- publicystyka: Oszczędźcie mi oszczędzania mnie

publicystyka:

felietony

Oszczędźcie mi oszczędzania mnie

 

Ostatnio rzadko chodzę do kina. Coraz rzadziej oglądam też seriale, a jeśli już, to powtórki staroci. Powód tego „zrywania” z medium jest jeden z dwóch do wyboru: albo to ja się starzeję, albo to kino infantylnieje.

Jestem z pokolenia Terminatora i Karate Kida. Tak, to naturalne zestawienie i już biegnę wyjaśnić, tylko najpierw

 

[SPOILERY!]

 

Mentorem protagonisty w Karate Kid był niejaki Pan Miyagi, który wyemigrował do USA tuż przed wybuchem wojny. Samego filmu nie pamiętam zbyt dobrze, za to absolutnie i chyba na zawsze wryła mi się w pamięć scena, w której (w filmie przecież młodzieżowym!) stary Japończyk upił się w towarzystwie nastoletniego podopiecznego. To była rocznica śmierci jego żony i dziecka w obozie internowania. Boszsz, jakie to było mocne! Właśnie przez kontrast, właśnie przez grupę docelową i rozrywkowy charakter filmu. Nigdy wcześniej nie spotkałem się z tym aspektem 2. Wojny Światowej. Japonia to przecież były bomby atomowe, prawda? Po prostu młody byłem, film chciałem obejrzeć dla rozrywki, szczególnie że przecież wtedy trwała moda na wschodnie sztuki walki. Zamiast tego zapamiętałem obóz internowania i żałobę bohatera. Akcenty filmu momentalnie się przesunęły.

Pierwszy Terminator jest klasyczną historią. Wszystko w tym filmie jest bardzo, bardzo podręcznikowe. Bohaterka, której na początku się nie wiedzie, motyw pościgu (polowanie), miażdżąca przewaga antagonisty, klasyczny łuk rozwoju bohatera i… śmierć partnera głównej bohaterki. To wszystko jest bardzo typowe. A, jednak nie. BYŁO typowe.

Gdy widzę zapowiedź nowego Bonda, San Andreasa, Jurassic World itd. po samym trailerze rozpoznaję, kto przeżyje (a kto nie). Jest to szczególnie wkurzające w przypadku filmów katastroficznych, czyli np. San Andreas. Owa pewność sukcesu powoduje, że trudno mi się z zżyć z bohaterami, bo stojące przed nimi wyzwania nie wiążą się z żadnymi konsekwencjami. Dotychczas (w poprzednim wieku) taką pewność miałem tylko w przypadku niektórych gatunków czy konwencji: w Indiana Jones TLC miałem pewność, że przeżyją obaj Jonesowie, ale już w przypadku Bonda trzymałem kciuki za bohaterów drugoplanowych, bo nadal miałem w pamięci śmierć żony 007. To samo dotyczy seriali. Jeżeli w którymś ze współczesnych procedurali zginie jeden z głównych bohaterów, to ta śmierć będzie punktem kulminacyjnym fefnastego sezonu, kiedy trzeba podnieść słupki oglądalności.

Dochodzę do wniosku, że twórcy obrazów kinowych i telewizyjnych tak bardzo starają się oszczędzić widzom jakichkolwiek przykrości, że cała branża zrobiła się infantylna. Dominanta założenia „widz ma się dobrze bawić” została okrutnie wykoślawiona. Kiedyś „dobrze się bawić” często wiązało się z „przeżywaniem”. Wejście w buty bohatera, śmianie się z nim, ale też płakanie, było wyznacznikiem dobrej zabawy. Dziś dobra zabawa w kinie kojarzy mi się raczej z kretyńskim rechotem nad kartonem popcornu. Aż wstyd się dobrze bawić!

Pozwolę sobie na jeszcze jedno porównanie, korzystając z okazji, jaką jest namiętne przepisywanie starych filmów. Czyli Star Trek II i Star Trek Into Darkness.

STII to Moby Dick. Antagonista, zmodyfikowany genetycznie geniusz mający porachunki z Kirkiem i z załogą Enterprise, zdobywa okręt i zamiast odlecieć w dal wybiera zemstę. Film jest bardzo „symetryczny”. Na początku dowiadujemy się, że Kirk w akademii zhakował test Kobayashi Maru, a na sam koniec zdaje go Spock: ginie ratując okręt, a film kończy się jego pogrzebem. Zabicie członka załogi w koszuli innej niż czerwona w treku się zdarzało, nawet w poprzednim ST:TMP zginęła Ilia, jedna z ważniejszych postaci. Ale Spock nie był postacią nawet pierwszoplanową. Zagranie scenarzystów było genialnie okrutne, ponieważ Entkiem dowodził nie Kirk, ale złożona z dwóch osób postać Kirk-Spock. Zabicie tego drugiego było de facto pozbawieniem kapitana połowy duszy. I film skończył się pogrzebem? Tak właśnie, drogi widzu! Oficer floty poniósł konsekwencje wcześniejszych decyzji i okoliczności. Dokonał wyboru.

Oczywiście Spocka „przywrócono” do życia, o czym jest kolejny film, ale w nim z kolei uśmiercono innego ważnego bohatera, czyli sam okręt. Kirk po raz pierwszy zdał swój Kobayashi Maru.

A teraz do ST:ID z 2013 r. Jest to przepisana historia znana z filmu ST II, który się sprzedał. W tym nowym dla odmiany zginął Kirk, nie Spock, ale nie martw się widzu, bo wskrzeszono go krwią Khana przed końcem filmu. Czyli nie ma konsekwencji, nie ma przeżywania tragedii bohaterów. Śmiej się, oglądaj obrazki i żryj ten popcorn!

Ale jest nadzieja. Podejrzewam, że jedną z przyczyn sukcesu Gry o Tron jest właśnie ta memetyczna wręcz rzeźnia głównych bohaterów. To nie jest tak, że Martin jest sadystą, a przynajmniej nie największym spośród autorów literatury fantasy. Że wymienię pierwszą z brzegu Księga Całości Kresa. Raczej scenarzyści innych seriali tak zdziecinnieli, że GoT zaczęła robić za latarnię. Co ciekawe, takie „konsekwentne” podejście do fabuły i bohaterów widać w serialach brytyjskich. W Spooks, Misfist czy Being human wymieniły się prawie całe obsady, a scenarzyści regularnie dawali widzom sygnały, że jeżeli nie jesteś nieśmiertelny (nawet jeżeli jesteś duchem/wampirem/wilkołakiem), to możesz umrzeć. Jeżeli jesteś postacią w serialu przygodowym, to pamiętaj, że przygody wiążą się z ryzykiem i jest większe prawdopodobieństwo, że umrzesz. Gdy jesteś szpiegiem, to też możesz umrzeć (bo nie jesteś Bondem, który co film umiera w ekspozycji tuż przed piosenką i konturami wijących się nagich pań). Co ciekawe, nawet płaski fabularnie nowy Mad Max też ma ów element tragedii po stronie pozytywnych bohaterów.

Kino poszło w przykrym kierunku i nie jest to wina konwencji, bo mało kto pamięta, że Han Solo miał się nigdy nie obudzić z karbonitu.

Komentarze

bo mało kto pamięta, że Han Solo miał się nigdy nie obudzić z karbonitu.

 

Amen.

 

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Zawsze powtarzam, że dobry film nie powinnien kończyć sie happy endem.

Udany felieton. Mnie też filmy jakoś mniej bawią niż 20 lat temu :)

Amen to that! Pierwszy terminator normalnie przerażał! 

 

Ale bądź dobrej myśli, seriale, jak sam zauważyłeś, nie ignorują zjawiska i można znaleźć te normalne. Udany felieton ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Lubię Cię, Dzikowy, czytać... Ekhm. ;)

Przykro mi to stwierdzić, ale jestem niemal pewien, że kino fantastyczno-przygodowo-sensacyjne stoi w miejscu przynajmnej jeśli chodzi o wiek odbiorcy. No może przesunęło się lekko ku młodszej widowni. Ale naprawdę, nieznacznie.

To my, Hani Solo, Ksieżniczki, Sajłokerzy, agenci Moulderowie, Gandalfowie, posunęliśmy się. Nie do przodu, tylko w czasie. Naewt mój osobisty Neo postarzał się jak szlag.

Wiemy jak potoczy się następny Bond i wszystkie innye filmy z plakatów w MultiKinie. 

To nie tragedia, po prostu należy szukać, gdzie indziej. A jest w czym, choć, rzeczywiście, fantastyka tu jakoś kujeje (co zamierzam zmnienić.) Poza tym, to bezcenna wiedza, dzięki której można znaleźć zupełnie nieoczywiste wyjścia, z bardzo oczywistych sytuacji ;)

Osobiście polecam Man on Fire, przyznałbym mu co najmniej z pięć Oskarów. Nie dostał żadmego...Pszipadek?;) Pewnie tak,  trochę jak z Grand Torino....

 

Nie biegam, bo nie lubię

To wiesz, C., jest prawie kino niezależne, zwłaszcza ten drugi tytuł. 

 

Niestety...

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nie przesadzaj, Fisz, da się obejrzeć...;)

 

Nie biegam, bo nie lubię

Smutna prawda jest taka, że teraz już nie powstają i nie powstaną takie filmy, jak w latach 80. czy 90. Ze względu na kategorie wiekowe i ostre wymogi MPAA; ze względu na nieznośną polityczną poprawność, która zabija możliwość wprowadzenia pewnych elementów do fabuły – stereotypów, żartów, etc.; ze względu na zachowawczość twórców, którzy boją się urazić tych, narazić się tamtym, obrazić uczucia jeszcze innych... Smutne jest to, że dzieje się to poniekąd na własne życzenie społeczeństw, które nie potrafią stawić tamy roszczeniom różnych grup, nadopiekuńczości instytucji cenzurujących słowa i filmy. Jak myślicie, czy teraz ktokolwiek miałby odwagę nakręcić takie np. “The Goonies” z tymi wszystkimi dowcipami o Azjatach, grubasach, meksykańskiej sprzątaczce, itd.? Skoro wystarczy jeden żart w “Age of Ultron”, żeby wojujące feministki dostały małpiego rozumu, jak można liczyć na to, że ktokolwiek odważy się na coś kontrowersyjnego – szczególnie, gdy w grę wchodzą duże budżety i lęk przed bojkotami.

Smutna prawda jest taka, że teraz już nie powstają i nie powstaną takie filmy

To samo mówił mój (kochany) dziadek o “ Zakazanych Piosenkach”czy jakoś tak.

Nie biegam, bo nie lubię

Och, Gran Torino polecę każdemu...

 

A nawiązując do wypowiedzi Jerzego – przyszłość chyba leży w niedopowiedzeniach lub dwuznacznościach, jak u braci Cohen. Chociaż “Don't fuck with Jezus" z “Big Lebovsky” mógłby dziś nie przejść. Ale fotel z penisem w Top Secret dał radę przebić się przez cenzurę wytwórni :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

“Nobody fucks with Jesus”, Psycho :)

Ech, “Goonies”, łezka wzruszenia w oku...

Komentarz redakcji, hurra! Turlam się pod stół, odszczekać.

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Filmy już dawno przestały być nośnikiem wolnych idei. Zbyt dochodowe to medium na takie zabawy ;)

And one day, the dream shall lead the way

Musiałam sprawdzić, co to jest “memetyczny”…

 

Podobało mi się, Dzikowy. Melancholijnie mi teraz, bo masz cholerną rację. Ech...

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

O ile nie lubię tekstów walących spoilerami, to muszę przyznać, że tutaj były jak znalazł. Dobry felieton.

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Również nie lubię tekstów walących spoilerami, ale również uznaję ten felieton za udany. Bo jest po prostu trafny.

Nowa Fantastyka