Cześć kronos.maximus. Dziękuję za cenne uwagi i spieszę, aby przybliżyć, czym się kierowałem.
W obu zakończeniach zły uczynek zostaje ukarany (choć chyba nieproporcjonalnie do czynu).
Odbierałem to tak:
W wersji pierwszej kara miała być półmistyczna, półpsychologiczna. Czyli niebiosa zsyłają wizję, lecz to reakcja maestro na stratę (jego gniew i zacietrzewienie) doprowadza go do wylewu, więc w pewnym sensie zrobił to sobie sam. Być może jest to za słabo zaakcentowane.
W wersji drugiej chciałem przekazać, że odradzony chłopak popełnia samobójstwo, a maestro staje się współwinnym, za co grozi odsiadka w piekle – wisielec ściąga go w dół.
„Lecz nie były to łzy wzruszenia. Według mnie to dopowiedzenie jest niepotrzebne”. Zgadzam się. Chciałem zagrać na tym, że lokaj inaczej odbiera rzeczywistość, nie widzi „piekła za życia”, w którym wylądował jego pan. Myślałem, że to będzie dobre domknięcie. Muszę to jeszcze przemyśleć.
Chodzi o klucz wiolinowy? Jednocześnie taki, który otworzyłby mu drzwi do kariery? – tak, chodziło o dołączenie do grona największych: Mozart itd.
Czym są wirujące kłęby? – tak, chodziło o piekło. Jakoś tak wyobraziłem sobie przeciwieństwo światła. :) I tak, ten wisielec miał być tym odrzuconym chłopakiem. Jak wiadomo, samobójstwo jest wg Kościoła grzechem, który prowadzi tylko w jedno miejsce.
Rafał Kwaśniak