- Opowiadanie: empatia - Stary Bajarz

Stary Bajarz

O smokach napisano już wiele. Ale nigdy nie jest tak, że nie można napisać czegoś jeszcze lub trochę inaczej. Jeśli dysponujecie czasem i macie zacięcie do poszukiwania śladów we mgle, zachęcam do podjęcia wyzwania.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Stary Bajarz

Szkarłat. Zaciskam powieki i widzę barwę, która mieni się odcieniami tego, co nieuchronne, nieodwracalne i nieodwołalne.

Krew. Gdy otwieram oczy, wciąż ją mam na rękach.

Jak to się mogło stać?

*

Patrzył w rozgwieżdżone niebo. Gdy zo­ba­czył spa­da­ją­cą gwiaz­dę, westchnął. Jednak ciężar, jaki miał na sercu, wciąż mu przeszkadzał. Ileż to już lat na tym świe­cie – po­my­ślał. Kie­dyś śmie­szy­ły go dow­ci­py przy­ja­cie­la w stylu: „Nie­źle się trzy­masz, stary druhu. Cie­ka­we, kto się szyb­ciej wy­pa­li, ty czy one?” Dziś już nie miał wąt­pli­wo­ści. One wciąż mi­go­ta­ły ra­do­śnie, pod­czas gdy jego wola życia spadała jak meteor, zostawiając za sobą jedynie mglisty, złoty ślad.

Przy życiu trzy­ma­li go jeszcze lu­dzie, któ­rzy odwiedzali go od czasu do czasu. Stał się atrak­cją tu­ry­stycz­ną oko­licz­nych wsi, swego ro­dza­ju sza­ma­nem. Nie lubił tego słowa. Mę­drzec, jak większość się do niego zwracała, bar­dziej już mu od­po­wia­dał. Sam uwa­żał się za ba­ja­rza, w naj­lep­szym razie za wróż­bi­tę. Lu­dzie przy­cho­dzi­li, ma­ru­dzi­li, py­ta­li o po­go­dę, a jak spadł deszcz, wra­ca­li, aby dzię­ko­wać za po­myśl­ną pro­gno­zę. Miłe to było. Czuł się jesz­cze po­trzeb­ny. Przy­no­si­li mu je­dze­nie. Do­ce­niał to. W tym wieku niełatwo było się gdzieś wy­brać sa­me­mu.

 

Rano, na po­lan­ce przed swoją samotnią, doj­rzał po­stać w bladopo­ma­rań­czo­wym stro­ju.

– Witaj, mę­dr­cze.

– Witaj, mni­chu. Bo je­steś mni­chem, praw­da?

– Tak, czci­god­ny. Je­stem mni­chem. Byłem u cie­bie przed­wczo­raj.

– Nie sądzę – odparł i zasępiony za­czął gła­dzić wąsy.

Za­wsze tak robił, gdy się nad czymś mocno za­sta­na­wiał. Na początku był to wy­uczo­ny od­ruch, by dodać sobie po­wa­gi. Jed­nak póź­niej tak się do tego przy­zwy­cza­ił, że gła­dził je już mi­mo­wol­nie.

– Może to kwe­stia ucze­sa­nia – wy­pa­lił, wy­raź­nie od­zy­skaw­szy ani­musz.

– Nie sądzę, o mę­dr­cze. Jak sam za­uwa­ży­łeś, je­stem mni­chem. Obce mi są pro­ble­my z fry­zu­rą.

Zbli­żył się do przy­by­sza i oce­nił z bli­ska.

– Fakt. Je­steś łysy. Pa­mię­tam cię – skła­mał. – Byłeś u mnie przed­wczo­raj. Co cię znów do mnie spro­wa­dza?

– Racz wy­ba­czyć, czci­god­ny, ale na­cho­dzę cię w tej samej spra­wie.

– Dla­cze­góż? – Brnął dalej starzec, by zawęzić spektrum możliwości.

– Kiedy roz­ma­wia­li­śmy ostat­nio, po­wie­dzia­łeś, że ko­lej­ne­go dnia mo­że­my spo­dzie­wać się desz­czu. Nie spa­dła ani kro­pla.

– I co? Masz skar­gi, że lu­dzie nie­po­trzeb­nie brali ze sobą pa­ra­so­le? Zresz­tą, co ja je­stem, wy­rocz­nia?

– Na głod­ne­go mogę się prze­cież mylić – dodał szyb­ko, by zwró­cić uwagę na inny pro­blem.

– Oczy­wi­ście – od­po­wie­dział ła­god­nym tonem mnich i skło­niw­szy się nisko, za­czął się wy­co­fy­wać. Nim się wyprostował i odszedł, dodał: – Pozwól, że się oddalę. Mam tu niedaleko pozostawiony kosz z zapasami. Podzielę się z tobą.

 

Nie przej­mo­wał się zanadto ludź­mi ani tym, co o nim my­śle­li. Nie dzi­wił się zresz­tą, że opi­nię o nim mieli nie naj­lep­szą. Wy­ko­rzy­sty­wał ich. Wie­dział, że lubią do niego przy­cho­dzić po rady i mą­dro­ści ży­cio­we. W zamian re­gu­lar­nie w po­ło­wie mie­sią­ca otrzy­my­wał trans­port za­pa­sów. Często jednak prosił o coś ekstra. Nigdy mu nie odmawiali. Lubił wierzyć, iż do­ce­nia­li go jako mę­dr­ca. Gdyby tylko wie­dzie­li, jak czę­sto zmy­ślał. Nie­mniej cie­szył się, że inni do­strze­ga­li w nim, kogoś wię­cej, niż wi­dział on sam.

 

Po kilkunastu minutach ponownie zjawił się mnich z koszem ryb i suszonego mięsa. Nie wy­pa­da­ło go już zbyć, więc bajarz uśmiechnął się, a widząc pytające spojrzenie ze strony petenta, zagaił:

– Więc chciałeś o czymś porozmawiać, tak?

– Tak, o mę­dr­cze. Nasz kraj na­wie­dza­ją dłu­go­trwa­łe susze. Lu­dzie bła­ga­ją o pomoc.

– To może pój­dzie­cie do smoka – wy­pa­lił bez za­sta­no­wie­nia. Cie­ka­we myśli za­wsze na­wie­dza­ły go nie­spo­dzie­wa­nie, za­ska­ku­jąc cza­sem bar­dzo przy­jem­nie.

– Tak – po­wie­dział mnich z wy­ra­zem twa­rzy nie­za­prze­czal­nie wska­zu­ją­cym na za­du­mę.

Po chwi­li zaś dodał:

– Tak, w za­sa­dzie to my­śle­li­śmy o tym, ale nie wiemy, jak się do tego za­brać. Nasza wie­dza o smo­kach jest, jak mnie­ma­my, za mała. Czy był­byś w sta­nie nam pomóc, o czci­god­ny?

– Tak. Oczy­wi­ście. Za­wsze chęt­nie po­ma­gam. Ale, jak by to rzec, do­skwie­ra mi re­fluks. To pa­skud­na przy­pa­dłość. Nie mogę jeść za dużo mięsa bez świe­żych wa­rzyw. Owoce też by po­mo­gły.

Nie był dumny z wy­łu­dza­nia je­dze­nia. Niemniej bawiły go czasem sytuacje, gdy wyuczona umie­jęt­ność wy­wo­ły­wa­nia bur­cze­nia w żo­łąd­ku, przynosiła dodatkowe profity. Jednym z nich była gra na czas.

– Oczy­wi­ście, zajmę się tym – od­po­wie­dział z uśmie­chem mnich i dodał: – Czy mogę jutro znów cię odwiedzić?

Ba­jarz skinął mu głową i od­pro­wa­dził wzro­kiem. Wchodząc do ja­ski­ni, nie­mal roz­trzaskał nos o skałę. Czynność wymagała niewielkiego skłonu, o którym czasem zapominał. Nigdy nie na­rze­kał na swój dom. Prze­stron­ne wnę­trze, nieco su­ro­we wy­koń­cze­nie, ale w pełni na­tu­ral­ne.

Do­ce­niał swą pu­stel­ni­czą dolę. Nie pa­mię­tał już, co go do tego skło­ni­ło, ale wolał życie na ubo­czu. Naj­bar­dziej chyba jed­nak cenił sobie pry­wat­ność. Brak wścib­skich spoj­rzeń. Świe­że po­wie­trze, pięk­ne gór­skie wi­do­ki i szum po­bli­skie­go po­to­ku. Lubił tę zimną toń. Jesz­cze bar­dziej smak czy­stej źródlanej wody. Po­ma­ga­ła mu na zgagę. Odkąd za­czął pić ją re­gu­lar­nie, prze­sta­ło go mę­czyć nie­przy­jem­ne uczu­cie pa­le­nia w prze­ły­ku.

*

Mnich po­ja­wił się na­stęp­ne­go dnia, w asyście dwóch braci, niosących zamówione produkty. Ocze­ki­wał, co było widać wyraźnie, re­wan­żu za swą na­iw­ną do­bro­dusz­ność.

– Więc jak, mę­dr­cze? Czy będziesz tak łaskaw i opo­wiesz mi coś o smo­kach?

– Tak, tak. Słowo prze­cież rze­kłem. Usiądź. Po­roz­ma­wia­my.

Mnich przy­cup­nął na nie­du­żym gła­zie. Nie wy­glą­da­ło na to, by po­zy­cja była wy­god­na. Ba­jarz oce­niał ją bar­dziej jako po­zy­cję „na jeżu”. Dziecinne, choć adekwatne stwierdzenie, rozbawiło go nieco. Szybko jednak zdał sobie sprawę, że to zapewne przez ascetyczny stosunek do świata. Z rozmyślań nad mnisią naturą wy­rwa­ły go ciche chrząk­nię­cia. Wzdry­gnął się. Narastało w nim poczucie stania pod ścia­ną.

Fakt, że za ple­ca­mi miał skałę, nie­wie­le miał z tym uczu­ciem wspól­ne­go. A jed­nak, nie wi­dział już dla sie­bie sen­sow­nej drogi uciecz­ki. Mu­siał szyb­ko wy­my­ślić hi­sto­rię o smo­kach. Nie mógł prze­cież stra­cić bu­do­wa­ne­go la­ta­mi au­to­ry­te­tu.

– Więc tak – prze­cią­gał mo­ment roz­po­czę­cia wy­kła­du. – Smoki to stwo­rze­nia mi­tycz­ne są. By­wa­ją za­wzię­te, ale do­brym lu­dziom po­mo­cy nie od­ma­wia­ją. Wy­glą­du, to fakt, pięk­ne­go nie mają, ale dusza smoka to istny dia­ment. Przy­ja­cie­lem czło­wie­ka wręcz się stać mogą. Le­gen­dy zaś gło­szą, że po­sia­da­ją moce pa­no­wa­nia nad ży­wio­ła­mi.

– A więc nie my­li­my się z brać­mi w tym wzglę­dzie.

– Tak, tak. To po­wszech­na wie­dza jest. Oczy­wi­ście.

Wziął głę­bo­ki wdech. Do­tle­nie­nie mózgu cza­sem po­ma­ga­ło na po­bu­dze­nie kre­atyw­no­ści.

– Jest, po­wiem ci ja, Di­long. Mówią, że rzą­dzi rze­ka­mi i stru­mie­nia­mi. Zwą go ziem­skim smo­kiem.

Spoj­rzał na mni­cha i wy­raź­nie zła­pał wiatr w żagle. Mnich słu­chał z za­in­te­re­so­wa­niem i nie wy­ka­zy­wał oznak zdzi­wie­nia. Do­brze to ro­ko­wa­ło. Może uda się nie dać plamy.

– Był też Jia­olong albo Jiao, sam już nie wiem. Be­stia brzyd­ka, po­kry­ta łu­ska­mi na całym ciele, pra­wie jak wąż. Wy­obra­żasz sobie taką po­czwa­rę? To wodny smok. Nie chciał­bym spo­tkać.

Mnich kiwał głową z wy­raź­nym za­cie­ka­wie­niem. Uśmie­chał się wciąż życz­li­wie.

– Tian­long to nie­biań­ski smok, ale to chyba wy­ima­gi­no­wa­ny stwór jest. Le­gen­dy gło­szą, że chro­ni boskie pa­ła­ce. Oczy­wi­ście za­kła­da­jąc, że wie­rzysz w nie­bio­sa. Ale prze­cież je­steś mni­chem – zre­flek­to­wał się szyb­ko.

Mnich tylko lekko się skrzy­wił i zaraz po­wró­cił do ser­decz­ne­go uśmie­chu.

– A, ten może cię za­in­te­re­so­wać. Du­cho­wy Smok od­po­wia­da po­dob­no za desz­cz i wia­tr. Mówi się, że jego wła­dza sięga każ­de­go miej­sca na ziemi. Tro­chę to prze­sa­dzo­ne, nie są­dzisz?

– Coś o nim sły­sza­łem. Jak on się na­zy­wa?

– Dobre py­ta­nie – od­po­wie­dział z lek­kim za­kło­po­ta­niem bajarz i na­tych­miast uru­cho­mił od­głos bur­cze­nia w żo­łąd­ku.

Mnich bar­dzo spraw­nie wy­pro­sto­wał się i sta­nął nie­mal na bacz­ność. Widać po­zy­cja „na jeżu” temu wła­śnie słu­ży­ła. Zgiął się w pół i za­czął się cofać.

– Oczy­wi­ście, zajmę się tym – po­wie­dział i mimo nie­znacz­nej iry­ta­cji w gło­sie od­da­lił się, po­zo­sta­wia­jąc w pa­mię­ci star­ca lekko wy­mu­szo­ny uśmiech.

– A tam. Nieważne, co myśli, ale co robi – skwi­to­wał nie­mal na­tych­miast ba­jarz, gdy zo­stał sam. Że też cią­gle to dzia­ła – śmiał się w duchu mimo dziwnego skrętu jelit, który zaczął budzić podskórny niepokój.

Od­wra­ca­jąc się znów w stro­nę ja­ski­ni, cudem unik­nął zde­rze­nia ze skle­pie­niem. Tym razem jed­nak wy­ka­zał się spo­strze­gaw­czo­ścią, prze­kra­cza­ją­cą swój za­awan­so­wa­ny wiek. Nad wejściem za­uwa­żył detal, który do­tych­czas umy­kał jego uwadze. Od­krycie dotyczyło znaków, które zostały tam przez kogoś wyryte.

– Ładne – stwier­dził z uśmie­chem – cie­ka­we, co zna­czą.

Nie pa­mię­tał, czy były tu, jak wybierał to miejsce na sa­mot­nię. W grun­cie rze­czy, coraz czę­ściej uświa­da­miał sobie, że pa­mię­ta bardzo mało. Ot, sta­rość, nie ra­dość.

Kiedy już miał udać się na spoczynek, usłyszał z tyłu ciche chrząknięcie. Gdy się odwrócił zobaczył mnicha z koszem owoców i warzyw.

– Miałem niedaleko zostawiony taki kosz, który niosłem do klasztoru. Mogę się z tobą podzielić. Proszę – powiedział, skłaniając się nisko i stawiając kosz przed starcem. Gdy zobaczył na jego obliczu uśmiech dodał. – Czy to możliwe, mę­dr­cze, że czwar­ty smok nazywa się Shen­long?

– No prze­cież mó­wi­łem.

– Istot­nie, mó­wi­łeś. – Mnich spoj­rzał na niego z lekkim zdzi­wie­niem, jednak umiejętnie skrył je pod uśmiechem.

– Tak. Oczy­wi­ście, że mó­wi­łem. To prze­cież naj­wspa­nial­szy ze smo­ków. A i imię na­praw­dę zacne. Moce jego prze­kra­cza­ją­ wy­obra­że­nie ludz­kie. Taki to smok, by się przy­dał, na wasze pro­ble­my z suszą.

– Opi­nia o twej mą­dro­ści słusz­na krąży wśród ga­wie­dzi, o czci­god­ny. Radę za­wsze znaj­dziesz na pro­blem. Gdzie mo­że­my szu­kać tego Shen­longa?

Py­ta­nia szcze­gó­ło­we za­wsze sta­no­wi­ły pro­blem. Bur­cze­nie w brzu­chu chyba już nie przej­dzie – po­my­ślał i rzekł gło­sem pew­nym, nie­mal nie­zno­szą­cym sprze­ci­wu.

– Przy­nieś mi mapy, a wska­żę ci drogę.

Za od­cho­dzą­cym w po­kło­nach mni­chem krzyk­nął jesz­cze:

– A przy­nieś jesz­cze ja­kieś zwoje ze zna­ka­mi. Chciał­bym spraw­dzić jedną rzecz.

I tak ko­lej­ny dzień do przo­du – stwier­dził po­god­nie, wy­raź­nie z sie­bie za­do­wo­lo­ny.

Mnich rów­nież wy­glą­dał na za­do­wo­lo­ne­go.

*

O brzasku na polanie pojawiła się więk­sza liczba mni­chów. Mieli chu­s­ty prze­wie­szo­ne przez ramię, które po­ma­ga­ły utrzy­mać nie­zli­czo­ne ilo­ści zwo­jów. Gdy tylko zło­ży­li je na ziemi, poprosili spojrzeniem o zgodę na oddalenie się. Po­zo­stał tylko jeden z nich, któ­re­go twarz z każ­dym ko­lej­nym spo­tka­niem wy­da­wa­ła się coraz bar­dziej zna­jo­ma.

– Sporo tych map macie – za­wo­łał na po­wi­ta­nie bajarz, wy­raź­nie roz­luź­nio­ny. Pa­trzył to na stos ułożony na skra­ju po­la­ny, to na rulon w ręku mni­cha. Do­sko­na­le wie­dział, że w głę­bo­kiej wo­dzie naj­le­piej się pływa. A i czas zej­dzie na stu­dio­wa­niu ma­te­rii. Prze­cież o to cho­dzi­ło. Nie miał wąt­pli­wo­ści, że na któ­rejś z map znaj­dzie się wska­zów­ka, jak zna­leźć smoka.

– Mapę mam tylko jedną – szyb­ko odparł mnich, wska­zu­jąc na zwój znajdujący się w jego dłoni.

– Świet­nie – odpowiedział, nie tra­cąc re­zo­nu – bierzmy się do pracy, do­pó­ki jest jasno. Chciał­bym jed­nak naj­pierw obej­rzeć tamte skrypty. Co za­wie­ra­ją?

– Pro­si­łeś o zbiory Hànyǔ pīnyīn. Tu znaj­du­ją się wszyst­kie znaki Hànzì. Jeśli ja­kie­goś szu­kasz, nie­za­wod­nie go dzię­ki na­szej po­mo­cy od­naj­dziesz.

Sta­rzec szyb­ko się prze­ko­nał, że jego pra­gnie­nia urze­czy­wist­nia­ją się. Każdy pergamin zawierał setki, jeśli nie ty­sią­ce znaków. Dokonał kilku obliczeń i uśmiechnął się w duchu, wiedząc, że szybko się przez to nie przebrnie.

Mnich przy­no­sił po kolei zwoje i po­ma­gał je roz­wi­jać. Sta­rzec był mu wdzięcz­ny. Jego palce nie były tak spraw­ne, jakby sobie tego ży­czył i gdy wy­ra­ził obawę, że może nie­chcą­cy znisz­czyć cenny zbiór, mnich bez mru­gnię­cia okiem za­de­kla­ro­wał pomoc. Był bar­dzo cier­pli­wy.

Mi­ja­ła go­dzi­na za go­dzi­ną. Dzień zmie­rzał ku koń­co­wi, gdy ostat­ni z papirusów zo­stał zwi­nię­ty.

– To była wspa­nia­ła po­dróż. Kie­dyś uwiel­bia­łem czy­tać. Teraz, bez twej po­mo­cy, nie byłoby to możliwe. Rad je­stem z lek­tu­ry. Nie­mniej, nie zna­la­złem znaku, któ­re­go szu­kam. Czy mógł­byś mi przy­nieść inne zbiory? Może zna­la­zły­by się tam symbole z cza­sów za­mierz­chłych. Mam wra­że­nie, że sym­bol, któ­re­go szu­kam, bar­dziej przy­po­mi­na pie­częć niż znak Hànzì.

Mnich spoj­rzał na star­ca z wy­ra­zem dez­apro­ba­ty w oczach, jednak ani słowem, czy wyrazem twarzy nie zdradził swych uczuć.

Dobra szko­ła – po­my­ślał ba­jarz. Za­czy­nał na­praw­dę lubić tego chłopaka. Jego głos był ko­ją­cy, a w spoj­rze­niu, co jakiś czas do­strze­gał iskier­ki, które jakby pa­mię­tał.

– Czy mo­gli­by­śmy teraz spoj­rzeć na mapę? Kraj ocze­ku­je po­mo­cy. Mu­si­my jak naj­szyb­ciej do­trzeć do smoka.

– Oczy­wi­ście. Pokaż, pro­szę, tę mapę.

Gdy zwój został rozwinięty, sta­rzec na­chy­lił się nad mapą i za­czął wzdy­chać.

Mina mni­cha mó­wi­ła sama za sie­bie – ko­lej­ny dzień stracony. Nie mylił się.

– Przy­kro mi, mło­dzień­cze. Ale jest już za ciem­no. Mo­żesz przyjść jutro?

– Oczy­wi­ście, o czci­god­ny.

– I pa­mię­taj o tych zwo­jach.

– Nie za­po­mnę – po­wie­dział mnich, a w jego oczach po­ja­wił się cień, któ­re­go sta­rzec nie po­tra­fił zin­ter­pre­to­wać.

*

Sen był wy­jąt­ko­wo krzepiący. Duża dawka in­for­ma­cji do­brze mu zro­bi­ła. Śnił jed­nak nie o pięknych, wieloznacznych symbolach, a o la­ta­niu. Uno­sił się nad mapą po­ka­za­ną mu przez mni­cha, zu­peł­nie tak, jakby prze­mie­rzał te kra­iny na wła­snych skrzy­dłach.

Zacny sen – po­my­ślał, gdy rano prze­bu­dził się rześ­ki i młod­szy o ja­kieś kil­ka­na­ście lat.

*

Już z da­le­ka wy­pa­trzył mni­cha, który niósł kilka zwo­jów. Za nim po­ja­wi­li się to­wa­rzy­sze, któ­rzy tar­ga­li tym razem kosze wy­peł­nio­ne wa­rzy­wa­mi, owo­ca­mi i ry­ba­mi.

– Witaj, czci­god­ny. Mam na­dzie­ję, że nie masz mi za złe sa­mo­wol­nej de­cy­zji. Nie chcia­łem jed­nak ry­zy­ko­wać, iż po­trze­by twego or­ga­ni­zmu nie po­zwo­lą nam na za­koń­cze­nie roz­po­czę­tej dys­ku­sji.

Starzec nie wie­dział, czy cie­szyć się z nie­spo­dzian­ki, czy też prze­jąć się pod­stę­pem. W grun­cie rze­czy wie­dział, że teraz coraz trud­niej bę­dzie mu się wy­kpić od kon­kret­nej od­po­wie­dzi.

– Mi­strzu Shen, gdzie mamy po­sta­wić kosze? – cicho za­py­tał jeden z mni­chów.

– Czci­god­ny, czy po­zwo­lisz, że moi bra­cia po­zo­sta­wią kosze w tym miej­scu i od­da­lą się? A może wo­lał­byś, by po­mo­gli ci wnieść je do środka?

– Nie, nie, mogą tu zo­sta­wić – po­wie­dział nieco roz­tar­gnio­nym gło­sem sta­rzec. Gła­dził się po wą­sach, przy­glą­dał mni­cho­wi i wzdy­chał.

Bracia nie cze­ka­li na zmia­nę de­cy­zji i szyb­ko odeszli z wy­raź­ną ulgą.

– A więc na­zy­wasz się Shen? Brzmi bar­dzo zna­jo­mo.

– Peł­nię funk­cje shīfu w tu­tej­szym klasz­to­rze. Z dzia­da pra­dzia­da peł­ni­my po­słu­gę w tej oko­li­cy.

– Mistrz i wy­cho­waw­ca brzmi dum­nie. Zna­łem chyba kie­dyś jed­ne­go shīfu.

Shen wy­raź­nie się uśmiech­nął.

– Mój dziad za­wsze mi po­wta­rzał, że służba jest źró­dłem dumy dla całej ro­dzi­ny. Nie ro­zu­mia­łem go. Ale gdy oj­ciec po­zwo­lił mi sobie po­ma­gać, po­ją­łem, dla­cze­go to takie ważne. Na­uczy­łem się wiele. Cier­pli­wo­ści, roz­sąd­ku i ostroż­no­ści. To bar­dzo istotne w na­szej pracy. Wiem, że dzię­ki temu wy­ko­nu­ję ją do­brze, a rów­no­cze­śnie har­tu­ję swój umysł oraz ciało. Może kie­dyś do­stą­pię za­szczy­tu i do­rów­nam przod­kom.

– Na pewno. Bądź­my do­brej myśli – bąk­nął sta­rzec, który czuł niepokój, narastający z każdym kolejnym zdaniem, wypowiadanym przez mnicha.

Cią­gle mę­czy­ło go po­czu­cie, że coś mu umyka. Jakaś istot­na in­for­ma­cja, która ma zna­cze­nie dla pra­wi­dło­wej oceny sy­tu­acji.

Pomimo błęd­ne­go spoj­rze­nia ba­ja­rza, Shen kontynuował swoją historię, czujnie go obserwując.

– Do dziś pa­mię­tam, co oj­ciec mi wpa­jał.

„Są trzy pod­sta­wo­we za­sa­dy:

Po pierw­sze: Nigdy go nie po­spie­szaj.

Po dru­gie: Nie uraź nie­prze­my­śla­nym czy­nem lub ge­stem.

I po trze­cie, naj­waż­niej­sze: nie za­skocz go ni­czym.

Może wów­czas zda­rzyć się rzecz nie­od­wra­cal­na, któ­rej nawet on bę­dzie póź­niej ża­ło­wał.”

– Nie są­dzi­łem, że to takie ważne, do­pó­ki oj­ciec nie zgi­nął na służ­bie, za­po­mniaw­szy o za­sa­dach.

Sta­rzec wy­da­wał się nie słu­chać. W jego oczach raz po raz za­pa­la­ły się i gasły ogni­ki. Jakby pró­bo­wa­ły się rozpalić, jed­nak z ja­kie­goś po­wo­du cią­gle były ga­szo­ne nie­zna­ną siłą.

– Masz może zwoje, o które cię wczo­raj pro­si­łem? – zapytał po pewnym czasie.

– Oczy­wi­ście, czci­god­ny. Oto one. Po­zwo­lisz? Po­mo­gę je roz­wi­nąć, są bar­dzo stare. To zbiory z pi­smem ma­ło­pie­czę­cio­wym.

Gdy ba­jarz uj­rzał znaki, od razu się ożywił.

– Tak. Wła­śnie ta­kich ob­łych kształ­tów szu­ka­łem.

Prze­glą­dał znaki z nie­ukry­wa­nym pod­nie­ce­niem. Wy­glą­da­ło to tak, jakby do­ro­sły czło­wiek zo­ba­czył po la­tach książ­kę z dzie­ciń­stwa. Zna­jo­me ob­ra­zy, symbole mó­wią­ce tak wiele. Przy­wo­łu­ją­ce wspo­mnie­nia, lek­kie jak po­ran­na rosa. I taką też rześkość poranka poczuł również w głębi swej jaźni. Bieg myśli odnalazł spokojny rytm. Zagubione sceny z życia wracały przez pamięć do serca.

Spojrzał na mnicha, przechylając głowę. Uśmiechnął się.

– A więc nazywasz się Shen i przychodzisz do mnie po radę, jak odnaleźć smoka?

Było to bardziej stwierdzenie niż pytanie. Niemniej mnich skłonił lekko głowę i uśmiechnął się szczerze.

– Bądź tak miły wobec starca i roz­łóż tę mapę.

– A znak? Czy już zna­la­złeś ten, któ­re­go szu­ka­łeś?

– Zna­la­złem wię­cej, niż się spodziewałem.

Po­chy­lił się nad zwo­jem. Długo ana­li­zo­wał wy­kre­ślo­ne tam kształ­ty, a na­stęp­nie za­czął wo­dzić po mapie swym naj­dłuż­szym szpo­nem.

– Tu jest wasz klasz­tor, shīfu?

– Tak.

– Długą i uciąż­li­wa macie do mnie drogę.

Spoj­rzał na niego z uzna­niem. Z mapy wy­ni­ka­ło, że po­dróż z sa­mot­ni do klasz­to­ru zaj­mo­wa­ła kilka go­dzin. Ozna­cza­ło to, że mistrz po­ru­szał się od kilku dni nie­zmor­do­wa­nie tam i z po­wro­tem, by wy­peł­nić nie­zwłocz­nie ocze­ki­wa­nia star­ca. Ukło­nił się tylko nisko na znak uzna­nia i po­dzię­ko­wa­nia za tak duże po­świę­ce­nie. Shīfu naj­wy­raź­niej wie­dział, co sta­rzec ma na myśli i od­wza­jem­nił ukłon, do­łą­cza­jąc skro­mny uśmiech.

– Tu się za­czy­na pasmo gór, które pię­trzą się za moimi ple­ca­mi.

Shen pa­trzył z da­le­ka na mapę, ale z uwagą śle­dził każdy ruch szpo­na. Przy­ta­ki­wał, gdy jego wła­ści­ciel oma­wiał uwa­run­ko­wa­nia te­re­nu, ro­ślin­ność i cieki. Wszyst­ko się zga­dza­ło, co po­twier­dzał ski­nie­niem głowy.

– A tu, u pod­nó­ży wznie­sie­nia, jak wi­dzisz, na­ry­so­wa­ny jest znak. Nie­wiel­ki, ale wi­docz­ny. Znaj­dziesz go rów­nież w zwoju z pi­smem ma­ło­pie­czę­cio­wym. Po­rów­naj.

– To ten sam symbol – potwierdził mnich bez chwili wahania.

– On wska­zu­je miej­sce, w któ­rym od­naj­dziesz smoka. Po­mo­że wam z pro­ble­mem suszy.

Mnich skło­nił się nisko. Gdy się wy­pro­sto­wał, jego twarz wy­ra­ża­ła uni­kal­ną mie­szan­kę ra­do­ści i ulgi.

– Dzię­ku­ję ci, o wiel­ki Shen­longu.

Shen patrzył na pa­zu­rza­ste palce i ostry jak brzy­twa ogon. Strach, który towarzyszył mu od kilku dni minął, gdy pa­trząc w oczy smoka dostrzegł wdzięcz­ność, po­dob­ną do tej, którą i on odczuwał.

– Nie to ja dzię­ku­ję tobie, o wiel­ki mi­strzu Shen. Dzię­ku­ję ca­łe­mu twemu ro­do­wi. – Shen­long skłonił się nisko, a gdy się wyprostował, z uśmiechem dodał. – Jutro mo­że­cie spo­dzie­wać się desz­czu. Od­pocz­nij, shīfu, za­słu­ży­łeś. Wra­caj do domu.

Mnich nie dał się długo pro­sić. Istot­nie, był wy­koń­czo­ny. Nie tylko fi­zycz­nie, ale i psy­chicz­nie. Cią­głe na­pię­cie, jakie to­wa­rzy­szy­ło tej misji, niszczyło jego duchową równowagę. Nie­raz aż drżał na myśl o moż­li­wo­ści po­peł­nie­nia błędu. Ode­tchnął wresz­cie z ulgą. Po­zbie­rał papirusy i po­mógł smo­ko­wi wnieść kosze z resz­tą za­pa­sów do groty.

Gdy znalazł się znów na polanie, Shen­long wyj­rzał ze swej ja­ski­ni i spoj­rzał na niego przy­jaź­nie. Wi­dział w nim przy­ja­cie­la. Zagubionego i tak wspa­nia­le od­zy­ska­ne­go. Przez chwi­lę po­czuł się tak, jakby nigdy go nie stra­cił.

Mnich, ma­cha­jąc z ulgą na po­że­gna­nie smokowi, spoj­rzał na znak znaj­du­ją­cy się nad wej­ściem do ja­ski­ni. Totem pierw­szych ple­mion chiń­skich, sym­bo­li­zu­ją­cy po pro­stu smoka, wy­glą­dał tak pięk­nie nad jego dum­nym, sta­rym ob­li­czem.

– Pa­mię­tasz, jak mój oj­ciec po­ma­gał ci wyryć ten znak nad wej­ściem? Był dumny z wa­szej przy­jaź­ni. Za­wsze się śmiał, ma­wia­jąc, że prę­dzej się gwiaz­dy wy­pa­lą, niż wasza przy­jaźń prze­mi­nie.

Skło­nił się nisko, a na­stęp­nie ob­ró­cił na pię­cie i ru­szył w drogę po­wrot­ną z na­dzie­ją, że teraz wszyst­ko musi się już uło­żyć.

 

Smok długo stał i pa­trzył za od­cho­dzą­cym mni­chem. Można by nawet przy­pusz­czać, że prze­stał od­dy­chać. Nie drgnęła mu nawet po­wie­ka, mimo że burza, jaka to­wa­rzy­szy­ła jego my­ślom, trwała w najlepsze. Wciąż miał przed ocza­mi szcze­rą twarz przy­ja­cie­la i obrazy związane z latami, podczas których czuł się naprawdę szczęśliwy.

W końcu się ru­szył. Wy­szedł przed swoją sa­mot­nię i spoj­rzał na znak. To nie był tylko symbol smo­cze­go leża. To był znak ich nie­mal bra­ter­skiej mi­ło­ści. Ro­zu­mie­li się bez słów. Spoj­rzał na swoje szpo­nia­ste palce. Niby pięć w każ­dej koń­czy­nie, ale ich widok nie po­zo­sta­wiał złu­dzeń.

Był smo­kiem. Naj­praw­dziw­szym smo­kiem. Miał krew na rę­kach, mimo że te nimi nie były. Wiedział, że nie zmyje jej ani woda, ani ogień, ani jedno i dru­gie, po­łą­czo­ne nicią rze­czy­wi­sto­ści, w mi­ja­ją­cy czas. To niepraw­da, że ten leczy rany. Czas nie leczy ran za­da­nych wła­snym szpo­nem. Tylko w ni­co­ści szu­kać ra­tun­ku i słod­kie­go za­po­mnie­nia. Za­wsze to wie­dział, będąc stwo­rze­niem nie­śmier­tel­nym, któ­re­go życie jest wiecz­ną służ­bą. Gwał­tem na prze­zna­cze­niu oka­za­ła się pięk­na przy­jaźń smoka i czło­wie­ka. Nie­do­pusz­czal­na skaza na nie­biań­skiej mapie prze­zna­cze­nia.

Każdy jest ko­wa­lem wła­sne­go losu. Wie­dział, że to praw­da. Niemniej jego, jako smoka, wy­da­wa­ło się to nie do­ty­czyć. Ryt­micz­ny­mi ru­cha­mi po­sta­no­wił to jed­nak zmie­nić. Raz po raz, jak w ko­wa­dło prze­zna­cze­nia ude­rzał głową w znak, który przy­po­mniał mu o tym, o czym pa­mię­tać nie chciał. Świ­ta­ło, gdy wykonał ostatnie desperackie uderzenie.

Ulga przyszła wraz z utra­tą świa­do­mo­ści. Na­resz­cie nie widział czer­wie­ni. Nie czuł już pa­lą­ce­go grze­chu, po­peł­nio­ne­go z po­wo­du swej smo­czej na­tu­ry.

Prze­le­żał tak cały dzień i całą noc. A gdy ko­lej­ne­go dnia się obu­dził, był już spo­koj­ny.

Czuł się stary, ale na swój spo­sób szczę­śli­wy.

*

Z za­du­my wy­rwał go młody, ale tro­chę jakby zmę­czo­ny głos.

– Witaj, mę­dr­cze.

– Witaj, mni­chu. Bo je­steś mni­chem, praw­da?

– Tak, czci­god­ny. Je­stem mni­chem. Byłem u cie­bie przed­wczo­raj…

 

Koniec

Komentarze

Pierwsze linie komentarza pod opublikowanym tekstem chciałem poświęcić na krótkie podziękowania dla niezłomnych betujących: Bemik i Nazgula.

Jeśli w tekście uniknąłem błędów, to tylko dzięki Wam. Sam, nigdy nie wychwyciłbym tych wszystkich ogonków i „baboli”;)

Dzięki Wam, bezduszne okaleczanie tekstu ze zbędnych fragmentów, stało się w ostatecznym rozrachunku całkiem satysfakcjonującą operacją plastyczną, dzięki której to i owo już nie zwisa i nie razi :D, a przede wszystkim jest o tych kilka tysięcy znaków łatwiejsze do strawienia.

Dziękuję również za niepozostawienie mi złudzeń co do tego, jak niewiele osób może przeczytać tekst z uwagą od początku do końca, a potem jeszcze raz w poszukiwaniu smaczków:) Dajecie jednak nadzieję, że Ci którzy się na to zdecydują, nie będą żałować poświęconego czasu.

Doskonale zdaję sobie sprawę, że opowiadanie nie porywa widowiskowością i dynamiką akcji.

Nie ma tu wielkich bitew, tylko subtelna partia szachów, w której nie wiadomo, kto gra białymi, a kto czarnymi. W finale zaś można dopiero odkryć, że w tej grze kluczowy jest szkarłat, który łączy i dzieli obu graczy.

Krew nie leje się tu strumieniami, tylko sączy się jak łzy potępieńca, skazanego na wieczną traumę.

Nie ma dzielnych rycerzy, ani potworów, tylko skromny mnich i starzec, zmęczony życiem.

Nie znajdzie się tu namiętności, tylko ulotne wrażenie wielkiej przyjaźni, które jest wspomnieniem tak wspaniałym, że aż niechcianym, wypieranym z najwyższą determinacją.

Całość tonie we mgle zwyczajności, by tylko wnikliwym i cierpliwym, odsłonić tajemnicę.

Miło będzie śledzić, ile takich osób tu zajrzy.

empatia

Miła odmiana :) Tekst przeczytałam z dużą przyjemnością.  Podoba mi się płynąca leniwie i spokojnie akcja. I ta mnisia cierpliwość. Znawcą Chin i chińskiej (szeroko pojętej) kultury nie jestem, ale do moich wyobrażeń pasuje idealnie. I jeszcze zakończenie – dokładnie takie, jakie lubię. Z takim lekkim niedopowiedzeniem, które w mojej wyobraźni stawia pytanie: czy kiedyś się uda? I nie – nie wymagam odpowiedzi :)

Żeby nie było za miło, mam drobne zastrzeżenia co do języka. Było kilka zwrotów, które mi zgrzytnęły, ale najpoważniejszy to “lot koszący”. Kojarzy się jednoznacznie z samolotem, a to nie pasuje do opowiadania. Z pewnością znalazłaby się lepsza metafora.

Tekst oceniam na 8.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nie ma tu wielkich bitew, tylko subtelna partia szachów, w której nie wiadomo, kto gra białymi, a kto czarnymi. – to zdanie najlepiej określa charakter opowiadania.

 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Trzeba przyznać, że jak empatia zareklamował opko, to mi się zachciało jeszcze raz je przeczytać ;)

 

Aha, widzę, że problem z nieznikającymi komentarzami z bety ciągle nierozwiązany.

:(

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Nazgulu, te komentarze widzimy tylko my.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ale były czasy, gdy po publikacji znikały.

Według mnie tak było lepiej. Jak to szkolnie określę: brudnopis do kosza, zostaje tekst na czysto.

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Nie znikały – trzeba to było zrobić samodzielnie. Ja tak zrobiłam ze swoją Żywożmiją – wkleiłam poprawiony tekst, a betowany usunęłam całkowicie. Tyle że razem z tym zniknęli moi betujący – dodawałam ich “ręcznie”.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Witajcie ponownie.

 

‘Śniąca’

Bardzo mi miło, że opowiadanie zyskało Twoje uznanie. Tym samym pobiłem swój dotychczasowy rekord w ilości zadowolonych czytelników :D Jeśli pamięć mnie nie zawodzi, również pierwszy raz dostałem ósemkę. Pięknie dziękuję.

Edit: Samolot zmieniłem w meteor:)

 

‘Bemik’

Dziękuję za klikniecie biblioteki. Im bliżej było końca naszej pracy nad tekstem, tym mniej wierzyłem, że na nią zasłużę. A jednak. Dziękuję.

 

‘Nazul’

Trzeba przyznać, że jak empatia zareklamował opko, to mi się zachciało jeszcze raz je przeczytać ;)

Nawet nie wiesz, jaką mi zrobiłeś frajdę tym komentarzem.

empatia

Empatio, to z meteorem jest teraz cudowne!

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ładnie napisana historia, chociaż jak na mój gust zbyt klasyczna. Dobrze oddany klimat. W niektórych miejscach inwersja szyku zdaję się być trochę sztuczna, np. w tym fragmencie o niebiańskim smoku (gdzie, nomen omen, słowo “niebiański”  i  jego pochodne powtarzają się 3 razy w krótkich odstępach.) W którymś miejscu powtarza ci się jeszcze “posługa”

Ogólne wrażenia pozytywne.

No rest for the Wicked

‘Śniąca’

Autor kłania się nisko, a jego radość miesza się z wdzięcznością.

 

‘Wicked G‘

Wielkie dzięki za poświęcony czas. Poszukam tych “niebiańskich” powtórzeń i “posług“.

Dziękuję i pozdrawiam.

empatia

Bardzo ciekawy twist w końcówce, za to plus. Oryginalny pomysł, ładna, spokojna opowieść z drobnymi elementami humoru. Językowo całkiem przyzwoicie, potknięcia dostrzegłam tylko drobne i nieliczne.

Babska logika rządzi!

Witaj Finklo,

Dziękuję za lekturę i za “plus“:)

Językowo całkiem przyzwoicie, potknięcia dostrzegłam tylko drobne i nieliczne.

To, że potknięć nie było więcej i nie miały wpływu na odbiór twista, a tancerz się nie rozłożył na parkiecie, to tylko zasługa betujących. Za zwrócenie uwagi na przyzwoitość  językową szczególnie wdzięczny jestem Bemik. Ukłony raz jeszcze.

… ładna, spokojna opowieść z drobnymi elementami humoru.

A za to mogę już tylko podziękować żonie i córce, które pozwalają trochę pospać:)

 

Oryginalny pomysł biorę na siebie;)

 

Dziękuję za Twoją opinię. Nie ukrywam, że trochę się jej bałem:) A tak krótka ocena i lekkie klepnięcie po pleckach Finkli nie zachwiało mojej równowagi i nie zaorałem zębami parkietu :D

 

Twist and Shaut;)

 

 

Edit:

Klepnięcie pchnęło mnie do ponownej lektury i wychwyciłem jeszcze kilka powtórzeń i jedną literówkę (że też te diabełki potrafią się tak maskować;). Mam nadzieję, że o to chodziło.

empatia

Przeczytałam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

– Witaj, mnichu. Bo jesteś mnichem, prawda? – zapytał, by mieć jasność, z kim ma do czynienia.

Nie przepadam za tak oczywistymi stwierdzeniami. Po co innego miałby pytać?;)

niedaleko pozostawiony koszt z zapasami

Bajarz skinął mu głowa i odprowadził go wzrokiem.

Zbędny zaimek i literówka.

wejść do jaskini, niemal roztrzaskał nos o skałę. Wejście

powtórzenie

Wzdrygnął się i poczuł z lekka pod ścianą.

Chyba miało być “poruszył się”

Fakt, że za plecami czuł skałę, niewiele miał z tym uczuciem wspólnego.

Daj “miał skałę” to unikniesz powtórzenia dosyć rażącego.

przyglądał mnichowi i wzdychał.

Mnisi

dołączając skromy uśmiech.

 

No, zdecydowanie tekst zyskuje na wartości po dotarciu do końcówki. Warsztat masz jeszcze prosty, bez fajerwerków, ale chociaż w opowiadaniu niewiele się działo, to nie było nudne. I chwała ci za to, bo łatwo takie przegadane teksty zrobić męczącymi strasznie ;) Narracja ma nawet pewne podobne cechy do tej w moich “Dzieci Posejdona”. Widać faktycznie lubisz ten styl :P Ale u mnie twistu nie było.

SPOILER

Od początku podejrzewałam, że bohater jest smokiem. Nie kryjesz się z podpowiedziami. Ale w pewnym momencie mnie trochę zwiodłeś (Shen ;)) i zaczęłam się zastanawiać. To był dobry ruch, szkoda że nie zastosowałeś ich więcej. Żebym do końca nie była pewna, kto jest kim. No, ale szybko wyszło, że jednak w pierwszych domysłach miałam rację.

Trochę brakuje mi emocji. Przesłanie bardzo ładne, ale nie czułam smutku smoka należycie. Co nie zmienia, że sama konkluzja jest najlepszym elementem tekstu. I cierpliwość mnicha to też taki ciepły element. Chłopak w sumie nie odzywa się wcale dużo, ale bardzo go polubiłam w tak krótkim tekście :)

 

Popraw te małe babole, a pogadamy o kolejnym punkcie do biblioteki.

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

Ach ten Tutivillus:) Mam wrażenie, że już część z tych baboli kiedyś poprawiałem. Pięknie dziękuję za korektę i oczywiście za dobrnięcie do końca. Wiem, że całość może nie porywa, ale to był taki eksperyment, na ile uda mi się poprowadzić akcję bez przekłamań, a jednocześnie bez szybkiego odkrycia kart.

Co do smutku bohatera, to masz częściowo rację. Ale to był celowy zabieg. Obraz beztroskiego staruszka ze sklerozą, który dominuje w opowiadaniu, miał pokazać, że rozwiązanie jakie znalazł smok, by przestać cierpieć, jest dobre. Przyświecała mi trochę naiwna idea, że czytelnik może skusi się na drugie czytanie, by zobaczyć wszystko w innym świetle. Opowiadanie, podobnie jak cała historia, tworzy swego rodzaju pętlę, gdzie wszystkie elementy mają znaczenie. Pewnie trochę przekombinowałem i wyszła niespójność, którą poniekąd słusznie wychwyciłaś.

Jeszcze raz pięknie dziękuję i pozdrawiam.

 

Edit

Wszystkie babole oczywiście poprawione:) Będzie mi bardzo miło.

empatia

Coś się chyba popsuwszy i zasadniczo głosowanie do biblioteki mi zniknęło… ;] Jak odzyskam moją “moc” zaraz wlepię obiecany punkt. A może i do tego czasu skuszę się na to drugie czytanie.

 

EDIT: Odzyskałam swoją “moc”, więc szybko klikam, bo jeszcze zaraz znowu zniknie :P

Ponoć, wchodząc między wrony, musisz krakać jak i one. Smutne to, bo przecież wiadomo, że większość wron wysławia się nader fatalnie...

A jeszcze bym pociągnął kilka wątków z Twojej poprzedniej wypowiedzi, żeby nie było, że tak bez „pogadania” pójdzie;)

Jeśli chodzi o zwody nie chciałem przesadzić. Ukrywanie smoka do samego końca, nie było celem nadrzędnym. Wiedziałem, że jak nie wzbudzę podejrzeń, czytelnik w ogóle nie dojdzie do końca. Liczyłem na inny efekt zaskoczenia. Kiedy już teoretycznie wszystko stało się jasne (smok jest smokiem), dodałem całą prawdę o starcu i jego smoczej naturze.

A mnich. Wiem, że jest sympatyczny, ma dużo ze mnie;) Ale w końcówce stracił koncentrację i naruszył zasady. Ot, młokos. Mimo, że już nim nie jestem, nierzadko zdarza się błąd w sztuce:)

 

Edit

Niech moc będzie z Tobą;)

Kłaniam się nisko.

empatia

Bardzo ładny tekst. Podobał mi się i język i akcja płynąca wolno, niemal leniwie. Tak, jak Tensza od początku wiedziałam kim jest bohater, ale to nie zepsuło mi przyjemności czytania.

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

‘Emelkali‘

Pięknie dziękuję za odwiedziny i miłe słowa.

Pozdrawiam serdecznie.

empatia

Finklo, pięknie dziękuję za punkcik do biblioteki i zwiększenie szans opowiadania na… przeczytanie do końca;) Pozdrawiam.

empatia

Empato, nie jestem tak przenikliwa i mnie autentycznie tekst zaskoczył. Bardzo podobała mi się akcja, która toczyła się powoli, niespiesznie i zastanawiałam się tylko gdzie tu jest ten smok. Zaskoczenie było duże. Mogę napisać tylko jedno: BRAWO! Gdybym mogła nominowałabym do piórka.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Piękne dzięki Morgiano. Bardzo mi miło, że przeczytałaś do końca, a jeszcze bardziej, że Ci się podobało:) A piórko śnieżnej sowy ofiarowane za lekturę, przyjmuję z łezką w oku;)

Kłaniam się nisko.

empatia

Podobał mi się klimat, orientalne odwołania i leniwe tempo.

co mi zgrzytnęło:

Istotnie, był wykończony. Nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Ciągłe napięcie, jakie towarzyszyło tej misji, wypaliło niebywałe piętno na jego układzie nerwowym.

Ten “układ nerwowy” pasuje tu jak kwiatek do kożucha, osobiscie zmieniłabym na:” Istotnie, był wykończony. Nie tylko fizycznie, ale i umysłowo. Ciągłe napięcie, jakie towarzyszyło tej misji, wypaliło niebywałe piętno na jego psychice”.

Pozdrawiam

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Alex,

Wielkie dzięki za lekturę i punkcik do biblioteki.

Zgrzyt poprawię już po konkursie. Po terminie, byłoby chyba nie fair. W tym zestawieniu zdań uciekałem od powtórzeń, ale miałem problem z tym „umysłowym”. Jednak jak piszesz, że według Ciebie byłoby lepiej, to mnie przekonałaś:)

Pozdrawiam serdecznie

em

 

Edit

Chwilkę podumałem i stwierdziłem, że kwiatek w zasadzie był fajny, ale lepiej zdjąć też kożuch;)

Co powiesz na taką zmianę?

“Istotnie, był wykończony. Nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Ciągłe napięcie, jakie towarzyszyło tej misji, miało destruktywny wpływ na jego duchową równowagę.“

Koszula bliższa ciału :D nie powinno już zgrzytać.

Dzięki za zmobilizowanie:)

empatia

O, dokładnie, potem jeszcze myslałam nad tym umysłowym i troche mnie gniotło, ale tak jest lepiej. Chociaż może skrócić “miało destruktywny wpływ na” do “niszczyło”;)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

O! Idealnie. Krótko i równie dobrze, a nawet lepiej:D

Walczę z nadmiernym ubarwianiem zdań i złożonymi formami. Ciężko wyplenić stare nawyki:/

 

Istotnie, był wykończony. Nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Ciągłe napięcie, jakie towarzyszyło tej misji, niszczyło jego duchową równowagę.

I tak zmienię, jak opadnie konkursowy kurz:)

 

Jeszcze raz wielkie dzięki.

empatia

No kurczę, za szybko zdradzasz w tekście tożsamość mędrca i psujesz twist! Taki spoiler powinien, moim zdaniem, być dyskretniejszy, dzięki czemu czytelnik sam zacznie wertować opowieść od początku, by ułożyć puzzle. Technikalia wskazali już przedpiścy.

 

A poza tym urzekająco nostalgiczna historia, płynie sobie leniwie, ogromny plus za odwołanie się do smoczej estetyki Państwa Środka (w końcu gdzie, jeśli nie tam, smoków bez liku?). I to smutne zapętlenie, nieszczęście, którego nie chce mieć we wspomnieniach – mniam.

 

Tekst oceniam na 8.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

W takich sytuacjach człowiek się zastanawia, czy cieszyć się bardziej z tak miłego komentarza, czy też z ostatniego punktu do biblioteki. To dla mnie wielka radość z obu powodów, dziękuję.

Wytłumaczę się jeszcze ze spoilera. Dopiero zaczynam przygodę z pisaniem. Mam nadzieję, że jak dopracuję sam warsztat, przyjdzie również doświadczenie w zakresie proporcji tekstu, środków wyrazu oraz kwestii interakcji z czytelnikiem. Wiedziałem, jaką wartością całego opowiadania jest zakończenie i priorytetem było doprowadzenie czytelnika do końca. Jako początkujący, bardziej bałem się utraty cierpliwości czytającego i rezygnacja w połowie. Pomysłem było zostawienie śladów. „Moim twistem” było zdradzenie istoty smoczej natury, a nie samej tożsamości.

Mam nadzieję, że układanki i pełna satysfakcja czytelnika to wyzwania, jakie stoją wciąż przede mną:)

Jeszcze raz serdecznie dziękuję i pozdrawiam.

empatia

Gratuluję biblioteki! Według mnie – całkowicie zasłużona :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dzięki. To naprawdę budujące. Właśnie przeżywam lekki kryzys twórczy, podejmując kolejne wyzwanie. Tonę w plazmie kwarkowo-gluonowej:) na SF 2015. Awans pierwszego opowiadania do biblioteki NF to jak wiatr w żagle.

Z satysfakcją odnotowuję, że i Norddragen dopłynął do portu :D

empatia

Będę więc trzymać kciuki, żebyś nie utonął, tylko pływał po powierzchni jak surfer na fali :)

Ja raczej spasuję, bo chociaż sam pomysł kołacze mi się po głowie od dawna, to nie za bardzo mam czas na jego właściwe spisanie.

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

empati…o? -onie? :-D Damn, żeńskie ksywki dla facetów to zawsze kłopot!

 

POZOR, SPOJLERY!

 

Mnie się bardziej rozchodziło, że “Shenem” praktycznie zdradziłeś temat. gdzies tam nagle w narracji pojawił się pazur – o, i już czytelnik na baczność, naprowadzony, ale jednokrotne użycie pazura jeszcze niczego nie determinuje, pojawia się więcej znaków zapytania niż odpowiedzi. A jak pazur + Shen wpadają krótko po sobie – to i w końcówce zaskoczenia co do tożsamości nie ma, zostaje “gołe” wyjaśnienie amnezji.

 

Z przyjemnością klepnąłem Bibliotekę, popraw sobie technikalia po ogłoszeniu wyników ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

‘Śniąca’

Pamiętam dyskusję o fali:D Surfing? Może się uda. Konno też późno nauczyłem się jeździć;)

A pomysł dobija się i nienachalnie błaga o uwagę od ponad dwóch lat, ale spisanie tego w atrakcyjny sposób to już inna bajka:( SF 2015 daje jednak niezłą motywację, by przysiąść i wreszcie to napisać.

 

‘PsychoFish’

Popracuję jeszcze nad goliznami;) i technikaliami. Chciałbym, żeby pierwsze dziełko w bibliotece było na miarę. Uwagi biorę sobie do serca i pokombinuję jeszcze, jak opadnie konkursowy kurz.

 

Pozdrowienia dla Was obojga

em

empatia

Podobało mi się. Spokojny tekst, ale nie nudny. Ostatnio coraz częściej trafiają się tu opowiadania, przy których trzeba ruszyć głową. To chyba dobrze :)

 

Jednak ciężar jaki miał na sercu – Jednak ciężar, jaki miał na sercu

dodał. – Pozwól, że się oddalę – chyba dobrze dać tu dwukropek "dodał: – Pozwól, że się oddalę"

nienajlepszą – nie najlepszą

zagaił. – Więc chciałeś – tu też dwukropek "zagaił: – Więc chciałeś"

jest jak mniemamy za mała – jest, jak mniemamy, za mała

tą zimną toń – tę zimną toń

powiedział skłaniając się – powiedział, skłaniając się

Zygfrydzie,

Dziękuję za wizytę, miłą opinię oraz korektę. Dodaję do listy wychwyconych, z mocnym postanowieniem poprawy po zakończeniu konkursu. Swoją drogą mam coraz większe obawy, że moje teksty i interpunkcja, jeszcze długo nie będą chciały iść grzecznie w parze:(

Pozdrowienia

empatia

Tyle już powiedziano pod tym tekstem, że nie będę się silił na  pseudoodkrywczość.

Zdanie Tenszy chyba najlepiej odzwierciedla moje odczucia:

Warsztat masz jeszcze prosty, bez fajerwerków, ale chociaż w opowiadaniu niewiele się działo, to nie było nudne.

Nie było. Choć nie w pełni, czuję się usatysfakcjonowany.

;)

Nie biegam, bo nie lubię

Corcoranie, dziękuję za odwiedziny.

empatia

Ładny tekst. Nie byłem bardzo zaskoczony tożsamością mędrca (domyśliłem się chyba po tym, ile jadł :D), ale nie przeszkadzało to doczytać z ciekawością do końca.

Nie byłem do końca pewny co zadawało smokowi duchowe męki – rozumiem, że wspomnienia o zabiciu ojca mnicha (i może innych ludzi przed nim)?

Mnich, który rozmawiał ze smokiem w opowiadaniu odszedł żywy i to on ponownie przychodzi do smoka na końcu (a może jakiś jego potomek), czy tak?

Musiałem sobie przeczytać końcówkę jeszcze raz na spokojnie żeby to sobie poukładać w głowie. ;)

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Navaz’ie

Witaj w moich skromnych progach oraz na portalu (od razu zaproponuję odwiedziny wątku: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/56842845 /Cześć, jestem tu nowy – czyli temat powitalny/; sam wypatrzyłem go dopiero po jakimś czasie:)

Odpowiadając na pytania: generalnie tak oraz tak:) W całym tekście są porozrzucane wskazówki. Jeśli masz trochę czasu i determinację, polecam dalszą lekturę, zgodnie z kierunkiem wskazanym na końcu opowiadania:)

Dziękuję za odwiedziny i pozdrawiam.

empatia

Opowiadanie bardzo spokojne, leniwe, ale nie nużące. Dość korzystnie wypada na tle wielu innych, bardziej tradycyjnych, opowieści o smokach, albowiem tchnie świeżością pomysłu.

 

doj­rzał po­stać w blado po­ma­rań­czo­wym stro­ju. – …doj­rzał po­stać w bladopo­ma­rań­czo­wym stro­ju.

 

Ale, jakby to rzec, do­skwie­ra mi re­fluks.Ale, jak by to rzec, do­skwie­ra mi re­fluks.

 

Lubił zimną toń.Lubił zimną toń.

 

Ale prze­cież je­steś mni­chem – zre­flek­to­wał się szyb­ko. Mnich tylko lekko się skrzy­wił, ale szyb­ko po­wró­cił do ser­decz­ne­go uśmie­chu. – Powtórzenie.

Może w drugim zdaniu: Mnich tylko lekko się skrzy­wił i zaraz po­wró­cił do ser­decz­ne­go uśmie­chu.

 

A i czasu zej­dzie na stu­dio­wa­niu ma­te­rii.A i czas zej­dzie na stu­dio­wa­niu ma­te­rii.

 

Strach jaki to­wa­rzy­szył mu od kilku dni… –Strach, który to­wa­rzy­szył mu od kilku dni

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorka, jak zwykle potrafi dojrzeć w tekście rzeczy niedostrzegalne;)

Cieszy bardzo wychwycenie tchnienia świeżości pomysłu :D Ukrytych niedoróbek w sumie też, ale jakby trochę mniej;)

Powoli dochodzę do wniosku, że sprzątanie w tekście to syzyfowa praca. Ile czasu by na nią nie poświęcić, ile mioteł by przy tym nie uczestniczyło, zawsze po czasie zjawi się bystrooka Regulatorka ze swoją miotłą i jeszcze niejedno wygarnie:b

Niemniej pięknie dziękuję. Przyjmuję z pokorą i zobowiązuję się do generalnych porządków po zakończeniu konkursu.

Pozdrawiam serdecznie

em

empatia

W odpowiednim czasie, pomimo przeczytania, nie wpisałem się. Tak jakoś wyszło…

Podzielam wszystkie pozytywne opinie o tekście.

Adamie,

Ważne, że opowiadanie weszło:) a że tak jakoś wyszło… ;)

Dzięki za odwiedziny.

empatia

Witam, również podzielam pozytywne opinie o opowiadaniu. Przyznam, że spośród Twoich opowiadań to najbardziej przypadło mi do gustu. Spokojna narracja, ładne odmalowanie dziada żerującego na lokalnej społeczności oraz zdyscyplinowanego mnicha i stopniowe odsłanianie rzeczywistego obrazu sytuacji – wszystko w odpowiednim tempie i na swoim miejscu. Jako że moja wiedza o chińskich obyczajach jest zerowa, smok był dla mnie zaskakujący. 

I po co to było?

Syf.ie,

Dziękuję za odwiedziny i budujący komentarz. Cieszę się, że wychwyciłeś dziada żerującego na lokalnej społeczności. Mam wrażenie, że część czytających uznała go za tło do twista, albo co gorsza za wypełniacz. A ja celowałem właśnie w obraz upadku dumnego stworzenia, które chciało zapomnieć o swych przewinach i naturze.

Często się zastanawiam, patrząc na ludzi, którzy po rodzinnych tragediach popadają w nałogi. Część mnie myśli sobie, że ludzie tacy są słabi, że zrujnowali sobie życie na własne życzenie, że ich dalsze funkcjonowanie w społeczności nie ma już sensu. Ale też wiem, że większość z nich ma za sobą jaką tragiczną historię. Rzadko też kiedy, ktoś uzna, że ich istnienie jest na tyle ważne, by o nich powalczyć. Smok miał to szczęście / nieszczęście, że ludzie ciągle potrzebowali smoka od pogody, a on nawet jeśli bardzo tego chciał, nie mógł z sobą skończyć.

Cieszę się również, że pozytywnie odniosłeś się do stopniowego odsłanianie rzeczywistego obrazu sytuacji. Mam spory dylemat, bo w części komentarzy pojawiły się sugestie, co do spoilerów. Są rozbieżne. Ja celowałem właśnie w stopniowe ujawnianie i po rozjaśnieniu natury bajarza, drugie tąpnięcie. Mocno się zastanawiałem, by zlikwidować pojawiający się dwa razy w treści szpon. Ale po Twoim komentarzu, chyba jednak zostawię, jak jest.

Jeszcze raz bardzo dziękuję i pozdrawiam.

empatia

Mam spory dylemat, bo w części komentarzy pojawiły się sugestie, co do spoilerów.

 

To pewnie kwestia indywidualnych kompetencji czytelników – dla mnie te chińskie nazwy to po prostu rekwizyty, dla innych mogą one znaczyć coś konkretnego, a przez to przedwcześnie zdradzać puentę. 

I po co to było?

Wiem:) Piszę od niedawna, ale już odkryłem;) że co czytelnik to inny odbiór i wychwytywanie innych akcentów. Podnoszona kwestia spoilerów dotyczyła mnicha, którego imię rodowe było zbieżne z nazwą smoka. Dla jednych to była zmyłka, dla innych spoiler, który za wczesnie odsłania wszystko w połączeniu z wtrąceniem o szponie.

Pisali o tym: Tensza i PsychoFish. Dla obojga ma duży szacunek i w związku z tym jest zgryz:/ Pomyślałem, że na koniec zbiorę wszystkie uwagi i coś jeszcze pokombinuje, a tymczasem jest głos trzeci, równie doświadczonego użytkownika, który wskazuje, że udało mi się zrobić to, co planowałem :D To miłe, ale i konsternacja lekka jest:)

empatia

Przeczytałam. Już byłam w trakcie pisania w komentarzu, że czegoś nie rozumiem, kiedy nagle to zrozumiałam ; ) A nie rozumiałam tego mimo że szybko domyśliłam się, gdzie należy szukać smoka… no cóż, teraz już sens do mnie dotarł (tak przynajmniej sądzę), więc jestem zadowolona.

 

Opowieść jest spokojna, mam wrażenie, że miejscami aż za spokojna i kilka zdań można by wyciąć, by ją nieco skondensować, jednak czytało się przyjemnie. Postacie i starca, i mnicha dobrze zarysowane, ogólny pomysł na fabułę zasługuje na pochwałę – jest przyjemnie oryginalny. Cóż więcej mogę powiedzieć – podobało mi się ; )

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Zadowolony czytelnik = radosny autor :D Dziękuję za lekturę i dobrą opinię.

Co do wycinania zdań, betujący mogą zaświadczyć, że bardzo się starałem. Po dwóch wieczorach z brzytwą;) byłem przekonany, że zostawiłem tylko to, co kluczowe dla obrazu sytuacji i spójności fabuły. Fakt, że musiałem zadbać o logikę opisu, który miał być jawny na danym etapie, a jednocześnie chciałem zostawić trochę aluzji i smaczków dla czytających drugi raz. Na pewno historię mogłem opisać krócej/inaczej, ale nie chciałem;)

Fajnie, że mimo wszystko opowiadanie się podobało.

Pozdrawiam serdecznie

em

empatia

Wszystko zostało już napisane.

Bardzo mi się Twój tekst podobał. 

Sorry, taki mamy klimat.

Lożańskie oko autora tuczy;)

Dziękuję za odwiedziny i pozytywny odbiór.

empatia

Wiele zostało już powiedziane, od siebie dodam, że opowiadanie, mimo braku dynamicznej akcji, od samego początku mnie wciągnęło. Spodobał mi się ten spokój i sama koncepcja samotnika zamieszkującego jaskinię oraz jego rozmowy z mnichem. Końcówka też na plus, chociaż wcześniej te wskazówki były nazbyt oczywiste ; ) 

Podobało się. 

Domku,

Dziękuję z odwiedziny. Cieszę się, że opko przypadło do gustu.

Uwagę co do spoilerów odnotowuję skrzętnie i będę próbował po zakończeniu konkursu jakoś wyważyć wszystkie opinie. Twój głos właśnie trochę przeważa na stronę opcji ograniczenia liczby wskazówek. Motywację miałem inną, bo nie wiedziałem na ile czytelnik przejdzie całą drogę bez marchewki;) Ale jeśli piszesz, że wciągnęło i spowodował to bardziej klimat opowiadania a nie podejrzenia, co do tożsamości starca, to znaczy, że rzeczywiście kruszyn rozsypywanych po drodze mogło być mniej.

Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam.

empatia

Całe szczęście, że “wstęp”, który zawarłeś w pierwszym komentarzu, przeczytałam dopiero po tekście, tak więc dopiero wtedy zazgrzytałam zębami. No, ale opowiadanie przeczytane już zostało, więc też najeżona do niego nie podeszłam i moja opinia wstępem skażona nie została. ;)

Trudno ukryć smoka, kiedy wiadomo, że tekst o smoku i gdzieś się ukrywać musi. Zaskoczenia więc nie było, ale też zaskoczenie nie jest dla mnie specjalnie istotne. Pomysł jest fajny, narracja leniwa, spokojna ale nie nużąca, czyli to, co lubię. 

Ale ja się przyczepię, bo jedna rzecz nie grała mi tutaj. W pierwszej części tekstu używasz słów jak spektrum, petent, kreatywność… No, jest tego trochę. Ok. Ale potem nagle te typowo współczesne słowa nikną, za to pojawia się próba stylizacji wypowiedzi polegająca na tym, że bohaterowie mówiąc używają składni mistrza Yody. Czepnę się, a co, bo takie drobiazgi, łatwe do wyeliminowania, są tym, co odróżnia tekst dobry od bardzo dobrego.

Oprócz tego błędy językowe są rzeczywiście drobne. Parę interpunkcyjnych, blado pomarańczowy zamiast bladopomarańczowy, Shenlong’a zamiast Shenlonga… Czyli pierdółki, które zdarzają się każdemu i w każdym tekście.

 

Och Ocho,

Jak Ty rewelacyjnie parodiujesz;) mam nadzieję, że tak, bo inaczej oberwie mi się jeszcze bardziej :D

Co ciekawe zabawę składnią wyłapałem dopiero przy drugim czytaniu komentarza. Z początku budowa zdań nie wzbudziła moich podejrzeń, ale już porównanie wypowiedzi moich bohaterów do mistrza Yody, nie pozostawia mi złudzeń. Mnie jednak taka składnia nie kojarzy się klasykiem SF. Może dlatego (tu pewnie spadną na mnie gromy), że Gwiezdne Wojny oglądałem ze dwa / trzy razy w życiu i to stosunkowo dawno. Mam jednak pewna zagwozdkę: czy mistrz Yoda mówi stylem mędrca z nieznanych krain, który musi wysławiać się w “cywilizowanym języku“, czy też jednak mędrzec, kimkolwiek by był, może mieć podobny styl wypowiedzi. I tu posłużę się wazeliną, która odwróci na trochę uwagę od meritum, dlatego przyjąłem że lożanka taki styl może mieć;)

Ale już zupełnie na poważnie. Narrator jest gościem w odległych krainach oraz nieznanym czasie i opowiada historię współczesnym czytelnikom, używając aktualnego słownictwa. Z szacunku zaś dla obu mędrców, ich wypowiedzi pozostawił w oryginale. To tyle na usprawiedliwienie. Jeśli mimo to mam krechę, widać tak być musi:)

Czepnę się, a co, bo takie drobiazgi, łatwe do wyeliminowania, są tym, co odróżnia tekst dobry od bardzo dobrego.

Do konkursu przystąpiłem z chęci sprawdzenia się, a nie pretendowania. Z dużym, choć nie ukrywam miłym zaskoczeniem, jest moja obecność w finałowej piętnastce. Wiem, że w tym gronie znajdują się teksty lepsze pod wieloma względami od mojego. Pod opowiadaniami konkurentów, przed którymi skłaniam nisko głowę, dałem już tego wyraz.  Dlatego za nagrodę uznaję fragment z Twojego komentarza:

Pomysł jest fajny, narracja leniwa, spokojna ale nie nużąca, czyli to, co lubię.

A jeśli mogę, prosiłbym dodatkowo o wyjaśnienie w zakresie „zgrzytania zębami”, chyba że to też element stylizacji i jak przystało na ucznia, powinienem spędzić kilka tygodni w samotności, by odnaleźć odpowiedź na pytania mnie nurtujące;)

em

empatia

Co do mojego stylizowania “na Yodę” – w komentarzach tak już jest, że czasem piszę chaotycznie (często wychodzi Yoda) ale potem czytam i poprawiam. Teraz też przeczytałam, Yodę wychwyciłam, uśmiechnęłam się i uznałam, że tak tu ma zostać. ;)

Wiesz, przekonuje mnie w jakimś stopniu Twoje tłumaczenie, bo też, mimo że początkowo raziły mnie te współczesne słowa, to w trakcie czytania uznałam, że jakiś tam sens mają. Mnie raziła jednak bardziej ta stylizacja wypowiedzi (być może skonfrontowana ze współczesnym słownictwem bardziej) bo zauważyłam, że próby stylizacji bardzo często opierają się na naszym kochanym portalu na dwóch wzorach. Po pierwsze – stawianie orzeczenia na końcu zdania. Po drugie – Yoda.

EDIT: Muszę się jednak zastanowić, czy to nie jest tożsame. Czy mistrz Yoda z uporem maniaka po prostu nie stawiał orzeczenia na końcu zdania?

 

A co do zgrzytania zębami – mnie osobiście irytują takie przedmowy (także jeśli przedmowa następuje po tekście). Nie wiem też, z czego one wynikają. Asekuranctwo? Niepewność autora? W każdym razie komunikat, który do mnie dotarł po subiektywnym przefiltrowaniu przez mózgownicę brzmi: napisałem wyrafinowany, inteligentny, niezwykły, pełen smaczków tekst, który spodoba się tylko tym wyrafinowanym, inteligentnym, niezwykłym, a do tego cierpliwym i wnikliwym czytelnikom. Jeżeli takim nie jesteś, jeżeli jesteś głuptasem ceniącym sobie akcję, rozrywkę, fajerwerki – nie masz tu czego szukać, bo i tak nie zrozumiesz i nie docenisz. ;) Po takim wstępie aż strach napisać, że się nie podobało. ;)

Empatio, mam oczywiście wrażenie, że nie taka była Twoja intencja, ale to tylko dlatego, że już Cię nieco z portalu kojarzę. 

I – żeby nie było niejasności – tekst mi się podobał, uważam, że jest dobry. I, oprócz swojej subtelności i smaczków – dość rozrywkowy, bo nie nużył.

Oj, to zupełnie nie tak było. Po prostu na etapie bety mieliśmy taką dyskusję, z której wynikało, że akcja jest tak prowadzona, że czytelnik może nie dotrwać do końca. Ot, taka refleksja na temat naszych czasów i gonitwy w życiu, a także poszukiwaniu silnych wrażeń. Doszliśmy mniej więcej do takich wniosków, że czytelnik generalnie ocenia po pierwszych zdaniach/akapitach, a jak nie złapie się  na haczyk to skacze do kolejnych opowiadań w poszukiwaniu nurtu, który go będzie mógł wciągnąć.

Zaakceptowałem tę logikę i z pokorą przyjąłem, że tak się może zdarzyć. Nie ukrywam, że po takich dyskusjach, człowiek nie tryska optymizmem. Niemniej jestem wdzięczny betaczytaczom, że mnie tak nastawili, bo każdy komentarz to była przemiła niespodzianka, a konkurs wspaniałą przygodą.

Co do Yody w komentarzu… czyli jednak nadinterpretowałem:/ cieszę się jednak, że możemy to uznać za humoreskę:)

Jeszcze raz bardzo dziękuję i pozdrawiam.

em

empatia

Nie wiem, czy coś zmieniałeś po konkursie (jeśli tak, to, na Teutatesa, zamień też tego “Shenlong’a” na “Shenloga”!), w każdym razie mnie zaskoczyłeś z tożsamością bajarza. Dziwiłem się trochę ilości jedzenia i uderzaniu w głowę przy wejściu, ale podejrzeń mimo to nie nabrałem. Przy pazurze, oczywiście, ale to już moment odkrycia kart (dlatego po przejechaniu komentarzy wzrokiem wnioskuję, że musiałeś usunąć szpony z wcześniejszych partii tekstu).

W każdym razie przeczytałem z przyjemnością, mimo leniwej akcji (a może dzięki niej?). Właściwie wszystko już tu napisano, więc dodam jedynie, że stylizacja gryzła mnie tylko w jednym fragmencie:

Smoki to stworzenia mityczne są. Bywają zawzięte, ale dobrym ludziom pomocy nie odmawiają. Wyglądu, to fakt, pięknego nie mają, ale dusza smoka to istny diament. Przyjacielem człowieka wręcz się stać mogą.

Uf, tutaj to pojechałeś ;) Zwłaszcza pierwsze zdanie brzmiało mi nie archaicznie-mędrczo, tylko jak coś, co mógłby powiedzieć chłopek-roztropek ze świata Sapkowskiego. “Smoki to stworzenia mityczne są. U nas we wiosce takich bajęd się nie boimy. A niechby i jaki smok tu przyleciał, to szwagier widły ma. Poczwarę pogoni, a i sławy zazna” ;)

 

Tak czy siak – naprawdę kawał dobrego opowiadania.

In the Land of Mordor where the Shadows lie. - W Mordorze, moc którego zwycięży niechciana. (J. Łoziński)

Diriadzie,

Piękne dzięki za przeczytanie i opinię. Po takim czasie od zakończenia konkursu, zobaczenie miłego komentarza po tekstem, to jak znalezienie w starych spodniach kilku monet o wysokich nominałach.

Dziękuję również za przypomnienie. Przez długi czas nie można było poprawiać, a potem było całe mnóstwo ciekawych konkursów i wyleciało mi z głowy. Błędy dziś poprawię. Jeśli chodzi o szpony i dyskusję o spoilerach to jeszcze nic nie zmieniałem i chyba nie zmienię. W sumie to mnie w tym do końca utwierdziłeś.

Jeśli chodzi o przesadzoną stylizację w stylu „chłopka-roztropka” to masz po części rację. Smok przez większość opowiadania miał amnezję. Czuł się jak starzec, ciężar dla społeczeństwa i dziwił się, że wszyscy traktują go jak mędrca i z tego tytułu ma profity. Uważa, że musi konfabulować w kwestii swej mądrości, stąd właśnie występujące czasem nieporadnie mędrcze zwroty. Wiem, że może to dziwnie wyglądać, razić, ale zostawię, jak jest.

Podsumowując, dziękuję w dwójnasób: za opinię – niespodziankę po czasie i przypomnienie, że trzeba poprawić babole, które jeszcze zostały.

Pozdrawiam serdecznie.

empatia

Podobało mi się :)

Bardzo się cieszę, że Ci się spodobało:) Mam wielki sentyment do tego opowiadania.

Miłe są odwiedziny czytelnika po tak długim czasie od publikacji.

Pozdrawiam serdecznie.

empatia

Nowa Fantastyka