogiem i ukryły się na mokradłach. Ja również słabo ją znam i lektura Twego opowiadania zbytnio mnie nie wzbogaciła w tym względzie :/

Kilka nazw demonów i historia, która nie obfitowała w zwroty akcji. Karolina poznała Melanię, by ta wydobyła jej zwłoki z jeziora. Znów wykreowałaś dziwną matkę, której nie podoba się, że córka wreszcie znalazła koleżankę. Czesia kazała jej zakończyć tę znajomość, smutne ;(

Niemniej, mimo że fabułę uznaję za “rzemieślniczą”, a nie “artystyczną”, czas spędziłem przyjemniej niż przy Kołodziejczaku, którego książkę czytałem wcześniej, jestem więc zadowolony :)

 

W kwestii błędów: znacznie trudniej do czegoś się przyczepić ;D Znalazłem ino:

prosto tą ścieżką

Zaiste, winno być “tę”. :P

Siądźże wreszcie na tyłku i zajmij nauką.

Zajmij się nauką.

 

Dziwnie wygląda odmiana słowa cola, ale chyba jest prawidłowa, gratuluję natomiast za zapisanie słowa ŁEPEK. Jeż był w sumie niemiły, także według tej definicji postąpiłaś właściwie: ;D

http://www.raciborz.com.pl/art15042.html

 

To właściwie tyle, dzięki za lekturę!

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Kurcze, poprzednio zeżarło mi wypaśnie długi komentarz dziękczynny, więc teraz krócej:)

Dziękuję za przeczytanie oraz tak wnikliwy i miły komentarz.

Co do potraktowania mitologii słowiańskiej nieco po macoszemu – chcąc choć trochę wyróżnić się wtedy wśród konkursowej konkurencji, chciałam spojrzeć na sprawę trochę inaczej. Jeśli lubisz tamtą tematyke, polecam zwycięski wówczas tekst podsuwaka – “Nawidz”.

Z kreacją dziwnej matki – o, a pani Czesia akurat jest nieco bezczelnie wzorowana na prawdziwej osobie (niespokrewnionej ze mną, od razu zaznaczę; staram się raczej nie mieszać rodziny w moje bajdurzenia, wystarczy, że pewien rusznikarz zastanawiająco przypomina mojego ojca:D).

Z “tę” to serio? Bo narzędnik od “ta” to “tą” jeśli się nie mylę.

O, a z “łepkiem” mi się co nieco wyjaśniło, bo zastanawiałam się kiedyś skąd to “p” skoro np. hełm to “łebka”

Serdecznie pozdrawiam:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Jeśli chodzi i “tę” i “tą”, to ponoć tylko ta pierwsza wersja jest prawidłowa w piśmiennictwie… Kiedyś powiedziała mi to polonistka, później przeczytałem w Internecie, wreszcie na tej stronie ktoś się do tego przyczepiał ;P

Aczkolwiek to trochę puryzm językowy, jak dla mnie przesada ;)

Dzięki za polecenie tamtego opowiadania, zajrzę z ciekawości :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Wszystko się zgadza, ale wtedy, gdy mówimy o bierniku (kogo?co?). Narzędnik (kim? czym?) ma chyba tylko formę “tą”.

Tak więc imho: wybierz tę ścieżkę, ale już: (idź) prosto tą ścieżką

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Rzeczywiście, tak dokładnie tego nie rozważyłem.. W takim razie wybroniłaś się! :)

Wiesz, nie chciałbym tylko słodzić, a tak trudno jest się do czegokolwiek przyczepić, że zaczynam za bardzo kombinować ;P

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Sporo czasu minęło od tego konkursu i żałuję, że Twoje Bagna przeczytałam dopiero teraz, bo jest to naprawdę zajmujące opowiadanie, a w dodatku czytało się świetnie. Musze wyznać, że wyjątkowo przypadł mi do gustu pomysł umieszczenia postaci z dawnych wierzeń we współczesnym świecie. Podoba mi się, że mamuny, utopce, ubożęta i inne Dziwy, cały czas mieszkają tuż obok, bliziutko, zaraz za naszym osiedlem…

Z dużym uznaniem znajduję także wplecenie motywu miejskiej legendy o czarnej wołdze.

 

rów­nie prze­ra­żo­ne­go co jej wnucz­ka… – …rów­nie prze­ra­żo­ne­go jak jej wnucz­ka

 

nie miała bla­de­go po­ję­cia, która ścież­kę wy­brać. – Literówka.

 

Chło­piec po­sta­wił swoją pusz­kę na ławie, przy­su­nął do sofy pufę i usa­do­wił się wy­god­nie – …przy­su­nął do sofy puf i usa­do­wił się wy­god­nie.

Puf jest rodzaju męskiego. Brak kropki na końcu zdania.

 

– O mo­krych no­gaw­kach?– za­śmia­ła się dziew­czyn­ka. – Brak spacji po pytajniku.

 

Ka­ro­li­na przy­pusz­cza­ła, że matka w krót­kich locz­kach wy­glą­da­ła­by jak pudel Wi­śniew­skich. – …że matka z krótkimi loczkami wy­glą­da­ła­by jak pudel Wi­śniew­skich.

 

Ka­ro­li­na, nie oglą­da­jąc się za sie­bie… – Masło maślane. Czy można obejrzeć się przed siebie?

Proponuję: Ka­ro­li­na, nie oglą­da­jąc się… Lub: Ka­ro­li­na, nie patrząc za sie­bie

 

Tym razem miał na sobie krót­ką, białą po­lów­kę i czer­wo­ne szor­ty. – Co to znaczy, że polówka Oskara była krótka? Czyżby chłopcy nosili także długie koszulki?

 

Nie skrzyw­dzisz mojej mamy!- Ka­ro­li­na ode­pchnę­ła chłop­ca… – Brak spacji przed dywizem, zamiast którego powinna być półpauza.

 

„Kie­dyś byłaś mo­ty­lem, pa­mię­tasz?”– zda­wa­ły się mówić fioł­ko­we oczy Me­la­nii. – Brak spacji po zamknięciu cudzysłowu.

 

„Kie­dyś byłaś mo­ty­lem, a teraz je­steś brzyd­ką tłu­stą świ­nią.” – Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

– Ko­le­gę?– zdzi­wi­ła się Me­la­nia. – Brak spacji po pytajniku.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki,Reg:-) Rany, jak miło zobaczyć komentarz pod tak wiekowym tekstem. Poprawki wprowadze gdy tylko Dzieć pozwoli.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Podobało mi się :)

Nowa Fantastyka