- Opowiadanie: Finkla - Waga wiedzy

Waga wiedzy

Nie je­stem pewna, czy ju­ro­rzy uzna­ją, że tekst speł­nia wszyst­kie wa­run­ki kon­kur­su, ale co tam! Już samo pisanie dostarczyło niezłej frajdy.

Bar­dzo dzię­ku­ję Emel­ka­li za be­to­wa­nie. Gdyby nie jej wy­si­łek, opo­wia­da­nie by­ło­by gor­sze.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Waga wiedzy

1. Sy­riusz

 

– Opo­wiedz mi o tej pla­ne­cie. Jak tam jest?

Trans­la­tor, jak zwy­kle, długo się za­sta­na­wiał, zanim prze­ło­żył im­pul­sy elek­trycz­ne wy­sy­ła­ne przez We­ga­ni­na na pol­ski:

– Prze­ślicz­nie. Sy­riusz ma nie­sa­mo­wi­te widmo. Pro­mie­nio­wa­nie bia­łe­go karła fan­ta­stycz­nie in­ter­fe­ru­je z więk­szą bia­ło­żół­tą gwiaz­dą. Ni­g­dzie in­dziej nie wi­dzia­łem tak za­chwy­ca­ją­cych za­cho­dów.

To aku­rat nic nie zna­czy­ło. Zdą­ży­łem się już prze­ko­nać, że Am­pe­ro­mierz-Uży­wa­ny-Przy-Ni­skich-Na­pię­ciach po­strze­gał świat nieco ina­czej niż ja.

– Jaka tam pa­nu­je gra­wi­ta­cja? – Nie wi­dzia­łem sensu w py­ta­niu ko­le­gi o kolor nieba. W naj­lep­szym przy­pad­ku po­wie­dział­by mi coś o dłu­go­ści fali.

– Jeden i czter­dzie­ści osiem set­nych gie. – Nie mia­łem po­ję­cia, o ja­kich jed­nost­kach my­ślał roz­mów­ca, ale trans­la­tor usłuż­nie prze­li­czył na coś zro­zu­mia­łe­go dla mnie. Spryt­ny kom­pu­te­rek. Niby stary szmelc i czę­sto na niego bluź­ni­łem, a jed­nak cho­ler­ni ko­smi­ci dys­po­no­wa­li nie­zły­mi tech­no­lo­gia­mi.

– Uuu, cięż­ko… Do kogo na­le­ży ten cały Sy­riusz Szó­sty?

– Do Al­ta­rian.

– No weź nie pitol! Po­dwój­ny Sonet to Al­ta­ria­ni­n, a prze­cież na ostat­niej pla­ne­cie w ogóle nie opu­ścił or­bi­ty. Bo na po­wierzch­ni za duże cią­że­nie! A tam było rap­tem dzie­więć dzie­sią­tych ziem­skie­go!

– Jó­ze­fie, py­ta­łeś o wła­ści­cie­li, a nie o miesz­kań­ców.

– Jak to? To nie to samo?

– Nie za­wsze. Sy­riu­sza­nie żyją tam, odkąd wy­ewo­lu­owa­li, a kil­ka­set lat temu Al­ta­ria­nie ku­pi­li pla­ne­tę i wszyst­ko na jej po­wierzch­ni.

– I miesz­kań­ców też?

– Oczy­wi­ście. Teraz au­to­chto­ni pra­cu­ją, aby po­więk­szać zyski po­bra­tym­ców Po­dwój­ne­go So­ne­ta. Al­ta­ria­nie to bar­dzo eks­pan­syw­na rasa, co i rusz ku­pu­ją prawa do eks­plo­ata­cji ja­kie­goś świa­ta albo ga­tun­ku.

Byłem wstrzą­śnię­ty. Kon­fe­de­ra­cja Trans­ga­lak­tycz­na i nie­wol­nic­two?! Jak to moż­li­we?! Za­pre­zen­to­wa­ny ludz­ko­ści wi­ze­ru­nek al­tru­istycz­nych kse­no­istot, nio­są­cych nowe tech­no­lo­gie młod­szym rasom, wła­śnie legł w gru­zach. Czy Am­pe­ro­mierz zda­wał sobie spra­wę, jaką po­twor­ną ta­jem­ni­cę mi zdra­dził? Co się ze mną sta­nie, jeśli kto­kol­wiek dowie się o na­szej po­ga­węd­ce? Mu­sia­łem go za­ga­dać, żeby o wszyst­kim za­po­mniał. Mia­łem na­dzie­ję, że sam ra­czej nie przy­zna się ni­ko­mu do wy­pa­pla­nia pil­nie strze­żo­ne­go se­kre­tu.

– A ci… Sy­riu­sza­nie są in­te­li­gent­ni? – Jeśli to zwie­rzę­ta, to wszyst­ko w po­rząd­ku i nie ma po­wo­du do obaw.

– Wy­star­cza­ją­co, aby zro­zu­mieć, ja­kich ma­te­ria­łów ocze­ku­je od nich mię­dzy­gwiezd­na spo­łecz­ność.

– Aha. Jakie to ma­te­ria­ły?

– Sto­sun­ko­wo duże cią­że­nie spra­wia, że na Sy­riu­so­idzie po­wsta­ją wy­jąt­ko­we krysz­ta­ły. Ku­pi­my ła­du­nek od al­ta­riań­skie­go za­rząd­cy i sprze­da­my ka­my­ki z ogrom­nym zy­skiem na Alfie Jed­no­roż­ca, gdzie zo­sta­ną prze­ro­bio­ne na bi­żu­te­rię. Drew­no od­zna­cza się nie­zwy­kłą trwa­ło­ścią. – No, nie dzi­wi­łem się. Jeśli co­kol­wiek rosło przy ta­kiej gra­wi­ta­cji, to mu­sia­ło być dia­bel­nie twar­de. – Meble z sy­riu­szań­skie­go dębu kosz­tu­ją kro­cie. Poza tym mięso nie­któ­rych zwie­rząt po­dob­no sma­ku­je wy­bor­nie. Zwłasz­cza spor­tow­cy je cenią. Twier­dzą, że zwięk­sza siłę i wy­trzy­ma­łość or­ga­ni­zmu.

Za­da­łem jesz­cze kilka pytań o naj­róż­niej­sze pier­do­ły i do­sze­dłem do wnio­sku, że chyba już dość uda­wa­nia. Jeśli wciąż nie spra­wia­łem wra­że­nia isto­ty, któ­rej nie­wol­nic­two w ogóle nie wzru­sza, to już i tak le­piej nie bę­dzie, a lada mo­ment mo­głem stra­cić kon­tro­lę nad twa­rzą albo za­cząć zgrzy­tać zę­ba­mi. Skie­ro­wa­łem swój au­to­mat sprzą­ta­ją­cy dalej od Am­pe­ro­mie­rza.

– Bę­dziesz scho­dził na pla­ne­tę? – spy­tał We­ga­nin na po­że­gna­nie.

– Jesz­cze nie wiem. Za­sta­no­wię się.

Ostroż­nie wy­mi­ną­łem try­ska­ją­ce­go elek­trycz­no­ścią kum­pla – nawet bez do­ty­ka­nia po­tra­fił kop­nąć nie go­rzej niż aku­mu­la­tor sa­mo­cho­do­wy.

 

***

 

Zgod­nie z obiet­ni­cą – za­sta­na­wia­łem się. Bar­dzo in­ten­syw­nie. Ale nie­zu­peł­nie nad od­wie­dza­niem ma­syw­nej Sy­riu­so­idy – ra­czej nad nie­wol­nic­twem. Co po­wi­nie­nem zro­bić z uzy­ska­ną przy­pad­kiem in­for­ma­cją?

W końcu po­sta­no­wi­łem na­ra­dzić się z dru­gim Zie­mia­ni­nem pra­cu­ją­cym na ko­smo­frach­tow­cu, za­du­fa­nym w sobie dok­tor­kiem z „emaj­ti”. Może wresz­cie jego prze­re­kla­mo­wa­ny mózg przy­da się do cze­goś kon­kret­ne­go.

Wy­kom­bi­no­wa­łem spo­sób na nie­wzbu­dza­ją­cy po­dej­rzeń kon­takt z Li Fen­giem. Zdo­by­łem roz­kład dnia me­cha­ni­ków, wy­li­czy­łem, kiedy mniej wię­cej Ame­ry­ka­nin po­wi­nien zna­leźć się w mesie i tra­fi­łem tam jakiś kwa­drans wcze­śniej. Wy­da­łem au­to­ma­to­wi ko­men­dę do­kład­ne­go wy­czysz­cze­nia pod­ło­gi. Gdyby dok­to­rek się spóź­nił, mia­łem jesz­cze w za­pa­sie pu­co­wa­nie sto­li­ków, krze­seł i in­nych sie­dzisk dla bar­dziej dzi­wacz­nych człon­ków na­szej za­ło­gi. Ale nie mu­sia­łem po­su­wać się aż tak da­le­ko – ko­le­ga Zie­mia­nin mnie nie roz­cza­ro­wał i zja­wił się dwa­dzie­ścia minut po mnie. Kiedy już roz­siadł się przy bla­cie do­sto­so­wa­nym do ana­to­mii hu­ma­no­idów, po­krę­ci­łem się wraz z moim na­rzę­dziem pracy w oko­li­cy i nie­po­strze­że­nie wsu­ną­łem żółt­ko­wi do ręki kar­tecz­kę, na któ­rej na­ba­zgra­łem wcze­śniej: „SPO­TKAJ­MY SIĘ O 18 W PO­KO­JU 38 NA ŻÓŁ­TYM PO­KŁA­DZIE. TO WAŻNE”.

 

***

 

Dok­to­rek tro­chę się spóź­nił, lecz w końcu przy­szedł. Pokój numer trzy­dzie­ści osiem sta­no­wił ma­lu­sień­ki scho­wek, może nie na szczot­ki, bo tych na stat­ku nie uży­wano, ale na roz­ma­ite de­ter­gen­ty i inne płyny wle­wa­ne do au­to­ma­tu sprzą­ta­ją­ce­go. Oprócz mnie nikt chyba nie wy­ko­rzy­sty­wał po­miesz­czon­ka.

Po wej­ściu dru­gie­go czło­wie­ka w środ­ku zro­bi­ło się nie­mi­ło­sier­nie cia­sno. Wła­ści­wie mi to od­po­wia­da­ło. Pod­krę­ci­łem gło­śność w au­dio­od­twa­rza­czu, żeby do­dat­ko­wo utrud­nić pod­słu­chi­wa­nie, przy­po­mnia­łem sobie całą swoją szkol­ną an­gielsz­czy­znę, wzbo­ga­co­ną wa­ka­cyj­ny­mi wi­zy­ta­mi u ku­zy­na pra­cu­ją­ce­go w Lon­dy­nie, i wy­szep­ta­łem Fen­go­wi do ucha wszyst­ko, co usły­sza­łem o nie­wol­nic­twie. Z wra­że­nia aż usiadł na ka­ni­strze płynu an­ty­elek­tro­sta­tycz­ne­go.

– Do dia­bła, brzmi po­waż­nie…

– My­ślisz, że Ziemi za­gra­ża nie­wol­nic­two?

– Nie wiem. Przy­łą­czy­li­śmy się do Kon­fe­de­ra­cji, pod­pi­sa­li­śmy po­ro­zu­mie­nie. Kse­no­isto­ty po­win­ny do­trzy­mać słowa. Chyba trak­tu­ją nas jak part­ne­rów, nie jak przed­mio­ty.

– Lu­dzie zry­wa­li po­ro­zu­mie­nia…

– Prze­cież do­sta­li­śmy nowe tech­no­lo­gie…

– Taaa, pew­nie… Biali Mu­rzy­nom też da­wa­li mnó­stwo pięk­nych rze­czy…

– Ale otrzy­ma­li­śmy rów­nież broń. Nie uzbra­jasz kogoś, z kim za­mie­rzasz wo­jo­wać w naj­bliż­szej przy­szło­ści.

– My­ślisz, że dali nam naj­now­sze i naj­lep­sze pi­sto­le­ty?

– Mój rząd był za­chwy­co­ny. Ale praw­do­po­dob­nie sobie zo­sta­wi­li jesz­cze… – Coś tam, coś tam…

Chwi­la­mi le­d­wie ro­zu­mia­łem cho­ler­ne­go jan­ke­sa, lecz wo­la­łem zga­dy­wać, niż uży­wać trans­la­to­ra, któ­re­go pa­mięć do­wódz­two mogło bez pro­ble­mów spraw­dzić w każ­dej chwi­li.

– Przy­naj­mniej ja bym tak zro­bił – cią­gnął Li. – Można ob­da­ro­wać do­brych przy­ja­ciół bro­nią, ale dla sie­bie za­cho­wu­je się naj­now­sze tech­no­lo­gie.

No, tro­chę mnie uspo­ko­ił. Na po­cząt­ku bałem się, że lu­dzie tra­fią do nie­wo­li, ale ar­gu­men­ty Ame­ry­ka­ni­na brzmia­ły ra­czej roz­sąd­nie. Teraz po­zo­sta­wa­ła tylko kwe­stia dys­ho­no­ru. Sprzy­mie­rzać się z wy­zy­ski­wa­cza­mi to prze­cież strasz­li­wa hańba.

– Joe, je­steś pe­wien? – Li naj­wy­raź­niej nie po­do­ba­ła się ko­niecz­ność zmia­ny zda­nia o szla­chet­nych ufo­lud­kach. – Skąd to wszyst­ko wiesz?

– Tak mówił… Nie po­tra­fię prze­tłu­ma­czyć jego imie­nia.

– Co to za facet?

– We­ga­nin. Po­wi­nie­neś go znać, czy­ści wszyst­ko, co elek­trycz­ne. Mu­sisz go czę­sto spo­ty­kać w ma­szy­now­ni.

– Tam się kręci mnó­stwo istot. Jak wy­glą­da?

– Świe­ci się od elek­trycz­no­ści.

– Aaa, to ten, któ­re­mu iskry la­ta­ją po… – Znowu nie zro­zu­mia­łem wszyst­kie­go, ale wła­ści­wie nie mu­sia­łem. I bez tego wie­dzia­łem, po czym Am­pe­ro­mie­rzo­wi la­ta­ją wy­ła­do­wa­nia. – My­śla­łem, że to uszko­dzo­ny robot. To żywe stwo­rze­nie?

– Co za róż­ni­ca? – Nie mia­łem po­ję­cia, czy jesz­cze pięt­na­ście lat temu ja­ki­kol­wiek ludz­ki bio­log uznał­by Am­pe­ro­mie­rza za prze­jaw życia. We­ga­nin chyba nawet nie od­dy­chał.

– I po­wie­dział ci praw­dę?

– A dla­cze­go miał­by kła­mać? Wie­rzę mu. Co my teraz zro­bi­my?

– Cho­le­ra! Za kilka go­dzin wcho­dzi­my na or­bi­tę i trze­ba się bę­dzie zde­cy­do­wać, czy wsia­da­my na prom.

– No, chyba po­win­ni­śmy ze­brać jak naj­wię­cej in­for­ma­cji, nie?

– Też. Ale jesz­cze waż­niej­sze jest po­wia­do­mie­nie Ziemi. Mogę wy­słać ko­mu­ni­kat ze stat­ku, ale nie wiem, czy uda się z ko­smo­por­tu. Cho­le­ra, szko­da że mamy tak mało da­nych!

– Trud­no. Po­in­for­mu­je­my ludzi z na­stęp­nej pla­ne­ty.

– Daj spo­kój. Z Alfy Jed­no­roż­ca prze­kaz bę­dzie wę­dro­wał na Zie­mię przez sto czter­dzie­ści czte­ry lata.

Do licha, nie mia­łem po­ję­cia, że znaj­dę się aż tak da­le­ko od domu. To zmie­nia­ło po­stać rze­czy. Jed­nak dok­to­rek się przy­da­wał. Miał łeb! I to znacz­nie lep­szy od mo­je­go, który ledwo ledwo po­ra­dził sobie z ma­tu­rą.

– A z Sy­riu­sza?

– Ponad osiem i pół.

– Robi róż­ni­cę… Ale i tak my wró­ci­my na Zie­mię pierw­si.

– O ile wró­ci­my. Wie­dza o nie­wol­nic­twie jest wię­cej warta niż nasze życie i mu­si­my ją prze­ka­zać ludz­ko­ści. Za wszel­ką cenę. Nie mo­że­my ry­zy­ko­wać, że Zie­mia po­zo­sta­nie w nie­świa­do­mo­ści, bo ka­pi­tan nas przy­ła­pie albo „Ko­smicz­ny Be­he­mot” zde­rzy się z ja­kimś me­te­oro­idem.

Czyli, mimo swo­je­go opty­mi­zmu, Ame­ry­ka­nin do­strze­gał po­wa­gę sy­tu­acji. Świet­nie.

– To co zro­bi­my? – po­wtó­rzy­łem.

– Ty wy­lą­du­jesz na po­wierzch­ni i do­wiesz się jak naj­wię­cej o han­dlu żywym to­wa­rem, a ja zo­sta­nę na po­kła­dzie i po­szpe­ram w bi­blio­te­ce.

– To tu mają bi­blio­te­kę?

– No pew­nie. W for­mie elek­tro­nicz­nej, ale można prze­czy­tać mnó­stwo ksią­żek róż­nych ras z całej Kon­fe­de­ra­cji. Ziem­skich też tro­chę jest. Sko­pio­wa­li dla mnie kilka ty­się­cy po­zy­cji.

– A co z wia­do­mo­ścią?

– Wyślę nie­dłu­go przed od­lo­tem, jak już się wię­cej do­wiem.

– Jak?

– Mam… swoje ka­na­ły…

Pro­szę, pro­szę! To dok­to­rek dla kogoś szpie­gu­je! No i do­brze, że mam pro­fe­sjo­na­li­stę do po­mo­cy. Bo moja wie­dza po­cho­dzi­ła głów­nie z fil­mów. Wła­ści­wie, to lo­gicz­ne, że ludz­kość pró­bu­je po­znać se­kret na­pę­du umoż­li­wia­ją­ce­go skoki przez pod­prze­strzeń. Każdy chciał­by po­ło­żyć łapy na tej tech­no­lo­gii.

 

***

 

Przy­go­to­wa­łem wia­do­mość dla Ziemi. Do­ło­ży­łem sta­rań, żeby ufoki nie mogły jej łatwo roz­szy­fro­wać. Moja bab­cia po­cho­dzi­ła z Kau­ka­zu. Po­ka­za­ła mi kie­dyś al­fa­bet gru­ziń­ski – taki śmiesz­ny, nie­mal bez pro­stych kre­sek, same pę­tel­ki, sprę­żyn­ki i łuki. Nie­po­dob­ny do żad­ne­go in­ne­go. Jak się oka­za­ło, w po­kła­do­wej bi­blio­te­ce mieli ogól­no­ziem­ską en­cy­klo­pe­dię. Bez pro­ble­mów zna­la­złem w niej cu­dacz­ne abe­ca­dło. Do­sze­dłem do wnio­sku, że jeśli za­pi­szę wia­do­mość po pol­sku, ale uży­wa­jąc gru­ziń­skich liter, to żaden obcy się nie zo­rien­tu­je. Mu­siał­by znać oby­dwa, w końcu nie­zbyt po­pu­lar­ne, ję­zy­ki. Aby do­dat­ko­wo utrud­nić zła­ma­nie szy­fru, za­pi­sa­łem tekst fo­ne­tycz­nie, cał­ko­wi­cie lek­ce­wa­żąc or­to­gra­fię. Prze­kaz uło­ży­łem dość krót­ki: „Kon­fe­de­ra­cja Trans­ga­lak­tycz­na prak­ty­ku­je nie­wol­nic­two. My­śl­cie, jak to zmie­nić i bądź­cie czuj­ni”.

Potem wy­szu­ka­łem w en­cy­klo­pe­dii obraz o od­po­wied­niej te­ma­ty­ce. Wy­bra­łem „Wol­ność wio­dą­cą lud na ba­ry­ka­dy”, płót­no De­la­cro­ix. Wy­cią­łem pro­sto­ką­cik z po­sta­cią ko­bie­ty, prze­ro­bi­łem flagę Fran­cji na bia­ło-czer­wo­ną i do­da­łem gru­ziń­skie krzy­ży­ki świę­te­go Je­rze­go w lewym dol­nym rogu. Ad­re­sat musi mieć jakąś pod­po­wiedź, żeby od­czy­tać prze­sła­nie. Wy­szedł ra­czej ki­czo­wa­ty wi­ze­ru­nek, pew­nie ma­larz miał wię­cej ta­len­tu niż ja. Na końcu oto­czy­łem ob­ra­zek przy­go­to­wa­nym wcze­śniej szlacz­kiem ze sprę­żyn­ko­wa­tych li­te­rek.

Tuż przed od­lo­tem na pla­ne­tę po­pro­si­łem Fenga o prze­sła­nie gra­fi­ki. Obie­cał, że plik trafi do ONZ.

 

***

 

Sam wsze­dłem na po­kład promu.

Chwi­la mdlą­cej nie­waż­ko­ści po odłą­cze­niu od stat­ku, potem po­czu­cie kie­run­ków wró­ci­ło. Wpraw­dzie dół usa­do­wił się za moimi ple­ca­mi, jak­bym leżał, a nie sie­dział w fo­te­lu, ale mniej­sza o szcze­gó­ły. Na mo­ni­tor­ku po­ja­wił się obraz wi­ru­ją­ce­go frach­tow­ca. Oglą­da­łem go już kilka razy, ale wciąż za­ska­ki­wał – z da­le­ka dysk przy­po­mi­nał za­baw­kę. A prze­cież żyłem na nim od ponad roku, wraz z set­ka­mi róż­nych istot. I wcale nie od­czu­wa­łem cia­sno­ty. Po raz ko­lej­ny po­dzi­wia­łem mą­dre za­pla­no­wa­nie “Ko­smicz­ne­go Be­he­mo­ta”. W naj­grub­szej czę­ści, tuż przy osi ob­ro­tu zbu­do­wa­no ła­dow­nie – mro­żo­ne­mu mięsu czy krysz­ta­łom nie prze­szka­dzał brak gra­wi­ta­cji. Dalej upchnię­to sys­te­my pod­trzy­my­wa­nia życia, z naj­róż­niej­szy­mi ho­dow­la­mi hy­dro­po­nicz­ny­mi, oczysz­czal­nia­mi ście­ków i re­cy­klin­giem wszyst­kie­go, od po­wie­trza po­czy­na­jąc, a na me­ta­lo­wych ele­men­tach ma­szyn koń­cząc. Na pe­ry­fe­riach mie­ści­ły się ka­ju­ty za­ło­gi; każdy wy­bie­rał sobie po­miesz­cze­nie w mniej­szej lub więk­szej od­le­gło­ści od kra­wę­dzi, w za­leż­no­ści od cią­że­nia na ma­cie­rzy­stej pla­ne­cie. Po­dob­no mo­stek znaj­do­wał się w ol­brzy­miej win­dzie i ka­pi­tan mógł sobie do­wol­nie usta­lać po­ziom.

Po kilku mi­nu­tach ktoś prze­łą­czył widok i na ekra­nie po­ja­wi­ła się Sy­riu­so­ida. Na jej po­wierzch­ni do­mi­no­wał kolor bru­nat­no-czer­wo­ny, z nie­re­gu­lar­ny­mi fio­le­to­wy­mi pla­ma­mi. Ca­łość wpę­dza­ła w przy­gnę­bia­ją­cy na­strój, ale mo­głem być uprze­dzo­ny. Z kilku pla­net, które mia­łem oka­zję obej­rzeć, Zie­mia wy­da­wa­ła się naj­pięk­niej­sza. Cie­ka­wi­ło mnie, czy kie­dy­kol­wiek spo­tkam ład­niej­sze ciało nie­bie­skie, czy też na­tu­ra uwa­run­ko­wy­wa­ła każdą isto­tę tak, aby ro­dzin­ny świat ce­ni­ła sobie ponad wszyst­ko. Nie­za­leż­nie od przy­czyn, wspo­mnie­nie ma­cie­rzy­ste­go globu czy­ni­ło Sy­riu­sza Szó­ste­go jesz­cze szka­rad­niej­szym.

Wra­że­nie spo­tę­go­wa­ło się, kiedy ob­ję­ły mnie klesz­cze cią­że­nia. Wy­do­by­cie się z fo­te­la uro­sło do rangi osią­gnię­cia. Ostrze­żo­no mnie przed za­bie­ra­niem ba­ga­żu i teraz w pełni do­ce­nia­łem mądre rady. I bez tego czu­łem się, jak­bym dźwi­gał czter­dzie­sto­ki­lo­gra­mo­wy ple­cak, a dro­bia­zgi w kie­sze­niach cią­ży­ły mi nie­mi­ło­sier­nie. Do­brze cho­ciaż, że mieli tu at­mos­fe­rę na­da­ją­cą się do od­dy­cha­nia. Gdy­bym mu­siał nosić jesz­cze kom­bi­ne­zon, to chyba, nie­zdol­ny do opusz­cze­nia sie­dzi­ska, wró­cił­bym na frach­to­wiec z pierw­szym ła­dun­kiem.

Po przej­ściu wszyst­kich nud­nych pro­ce­dur obo­wią­zu­ją­cych ko­smo­nau­tów po raz pierw­szy sta­wia­ją­cych stopę na pla­ne­cie, po­wlo­kłem się na par­king sy­riu­szań­skich od­po­wied­ni­ków tak­só­wek, zła­pa­łem coś do­sto­so­wa­ne­go do kształ­tów hu­ma­no­idów i, le­d­wie żywy ze zmę­cze­nia, ka­za­łem się za­wieźć do naj­bliż­sze­go ho­te­lu.

Na­stęp­ne­go dnia wy­ru­szy­łem zdo­by­wać in­for­ma­cje o nie­wol­nic­twie. Sił star­czy­ło mi tylko na mia­stecz­ko ota­cza­ją­ce lą­do­wi­sko. Po po­by­cie na kilku glo­bach mo­głem już ucho­dzić za eks­per­ta od przy­por­to­wej ar­chi­tek­tu­ry. Za­czy­na­łem nawet roz­po­zna­wać bu­dyn­ki ewi­dent­nie wznie­sio­ne przez i na po­trze­by przed­sta­wi­cie­li co bar­dziej roz­po­wszech­nio­nych ras.

Pod wzglę­dem struk­tu­ry, sy­riu­szań­ska osada nie od­bie­ga­ła zbyt­nio od in­nych sku­pisk kse­no­istot: w naj­bliż­szym są­siedz­twie lą­do­wi­ska mnó­stwo skle­pów z pa­miąt­ka­mi i lo­kal­ny­mi sma­ko­ły­ka­mi, knajp oraz bur­de­li, nieco dalej – ho­te­le, wy­po­ży­czal­nie roz­ma­itych po­jaz­dów, biura tu­ry­stycz­ne… Uroda bu­dow­li po­zo­sta­wia­ła na­to­miast wiele do ży­cze­nia. Strze­li­ste na wszyst­kich in­nych świa­tach kon­struk­cje, tutaj wy­da­wa­ły się przy­gar­bio­ne, znie­chę­ca­ły za­bu­rzo­ny­mi pro­por­cja­mi. Więk­szość obiek­tów stra­szy­ła brud­ny­mi okna­mi i ubyt­ka­mi w de­ko­ra­cjach; tu od­pa­dło kilka ko­lo­ro­wych pły­tek, tam znisz­czo­na rzeź­ba po­zo­sta­wi­ła brzyd­ką lukę… Jako tako przed­sta­wia­ły się je­dy­nie gma­chy tych ga­tun­ków, które wo­la­ły ho­lo­gra­ficz­ne zdo­bie­nia.

Bu­dyn­ki au­to­chto­nów do­mi­no­wa­ły wy­łącz­nie licz­bą – przy­sa­dzi­ste ko­pu­ły, które wy­glą­da­ły, jakby zle­pio­no je z pecyn błota lub wręcz brudu, nie mogły rów­nać się z ar­chi­tek­tu­rą pre­fe­ro­wa­ną przez gości spoza Sy­riu­sza. Brak okien do­dat­ko­wo szpe­cił te szare pa­gór­ki. Do każ­de­go do­mo­stwa pro­wa­dził tylko jeden, ab­sur­dal­nie wąski, otwór. Ale za­pew­ne nie prze­szka­dza­ło to miesz­kań­com.

Od­nio­słem wra­że­nie, że życie to­czy­ło się tu bar­dziej le­ni­wie niż w in­nych ko­smo­por­to­wych miej­sco­wo­ściach, a tu­byl­cy wy­da­wa­li się bar­dziej po­sęp­ni. Jeśli po­tra­fi­łem po­praw­nie okre­ślić sa­mo­po­czu­cie to­tal­nie obcej rasy – Sy­riu­sza­nie przy­po­mi­na­li ol­brzy­mie ameby. Wpraw­dzie nigdy nie wi­dzia­łem żad­nych ży­wych pier­wot­nia­ków, ale mu­sia­ły wy­glą­dać po­dob­nie – bez­kształt­ne ciel­ska prze­le­wa­ją­ce się z miej­sca na miej­sce. Au­to­chto­ni ko­mu­ni­ko­wa­li się za po­śred­nic­twem dźwię­ków wy­da­wa­nych przez spe­cjal­ną mem­bra­nę. Nie no­si­li ubrań, mo­głem bez prze­szkód po­dzi­wiać różne barwy ich ze­wnętrz­nych po­włok. Do­mi­no­wa­ły szare i brą­zo­we, ale nie­wy­klu­czo­ne, że mogli zmie­niać ko­lo­ry jak ka­me­le­ony. Ni­g­dzie nie do­strze­głem nad­zor­cy z batem, ale moż­li­we, że mi­ną­łem ich dzie­siąt­ki. Kto wie, może po­ga­nia­cze od­zna­cza­li się na przy­kład żółtą skórą?

Po­wol­ne spa­ce­ro­wa­nie po mie­ści­nie wy­ma­ga­ło ogrom­ne­go wy­sił­ku. Mu­sia­łem sia­dać i od­po­czy­wać co pół go­dzi­ny. Po­cząt­ko­wo wy­star­cza­ło mi pięć minut prze­rwy, lecz czas nie­zbęd­ny do re­ge­ne­ra­cji szyb­ko się wy­dłu­żał. Kiedy po solidnym obiedzie wciąż nie czu­łem się zdol­ny do dal­szej wę­drów­ki, we­zwa­łem tak­sów­kę i po­je­cha­łem do ho­te­lu. Leżąc, nie mę­czy­łem się aż tak bar­dzo. Z ra­do­ścią od­kry­łem, że za­nu­rzo­ny w wo­dzie czuję się nie­mal kom­for­to­wo. Resz­tę po­po­łu­dnia spę­dzi­łem w wan­nie.

Na­stęp­ne­go ranka mój stan zdro­wia rap­tow­nie się po­gor­szył. Spu­chły mi dło­nie i stopy, od­czu­wa­łem mdło­ści. Mia­łem za­kwa­sy i bo­la­ły mnie chyba wszyst­kie uży­wa­ne wczo­raj mię­śnie oraz – nie wie­dzieć, czemu – oczy. Nawet wzrok się po­psuł i wi­dzia­łem jak przez mgłę. Spa­ni­ko­wa­ny, we­zwa­łem ob­słu­gę ho­te­lu i za­żą­da­łem spro­wa­dze­nia kse­no­le­ka­rza. Orzekł, że to ob­ja­wy zwięk­szo­ne­go cią­że­nia i do­ra­dził jak naj­szyb­szy po­wrót na sta­tek. Jesz­cze nigdy nie sto­so­wa­łem się do za­le­ceń ko­no­wa­ła tak skwa­pli­wie.

 

2. Alfa Jed­no­roż­ca

 

Wkrót­ce po sro­mot­nej uciecz­ce z Sy­riu­so­idy spo­tka­łem się z Fen­giem. Kom­pu­ter me­dycz­ny za­su­ge­ro­wał, że po­wi­nie­nem przez kilka dni uni­kać wy­sił­ku i jak naj­wię­cej leżeć, więc Ame­ry­ka­nin zja­wił się w mojej ka­ju­cie. Bar­dzo mnie za­sko­czył, bo prak­tycz­nie zre­zy­gno­wał z kon­spi­ra­cji, nawet roz­ma­wiał za po­śred­nic­twem trans­la­to­ra, nie przej­mu­jąc się ewen­tu­al­nym spraw­dze­niem pa­mię­ci urzą­dze­nia. Po moich na­le­ga­niach ustą­pił odro­bi­nę i obie­cał, że nie bę­dzie uży­wał klu­czo­wych słów. Wy­ja­śnił, iż wła­dze Kon­fe­de­ra­cji wcale nie pró­bu­ją za­ta­jać in­for­ma­cji o ustro­jach pa­nu­ją­cych na po­szcze­gól­nych pla­ne­tach, cał­kiem jakby nie do­strze­ga­ły po­wo­dów do eks­cy­ta­cji. Ba! W wielu bi­blio­tecz­nych po­zy­cjach o te­ma­cie wspo­mi­na się mi­mo­cho­dem, jakby był oczy­wi­sty i nie­wart roz­trzą­sa­nia.

Dok­tor­ka przede wszyst­kim in­te­re­so­wa­ło, co udało mi się za­ob­ser­wo­wać na po­wierzch­ni pla­ne­ty. Nie krył roz­cza­ro­wa­nia, że wy­ni­ki oka­za­ły się tak mi­zer­ne. Cie­ka­we, co on zdzia­łał­by przy cią­że­niu gnio­tą­cym ni­czym prasa hy­drau­licz­na!

W końcu roz­mo­wa ze­szła na spe­ku­la­cje co do re­ak­cji Zie­mian na nasze od­kry­cie.

– My­ślisz, że wy­stą­pi­my z Kon­fe­de­ra­cji? – spy­ta­łem z na­dzie­ją. – Cho­le­ra, w ogóle nie wiem, czy taka moż­li­wość zo­sta­ła prze­wi­dzia­na w trak­ta­cie ak­ce­syj­nym.

– Jak to: nie wiesz?! – Aż wstał i za­czął ner­wo­wo krą­żyć po ka­ju­cie. – Nie bra­łeś udzia­łu w re­fe­ren­dum czy nie za­po­zna­łeś się z całym do­ku­men­tem?!

Ow­szem, za­gło­so­wa­łem, lecz nie przej­mo­wa­łem się drob­nym drucz­kiem. Za­chły­sną­łem się no­wy­mi tech­no­lo­gia­mi, no­wy­mi pro­duk­ta­mi i moż­li­wym roz­wo­jem ludz­ko­ści. Zdaje się, że mi­liar­dy Zie­mian po­stą­pi­ły iden­tycz­nie.

– Nie pa­mię­tam szcze­gó­łów – wy­bą­ka­łem po dłu­gim mil­cze­niu. – Tyle tego było…

– O, mój Boże! Jak można za­cho­wy­wać się tak nie­od­po­wie­dzial­nie?!

– Ty za to prze­stu­dio­wa­łeś wszyst­ko do­kład­nie, ale i tak o… o róż­nych ustro­jach nie do­czy­ta­łeś.

– Na ten temat to w trak­ta­cie ani słów­ka nie na­pi­sa­li – wark­nął.

– No do­brze, nie kłóć­my się. Mamy moż­li­wość wy­stą­pie­nia z Kon­fe­de­ra­cji czy nie?

– Moż­li­wość mamy, ale bar­dzo wąt­pię, że­by­śmy z niej sko­rzy­sta­li…

– Jak to?!

– Oba­wiam się, że gdy­by­śmy teraz ze­rwa­li sto­sun­ki go­spo­dar­cze z in­ny­mi ra­sa­mi, to na­stą­pił­by strasz­li­wy krach. W po­rów­na­niu z nim kry­zys sprzed trzy­dzie­stu lat wy­glą­dał­by jak drob­na ko­rek­ta kursu na gieł­dach.

– Ale dla­cze­go?!

– Je­stem fi­zy­kiem, a nie eko­no­mi­stą, ale chyba za bar­dzo uza­leż­ni­li­śmy się od kon­tak­tów. Za­sta­nów się, ilu ludzi wy­twa­rza pro­duk­ty na eks­port, ob­słu­gu­je kse­no­tu­ry­stów, pro­wa­dzi in­te­re­sy z ob­cy­mi lub ma etaty w ko­smo­por­tach. Oni wszy­scy stra­ci­li­by pracę.

– To się w gło­wie nie mie­ści!

– Wobec tego może spró­bu­ję ina­czej. Skąd ty wła­ści­wie je­steś?

– Z Pol­ski – burk­ną­łem.

– To duży kraj?

Tępy jan­kes!

– Dość duży. No, tro­chę mniej­szy niż Niem­cy czy Rosja. Po­wiedz­my, że śred­ni.

– A czy pro­du­ku­je­cie wszyst­ko, czego po­trze­bu­je­cie do życia? Sa­mo­lo­ty, ba­na­ny, ło­so­sie? Macie pod­sta­wo­we su­row­ce, z ropą naf­to­wą włącz­nie?

Zro­zu­mia­łem, o co mu cho­dzi­ło. Pies lizał ba­na­ny, ale bez ropy i gazu by­li­by­śmy w czar­nej d… dziu­rze. Wi­dział ktoś kie­dyś sa­mo­chód na wę­giel?

– Ale od na­sze­go przy­stą­pie­nia do Kon­fe­de­ra­cji mi­nę­ły rap­tem trzy czy czte­ry lata – za­pro­te­sto­wa­łem nie­mra­wo. – Zdą­ży­li­śmy się tak mocno uza­leż­nić od po­za­ziem­skich pro­duk­tów?

– Przy­naj­mniej raz na ty­dzień za­ma­wiam w mesie jakąś po­tra­wę z kuch­ni, któ­rej jesz­cze nie pró­bo­wa­łem. Tra­fia­ją się pa­skudz­twa, ale czę­sto do­sta­ję na­praw­dę pysz­ne dania. Nie pa­mię­tam, kiedy ostat­nio ja­dłem zwy­kłe­go ham­bur­ge­ra z fryt­ka­mi albo ryż i kre­wet­ki w pię­ciu sma­kach. A ty?

Nie dało się ukryć – żół­tek mą­drze gadał. Dawno nie pro­si­łem o scha­bosz­cza­ka i trud­no by­ło­by mi od­zwy­cza­ić się od do­sko­na­łe­go mu­li­feń­skie­go piwa czy pi­kant­nych pte­racz­ków po de­neb­sku. O roz­sta­niu z trans­la­to­rem, który za­stą­pił mi ko­mór­kę i kom­pu­ter z In­ter­ne­tem, wo­la­łem nawet nie my­śleć. Gdyby się po­psuł, czy któ­ry­kol­wiek czło­wiek po­tra­fił­by go zre­pe­ro­wać? A prze­cież to tylko żar­cie i nie­istot­ne ga­dże­ty… Co z me­dy­cy­ną? I set­ka­mi in­nych tech­no­lo­gii uła­twia­ją­cych Homo sa­piens życie na każ­dym kroku?

– No do­brze, tro­chę racji masz. Ale nie wie­rzę, że z po­wo­du kasy i smacz­ne­go żar­cia bę­dzie­my bra­tać się z krwio­pij­ca­mi i han­dla­rza­mi żywym to­wa­rem… To ohyd­ne!

– Taaak? A dla­cze­go nie zre­zy­gno­wa­łeś z tej pracy, nie zo­sta­łeś na Sy­riu­szu Szó­stym, żeby po­cze­kać na naj­bliż­szy trans­port w stro­nę Ziemi? Tylko z po­wo­du zdro­wia? Taka szan­sa wię­cej się nie po­wtó­rzy, aż do końca rejsu już nie bę­dzie­my tak bli­sko domu.

Cho­le­ra, znowu miał rację. Nie mo­głem rzu­cić w dia­bły ro­bo­ty na „Ko­smicz­nym Be­he­mo­cie”, bo nie stać by mnie było na opła­ce­nie bi­le­tu do domu, od któ­re­go zna­la­złem się tak da­le­ko, że nawet nie po­tra­fił­bym zna­leźć Słoń­ca bez po­mo­cy trans­la­to­ra. Czyli ja sam, z pełną świa­do­mo­ścią nie­cnych prak­tyk Kon­fe­de­ra­cji, sprze­da­wa­łem jej wła­sny czas, za­po­mi­na­jąc o su­mie­niu i szczyt­nych ide­ałach. Kur­wi­łem się, jeśli na­zwać rzecz po imie­niu. Czego więc ocze­ki­wa­łem od po­zo­sta­łych ludzi?

 

***

 

Na­stęp­ny przy­sta­nek na na­szej dro­dze przez Ga­lak­ty­kę sta­no­wi­ła Alfa Jed­no­roż­ca, gwiaz­da tak mało zna­czą­ca dla Zie­mian, że nie do­cze­ka­ła się nawet uczci­wej nazwy i astro­no­mom znana była jako α Mon. A dla miesz­kań­ców tego sys­te­mu sta­no­wi­ła źró­dło wszel­kiej ener­gii i śro­dek ukła­du pla­ne­tar­ne­go. Ra­czej bo­ga­te­go i wy­so­ko roz­wi­nię­te­go ukła­du, wy­pa­da­ło dodać. Jak po­in­for­mo­wa­ła nas bi­blio­te­ka, Al­fa­jed­no­roż­ca­nie wy­ewo­lu­owa­li na dru­gim glo­bie, ale ter­ra­for­mo­wa­li – jeśli to wła­ści­we słowo na prze­kształ­ce­nie nie­mal całej po­wierzch­ni w bagna – i sko­lo­ni­zo­wa­li dwa ko­lej­ne.

Ku mo­je­mu ci­che­mu ubo­le­wa­niu, przed­sta­wi­cie­le rasy w ni­czym nie przy­po­mi­na­li jed­no­roż­ców. A szko­da. Do­pie­ro bym się śmiał! Mieli po sześć płe­twia­stych od­nó­ży; na czte­rech dol­nych, czy też tyl­nych, cho­dzi­li, a dwóch po­zo­sta­łych uży­wa­li do chwy­ta­nia. Wy­glą­da­li jak ka­ra­lu­chy z do­miesz­ką krwi cen­tau­rów i za­miast rogu każdy miał parę czuł­ków.

Na wszyst­kich trzech za­miesz­ka­nych świa­tach pa­no­wał ustrój zbli­żo­ny do na­szej mo­nar­chii. „Ko­smicz­ny Be­he­mot” miał po­zo­sta­wić to­wa­ry i po­brać nowe ła­dun­ki na pią­tej, naj­bar­dziej ze­wnętrz­nej ze sko­lo­ni­zo­wa­nych pla­net ukła­du. Sami nie za­mie­rza­li­śmy lą­do­wać na tym glo­bie – mnie, po wi­zy­cie na Sy­riu­so­idzie, urlop już nie przy­słu­gi­wał, a Feng jakoś nie pchał się do bro­dze­nia po mo­cza­rach. A może chciał za­cho­wać prawo do zej­ścia na ląd na na­stęp­ną sta­cję w na­szej po­dró­ży albo miał jesz­cze inne po­wo­dy? Nie wie­dzia­łem, nie wy­ja­śnił mi swo­jej de­cy­zji. Jak­kol­wiek by było, Al­fa­jed­no­roż­ca­nie na­le­że­li sami do sie­bie i nie spo­dzie­wa­li­śmy się, że mo­że­my tu zdo­być in­for­ma­cje na temat nie­wol­nic­twa.

 

***

 

Kiedy wy­szli­śmy z pod­prze­strze­ni, Feng wy­słał na Zie­mię ko­lej­ny ko­mu­ni­kat z naj­now­szy­mi wie­ścia­mi. Miał do­trzeć do ludz­ko­ści już za nie­ca­łe pół­to­ra wieku. Nie mo­głem być tego pe­wien, ale mia­łem na­dzie­ję, że jed­nak wrócę tam wcze­śniej i wszyst­ko opo­wiem oso­bi­ście. Jesz­cze tylko nie­ca­łe czte­ry lata kon­trak­tu i, za­to­czyw­szy ko­smicz­ne kółko po na­szej czę­ści Drogi Mlecz­nej, znowu wy­lą­du­je­my na Błę­kit­nej Pla­ne­cie. Od od­kry­cia nie­wol­nic­twa, za­czą­łem wię­cej o niej my­śleć i strasz­li­wie tę­sk­nić. A na razie, wciąż krą­żąc po or­bi­cie Alfy Pią­tej, przy­go­to­wy­wa­li­śmy się z Ame­ry­ka­ni­nem do na­stęp­ne­go przy­stan­ku w po­dró­ży.

Na Pro­cjo­nie Ósmym miesz­ka­ły isto­ty nie po­sia­da­ją­ce praw do de­cy­do­wa­nia o wła­snym losie. I bar­dzo chcia­łem to zmie­nić.

– Nie wy­głu­piaj się, Feng! Mu­si­my tam zor­ga­ni­zo­wać po­wsta­nie. Prze­cież to nie­hu­ma­ni­tar­ne!

– I dziw­nym zbie­giem oko­licz­no­ści ani nie­wol­ni­cy, ani ich wła­ści­cie­le wcale do hu­ma­no­idów nie na­le­żą. Po­słu­chaj mnie, Joe. Wie­dza w na­szych gło­wach jest cen­niej­sza niż wszyst­ko inne, łącz­nie z na­szy­m ży­ciem. Ale rze­czo­nego życia zo­bo­wią­za­ni je­ste­śmy strzec. Po pro­stu mu­si­my za­cho­wać nasze mózgi w nie­na­ru­szo­nym sta­nie. Zdro­we za­rów­no pod wzglę­dem psy­chicz­nym, jak i fi­zycz­nym. Nie mamy prawa ry­zy­ko­wać urazu głowy pod­czas ja­kiejś głu­piej wo­jen­ki.

Tchórz­li­wy dupek! I nawet nie można mu na­wy­my­ślać, że jego przod­ko­wie po­sia­da­li plan­ta­cje ba­weł­ny czy tam trzci­ny cu­kro­wej i batem za­ga­nia­li czar­no­skó­rą siłę ro­bo­czą do upra­wy. Ten przy­wi­lej biali za­re­zer­wo­wa­li dla sie­bie.

– Przy­znaj się, masz stra­cha.

– Nie mam stra­cha. Mam obo­wią­zek. Wobec Sta­nów Zjed­no­czo­nych i ludz­ko­ści.

Naj­pierw w sto­sun­ku do Ame­ry­ki, a do­pie­ro potem resz­ty świa­ta? Bar­dzo cie­ka­we. Naj­wy­raź­niej mój to­wa­rzysz czuł się bar­dziej jan­ke­sem niż czło­wie­kiem.

– Nasze wia­do­mo­ści prę­dzej czy póź­niej dotrą do ad­re­sa­tów. A w tym cza­sie mi­liar­dy in­te­li­gent­nych istot cier­pią w nie­wo­li!

– To praw­da, wy­sy­ła­my prze­ka­zy z każ­de­go od­wie­dza­ne­go świa­ta, ale to my, ty i ja, po­win­ni­śmy do­trzeć na Zie­mię pierw­si. Ko­mu­ni­ka­ty to tylko po­li­sa ubez­pie­cze­nio­wa. I, tak samo jak po­li­sa, nie za­stą­pią praw­dzi­we­j, żywej i my­ślą­cej, isto­ty. Pie­nią­dze nie przy­wró­cą dzie­ciom ojca.

Cho­ler­ny jan­kes. Ja mu o ła­ma­niu praw czło­wie­ka czy tam in­nych in­te­li­gent­nych istot, a on mi o szma­lu i sprze­da­wa­niu ubez­pie­czeń.

– Nie mam dzie­ci!

– A ja mam. Dwoje.

Czemu w takim razie pod­jął tę pracę? To nie był naj­lep­szy mo­ment na py­ta­nie. Ja sam zde­cy­do­wa­łem się głów­nie dla­te­go, że aku­rat rzu­ci­ła mnie dziew­czy­na. Kiedy do mo­je­go świa­ta do­tar­ła wia­do­mość, że nad­la­tu­ją­cy sta­tek po­trze­bu­je sprzą­ta­cza i me­cha­ni­ka, bo jeden czło­nek za­ło­gi zmarł, a drugi nie wró­cił na po­kład we wła­ści­wym cza­sie, ode­rwa­nie się od ro­dzin­nej pla­ne­ty i wszyst­kich zwią­za­nych z nią pro­ble­mów wy­da­wa­ło się wspa­nia­łym po­my­słem. Bez wa­ha­nia zgło­si­łem swoją kan­dy­da­tu­rę i zo­sta­łem po­pro­szo­ny o pod­pi­sa­nie kon­trak­tu na nieco ponad pięć lat, co z ocho­tą uczy­ni­łem. Tym szyb­ciej, że oprócz uko­je­nia uczuć ofe­ro­wa­li in­te­re­su­ją­cy pa­kiet so­cjal­ny i nie­ziem­ski szmal. A wszyst­ko to w za­mian za nie­zbyt cięż­ką pracę – wła­ści­wie całą brud­ną ro­bo­tę od­wa­lał robot sprzą­ta­ją­cy, a ja tylko wy­da­wa­łem ko­men­dy i ru­sza­łem kon­tro­l­ka­mi, jak chłop­czyk ba­wią­cy się zdal­nie ste­ro­wa­nym sa­mo­cho­dzi­kiem. Moja de­cy­zja za­wie­ra­ła jesz­cze odro­bi­necz­kę ze­msty – a niech ta idiot­ka ża­łu­je swo­ich po­chop­nych słów.

– No do­brze. Ja po­le­cę na Pro­cjo­ni­dę, a ty rób, jak uwa­żasz.

 

***

 

Mie­li­śmy mnó­stwo czasu na opra­co­wa­nie pla­nów. Kiedy Alfa Jed­no­roż­ca stała się świa­teł­kiem nie­wie­le więk­szym od in­nych gwiazd, a my osią­gnę­li­śmy pręd­kość wy­star­cza­ją­cą do skoku w pod­prze­strzeń, nasze dzia­ła­nia zo­sta­ły już z grub­sza prze­my­śla­ne.

Ja mia­łem wy­lą­do­wać na Pro­cjo­nie Ósmym, skon­tak­to­wać się z nie­wol­ni­ka­mi i tak pod­krę­cić na­stro­je, żeby wznie­cić po­wsta­nie, a Feng na po­kła­dzie frach­tow­ca po­wi­nien lekko uszko­dzić sil­ni­ki pod­prze­strzen­ne, aby dać mi jak naj­wię­cej czasu na dzia­ła­nie. Fizyk jesz­cze nie zro­zu­miał za­sa­dy dzia­ła­nia na­pę­du na tyle, żeby po­tra­fił skon­stru­ować po­dob­ne urzą­dze­nia, ale osią­gnął już po­ziom wie­dzy umoż­li­wia­ją­cy sa­bo­taż ana­lo­gicz­ny do osło­dze­nia pa­li­wa w sa­mo­cho­dzie. Nawet za­czął mi tłu­ma­czyć, co za­mie­rza po­psuć, ale nie­wie­le zro­zu­mia­łem – fi­zy­ka jesz­cze trud­niej­sza od kwan­to­wej to pro­blem nie na moją głowę.

A wró­cić na frach­to­wiec bez­względ­nie mu­sia­łem – at­mos­fe­ra Pro­cjo­na Ósme­go skła­da­ła się głów­nie z wo­do­ru, dwu­tlen­ku węgla i pary wod­nej. Razem ze mną na po­wierzch­nię miał po­le­cieć ogrom­ny ba­niak z tle­nem, który po­wi­nien mi wy­star­czyć na sześć dób. Sie­dem, jeśli dużo bym spał i uni­kał wy­sił­ku oraz sil­nych emo­cji. Jesz­cze tro­chę ży­cio­daj­ne­go gazu mo­głem do­ku­pić w ko­smo­por­cie, lecz głupio byłoby li­czyć na to, że na pry­mi­tyw­nym świe­cie mają nie­ogra­ni­czo­ne za­pa­sy eg­zo­tycz­nych mie­sza­nek od­de­cho­wych. Mo­głem tro­chę po­wal­czyć „za wol­ność naszą i waszą”, ale wo­la­łem przy tym nie umie­rać.

Cie­szy­łem się, że przy­naj­mniej cią­że­nie przy­po­mi­na­ło ziem­skie i nie gro­zi­ła mi po­wtór­ka cyrku z Sy­riu­so­idy.

Doba trwa­ła pra­wie trzy­dzie­ści ziem­skich go­dzin. Tro­chę długo, ale po­wi­nie­nem wy­trzy­mać. W końcu do około dwu­dzie­sto­sze­ścio­go­dzin­ne­go cyklu na po­kła­dzie jakoś zdo­ła­łem się przy­zwy­cza­ić.

 

 

3. Pro­cjon

 

Zbli­ża­li­śmy się do nie­wol­ni­czej pla­ne­ty. Feng zdą­żył już opo­wie­dzieć mi wszyst­ko, co wy­grze­bał w bi­blio­te­ce na temat świa­ta, który po­wo­li sta­wał się coraz więk­szą plam­ką na mo­ni­to­rach po­kła­du wi­do­ko­we­go. Nigdy nie wy­ewo­lu­owa­ła tam in­te­li­gen­cja. Siła ro­bo­cza zo­sta­ła spro­wa­dzo­na z ukła­du Ascel­li. Zdaje się, że wy­bra­no rasę, która nie tylko mogła prze­żyć w bez­tle­no­wej at­mos­fe­rze, ale wręcz po­trze­bo­wa­ła wo­do­ru i dwu­tlen­ku węgla do nor­mal­nych pro­ce­sów me­ta­bo­licz­nych.

W końcu na­de­szła pora, aby za­ło­żyć ska­fan­der i po­że­gnać się z Ame­ry­ka­ni­nem. Przy roz­sta­niu nie po­tra­fi­li­śmy do końca ukryć emo­cji. Mia­łem szcze­ry za­miar prze­żyć, ale… Oby­dwaj zda­wa­li­śmy sobie spra­wę, że mogę nie wró­cić. Kiedy fi­zy­ko­wi za­czę­ły po­dej­rza­nie błysz­czeć oczy, od­wró­ci­łem się i po­ma­sze­ro­wa­łem na prom. Bo­ha­te­rom nie wolno roz­kle­jać się przed walką, a dłu­żej już bym nie wy­trzy­mał.

 

***

 

Ascel­la­nie wy­glą­da­li jak… Mia­łem ol­brzy­mie trud­no­ści z do­bra­niem ziem­skie­go od­po­wied­ni­ka. Trzy­me­tro­wa dżdżow­ni­ca skła­da­ją­ca się z lekko spłasz­czo­nych kulek za­miast pier­ście­ni? Niby tak, tylko że nie­któ­re seg­men­ty róż­ni­ły się od po­zo­sta­łych wia­nusz­kiem róż­no­rod­nych wy­pu­stek. Jeśli tu­by­lec po­trze­bo­wał ręki, for­mo­wał pę­tel­kę z uprzy­wi­le­jo­wa­nym mo­du­łem na końcu. I już mógł chwy­tać przed­mio­ty, przy­sy­sać się do nich, dźgać…

Miesz­kań­cy pla­ne­ty prze­miesz­cza­li się ni­czym gą­sie­ni­ce: naj­pierw wę­dro­wała tylna część, uno­sząc środ­ko­wą, a potem prze­su­wał się przód, aż do peł­ne­go wy­pro­stu. Za­uwa­ży­łem, że, po­dob­nie jak Sy­riu­sza­nie, nie no­si­li ubrań. Tylko nie­któ­rzy zo­sta­li za­opa­trze­ni w ela­stycz­ne opa­ski, na któ­rych za­wie­sza­li różne przed­mio­ty. Może na­gość sta­no­wi­ła znak roz­po­znaw­czy nie­wol­ni­ków? Bo każde gołe stwo­rze­nie czuje się bar­dziej bez­bron­ne? Bo mniej za­cho­du, jeśli chce się wy­chło­stać nie­po­słusz­ne­go osob­ni­ka? Bo tak ta­niej i kogo ob­cho­dzi, co na ten temat sądzi po­sia­da­ny przed­miot?

Na pierw­szym pier­ście­niu mie­ścił się otwór gę­bo­wy, a ota­cza­ły go wy­rost­ki cał­kiem po­dob­ne to tych, które peł­ni­ły funk­cję pal­ców, tylko dłuż­sze, cień­sze i bar­dziej gięt­kie. Jak do­wie­dzia­łem się przed wy­lą­do­wa­niem na pla­ne­cie, ruchy wy­pu­stek na przed­nim seg­men­cie słu­ży­ły Ascel­la­nom jako głów­ne na­rzę­dzie ko­mu­ni­ka­cji. Wy­ko­rzy­sty­wa­li rów­nież za­pach; za jego po­śred­nic­twem prze­ka­zy­wa­li emo­cje. Nie wi­dzia­łem żad­nych oczu, ale mu­sie­li mieć jakiś na­rząd wzro­ku, aby móc ob­ser­wo­wać tań­czą­ce witki part­ne­ra.

Cie­ka­wi­ło mnie, jak trans­la­tor po­ra­dzi sobie z takim dzi­wacz­nym ję­zy­kiem. Jak się szyb­ko oka­za­ło – bez pro­ble­mów. Urzą­dze­nie po­le­ci­ło mi, abym zwró­cił w stro­nę roz­mów­cy ekra­nik, na któ­rym zwy­kle oglą­da­łem filmy, i wy­świe­tla­ło od­po­wied­nie ob­ra­zy. Kto wie, może nawet wonie po­tra­fi­ło emi­to­wać. W ku­li­stym heł­mie na gło­wie w żaden spo­sób nie mo­głem tego spraw­dzić.

 

***

 

Wy­sze­dłem z ko­smo­por­tu. Mia­stecz­ko spra­wia­ło jesz­cze bar­dziej przy­gnę­bia­ją­ce wra­że­nie, niż to na Sy­riu­so­idzie. At­mos­fe­ra za­bój­cza dla więk­szo­ści ras, au­to­chto­nicz­na flora spro­wa­dza­ła się do cze­goś przy­po­mi­na­ją­ce­go mech, fauna nie ist­nia­ła, ar­chi­tek­tu­ra dżdżow­ni­co­kształt­nych stwo­rzeń nie pre­zen­to­wa­ła się cie­ka­wie, jesz­cze nigdy nie sły­sza­łem, żeby ktoś in­te­re­so­wał się kul­tu­rą nie­wol­ni­ków… To miej­sce ra­czej nie miało szans na zo­sta­nie zna­nym ku­ror­tem przy­cią­ga­ją­cym mi­lio­ny tu­ry­stów.

Nie mar­nu­jąc czasu i tlenu, po­wę­dro­wa­łem na po­szu­ki­wa­nie biura po­dró­ży. Nawet bez wska­zó­wek pod­ręcz­ne­go kom­pu­ter­ka za­gad­ka nie na­le­ża­ła­by do trud­nych – tylko bu­dyn­ki prze­zna­czo­ne dla kse­no­istot prze­kra­cza­ły metr wy­so­ko­ści. I w za­się­gu wzro­ku nie mia­łem wielu tych „dra­pa­czy chmur”.

Na mój widok „dżdżow­ni­ca” pra­cu­ją­ca w biu­rze pod­nio­sła górne seg­men­ty i za­czę­ła wy­ma­chi­wać wy­rost­ka­mi.

– Wi­ta­my! Czym mo­że­my panu słu­żyć? – prze­tłu­ma­czy­ło moje nie­za­stą­pio­ne urzą­dze­nie.

– Chciał­bym po­zwie­dzać oko­li­ce. In­te­re­su­je mnie życie co­dzien­ne Ascel­lan.

– Mo­że­my za­ofe­ro­wać wy­ciecz­kę do sta­rej ko­pal­ni, w któ­rej głów­ne ko­ry­ta­rze zo­sta­ły do­sto­so­wa­ne do po­trzeb istot pana typu. Jest pan hu­ma­no­idem, praw­da?

– Tak, po­cho­dzę z Ziemi. Wo­lał­bym coś da­ją­ce­go wię­cej moż­li­wo­ści roz­mów z przed­sta­wi­cie­la­mi pań­skiej rasy niż zwie­dza­nie mu­zeum.

– Ma pan nie­zwy­kłe szczę­ście! Po­ju­trze na po­bli­skich far­mach od­bę­dzie się świę­to siewu.

Wcale nie byłem prze­ko­na­ny o wła­snym far­cie. Wio­sna słabo nada­wa­ła się na po­wsta­nie. Ktoś mu­siał za­dbać o żar­cie, a zdaje się, że praca rol­ni­ka nie na­le­ża­ła do lek­kich i po­zo­sta­wia­ją­cych mnó­stwo wol­ne­go czasu. Przy­naj­mniej myśmy swoje zrywy na­ro­do­wo­wy­zwo­leń­cze or­ga­ni­zo­wa­li ra­czej w li­sto­pa­dzie albo stycz­niu. No trud­no, nie mo­głem cze­kać do zimy, pory desz­czo­wej, czy co tu ucho­dzi za okres nie­sprzy­ja­ją­cy upra­wom.

– O, wła­śnie coś ta­kie­go by mnie in­te­re­so­wa­ło.

– Czy ma pan ja­kieś pre­fe­ren­cje co do farmy?

– Nie. Albo chwi­lecz­kę, niech bę­dzie naj­więk­sza.

– W po­rząd­ku. Już robię re­zer­wa­cję. – „Dżdżow­ni­ca” wiła się jak pi­ja­ny wąż, a jej wy­pust­ki stu­ka­ły w dwie kla­wia­tu­ry jed­no­cze­śnie. – Na miej­sce za­wie­zie pana nasz pra­cow­nik, który póź­niej zo­sta­nie pań­skim prze­wod­ni­kiem i opie­ku­nem. Ja­kiej mie­szan­ki od­de­cho­wej pan po­trze­bu­je?

Od­po­wie­dzia­łem jesz­cze na mnó­stwo pytań do­ty­czą­cych ludz­kiej fi­zjo­lo­gii, pod­pi­sa­łem oświad­cze­nie, że udaję się na farmę z wła­snej woli i na wła­sną od­po­wie­dzial­ność, za do­dat­ko­wą opła­tą wy­na­ją­łem po­jazd, w któ­rym mógł­bym zdjąć ska­fan­der. W końcu umó­wi­li­śmy się, że ran­kiem, za ja­kieś dwa­na­ście ziem­skich go­dzin, we­hi­kuł z kie­row­cą bę­dzie na mnie cze­kał przed biu­rem.

Zgod­nie z radą roz­mów­cy po­sze­dłem do ho­te­lu, aby wy­spać się we względ­nie kom­for­to­wych wa­run­kach.

 

***

 

Po­jazd oka­zał się cał­kiem wy­god­ny. Mój her­me­tycz­ny prze­dział od kie­row­cy od­dzie­la­ła szyb­ka. Za­wie­si­łem trans­la­tor na spe­cjal­nym ha­czy­ku i mo­głem kon­wer­so­wać z szo­fe­rem. Ascel­la­nin twier­dził, że roz­mo­wa wcale nie prze­szka­dza mu w pro­wa­dze­niu. Je­cha­li­śmy dość długo i zdą­ży­łem do­wie­dzieć się cie­ka­wych rze­czy. Ha­ro­wa­li wszy­scy do­ro­śli miesz­kań­cy pla­ne­ty. A że w świe­tle prawa za doj­rza­łych uwa­ża­no ich po trzech la­tach od przyj­ścia na świat, prak­tycz­nie każdy miał za­ję­cie. Sto­sun­ko­wo lek­kie, nie wy­ma­ga­ją­ce szcze­gól­nych kwa­li­fi­ka­cji, prace wy­ko­ny­wa­ła mło­dzież. Nie­zbyt ob­cią­ża­ją­ce fi­zycz­nie, lecz wy­ma­ga­ją­ce pew­ne­go do­świad­cze­nia… Hmmm, jakoś nie mo­głem się zdo­być na na­zy­wa­nie przed­sta­wi­cie­lek in­nych ras ko­bie­ta­mi. Nawet jeśli wy­glą­da­ły cał­kiem przy­jem­nie. A okre­śle­nie „sa­mi­ca” wy­da­wa­ło mi się ob­raź­li­we, szcze­gól­nie w kon­tek­ście nie­wol­ni­ków. Po­sta­no­wi­łem, że ascel­lań­skie płcie będę na­zy­wał „silną” i „słabą”. Wy­szło na jaw, że do­tych­czas mia­łem do czy­nie­nia tylko z tymi dru­gi­mi osob­ni­ka­mi. Silni za­su­wa­li w ko­pal­niach.

Z po­wo­du roz­dzie­le­nia, po­bzy­kać sobie mogli tylko od świę­ta, kiedy to na jeden dzień prze­sta­wa­no wy­do­by­wać su­row­ce. Co za upodle­nie! Nawet tak in­tym­nych de­cy­zji nie po­zo­sta­wio­no żywym przed­mio­tom!

W ra­mach agi­ta­cji opo­wie­dzia­łem prze­wod­nicz­ce o zwy­cza­jach pa­nu­ją­cych na Ziemi. Trud­no po­wie­dzieć, czy przy­pa­dły jej do gustu, czy też jej uprzej­me słowa wy­ni­ka­ły wy­łącz­nie ze stra­chu przed karą. Mia­łem na­dzie­ję, że przy­naj­mniej za­cznie my­śleć o wol­no­ści. To pierw­szy krok do jej uzy­ska­nia.

Przy­je­cha­li­śmy na farmę koło po­łu­dnia. W peł­nym słoń­cu mo­głem do­kład­nie obej­rzeć nędzę bu­dyn­ków ota­cza­ją­cych brud­ny dzie­dzi­niec. Jesz­cze niż­sze i mniej­sze niż w mia­stecz­ku por­to­wym, w ko­lo­rach oko­licz­ne­go błota, czyli nie­cie­ka­wych brą­zów i sza­ro­ści. Gdyby rosły tu ja­kie­kol­wiek ro­śli­ny z ga­łąz­ka­mi, ro­bot­ni­ce pew­nie miesz­ka­ły­by w sza­ła­sach z pa­ty­ków. Żad­nych ozdób, tylko naj­prost­sze kon­struk­cje, na­pręd­ce skle­co­ne z su­szo­nych na słoń­cu ce­gie­łek. Ani odro­bi­ny wy­sił­ku nie wło­żo­no w de­ko­ro­wa­nie tych… czwo­ra­ków. Tylko i wy­łącz­nie po­nu­ra funk­cjo­nal­ność. Nie mo­głem wejść do środ­ka, ale byłem prze­ko­na­ny, że we­wnątrz cha­ty­nek roiło się od pa­so­ży­tów. I z pew­no­ścią śmier­dzia­ło na po­tę­gę. Cza­sa­mi cie­szy­łem się, że ska­fan­der izo­lo­wał mnie od za­pa­chów.

Na­za­jutrz miało na­dejść świę­to, ale nie do­strze­ga­łem żad­nej ra­do­snej krzą­ta­ni­ny. Słabe peł­za­ły po oko­li­cy, pie­lę­gnu­jąc te swoje mchy i po­ro­sty. Nudna ro­bo­ta, tym gor­sza, że przy­mu­so­wa.

 

***

 

Po nocy spę­dzo­nej w po­jeź­dzie i so­lid­nym śnia­da­niu na­strój mi się po­pra­wił. Ascel­la­nom chyba też. Po­ja­wi­li się silni – osob­ni­ki co naj­mniej czte­ro­me­tro­we. Kiedy spa­łem, ktoś po­sta­wił na dzie­dziń­cu kilka ol­brzy­mich, pła­skich mis. Wy­peł­nio­no je róż­ny­mi pły­na­mi. Do­oko­ła każ­dej le­że­li tu­byl­cy i le­ni­wie po­pi­ja­li za­war­tość albo ga­wę­dzi­li. Byli tak wy­czer­pa­ni, że nawet nie mieli siły na tańce i za­ba­wę! Cie­ka­wi­ło mnie, czy silni i słabe wy­po­czy­wa­ją razem, ale ciała sta­no­wi­ły tak do­kład­nie splą­ta­ną masę, że nie mo­głem oce­nić ich dłu­go­ści.

Pró­bo­wa­łem za­gad­nąć kilku osob­ni­ków, ale roz­mo­wy się nie kle­iły. Znu­dzo­ny, krę­ci­łem się po far­mie bez celu. Nawet moja prze­wod­nicz­ka gdzieś się za­po­dzia­ła.

W po­łu­dnie po­da­no po­si­łek. Nie mia­łem po­ję­cia, co ta­kie­go za­ser­wo­wa­no, ale wszy­scy wpy­cha­li sobie po­tra­wy do otwo­rów gę­bo­wych z dużym en­tu­zja­zmem. Moja opie­kun­ka, która wró­ci­ła na obiad, twier­dzi­ła, że jesz­cze nigdy nie jadła tak pysz­ne­go ja­kie­goś-tam-mchu. Ja rów­nież zaj­rza­łem na chwi­lę do we­hi­ku­łu i prze­ką­si­łem jakiś pa­skud­ny kon­cen­trat.

Póź­niej wresz­cie za­czę­ły się tańce. Naj­pierw wszy­scy po­wę­dro­wa­li za bu­dyn­ki go­spo­dar­cze i roz­ło­ży­li się wy­god­nie przed nie­wiel­kim wzgó­rzem. Wkrót­ce na jego nie­na­tu­ral­nie równe zbo­cze wpeł­zły dzie­siąt­ki, jeśli nie setki, Ascel­lan i za­czę­ły wić się, two­rząc skom­pli­ko­wa­ne ukła­dy. Za­pew­ne oglą­da­łem przed­sta­wie­nie zbli­żo­ne do ba­le­tu. Nawet przy­jem­nie to wy­glą­da­ło, takie fi­gu­ry geo­me­trycz­ne płyn­nie prze­cho­dzą­ce jedne w dru­gie. Jeśli pląsy za­wie­ra­ły ja­kieś prze­sła­nie, do mnie ono nie do­tar­ło.

Kiedy na­stą­pił zmierzch, prze­szli­śmy z po­wro­tem na dzie­dzi­niec, na któ­rym za­pło­nę­ły lam­pio­ny da­ją­ce nieco świa­tła i cie­pła. Spo­dzie­wa­łem się tłoku, jak wcze­śniej przy mi­sach, ale nic ta­kie­go nie miało miej­sca. Szyb­ko od­kry­łem przy­czy­nę: ko­rzy­sta­jąc z ciem­no­ści, ni­by-dżdżow­ni­ce do­bie­ra­ły się w pary i roz­peł­za­ły po za­ka­mar­kach na ma­lut­kie ba­ra-ba­ra. Po­cząt­ko­wo dzi­wi­ło mnie, że nie krę­pu­ją się obec­no­ścią in­nych, ale zaraz uświa­do­mi­łem sobie, że dla kogoś, kto pra­wie nigdy nie pod­no­si gór­ne­go seg­men­tu wyżej niż na pół metra, sple­cio­ne ciała po­zo­sta­ją nie­wi­docz­ne. Po­czu­łem się jak pod­glą­dacz i czym prę­dzej skon­cen­tro­wa­łem się na pod­bu­rza­niu tych sil­nych, któ­rzy zo­sta­li w krę­gach świa­tła.

– Pra­cu­jesz w ko­pal­ni, praw­da?

Za­gad­nię­ty zwró­cił pier­ścień z otwo­rem gę­bo­wym w moją stro­nę.

– Jasne. Prze­cież je­stem męż­czy­zną, nie?

– No tak, to było głu­pie py­ta­nie. Prze­pra­szam.

– Nie ma spra­wy, Zie­mia­ni­nie. Pierw­szy raz na Pro­cjo­ni­dzie?

– Pierw­szy. Chęt­nie do­wie­dział­bym się wię­cej o tej pla­ne­cie. Co wy­do­by­wa­cie w wa­szej ko­pal­ni?

– Tutaj wy­grze­bu­je się tylko jeden mi­ne­rał: pro­cjo­nit.

– Nigdy o nim nie sły­sza­łem. Do czego służy?

– Do pro­duk­cji ma­szyn. W twoim kom­pu­ter­ku też jest ka­wa­łek. Można po­wie­dzieć, że to urzą­dze­nie już tu kie­dyś było.

„Za­pach sy­gna­li­zu­ją­cy roz­ba­wie­nie” – po­in­for­mo­wał ob­ga­dy­wa­ny trans­la­tor po prze­tłu­ma­cze­niu por­cji ener­gicz­nych wy­ma­chów wy­pust­ka­mi.

Jasna cho­le­ra! Mój za­pach z całą pew­no­ścią nie sy­gna­li­zo­wał roz­ba­wie­nia. Jak to?! Od grubo ponad roku po­słu­gu­ję się ustroj­stwem zbu­do­wa­nym na krwi i pocie nie­wol­ni­ków? To ro­bi­ło ze mnie pod­łe­go wy­zy­ski­wa­cza! I jak po­wi­nie­nem po­stą­pić w ta­kiej sy­tu­acji? Ze wstrę­tem wy­rzu­cić urzą­dze­nie? Bez niego nie dotrę na sta­tek, tylko udu­szę się, oto­czo­ny zde­ner­wo­wa­ny­mi Ascel­la­na­mi. Wy­wa­lić na frach­tow­cu? Wtedy nawet nie zro­zu­miem, gdy szef zmia­ny bę­dzie mi tłu­ma­czył, że na po­kła­dzie zie­lo­nym roz­la­ło się ja­kieś śmier­dzą­ce pa­skudz­two i trze­ba je na­tych­miast sprząt­nąć. Pro­blem nie tylko z ob­cy­mi – z Zie­mia­ni­nem Li rów­nież o wiele wy­god­niej ko­mu­ni­ko­wa­ło się za po­śred­nic­twem kom­pu­ter­ka. W Ko­smo­sie nagle nie na­uczę się świet­nie mówić po an­giel­sku, bo i od kogo? Feng ma swoją ro­bo­tę, ja swoją. Do tego do­szła walka o znie­sie­nie nie­wol­nic­twa. Nawet nie ma kiedy po­za­ku­wać słó­wek. Co mam robić?

W końcu zde­cy­do­wa­łem, że na razie będę wy­ko­rzy­sty­wał trans­la­tor w szla­chet­nym celu, a póź­niej się za­sta­no­wię.

W mię­dzy­cza­sie mój roz­mów­ca do­kądś od­pełzł. Zna­la­złem na­stęp­ne­go:

– Mo­żesz mi opo­wie­dzieć, jak wy­glą­da praca w ko­pal­ni?

– Zwy­czaj­nie. Scho­dzi­my pod zie­mię i szu­ka­my sku­pisk pro­cjo­ni­tu.

– To musi być bar­dzo cięż­ka ro­bo­ta.

– Ra­czej nie­bez­piecz­na.

No pew­nie. Kto by się przej­mo­wał śmier­cią grupy nie­wol­ni­ków? Kupi się no­wych i po bólu.

– Ro­zu­miem. Pew­nie czę­sto do­cho­dzi do eks­plo­zji.

– Ja­kich eks­plo­zji?

– No, wy­bu­chów. Gaz się za­pa­la, ogień gwał­tow­nie się roz­prze­strze­nia, pa­rząc i roz­ry­wa­jąc wszyst­kich w po­bli­żu…

– W ko­pal­niach nie ma nic po­dob­ne­go.

Nie­do­brze, bar­dzo li­czy­łem na jakiś pla­stik czy inny tro­tyl przy po­wsta­niu. Nie my­ślisz, Ziu­tek, w ogóle nie my­ślisz. Prze­cież tu nie ma wol­ne­go tlenu! W czym niby tu­tej­szy proch miał­by się spa­lić? W dwu­tlen­ku węgla? Taaak, jasne.

– To skąd bie­rze się nie­bez­pie­czeń­stwo?

– Cza­sa­mi, kiedy za bar­dzo zry­je­my jakiś ob­szar, skała wyżej za­wa­la się na nas. – No tak, bo prze­cież żal kasy na do­świad­czo­ne­go in­ży­nie­ra gór­ni­ka, który po­tra­fił­by wy­ty­czyć bez­piecz­ne ko­ry­ta­rze.

– Jak wobec tego wy­sa­dza­cie ścia­ny?

– Nijak nie wy­sa­dza­my. Nie ro­zu­miem cię.

– A w jaki spo­sób wy­do­by­wa­cie pro­cjo­nit?

– Po pro­stu znaj­du­je­my żyłę i zja­da­my ją razem z ka­mie­nia­mi do­oko­ła.

O rany! Za­mu­ro­wa­ło mnie. Oni nie tylko wy­glą­da­ją jak dżdżow­ni­ce. Jed­nak ewo­lu­cja jest upar­ta. Tyle lat świetl­nych od Ziemi, a te same sztucz­ki wy­kom­bi­no­wa­ła.

Ko­lej­ny roz­mów­ca roz­pły­nął się w mroku, wy­ko­rzy­stu­jąc moje oszo­ło­mie­nie. Prze­spa­ce­ro­wa­łem się do in­ne­go lam­pio­nu w po­szu­ki­wa­niu no­we­go „ję­zy­ka”.

– Nie my­śla­łeś kie­dyś o tym, żeby rzu­cić ro­bo­tę w ko­pal­ni?

– Co ty wy­ga­du­jesz, Zie­mia­ni­nie? Muszę scho­dzić pod zie­mię.

– A dla­cze­go mu­sisz?

– Bo je­stem męż­czy­zną.

Tak to my nie mie­li­śmy szans na po­ro­zu­mie­nie…

– A co się sta­nie, jeśli prze­sta­niesz? – do­py­ty­wa­łem się.

– Umrę.

No, ostro tutaj karzą strajki!

– Ktoś cię za­bi­je?

– Nie. Umrę z głodu. Ty nic o nas nie wiesz?

– Pra­wie nic. Je­stem tu pierw­szy raz i nigdy wcze­śniej nie spo­tka­łem Ascel­la­ni­na. Opo­wiedz mi o wa­szej rasie.

– Ko­bie­tom od biedy wy­star­czy papka ro­ślin­na, ale męż­czyź­ni po­trze­bu­ją do­dat­ko­wych mi­ne­ra­łów do życia. Zja­da­my piach i drob­ne ka­my­ki, a or­ga­nizm za­bie­ra sobie, co mu po­trze­ba.

– A co z pro­cjo­ni­tem?

– Nie tra­wi­my go. Wy­cho­dzi nie­na­ru­szo­ny. Ale skały w po­bli­żu złóż zwy­kle są bar­dzo smacz­ne.

Coraz le­piej. Mój ulu­bio­ny apa­rat po­wstał nie tyle z potu i krwi nie­wol­ni­ków, co z gówna prze­ro­śnię­tych glist. Po pro­stu pięk­nie! Co gor­sza, jeśli to praw­da – a nie wi­dzia­łem po­wo­du, dla któ­re­go Ascel­la­nin miał­by mnie okła­my­wać – to silni nie mogli prze­stać pra­co­wać w ko­pal­niach. Ale nie tra­ci­łem na­dziei, że uda mi się ich pod­bu­rzyć cho­ciaż odro­bi­nę.

Skoro na sil­niej­szą płeć nie mo­głem li­czyć, spró­bo­wa­łem per­trak­ta­cji ze słab­szą:

– Czy nie prze­szka­dza wam, że nie rzą­dzi­cie na tej pla­ne­cie? – za­gad­ną­łem naj­bliż­szą trzy­me­tro­wą „dżdżow­ni­cę”.

– Prze­cież to my po­dej­mu­je­my wszyst­kie de­cy­zje. Nie ro­zu­miem cię, Zie­mia­ni­nie.

– Ale Pro­cjo­ni­da nie na­le­ży do was!

– Do cie­bie też nie. Czy nie mo­żesz przez to po niej cho­dzić?

– Mogę, ale ja je­stem tylko tu­ry­stą. Teraz zwie­dzam, nie­dłu­go wrócę na sta­tek.

– A sta­tek na­le­ży do cie­bie?

Tu mnie miała. Nie wie­dzia­łem, co od­po­wie­dzieć, mil­cza­łem więc. Ona od­peł­zła, a ja wciąż się za­sta­na­wia­łem, na czym wła­ści­wie po­le­ga róż­ni­ca mię­dzy nie­wol­ni­kiem a pra­cow­ni­kiem na eta­cie, mię­dzy Ascel­lan­ką a mną. Oby­dwo­je nie mo­gli­śmy rzu­cić na­szej pracy. Tylko że ona znaj­do­wa­ła się wśród przy­ja­ciół i ro­dzi­ny. Cóż z tego, że jej mąż – jeśli w ogóle za­wie­ra­li mał­żeń­stwa – pra­co­wał w ko­pal­ni? Mnie od naj­bliż­szej ko­bie­ty mojej rasy dzie­li­ły lata świetl­ne. Że umowa gwa­ran­to­wa­ła mi brak chło­sty i lep­szy so­cjal? To je­dy­nie mało istot­ne róż­ni­ce w na­tę­że­niu kar i na­gród.

– Czy nie de­ner­wu­je cię, że zo­sta­łaś spro­wa­dzo­na na Pro­cjo­na Ósme­go bez two­jej zgody?

– Nie zo­sta­łam ścią­gnię­ta na siłę. Tu przy­szłam na świat.

No tak, w sumie racja – le­piej prze­trans­por­to­wać grup­kę nie­wol­ni­ków i stwo­rzyć im na tyle dobre wa­run­ki, żeby się roz­mna­ża­li, niż co po­ko­le­nie opła­cać prze­wóz ko­lej­nej par­tii.

– A twoi przod­ko­wie? Czy de­cy­zja na­le­ża­ła do nich?

– Nie wiem. Nie zna­łam ich. Miesz­ka­my na Pro­cjo­ni­dzie od bar­dzo dawna.

– A gdyby ktoś po­sta­no­wił prze­trans­por­to­wać cię na inną pla­ne­tę, by­ła­byś za­do­wo­lo­na?

– Pew­nie tak. Tutaj żyje się dość cięż­ko.

– Co spra­wia, że jest tak źle?

– Trud­no od­dy­chać w tu­tej­szej at­mos­fe­rze, za dużo pary wod­nej. Po­dob­no na Ascel­li pa­nu­ją ko­rzyst­niej­sze pro­por­cje. Poza tym cią­gle bra­ku­je nam je­dze­nia – mech spo­żyw­czy słabo ro­śnie.

– A wła­ści­cie­le globu, ci, któ­rzy przy­wieź­li tu Ascel­lan, nie mo­gli­by wam pomóc?

– Prze­cież po­ma­ga­ją; do­star­cza­ją nam spe­cjal­ne na­wo­zy. Bez tego po­mar­li­by­śmy z głodu.

No nie! Po­czu­łem się, jak­bym pró­bo­wał roz­bić głową ścia­nę. Wy­zy­ski­wa­cze do­brzy, bo kar­mią swo­ich nie­wol­ni­ków. Szla­chet­niej­szych istot ze świe­cą szu­kać po całej Dro­dze Mlecz­nej! Ręce mi opa­dły. Ależ wła­ści­cie­le wy­pra­li Ascel­la­nom mózgi! Czy co tam im słu­ży­ło do my­śle­nia…

Od­sze­dłem na dłuż­szą chwi­lę do po­jaz­du, aby po­now­nie za­sta­no­wić się nad or­ga­ni­za­cją re­be­lii.

 

***

 

Kiedy wró­ci­łem do świę­tu­ją­cych, trwa­ły już ko­lej­ne po­pi­sy ta­necz­ne. Tym razem nie ze­spo­ło­we, tylko so­lo­we. Wy­ga­szo­no lam­pio­ny, a kil­ko­ro Ascel­lan za­ło­ży­ło fos­fo­ry­zu­ją­ce opa­ski i wy­gi­na­ło się w ciem­no­ściach, two­rząc ma­low­ni­cze, trój­wy­mia­ro­we po­wi­do­ki. Mu­sia­łem przy­znać, że życie nie­wol­ni­ków nie było po­zba­wio­ne pew­nych form sztu­ki. Ukła­dy cho­re­ogra­ficz­ne wy­glą­da­ły na sta­ran­nie do­pra­co­wa­ne i wie­lo­krot­nie prze­ćwi­czo­ne. Widać cięż­ka praca po­zo­sta­wia­ła choć tro­chę czasu na roz­ryw­kę.

Po ja­kiejś pół­go­dzi­nie po­now­nie włą­czo­no lam­pio­ny i po­da­no wie­czor­ny po­si­łek, a ja pod­ją­łem prze­rwa­ną agi­ta­cję.

– Pro­cjo­nit to bar­dzo rzad­ki mi­ne­rał, praw­da?

– O tak! Do­tych­czas zna­le­zio­no go tylko tutaj.

– Gdy­by­ście to, co wy­do­by­wa­cie, sprze­da­wa­li na wol­nym rynku, pew­nie otrzy­my­wa­li­by­ście mnó­stwo ener­go­kre­dy­tów za każdą grud­kę.

– Ale prze­cież sprze­da­je­my! Do­sta­je­my w za­mian na­wo­zy i jesz­cze inne rze­czy.

– Na­wo­zy są tanie, można je wy­twa­rzać na co dru­gim sa­te­li­cie! A pro­cjo­nit to bez­cen­ny uni­kat! Wart kupę szma­lu!

– Nie na­je­my się ener­go­kre­dy­ta­mi, gdy mech prze­sta­nie ro­snąć. Po­trze­bu­je­my na­wo­zów.

– Gdy­by­ście do­sta­wa­li ryn­ko­wą cenę za uro­bek, mo­gli­by­ście kupić sobie tyle na­wo­zów, żeby po­kryć całą po­wierzch­nię Pro­cjo­na Ósme­go. Me­tro­wą war­stwą!

– Metr to za dużo. Sypie się tylko odro­bi­nę na każdą kępę.

– No to wy­do­by­wa­li­by­ście i sprze­da­wa­li tylko tro­chę pro­cjo­ni­tu. Po­myśl tylko, ile wol­ne­go czasu by­ście mieli. Świę­to co drugi dzień albo jesz­cze czę­ściej!

– Nie mo­że­my wy­do­by­wać mniej.

To ascel­lań­skie bez­wa­run­ko­we po­go­dze­nie się z wła­snym losem do­pro­wa­dza­ło mnie do pasji. No prze­cież nie mo­głem sam jeden pod­bi­jać Kon­fe­de­ra­cji za nich!

– Dla­cze­go nie?

– Bo jak do­star­czy­my za mało, to nie do­sta­nie­my chu­spa.

– Co to jest chu­spa?

Chu­spa to chu­spa.

No to wszyst­ko mi wy­tłu­ma­czy­ła. Pró­bo­wa­łem wy­dłu­bać ja­kieś in­for­ma­cje z trans­la­to­ra, ale uzy­ska­łem wy­łącz­nie na­uko­wy beł­kot, z któ­re­go nic nie wy­ni­ka­ło. Do­wie­dzia­łem się tylko, że to jakaś sub­stan­cja o bar­dzo zło­żo­nej bu­do­wie che­micz­nej.

Nigdy nawet nie po­dej­rze­wa­łem, że agi­ta­cja po­li­tycz­na to ro­bo­ta znacz­nie trud­niej­sza niż sprzą­ta­nie.

Za­czą­łem krą­żyć wśród „dżdżow­nic”, wy­py­tu­jąc o ta­jem­ni­cze chu­spa.

W końcu zna­la­złem kogoś jako tako zo­rien­to­wa­ne­go. Wy­ja­śnił mi, że chu­spa wy­twa­rza­ją bo­go­wie i, za po­śred­nic­twem wła­ści­cie­li, zsy­ła­ją Ascel­la­nom. Sub­stan­cja uła­twia­ła od­dy­cha­nie. Jak się oka­za­ło, pa­skud­na at­mos­fe­ra Pro­cjo­ni­dy nawet nie­wol­ni­kom nie sprzy­ja­ła. Bez wspo­ma­ga­ją­ce­go nar­ko­ty­ku albo po­du­si­li­by się, pró­bu­jąc zdo­być je­dze­nie, albo po­mar­li z głodu, leżąc i całą ener­gię po­świę­ca­jąc na od­dy­cha­nie. Cho­ler­ne chu­spa umoż­li­wia­ło ni­by-dżdżow­ni­com prze­ży­cie na nie­go­ścin­nym glo­bie, po­pra­wia­ło sa­mo­po­czu­cie, a na do­bit­kę, zmniej­sza­ło ape­tyt na trud­ną w ho­dow­li żyw­ność po­cho­dze­nia ro­ślin­ne­go. Taki miły bo­nu­sik dla wła­ści­cie­li, do­dat­ko­wo tnący kosz­ty eks­plo­ata­cji.

Nie pa­mię­ta­łem, która rasa po­sia­dała układ Pro­cjo­na, ale do­sze­dłem do wnio­sku, że wy­jąt­ko­we z nich skur­wie­le. Sche­mat wy­my­śli­li na­praw­dę dia­bel­ski! Jeśli nie­wol­ni­cy nie zdo­bę­dą wy­star­cza­ją­co dużo mi­ne­ra­łu na ha­racz, to nie do­sta­ną nar­ko­ty­ku, od któ­re­go zo­sta­li uza­leż­nie­ni. No jak w ta­kich oko­licz­no­ściach mia­łem zor­ga­ni­zo­wać bunt? Kto pój­dzie do ataku, wie­dząc, że szar­ża nie tylko okaże się sa­mo­bój­cza, ale bez­a­pe­la­cyj­nie do­pro­wa­dzi do śmier­ci wszyst­kich krew­nych, ko­le­gów i nie­zna­jo­mych, aż do naj­młod­sze­go nie­mow­la­ka?

Co gor­sza, naj­praw­do­po­dob­niej „Ko­smicz­ny Be­he­mot” przy­wiózł ko­lej­ną por­cję chu­spa. Kto wie, może nawet sam od­ku­rza­łem kon­te­ner z sub­stan­cją służącą do utrzy­mywania w po­kor­nym pod­dań­stwie? Sta­łem się współ­win­ny zbrod­ni znie­wo­le­nia! A może nie­jed­no­krot­nie na dodatek? Prze­cież to nie pierw­sza cie­mię­żo­na pla­ne­ta, z którą pro­wa­dzi­li­śmy han­del! Pew­nie na każ­dej funk­cjo­no­wał rów­nie podły sys­tem, jakiś prze­my­śla­ny do ostat­nie­go szcze­gó­łu spo­so­bik na za­pew­nie­nie sobie współ­pra­cy.

Chcia­ło mi się kląć, wrzesz­czeć i pła­kać. Aż nie wie­dzia­łem, co bar­dziej i co naj­pierw.

Po dłuż­szym na­my­śle, zde­cy­do­wa­łem się na sub­tel­niej­szą formę pod­bu­rza­nia. Za­czą­łem opo­wia­dać wszyst­kim chęt­nym Ascel­la­nom treść „Kon­ra­da Wal­len­ro­da”. Nie­ste­ty, ogra­ni­czo­ny jan­kes nie wpadł na to, żeby umie­ścić w bi­blio­te­ce frach­tow­ca li­te­ra­tu­rę inną niż an­glo­ję­zycz­na i ska­za­ny byłem na te nędz­ne reszt­ki dzie­ła, które za­pa­mię­ta­łem ze szko­ły. No trud­no. Mia­łem na­dzie­ję, że ziar­no za­sie­wa­ne pod­czas tej świą­tecz­nej nocy, wyda kie­dyś pięk­ne owoce, które utkwią w gar­dle wy­zy­ski­wa­czy.

Przed za­śnię­ciem wy­sła­łem Fen­go­wi usta­lo­ną wcze­śniej wia­do­mość. Ko­mu­ni­kat, na pozór zdaw­ko­wy, na­praw­dę ozna­czał, że nie ma po­trze­by sa­bo­to­wa­nia sil­ni­ków. Za­mie­rza­łem jak naj­szyb­ciej opu­ścić pla­ne­tę, która tak bru­tal­nie zni­we­czy­ła moje plany.

 

4. Go­me­isa

 

Ame­ry­ka­nin pod­szedł ze zro­zu­mie­niem do po­raż­ki. „Nie martw się, Joe” po­wta­rzał mi w kółko. Mówił, że teraz mu­si­my skon­cen­tro­wać się na do­wie­zie­niu na­szych mó­zgów ca­łych i zdro­wych na Zie­mię. Pla­no­wał, że na forum ONZ opo­wie­my o okrop­nych prak­ty­kach Kon­fe­de­ra­cji… Roz­ta­czał wizje, jak to ludz­kość weź­mie się do zwal­cza­nia nie­wol­nic­twa. Po­cie­szał, że moja hi­sto­ria o Wal­len­ro­dzie to cu­dow­ny po­mysł, wspa­nia­ły i bar­dzo ważny pierw­szy krok na dro­dze do celu. Obie­cy­wał, że przej­rzy bi­blio­te­kę pod kątem in­nych „bun­tow­ni­czych” ksią­żek. W końcu, w Sta­nach Zjed­no­czo­nych też kie­dyś po­sia­dano my­ślą­ce isto­ty na wła­sność i w li­te­ra­tu­rze po­zo­sta­ły ślady tego nie­chlub­ne­go okre­su.

A teraz prze­by­wał gdzieś na po­wierzch­ni Go­me­isy Trze­ciej, nie­wiel­kiej, wol­nej i roz­wi­nię­tej tech­no­lo­gicz­nie pla­ne­ty, na któ­rej do­mi­no­wał prze­mysł elek­tro­nicz­ny. Bo i po cóż tar­gać pro­cjo­nit przez pół Ga­lak­ty­ki, jeśli można go prze­two­rzyć o jeden krót­ki pod­prze­strzen­ny skok od miej­sca po­wsta­nia?

Zła­pa­łem się na tym, że tę­sk­nię za żółt­kiem. Nie mo­głem mu to­wa­rzy­szyć – nikt nie wy­pu­ścił­by mnie z frach­tow­ca na drugą pla­ne­tę pod rząd. Do­wia­dy­wa­łem się wła­śnie, jak mocno wspól­na ta­jem­ni­ca po­tra­fi po­łą­czyć ludzi. Naj­wi­docz­niej za­przy­jaź­ni­łem się z prze­mą­drza­łym wy­kształ­ciu­chem z re­no­mo­wa­nej ame­ry­kań­skiej uczel­ni.

 

***

 

Wresz­cie wró­cił na po­kład. Nie ża­ło­wał sobie, przy­le­ciał z przed­ostat­nim ła­dun­kiem.

– No, opo­wia­daj, jak było! Do­wie­dzia­łeś się cze­goś cie­ka­we­go?

– Tro­chę. A to do­pie­ro po­czą­tek i mam za­miar po­głę­bić wie­dzę.

– Jak to?

– Spo­koj­nie, po kolei. Naj­pierw po­sze­dłem do… tego…

– No?!

– Do agen­cji to­wa­rzy­skiej! – wy­pa­lił w końcu, wy­raź­nie za­wsty­dzo­ny.

Me­cha­ni­kom to do­brze! Idą sobie do bur­de­lu, kiedy tylko mają ocho­tę, a bied­ny sprzą­tacz musi oglą­dać wir­tu­al­ne por­no­sy, z pomp­ką do­jar­ki przy­ssa­ną do fiuta…

– Wy­obraź sobie – kon­ty­nu­ował fizyk – że mieli tam dziew­czy­nę z Ziemi!

Coś ta­kie­go! Nie no, dla praw­dzi­wej ko­bie­ty od­ża­ło­wał­bym to pół pen­sji za nu­me­rek!

– O rany! – jęk­ną­łem, nie­sa­mo­wi­cie pod­nie­co­ny na samą myśl. – I jak było?

– Nie­waż­ne jak! Słu­chaj, co ona mó­wi­ła!

Że co? Po pół­to­ra roku w Ko­smo­sie wy­posz­czo­ny facet spo­ty­ka chęt­ną pa­nien­kę i z nią ROZ­MA­WIA? Nie, jed­nak nigdy w życiu nie zdo­łam zro­zu­mieć tych in­te­li­gen­tów.

– Czyś ty osza­lał?! Po­sze­dłeś do bur­de­lu, żeby sobie po­ga­dać?!

– Za­mknij się! Chcesz się do­wie­dzieć, co od niej usły­sza­łem, czy nie?

– OK, mów…

– Otóż ta dziew­czy­na twier­dzi, że w Kon­fe­de­ra­cji do nie­wol­nic­twa pod­cho­dzą cał­kiem ina­czej niż u nas.

– To już wiemy. Prak­ty­ku­ją ku­po­wa­nie pla­net wraz z miesz­kań­ca­mi. Sam wi­dzia­łem.

– Nie, nie o to cho­dzi.

– A o co?

– Te cho­ler­ne ufoki uwa­ża­ją, że to ab­so­lut­nie na­tu­ral­ne zja­wi­sko. Oni nawet się tego nie wsty­dzą!

– Po­waż­nie?!

– Tak. Tak samo, jak my nie wsty­dzi­my się, że za­bi­ja­my krowy na ham­bur­ge­ry. Po pro­stu tak zo­stał świat urzą­dzo­ny, że sil­niej­si zja­da­ją słab­szych, a mą­drzej­si wy­ko­rzy­stu­ją głup­szych i już.

– To… to nie­moż­li­we!

– Też tak za­re­ago­wa­łem. Po­cząt­ko­wo nie mo­głem uwie­rzyć. Ale prze­ko­na­ła mnie.

– Jak, na li­tość boską?!

– Po­ka­za­ła mi ga­ze­tę. A tam… Róż­no­ści, jak to zwy­kle w dzien­ni­ku. No­to­wa­nia, po­dob­ne do na­szych, gieł­do­wych. Z krót­ki­mi opi­sa­mi; że Eta­mi­nia­nie po­dro­że­li, bo na­ukow­cy wciąż szu­ka­ją szcze­pion­ki na za­ra­zę nę­ka­ją­cą płod­ne ko­bie­ty, że Alio­ta­nie, dla od­mia­ny, po­ta­nie­li po tym słyn­nym wy­pad­ku, kiedy to zbun­to­wa­ny nie­wol­nik za­mor­do­wał wła­ści­cie­li. Ar­ty­ku­ły o wy­cho­wy­wa­niu Men­ka­ran od ma­łe­go, po­ra­dy na temat pie­lę­gna­cji sier­ści Chor­tan… Ogło­sze­nia drob­ne „sprze­dam Be­nat­na­shan­kę, wiek: trzy­dzie­ści dwa lata, szcze­gól­nie dobra w ta­kich to a ta­kich ro­dza­jach seksu”…

– To się w gło­wie nie mie­ści…

– Zga­dza się. Zwłasz­cza ten seks…

– No wiesz co?! Jak mo­żesz żar­to­wać w ta­kiej sy­tu­acji?

– Mó­wi­łem po­waż­nie. Żałuj, że tego nie czy­ta­łeś. Już szyb­ki nu­me­rek z kimś ob­da­rzo­nym dwoma ogo­na­mi to nie­za­po­mnia­ne prze­ży­cie, ale to, co po­tra­fi­ła ta Be­nat­na­shan­ka…

Hmmm… Może przy na­stęp­nej oka­zji wy­brać por­no­la z jakąś inną rasą? Skoro to takie in­te­re­su­ją­ce? Sam byłem cie­kaw, jak można wy­ko­rzy­stać dwa ogony w łóżku. Ory­gi­nal­na per­spek­ty­wa…

– Uspo­kój się! Feng, mie­li­śmy zwal­czać nie­wol­nic­two, a nie my­śleć o bzy­ka­niu po­twor­ków.

– No tak. Prze­pra­szam. W każ­dym razie uwie­rzy­łem, że w Kon­fe­de­ra­cji nie­wo­la jest na po­rząd­ku dzien­nym.

– I mo­żesz albo po­sia­dać nie­wol­ni­ków, albo zo­stać jed­nym z nich?

– Aż tak bez­na­dziej­nie nie jest. To tro­chę jak z wiarą u nas – skoro Bóg za­bra­nia al­ko­ho­lu albo wie­przo­wi­ny, to nikt nie zmu­sza wy­znaw­ców do picia ani nie karmi ich na siłę szyn­ką, ale każdy tro­chę współ­czu­je ogra­ni­czeń.

– Aha. Jesz­cze coś cie­ka­we­go?

– Ta dziew­czy­na za­su­ge­ro­wa­ła, żebym po­szedł do bi­blio­te­ki i ścią­gnął tro­chę opra­co­wań o nie­wol­nic­twie.

– Nie­zły po­mysł. I co wy­czy­ta­łeś?

– Jesz­cze nic. Na­pcha­łem tek­stów do trans­la­to­ra i za­mie­rzam przej­rzeć w wol­nej chwi­li. Jak znaj­dę coś god­ne­go uwagi, to dam ci znać.

 

***

 

Ame­ry­ka­nin wpadł do mojej ka­ju­ty, nie­mal wy­ry­wa­jąc drzwi. Wy­glą­dał na zde­ner­wo­wa­ne­go, od­dy­chał cięż­ko, ręce mu się trzę­sły. Z żółt­ka­mi to trud­no po­wie­dzieć, ale chyba tro­chę zbladł.

– Feng! Co ci się stało?!

W od­po­wie­dzi wy­dy­szał coś nie­zro­zu­mia­łe­go nawet dla trans­la­to­ra. Wy­do­by­łem pier­siów­kę, scho­wa­ną na czar­ną go­dzi­nę. Wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że wła­śnie na­de­szła.

Fizyk za­czął się krztu­sić, ale pięć­dzie­siąt­ka po­rząd­nej, pol­skiej wódki chyba speł­ni­ła swoje za­da­nie, bo ko­lor­ki wró­ci­ły mu na twarz i od­zy­skał zdol­ność mowy.

– Prze­czy­ta­łem… Sam zo­bacz!

Pod­su­nął mi pod nos ekran kom­pu­ter­ka. Cho­le­ra, po an­giel­sku! I to jakiś po­twor­nie trud­ny tekst. Oprócz „a” i „the” nie zna­łem pra­wie żad­nych słów.

– Weź się nie wy­głu­piaj! Streść mi, co wy­czy­ta­łeś.

– A, no tak… Przy­na­leż­ność do Kon­fe­de­ra­cji wcale nie gwa­ran­tu­je sa­mo­sta­no­wie­nia. Ponad po­ło­wa znie­wo­lo­nych obec­nie ras za­czy­na­ła od pod­pi­sa­nia trak­ta­tu ak­ce­syj­ne­go.

– O kurwa! – Sam czym prę­dzej po­cią­gną­łem z fla­szecz­ki. – Od czego to za­le­ży?

– Trud­no tak jed­no­znacz­nie okre­ślić. Wy­da­je mi się, że od pędu danej cy­wi­li­za­cji do wie­dzy, po­stę­pu, sa­mo­do­sko­na­le­nia. Jeśli ga­tu­nek się nie roz­wi­ja, to prę­dzej czy póź­niej, zo­sta­je sprze­da­ny, a wła­ści­cie­le twier­dzą, że to dla dobra nie­wol­ni­ków, że w ten spo­sób wzno­szą ich na coraz wyż­sze po­zio­my tech­no­lo­gicz­ne…

– Pie­prze­ni hi­po­kry­ci!

– Przy­ta­cza­ją mnó­stwo ar­gu­men…

Dal­sze słowa me­cha­ni­ka zo­sta­ły za­głu­szo­ne przez dźwięk sy­re­ny. Nad wej­ściem za­pło­nę­ła po­ma­rań­czo­wa lamp­ka, nasze trans­la­to­ry za­czę­ły ner­wo­wo po­pi­ski­wać. Wszyst­kie te sy­gna­ły ozna­cza­ły, że za nie­ca­ły kwa­drans „Ko­smicz­ny Be­he­mot” wej­dzie w pod­prze­strzeń, aby po su­biek­tyw­nej pół­go­dzi­nie wy­nu­rzyć się w po­bli­żu ukła­du Pol­luk­sa. W ciągu tych ma­gicz­nych trzy­dzie­stu minut, z przy­spie­sze­niem mogą dziać się dzi­wacz­ne rze­czy, więc wszy­scy człon­ko­wie za­ło­gi, któ­rzy aku­rat nie mają wach­ty, po­win­ni udać się do kajut, przy­piąć pa­sa­mi do koi i uru­cho­mić ko­ko­ny an­ty­prze­cią­że­nio­we.

Fizyk za­klął i po­gnał do sie­bie. Ja rzu­ci­łem się na wyro. Stop­nio­wo do­cie­ra­ło do mnie zna­cze­nie słów Fenga. Sprzącz­ki pasów bez prze­rwy wy­śli­zgi­wa­ły się z nagle spo­co­nych dłoni. Kiedy już udało się je pew­nie zła­pać, nie mo­głem po­ra­dzić sobie z za­pię­ciem, tak drża­ły mi ręce. W gar­dle rosła gula, w uszach dud­ni­ło przy­spie­szo­ne tętno, w gło­wie hu­cza­ło jedno py­ta­nie: co za­sta­nie­my na Ziemi, kiedy wresz­cie tam wró­ci­my?

 

__________________________________

Oczy­wi­ście, jako ilu­stra­cję wy­ko­rzy­sta­łam “Wol­ność wio­dą­cą lud na ba­ry­ka­dy”, pędz­la De­la­cro­ix.

Koniec

Komentarze

Z historii wiadomo, że Polacy to rewolucjoniści, ale kiepscy agitatorzy. Szkoda, że moje ulubione “pteraczki”, przeznaczyłaś do konsumpcji. Pozdrawiam z uśmiechem.

Dziękuję, Ryszardzie.

Trochę do historii sięgałam, nie tylko do naszej.

Pteraczków żal? Oj, nie przejmuj się, to inna rasa, specjalnie hodowana dla mięsa. Tamte mają się dobrze i stanowią karmę tylko dla młodych smoków. ;-)

Babska logika rządzi!

Bardzo porządne opowiadanie. Mam wrażenie, Finklo, że maksymalnie wykorzystałaś posiadane  doskonałe zdolności obserwacyjne. Dawno nie odbyłam tak poglądowej i bardzo pouczającej podróży. Przeczytałam z prawdziwą przyjemnością, a to dzięki temu, że cała historia została opisana lekko, z przedniej jakości humorem i prawdziwym znawstwem tematu.

 

Wiedza o niewolnictwie jest cenniejsza niż nasze życie i musimy ją przekazać ludzkości. Za wszelką cenę. – Może: Wiedza o niewolnictwie jest więcej warta niż nasze życie i musimy ją przekazać ludzkości.  Lub, nie zmieniając pierwszego zdania, w drugim: Nie przebierając w środkach.

 

W wielu bibliotecznych pozycjach o temacie wspomina się mimochodem, jakby był oczywisty i nie wart roztrząsania. – …jakby był oczywisty i niewart roztrząsania.

 

O rozstaniu z translatorem, który zastąpił mi komórkę i komputer z internetem, wolałem nawet nie myśleć. – …który zastąpił mi komórkę i komputer z Internetem

 

Wiedza w naszych głowach jest cenniejsza niż wszystko inne, łącznie z naszymi życiami. Ale rzeczonych żyć zobowiązani jesteśmy strzec.Wiedza w naszych głowach jest cenniejsza niż wszystko inne, łącznie z naszym życiem. Ale rzeczonego życia zobowiązani jesteśmy strzec.

Życie nie występuje w liczbie mnogiej.

 

Przecież to nie pierwsza ciemiężona planeta, z jaką prowadziliśmy handel!Przecież to nie pierwsza ciemiężona planeta, z którą prowadziliśmy handel!

 

Roztaczał wizje, jak to ludzkość weźmie się za zwalczanie niewolnictwa. – Wolałabym: Roztaczał wizje, jak to ludzkość weźmie się/ przystąpi do zwalczania niewolnictwa.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, Regulatorzy.

Znawstwo tematu? Czyli albo niedawno zeszłam z pokładu kosmofrachtowca, albo mam swoją plantację bawełny… ;-)

Dzięki za poprawki, już wprowadzam. Trochę tego wyszło, ale pocieszam się, że mniej więcej jedna na dziesięć tysięcy znaków to jeszcze nie jest beznadziejnie.

Babska logika rządzi!

Jeśli pomogłam, to bardzo się cieszę. ;-)

W sprawie znawstwa tematu – nie wykluczam żadnej z możliwości. ;-)

Beznadziejnie? No coś Ty! Jest naprawdę dobrze!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pomogłaś, jeszcze raz dziękuję. :-)

Nie wykluczasz? To i ja nie będę nic dementować… Przynajmniej nie ma pewności, która z opcji. ;-)

Cieszę się.

Babska logika rządzi!

Mogłem trochę powalczyć „za wolność naszą i waszą”, ale wolałem przy tym nie umierać. – bardzo to prawdziwe stwierdzenie i bardzo podobał mi się wykreowany przez Ciebie świat. Skomplikowany i jednocześnie prosty w zasadach działania.  

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dziękuję, Bemik.

Bo diabeł tkwi w szczegółach i komplikuje… ;-)

Babska logika rządzi!

bo kapitan nas przyłapie albo w „Kosmiczny Behemot” walnie jakiś meteoroid

W “Kosmicznego Behemota”. Traktuj statek jak osobę, skoro zwraczasz się do niego po imieniu :P

Doba trwała niecałe trzydzieści ziemskich godzin. Trochę długo, ale powinienem wytrzymać.

“Niecałe” sugeruje, że to mało, co stoi w sprzeczności z treścią następnego zdania. Uważam, że zręczniej użyć tu słowa “prawie”, “niemal“ lub “blisko”.

Mieszkańcy planety przemieszczali się niczym gąsienice: najpierw wędrował przód, a potem tył, unosząc środkową część do góry.

A nie najpierw tył, potem przód? Bo naturalny stan początkowy gąsienicy to raczej ten, w którym leży ona swobodnie, a nie wypręża się w łuk. Chyba że Twoje alieny mają inaczej, ale jeśli tak, zapomniałaś o tym poinformować.

 

Mimo że opisałaś przerażające praktyki obcych, opowiadanie czytało mi się lekko i przyjemnie. Być może to dzięki smaczkom typu Konrad Wallenrod czy babcia z Gruzji. A propos Wallenroda – trzeba przyznać, że uzależnienie od okrutnych ksenoistot stawia Twojego bohatera w iście tragicznej sytuacji. Cały czas mu kibicowałem. W końcu pochodzi z Polski. Zresztą – rodak czy nie – trudno go nie wspierać duchowo w szlachetnej krucjacie przeciwko zniewoleniu myślących ras. Warto zauważyć, że charakter Polaka to nie kryształ bez skazy. “Joe” ma ludzkie słabości – na przykład pożąda Benatnashanek i nie czyta wszystkiego, co podpisuje. Tym łatwiej się z nim utożsamiłem.

Aha, Sinoamerykanin również jest OK.

Finklo, ze zdumieniem konstatuję, że Twoja wiedza na temat rolnictwa i górnictwa Ascellan jest ogromna. Podejrzewam, że w poprzednim wcieleniu byłaś gąsienicą z Procjona Ósmego.

 

PS. Naprawdę przyjemne i ciekawe opowiadanie, przy którym wiele razy się uśmiechnąłem :-)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Dzięki, Jerohu.

Dla mnie “niecałe trzydzieści” znaczy dwadzieścia dziewięć z dużym hakiem. Tu mnie nie przekonałeś. W pozostałych przypadkach obawiam się, że masz rację i spróbuję to jakoś pozmieniać.

Cieszę się, że reszta podróży przypadła Ci do gustu. Tak, Józek ma wady. Nie chciałam tworzyć superbohatera. Ale przynajmniej serce facet ma we właściwym miejscu. :-) A Benatnashanki pożądał Amerykanin. Polak to prosty chłopak z prostymi potrzebami i sam z siebie nie pomyślał o takich zboczeniach. ;-)

Moje poprzednie wcielenie – nie jestem pewna, czy mnie komplementujesz, czy się nabijasz… Jak by nie było – mamy kolejne wyjaśnienie znajomości tematu. ;-)

 

Edit: Po namyśle jednak zmieniłam to “niecałe”.

Babska logika rządzi!

Benatnashanki pożądał Amerykanin. Polak to prosty chłopak z prostymi potrzebami i sam z siebie nie pomyślał o takich zboczeniach.

Aha, a myślałem, że po opowieściach Li Ziutek się na nie napalił ;-)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Wiesz, Józek tego tekstu nie czytał… Ale zaczął intensywnie myśleć o seksie z kimś obdarzonym dwoma ogonami (acz tylko w kontekście wirtualnego pornosa, tak w realu to raczej nie, on zanadto brzydliwy jest). A ci z układu Benatnash to całkiem inna rasa. ;-)

Babska logika rządzi!

Hm… opowiadanie czytało się szybko i gładko, niestety nie udało mi się zupełnie w nie wczuć. Być może to kwestia gustu i mój może być nieco pokręcony jako kończyny tych różnych ras, ale…

humor nie rozbawiał, bardziej rozpraszał. Było pisane z punktu widzenia sprzątacza, więc ciężko o jakiś wyszukany żart, nie mniej jednak to co wydaje mi się, że miało być śmieszne, było takie… „prostackie”. Przez to zupełnie nie poczułem ani jakiejś grozy, ani jakiegoś mroczniejszego czy cięższego nastroju, mimo usilnie podtykanych wniosków autora że atmosfera tu czy tam taka była. Zostało mi to powiedziane, nie pokazane a ja w to po prostu nie uwierzyłem ani przez chwilę.

Odbiłem się też nosem od końca opowiadania. Czytałem oczekując jakiegoś konfliktu czy zwrotu akcji, a tu z lekkim osłupieniem zastałem otwarte zakończenie. Niby konflikt ma tu się kręcić wokół niewolnictwa, ale nigdzie go nie widać. Główny bohater trochę szamocze się i szarpie próbując wzniecić bunt u istot którym doskonale pasuje jak jest i które zupełnie nie wiedzą o co mu chodzi . Ma też kompana który w świętym oburzeniu i w momencie decyduje się pomóc mu najpierw w powiadomieniu ONZ (mechanik powiadamia ONZ, że sprzątacz dowiedział się od robota którego sprawność jest nie potwierdzona o tym, że na innych planetach praktykowane jest niewolnictwo) o sytuacji – co nie wydaje mi się ani uwarunkowane, ani wystarczająco rozbudowane… po prostu jakoś tak potraktowane jako oczywiste i dość stereotypowo (Amerykanin, jankes, demokracja, wolność!) – a później w organizacji powstania. Ostatecznie ziemia nie jest skonfliktowana z obcymi, a główny bohater niby jest, ale dość jednostronnie. W dodatku musi koegzystować z nimi dlatego, że polubił ich potrawy…

 

Wydaje mi się, że to opowiadanie byłoby dużo lepsze gdyby zdecydować się albo na mroczność z być może odrobiną humoru, albo humor z odrobiną mroku. Miałaś świetne pomysły na rasy, na zbudowanie świata i na jego mechanikę! Ciekawe, oryginalne, same w sobie wciągające. Postawienie tam polskiego sprzątacza myjącego krzesła po kosmitach konfliktowało z klimatem, nie wspominając o totalnym wybiciu z klimatu wstawką o filmach porno dla kosmitów i pompkach dojarki ;). Jeśli tak, to lećmy od początku na luzie bez żadnych wyniosłości, szczytnych celów walki z niewolnictwem, przytłaczających scenerii i prób skłonienia do jakiś głębszych refleksji.

 

No ale możliwe, że tylko ja jestem pokręcony jako ten „silny”.

 

/ Jaaf

Jaaf, dziękuję za komentarz i opinię.

Nie, nie mogłam napisać tego w klimacie grozy i mroku. Z bardzo prostego powodu – to nie mój klimat i nie potrafię nim dobrze operować. Ale sam to zauważyłeś. :-) Opcja “humor z domieszką”, owszem, była aktywna. Ale to nie na ten konkurs. Tu musiałam używać bardziej poważnych tonacji.

Tak, bohater nie ma szans na wzniecenie powstania. Cóż, podejrzewam, że w totalnie obcej społeczności nie da się tego osiągnąć w ciągu tygodnia. Ale próbował. Gdyby był profesorem politologii, a nie sprzątaczem, nawet nie pomyślałby, że coś takiego jest możliwe. Co najwyżej, pozbierałby sobie trochę danych do kolejnej książki. Opublikowałby ją po pięciu latach i może to by coś zmieniło… Ale skąd profesor na zapyziałej planecie eksploatowanej tylko dlatego, że są na niej złoża unikalnego minerału?

Nie znamy treści wiadomości, którą mechanik wysłał swoim ludziom. Zapewne była mniej naiwna.

Stosunek Ziemian do niewolnictwa wygląda na oczywisty? Dla mnie taki jest i nie wymaga uzasadnienia. Ale dla pewności obydwaj pochodzą z krajów uznawanych za mniej lub bardziej cywilizowane; gdzie żony nie kupuje się na własność itd.

I nie, nie tylko o polubienie potraw chodzi. Nawet Józek to sobie uświadamia.

A udanych kosmitów zawsze mogę jeszcze wykorzystać w innej historii. :-)

Babska logika rządzi!

A udanych kosmitów zawsze mogę jeszcze wykorzystać w innej historii.

Tak jak pteraczki? ;-)

 

BTW – mam nadzieję, że nikt nie wziął tego na poważnie, kiedy – wszedłszy niejako w skórę bohatera – pisałem o jego strasznej tragedii, okrutnych ksenoistotach itp.

Dla mnie to lekka opowiastka z nienachalnym humorem (prawda, że w jednym lub dwóch miejscach dowcip staje się nieco rybasz… rubaszny ;-), z zabawnymi bohaterami oraz fajnymi kosmitami.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Tak jak pteraczki? ;-)

Albo nawet bardziej. ;-)

No nie! Żartowałeś?!

Cholera, to opowiadanie naprawdę jest aż tak śmieszne? I lekkie? Do licha, zaczynam się obawiać, że nawet gdybym próbowała opisać menu na stypie po pogrzebie teściowej Drakuli, to też wyjdzie zabawnie. Kto mi tam znowu rechocze?

Eeee, może jakiś kabaret potrzebuje fantastycznego tekściarza?

Babska logika rządzi!

Skończyłam. Finklo, gdybyś zdecydowała się na jakieś poważniejsze zmiany – daj znać.

Dobrze, na razie nic poważnego nie planuję. Gdyby mi się odwidziało – zamelduję.

Babska logika rządzi!

Cholera, to opowiadanie naprawdę jest aż tak śmieszne? I lekkie?

A TAK to znaczy jak? ;-) Powiedziałbym, że w “Wadze wiedzy” humor i lekkość są obok Józefa i Fenga Li najważniejszymi postaciami. W opowiadaniu występuje też kosmos – i to nie taki bajkowy czy pretekstowy, ale rodem z prawdziwego, klasycznego science fiction. I jest odrobina, hm, filozoficznej zadumy – patrz cytat bemik. Nie ma natomiast w tym opowiadaniu specjalnego napięcia. Jednak dreszczowca chyba właśnie nie chciałaś?

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

TAK, to znaczy, dużo bardziej niż zamierzałam. ;-)

Hmmm, humor nie miał grać głównej roli. Miał zdarzać się od czasu do czasu, jak to w życiu. Nie planowałam, żeby przesłaniał poważniejsze problemy. No trudno, nie do końca wyszło. Chyba trzeci raz z rzędu dowiaduję się, że czytelnicy uważają tekst za śmieszniejszy niż ja. A wydawało mi się, że mam niezłe poczucie humoru i czasami nieliche bzdurki mnie bawią.

Nie, dreszczowca nie próbowałam napisać. Jeszcze musiałabym to później edytować… Brrrr!

Babska logika rządzi!

No to ja się przyznam, że fragment mojej jurorskiej (ho ho!) notatki brzmi mniej więcej tak: dużo ironicznego humoru, który by mi, kurczę, zupełnie odpowiadał, gdyby było go mniej. I wykrzyknik. :)

Problem tkwi chyba we właściwym odmierzeniu proporcji. Za dużo śmiesznych myśli i zachowań, za mało poważnych rozterek i tarapatów – ale prawdziwych, rodzących obawy. Przy czym humor, który znalazłem w opowiadaniu, nie jest taki że buhahaha, tylko raczej subtelny (przez większość czasu). I nie miałem wrażenia, że bohaterowie są bezsensowni albo wyłącznie dla jaja. Może to Cię pocieszy.

EDIT. Ocho (oho!), a mnie ten rodzaj humoru odpowiada nawet przy takiej – sporej – dawce :-)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Ech, ta ironia! Jak by tu zarazę okiełznać…

Babska logika rządzi!

Trochę pocieszyło. Dzięki.

Władam humorem tak subtelnym, że aż go nie dostrzegam. Martwić się czy cieszyć? Biez połlitra nie razbieru…

Babska logika rządzi!

wydłużał. Kiedy po dłuższym

quasi-powtórzenie

trochę mniejszy niż Niemcy czy Rosja.

Niemcy ok, ale Rosja…? Nie użyłabym słowa "trochę" :P

Kto wie, może nawet sam odkurzałem kontener z substancją utrzymującą w pokornym poddaństwie?

CO utrzymującą? Brak podmiotu.

Konfederacji …

Zbędna spacja między Konfederacji, a kropkami.

odżałowałbym to pół pensji za numerek!

"to" wydaje się zbędne.

 

Budynki wysokości metra? To te kreatury żyły pod ziemią? To z ciekawości pytam.

Jeden raz w roku na rozmnażanie? Szybko by wygineli, jak dla mnie….I czuję się urażona, że kobiety bohater określał jako słabe. Nawet te dżdżownico-kobiety :P

 

Moje odczucia wobec opowiadania są bardzo mieszane. Z jednej strony czytało się bardzo płynnie/przyjemnie. Nie miałam uczucia znużenia (co mi się czasami przy dłuższych tekstach tu zdarza – trochę kwestia czytania z monitora, trochę topornie zbudowanych zdań), nie musiałam się zmuszać, żeby iść dalej, a przy 60k znaków można taki efekt bez trudu osiągnąć.

No, ale…

Choć sam sposób prowadzenia narracji i wykreowane światy są fajne to już fabuła/uczucia podczas czytania kuleją. Przynajmniej w moim przypadku. Niespecjalnie się śmiałam, choć miałam ciutkę uczucie jakby czytała “Autostopem przez Galaktykę”, co jest jak najbardziej pozytywnym odniesieniem. Wykreowanie świata wydaje mi się ciekawe, choć momentami mało realne (jak z rozmnażaniem dżdżownic, czy wspomniane przez Jaafa wysyłanie wiadomość do ONZ przez sprzątacza). Gdyby całość opowiadania miała być z założenia humorystyczna, to by jak najbardziej pasowało. Ale tak… Ani tu się przejąć losami bohaterów/innych nacji, ani tym co będzie dalej (choć chciało się czytać dalej! to dopiero oksymoron) . A to, że kosmici dobiorą się do skóry Ziemianom było dla mnie niemal od razu pewne.

Tylko ci Ziemianie jacyś głupi. Skoro kosmici się nijak nie kryli z tym, że niewolnictwo uprawiają, to jakim cudem przez 3-4 lata nikt się na Ziemi nie dowiedział? Skoro ludzie z nimi podróżowali/mieszkali nawet na innych planetach. No nijak mi się to nie klei…

I znowu, gdyby to było opowiadanie humorystyczne to by nie przeszkadzało. A tu mamy połączenie humoru z naprawdę ciężkim tematem i wynik jest dla mnie… cóż, niejednoznaczny.

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Tenszo, dziękuję za komentarz i uwagi.

Porównanie z Rosją – Polak chciał sprawić wrażenie, że jego kraj jest duży. “Trochę” naciągnął fakty.

To pół pensji – mi to “to” pasuje, więc też zostaje. W pozostałych przypadkach poprawię.

 

Poważniejsze pytania:

Budynki “dżdżownic” – jeśli rasa lubi sobie przegryźć trochę skał od czasu do czasu, to rozbudowane piwniczki pod wejściem do domu wydają mi się naturalne. A poza tym – kształt dżdżownicy, do nieco ponad czterech metrów długości, to jaką to stworzenie ma wysokość? Dziesięć centymetrów? Po co takim wysokie pomieszczenia? Rozległe, to owszem, mogą się przydać.

Rozmnażanie i “słabość” kobiet. Nikt nie twierdzi, że mieli tylko jedno święto; siew, zbiory… Nie mam pojęcia, jakie tam jeszcze przełomowe momenty następują w życiu mchu. Może kwitnie albo pyli? I w kopalni też mają swoje imprezy. Poza tym święta religijne, może nawet niedziele od czasu do czasu. A że nawał kobiety “słabszymi”? Nie zaiwaniały w kopalni, a Józkowi kojarzyło się to z ciężką fizycznie pracą.

Wiadomość do ONZ. Ależ nie została wysłana bezpośrednio przez sprzątacza, tylko przez mechanika, który na Ziemi pracował jako doktor w MIT i został wysłany na przeszpiegi, aby zbadać działanie silników. Myślę, że jego komunikat byłby potraktowany poważnie.

Czy Ziemianie są głupi, skoro przez trzy czy cztery lata się nie zorientowali? Po pierwsze, ta wiadomość mogła dotrzeć już po starcie Józka i Fenga. Po drugie, to są odległości kosmiczne, więc sporawe. Kto poleciał w Kosmos? Albo ludzie pracujący na statkach, albo cholernie bogaci turyści, albo dyplomaci, politycy, stypendyści itp. Pierwsi i trzeci jeszcze nie wrócili, a sygnał na Ziemię dotrzeć nie mógł. Drudzy przebywali w kurortach. Czy rozmawiali z krupierami, pokojówkami i kelnerami o ich życiu prywatnym? Wyobraź sobie kosmicznego turystę na Ziemi. Po jakim czasie zorientuje się, skąd bierzemy mięso na hamburgery albo rybę i ryż na sushi? A przecież wcale tego nie ukrywamy; wystarczy obejrzeć jakiś program rolniczy lub poczytać książeczki dla dzieci. ;-)

Humor. Już pisałam, że w większości był niezamierzony. Sam się jakoś do tekstu władował, bez mojej zgody. Trudno. Zostaje takie śmiesznowate i spłycone, jakie jest.

Babska logika rządzi!

Z powodu rozdzielenia, pobzykać sobie mogli tylko od święta, kiedy to na jeden dzień przestawano wydobywać surowce.

Mea culpa z tym jednym dniem w roku. Źle zapamiętałam powyższe zdanie ;)

 

Co do głupoty ludzi – mimo wszystko podpisane traktatu i wyśledzenie historii tych, z którymi go podpisujesz, a ryż… no dla mnie 2 różne rzeczy. Ogólnie moje wrażenie w dużej mierze bierze się z wykształcenia – odczuwam na własnej skórze, że przepływ informacji jest dla ludzi bardzo ważny. I ok – rozumiem, że odległość przeszkadza, ale skoro są ją w stanie pokonać statkiem w rozsądnym czasie to sądzę, że znaleźliby sposób na przesył wiadomości. A jak nie, to zawsze zostałby system przewożenia wiadomości statkami – jak kiedyś pociągi robiły za dostawę towarów i poczty ;)

 

Podsumowując – nie zrozum mnie źle Finklo, uważam, że opowiadanie pochłania, a to i tak naprawdę niełatwe do osiągnięcia. Tylko czegoś mi w nim brakuje. I już sama się zastanawiam czego.

 

EDIT:

No i źle sformułowałam zarzut z ONZ. Miało być “od sprzątacza” w sensie, że sprzątacz napisał. A kto wysyłał to inna kwestia.

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

W porządku – ludzie naprawdę powinni się lepiej zastanowić przed podpisaniem tego traktatu – tu się zgadzamy. :-)

Dobrze, że chociaż pochłania. Jak mawia _mc_, “na poziomie zdania” już sobie radzę.

No cóż, w pewnych okolicznościach i kwestiach nawet sprzątacz może być szanowanym ekspertem.

Babska logika rządzi!

Ponieważ gdyż jako że mam zaszczyt(?) jurorować w “Koegzystencji”, komentować teraz nie wypada – ujawniłbym przedwcześnie, co myślę.

W takim razie wobec tego więc grzecznie czekam na czas właściwy, aby poznać myśli Jurora. I jego Kumpli. :-)

Babska logika rządzi!

Jest to z całą pewnością solidnie napisany tekst. Ciekawy językowo, w miarę przemyślany. Wydaje mi się tylko niepotrzebnie rozwleczony. Zwłaszcza w miejscach, gdzie głównemu bohaterowi są uzmysławiane w dialogach rzeczy oczywiste i banalne (zwłaszcza na początku). Byłbym w stanie tolerować to, gdyby miało to służyć choćby budowania świata, ale odnoszę wrażenie, że pewne rzeczy/ dialogi dzieją się tu bez konkretnej przyczyny i nie służą nawet ciekawemu rozwojowi postaci, przez co tekst momentami wydaje się przegadany i – jak już wcześniej wspomniałem – rozwleczony. Choć oczywiście jest to tylko jakaś tam subiektywna opinia i możesz z czystym sumieniem postanowić ją zignorować, jeśli poczujesz taką potrzebę.

 

Vyzarcie, dziękuję za opinię.

Hmmm, rozwleczony, powiadasz? Pamiętam, że to mój świat i że Czytelnik będzie wiedział tyle, ile mu pokażę. Może nie doceniłam domyślności niektórych odbiorców. A może mnie poniosło. Trudno zgadnąć. :-)

Czy mógłbyś podać przykłady rzeczy oczywistych i banalnych? To by mi pomogło.

Nie no, tak całkiem ignorować Czytelników to nie można. Chyba że ewidentnie trollują.

Babska logika rządzi!

O, właśnie! Przejrzałem jeszcze raz twój tekst i wreszcie uzmysłowiłem sobie, co naprawdę mi przeszkadza. Oczywistości, o których wspomniałem to na przykład rozmowa głównego bohatera z “żółtkiem” o ekonomicznych efektach oderwania się od Konfederacji. Nie chodzi nawet o to, że jeden wykłada drugiemu coś, co powinno być oczywiste dla w miarę rozgarniętego człowieka, tylko o to, że główny bohater jest taki… hmm… niemądry. Rozumiem, że był to pewnie celowy zabieg, bo tworząc nieogarniającego rzeczywistości bohatera, można przemycać mnóstwo informacji w dialogach, ale ja po prostu wolę, kiedy świat budowany jest przez sugestie i opisy, nie dialogowe infodumpy. 

Aha.

Ten mało rozgarnięty bohater jest celowy, ale raczej co innego mi przyświecało – cwaniaczki z reguły nie pchają się do organizacji zbrojnego powstania w weekend. A bez tego właściwie nie miałabym żadnej fabuły.

Skutki gospodarcze wystąpienia z Konfederacji to inna sprawa. W wymogach konkursu stało, że dwie społeczności są skazane na współistnienie i trzeba wyjaśnić, dlaczego. Widać źle to zrobiłam, skoro Ci zazgrzytało. Może trzeba było nie walić dialogową łopatą, tylko opisać refleksje bohatera? No trudno, zobaczymy, co na ten temat Jurorzy rzekną.

Dzięki za wyjaśnienia. :-)

Babska logika rządzi!

Tajne wiadomości uzyskane z tak niepewnych źródeł przesyłane do ONZ, zwłaszcza przy informacji, że kosmici się zupełnie ze swoimi przekonaniami nie kryli, trochę mi zgrzytały. Za to dyskusja z “dżdżownicami” – świetna.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Dzięki, Alex.

A do kogo miał Józek napisać? Do premiera? Fajnie, że chociaż niby-dżdżownice dobrze wypełzły. :-)

Babska logika rządzi!

dowcip staje się nieco rybasz… rubaszny ;-)

Widziałem to, jerohu! ;-)

 

Czytałem – w swoim czasie zrecenzuję ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Widzę, że w konkursie coś się dzieje – nie tylko wysyp tekstów, ale i Jurorzy wzięli się za czytanie. Na pewno komentarzy, może nawet opowiadań. ;-)

Trzymam za słowo. :-)

Babska logika rządzi!

Nie lubię Sci-Fi… Nie. Nie tak. Nie jestem fanem sci-fi. Gwiezdne Wojny obejrzałem, nawet sprawiło mi to przyjemność, ale Złota Edycja Sagi na DVD byłaby raczej chybionym prezentem. Sama “Koegzystencja” też jakoś nie budzi mojego entuzjazmu. Dlaczego więc przeczytałem Finkli opowiadanie z gatunku Sci-Fi, oparte na założeniach, który mnie raczej nie kręcą? To proste – bo jest Finkli. Gdybym je olał, miałbym poczucie, że mnie ominęło coś, co jednak warto przeczytać. Komentarz natomiast nieomal na mnie wymuszono, co ujęło mnie za serce.

 

Na początek burknę coś o rażącej naiwności panów kosmonautów, a i Ziemian w ogóle. Gdzie to kurna uchować się tyle czasu wśród koegzystujących ze sobą ras, cywilizacji, związków i Konfederacji jakichś, nie wiedząc, że kosmici – choć wcale się z tym nie kryją – praktykują niewolnictwo? O próbie obalenia istniejącego porządku, podjętej przez J&J (Józia i Jankesa) w ogóle nie mówię. I nie chodzi nawet o to, że zaczęli swoje dzieło od małej, niemal zupełnie pozbawionej znaczenia strategicznego planetki, błąkającej się po zadupiach systemu, której mieszkańcy to istoty raczej niezdolne do jakiegokolwiek czynnego oporu. Nawet gdyby im faktycznie udała się ta agitacja, to co z tego? W Twoim wszechświecie nie brakuje wielu różnych nacji, więc pozwolę sobie założyć, że “Ras Panów” jest tam od kopy, a wszystkie zapewne są cholernie bogate, potężne, uzbrojone lepiej niż Flota Czarnomorska i ściśle ze sobą współpracują, by zachować istniejący porządek rzeczy. Tak więc Józek chce wysłaćdo walki z Wszechświatową potęgą ekonomiczno-militaną kilka robaczków. Taka wojna trwałaby pół godziny, z czego dwadzieścia minut trzeba liczyć na sprzątanie trupów. Informacje o tym incydencie nie wyszłyby zapewne poza pole grawitacyjne planetki, bo to nie leżałoby w niczyim interesie. Potem nowa dostawa niczego nieświadomych niewolników i bawimy się dalej. Takich planetek muszą być… miliony? Chyba nie ma co się bać takich liczb. W pojedynkę żadna z nich nie ma szans cokolwiek ugrać, a na zjednoczenie nie mają opcji, bo odległości, bo brak zaplecza technologicznego, bo wszechobecny wróg, od którego dobrej woli – tak jak na Procjonie Ósmym – zależy być albo nie być zniewolonych mieszkańców owych światów. Józek jest prosty chłop, jego imaginacja faktycznie mogła nie sięgać tak daleko od robota sprzątającego, ale jajogłowy, który nie dostrzega takich oczywistości? Wiadomo, Fizyk to osobna rasa i ma prawo być nieobeznany ze zwyczajami plemiennymi prostaczków, ale Ty kreujesz Jankesa na geniusza, więc powinien potrafić wyciągać logiczne wnioski. Inteligencja zobowiązuje, nawet jeśli człowiek ma zaczopowane we łbie tylko jedno (a Twój Jankes wydaje się bardziej ogarnięty życiowo niż chłopcy z “Teorii wielkiego podrywu”).

Ogólnie to jedno do mnie nie przemówiło. Cała reszta natomiast – cacane.

Opowiadanie, jak zwykle, świetnie napisane, świat przedstawiony jest bardzo ładnie i logicznie skonstruowany, Józek i jego rozkminy nadają całości lekkiego, przyjemnego i zabawnego tonu, co jest bardzo mocno in plus, zwłaszcza w zestawieniu z dość złowróżebnym finałem. Dialogi… Wystarczyło odjąć jednego uczonego i już przestają sprawiać wrażenie przerysowanych.^^ Patent na przesyłanie tajnych wiadomości… Z jednej strony bardzo zmyślny, zwłaszcza jak na takiego… Józka, a z drugiej tak bardzo Józkowaty, że nawet gdyby ktoś w ONZcie go otrzymał, to prawdopodobnie nawet nie przyszłoby mu przez myśl, że to tajna wiadomość wagi światowej. A może i nie? W każdym razie sam patent mnie zmiażdżył. Obok słodko-gorzkiego dowcipu, czyniącego z największych ludzkich umysłów prostych mechaników wszechświata, którzy po – mniej więcej roku obcowania z kosmiczną technologią, o ile dobrze kojarzę? – są w stanie “wsypać cukier do baku”, też nie sposób przejść obojętnie. Niby nic nowego, ale jakże to… zastanawiające. Mam nadzieję, że nasze wiruski faktycznie będą w stanie obronić nas przed ewentualną inwazją, bo jak nie…

Co jeszcze? Dżdżownice (albo “glisty” jak z uporem, ich mniejszych, rodzimych kuzynów, nazywa moja mama); świat, kultura, zwyczaje godowe, schematy myślowe – cały ten motyw po prostu, jest wart ciepłego słowa. Albo zdania. Zabierasz nas do “jamy glist” – cuchnącej, brudnej, nudnej, brzydkiej i depresyjnie ponurej, a potem pokazujesz, że takie miejsca też mogą mieć… interesujący klimat. Prawie jak Krystyna Czubówna w bloku filmów przyrodniczych na Dwójce.

No, tak że tego.

 

Peace!

 

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dzięki, Cieniu.

Dla takiego komentarza warto było trochę wykręcić Ci rękę. ;-)

Naiwność Ziemian ze szczególnym uwzględnieniem kosmonautów – zgadza się, przynajmniej w jakiejś części. No nie podejrzeli sekretów bogactwa Konfederacji. Ale z drugiej strony – jak mieli to sprawdzić? Powyżej już używałam argumentu, że my też nie ukrywamy specjalnie źródła wołowiny na hamburgery, ale jak długo potrwa, zanim dowie się tego ufoludek odwiedzający naszą piękną planetę? W kurortach i stolicach państw jest niewiele krów, a po rzeźniach nie oprowadza się wycieczek.

Co do J&J podejścia do powstania… Józek zwyczajnie nie wybiega myślami aż tak daleko w przyszłość. Dowiedział się o istnieniu czegoś, co według niego jest złe, więc próbuje to zwalczać. Jak umie. A fizyk? Nie wiadomo, co tak naprawdę myśli o buncie, ale sam za karabin nie chwyta. No dobrze, może pomóc drugiemu Ziemianinowi i opóźnić trochę start, ale bez podejmowania jakiegoś nadzwyczajnego ryzyka. I nie, nie robiłam z Fenga geniusza – nie dałam mu Nobla. Zapewne na jego uczelni, na każdym piętrze pracują dwa tuziny równie inteligentnych ludzi. Spoko, najlepszego mózgu w Kosmos nie posłali…

Miło, że świat glist Ci się spodobał. Acz, niestety, masz rację, że ich bunt byłby pozbawiony sensu. Ale trwałby dłużej niż pół godziny! Najpierw armia właścicieli musiałaby tam dotrzeć. ;-)

Babska logika rządzi!

Najpierw armia właścicieli musiałaby tam dotrzeć. ;-)

Czyżby wszystkie Gwiazdy Śmierci poszły na złom? Smuteczek.

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nie no, jakieś jeszcze funkcjonują. Ale nie ma ich aż tyle, żeby pilnować każdej planetki. A poza tym nie warto niszczyć Procjona Ósmego. Ten minerał, na który dżdżownice mają monopol naprawdę jest potrzebny. Niestety, w grę wchodzi tylko broń konwencjonalna i mało masowa. ;-/

Babska logika rządzi!

Dzidka Laserowa?

 

Wracając jeszcze do analogi hamburgerów. Wydaje mi się, że gdyby krowy były nieco bardziej ogarnięte, poważnie zastanowiły się nad podjęciem współpracy z naczelnymi. My jesteśmy takimi właśnie nieco bardziej ogarniętymi krowami. W dodatku krowami cholernie ciekawskimi, żeby nie powiedzieć – wścibskimi. Ach, no i nasze stado ma bardzo mocno rozwinięty zmysł biurokratyczny – bez miliarda badań, ustaleń, dyrektyw i innych bzdur, ani rusz w Europę. A co dopiero w kosmos? Żyjemy w świecie, w którym… A zresztą, niech przemówi za mnie Mistrz Julian we własnej osobie:

 

“…

Uczone małpy, ścisłowiedy,

Co oglądacie świat przez lupę

I wszystko wiecie: co? jak? kiedy?

Całujcie mnie wszyscy w dupę!

/J. Tuwim – Absztyfikanci Grubej Berty/

 

Jeśli w Twojej wizji przyszłości ludzkość wyleczyła się z fetyszu do drobnych druczków i rozdrabniania każdej pierdoły na miliard części, i to do tego stopnia, że przeoczyła taki tam szczególik w funkcjonowaniu Konfederacji… No, to, Moja Droga, do Twojego Sci-Fi wkradło się rasowe fantasy.

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Hmmm. Wydawało mi się, że to jest zupełnie możliwe – tak, Ziemianie pytali o mnóstwo różnych rzeczy, a ksenoistoty grzecznie odpowiadały. Wysokie układające się strony ustaliły stopień krzywizny owoców z Aldebarana i wytłumaczyły, co robić, aby wódka z nich była koszerna, ale nikomu nie przyszło do głowy spytać o niewolnictwo, bo to było zbyt oczywiste. Albo mamy jeszcze inną możliwość: na naprawdę najwyższym szczeblu doskonale wiedziano, ile istot nie należy do Konfederacji z własnej woli. Tylko ta informacja jakoś nie dostała się do zwykłych ludzi, a wierchuszka zaczęła kręcić własne lody. :-( Ale ta opcja trochę by się kłóciła z założeniami konkursu.

 

Edit: tak, dzida by się lepiej nadała. Tylko właśnie trzeba by było ściągnąć tych żołnierzy z trzema oczkami. ;-)

Babska logika rządzi!

Ja trochę z innej beczki: dopiero od tutejszych komentarzy dowiedziałem się, że w tym opowiadaniu występuje humor. Chociaż mój jest dość specyficzny, więc… :)

Ogólnie miło mi się czytało. Bardzo spodobało mi się to, jak przedstawiłaś występujące w tekście rasy, zwłaszcza Ascellan. Wiarygodnie oddałaś ich tok myślenia, dzięki czemu nie dziwię się, dlaczego niektórzy uznali, że Józef gada głupoty. :D Gdybym miał szukać jakichś wad, wypunktowałbym głównie to, że działania głównego bohatera tak naprawdę do niczego nie prowadzą i tekst, ze względu na otwarte zakończenie, aż prosi się o kontynuację. Z drugiej strony – w życiu przecież też nie wszystko musi się udawać…

Oceny nie wystawiam, bo tak naprawdę nie wiem co. A połowicznych nie ma.

Wrażenie pozytywne tym bardziej, że SF z reguły unikam.

https://eskapizmstosowany.wordpress.com/ - blog, w którym chwalę się swoją twórczością. Zapraszam!

Dzięki, Rycerzu.

Z tym humorem to chyba tak jest, że ja przeważnie pisałam na poważnie, ale niektórym się wydaje, że wcale nie. Ich czytelnicze prawo.

Że Józkowi się nie udaje – takie były założenia konkursu: działania bohatera nie powinny naruszyć status quo. Otwartość zakończenia – no cóż, to już tylko od Ziemian zależy…

Cieszę się, że tekst wywarł pozytywne wrażenie i to pomimo ogólnej niechęci do SF. :-)

Babska logika rządzi!

Przyznam, że po przeczytaniu tekstu skonstruowałem sobie całkiem spójną interpretację, która – co ciekawe – jest zupełnie odmienna od przekazu zawartego w komentarzach. Jak dla mnie opowiadanie stanowi dość ciętą parodię na wszelkiej maści rewolucjonistów, quasi-inteligentów, pragnących narzucić innym jedyną wizję szczęścia, romantyków-insurekcjonistów i gazetowych eurosceptyków (tj. takich, którzy argumentację krytyczną opierają na “bo w gazecie pisało, że…”) – ogółem: ludzi, którzy chcąc bronić samostanowienia, dążą do w rzeczywistości do zuniformizowania całego świata (w szczególności widać to na planecie dżdżownic) albo też takich, którzy w ogóle świata nie rozumieją . Interesujące… ; )

Komentarz konkursowy pojawi się za parę dni. 

I po co to było?

Przyznaję – kolejna ciekawa interpretacja. Na odzew miałam nadzieję, ale nie spodziewałam się takiego bogatego wachlarza reakcji. Uch, chciałabym wiedzieć, jak działają Wasze mózgi.

Dziękuję za komentarz i czekam na ten właściwy. :-)

Babska logika rządzi!

No to teraz ja dotarłem do tekstu (późno trochę, ale lepiej późno niż wcale) i czas na mą skromną opinię.

Świetnie mi się czytało, ale niestety pan Józiu nie należy do moich ulubionych bohaterów, bo trochę za mało myśli i niestety często kolega nie tłumaczy mu, co w tym myśleniu jest nie tak. I właśnie głównie ta jego naiwność, a w zasadzie prostota w używaniu mózgu trochę mnie denerwowała, no ale co zrobić – i takich ludzi można znaleźć na naszym globie. I jak piszesz – przynajmniej serducho na właściwym miejscu. Dziwiłem się tylko, czemu doktorek nie uspokajał bardziej tych bojowych nastrojów sprzątacza.

A poza tym – lektura przednia. Bardzo porządnie napisane, elementy sf nie zgrzytają (wręcz przeciwnie, Twoja dbałość o zgodność z nauką tylko się potwierdza), ładnie opisany i przede wszystkim wciągający świat, z planetą dżdżownic na czele. I tutaj od razu moja prośba: napisz kiedyś coś jeszcze w podobnych (a najlepiej bardzo podobnych) realiach!

A humor, hmm… Ja dostrzegłem tu bardziej lekkość, dużo lekkości w tekście, samego humoru aż tak bardzo dużo chyba nie ma. No ale tej lekkości może troszkę zbyt wiele na koegzystencyjną niesprawiedliwość. Rozumiem, że po prostu nie mogłaś się jej pozbyć, bo taki już Twój styl.

fizyka jeszcze trudniejsza od kwantowej

To może być coś jeszcze trudniejszego od fizyki kwantowej?! Nie no, żartuję. Chociaż moja styczność z kwantową (oczywiście wstępem do początku podstaw :P) próbowała skutecznie mnie przekonać, że nic trudniejszego pojawić się już nie może.

W pełnym słońcu mogłem dokładnie obejrzeć nędzę budynków

Trochę dziwnie na początku mi to słońce wyglądało, ale po krótkim zastanowieniu nie dziwi mnie, że jakkolwiek gwiazda wyglądała, nazwanie jej słońcem (z małej) w tym przypadku oczywiście jest logiczne.

I jeszcze takie pytanko co do przesyłania informacji: podając czas, liczyłaś/szacowałaś go według jakiejś koncepcji? Bo trochę mnie ciekawi, dlaczego nie używali podprzestrzeni do wysyłania wiadomości. Może bardziej opłacalne były jakieś “światłowody kosmiczne”? :D

Ogólnie na portalu rzadko pojawiają się sf na takim poziomie, dlatego trochę się zawiodłem, gdy  zakończenie przyszło nie do końca spodziewanie. Chciałoby się czytać dalej… ;-)

To taka krótka opinia czytelnika, któremu do ekspertów daleko. Pozdrawiam ;)

Perrux, dziękuję za bardzo treściwy komentarz. :-)

To prawda – Józek intelektem sobie przyjaciół nie zjednuje. Ale takiego bohatera potrzebowałam i go (niecnie) wykorzystałam, a potem pewnie porzucę. Wredna jestem. No, może nie aż tak strasznie; trochę mnie męczył zakaz używania trudnych słów.

Że Feng powinien Józka bardziej hamować – masz rację, ale sama na to nie wpadłam. Trudno.

Czy jeszcze coś napiszę w podobnych realiach? Nie wykluczam. Wszystkim tak bardzo podoba się Procjon Ósmy, że może jeszcze kiedyś Ascellanie zagoszczą w moim tekście. A swoją szosą, to ludzie są dziwni. Na planecie nie ma czym oddychać, zniewoleni mieszkańcy zajmują się głównie wydobyciem jednego minerału i hodowlą mchu, architektura nieciekawa, a Czytelnicy zachwyceni… ;-)

Humor i lekkość. Dobrze to ująłeś. Podoba mi się Twoje podejście. :-)

Fizyka trudniejsza od kwantowej. Mam nadzieję, że za tym murem coś jeszcze istnieje – cały fascynujący świat czekający na zbadanie. Bo kwantowa chyba nie pozwala na zbudowanie takich silników, jakie miał Behemot. ;-)

Pełne słońce. Trochę się nad tym zwrotem zastanawiałam. Ale doszłam do wniosku, że mój pierwszoosobowy narrator mógł użyć takich słów. I już prędzej takich niż “w pełnym procjonie” lub “w pełnej gwieździe”. ;-)

Przez podprzestrzeń można przesyłać materię, o ile została wyposażona w odpowiednie silniki (tylko nie pytaj, jak działają. ;-) ). Informacja bez napędu nie przejdzie. Czyli albo statek przewozi listy (jeśli znajdzie się jakiś wybierający się na planetę adresata), albo stare dobre promieniowanie elektromagnetyczne. Założyłam, że wiadomości przemieszczają się z prędkością światła w próżni, wzięłam “Tablice astronomiczne” i leciałam z odległościami od poszczególnych gwiazd do Słońca.

Babska logika rządzi!

“Ale takiego bohatera potrzebowałam i go (niecnie) wykorzystałam, a potem pewnie porzucę. Wredna jestem.” – Mam nadzieję, że tylko na potrzeby opowiadań tak nieładnie facetów wykorzystujesz ;-)

Z tym Procjonem Ósmym to chyba nie do końca jest tak, że sama w sobie planeta się czytelnikom tak spodobała. Chyba bardziej to, jak ładnie i realistycznie opisałaś życie na niej. Dżdżownice komunikujące się za pomocą wypustek po prostu pasują do tego zabłoconego świata, do tego te smaczki ze zjadaniem minerałów, świętami, ich poglądy na panujący ład czy chociażby architektura. To wszystko ładnie ze sobą współgra, tworząc ciekawy świat. Takie jest przynajmniej moje wrażenie.

Co do pełnego słońca – podczas czytania doszedłem do dokładnie takiego samego wniosku :)

A jednak! “Światłowody kosmiczne”, udało mi się zgadnąć. Ich opłacalność tłumaczy sposób przesyłania informacji ;)

Aż tak nieładnie to tylko literacko. W życiu wykorzystuję panów bardziej standardowo – do przemieszczenia czegoś ciężkiego, do zreperowania czegoś, czego ja nie potrafię naprawić… I potem nie porzucam. :-)

Procjon Ósmy – wiem, tak się nabijam, żeby z wprawy nie wyjść. ;-) I żeby nie krzyczeć zbyt głośno z radości, bo bardzo mi odpowiada taka czytelnicza reakcja. :-)

Światłowody. Wydaje mi się, że nie da się poprowadzić światłowodu z trójwymiarowego świata do trójwymiarowego przez sześciowymiarowy. A jeśli nawet… Pierwsza lepsza chmurka kosmicznego pyłu poszarpie te druty. A masa kabelka długiego na kilka lat świetlnych? Ale jeśli, Perruksie, zdołasz rozwiązać te problemy i opatentować sposób… to z pewnością będzie Cię stać na kupno jakiejś miłej planetki. Mam nadzieję, że mnie wtedy zaprosisz. Jeśli nie na wakacje, to na planetatówę. ;-)

“Smaczki ze zjadaniem minerałów”… Jak to zabawnie brzmi. Piaskowca? ;-)

Babska logika rządzi!

Hehe, już się bałem, że przez czytelników zaczniesz tylko smutne i szare światy tworzyć ;)

Ze światłowodami pewnie masz rację. Ale mam wytłumaczenie! Jakbyś musiała miesiąc temu przeczytać kilkaset (dość nudnych) stron o światłowodach to też byłabyś niechętna do sygnału radiowego! Przez moment miałem nawet teorię, jak taki międzyplanetarny system światłowodowy miałby działać, ale wiedzy nie wystarczyło na wykorzystanie go w jakimś opowiadaniu. Mocno naprężone szkło w odpornej, elastycznej otoczce z silnym ładunkiem magnetycznym? A to wszystko o średnicy mniejszej niż milimetr, podzielone na odcinki kilkudziesięciu tysięcy kilometrów i połączone solidnymi stacjami ze wzmacniaczami (i czujnikami wykrywającymi zagrożenie), które w razie potrzeby mogą dospawać trochę szkła i zmienić pozycję… W teorii MOŻE dałoby się coś z tym wykombinować, ale jam prosty człowiek jest ;) No, może nie aż tak prosty jak nasz Józek, ale mimo wszystko. I w tym wszystkim jest jednak więcej fiction niż science :D

No co, ja bym ze smakiem wszamał taki fajny minerał jak procjonit. W dodatku na Procjonie Ósmym papka roślinna by mi nie wystarczyła ;)

A o jaki sześciowymiarowy świat chodzi, bo niestety nie zrozumiałem do końca? Chyba nie masz na myśli przestrzennych wymiarów? ;)

Śpij spokojnie, nie nadaję się do babrania w wyłącznie smutnych światach. Zaraz zaczynam rozweselać. ;-)

Oj, biedactwo… Kilkaset stron o światłowodach. Fuj! Nie no, spróbuj wykorzystać to w jakimś opku. Żeby się to czytanie tak całkiem nie zmarnowało. Może pracownicy tej stacji? Albo rozbitkowie kosmiczni cumują do stacji, nie rozumieją, o co w niej chodzi, więc coś tam psują? Kombinuj!

No co, ja bym ze smakiem wszamał taki fajny minerał jak procjonit. W dodatku na Procjonie Ósmym papka roślinna by mi nie wystarczyła ;)

Facet. Ani chybi. ;-)

Sześciowymiarowy świat. No przecież prosiłam, żebyś o ten napęd nie pytał. Nie wiem dokładnie, na czym polega ten dział fizyki nie znany jeszcze ludzkości. Ale wytłumaczyłam sobie tak, że podprzestrzeń to może być jakaś przestrzeń z liczbą wymiarów większą od trzech. Wtedy, przynajmniej teoretycznie, możliwa jest jakaś droga na skróty między dwoma punktami w normalnej, trójwymiarowej przestrzeni. Tak jak z mrówką wędrującą po powierzchni kulistego balonu. Dla niej droga na “antypody” to pi*r. A gdyby potrafiła przeniknąć przez powłokę, to już tylko 2r. A gdyby jeszcze potrafiła na chwilkę wypuścić powietrze z balonika, to już w ogóle tylko kilka kroków. Że o kombinowaniu z czasem nie wspomnę, żeby się całkiem nie zakałapućkać…

Babska logika rządzi!

Dobra, już nie pytam o szczegóły. Twoje wytłumaczenie w zupełności wystarczy do takiego tekstu.

A światłowody może kiedyś wykorzystam, ale na razie mam już pomysły w miarę konkretne na dwa-trzy opka, a pisanie ogólnie dość wolno mi idzie. Także na razie odpocznę od kabli.

Ufff! ;-)

No to odpoczywaj. Tylko żebyś w międzyczasie nie zapomniał wszystkiego, co potrzebujesz wiedzieć o światłowodach, aby napisać ciekawy tekst.

Babska logika rządzi!

Jak dla mnie, koegzystencja, różnorakie systemy społeczno-religijne (w tym także w obrębie jednej, ludzkiej rasy), ich zakorzenienie i dość gwałtowne zderzenie, a jednocześnie zachowanie status-quo i dylemat – spełniają założenia konkursu.

Nie wiem czy taki był zamysł Autorki, ale ja odczytałem „Wagę wiedzy” jako ironiczną satyrę na nasz polski przedmurzomesjanizm (w szczególności) oraz mechanizm narzucania innym naszych własnych, najmojszych systemów wartości (w ogólności). Pudełeczko w pudełeczku, zręcznie wsunięte jedno w drugie. Podoba mi się kontrast żarliwej wiary w wartość wolności ze skrzeczącymi realiami (sprzątacz na statku… fizyk kwantowy – mechanikiem zwykłym; rewolucyjne zapędy hamowane przez zdroworozsądkowy problem logistyczny: jak wrócić do domu inaczej niż na „Kosmicznym Behemocie”?) oraz całe mnóstwo drobnych żarcików podawanych mimochodem (Szyfr – bomba. Łóżko i dwa ogony? Oj… oj! ;-) ). W związku z tym odczytałem całą historię jako żartobliwy moralitet, wyśmiewający brak umiejętności patrzenia, słuchania, otwartości na inność, a przede wszystkim – brak zdolności do przełamania własnego paradygmatu. I jak już tak to sobie poukładałem, to mi się bardzo spodobało.

Językowa stylizacja na rodaka-roztropka na obczyźnie też całkiem udana, a co więcej, dość rzeczywista. Z czystym sumieniem oceniam wysoko ze względu na temat bliski mojemu gustowi (tak, bezwstydnie się przyznaję, że lubię pośmiać się z zacietrzewionych rodaków) i dobre wykonanie.

Wady? Finklo, dialogi. Masz coś takiego z dialogami, że brzmią u ciebie nieco teatralnie, scenicznie lub kabaretowo – nie jak dwóch gości, którzy obok ciebie w autobusie rozmawiają o tej parszywej robocie na „Kosmicznym Behemocie”. W przypadku „Wagi Wiedzy” to nie kłuje, bo cała konwencja jest nieco surrealistyczna, ale dla porządku, jeśli mam się do czegoś przyczepić, to do nich właśnie.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

No, wreszcie pojawiają się te obiecane, wypasione komentarze jurorskie.

Dzięki, Psycho.

Jeśli podczas pisania chodziła mi po głowie satyra, to przede wszystkim na nasz przepis na powstanie:

Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie,

Ja z synowcem na czele i? – jakoś to będzie!

Narzucanie innym własnego systemu wartości to właściwie efekt uboczny – skutek wymagań konkursowych. Chcieliście, żeby każda strona szczerze wierzyła, że jej opcja jest jedynie słuszna? No to dostaliście. I cieszę się, że to udało się osiągnąć.

Miło, że żarciki rozśmieszyły. Ten o dwóch ogonach sobie odpuść – Ty już chyba masz żonę, nie powinieneś oglądać się za kosmitkami! ;-)

Jeśli chodzi o brak umiejętności patrzenia i słuchania – nie osądzaj Józka zbyt surowo. Miał diablo mało czasu. Ale to prawda, że wiedza a priori trochę mu przeszkadzała w chłonięciu nowych informacji.

Dialogi sztucznie brzmią? Hmmm, pewnie to hiperpoprawność. Może powinnam kiedyś włożyć w usta jakiejś postaci “tą książkę”? A fuj! Ależ to brzmi… A może lepiej zacząć podsłuchiwać rozmowy tych ludzi w autobusach zamiast wsadzać nos w książkę? Zagwozdka…

Babska logika rządzi!

Teraz to właściwie muszę zacząć od przyrzeczenia, że komentarz w jego głównych założeniach napisałam jeszcze przed dyskusją o tym, co to się niby dzieje w tej polskiej fantastyce. Bo trochę zbieżności z tamtą dyskusją się tu pojawi. :)

Jak zawsze u Finkli – bardzo dobrze napisane. Jak zwykle u Finkli – popis wyobraźni i wiedzy z zakresu nauk przyrodniczych. Dużo ironicznego humoru, który by mi, kurczę, nawet odpowiadał, gdyby było go mniej. ;)

Doceniam to wszystko, chylę czoła. I to jest też na pewno bardzo porządne opowiadanie. 

Tylko że teraz dochodzimy do cholernego widzimisię. Bo dla mnie najważniejsze w tekście jest, jak  go odbieram emocjonalnie. A ten mnie nie rusza. Bohaterowie mnie ani ziębią, ani grzeją. Emocjonalnie pozostaję obojętna.

Cholera. Ale trudno, nic nie poradzę. Niektórzy wolą ciekawe pomysły, nowe rasy i nowe światy. Ja akurat wolę coś innego.

Mimo to – doceniam wykonanie, wiedzę, wyobraźnię, fajne aluzje. U mnie – trzecie miejsce.

 

EDIT: Aha, dżdżownice świetne! :)

 

Dziękuję, Ocho.

Ależ nie musisz się zarzekać – wierzę, że komentarz napisałaś wcześniej. Tym bardziej, że o jego fragmencie wspomniałaś już dawno temu.

No nie umiem za bardzo grać na emocjach. Ale się uczę. Na razie wykorzystuję to, co mam – wiedzę z zakresu nauk przyrodniczych (i nie tylko! W tym tekście o humanistyczne też trzeba było zahaczyć. Nie zauważyłaś? ;-p ) i umiejętność składania poprawnych zdań.

No cóż – pisząc, zdawałam sobie sprawę, kto jest w jury i że nie przepadasz za SF. Jak już wspominałam, nie zorientowałam się, że aż tak śmiesznie wychodzi; rozterki Józka miały być poważniejsze, ale okazało się, że raczej bawią.

Babska logika rządzi!

To nie jest kwestia tego, że nie przepadam za SF. Czytam teksty Marianny, czytam teksty Prosiaczka i one jakoś mnie biorą. To nie o to chodzi. Mam po prostu wrażenie, że u nich na pierwszym miejscu jest człowiek, u Ciebie… Jakby to nazwać? Wyobraźnia? 

I są tacy, którzy to wolą. Ja po prostu nie.

Wiesz, jak czytałam te teksty, to w przypadku żadnego nie miałam wrażenia, że czytam SF. Bo żaden nie był hard SF, tylko raczej na takim moim poziomie zrozumienia. ;) I wtedy obce planety, statki kosmiczne i wynalazki mi nie przeszkadzają, bo są po prostu fragmentem scenografii.

Czyli nie mogę się zasłaniać dekoracjami? Muszę się wziąć za ten tajemniczy język uczuć. Mus to mus. ;-)

Dziękuję za tę informację. Jest bardzo wartościowa.

Oj, chyba znowu sucho wychodzi…

Czuję się zmuszona do sięgnięcia do głębszych warstw świadomości, może nawet zejść pod nią. Co może skrywać mroczna otchłań zapomnienia i wyparcia?

Lepiej? ;-)

Babska logika rządzi!

Jej, albo ja piszę tak niejasno, albo ty się wygłupiasz. ;)

Po pierwsze – żaden mus. Skoro ja tak wolę, to znaczy tylko tyle, że ja, znana tu jako ocha, tak wolę. A nie, że tak ma być. Masz tu tak liczną i wierną rzeszę czytelników, że moje widzimisię możesz sobie bez przeszkód zignorować.

Ale nie chodzi mi o “granie na emocjach”. AdamKB kiedyś napisał pod jednym z moich tekstów coś, co mnie bardzo ucieszyło – że przedstawiam świat nie wprost, nie na pierwszym, uszczegółowionym planie, ale używam go w charakterze tła, na jakim poruszają się postacie dramatu. Przytaczam ten przykład, bo może on lepiej wyrazi to, o co mi chodzi. Ja właśnie tak lubię, więc dlatego tak staram się pisać.

A Ty lubisz inaczej, więc i piszesz inaczej. To nie jest kwestia wartościowania. To jest tylko kwestia osobistych upodobań. Nie ma żadnego musu. U Ciebie scenografia jest po prostu bardzo ważna, według mnie często wysuwa się na plan pierwszy. Jeśli uważasz, że się nią zasłaniasz, to możesz spróbować zza niej wyjść. A jeśli tak lubisz – to pisz tak dalej. Popatrz na komentarze pod Twoimi tekstami. Czytelników masz, Twoje opowiadania się najzwyczajniej w świecie podobają. Mnie bardzo często również. :)

Nie wiem, czy piszesz niejasno. Chyba nie, tylko poruszyłaś problem dla mnie raczej obcy. Mój analityczny umysł wrzucił wyższy bieg i zaczyna rozbierać zagadnienie na czynniki pierwsze. Sama jestem bardzo ciekawa, co mu wyjdzie.

Nie, nie wygłupiam się. No, może troszkę. Finkle są do bólu racjonalne i jedyne co odczuwają, to ciepło, gdy kreska w termometrze przekroczy 40. Kiedy używam tego słowa na “e”, muszę, po prostu muszę, trochę pożartować, żeby czasem nie wyszło, że jestem egzaltowana.

Tak, piszę tak, jak lubię, świadomie czy nie – wzoruję się na ulubionych autorach. Ale to nie oznacza, że nie mogę pisać lepiej. Nie, nie odbieram Twoich słów jako wartościowania – wydaje mi się, że pokazałaś (relatywnie) słaby punkt w moich tekstach. Coś, czemu chyba warto poświęcić więcej uwagi, w miarę możliwości nie tracąc wspomnianego ciekawego tła ani czytelników. A jeśli tych dwóch srok nie da się utrzymać, to zdobycie kolejnej harcerskiej sprawności do naszycia na rękaw. Żebym wiedziała/ wierzyła, że to też umiem. Widzę swoje literówki, ale nie błędy “strategiczne”. Potrzebuję takich wskazówek.

Babska logika rządzi!

Uf. ;)

Ty już chyba masz żonę, nie powinieneś oglądać się za kosmitkami! ;-)

Pfff, czy ty widziałaś, żeby kogoś żona powstrzymywała od ważnego, naukowego eksperymentu? No wiesz, Finklo…!

 

Nie oceniam Józka, wyraźnie podkreślam, że to ja, my król, tak interpretujemy. I, za przeproszeniem, ale moim zdaniem, najpoważniejsze są rozterki, które muszą być podawane w zabawny sposób, żebyśmy mogli w ogóle się nad nimi zastanowić. Tak, to sa cholernie poważne przypadki, z rodzaju tych, przy których czerwone światła alarmowe migają z zawrotną częstotliwością, a dookoła rozlega się wycie syreny, oznajmiające najwyższy stopień zagrożenia.

 

No i czekam na twój wyciskacz łez ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Jeśli eksperyment naukowy polega na bliskim kontakcie siódmego stopnia z ponętną kosmitką, to… Hmmm, może nie widziałam, ale groźba wydaje mi się realna. ;-)

Oni, królowie, niekiedy mają tendencję do oceniania, a nawet ferowania wyroków, błyskawicznie wykonywanych przez gwardię przyboczną. A jak już czerwone światła zaczną błyskać, to nie ma czasu na zastanawianie…

Trochę pewnie Ci przyjdzie poczekać. Ale, żebyś się zbytnio nie znudził, możesz poczytać teksty, które wstawiłam w tak zwanym międzyczasie. Wszystkie trzy! A wśród nich jeden z tych, które niegdyś wybawiły mnie od natychmiastowego złożenia w ofierze. ;-)

Babska logika rządzi!

W końcu przeczytałem. Wstyd mi, że tak późno.

Dobre opko. Bohater wydawał mi się co prawda dosyć pretensjonalny w swoich zapędach, toteż nie wzbudził mojej sympatii. Chyba, że był to zabieg celowy.

Tak czy siak – fabuła, jak również społeczny komentarz zdecydowanie na plus.

“Do poczytania”

"Nie wierz we wszystko, co myślisz."

Dziękuję.

Bohater? Był mi potrzebny prosty chłop, trochę impulsywny. Sympatię raczej miał wzbudzać. Czyli coś nie wyszło. No trudno.

To na końcu to pożegnanie czy ocena? ;-)

Babska logika rządzi!

Ostatnie? Nawiązanie do, bodajże, domkowej wypowiedzi pod jednym z tekstów, która w kontekście twego dzieła wydała mi się pasująca.

Co do bohatera – cóż, może nie mój typ człowieka. :) Spróbujemy następnym razem.

A póki co, zabieram się jeszcze za lekturę srebrnopiórkowych duchów. I przyrzekam również tam wrażeniami się podzielić.

"Nie wierz we wszystko, co myślisz."

Czyli raczej ocena.

OK, nie chcesz się zaprzyjaźnić z Józkiem, to nie. ;-)

No to czekam na komentarz pod “Duchami”.

Babska logika rządzi!

Naprawdę świetne opowiadanie! Wciągnęło mnie już od pierwszych akapitów i pozostawiło skupionym na lekturze do samego końca. Główny bohater sympatyczny, da się go polubić i mu kibicować. Świat przedstawiony również interesujący, choć oczywiście “wszystko już było” ;)

To chyba najlepszy Twój tekst jaki dotąd czytałem. Za kolejne zabiorę się jutro, na dzisiaj tyle.

Pozdrawiam i życzę miłego wieczoru! :)

Jai guru de va!

Dzięki. :-)

Cieszę się, że tekst wciągnął, a Józek dał się polubić.

Trochę się nad tym tekstem napracowałam. Może i wszystko już było, ale dżdżownice wymyślałam sama. A ze sposobu utrzymywania ich w poddaństwie nadal jestem odrobinę dumna.

Też pozdrawiam. :-)

Babska logika rządzi!

Oj tam, ten mój frazes to taki żarcik ;)

Bowiem nieważne, jak się nie napracujesz i czego nie wymyślisz, zawsze znajdzie się ktoś, kto palnie proste “wszystko już było”.

Jai guru de va!

No, coś w tym jest. Ale czasami zdarza się genialny skubaniec, który wymyśla coś nowego. ;-)

Babska logika rządzi!

Niedaleko Syriusza jest Świat Ayanański. Uważaj z zakusami tych Twoich ras. ;>

 

Rozumiem, że praca sprzątacza polega na tym, że automat pucuje a ten tylko patrzy? Po co zatem człowiek? A Weganin wygląda mi na życie krzemowe. A jeśli już o weganach, wydaje mi się, że jeśli jakaś rasa potrafi latać między układami gwiezdnymi, będzie na takim poziomie cywilizacyjnym, że raczej nie będzie jeść mięsa. 

 

Przez cały czas mam wrażenie, że spisek i tajemnica istnieje głównie w głowach Ziemian. Rozmawiają bardzo swobodnie, tłumacz z pewnością podłączony jest do jakiejś sieci, gdzie można prowadzić efektowną cenzurę i inwigilację. Gdyby “wyższe rasy” naprawdę chciały, by ludzie o czymś nie rozmawiali, z łatwością wykryłyby “spisek”. Podczas czytania miałem wrażenie, że kapitan załogi czy inne szychy z politowaniem i rozbawieniem obserwują całą ziemską akcję, o ile w ogóle ich ona obchodzi.

Pomysł z pismem gruzińskim (najładniejszy alfabet świata!) fajny i faktycznie może być dla kosmitów trudny do odszyfrowania (pod warunkiem, że nie prowadzą badań na temat kultury na różnych planetach), ale cały spisek zostałby rozpracowany już na samym początku, przed zaszyfrowaniem. Tym bardziej, że skoro Ziemia ma być potencjalną planetą zniewoloną, ufokowie byliby raczej wyczuleni na pracowników z tego konkretnego świata.

 

A w burdelach są jakieś restrykcje rasowe, w stylu Makakaonów nie obsługujemy?

Urzekł mnie pomysł z holograficznymi zdobieniami. To byłoby cudowne, np. ściana, która zmienia sama tapetę w zależności od dnia tygodnia. :D

Swoją drogą, czyżby Śluzowce pochodziły z Syriusza? A panu głównemu bohaterowi od przeciążenia powinno serce siąść (dlatego śluzowce nie mają serc!).

 

Zastanawiam się, dlaczego wiadomości idą tak długo? To przecież informacja jest najszybsza. Skoro znają już technologię “kosmicznych skoków”, z pewnością mogliby opracować szybką, wygodną komunikację, bazując chociażby na efekcie splątania.

 

Powstanie? Serio? Brzmi co najmniej naiwnie. Za to idealnie pokazałaś mentalność niewolniczych dżdżownic, które nie rozumiały o co chodzi naszemu wichrzycielowi. Niemniej pacyfikacja takiej rebelii trwałaby zapewne godzinę. Rozumiem, że “wyższe rasy” monitoring i podsłuchy znają. Ale kreacja kosmorobaków naprawdę super!

 

Co to znaczy wirtualna pornografia? Obraz jest generowany przez komputer? I żeby mieć do dyspozycji inne rasy i nie zobaczyć z ciekawości?

 

Dygresja na koniec. Czy postęp idzie w parze z rozwojem poziomu cywilizacji? Czy aby na pewno kultura będąca w stanie latać pomiędzy gwiezdnymi układami może tolerować niewolnictwo? No chyba, że trafią na jakąś rasę jedzącą hamburgery z wołowiną…

 

Bardzo fajny tekst, najbardziej podobały mi się oczywiście opisy ras i planet. 5/6.

 

 

PS: Ponoć najdoskonalsza forma niewolnictwa to taka, w której niewolnik nie wie, że jest niewolnikiem.

 

 

 

 

 

 

 

 

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Dzięki, Arhizie. :-)

Eee tam, w okolicy Syriusza nie ma takiej gwiazdy.

Wyobraź sobie Józka jako operatora takiego większego i bardziej skomplikowanego odkurzacza. Włącza i wyłącza, prowadzi na miejsce zabrudzenia, uzupełnia detergenty…

Już nie pamiętam szczegółów. Weganin mógł powstać na drodze ewolucji związków krzemu, ale może to jakieś SI, które dochrapały się do samostanowienia. Możliwe, że sama dla siebie tego nie rozstrzygnęłam.

Dla obcych to są oczywiste rzeczy. Będę się trzymać przykładu z naszym żarciem – mniej więcej każdy wie, skąd się bierze wołowina na hamburgery. Nie piszemy o tym w gazetach, bo i po co. Gdyby na Ziemi zjawiła się jakaś krowiopodobna rasa i zażądała praw dla braci mniejszych, pewnie byśmy się tym za bardzo nie przejęli. Może zorganizowalibyśmy parę wycieczek do Indii. Ale żeby podsłuchiwać, jakie ustawy oni między sobą projektują dla bawołów? To chyba szkoda czasu…

Aha, na wszelki wypadek Ziemianie spiskują bez tłumacza.

Tak alfabet gruziński jest wyjątkowy – do niczego nie podobny. Chyba nieźle się nadaje do szyfrowania, bo grupa naturszczyków nieliczna.

Restrykcje rasowe w burdelach. Zasadniczo nie ma – biznes is biznes. Klient płaci, to dostaje. Ale jakieś ograniczenia techniczne są – jeśli jedna rasa oddycha tlenem, a druga metanem albo chlorem i niespecjalnie lubią to robić w kombinezonach…

Jeśli Ziemianie będą głupio postępować, to dadzą się zniewolić.

Syriusz. Bogiem a prawdą, to chyba jest zbyt ciężka gwiazda, żeby tam zdążyło jakieś życie powstać. Ale blisko i znana, więc ładnie wygląda. No i może coś skolonizowali…

To 1,5 g jest aż takie szkodliwe? Kombinowałam, że jeśli ktoś ma ze trzydzieści kilo nadwagi, to ona go tak szybko nie wykończy. Ale inna sprawa, że nadwagę to się długo zdobywa, a nie na szybkim promie. Z trzeciej strony – z takim plecakiem teoretycznie da się chodzić. Niezbyt szybko i daleko, ale da radę.

Wiadomości idą z prędkością światła, bo tak sobie zaplanowałam, żeby trochę utrudnić życie bohaterom. Nie jestem pewna, czy da się wykorzystać splątanie do komunikacji. Zdaje się, że zasada nieoznaczoności trochę bruździ.

Powstania. Ziutek jest Polakiem. Które nasze powstanie nie było naiwne?

Wirtualna pornografia. No, jest VR i można sobie wybrać różne, naprawdę ostre symulacje. Ale ja nigdy nie korzystałam! Koledzy opowiadali. ;-)

Postęp a rozwój cywilizacji. A idą w parze? To można na tyle sposobów mierzyć, że każdą tezę da się udowodnić. Statystyka…

Niewolnictwo. Pewnie można je różnie definiować. Czy kredyt hipoteczny to już niewolnictwo? Czy student podpisujący kredyt, który będzie spłacać po studiach, staje się niewolnikiem? Czy jak Grecja sprzedaje wysepkę, na którejś ktoś mieszka, to mieszkańcy stają się niewolnikami? Pewnie niejeden prawniczy majątek można zbić na tych pytaniach… A Twoja forma niewolnictwa faktycznie wygląda na podstępną.

Babska logika rządzi!

Jak nie ma, przecież leży… zaraz, zaraz. A tak! Oczywiście, że nie ma tam takiej gwiazdy! ;)

 

No właśnie wydaje mi się, że taki kosmiczny odkurzacz nie dość, że precyzyjnie zlokalizuje bród, to jeszcze sam sobie detergenty wymieni. Może po prostu firma dostaje jakieś dodatki za zatrudnianie bonusowych pracowników?

O genezie Wegan nic nie pisałaś. To bardziej moje rozważania, bo czasem piszę coś o “krzemowcach” i są do Twojego blaszanego bohatera bardzo podobne.

 W kwestii krowoidów, myślę, że to zależy od ich mocy decyzyjnej. Jeżeli faktycznie nie mogliby nam zaszkodzić, raczej nikt, poza grupką badaczy, by się tym nie interesował. Sugerujesz, że taka jest sytuacja ludzi w Twoim tekście?

Tak, problem z oddychaniem chlorem… może, może maski? Tylko tym razem bez drzwiczek. A pisząc o Syriuszu, myślałem raczej o czymś w jego okolicy, bo sama gwiazda raz, że za ciężka, a dwa, że nie wiadomo czy jeszcze istnieje.

Myślę, że nadwaga to jednak coś innego. Tutaj mamy wpływ na ciążenie płynów, całą fizjologia dostaje, nawet na poziomie komórkowym. Po głębszym namyśle, najwięcej problemów mogłoby dotyczyć lokalnych martwic części tkanek, jednakże takie rzeczy powinny (chyba) wrócić po tygodniu do normy. Pytanie co na to układ limfatyczny.

Ze splątaniem coś tam próbowali. Spin w górę to miała być jedynka, w dół to zero. Zawsze można stwierdzić, że jest to dla Ziemian za drogie, albo po prostu “wyższe rasy” nie pokwapiły się, by się tym z nami podzielić.

Powstania… masz rację.

Serio? Ostre symulacje!? Znaczy, kolega pytał.

 

 

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Oj tam, myślisz, że jak kosmiczna technologia, to od razu każda szczoteczka do zębów ma SI w środku. Taniej jest zatrudnić niespecjalnie wykwalifikowaną istotę do obsługi.

O wielu rzeczach nie pisałam, a tekst i tak krótki nie jest. ;-)

Mniej więcej taka, ale jednak stosunki społeczne są nieco ważniejsze niż zwyczaje żywieniowe. Chociaż, niewolników nie zabija się w celu pożarcia…

Coś lubisz te maski… Nie wiadomo, czy maski rozwiążą problem do końca – jak zareaguje skóra na taką dziwną atmosferę? Nie będzie uczulenia. A co w przypadku zadrapań?

Eee, Syriusz chyba jeszcze istnieje, blisko jest, szybko byśmy się kapnęli. Ale jest jakaś taka gwiazda chyba w Orionie, co to nie wiadomo, kiedy wybuchnie…

Przez krótki czas to nawet większe przeciążenie można wytrzymać. Nie mam pojęcia, jak by zadziałała dłuższa, wielogodzinna ekspozycja. Rajdowcem chyba już nieźle miota przez cały wyścig? Zawsze pozycja horyzontalna powinna pomóc…

No tak, ale chyba robi się jakiś problem z odczytaniem stanu. Sprawdzenie, jaki spin, może go zmienić, ale nie musi, czy jakoś tak…

A jakie tylko kolega chce, to mu zaprogramują! Choćby i seks oralny z oddychającym chlorem motylkiem. W VR nie ma ograniczeń. ;-)

Babska logika rządzi!

Zawsze można napisać na wejściu przybytku, że nie biorą odpowiedzialności za problemy zdrowotne w przypadku zbliżeń kategorii S3, czy coś w ten deseń… Może jednak warto zainwestować w te najnowsze VR i zafundować sobie bezpieczne spotkanie z chlorowymi motylami? 

Rajdowiec to też inna bajka, bo z czasem on sam nabiera prędkości samochodu. Coś na kształt przeciążeń ma tylko podczas przyspieszania. W dodatku rzuca nim raz na prawo, raz na lewo – takie rzeczy tylko stymulują organizm.

W kwestii spinowych maili, nie mam pojęcia. ;)

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Ooo, na pewno mają różne zastrzeżenia i dupokrytki. Już tam wszystkiego dopatrzyli. A jeśli jeszcze nie, to po pierwszej wizycie Amerykanina dopatrzą. ;-)

VR jest bezpieczna, ale koledzy się skarżyli, że zabawa z pejczem traci cały urok…

Ale rajdowiec chyba bez przerwy zwalnia, przyspiesza albo zakręca? Ale fakt, żaden kawałek ciała nie cierpi ustawicznie.

Babska logika rządzi!

Ale po VR skóra nie piecze jak przy kontakcie z chlorową atmosferą. 

No właśnie rajdowiec dostaje ledwo grawitacyjne kuksańce, w dodatku różnorodne. 

 

 

 

PS: O tym VR to kuzyn opowiadał. Zapomniałem dodać. ;)

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Co kto lubi, Arhizie. Ale podobno orgazmy nieodróżnialne od tych w realu. Eeee, to już koleżanki wspominały. ;-)

Skoro rajdowiec jednak się nie nadaje do porównań, to chyba nie mamy innych królików. ;-/

Babska logika rządzi!

Fajne :)

Dziękuję, Anet. :-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka