- Opowiadanie: Finkla - Decelerator entropii

Decelerator entropii

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Decelerator entropii

Fa­jan­so­wy kubek ze­pchnię­ty z blatu runął na pod­ło­gę. Do uszu osób z na­pię­ciem wpa­tru­ją­cych się w na­czy­nie do­bie­gło tylko stłu­mio­ne łup­nię­cie. Po wy­kła­dzi­nie za­tań­czy­ły iskry. Przez ja­kieś pół­to­rej se­kun­dy trwa­ła cisza, a potem w po­miesz­cze­niu wy­bu­chła ka­ko­fo­nia pod­eks­cy­to­wa­nych gło­sów:

– Boże mój!

– O kur…

– To dzia­ła! To na­praw­dę dzia­ła!

– Yes, yes, yes!

– Ponad osiem­dzie­siąt sie­dem pro­cent! – wrzesz­czał ad­iunkt kon­tro­lu­ją­cy za­pi­sy mier­ni­ka. – Osiem­dzie­siąt sie­dem! – krzyk­nął jesz­cze raz, na wy­pa­dek, gdyby ktoś go nie do­sły­szał.

Nie­wy­klu­czo­ne, że tak wła­śnie się stało – w tej chwi­li ni­ko­go nie in­te­re­so­wa­ły szcze­gó­ły; dok­to­ran­ci ska­ka­li, przy­bi­ja­li piąt­ki i kle­pa­li się po ple­cach, star­si na­ukow­cy, z sze­ro­ki­mi uśmie­cha­mi, ści­ska­li ręce ko­le­gów, szef pro­jek­tu ukrył twarz w dło­niach – pro­fe­sor Braj­nic­ki są­dził, że nie przy­stoi mu oka­zy­wa­nie emo­cji przy pod­wład­nych, nawet jeśli cho­dzi­ło o za­słu­żo­ny triumf.

Ktoś pod­niósł kubek i czule po­ca­ło­wał. Na pod­ło­dze zo­sta­ły dwa wia­nusz­ki ciem­nych punk­tów ota­cza­ją­ce kil­ku­na­sto­cen­ty­me­tro­wy od­ci­nek i znacz­nie krót­szy, ła­god­ny łuk – ślady po drob­nych wy­ła­do­wa­niach elek­trycz­nych w miej­scach, w któ­rych fa­jans sty­kał się z wy­kła­dzi­ną.

Gdyby po­wie­trze prze­sy­co­ne szczę­ściem można było sprze­da­wać, o at­mos­fe­rę w la­bo­ra­to­rium li­cy­to­wa­no by się wy­jąt­ko­wo za­wzię­cie. Pro­fe­sor już za­sta­na­wiał się, o czym wspo­mni, od­bie­ra­jąc Nobla. Od cza­sów Marii Curie–Skło­dow­skiej żaden pol­ski fizyk nie do­stą­pił tego za­szczy­tu. Nigdy żadna pol­ska uczel­nia… Na­gro­dy z li­te­ra­tu­ry – tak, widać fan­ta­zji w na­ro­dzie cią­gle nie bra­ko­wa­ło. Ale nie fi­zy­ka…

Aparat wreszcie zadziałał zgodnie z teorią! Teraz pozostał raptem miesiąc wytężonej pracy przy doświadczeniach, później trzeba będzie opisać ich wyniki i posłać artykuły do wiodących periodyków świata fizyki. Oczywiście, należy jeszcze liczyć się z horrendalnie długim oczekiwaniem na decyzje redaktorów, lecz na niektóre rzeczy człowiek zwyczajnie nie ma wpływu. Ale nie szkodzi. Zaraz po skończeniu pierwszego tekstu profesor zatroszczy się o wniosek patentowy. Najważniejsze, żeby nikt nie ubiegł wynalazców. O ile Brajnicki się orientował, żaden fizyk na całym świecie nie próbował podążyć ich ścieżką rozumowania. Na konferencjach wspominano o różnych metodach podejścia do problemu, ale nigdy o tej właściwej, działającej, podjętej tu, we Wrocławiu. Już nikt nie powinien odebrać zespołowi palmy pierwszeństwa, sławy i miejsca w podręcznikach. Chyba że jacyś naukowcy zgodzili się podpisać klauzulę tajności, a teraz nagle wyskoczą z gotowym urządzeniem. Ale to mało prawdopodobne, wiedza i odkrycia nie lubią ograniczeń. Więc wystarczy poczekać na publikację, a potem…

„Potem” wszystkim obecnym jawiło się w pastelowych barwach. Naj­młod­szy dok­to­rant, naj­bar­dziej ide­ali­stycz­ny i na­iw­ny, ma­rzył o tym samym, co profesor, tylko z nieco innej per­spek­ty­wy: wi­dział się u boku szefa w pod­nio­słej chwi­li odbierania Nobla. Star­si ko­le­dzy młodzieńca my­śle­li o licz­nych pod­ryw­kach oraz rzu­ca­ją­cych się wy­na­laz­com na szyje, zgrab­nych jak ga­ze­le i go­rą­cych jak wul­ka­ny, eko­loż­kach (czy to one nie noszą sta­ni­ków? Nie, to chyba fe­mi­nist­ki. Szko­da…), komuś mi­go­ta­ła przed oczy­ma wizja pier­ścion­ka za­rę­czy­no­we­go. Ci już żo­na­ci i dzie­cia­ci nie mogli się do­cze­kać mo­men­tu, w któ­rym po­trak­tu­ją stru­mie­niem moczu kurs fran­ka. Ktoś roz­wa­żał, czy już w tym roku od­bę­dzie od­kła­da­ną od lat po­dróż na Bor­neo, ktoś inny snuł plany spła­ce­nia dłu­gów za­cią­gnię­tych u bar­dzo nie­przy­jem­nych chłop­ców…

 

***

 

Fre­tow­ski po­sta­no­wił uczcić suk­ces wi­zy­tą w ka­sy­nie. Wpraw­dzie nie po­wi­nien się tam po­ka­zy­wać, ale… ile może wy­trzy­mać dusza ha­zar­dzi­sty? W końcu Piła nie bywał w sa­lo­nie gry co­dzien­nie, miał jesz­cze inne lo­ka­le.

Nie wolno prze­ry­wać do­brej passy, praw­da? Młody fizyk czuł, że dzi­siaj jest jego dzień.

 

Prze­czu­cie go zmy­li­ło. W jaki spo­sób baby mogą po­dej­mo­wać ja­kie­kol­wiek z grub­sza sen­sow­ne de­cy­zje, ba­zu­jąc na swo­jej słyn­nej in­tu­icji? Chyba jed­nak to dzia­ła tylko u ko­biet – ta szczu­pła bru­net­ka ode­szła od ru­let­ki nie­źle wy­gra­na. Ale mniej­sza o że­to­ny zo­sta­wio­ne u kru­pie­ra.

Jak się oka­za­ło, Piła spę­dzał ten wie­czór w ka­sy­nie.

Trud­no było żywić ja­kie­kol­wiek wąt­pli­wo­ści, sto­jąc w jego ga­bi­ne­cie w nie­kom­for­to­wej, po­chy­lo­nej po­zy­cji wy­mu­szo­nej ręką za­mknię­tą w żelaznym uści­sku i wy­krę­co­ną za plecy. Pół­mrok roz­pra­sza­ła je­dy­nie wy­so­ka ciem­no­czer­wo­na lampa umiesz­czo­na w rogu po­miesz­cze­nia, ale z pew­no­ścią to wła­ści­ciel lo­ka­lu sie­dział wy­god­nie roz­par­ty na skó­rza­nej ka­na­pie po dru­giej stro­nie sto­li­ka.

– Kogo ja widzę! – ucie­szył się ubra­ny w ciem­ny gar­ni­tur trzy­dzie­sto­la­tek. – Pan Fre­tow­ski przy­niósł mój szmal!

– To nie­zu­peł­nie tak… Ja… nie mam tych pie­nię­dzy. Aua! Jesz­cze…

– Czy mi się tylko wy­da­je, czy fak­tycz­nie po­wie­dzia­łem ci, żebyś nie po­ka­zy­wał tu swo­jej par­szy­wej mordy, do­pó­ki nie uzbie­rasz kasy? – re­to­rycz­nie spy­tał Piła. – I co? Ola­łeś moje słowa, dupku, czy o nich za­po­mnia­łeś?

– Za­po­mnia­łem! Nie! Nie za­po­mnia­łem, są­dzi­łem, że chciał­by pan do­stać część kwoty. W port­fe­lu mam jesz­cze ty­siąc zło­tych. W pra­wej kie­sze­ni! Jeśli tylko pań­scy lu­dzie po­zwo­lą mi…

– Po­słu­chaj uważ­nie, kutafonie. Nie roz­ma­wia­my teraz o spła­cie od­se­tek. In­te­re­su­je mnie wy­łącz­nie ca­łość. Za­po­mnia­łeś? Nie przej­muj się – znam do­sko­na­ły spo­sób na po­pra­wie­nie pa­mię­ci.

Fre­tow­ski nie miał po­ję­cia, jak to się stało. Piła pstryk­nął i fizyk już nie stał, tylko klę­czał, a jeden z go­ry­li przy­ci­skał mu lewą rękę do sto­li­ka.

– Od­cię­cie palca dzia­ła znacz­nie le­piej niż jakaś tam le­cy­ty­na… – kon­ty­nu­ował ma­fio­so.

Gdzieś z tyłu szczęk­nął nóż sprę­ży­no­wy. Spa­ni­ko­wa­ny dłuż­nik spró­bo­wał wy­rwać rękę z chwy­tu ochro­nia­rza. Bez­sku­tecz­nie.

– To pierw­sze po­waż­ne ostrze­że­nie, więc po­zwo­lę ci wy­brać. No to który palec uważasz za naj­mniej po­trzeb­ny?

– Nie! Pro­szę! Piszę wszyst­ki­mi dzie­się­cio­ma!

– Kciuk, wska­zu­ją­cy, faker…

Przy każ­dym sło­wie czu­bek ostrza do­ty­kał na­sa­dy wy­mie­nia­ne­go palca, a na szkla­ny blat spły­wa­ło kilka kro­pel gę­stej krwi.

– Bła­gam!!! Do­ko­na­li­śmy od­kry­cia! Jest warte znacz­nie wię­cej niż to, co wam wiszę! To praw­dzi­wy prze­łom!

Nóż znik­nął z pola wi­dze­nia fi­zy­ka, ale dłoń po­zo­sta­ła roz­płasz­czo­na na szkle śli­skim od krwi i potu.

– Gadaj!

– Od chwi­li opu­bli­ko­wa­nia za­sa­dy Bo­de­na–Zwig­ste­ina te­sto­wa­li­śmy…

 

***

 

Od opu­bli­ko­wa­nia za­sa­dy Bo­de­na–Zwig­ste­ina, a wła­ści­wie od roz­pro­pa­go­wa­nia w me­diach co cie­kaw­szych jej im­pli­ka­cji, w la­bo­ra­to­riach Gered & Has­bucht Corp. bez­u­stan­nie po­szu­ki­wa­no spo­so­bów wy­ko­rzy­sta­nia tego od­kry­cia.

Już od pra­wie czte­rech lat. I nic.

Och, po­ja­wia­ły się ja­kieś dro­bia­zgi, nie­istot­ne ga­dże­ty, pa­ten­to­wa­ne na­tych­miast, jesz­cze szyb­ciej wdra­ża­ne do pro­duk­cji i sprze­da­wa­ne z ol­brzy­mim zy­skiem. Ale urzą­dzon­ka do po­zby­wa­nia się kurzu z półek i spod łóżek czy za­cho­wy­wa­nia świe­żo­ści ubrań w sza­fach to nie było TO. Nikt nie wy­ło­ży na­praw­dę dużej kasy na bi­be­lo­ci­ki dla znu­dzo­nych kur do­mo­wych. Poza tym chiń­skie pod­rób­ki za­le­wa­ły rynek już kilka ty­go­dni po roz­po­czę­ciu sprze­da­ży no­we­go pro­duk­tu.

Ak­cjo­na­riu­sze ocze­ki­wa­li od za­rzą­du rzu­ce­nia gieł­dy na ko­la­na, a nie ra­chi­tycz­nej eg­zy­sten­cji z mie­sią­ca na mie­siąc. Dy­wi­dend i wzla­tu­ją­cych pod niebo notowań, a nie dwu­pro­cen­to­we­go wzro­stu sprze­da­ży w trze­cim kwar­ta­le.

Bran­żo­we plot­ki gło­si­ły, że ze­spół Braj­nic­kie­go z Politechniki Wrocławskiej zastosował niekonwencjonalne podejście i znajdował się na progu ja­kie­goś większego od­kry­cia. No i pięk­nie. Na­ukow­cy przy­po­mi­na­li dzie­ci – nie wiedzieli, o co idzie gra, nigdy do­brze sobie nie ra­dzi­li ze spie­nię­ża­niem wy­ni­ków swo­ich prac. A już ci z Eu­ro­py Środ­ko­wej byli mniej aser­tyw­ni niż przed­szko­la­ki, bar­dziej za­kom­plek­sie­ni niż na­sto­lat­ki i go­rzej do­fi­nan­so­wa­ni niż stu­den­ci.

CRO zde­cy­do­wał, że wyśle ja­kie­goś ob­rot­ne­go czło­wie­ka do Wro­cła­wia, żeby na miej­scu ro­ze­znał się w sy­tu­acji. Laboratoria Gered & Has­bucht są rozległe, znajdzie się miejsce i dla nieklasycznych eksperymentów. Menedżer mu­siał tylko wyszukać kogoś, kto jako tako zna sło­wiań­skie na­rze­cza. W sprawnej, dużej korporacji nie powinno to stanowić problemu.

 

***

 

– Od chwi­li opu­bli­ko­wa­nia za­sa­dy Bo­de­na–Zwig­ste­ina te­sto­wa­li­śmy róż­no­ra­kie hi­po­te­zy im­pli­ko­wa­ne przez to prawo. Jak nie­wąt­pli­wie, pa­no­wie, zda­je­cie sobie spra­wę, w fi­zy­ce kwan­to­wej…

– Tak to my się nigdy nie do­ga­da­my – wy­sy­czał Piła.

Pstryk­nął. Do sto­li­ka przy­sko­czył goryl z czymś przy­po­mi­na­ją­cym nie­wiel­kie ob­cę­gi. Po chwi­li ści­skał w nich pa­zno­kieć ma­łe­go palca ofia­ry. Wrzask Fre­tow­skie­go za­trzy­mał się na wy­ci­szo­nych drzwiach do ga­bi­ne­tu. Fizyk nie przej­mo­wał się skrom­nym au­dy­to­rium. Krzy­czał, póki nie za­bra­kło mu tchu. Nawet nie cho­dzi­ło o ból, są­czą­cą się z palca krew czy świa­do­mość oka­le­cze­nia. Bez pa­znok­cia można żyć. Naj­gor­szy był strach. Strach przed ko­lej­nym nie­spo­dzie­wa­nym ata­kiem, przed ewi­dent­ną prak­ty­ką opraw­cy, przed jego spo­ko­jem i bez­oso­bo­wo­ścią „za­bie­gu”.

Kiedy Fre­tow­ski prze­stał zdzie­rać sobie gar­dło i opa­no­wał się odro­bi­nę, opo­wie­dział ban­dy­tom wszyst­ko, co tylko chcie­li wie­dzieć. Uży­wa­jąc moż­li­wie naj­prost­szych słów, wy­tłu­ma­czył, jak do­szło do zbu­do­wa­nia de­ce­le­ra­to­ra en­tro­pii, na czym po­le­ga jego dzia­ła­nie, czego po­trze­ba do stwo­rze­nia dru­gie­go mo­de­lu. Wspól­nie z Piłą za­sta­na­wia­li się, w jaki spo­sób prze­stęp­cy mo­gli­by wy­ko­rzy­stać urzą­dze­nie od­zy­sku­ją­ce tra­co­ną do­tych­czas bez­pro­duk­tyw­nie ener­gię. Młody na­uko­wiec szcze­rze za­pew­niał, że bar­dzo chciał­by skon­stru­ować eg­zem­plarz, ale nie­ste­ty nie po­sia­da wy­star­cza­ją­cej wie­dzy. Był tak prze­ko­nu­ją­cy, że nawet scep­tycz­nie na­sta­wio­ny Piła mu uwie­rzył. W ra­mach re­kom­pen­sa­ty za niepełne informacje fizyk za­pro­po­no­wał, że za­dzwo­ni do in­sty­tu­tu, powie, że zła­mał nogę, żeby nikt się nie dzi­wił, że nie przy­cho­dzi do pracy. Nie, wcale nie trze­ba łamać jej na­praw­dę. Ale gdyby ktoś mógł do­star­czyć do se­kre­ta­ria­tu zwol­nie­nie le­kar­skie… Wtedy znacz­nie dłu­żej nikt nie będzie nic podejrzewał.

 

***

 

Do Pawła przy­sia­dło się trzech uczniów ze star­szej klasy. No to że­gnaj, miły i spo­koj­ny obie­dzie! Do­brze, że cho­ciaż ogór­ko­wą zdą­żył zjeść…

– Słu­chaj, młody, cią­gle za­po­mi­nam spy­tać. Czy to praw­da, że każ­de­mu księ­dzu kutas czer­nie­je od su­tan­ny?

Dwój­ka przy­du­pa­sów Ły­se­go roz­re­cho­ta­ła się, jakby nigdy w życiu nie sły­sza­ła lep­sze­go żartu. Może i tak było. Cho­ler­ne de­bi­le.

– Odwal się, do­brze?

– No nie mów, że nigdy nie wi­dzia­łeś! Mu­sia­łeś, jak ro­bi­łeś lo­dzi­ka. Chyba że za­my­kasz wtedy oczy, żeby le­piej po­czuć smak?

– Ale ten… – Cio­łek po pra­wej my­ślał in­ten­syw­nie nad zło­że­niem zda­nia. – Ka­ta­bas wam każe po­ły­kać czy wy­plu­wać? Bo to albo lu­do­żer­stwo, albo abor­cja…

Paw­ło­wi krew na­pły­nę­ła do po­licz­ków. Czy oni nie po­tra­fi­li usza­no­wać żad­nej świę­to­ści? Ile razy można tłu­ma­czyć, że nie każdy ksiądz jest pe­do­fi­lem?

– Pa­trz­cie, jak się mi­ni­strant wkur­wił!

– Wy… – Cier­pli­wość ob­ra­ża­ne­go chło­pa­ka w końcu mu­sia­ła się wy­czer­pać. – Nie wiem, kto was uczył ro­bie­nia laski, ale naj­wy­raź­niej je­steście eks­per­tami. Nie sia­dajcie nigdy wię­cej przy moim sto­li­ku, pe­da­ły jedne!

Riposta chyba dosięgła celu – teraz agre­sorzy się za­cu­kali. Nie­ste­ty, Łysy szyb­ko zna­lazł wyj­ście z sy­tu­acji i zmie­nił temat:

– Co, nie jesz? Nie sma­ku­je? Po­mo­gę ci z ko­tle­tem. A na kar­to­fle mo­że­my się spu­ścić, jeśli bez ta­kiej przy­pra­wy nie da­jesz rady.

Fa­ga­sy znowu usłuż­nie za­re­cho­ta­ły.

Wresz­cie dzwo­nek na lek­cję za­koń­czył mę­czar­nie.

 

***

 

Dwóch go­ry­li wpro­wa­dzi­ło Braj­nic­kie­go do ciem­na­we­go po­miesz­cze­nia. Pro­fe­sor ro­zej­rzał się, od­no­to­wał brak krze­sła prze­wi­dzia­ne­go dla gości, po czym, roz­pi­na­jąc dolny guzik ma­ry­nar­ki, usiadł na skó­rza­nej ka­na­pie obok go­spo­da­rza.

Piłę za­sko­czy­ła, ale i roz­ba­wi­ła bez­czel­ność po­rwa­ne­go. Zresz­tą, pew­nie sta­rusz­ka nogi na­praw­dę bolą… Niech sobie sie­dzi.

– Z kim mam przy­jem­ność?

– Je­stem Piła. I to wy­star­czy.

– Czemu za­wdzię­czam za­pro­sze­nie do… tego miej­sca?

– Ocze­ku­ję, że zbu­du­jesz mi…

– Przy­wy­kłem, że mło­dzi lu­dzie spoza ro­dzi­ny zwra­ca­ją się do mnie per „panie pro­fe­so­rze”.

– To nie ty dyk­tu­jesz tutaj wa­run­ki!

Na­uko­wiec, wy­jąw­szy z fu­te­ra­łu ście­recz­kę, za­czął po­le­ro­wać oku­la­ry.

– Nie ta­kich choj­ra­ków już skła­nia­łem do współ­pra­cy! Co zro­bisz, jeśli obe­tnę ci palec?

Cisza.

– Dobra! – bar­dziej wark­nął niż po­wie­dział Piła. – Jak bę­dzie się panu pra­co­wa­ło bez pra­we­go kciu­ka?

– Młody czło­wie­ku, jak do­mnie­my­wam, upro­wa­dzi­łeś mnie ze wzglę­du na mój mózg. Kiedy do­ży­jesz do sie­dem­dzie­siąt­ki… O ile to w ogóle na­stą­pi, w twoim za­wo­dzie ocze­ki­wa­na dłu­gość życia za­pew­ne nie prze­kra­cza czter­dzie­stu lat… – pe­ro­ro­wał pro­fe­sor z życz­li­wym wy­ra­zem twa­rzy. Ma­fio­so skrzy­wił się i lekko zgrzyt­nął zę­ba­mi. – Ale od­bie­głem od te­ma­tu. Otóż, jeśli do­ży­jesz mo­je­go wieku, zro­zu­miesz, że układ ner­wo­wy sie­dem­dzie­się­cio­lat­ka jest nie­sły­cha­nie de­li­kat­nym sys­te­mem, któ­re­go rów­no­wa­gę może za­bu­rzyć nawet naj­błah­szy czyn­nik. Wspo­mnia­łeś, że mam coś zbu­do­wać…

– To urzą­dze­nie do od­zy­ski­wa­nia stra­co­nej ener­gii.

– Ach, tak… – Braj­nic­ki za­sta­na­wiał się przez chwi­lę. – Mój chłop­cze, zda­jesz sobie spra­wę, że to zło­żo­ny apa­rat i nie da się go skon­stru­ować w trzy go­dzi­ny?

– Liczę się z tym! Zo­sta­nie pan… moim go­ściem na dłuż­szy czas.

– W takim razie będę po­trze­bo­wał swo­ich le­karstw. Znaj­du­ją się w ja­dal­ni, w lewej szaf­ce kre­den­su, we fio­le­to­wym me­ta­lo­wym pu­de­łecz­ku.

– Le­piej, żeby moi lu­dzie nie po­ja­wia­li się w oko­li­cach tej ha­cjen­dy w naj­bliż­szej przy­szło­ści. To nie­po­trzeb­ne ry­zy­ko. Po­wiedz… Pro­szę po­wie­dzieć, ja­kich le­karstw pan po­trze­bu­je, a wszyst­ko za­ła­twi­my.

– Nie­ste­ty, nie pa­mię­tam. Tyle tego się na­zbie­ra­ło… A wła­śnie, za­le­ce­nia co do za­ży­wa­nia tych wszyst­kich me­dy­ka­men­tów mam za­pi­sa­ne w no­te­sie. Leży u mnie w domu, w biur­ku, druga szu­fla­da od góry. Ewen­tu­al­nie może być lap­top, tam po­wi­nie­nem mieć mail od mo­je­go le­ka­rza pro­wa­dzą­ce­go. Kom­pu­ter zo­stał na uczel­ni…

– Dobra, pój­dzie­my do pana cha­wi­ry.

– Wobec tego pro­szę za­brać rów­nież kilka czy­stych ko­szul. Nie po­tra­fię się skon­cen­tro­wać, kiedy mam na sobie nie­świe­że ubra­nie.

– I może jesz­cze ulu­bio­ne krze­seł­ko?! – wy­buch­nął Piła. – Bez jaj, ko­szu­le ku­pi­my.

– Zgoda. Roz­miar koł­nie­rzy­ka czter­dzie­ści dwa. Ko­niecz­nie z czy­stej ba­weł­ny, mam aler­gię na sztucz­ne włók­na. Pre­fe­ru­ję krój kla­sycz­ny. Pro­szę pa­mię­tać, iż nie zno­szę bia­łych ko­szul, źle mi się ko­ja­rzą…

– Chwi­la! – burk­nął ma­fio­so. – Za­pi­suj to wszyst­ko – roz­ka­zał ochro­nia­rzo­wi.

– Eeee… Sze­fie, ma szef kart­kę i dłu­go­pis?

– …twoja mać! – Piła z tru­dem po­wstrzy­mał się od zwy­cza­jo­we­go blu­zgu. Sie­dzą­cy obok sta­ru­szek jakoś wy­mu­szał sta­ran­niej­szy język. – Idź i weź od któ­rejś kel­ner­ki!

Po po­wro­cie go­ry­la Braj­nic­ki kon­ty­nu­ował opis ide­al­nych ko­szul:

– Ja­skra­we ko­lo­ry rów­nież bym wy­eli­mi­no­wał. Naj­le­piej się czuję w sto­no­wa­nych bar­wach. I, uprzej­mie pro­szę, żad­nych ob­raz­ków, ma­te­ria­ły gład­kie lub pro­ste, geo­me­trycz­ne wzory; prąż­ki, sub­tel­na krat­ka. A teraz przejdź­my do kwe­stii wy­ma­gań ży­wie­nio­wych. Do śnia­da­nia pijam kawę roz­pusz­czal­ną z odro­bi­ną mleka. Ko­niecz­nie mleka – śmie­tan­ka jest zbyt tłu­sta, a w moim wieku trze­ba dbać o po­ziom cho­le­ste­ro­lu. Jesz­cze jedno – ta kawa w nie­bie­skich sło­icz­kach, nie pa­mię­tam firmy, mi nie od­po­wia­da. Zbyt kwa­sko­wa­ta. Do każ­de­go po­sił­ku owoce. – Pro­fe­sor z ol­brzy­mią sa­tys­fak­cją od­no­to­wał, że twarz jego roz­mów­cy stop­nio­wo pur­pu­ro­wie­je. – Trud­no prze­ce­nić wpływ wi­ta­min i mi­kro­ele­men­tów na pra­wi­dło­we funk­cjo­no­wa­nie or­ga­ni­zmu, zwłasz­cza mózgu…

 

***

 

Se­kre­tar­ka z ogrom­nym za­sko­cze­niem pa­trzy­ła na do­pie­ro odło­żo­ną słu­chaw­kę te­le­fo­nu. No, co za czar­na seria! Wczo­raj Fre­tow­ski zła­mał nogę, a dzi­siaj pro­fe­sor Braj­nic­ki nie mógł przyjść na uczel­nię. Do tego mówił strasz­nie dziw­nie. „Ko­cha­na pani Kry­siu”? Nigdy tak się do niej nie zwra­cał. Zwy­kle za­cho­wy­wał się bar­dzo… dys­tyn­go­wa­nie. Bywał nie­kie­dy szar­manc­ki, ale za­wsze trzy­mał dy­stans. Nigdy nie chi­cho­tał, jak stu­den­ciak po traw­ce. Wła­śnie. Może to nar­ko­ty­ki? Pro­fe­sor wy­ga­dy­wał okrop­ne bzdu­ry, ale głos miał trzeź­wy, ani tro­chę nie beł­ko­tli­wy. Ale szef i używ­ki dla zbla­zo­wa­nych gów­nia­rzy? To po pro­stu nie­moż­li­we. I o co cho­dzi­ło z tą prze­klę­tą żoną? „Pani myśli, że je­stem u żony, a ja myk! na im­prez­kę do bi­blio­te­ki”… Prze­cież Braj­nic­ka zmar­ła kilka lat temu!

Po dłu­gich wa­ha­niach pani Kry­sia za­dzwo­ni­ła na pry­wat­ny numer pro­fe­so­ra i po­roz­ma­wia­ła z go­spo­sią. Do­pie­ro wtedy prze­sta­ła co­kol­wiek ro­zu­mieć. Szef skon­tak­to­wał się z po­mo­cą do­mo­wą po­przed­nie­go wie­czo­ru. Nie chi­cho­tał, ale przez cały czas zwra­cał się do tej pro­stej baby jak do mał­żon­ki. Co wię­cej, twier­dził, że musi zo­stać na wy­dzia­le na noc, może nawet jesz­cze przez kilka dób, bo pra­cu­je nad bar­dzo waż­nym wy­na­laz­kiem. Ale prze­cież wczo­raj wy­szedł po po­łu­dniu, a dzi­siaj w ogóle tu nie zaj­rzał! I jesz­cze to po­le­ce­nie, że gdyby zja­wił się jakiś stu­dent po oso­bi­ste rze­czy fi­zy­ka, go­spo­sia ma je dać i o nic nie pytać. A naj­le­piej wy­je­chać do Kra­ko­wa, od­wie­dzić sio­strę. Żaden stu­dent się nie zgło­sił, a le­kar­stwa i inne dro­bia­zgi i tak znik­nę­ły.

Bar­dzo dziw­nie to wszyst­ko wy­glą­da­ło. Czy Kry­sty­na po­win­na za­wia­do­mić po­li­cję? Ale jeśli pro­fe­sor jed­nak wziął ja­kieś świń­stwo, a teraz tylko stroi sobie głu­pie żarty? Nie wy­pa­da robić sze­fo­wi koło pióra…

 

***

 

Braj­nic­kie­go wpro­wa­dzo­no do piw­ni­cy po­spiesz­nie prze­ro­bio­nej na warsz­tat. Ewi­dent­nie kie­dyś grano tu w bi­lard. Wiel­ki stół do sno­oke­ra obec­nie po­kry­wa­ły ster­ty na­rzę­dzi ze­bra­nych chyba u me­cha­ni­ka sa­mo­cho­do­we­go. Ale przy­naj­mniej blat zo­stał po­rząd­nie do­świe­tlo­ny, a wokół nie bra­ko­wa­ło miej­sca.

U szczy­tu krę­cił się Fre­tow­ski, apa­tycz­nie pró­bu­jąc coś zmaj­stro­wać.

– Witam mło­de­go ko­le­gę. Czyli to panu za­wdzię­czam wi­zy­tę w tym nie­go­ścin­nym miej­scu?

– Panie pro­fe­so­rze, naj­moc­niej prze­pra­szam! Na­praw­dę nie chcia­łem pana w to wplątywać, ale mu­sia­łem… Tor­tu­ro­wa­li mnie! – Po­ka­zał za­kle­jo­ny pla­strem palec.

– Przy­naj­mniej noga już się panu zro­sła. Co za szczę­ście, że me­dy­cy­na robi takie ogrom­ne po­stę­py… Wy­ja­śnij­my sobie jedno: po po­wro­cie na uczel­nię do­pil­nu­ję, że­by­śmy już nie mu­sie­li pra­co­wać na jed­nym wy­dzia­le.

– Oczy­wi­ście, ro­zu­miem. Wszyst­ko mi jedno, by­le­by­śmy wy­szli stąd żywi! Zrób­my Pile jak naj­szyb­ciej ten cho­ler­ny de­ce­le­ra­tor! Ja znam bu­do­wę tylko nie­któ­rych pod­ze­spo­łów…

Za­czę­li prze­glą­dać zgro­ma­dzo­ne w po­miesz­cze­niu ma­te­ria­ły. Braj­nic­ki – nie­spiesz­nie, me­to­dycz­nie, Fre­tow­ski – go­rącz­ko­wo. Swoją ner­wo­wo­ścią opóź­niał prace chyba jesz­cze bar­dziej, niż pro­fe­sor ka­pry­sa­mi, sto­ic­kim spo­ko­jem i sy­mu­lo­wa­ną skle­ro­zą.

Skru­szo­ny pod­wład­ny pró­bo­wał od czasu do czasu na­wią­zać dia­log nieco bar­dziej roz­bu­do­wa­ny niż: „gdzie jest śru­bo­kręt krzy­ża­ko­wy?” czy „po­pro­szę sche­mat emi­te­ra”. Szef bez­li­to­śnie uci­nał wszel­kie próby w za­rod­ku. Przez kilka go­dzin pra­co­wa­li w mil­cze­niu, każdy nad swoją czę­ścią urzą­dze­nia. Wresz­cie młod­szy fizyk zer­k­nął, co robi star­szy.

– Panie pro­fe­so­rze, ale do czego ma słu­żyć ten pod­ze­spół? Prze­cież…

– A czy­tał pan moje prace z po­cząt­ku ka­rie­ry na­uko­wej?

– Ma pan na myśli te o rando…

– Nie­do­świad­czo­ny ko­le­go! Po­chle­bia mi, że za­po­znał się pan nawet z tymi nie­po­waż­ny­mi, mło­dzień­czy­mi ar­ty­ku­ła­mi. Ale teraz pro­szę skon­cen­tro­wać się na tek­stach po­świę­co­nych prze­pły­wo­wi in­for­ma­cji i innowacjach w prze­my­śle wytwarzającym kamery. To klu­czo­we w na­szej sy­tu­acji.

Fre­tow­ski nie miał wąt­pli­wo­ści, że „nie­do­świad­czo­ny ko­le­go” w ustach szefa ozna­cza „ty cho­ler­ny idio­to”. Dok­to­ran­to­wi nie umknę­ło le­ciut­kie za­ak­cen­to­wa­nie dwóch wy­ra­zów. Ka­me­ry prze­my­sło­we, no jasne! Ale się wy­głu­pił! Piła na pewno nie zo­sta­wił więź­niów sa­mo­pas. Trze­ba uwa­żać na każde słowo i wie­rzyć, że pro­fe­sor wie, co robi.

Brajnickiego, chociaż starał się tego nie okazywać, z minuty na minutę ogarniała coraz większa irytacja. I rozczarowanie. Liczył, że sekretarka właściwie zinterpretuje rozmowę telefoniczną i błyskawicznie zawiadomi policję, a mundurowi wyśledzą bandytów przy kupnie brazylijskiej lemoniady. A tu zamówiony napój dotarł do konsumenta i nic… Trudno, jutro fizyk da funkcjonariuszom kolejną szansę i pośle porywaczy po belgijskie czekoladki. Ech, życie stałoby się o wiele prostsze, gdyby wszyscy ludzie wykonywali swoje obowiązki i postępowali racjonalnie…

 

***

 

Po trzech dniach pierw­szy model był gotów.

Niefartowny dłużnik próbował tłumaczyć Pile coś o odzyskiwaniu traconej energii, w tym przypadku kinetycznej, o możliwości niezmiernie precyzyjnego sterowania tym procesem, co sprowadzało się do dokładnego regulowania prędkości ciała poddawanego eksperymentowi…

Gangster nie słuchał więźnia zbyt uważnie. Znał się na wielu sprawach; od budowy broni do kruczków w prawie podatkowym, ale fizyka do nich nie należała. Tak niepraktyczne dziedziny życia zostawiał wykształciuchom.

Za to mafiosa za­chwy­ci­ły efek­ty dzia­ła­nia urzą­dze­nia. Dobry kru­pier w mniej wię­cej jed­nej czwar­tej przy­pad­ków tra­fiał do­kład­nie ten nu­me­rek, o który się go po­pro­si­ło. W ko­lej­nych dwu­dzie­stu pię­ciu pro­cen­tach – pa­da­ła któ­raś z czte­rech są­sied­nich liczb. A w po­ło­wie prób ku­lecz­ka po­zo­sta­wa­ła nie­prze­wi­dy­wal­na, naj­czę­ściej lą­du­jąc w prze­gród­ce gdzieś po dru­giej stro­nie tar­czy. Ale ab­so­lut­na kon­tro­la nad ćwiart­ką wy­ni­ków to prze­cież re­we­la­cyj­ny re­zul­tat!

Piła za­żą­dał ko­lej­nych apa­ra­tów, jak naj­szyb­ciej. Miał wiele po­my­słów na ich wy­ko­rzy­sta­nie.

 

***

 

Frie­drich Weber od kilku wie­czo­rów od­wie­dzał wro­cław­skie puby i pró­bo­wał przy piwie wy­łu­dzić ja­kie­kol­wiek in­for­ma­cje od człon­ków ze­spo­łu Braj­nic­kie­go. Na­wią­za­nie roz­mo­wy nie spra­wia­ło naj­mniej­szych pro­ble­mów; fraza „no­bo­dy here seems to speak pro­per En­glish” dzia­ła­ła bez pudła – każdy na­gab­nię­ty w ten sposób na­uko­wiec czuł się zo­bo­wią­za­ny do roz­to­cze­nia opie­ki nad sa­mot­nym ob­co­kra­jow­cem.

Pro­ble­my za­czy­na­ły się póź­niej: jak się oka­za­ło, nie tylko krewniacy na­rze­czo­nej Niemca mieli nie­sa­mo­wi­cie mocne głowy. Frie­drich, po­mi­mo wy­czer­pu­ją­cych tre­nin­gów na licz­nych okto­ber­fe­stach, nie miał szans na prze­pi­cie cho­ler­nych po­lacz­ków. Nie­mal co wie­czór po doj­ściu do gra­ni­cy, któ­rej nie po­wi­nien prze­kra­czać, za­czy­nał uda­wać, że przy­sy­pia, a wów­czas coraz to inny fizyk grzecz­nie wsa­dzał go do tak­sów­ki. Do­brze cho­ciaż, że wy­słan­ni­ko­wi Gered & Has­bucht udało się nie wy­pa­plać, że dzię­ki dziew­czy­nie ze Ślą­ska nie­źle ro­zu­mie pol­ski…

Weber po­sta­no­wił więc zmie­nić tak­ty­kę. Wła­ma­nie do la­bo­ra­to­rium po­win­no za­spo­ko­ić po­trze­by kor­po­ra­cji rów­nie do­brze jak wy­zna­nie czy­nio­ne kum­plo­wi od kufla. Albo może dzie­ci na­ukow­ców prze­chwa­la­ły się czymś w szko­le? Na­le­ża­ło tylko na­wią­zać kon­takt z lo­kal­nym pod­zie­miem. W tym celu Frie­drich przez całe po­po­łu­dnie pró­bo­wał flir­to­wać z mło­do­cia­ny­mi gan­ga­mi, a wie­czo­rem od­wie­dził ka­sy­no.

Jesz­cze nigdy nie szło mu tak fa­tal­nie. Nie tylko jemu; for­tu­na zde­cy­do­wa­nie trzy­ma­ła stro­nę ja­ski­ni ha­zar­du. Po ja­kiejś go­dzi­nie, znie­sma­czo­ny i uboż­szy o kilka ty­się­cy euro, zre­zy­gno­wał z gry przy naj­droż­szym sto­le. Wkrót­ce odro­bi­nę się odkuł, za­czął nawet prze­my­śli­wać nad po­wro­tem do du­żych sta­wek.

Od czasu do czasu zer­kał na po­rzu­co­ne nie­daw­no sta­no­wi­sko. Po pew­nym cza­sie za­uwa­żył, że gdy kulka tań­czy­ła na tar­czy, czę­sto pod sto­łem stro­bo­sko­po­wo po­ły­ski­wa­ło błę­kit­ne świa­tło. Jakby coś tam iskrzy­ło. Ale co? Ru­let­ka cho­dzi­ła gład­ko, bez żad­nych tarć…

 

***

 

Braj­nic­kie­go sta­now­czo, ale w miarę grzecz­nie, do­pro­wa­dzo­no przed ob­li­cze wście­kłe­go Piły. Tym razem na na­ukow­ca cze­ka­ło krze­sło. Z dwoj­ga złego, gang­ster wolał wroga na­prze­ciw­ko sie­bie niż u boku. Ale przy­naj­mniej sta­ran­nie wy­brał naj­mniej wy­god­ny mebel, jaki zdo­łał zna­leźć.

– Co to, kurwa, ma zna­czyć? – wark­nął ini­cja­tor spo­tka­nia.

– Nie wiem, o czym mó­wisz, drogi chłop­cze.

– No jak to o czym?! Wasz ostat­ni apa­rat wy­ko­rzy­stu­ję do trzy­ma­nia w chło­dzie na­po­jów i mię­cha do mojej knaj­py. I całą do­sta­wę wie­przo­wi­ny dia­bli wzię­li! Tra­fia­ją się takie ka­wał­ki, że pół jest za­mro­żo­ne na kość, a pół kom­plet­nie prze­gni­łe! Co na to po­wiesz?

Pro­fe­sor, za­ło­żyw­szy nogę na nogę, mil­czał bar­dzo wy­mow­nie.

– Jak pan to wy­tłu­ma­czy? – nie wy­trzy­mał w końcu Piła.

– No prze­cież wy­ja­śnia­łem, że optymalne zastosowanie dla tego modelu to utrzymywanie na­po­jów w chłodzie. Cie­cze o odmiennych tem­pe­ra­tu­rach spo­koj­nie by sobie zdy­fun­do­wa­ły, wcześniej czy później zerując gradienty, i nic by nie ule­gło ze­psu­ciu – z wy­rzu­tem od­po­wie­dział Braj­nic­ki. – To, co nazywamy ciepłem, to chaotyczny ruch cząstek. Aparat, który skonstruowałem, potrafi wyłapywać i magazynować znaczącą część tej energii. Przy odpowiednim ustawieniu może działać jako izolator i właśnie tę funkcję poleciłem twojej uwadze. Niestety, w przypadku ciał stałych mamy do czynienia raczej z drganiami cząstek niż z ich ruchem. Takie oscylacje, niemalże infinitezymalne, są nieporównywalnie trudniejsze do opanowania. Poza tym… Młody czło­wie­ku, co ty właściwie wiesz o fi­zy­ce kwan­to­wej?

Ma­fio­so ze­rwał się i za­czął cho­dzić od ścia­ny do ścia­ny.

– Wiem wszyst­ko, co po­trze­bu­ję wie­dzieć, czyli nic. Je­stem wła­ści­cie­lem ka­sy­na i kilku in­nych lo­ka­li, a nie ja­kimś pie­przo­nym in­te­li­gen­ci­kiem.

– W takim razie su­ge­ru­ję, mój chłop­cze, abyś jed­nak za­zna­jo­mił się choć­by z za­sa­dą nie­ozna­czo­no­ści He­isen­ber­ga. Ona sama, z oczy­wi­stych wzglę­dów, nie wy­ja­śni wszyst­kie­go w dzia­ła­niu de­ce­le­ra­to­ra, ale po­win­na pomóc we wska­za­niu ade­kwat­ne­go punk­tu od­wo­ła­nia pod­czas ob­ser­wo­wa­nia pro­ce­sów kwan­to­wych.

– Nic, kur… de, nie zro­zu­mia­łem.

– Mogę po­le­cić ci kilka po­zy­cji przy­stęp­nie tłu­ma­czą­cych te kwe­stie. Na po­czą­tek pro­po­no­wał­bym…

– Nie za­mie­rzam czy­tać żad­nych ba­dziew­nych ksią­żek! Chcę się do­wie­dzieć, dla­cze­go moje urzą­dze­nie tak de­bil­nie dzia­ła!

– No cóż, jak już wzmian­ko­wa­łem, z jed­nej stro­ny, wy­ni­ka to z fun­da­men­tal­nych zasad fi­zy­ki, w szczególności fizyki kwan­to­wej. Z dru­giej na­to­miast, po­waż­ny pro­blem sta­no­wi nie­ade­kwat­ność na­rzę­dzi, w jakie zo­sta­li­śmy za­opa­trze­ni. Ocze­ku­jesz od nas, młody czło­wie­ku, mak­sy­mal­nych efek­tów przy mi­ni­mal­nych kosz­tach. Tym­cza­sem nie da się zop­ty­ma­li­zo­wać żad­ne­go pro­ce­su przy tak zde­fi­nio­wa­nej funk­cji celu. Cały ze­spół pra­co­wał nad pro­to­ty­pem ponad dwa lata, wy­ko­rzy­stu­jąc przy tym trzy różne gran­ty. Stwo­rzy­li­śmy spe­cja­li­stycz­ne oprzy­rzą­do­wa­nie, bez prze­rwy po­sił­ku­jąc się do­stę­pem do naj­now­szych pu­bli­ka­cji ze wszyst­kich in­te­re­su­ją­cych nas dzie­dzin. Licz­nych dzie­dzin, pra­gnę pod­kre­ślić…

Piła przez dłuż­szą chwi­lę ana­li­zo­wał wy­po­wiedź Braj­nic­kie­go. Pro­fe­sor wku­rzał go nie­zmier­nie – niby nie­szko­dli­wy, zra­mo­la­ły sta­ru­szek, który nie po­tra­fi bez kwę­ka­nia utrzy­mać się na no­gach dzie­sięć minut, a fikał bez prze­rwy.

Noż, w mordę pytona, gangster z palcem w dupie robił w konia ZUS i skarbówkę, a nie mógł poradzić sobie z jednym gostkiem, który od dawna powinien butwieć na emeryturze! Nie to żeby rzutki przedsiębiorca nie próbował. Któregoś razu wkurwił się na profesorka i nie dał mu japońskiego piwa, na które dziadek akurat miał ochotę. Następnego dnia sukinkot ogłosił, że ma migrenę (na pewno symulował!) i zażądał wizyty lekarza. Z oczywistych powodów to życzenie nie zostało spełnione, więc Brajnicki ponad pół dnia przeleżał z chłodnym kompresem na głowie. Na wszelkie próby ochrzanu i skłonienia do pracy reagował wygłaszanymi zbolałym tonem półgodzinnymi przemowami o wpływie czegoś tam na organizm. I nawet nie wolno dać skur­czy­by­ko­wi w zęby. Wiadomo – jak się takiego staruszka pobije, to może przypadkiem kojfnąć, a to nie byłoby wskazane. Mafioso obawiał się, że na wyrwanie głupiego paznokcia stary zgred odpowiedziałby strajkiem głodowym albo czymś podobnym. Nie, tym razem nie warto było ryzykować – instynkt biznesmena przestrzegał Piłę przed tym krokiem.

Ale mimo wszyst­ko opła­ca­ło się mieć tego konia w staj­ni – zwięk­szo­ne zyski z naj­droż­sze­go stołu z na­wiąz­ką po­kry­wa­ły kosz­ty ka­pry­sów dziad­ka, nawet te jego idio­tycz­ne ko­szu­le i wy­szu­ka­ne żar­cie… Jeśli tak dalej pójdzie, przedsiębiorczy gangster za rok będzie mógł rozwinąć działalność, kupić sieć kasyn na terenie całej Polski, a nawet założyć prywatne zoo hodujące egzotyczne mięcho dla producenta złotodajnych maszynek.

– Do­brze, wła­mie­my się na po­li­bu­dę. Jaką tam macie ochro­nę w nocy?

– Mój chłop­cze! – Mimo nie­wy­god­ne­go krze­seł­ka pro­fe­sor przy­brał do­stoj­ną pozę i pa­trzył na roz­mów­cę jak wład­ca na am­ba­sa­do­ra, któ­re­mu zda­rzy­ło się wpleść wul­ga­ryzm do ofi­cjal­nej ty­tu­la­tu­ry pa­nu­ją­ce­go. – Chyba nie su­po­nu­jesz, że kie­dy­kol­wiek otwie­ra­łem drzwi do la­bo­ra­to­rium ina­czej niż za po­mo­cą klu­cza po­bra­ne­go na por­tier­ni? Po­li­tech­ni­ka nie pra­cu­je w nocy i nigdy nie prze­by­wa­łem na te­re­nie uczel­ni po dwu­dzie­stej dru­giej. Ale su­ge­ro­wał­bym za­bra­nie na akcję naj­now­sze­go mo­de­lu de­ce­le­ra­to­ra. Po­wi­nien w zna­czą­cym stop­niu stłu­mić dźwię­ki i świa­tło wy­do­by­wa­ją­ce się z po­miesz­cze­nia.

– Świet­ny po­mysł, ma pan łeb! Czego do­kład­nie po­trze­bu­je­cie i w któ­rym po­ko­ju to leży?

 

***

 

Pod­ko­mi­sa­rza Ja­błoń­skie­go wszyst­ko w tej spra­wie draż­ni­ło. Nic, do­słow­nie nic, nie trzy­ma­ło się kupy! Straż­nik zgi­nął w la­bo­ra­to­rium od strza­łu w klat­kę pier­sio­wą, przy­naj­mniej to wy­da­wa­ło się pewne. Dalej już pię­trzy­ły się wy­łącz­nie wąt­pli­wo­ści. Pa­to­log wstęp­nie oce­nił czas zgonu na mniej wię­cej czwar­tą, ale burk­nął, że prawa noga de­na­ta naj­wy­raź­niej zmar­ła ty­dzień temu. Czyli facet z gan­gre­ną unie­moż­li­wia­ją­cą cho­dze­nie zja­wił się w ro­bo­cie i nikt nic nie za­uwa­żył?

Zmien­nik zmar­łe­go upie­rał się, że Sta­szek na noc­nym dy­żu­rze pierw­szą kawę robił sobie około pół­no­cy, a ko­lej­ne co dwie go­dzi­ny, po­zo­sta­wia­jąc za­sy­fio­ny eks­pres i krysz­tał­ki tego swo­je­go ksy­li­to­lu na bla­cie. Tym­cza­sem eks­pres był czy­sty, a zu­ży­tych fil­trów nie zna­le­zio­no nawet w koszu na śmie­ci.

Wątpliwości zwiększała analiza nagrań. Och, uczelniany monitoring został skutecznie unieszkodliwiony. Zabójca musiałby być kretynem, żeby zostawić tak kompromitujące ślady. Technicy dostali zmasakrowany dysk, pokręcili nosami i ostrzegli, żeby nie robić sobie wielkich nadziei. Ale przecież pracowały kamery śledzące okoliczne ulice. Wszelki ruch zamarł około pierwszej, dopiero tuż przed piątą w obiektywy wlazł gówniarz w kasku motocyklowym. Poszedł w stronę uczelni, a po kilku minutach wrócił, dźwigając pudło wielkości mikrofalówki. Przed siódmą ruch znowu się ożywił, ale Politechnika raczej stanowiła cel wędrówek niż źródło.

No to kto i o której zabił denata?! Patolog upierał się, że zgon nie mógł nastąpić przed trzecią trzydzieści. Gdzie się podział zabójca? Ukrył się (ale gdzie?!) i wyszedł dopiero wraz z tłumem studentów? Czy strzelał ktoś mieszkający na tyle blisko, że wrócił do domu, nie przedefilowawszy przed żadną kamerą?

A co stało się ze skradzionym sprzętem? Do cholery, miał objętość dwudziestokrotnie większą niż marna mikrofalówka! Po prostu musiał zostać wyniesiony przed pierwszą. Co w tym czasie robił jeszcze żywy strażnik?

No wła­śnie, urzą­dze­nia, które znik­nę­ły z pra­cow­ni… Ci cho­ler­ni ja­jo­gło­wi wy­po­wia­da­li się o nich strasz­li­wie nie­chęt­nie. Jakby wła­ści­ciel zwi­nię­te­go Deep Blue tłu­ma­czył, że za­bra­no mu dwu­drzwio­wą szafę z ka­bel­ka­mi w środ­ku. Nie za­le­ża­ło im na od­zy­ska­niu swo­ich ga­dże­tów? Pod każ­dym innym wzglę­dem współ­pra­co­wa­li, aż miło, nie pro­te­sto­wa­li przy po­bie­ra­niu od­ci­sków pal­ców, tylko gadać nie chcie­li za nic w świe­cie. Gdyby ukry­wa­li trupa w któ­rymś biur­ku, nie zachowywaliby się bar­dziej ta­jem­ni­czo!

A ta dzi­wacz­na, ciem­na ob­wód­ka do­oko­ła zwłok? Nigdy jesz­cze cze­goś ta­kie­go nie wi­dział. Jakby tam leżał iskrzą­cy aku­mu­la­tor, a nie ciało.

I jesz­cze to cho­ler­nie silne prze­świad­cze­nie, że całe wła­ma­nie i za­bój­stwo jakoś wiążą się ze zgło­szo­nym przed ty­go­dniem za­gi­nię­ciem pro­fe­so­ra Braj­nic­kie­go. Prze­cież to jego sprzęt szlag tra­fił! Tylko co jesz­cze łączy te spra­wy?

 

***

 

– Moja noga tam wię­cej nie po­sta­nie! Re­zy­gnu­ję!

– Ale, Ju­sty­sia, dla­cze­go?

– Bo to ja­kieś dia­bel­skie sztucz­ki, ot co! Wiesz, ko­cha­na, że to w moim skrzy­dle za­bi­li pana Stasz­ka?

– Świeć, Panie, nad jego duszą… – Ga­brie­la prze­że­gna­ła się na wspo­mnie­nie zmar­łe­go. Ko­le­żan­ka po­wtó­rzy­ła gest. – Tak mi się wy­da­wa­ło, że to twój rewir bę­dzie. Ale cię wczo­raj nie wi­dzia­łam, a chcia­łam za­py­tać…

– Żeśmy się wczo­raj nie spo­tka­ły, bo mnie po­li­cja za­trzy­ma­ła i prze­słu­chi­wa­ła. Bo to ja go zna­la­złam. Z sa­me­go rana, nie­dłu­go po tym, jak za­czę­łam sprzą­tać. Leżał sobie, bie­du­lek, tuż przy drzwiach.

– I co? – W oczach roz­mów­czy­ni błysz­cza­ły cie­ka­wość, smu­tek i dużo eks­cy­ta­cji. Tak do­brze po­in­for­mo­wa­ny świa­dek!

– I, mówię ci, strasz­nie tam siar­ką cuch­nę­ło!

– O Jezus Maria! Ale w la­bo­ra­to­riu­mach to czę­sto czymś śmier­dzi. Beata opo­wia­da­ła…

– Co ona tam wie! Ona sprzą­ta na trze­cim pię­trze, tam wię­cej che­mi­ków sie­dzi. Ci moi to ra­czej przy kom­pu­te­rach maj­stru­ją, ja­kieś ma­szyn­ki robią… Ale to nie smród był naj­gor­szy! Bo dzi­siaj, wy­obraź sobie…

– No?!

– Jak już wy­nie­śli świę­tej pa­mię­ci pana Stasz­ka, to zo­ba­czy­łam, że do­oko­ła niego dia­bli krąg wy­pa­li­li!

– O mój Boże!

– Do­kład­niut­ko tam, gdzie leżał. Ja pa­mię­tam… Mówię ci, ko­cha­na, każda ręka za­zna­czo­na, każdy palec.

– Ale może to po­li­cja ob­ry­so­wa­ła? Wi­dzia­łam na fil­mie…

– Też tak przez chwi­lę po­my­śla­łam. Ale gdzie tam! Śled­czy to prę­dzej kredą, a ja te ślady pró­bo­wa­łam zmyć i nijak nie scho­dzi! Ognie pie­kiel­ne. Przy­szli dia­bli po duszę pana Stasz­ka.

– Coś ta­kie­go!

– Toteż wła­śnie. Ja już wię­cej do tego po­ko­ju nie wejdę! A naj­le­piej do bu­dyn­ku! Rzu­cam pracę!

– Ale, Ju­sty­sia… Tu ro­bo­ta dobra, pewna, na­ukow­cy za­wsze grzecz­ni, nie­któ­rzy nawet „dzień dobry” po­wie­dzą jak czło­wie­ko­wi… Z czego bę­dzie­cie z Pa­weł­kiem żyli?

– Zba­wie­nie duszy waż­niej­sze!

– A słu­chaj, jakby tak księ­dza po­pro­sić, niech co zrobi. Znasz ja­kie­go?

– Dobra myśl, ko­cha­na! Znam, znam, sa­me­go pro­bosz­cza po­pro­szę. Jak nie wy­eg­zor­cy­zmu­je, to cho­ciaż do­ra­dzi…

 

***

 

W pią­tek nor­mal­nie pra­co­wać się nie dało. Wpraw­dzie po­li­cjan­ci po­zwo­li­li już wcho­dzić do la­bo­ra­to­rium, ale i tak ponad po­ło­wa urzą­dzeń znik­nę­ła. Przede wszyst­kim jed­nak trud­no było przejść spo­koj­nie obok tak sen­sa­cyj­nych wy­da­rzeń. Wszy­scy człon­ko­wie ze­spo­łu, któ­rzy aku­rat nie mieli zajęć, ze­bra­li się w sali kon­fe­ren­cyj­nej. Po­przed­nie­go dnia funk­cjo­na­riu­sze dość sku­tecz­nie unie­moż­li­wia­li na­ukow­com wy­mia­nę in­for­ma­cji, dzi­siaj fi­zy­cy nad­ra­bia­li za­le­gło­ści.

– Cie­ka­we, co Dzia­dek zrobi, jak się dowie. Pół roku pracy w plecy!

Przez kilka twa­rzy prze­mknę­ły cie­nie. To praw­da, Braj­nic­ki nie to­le­ro­wał mnó­stwa rze­czy i po­tra­fił być wred­ny i cho­ler­nie pa­mię­tli­wy, kiedy ktoś mu pod­padł.

– Eeee, nie aż tyle, na szczę­ście kom­pów nie ru­szy­li, do­ku­men­ta­cja zo­sta­ła. Jak gliny nie od­zy­ska­ją sprzę­tu, to w dwa, góra trzy ty­go­dnie od­bu­du­je­my.

– A wła­śnie, co się wła­ści­wie stało z Dziad­kiem? Coś go nie wi­dzia­łem od kilku dni…

– Kry­cha mówi, że chory.

– Taaa, chory! W domu go nie ma, ko­mór­ka wy­łą­czo­na, nawet do­rwa­łem te­le­fon do jego go­spo­si, ko­bie­ci­na bre­dzi coś bez sensu. A obie­cał mi na po­nie­dzia­łek po­praw­ki do re­fe­ra­tu na kon­fe­ren­cję w Chor­wa­cji…

– No to co on kom­bi­nu­je?

– Na za­cho­dzie można ten model za grubą kasę sprze­dać… Nie­daw­no jakiś szwab wy­py­ty­wał mnie przy piwie o nasze prace.

– Nie chrzań. Na pół­no­cy można za niego do­stać jesz­cze grub­szą kasę bez sprze­da­wa­nia.

– Nie, to wy­klu­czo­ne. Szef na pewno nie handluje naszą maszynką. W ubie­głym ty­go­dniu zo­sta­wi­łem u niego w ga­bi­ne­cie pa­ra­sol. Długo się cza­iłem, cze­ka­łem, aż się po­ja­wi, ale we wto­rek tak lało, że ubła­ga­łem Kryś­kę, żeby mnie wpu­ści­ła. No i na biur­ku leżał sobie lap­top. Gdyby stary coś chciał zachachmęcić, to tam prze­cież trzyma wszyst­kie naj­waż­niej­sze pliki.

– Pliki to mógł sobie na pen­dri­wie wy­nieść, tylko po co?

– No to co się z nim dzie­je? W domu nie sie­dzi, w szpi­ta­lu chyba też nie, bo go­spo­sia by wie­dzia­ła…

– Po­de­rwał la­sen­cję i wy­je­cha­li do ja­kie­goś ro­man­tycz­ne­go za­kąt­ka.

– Po­rwa­li go i zmu­sza­ją do od­da­nia se­kre­tów za darmo!

– Bo z Dziad­ka łatwo co­kol­wiek wy­du­sić! Kie­dyś razem z sze­fem ne­go­cjo­wa­li­śmy jeden grant z ja­kimś pa­lan­tem z mi­ni­ster­stwa. Stary prze­szedł sa­me­go sie­bie, my­śla­łem, że się po­si­kam. Jak trze­ba, to skle­ro­za. Cze­goś nie do­sły­szał, coś prze­ina­czył, za­czął za­wi­le tłu­ma­czyć szcze­gó­ły, kiedy tam­ten spoj­rzał na ze­ga­rek… W końcu do­sta­li­śmy wszyst­ko, co chcie­li­śmy, a fa­ce­cik pra­wie nam dzię­ko­wał za za­szczyt.

– No! Gdyby ktoś po­rwał Braj­nic­kie­go, to po dwóch dniach od­pro­wa­dził­by z po­wro­tem i bar­dzo grzecz­nie po­pro­sił, żeby tego po­two­ra wię­cej mu do domu nie wpusz­czać.

– Ta­aaak… Kie­dyś sły­sza­łem, jak przez kwa­drans tłu­ma­czył go­spo­si, jak na­le­ży myć figi i dla­cze­go. Stary po­tra­fi wku­rzyć…

– Mie­li­śmy plot­ko­wać o za­bój­stwie i wła­ma­niu, a nie o Dziad­ku.

– Wi­dzie­li­ście, jak gliny ob­ry­so­wa­ły ciało? My­śla­łem, że tylko na fil­mach tak robią.

– Bo i tylko tam. Teraz fo­to­gra­fu­ją. Serio? Nic nie za­uwa­ży­łem, pa­trzy­łem po sto­łach, co zgi­nę­ło.

– Se­rio-se­rio, na pod­ło­dze przy drzwiach jest gęsty szla­czek z czar­nych kro­pe­czek. Tro­chę, jakby ma­lo­wa­li farbą w spre­ju, ale bar­dzo duże te kro­pel­ki mu­sia­ły być.

– Co ta­kie­go?!

– Bar­dzo duże krop…

– Prze­cież takie ślady zo­sta­wia de­ce­le­ra­tor dzia­ła­ją­cy na obiekt, który leży na pod­ło­dze! Na sto­łach jest inna po­wierzch­nia, tam nic nie widać.

– Po­waż­nie? Nigdy nie zwró­ci­łem uwagi…

– No to po­ja­wi­ło nam się mnó­stwo ma­te­ria­łów do prze­my­śle­nia i omó­wie­nia.

Ktoś zer­k­nął na ze­ga­rek, za­klął i bąk­nął coś o wy­kła­dzie za dwie mi­nu­ty. Kilka osób po­spiesz­nie wy­szło z sali.

– Mamy serię no­wych pytań: po co dzia­łać de­ce­le­ra­to­rem na portiera, kto wie­dział, jak ob­słu­żyć urzą­dze­nie, skąd ono tam się wzię­ło, bo nasz pro­to­typ jest za mały, żeby objąć dzia­ła­niem całe ciało…

– Ja tam je­stem cie­kaw, jaki jest wpływ za­ba­wy z en­tro­pią na żywe or­ga­ni­zmy.

– Py­ta­nie, czy por­tier był wtedy żywy…

Drzwi się otwo­rzy­ły.

– An­drzej mówił, że tu sie­dzi­cie. Wie­cie, mam zna­jo­me­go gli­nia­rza, za­dzwo­ni­łem dzi­siaj do niego. Słu­chaj­cie, ale jaja…

– No?! – Zgod­ny chó­rek za­chę­cił dok­to­ran­ta.

– Pa­to­log za­czął sek­cję i mówi, że cze­goś ta­kie­go to jesz­cze w życiu nie wi­dział! Wy­glą­da, jakby ka­wał­ki cie­cia sta­rza­ły się w róż­nym tem­pie. Jedno płuco świe­żut­kie, pół dru­gie­go jak po kilku dniach w tem­pe­ra­tu­rze po­ko­jo­wej. I w całym or­ga­ni­zmie taka siecz­ka – różne sta­dia roz­kła­du, prze­mie­sza­ne bez ładu i skła­du, jakby każdy organ umarł w innym mo­men­cie, a cały pro­ces cią­gnął się przez dwa ty­go­dnie.

– No to już wiesz, jak de­ce­le­ra­cja dzia­ła na żywe stwo­rzon­ka.

– Ale z czego to wy­ni­ka? Ta przy­pad­ko­wość?

– He­isen­berg in­ter­we­nio­wał?

– W ta­kiej skali? Nie prze­ko­na­łeś mnie. Na po­zio­mie ko­mó­rek, to od biedy ujdzie, ale pół płuca?

– Też mi się wy­da­je, że to nie po­rząd­ny, kwan­to­wy chaos, tylko ja­kieś skraw­ki po­łą­czo­ne lo­so­wo…

– Braj­nic­ki zaj­mo­wał się kie­dyś pro­ce­sa­mi ran­do­micz­ny­mi.

– No prze­cież! Sam pi­sa­łem u niego ze dwa­dzie­ścia lat temu ma­gi­ster­kę o kwan­to­wych sy­mu­la­to­rach liczb lo­so­wych!

– Pa­no­wie, to zmie­nia po­stać rze­czy…

– Młody, za­proś tu tego po­li­ca­ja, który wczo­raj z nami roz­ma­wiał.

 

***

 

Tym razem Łysy z kum­pla­mi za­cza­ili się po lek­cjach przed szko­łą. Paweł nie mógł li­czyć na zbaw­czy dzwo­nek.

– Po­wiedz nam, co jest cie­kaw­sze: kle­pa­nie pa­cio­rów czy ro­bie­nie czar­nych lodów?

Nie wy­trzy­mał. Pycha wy­pchnę­ła z ust słowa, które miały zo­stać nie­wy­po­wie­dzia­ne.

– Ech, wy głąby bez wy­obraź­ni… Służ­ba Bogu to nie tylko msze. Są jesz­cze takie rze­czy, że po­ża­łu­je­cie, że uro­dzi­li­ście się za głupi na mi­ni­stran­tów. Wczo­raj na przy­kład we­zwa­no nas z księ­dzem na miej­sce zbrod­ni.

– Pi­to­lisz!

– Po­wa­ga. Umie­cie czy­tać? We wszyst­kich piąt­ko­wych ga­ze­tach pi­sa­li o tru­pie na po­li­bu­dzie.

– No! Sły­sza­łem o tym. Ale po co ksiądz?

– Bo wi­dzisz, Łysy… – Paweł efek­tow­nie za­wie­sił głos, ro­zej­rzał się dla wzmoc­nie­nia wra­że­nia, po czym do­koń­czył szep­tem: – Wy­glą­da na to, że w spra­wę były za­mie­sza­ne siły pie­kiel­ne. Tylko, wie­cie, nie roz­po­wia­daj­cie tego. Nie chce­my wzbu­dzać pa­ni­ki wśród wier­nych.

Tym wred­nym dup­kom wresz­cie speł­zły z facjat bez­czel­ne uśmiesz­ki, oczy (a w dwóch przy­pad­kach również usta) otwo­rzy­ły się sze­ro­ko. Stali jak słupy soli i słu­cha­li mi­ni­stran­ta uważ­niej niż fri­staj­lu­ją­ce­go idola.

– Do po­ko­ju, w któ­rym nie­szczę­śnik oddał duszę, za­pro­wa­dzi­ła nas moj… młoda stu­dent­ka. Dziew­czy­na z pierw­sze­go roku. Po­ka­za­ła nam drogę na dru­gie pię­tro. W win­dzie mo­głem sobie na nią spo­koj­nie po­pa­trzeć. No, wie­cie, jak wy­glą­da­ją stu­dent­ki, nie? Uroda, styl, ele­gan­cja, klasa, in­te­li­gen­cja, do­ro­słość… Szczu­pła sza­tyn­ka z zie­lo­ny­mi roz­ma­rzo­ny­mi ocza­mi i po­nęt­ny­mi war­ga­mi. Miała… – Ge­stem ob­ja­śnił, co miała, gdzie to się znaj­do­wa­ło i jak duże było. – No, ale mniej­sza o dziew­czy­nę, nie o nią tutaj cho­dzi. – Ma­śla­ny wzrok star­szych ko­le­gów su­ge­ro­wał, że wprost prze­ciw­nie, wła­śnie o nią. Z tym więk­szą sa­tys­fak­cją Paweł prze­szedł do opisu la­bo­ra­to­rium: – Zo­sta­wi­li­śmy ko­bie­tę za drzwia­mi. Nie mo­gli­śmy jej na­ra­żać. Dalej po­szli­śmy tylko we dwóch: ja i ksiądz pro­boszcz. Ślady dia­bel­skiej dzia­łal­no­ści zo­ba­czy­li­śmy tuż za pro­giem. Łań­cu­szek pla­mek wy­pa­lo­nych na wy­kła­dzi­nie. Kształ­tem od­po­wia­dał czło­wie­ko­wi, a ści­ślej duszy po­rwa­nej do pie­kła. Bar­dzo rzad­ko zda­rza się taki przy­pa­dek, ale tak to wła­śnie wy­glą­da – zwę­glo­ne kro­pecz­ki tam, gdzie stał czło­wiek w mo­men­cie śmier­ci…

 

Paw­ło­wi jesz­cze raz sta­nę­ły przed oczy­ma po­nie­dział­ko­we wy­da­rze­nia. Rze­czy­wi­stość nie wy­glą­da­ła tak fra­pu­ją­co, jak to opisywał swoim prze­śla­dow­com. Wła­ści­wie, to po­miesz­cze­nie za drzwia­mi roz­cza­ro­wa­ło chło­pa­ka. Spo­dzie­wał się krwi, w naj­gor­szym wy­pad­ku ton prosz­ku do szu­ka­nia od­ci­sków pal­ców, a tu nuda. Pokój więk­szy niż ja­ka­kol­wiek klasa w szko­le, ale o wiele mniej­szy niż sala gim­na­stycz­na. Kilka kwa­dra­to­wych sto­łów, pełno sprzę­tu po­dob­ne­go do gra­tów zgro­ma­dzo­nych na za­ple­czu pra­cow­ni fi­zycz­nej.

Tylko ten obrys ciała na pod­ło­dze, tuż przy wej­ściu, robił wra­że­nie. Wpraw­dzie sta­ru­szek, do któ­re­go wszy­scy zwra­ca­li się “panie dzie­ka­nie”, twier­dził, że ta czar­na ob­wód­ka to efekt dzia­ła­nia ja­kie­goś urzą­dze­nia (nawet zwło­ki zbesz­cze­ści­li, zwy­rod­nial­cy!), a nie żad­nych sił nad­przy­ro­dzo­nych, ale prze­ciw­ko wi­zy­cie pro­bosz­cza nie pro­te­sto­wał.

Mimo wy­ja­śnień pana w gar­ni­tu­rze (po­dob­no naj­lep­si na­ukow­cy co­dzien­nie przy­cho­dzi­li do pracy tak ubra­ni. Bie­dac­twa), mi­ni­stran­tem wstrzą­snął dreszcz na widok ciem­ne­go kon­tu­ru. Sta­ran­nie uni­kał na­dep­nię­cia na czar­ne kro­pecz­ki. A to tylko plam­ki i to w peł­nym bla­sku po­po­łu­dnia! Jak to mu­sia­ło wy­glą­dać w pół­mro­ku świtu, kiedy w tym miej­scu le­ża­ło ciało? Brrrr! Po raz pierw­szy od wcze­sne­go dzie­ciń­stwa Paw­ło­wi przy­szło do głowy, że jego matka jest cho­ler­nie twar­da i od­waż­na. Trze­ba mieć jaja, żeby co­dzien­nie sa­mot­nie wra­cać do po­miesz­cze­nia, w któ­rym za­strze­lo­no two­je­go zna­jo­me­go.

Pro­boszcz wy­po­wie­dział kilka for­mu­łek, po­kro­pił wodą świę­co­ną frag­ment pod­ło­gi, na któ­rym leżał zmar­ły straż­nik, potem – mniej do­kład­nie – resz­tę sali, oddał mi­ni­stran­to­wi uten­sy­lia. Wspól­nie zmó­wi­li jesz­cze mo­dli­twę, po czym wy­szli za­pew­nić pa­ra­fian­kę, że nic już jej nie grozi ze stro­ny sił pie­kiel­nych.

 

***

 

Ja­błoń­ski pa­trzył w przy­szłość z wy­jąt­ko­wym opty­mi­zmem. Odkąd ja­jo­gło­wi za­czę­li współ­pra­co­wać, cała spra­wa za­bój­stwa na Po­li­tech­ni­ce znacznie się upro­ściła. Odpadły wszystkie hipotezy, że stary fizyk zniknął z własnej nieprzymuszonej woli. Nie, został uprowadzony, a jego po­ry­wa­cze wtargnęli do la­bo­ra­to­rium. Coś za­alar­mo­wa­ło straż­ni­ka. Za­sko­czył ban­dzio­rów, do­stał kulkę. Włą­czy­li wa­dli­we urzą­dze­nie skon­stru­owa­ne przez pro­fe­so­ra pod przy­mu­sem, wy­nie­śli sprzęt, nad ranem wy­sła­li ja­kie­goś gów­nia­rza po ta­jem­ni­cze ustroj­stwo. Stróż zmarł przed północą, ale ciało pod­da­ne cu­dacz­ne­mu dzia­ła­niu roz­kła­da­ło się w dziw­nym i nie­rów­nym tem­pie, co zmy­li­ło pa­to­lo­ga i praw­do­po­dob­nie miało za­pew­nić za­bój­com alibi. I, do diabła ciężkiego, gdyby maszyneria pracowała poprawnie, a naukowcy nie puścili farby, alibi byłoby doskonałe. Za cały budżet policji, armii i więziennictwa na dokładkę, nie dałoby się udowodnić przed sądem winy zabójcy.

Teraz, aby złapać tego, kto pociągnął za spust, wystarczyło do­paść po­ry­wa­czy. Niby nie ma żad­ne­go punk­tu za­cze­pie­nia, ale praw­dzi­wą skarb­ni­cą wie­dzy oka­za­ła się go­spo­sia Braj­nic­kie­go. Bo facet miał ka­pry­sy ży­wie­nio­we gor­sze niż pri­ma­don­na w ciąży. Steki z kan­gu­ra! Kto to sły­szał, żeby ko­tle­ta spro­wa­dzać sobie z Au­stra­lii? Ale Jabłoński nie miał ab­so­lut­nie nic prze­ciw­ko lu­dziom z fa­na­be­ria­mi. Wręcz prze­ciw­nie – to prze­cięt­ni Ko­wal­scy wku­rza­li go naj­bar­dziej – nikt na nich nie zwra­cał uwagi, żaden świa­dek nie za­pa­mię­ty­wał… A mięso kan­gu­ra, cu­kier­ki im­bi­ro­we i kilka in­nych ulu­bio­nych przy­sma­ków pro­fe­so­ra dało się kupić wy­łącz­nie w jed­nym skle­pie na te­re­nie Wro­cła­wia (przynajmniej tak twierdziła pomoc domowa Brajnickiego i podkomisarz był skłonny jej wierzyć). Jeśli tylko fi­zy­ka nie trzy­ma­no o chle­bie i wo­dzie – a go­spo­sia upie­ra­ła się, że to nie­moż­li­we – uję­cie spraw­ców po­rwa­nia po­zo­sta­wa­ło kwe­stią czasu.

Gorzej, jeżeli profesora wywieziono z miasta. Wtedy zabójcy trzeba szukać inną drogą. Kto chciałby porwać fizyka i jeszcze włamywać się do pracowni? Zdesperowana kochanka albo jej mąż? Bez przesady – po siedemdziesiątce? Konkurencja? Bez sensu – rywale nie kradliby stosunkowo łatwych do odbudowania narzędzi, tylko zniszczyli prototyp najnowszego wynalazku i wykasowali dane na komputerach. Prywatny wróg zdecydowany rozchrzanić Brajnickiemu życie? Możliwe, ale kto się tak zawziął na staruszka? Sabotażysta w zespole? Niewykluczone – jeden asystent jakoby złamał nogę i zniknął z horyzontu. Kto jeszcze miałby motyw? Każdy przestępca zainteresowany maszynką do zapewniania alibi, ale skąd wiedziałby, kogo porwać?

 

***

 

– Ty, mi­ni­strant!

Paweł obej­rzał się, wzdy­cha­jąc. Oczy­wi­ście – Łysy z nie­od­łącz­ną ob­sta­wą. A miał na­dzie­ję, że po wczo­raj­szej opo­wie­ści dadzą mu tro­chę spo­ko­ju.

– Czego?

– Wiesz, skąd wzię­ła się nazwa “oaza”? – Chło­pak tylko wy­wró­cił ocza­mi. Wie­dział, ale z pew­no­ścią nie o to cho­dzi­ło pa­lan­to­wi. – Bo, póki dzie­cia­ki są małe, to nie ma pro­ble­mów, ale jak uro­sną, to przy ro­bie­niu laski gar­bią się jak wiel­błą­dy!

– Po­żar­to­wa­li­śmy… – wy­krztu­sił Łysy, cią­gle chi­cho­cząc. – A teraz pój­dziesz z nami!

– O, czyż­by­ście wy­bie­ra­li się słu­żyć przy wie­czor­nej mszy? Bo ja tak.

– Nie pitol! – zi­ry­to­wał się naj­waż­niej­szy z trzech głą­bów. – To twój wiel­ki dzień! Po­wtó­rzy­łem twoją hi­sto­ryj­kę jed­ne­mu zio­ma­lo­wi i on po­wie­dział, że jego zna­jo­my bar­dzo się in­te­re­su­je tym za­bój­stwem. Go­ściu z Nie­miec przy­je­chał. Jak mu opo­wiesz wszyst­ko, co wiesz, ze szcze­gó­ła­mi, to za fa­ty­gę do­sta­niesz dzie­sięć eu­ra­sów.

– Bę­dzie­cie mogli ze swoją sta­rą-sprzą­tacz­ką urzą­dzić sobie imprę! – do­rzu­cił dow­cip­niej­szy z przy­du­pa­sów. – I to bez pod­kra­da­nia szma­lu z tacy!

– Po mszy – za­de­cy­do­wał Paweł.

– Niech bę­dzie – nie­chęt­nie zgo­dził się pro­wo­dyr. Nie opła­ca­ło się han­dry­czyć ze szcze­nia­kiem. W końcu Ły­se­mu też obie­ca­no dychę za po­śred­nic­two. – Bę­dzie­my cze­kać na pla­cy­ku za szko­łą.

 

***

 

Piła cały dzień cho­dził pod­mi­no­wa­ny. Z tego po­wo­du dwóch go­ry­li pre­zen­to­wa­ło świa­tu pod­bi­te śle­pia. A wszyst­ko dla­te­go, że jakiś su­kin­syn pró­bo­wał szan­ta­żo­wać wła­ści­cie­la ka­sy­na roz­pu­szczeniem wśród gra­czy plot­ki o urzą­dze­niu pod naj­droż­szym sto­łem. Skąd ten cien­ki w uszach nie­miec­ki ku­ta­si­na to wie­dział? Za­ufa­ny kru­pier na pewno nie pu­ścił pary z gęby, fi­zy­ków ma­fio­so pil­no­wał jak oka w gło­wie, nie mieli nawet szan­sy, aby prze­my­cić jakiś gryps poza piw­ni­ce bu­dyn­ku. Więc skąd?!

Na szczę­ście za swoje mil­cze­nie szko­p nie chciał wygórowanej ceny. Pra­gnął za­le­d­wie oglę­dzin i do­kład­ne­go ob­fo­to­gra­fo­wa­nia ustroj­stwa z kasyna i fan­tów z po­li­bu­dy. Nawet o tym skur­wiel wie­dział!

Upierał się jeszcze przy jednym z modeli urządzenia, ale przynajmniej Piła zdołał wynegocjować przyzwoitą cenę za krwawicę swoich więźniów. Szantażysta miał ochotę na aparacik spod stołu (ha! Kto by nie chciał czegoś takiego?! Zyski kasyna nieźle hulnęły!), ale musiał zadowolić się lodówką. Z tą mafioso mógł rozstać się bez większego żalu – i tak nigdy zbyt dobrze nie działała. Umówili się, że następnego dnia dokonają wymiany.

Piła nie miał ocho­ty na po­zo­sta­wia­nie przy życiu tak do­sko­na­le po­in­for­mo­wa­ne­go czło­wie­ka, któ­re­go lo­jal­no­ści nie mógł być pe­wien. Jednak dzie­sięć pa­ty­ków, i to w euro, pie­cho­tą nie cho­dzi…

W re­zul­ta­cie Nie­miec prze­żył, a Piła nie mógł się do­cze­kać sfi­na­li­zo­wa­nia trans­ak­cji.

 

***

 

– No, jesteś wreszcie! – Justyna od dawna pragnęła podzielić się wrażeniami z koleżanką. – Coś cię długo nie widziałam…

– A bo chora byłam. A co się tu działo? Sprowadziłaś księdza?

– Tak, kochana, sam proboszcz przyszedł. I wyobraź sobie, że mojego Pawełka wziął do pomocy! – Oczy kobiety zaświeciły z dumy.

– Coś takiego! To on jest ministrantem? Nigdy nie mówiłaś…

– No! Jakoś się nie zgadało. Ksiądz proboszcz wyegzorcyzmował to przeklęte miejsce, a potem jeszcze mnie pobłogosławił. Od razu się lepiej poczułam! I, mówię ci, Pawełkowi też to pomogło. Taki spokojniejszy się zrobił. Widać strasznie się martwił tym wszystkim.

– Wrażliwy chłopak…

– A pewnie! I jeszcze bardzo mu się tu spodobało, bo mówi, że chce studiować na politechnice. – Uśmiechnęła się szeroko.

– A daj mu, Boże, zdrowie! – poparła życzenie Gabriela. – Z wykształceniem to zawsze w życiu łatwiej.

– Ano łatwiej… A właśnie! Co ci było? I nawet na pogrzeb świętej pamięci pana Staszka nie przyszłaś?

– A, szkoda słów! Coś mi się z żołądkiem porobiło, nikt nie wiedział, co to. W szpitalu byłam na badaniach, gastroskopię mi robili i inne rzeczy. Mówię ci, moja droga, co ja przeszłam, to się nie da opisać…

 

***

 

Frie­drich wresz­cie miał przed sobą per­spek­ty­wę ry­chłe­go wy­jaz­du z tego dzi­kie­go kraju. Po­wrót do cy­wi­li­za­cji, a potem… Ha, potem do­pie­ro bę­dzie cu­dow­nie. Dzia­ła­ją­cy eg­zem­plarz urzą­dze­nia! Ta­kich re­zul­ta­tów nikt się nie spo­dzie­wał, kiedy wy­sy­ła­no go z misją wy­ba­da­nia, na czym po­le­ga prze­łom na Po­li­tech­ni­ce Wro­cław­skiej. Sze­fo­stwo w Gered & Has­bucht bę­dzie wnie­bo­wzię­te. Ani chybi dadzą We­be­ro­wi so­wi­tą pre­mię albo awans. Może jedno i dru­gie. Kto wie? Za taką zdobycz mogą nawet przenieść zaradnego wysłannika do centrali w Barcelonie. Lubił klimat śródziemnomorski.

A jeśli z przeprowadzki nic nie wyjdzie, to przynajmniej poja­dą sobie z na­rze­czo­ną w ja­kieś eg­zo­tycz­ne miej­sce. Ka­ra­iby? Z pew­no­ścią za­słu­żył na od­po­czy­nek w miej­scu tak cie­płym, że dziew­czy­nom wy­star­cza­ją gir­lan­dy kwia­tów za­miast ubrań.

Misja zakończyła się ogromnym sukcesem. Niemiec musiał przyznać, że miał mnóstwo szczęścia. Wprawdzie do kasyna poszedłby prędzej czy później, ale zabójstwo w interesującej go pracowni… Dziennikarze odwalający za człowieka większość roboty to miły dar od losu. Artykuły o dziwacznym stanie zwłok aż kazał sobie przetłumaczyć na niemiecki. Gdyby nie powszechne zainteresowanie sprawą, pewnie nawet nie dotarłby do szczeniaka, który oglądał ślady po pracującym urządzeniu i rozmawiał z dziekanem. Wtedy wystarczyło skojarzyć fakty, iskierka przeskoczyła.

Zdo­by­cie mo­de­lu de­ce­le­ra­to­ra oka­za­ło się ba­nal­nie łatwe. Durny po­la­czek oddał bez­cen­ną ma­szy­nę za fi­stasz­ki. Oczy­wi­ście, że za­mie­rzał zabić nie­wy­god­ne­go świad­ka, aż tak głupi jed­nak nie był, ale wy­star­czy­ło wy­na­jąć ja­kie­goś mło­de­go gang­ste­ra, by przez dwie go­dzi­ny peł­nił rolę go­ry­la i na­po­mknąć o ko­per­cie z na­pi­sem “otwo­rzyć w razie mojej śmier­ci”. Pro­ste.

A teraz rów­nie łatwo bę­dzie sko­pio­wać apa­rat, na wszel­ki wy­pa­dek odro­bi­nę zmie­nia­jąc de­sign, i po­gnać z nim do urzę­du pa­ten­to­we­go. Ale tym już zajmą się inni. Weber swoje za­da­nie wy­ko­nał. Ce­lu­ją­co. A wy­strych­nię­ci na dudka na­ukow­cy nawet nie wie­dzą, że po­win­ni się spie­szyć, bo wła­śnie za­czął się wy­ścig.

Swoją drogą, ciekawe, skąd właściciel kasyna wytrzasnął urządzenie. Pewnie dogadał się z jakimś znajomkiem pracującym na uczelni. Potrzebowali części, więc się włamali i strażnik ich przyłapał. W tym polskim bajzlu wszystko było możliwe.

Nie­miec sta­ran­nie umie­ścił pudło z tyłu BMW, owi­nął kocem i pie­czo­ło­wi­cie za­mo­co­wał, aby dro­go­cen­nym ła­dun­kiem nie rzu­ca­ło po całym, ob­szer­nym wszak, ba­gaż­ni­ku.

Kiedy wy­jeż­dżał z par­kin­gu pod ka­sy­nem, usły­szał sy­re­ny. Do­pie­ro wówczas za­uwa­żył, że w oko­li­cy kręci się mnó­stwo po­li­cjan­tów. Po­my­ślał, że to pew­nie jakiś wy­pa­dek albo prze­jazd lo­kal­ne­go ka­cy­ka ła­se­go na ry­tu­ały i skrę­cił w stro­nę ho­te­lu. Wy­mel­do­wać się.

 

***

 

Braj­nic­ki sie­dział w swoim ga­bi­ne­cie. Efek­tow­na akcja chłop­ców z po­li­cji za­koń­czy­ła urlop od dy­dak­ty­ki. Może to i lepiej – jeszcze trochę nieustannego przebywania w piwnicy i fizyk dostałby reumatyzmu. Ale ile eks­pe­ry­men­tów zwią­za­nych z dzia­ła­niem de­ce­le­ra­to­ra wy­po­sa­żo­ne­go w ran­do­mi­za­tor zdą­żył prze­pro­wa­dzić w mię­dzy­cza­sie! Wpraw­dzie, aby nie wzbudzić podejrzeń, w notesie mógł robić jedynie bardzo skąpe uwagi i mu­siał po­le­gać głównie na swo­jej pa­mię­ci, ale ta wciąż spi­sy­wa­ła się do­sko­na­le. Wła­ści­wa dieta, ot co!

A teraz naresz­cie był wolny i po sta­re­mu za­do­wo­lo­ny z życia. Bandyci nic nie zrobili gosposi. Fretowski już nie pracował na uczelni. Oficjalnie – z powodu symulowanego złamania nogi. Zespół podczas nieobecności szefa kontynuował prace. Owszem – włamanie znacząco spowolniło postęp.

Jed­nak nie wszyst­ko po­szło zgod­nie z pla­nem. Och, śmier­ci por­tie­ra nie dało się prze­wi­dzieć. Kto mógł zgad­nąć, że eme­ryt, za­miast we­zwać pomoc, sam pój­dzie zma­gać się z przestępcami? Brajnicki nie czuł się od­po­wie­dzial­ny za za­strze­le­nie straż­ni­ka. Ale przynajmniej jego zabójcy już oczekiwali na sprawiedliwość. Jednak istniały również inne powody do zdenerwowania – po­li­cja od­zy­ska­ła skra­dzio­ny sprzęt, ale cią­gle jesz­cze nie od­da­ła go na­ukow­com. Na mo­ni­ty od­po­wia­da­li, że ko­lej­ka, że mnó­stwo pa­pier­ków do wy­peł­nie­nia, że inni też cze­ka­ją. A co profesora ob­cho­dzi­li inni ze swo­imi nie­istot­ny­mi sa­mo­cho­da­mi, ko­mór­ka­mi i po­dob­ny­mi ga­dże­ci­ka­mi? Za­wsze mogli sobie kupić albo wy­na­jąć drugi eg­zem­plarz. Tylko przy­rzą­dy fi­zy­ków były je­dy­ne, nie­po­wta­rzal­ne, wła­sno­ręcz­nie kon­stru­owa­ne, aby speł­niać wszyst­kie wy­ma­ga­nia. Nie­któ­re pod­ze­spo­ły mu­sie­li ścią­gać z Azji, mie­sią­ca­mi cze­ka­jąc na prze­sył­kę. A teraz ob­ra­sta­ły sobie ku­rzem w po­li­cyj­nych piw­ni­cach, za­miast słu­żyć do do­świad­czeń.

Wpraw­dzie do­pil­no­wał, żeby na li­ście ży­czeń do pry­wat­nej zło­tej rybki, któ­rej uro­iło się, że jest węd­ka­rzem, nie zna­la­zło się nic na­praw­dę klu­czo­we­go, wy­raź­nie prze­strzegł przed ru­sza­niem kom­pu­te­rów w la­bo­ra­to­rium, ale nie­moż­ność uży­cia kom­ple­tu na­rzę­dzi jed­nak prze­szka­dza­ła w pra­cach.

Po raz ko­lej­ny w tym ty­go­dniu się­gnął po te­le­fon, aby użyć swo­ich ta­len­tów ne­go­cja­cyj­nych w nie­rów­nej walce z biu­ro­kra­ta­mi na ko­men­dzie.

 

***

 

Ki­lo­gra­mo­wy od­waż­nik ze­pchnię­ty z blatu runął na pod­ło­gę. Do uszu trzech osób w bia­łych far­tu­chach kon­tro­lu­ją­cych prze­bieg do­świad­cze­nia do­bie­gło tylko stłu­mio­ne łup­nię­cie. Po ka­fel­kach za­tań­czy­ły iskry. Komuś wy­rwał się pod­eks­cy­to­wa­ny okrzyk:

– Now it's wor­king!

Dru­kar­ka zgrzyt­nę­ła, po­szu­mia­ła i wy­plu­ła kart­kę z logo Gered & Has­bucht Corp. na samej górze i krót­kim pod­su­mo­wa­niem prze­bie­gu eks­pe­ry­men­tu po­ni­żej. Wy­ni­ka­ło z niego, że udało się od­zy­skać osiem­dzie­siąt sie­dem i trzy dzie­sią­te pro­cen­ta ener­gii ki­ne­tycz­nej cię­żar­ka. Suk­ces.

Koniec

Komentarze

Przepraszam, zapytam najpierw,  bo to chyba istotne dla wielu w Kolejce. 

Nie doczekawszy się  znaku od Dj Jajko, zdecydowałaś się wstawić opowiadanie? 

Czy to znaczy, że  czasami nie warto czekać? 

 

Nie biegam, bo nie lubię

Tak. Wydawało mi się bardzo mało prawdopodobne, że w niedzielę wieczorem Dj jeszcze wypowie się na temat mojego tekstu, zarekomenduje go MC, MC zdąży przeczytać i albo się zachwyci, albo zdecyduje do północy, że nie. Wobec tego chyba wiele nie tracę.

Ale to moja decyzja i nie musi nijak wpływać na decyzje innych konkursowiczów. Na pewno mój tekst zniknął z listy betowanych przez Jajka. :-)

Babska logika rządzi!

A więc jednak… Uff, jako becie chyba wypada mi jeszcze raz życzyć najlepszego z okazji Dnia Kobiet i wsadzić recenzję ot tak, z lekkością pląsającego hipopotama…

 

Ładny tekst, który służy zaprezentowaniu zabawnego pomysłu i który portretuje, odrobinę karykaturując, polski światek naukowy, toposik gangsterskiego biznesu i wielkiej korporacji (szkice, bardziej wyobrażenia). 

Odczytałem go sobie – i nadal odczytuję – jako trochę gorzkawe podsumowanie kondycji polskich realiów, gdzie suma drobnych zaniechań, fałszywie pojmowanej lojalności, partykularnych interesików i zwykłej niestaranności potrafi rozpieprzyć największe nawet odkrycie. Na czym, oczywiście, skorzysta ktoś bardziej zaradniejszy i sprawniejszy w pilnowaniu strategicznego interesu.

Z galerii zaprezentowanych postaci bardzo podobają mi się, nieco karykaturalne, ale przez to jak żywe, sprzątaczki-dewotki oraz Piła. Gangster z wizją, otwartą głową, łączący biznes z nauką lepiej, niż niejedno legalne przedsiębiorstwo. Może nam takich Pił właśnie trzeba, a nie pseudo-biznesmenów?

Profesor Brajnicki, archetyp polskiego naukowca, zaprawionego w bojach z ministerialną biurokracją, jest dla Piły godnym przeciwnikiem.

 

Jeżeli mam krytykować, to skrytykuję brak “kopa” w finale. Tak o, psyt, smuteczek. Siada sobie, flaczeje, zamiast dupnąć – albo do końca się zepsuć, albo powiesić czytelnika na jakimś niedopowiedzeniu. Ale tu się od bety nic nie zmieniło, Finklo ;-)

 

Nadmienię jeszcze, że to chyba była najburzliwsza beta do SF2015, w jakiej brałem udział. Koncepcje i argumenty z co najmniej czterech stron ścierały się, jak nie przymierzając, herosi z bogami. Dom pracy twórczej może się schować. ;-) Dzięki, Finkla, za zaproszenie do współpracy.

 

Jako, że mi na razie nie wypada oceniać w ten sposób częściowo i własnej pracy, wstrzymam się z klikaniem do Biblioteki – ale jednocześnie, opowiadanie w obecnym kształcie, mocno rekomenduję pod rozwagę wszystkim posiadającym biblioteczny wichajster.

 

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

I bez Twojej rekomendacji się obyło w moim przypadku…

Ponieważ po powrocie na górę i kliknięciu wiadomo na co powróciłem na dól i przeczytałem komentarz Psycho, wiele nie dodam. Praktycznie nic nie dodam, bo bardzo podobnie to widzę: ubarwiona “lokalnymi humorami” smętna w treści diagnoza kondycji polskiej nauki oraz powodów, dlaczego jest jak jest.

Więc racja: Piły na ministrów!

Dzięki, Psycho. :-)

Oooo, część już chyba gdzieś czytałam. ;-)

Brak kopa i smuteczek w finale. Mogę tylko powtórzyć: tam jest optymistyczna nutka. Owszem, nie rzuca się w oczy. To jest to tajemnicze niedopowiedzenie. ;-p Jak to “nic się nie zmieniło”?! Do pierwotnej wersji dopisałam jedno słówko.

Taaak, proces betowania był niesamowity. Nie zamierzam zdradzać szczegółów, ale po ilości komentarzy widać, że się działo… Samoczwór żeśmy tak natworzyli. :-) To ja dziękuję za pomoc. :-)

Babska logika rządzi!

Myślę, że Autorce wystarczy w zupełności, jeśli oficjalnie powiem, że jest MOC. Natomiast Czytelników informuję, że opowiadanie ma znak jakości Cień Poleca.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dzięki, Adamie. :-)

Cieszę się, że Cisię aż do kliknięcia. :-)

Piłę na ministra? Toż on polską myśl techniczną sprzedał za bezcen!

Babska logika rządzi!

A to nie był znaczek Cień pada na ten tekścior ? ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzięki, Cieniu. :-)

Uch, nie nadążam z odpisywaniem.

Koniec świata! Cieniowi chyba się słowa wyczerpały podczas betowania, bo się w dwóch linijkach zmieścił. ;-)

Babska logika rządzi!

A to nie był znaczek Cień pada na ten tekścior ? ;-)

Póki gromów nie rzuca, nie jest źle. ;-)

Babska logika rządzi!

Eeee, czy da się dowiedzieć wstecz, kto betował ów tekst? 

Eureka  (to do Zarządu)  Czy nie jest pomysłem złym, by tak jak: Loża, Autor, dodać info: Beta?  :)  

Nie biegam, bo nie lubię

Eeee… Na górze, nad ocenami, jest info, kto betował.

No dobra, było pytanie o wstawienie, o betujących… Kiedy mogę liczyć na komentarze na temat tekstu? ;-)

Babska logika rządzi!

0,3%…

 

Edit: a moze zwracam uwage nie tam gdzie trzeba…

:-P 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Zalth, nie zrozumiałam. Rozwiniesz wypowiedź?

Babska logika rządzi!

Com miał zgromić, zgromiłem. Nie zmachałem się przy tym, a opłacało się zdecydowanie.

 

Cień pada… Wiesz Fishu, było dużo konsternacji przy tym znaku jakości, bo można go interpretować dwojako, a że ludzie zazwyczaj niedowartościowane, to zakładali tę gorszą wersję, coś w stylu “Cień padł jak przeczytał, teraz boli go ryj. I mózg”. Nie chciało mi się tłumaczyć, że kiedy daję znak anty-jakości, tak zwany chwinizm, to daję odznaczenie Cień… burzy do tekstu. 

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Com miał zgromić, zgromiłem. Nie zmachałem się przy tym, a opłacało się zdecydowanie.

Znaczy, przelew już dotarł?

Dobra, żartowałam. Te wszystkie komentarze natrzaskali mi w czynie społecznym.

Babska logika rządzi!

A nic. Taka pomrocznosc jasna. :-) 

 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Czekaj, tyle masz? Trzy promile? A myślałam, że jesteś… ;-)

Chodzi Ci o różnicę w wynikach? Za pierwszym razem było “ponad”. Może właśnie o tyle ponad.

Babska logika rządzi!

No wlasnie, juz kombinowalem ze cos Brajnicki nakombinowal. :-) 

 

Dobra robota. Do bibloteki.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Brajnicki to tam wyłącznie kombinował. ;-)

Dzięki za głos. :-)

Babska logika rządzi!

Fajne. Dzięki za rozrywkową lekturę do niedzielnej herbaty.

Jak dla mnie, to troszkę za mało nauki w science. ;)

Ci już żonaci i dzieciaci nie mogli się doczekać momentu, w którym potraktują strumieniem moczu kurs franka.

Musiałem przerwać czytanie na parę minut, tak się uśmiałem. :)

Tak, podtrzymuję postulat Psycho i swój. Uświadom takiego faceta, o co toczy się gra, to Księżyc zawróci na orbicie, żeby być pierwszym.

Dziękuję, Blackburnie. 

No, hard SF to to na pewno nie jest. Wybacz, schematu deceleratora nie udostępniam. ;-)

Fajnie, że rozbawiło.

Babska logika rządzi!

A, szkoda, szkoda. Do kasyna bym się wybrał. ;)

Aaaa, uświadomić. Ale on swoje już wie. Może nie chcieć słuchać. ;-) Chociaż o wartości pewnie by posłuchał…

Babska logika rządzi!

Sprawdź, czy iskry spod stołu się nie sypią. ;-)

Babska logika rządzi!

Nie musi wiedzieć niczego o kocie Schroedingera ani demonie Maxwella. Wystarczy, żeby wiedział, ile można na tym zarobić i żeby grał w naszej drużynie.

Idę o zakład, że ogniwa fotowoltaiczne z perowskitu będziemy importować, mimo że wynalazczynią jest Polka.

Eeee… Na górze, nad ocenami, jest info, kto betował

 

 

Ale wtopa z mojej strony

 :( Przepraszam,  rzeczywiście, betujący wiszą jak byk nad tekstem.

Nie biegam, bo nie lubię

Fifi, wracam tutaj, pokonany przez bezduszną biurokrację, by dopełnić niezbędnych formalności.

 

Opowiadanie odnajduję wyśmienitym w wykonaniu, a lekkim, zabawnym i inteligentnym w treści. Świetna, bardzo dobrze przemyślana i dopieszczona historia, która skłania jednocześnie i do śmiechu i do refleksji, wspaniale wykreowane postaci; zwłaszcza profesor Brajnicki – istna perełka.

Opowiadanie od początku zachwycało, ale po tym, jak Ryba wziął je pod swoje płetwy, a Emi przytuliła do serducha, efekt końcowy zdecydowanie wart jest wyróżnienia. Szkoda, że opko urwało się z haczyka.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Adamie, tak, tylko kto miał mu powiedzieć o tych potencjalnych zarobkach? Brajnicki coś syndromu sztokholmskiego nie wykształcił… A i Piła nieufny… Ale może to i dobrze.

Nie, nie będę się z Tobą zakładać…

Corcoranie, to betujących już wszyscy znamy. Co z merytorycznym komentarzem? ;-)

Babska logika rządzi!

Cieniu, dziękuję. 

Miło, że podzieliłeś się z całym światem swoją opinią o historii i Brajnickim.

Ano zerwałam je z haczyka. Jestem bardzo ciekawa, co w końcu zdecyduje Jajko.

 

PS. Śledziłam Twoją walkę z biurokracją. Dzięki. :-)

Babska logika rządzi!

Ech, Cieniu, twoja pochwała to piękny gest. Szczególnie, że  w ten sposób godnie przeciwstawiasz czoła kalumniom, jakoby ktokolwiek olewał betowane teksty 

… . :/

Nie biegam, bo nie lubię

I przed tym ostrzegałeś, Cieniu? Z dużej chmury mała burza. ;) Biurokratka tekst oczywiście przeczyta, jak sobie ładowarkę nową do laptopa kupi, żeby nie było, że tylko grafik zapełniam. :)

Kto rzuca takie kalumnie?

Babska logika rządzi!

No to, Ocho, czekam na opinię Biurokratki. :-)

Babska logika rządzi!

Nie, Oszko, to, przed czym ostrzegałem, pozostało jednak w cieniu. Ale miło wiedzieć, że – jak na rasową biurokrację przystało – najpierw się czepiasz, potem sprawdzasz, czy jest o co.^^ Rozważałaś karierę na jakimś państwowym stanowisku?

 

Finklo, nie dziękuj. Wielka moc to również wielka odpowie… Nie, nie ten frazes. Ja tu tylko… Kurczę, znowu źle. No wiesz, o co mi chodzi.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

 :( Przepraszam,  rzeczywiście, betujący wiszą jak byk nad tekstem.

Wypraszam sobie, Corcoranie.

Ja dyndam. Na ogonku! Nad Finklą!

 

Umiesz tak? ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Rozważałam. Krótko. Przepraszam, Finklo, za offtop, wrócę (z czymś sensowniejszym, mam nadzieję) wkrótce. :)

Finklo, nie dziękuj. Wielka moc to również wielka odpowie… Nie, nie ten frazes. Ja tu tylko… Kurczę, znowu źle. No wiesz, o co mi chodzi.

No nie wiem. Wytłumacz. ;-)

Psycho i Corcoranie – ooo, dyndanie nad Finklą to niezwykle rzadka umiejętność. A na ogonku to już tylko jeden egzemplarz. Albo jakaś małpa… ;-)

Ocho, spoko, możesz offtopować. Jednak wypadałoby najpierw przeczytać i się wypowiedzieć… Potem już hulaj dusza! ;-)

Babska logika rządzi!

Ale ja tylko na pytanie grzecznie odpowiedziałam. Dobra, zmykam, bo oczywiście masz rację. I czytać komentarze przed tekstem jest be.

Hmmm. A może by tak wprowadzić zasadę, że za każdy komentarz przed przeczytaniem trzeba później dopisać merytoryczne zdanie do komentarza właściwego? ;-)

Babska logika rządzi!

ooo, dyndanie nad Finklą to niezwykle rzadka umiejętność

 

Przyszło naturalnie i dość znienacka… Co poradzić….  :)

Nie biegam, bo nie lubię

Ale komu przyszło? <zerka na sufit> Ty musisz jeszcze trenować. ;-p

Babska logika rządzi!

Opowiadanie podoba mi się jako satyra na stan polskiej nauki i tempo działania służb, podoba mi się również postać sprytnego profesora :) To, co podoba mi się znacznie mniej to zakończenie – trochę nijakie no i przecież profesor modyfikował te wynalazki dla Piły przez dodanie modułu losowości – czemu więc bez problemów zagraniczniacy odtworzyli dokładnie to samo, co w pierwszym akapicie? Niemniej, największe zastrzeżenia mam do samej science w opowiadaniu. Mamy nowe prawo fizyki i szukamy zastosowania po czym okazuje się, że da się je zastosować do odzyskiwania energii i w dodatku nazywa się to spowalniaczem entropii – miszmasz kompletny. Z reguły prawa fizyki opisują jakieś zaobserwowane zjawiska a nie na odwrót, energię odzyskuje się już dziś (kers, silniki hybrydowe), więc podejście zespołu raczej by taką super-innowacją na miarę Nobla nie było, a gdzie tu spowolnienie entropii to nie widzę. Niemniej, jeśli to miał być element satyryczny, to wolałabym, żeby owa satyra została wyeksponowana w sposób bardziej absurdalny, bez ocierania się o pseudonaukowość.

Dziękuję, Bellatrix.

Bardzo słuszna obserwacja z losowością. Urządzenie na duże obiekty działa nierównomiernie (pół płuca się zestarzało szybciej, drugi organ świeżutki), na małe (kuleczka do ruletki) działa czasami. Zauważ, że obserwator kwituje eksperyment stwierdzeniem “Now it’s working”.

W przyrodzie nic nie ginie, energia też nie. Owszem część daje się odzyskiwać. Ale czy aż osiemdziesiąt kilka procent w przypadku spadającego przedmiotu? Nie znam się, ale wydaje mi się, że to niezły wynik.

Dlaczego nie nazwać tego urządzenia spowalniaczem entropii? Potraktowałam entropię jako miarę bałaganu. Jeśli nie tracimy energii na fale akustyczne, odkształcenia spadającego przedmiotu, ogrzewanie otoczenia i takie tam, to potencjały zostają większe, czyli układ jest bardziej uporządkowany/ entropia rośnie wolniej.

Owszem, nowe prawo fizyki – o ile mi wiadomo – nie istnieje, wymyśliłam je na potrzeby tekstu.

Nie podejmę się polemiki, czy w fizyce kwantowej najpierw obserwuje się zjawiska, a dopiero potem dorabia do nich teorię. Ale podobno czarnej dziury jeszcze nikt nie widział, a książek poruszających temat powstało sporo.

Babska logika rządzi!

Ano, czarnej dziury nie można zaobserwować bezpośrednio w całej jej krasie. Taka jej uroda, że tylko metodami pośrednimi, poprzez wpływ na otoczenie…

Ale najpierw były obserwacje (choćby i pośrednie) czy spekulacje Schwarzschilda?

Babska logika rządzi!

Ufff, skończyłem! Wciągnęło mnie, więc dobrnąłem do końca. Robota mnie goni. Klikam tylko bubliotekę – i spadem. Komentarz – nieco później.

Dzięki, no to czekam na komentarz. :-)

Babska logika rządzi!

80% odzyskanej energii to wynik wręcz rewelacyjny – ale to ulepszenie wydajności istniejącego procesu a nie coś zupełnie nowego, ergo na Nobla szanse niewielkie. Nieprecyzyjnie się wyraziłam, co do teorii – jak najbardziej zdarza się, że teoria coś przewiduje a potem eksperymentalnie się potwierdza (albo i nie) – czasem poszukiwania dowodu są faktycznie wyścigiem o Nobla, ale nie ma przełożenia, żeby na gwałt szukać zastosowania takiej teorii. Ot choćby istnienie neutrina – najpierw teoretycznie przewidziano istnienie takiej cząstki, dowód eksperymentalny został przedstawiony ponad 20 lat później. Niemniej do dziś nikt nie wymyśla na siłę praktycznego zastosowania neutrin. Napisałam, że masz tu miszmasz z tego względu, że mam wrażenie, że pomieszałaś eksperyment potwierdzający teorię z konstrukcją urządzeń wykorzystujących teorię – eksperymenty potwierdzające teorię z opowiadania były najwyraźniej przeprowadzone wcześniej, skoro powstawały ‘chińskie gadżety’. Natomiast skojarzenie od odzyskiwania energii do entropii jako miary nieuporządkowania wszechświata jest zbyt daleko idące – dobre w przypadku kogoś, kto wie, że dzwoni ale nie wie w którym kościele, ale raczej nie w przypadku znakomicie oblatanego profesora fizyki – m.in. z tego względu, że ta definicja jest popularnonaukowa, w nauce entropia to jedna z termodynamicznych funkcji stanu i nikt jej nie stosuje do opisu spadających przedmiotów.

Żeby nie było, opowiadanie jako całość mi się podobało :)

Wciąż sądzę, że szkoda zdjęcia z haczyka ;( Cóż, Twoja decyzja. Opowiadanie – a czegoż innego oczekiwać – wykwintne niczym polędwica w czerwonym winie i sosie czekoladowym. Wytrawne i słodko-gorzkie. I tak, jak owe danie, tylko prawdziwy Szef potrafi przyrządzić tak profesjonalny tekst ;)

 

Powodzenia w konkursie :)

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

AdamKB, bardzo podobnych argumentów używałem w trakcie bety, krytykując sprzedaż za dziesięć kilo jurasków – nawet, jeśli nie wie, o co toczy się gra – instynkt handlowy powinien kazać podbić cenę… ;-)

Ale zgodzę się, że gdyby taki rodzaj ludzi, jak Piła, trzymał pieczę nad biznesowym wdrożeniem wynalazków, gdyby miał zrozumienie, na jaki interes to może się przełożyć – to z licencji na wycieraczki  czy “kocie oczy” żyłyby dziś ze dwie fabryki i wiele zespołów naukowych/inżynierskich w tym kraju ;-)

 

Bellatrix

w nauce entropia to jedna z termodynamicznych funkcji stanu 

Nieprawda.

Porównaj definicję entropii w Teorii Informacji z twoją. Twoja ma zastosowanie w szczególnym przypadku fizycznym. I nadal, będąc termodynamiczną funkcją stanu, jest jednocześnie miarą nieuporządkowania układu… (ujęcie statystyczne)

To pojęcie jest adaptowane, w zależności od działu nauki, w którym jest używane. Ta definicja “miary porządku/nieporządku” jest najbardziej ogólną czapką.

 

 

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ano, czarnej dziury nie można zaobserwować bezpośrednio w całej jej krasie. Taka jej uroda, że tylko metodami pośrednimi, poprzez wpływ na otoczenie…

No i wydało się, kim lub  czym jest teściowa podjadająca w nocy z lodówki… 

 

 

Nie biegam, bo nie lubię

A, o to chodzi.

No to chyba faktycznie pomieszałam dowodzenie teorii z zastosowaniem. Hmmm, może Psycho miał rację i nie trzeba było upierać się przy Noblu, tylko skupić na patencie? Te drobne gadżeciki wykorzystywały tę samą teorię, ale tylko nadgryzały jej potencjał. Jakbyśmy, dajmy na to, wykorzystywali prąd w grzałkach i innych kuchenkach indukcyjnych, ale nie potrafili zbudować silnika elektrycznego ani żarówki. Ale możesz mieć rację, że za takie rzeczy Nobla nie dają.

Entropia. Naprawdę nie używa się jej w nauce jako miary nieuporządkowania, czegoś, co wskazuje kierunek strzałki czasu i takich tam? Termodynamiczna entropia nie dotyczy przepływu energii? No cóż, w tym przypadku zawsze mogę się upierać, że nazwa to “chłit maketingowy”. Fakt, marna wymówka.

Dobrze, że przynajmniej jako całość się podobało. :-)

Babska logika rządzi!

Corcoran :-D

Finkla, aleś skreśliła, no wiesz… :-D

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

O, ile komentarzy powstało, kiedy ja odpowiadałam Belli.

Emelkali, dzięki. :-) Cóż, gdyby Jajko wcześniej napisał wyjaśnienie, które zamieścił dzisiaj, to by sobie spokojnie wisiało na haczyku.

Psycho, dyskutujesz sobie z innymi, Czytelnikami, nie będę się wtrącać.

Corcoranie, masz w domu czarną dziurę? ;-O

Babska logika rządzi!

Finkla, aleś skreśliła, no wiesz… :-D

A, bo to było takie chwilowe zawahanie. :-)

Babska logika rządzi!

Masz w domu czarną dziurę? 

Nie.  Raczej. Ale z tego, co  pisze AdamKB,  to nic pewnego.  Szczególnie, że dałbym głowę,  że jeszcze wczoraj  widziałem w lodówce dwa kabanosy…

Gwoli ścisłości pod pojęciem teściowej rozumiem hipotetyczny byt, z którego każdy  żartuje,  a jeszcze nikt nie widział. O mamusi nigdy nie odwazylbym się napisać równie podobnych bzdur ;)  

Nie biegam, bo nie lubię

Hipotetyczna teściowa… Interesujące… Chyba pytanie, z kim się ożeniłeś, byłoby nie na miejscu.

No dobrze, a co sądzisz o tekście?

Babska logika rządzi!

Podpisuję się pod tym, co o finale napisał PsychoFish. Choć w tym, że każdy spodziewa się  bum, a tu… jest jakiś wyrafinowany smaczek. 

Tekst miły. Podoba mi się pomysł z upierdliwymi upodobaniami profesora. 

Miejscami wtrącała się monotonia. Zbyt jednolite, mam wrażenie,  dialogii z czasami nieco sztucznie brzmiącą stylizacją. Lekki brak konsekwencji w przedstawianiu postaci.  Piła odzywa się jak czarny charakter, rodem z powieści dla młodzieży. A z drugiej strony Łysy, chłopiec, rzuca dowcipami o czarnych kutasach….

Skoro już wpadłaś na tak fajny  pomysł jak decelerator, wolałbym przeczytać  znacznie więcej jak działa, jaki są zabawne bądź mniej efekty uboczne jego działania. Z jasnym objaśnieniem i obrazowaniem dlaczego tak a nie inaczej. A tu kulka w ruletce –  stary pomysł z magnesem –  “zabrakło mi weny”.

Choć wątki różnych postaci czyta się raczej dobrze,  kumoszki  nie wiele wnoszą,  naprawdę były potrzebne? 

Resztę  już napisano. Co do uwag technicznych. 

Czasami nieco  inaczej pokładałbym słowa w zdaniach, ale to kwestia subiektywna. 

“Ewidentnie grano tu kiedyś w billard.  Wielki stół…” tak ewidentnie, raczej nie podkreslałbym tego ;) “

 w dwa, góra trzy tygodnie odbudujemy” – Czyli to co profesor zbudował chałupniczo w kilka dni, całemu zespołowi zajmie aż tyle? 

No i wierz mi, żaden chłopak, szczególnie ministrant  próbując zaimponować “Bandzie  Łysego” nie powie, że dziewczyna miała w

ielkie, rozmarzone oczy. Wielkie – Tak, ale nie oczy i nie rozmarzone. Tak to juz jest.

 

 

 

Nie biegam, bo nie lubię

Mogę się mylić, ta informacja do kluczowych nie należy, ale Schwarzschild był pierwszy. Znaczy, obliczył masę, jaka powinna wytworzyć wokół siebie horyzont zdarzeń. Długo było to ciekawostką teoretyczną, aż nagle, któregoś dnia… – ale to to Ty wiesz.

No. :-) Dziękuję.

Stylizacja sztuczna? Hmmm. Prawie jej nie stosowałam – tylko profesor i sprzątaczki. Albo w nich przegięłam, albo coś się przekradło za moimi plecami.

Kto powinien gorzej mówić; Piła czy dzieci w szkole? Ciekawa kwestia. Mam wrażenie, że najgorzej bluzgają nastolatki, dorośli ludzie uczą się panować nad jęzorem. Piła jest nie tylko gangsterem, ale również biznesmenem, właścicielem kilku lokali w mieście. Chyba nie powinien kląć do klientów. Owszem, nie pokazuję jego kontaktów z klientami czy urzędnikami, ale jakieś tam przyzwyczajenia ma. No i wspominam, że obecność Brajnickiego częściowo wymusza staranniejszy język. A młodzież rozmawiająca między sobą chyba nie ma zahamowań. Zwłaszcza popisująca się/ zastraszająca słabszych.

Decelerator. Nie zamierzam zbyt dokładnie opisywać wymyślonego urządzenia ani skutków jego działania. Im więcej szczegółów podaję, tym łatwiej przyłapać mnie na błędzie. :-) A jeśli nie oszukiwanie w kasynie, to co byś proponował? Musi to być coś, co przyniesie Pile duże zyski (mimo nie całkiem prawidłowego działania) i co naprowadzi Webera na trop.

Sprzątaczki są potrzebne – ktoś musi ściągnąć księdza na uczelnię. No przecież nie dziekan, który tego pomieszczenia nie odwiedza.

Dlaczego nie podkreślałbyś “ewidentnie”? Zresztą, konkurs się skończył, nie chcę teraz zmieniać.

w dwa, góra trzy tygodnie odbudujemy” – Czyli to co profesor zbudował chałupniczo w kilka dni, całemu zespołowi zajmie aż tyle? 

Nie, nie. Profesor zbudował znane sobie urządzenie. Jedno, potem drugie, pewnie i następne. Zespół mówił o odtwarzaniu sprzętu do rozmaitych doświadczeń. O objętości dwudziestu mikrofalówek, a nie jednej.

Chłopak opowiadał o oczach dziewczyny. Dla tych innych wielkich rzeczy słów brakło i musiał na migi pokazywać. ;-)

Babska logika rządzi!

Mogę się mylić, ta informacja do kluczowych nie należy, ale Schwarzschild był pierwszy.

No, też mi się tak wydawało.

 ale to to Ty wiesz.

Pewności nie mam. Mnie przy tym nie było. Ani przy tym pierwszym wydarzeniu, ani przy drugim. ;-)

Babska logika rządzi!

:-) Przy tym drugim też Ciebie nie było? Dziwne. Jak mogło zabraknąć Ciebie podczas poszukiwań źródeł promieniowania synchrotronowego, emitowanego przez, jak się wkrótce okazało, dyski akrecyjne? :-)

Zespół mówił o odtwarzaniu sprzętu do rozmaitych doświadczeń

To  “odtworzymy” w takim razie jest lepszym określeniem.  W dzisiejszych czasach  rzadko samemu  “buduje” się wyposażenie pracowni naukowych. 

 

“Piła nie powinien kląć do klientów”? Ekhm ;) Podobnie jak jak ucinać im palców… 

To przyłapywanie na błędzie,  by uniknąć kłopotów, odrazu przyszło mi do głowy – sam to mam, ale to chyba nie jest dobry sposób na dobry tekst Sf

Chłopcy nie opowiadają sobie o oczach dziewczyn. Smutne, ale prawdziwe ;) 

Nie biegam, bo nie lubię

Jak mogło zabraknąć Ciebie podczas poszukiwań źródeł promieniowania synchrotronowego, emitowanego przez, jak się wkrótce okazało, dyski akrecyjne? :-)

No, żaden łobuz nie wystosował zaproszenia. :-( Też nie mogę tego zrozumieć. ;-)

 

To  “odtworzymy” w takim razie jest lepszym określeniem.  W dzisiejszych czasach  rzadko samemu  “buduje” się wyposażenie pracowni naukowych. 

To skąd bierze się cholernie specjalistyczny sprzęt, jeśli jeszcze nie chce się nikomu tłumaczyć, do jakich konkretnie doświadczeń ma służyć?

“Piła nie powinien kląć do klientów”? Ekhm ;) Podobnie jak jak ucinać im palców… 

Ale to nie był klient (miał nawet praktyczny zakaz wstępu), tylko dłużnik. Taki raczej słabo wypłacalny.

Chłopcy nie opowiadają sobie o oczach dziewczyn. Smutne, ale prawdziwe ;) 

Nawet młodzi chłopcy? Ech… Chyba nie chcę wnikać, o czym w takim razie opowiadają…

Babska logika rządzi!

[…] o czym w takim razie opowiadają… ---> o tym, o czym, jak to młodzi, jeszcze mało wiedzą, lecz dużo sobie wyobrażają. :-)

:-) Nie zaprosili??? No, marny ich los! :-( :-)

Hej Finkla

 Rzuciła mi się przede wszystkim w oczy solidna redakcyjna obróbka tekstu. A także kompozycja – długość akapitów, układ rozdziałów zachęcają do lektury. Odgadłem przyczynę tej staranności, gdy pojawiły się inicjały MC. Chociaż odpowiedzialna funkcja członkini loży zobowiązuje :)

Pojawiły się głosy, że wzmianka o Noblu była niepotrzebna. Zgadzam się i nawet posunąłbym się dalej – patenty i odzyskiwanie energii też były niepotrzebne. Z powodu obecności powyższych elementów powstaje za dużo wątków. Mnie zdecydowanie najbardziej podobało się ‘mieszanie  członków i bebechów’ i chciałem więcej. Dzięki takiemu uproszczeniu decelerator mógłby lepiej spełniać funkcję osi utworu, która jest ważna przy braku pierwszoplanowego bohatera i pierwszoosobowego narratora. 

Ale są za to różne smaczki:) Ciekaw jestem, czy robisz w szeroko rozumianej nauce? Pozdrawiam u

Lepiej brzydko pełznąć niż efektownie buksować

Adamie, ta męska wyobraźnia… Bogata, skoro tyle można opowiadać, czy też uboga, skoro tylko jeden element się mieści? ;-)

Mam nadzieję, że już żałują. ;-)

 

Uradowanczyku, dziękuję. No, jakoś nie robię wielu błędów, nawet jeśli nie podsuwam tekstu MC. A jeśli jeszcze ktoś betuje… Ale że długość akapitów właściwa, to pierwsze słyszę – tak samo wyszło.

Nobel – ech, i Ty, Brutusie? ;-)

Patologiczne trupy Ci się podobają? Cóż, co kto lubi. ;-)

Patenty i odzyskiwanie energii byś wywalił? No to chyba mało by zostało… Nawet skomplikowane zwłoki szlag trafia.

Babska logika rządzi!

[…] ta męska wyobraźnia… Bogata, skoro tyle można opowiadać, czy też uboga, skoro tylko jeden element się mieści? ;-)

Jedność przeciwieństw, Koleżanko. Plus siła oddziaływania tego elementu… :-)

Ano tak. Widzą tylko jedno. Ale za to jak intensywnie! Faceci… ;-)

Babska logika rządzi!

No właśnie te skomplikowane zwłoki są tak malownicze, że poświęciłbym im więcej uwagi. Teraz już po ptokach, ale innego opowiadania zaczyn i zarzewie…

Lepiej brzydko pełznąć niż efektownie buksować

Hmmm. Nigdy nie oglądałam sekcji zwłok. Zdecydowanie trochę brakuje mi danych, żeby taką scenkę opisać. Malownicze? Masz chyba nietypowe pojęcie na temat sztuki. Ja tam wolę stare dobre “Słoneczniki”. ;-)

Babska logika rządzi!

Malarstwo? Mam coś w sam raz, z CienioBurzowej parafii. Upadła Madonna z Wielkim Cycem. ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Van Klomp? Może być, ale przed wycięciem dziury. ;-)

Babska logika rządzi!

To na pewno sprawka Helgi! ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

No, nie wiem, tam wszyscy byli jacyś dziwni. Może nawet podejrzani… ;-)

Babska logika rządzi!

A mnie ten Nobel pasuje, tak jak sprzątaczki, Pawełek i święcący proboszcz. I w ogóle prawie wszystko. A ponieważ już wiele osób przede mną wymieniło, co w tym opowiadaniu jest super, ja się już powtarzać nie będę.

Jedyne, co mnie nieco rozczarowało, to końcówka. Właśnie jakaś taka letnia…

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Letnia, ale najbardziej prawdopodobna w naszej, polskiej rzeczywistości. Zabezpieczą celem zbadania i tak dalej, w praktyce oznacza to “żegnaj się, d…, z portkami”, bo nikomu się nie spieszy.

Wiem, znam to. Ale to w końcu portal fantastyczny, prawda? ;) (mrugam oczkiem, żeby nie było ;))

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Być może była o tym dyskusja, ale przyznaję, że jestem pod wrażeniem Łysego i jego kumpli.

Skąd Finkla wie, jak “prawdziwi” faceci rozmawiają? Przecie przy kobietach tak nie mówią! ;-D

Oooo, jaka dyskusja bladym świtem…

Dzięki, Śniąca. Fajnie, że tyle elementów przypasowało, szkoda że końcówka nie. Ale co byś z nią zrobiła?

Jako Adam rzecze – tak zapewne by było. Bo kolejki, bo procedury, bo trzeba pokazać, kto tu rządzi…

Blackburnie, nie, Łysym jeszcze nikt się nie zachwycał, jesteś pierwszy. Tak naprawdę to nie wiem, jak komunikują się prawdziwi faceci. Znam dowcipy i tyle. Często czytelnicy narzekali mi pod tekstami, że nie tak, że za delikatnie, że za śmiesznie…

Babska logika rządzi!

Finklo, entropia – ekscytujący temat. Z rozwiązaniem fabularnym znakomicie sobie poradziłaś… jak wyżej napisałem: wciągnęło mnie. O perfekcji o obszarze warsztatu nawet nie wspominam, bo to przecież Twój tekst. Pozostał mi jednak po lekturze pewien niedosyt… Odwracając bowiem powszechny we wszechświecie trend w kierunku wzrostu entropii, burzymy relacje przyczynowo-skutkowe, a to powinno rodzić jakieś szersze implikacje. Spodziewałem się nawiązującej do tego końcówki: jakichś większych perturbacji w czasie i przestrzeni, nieograniczonych jedynie do zmiennego tempa psucia się wiktuałów czy rozkładu zwłok… 

Ale co byś z nią zrobiła?

Mam ten komfort, że jako czytelnik mogę sobie pomarudzić i nie muszę wymyślać zakończeń, czy alternatywnych wątków ;) 

A tak na poważnie – nie wiem. Pewnie musiałabym się dobrze zastanowić. I wcale nie jestem przekonana, że bym coś lepszego wymyśliła.  

Chociaż, pomysł Ambroziaka z jego ostatniego komentarza brzmi całkiem kusząco.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

To skąd bierze się cholernie specjalistyczny sprzęt, jeśli jeszcze nie chce się nikomu tłumaczyć, do jakich konkretnie doświadczeń ma służyć?

Cholernie specjalistyczny sprzęt kupuje się u cholernie specjalistycznych dystrybutorów i nikomu nic nie trzeba tłumaczyć. To tak jakby powiedzieć “lepiej sam zbuduję sobie śrubokręt, bo jeszcze ktoś w castoramie domysli się, że robię szafę i ukradnie mi pomysł”. Dystrybutora nie obchodzi ani twój decelerator, ani szafa. Wbrew pozorom bardzo skomplikowane badania można prowadzić używając dość banalnych w działaniu sprzętów.

 

Porównaj definicję entropii w Teorii Informacji z twoją. Twoja ma zastosowanie w szczególnym przypadku fizycznym. I nadal, będąc termodynamiczną funkcją stanu, jest jednocześnie miarą nieuporządkowania układu… (ujęcie statystyczne)

O ile za “szczególny przypadek fizyczny” uznamy każde zjawisko we wszechświecie, w którym dochodzi do wymiany energii, czyli w zasadzie każde obserwowalne zjawisko. Zresztą teoria informacji chyba nie ma tu zastosowania.

 

Ale skoro już przy entropii jesteśmy: nie widzę związku między odzyskiem energii potencjalnej ze spadającego kubka (czy tam kinetycznej ze zderzenia niesprężystego, zależy w którym momencie spojrzeć) a entropią per se. Jeśli już przyjąć, że urządzenie rzeczywiście odzyskuje straconą do otoczenia energię (co prościej zrobić wymiennikiem ciepła), to albo może ją przesłać do tegoż kubka (i rozbić go bardziej spektakularnie), albo zmagazynować (przesyłając samo sobie prąd bezprzewodowo?). A skoro po podłodze tańczą iskry, to udało się tym samym przekształkić energię mechaniczną na elektryczną, czyli wynaleźliśmy na nowo koło piezoelektryki. Lepszy wynik można by uzyskać podłączając decelerator to jakiejkolwiek bomby kalorymetrycznej, albo po prostu do jakiegokolwiek silnika.

 

dobre w przypadku kogoś, kto wie, że dzwoni ale nie wie w którym kościele, ale raczej nie w przypadku znakomicie oblatanego profesora fizyki

Zgadzam się z Bellatrix, profesor wbija gwoździe mikroskopem i to elektronowym smiley

 

Jeśli zaś chodzi o nobla, sprzątaczki itd.

O noblu może sobie pomarzyć każdy, nawet pisząc licencjat z teorii rzutu kiszonym mlekiem. Profesor równie dobrze może być przekonany, mniej lub bardziej błędnie, o własnej świetności.

Egzorcyzm, ksiądz, sprzątaczki w sumie do fabuły nic nie wnoszą, ale zapewniają tło i koloryt, a narzekanie na ich obecność, to jak krytykowanie, wspomnianych w dyskusji, “Słoneczników” Van Gogha, za to że na obrazie znajduje się również wazon.

Witam. Przed chwilą dosłownie połknąłem cały tekst. Nie chciało mi czytać się wszystkich komentarzy, niemniej powiem to, co najbardziej mi się nasuwa: dobry, solidny tekst. Jak poznać dobry tekst? Po jego przeczytaniu ma się lekkie poczucie straty, że nie ma więcej :D Na dość małej rozpiętości udało Ci się upakować całkiem sporo wątków. Z jednej strony cieszy mnie brak niepotrzebnej przemocy, z drugiej strony Piła to nie debilny gangster wzięty żywcem z “Kevina“. Postać profesora, który mimo tego, że został porwany, ustala swoje własne warunki, też budzi respekt :D I, oczywiście, buduje klimat. Może i odrobinę zgodzę się z tym brakiem łupnięcia na końcu, niemniej nie na tym chciałbym się skupiać. Aż dziwię się, że mimo odzewu ze strony “Jajka“ nie zdecydowałaś się na “haczyk“. Znakomity warsztat. Nie zobaczyłem w końcu, ile masz lat, ale widać, że nie zasypywałaś gruszek w popiele. Umiesz pisać. Masz już jakieś wydane książki na swoim koncie? Tzn jakieś powieści/zbiory opowiadań/cokolwiek innego? Ten tekst spokojnie nadaje się, by go gdzieś wydać. Po tym, co tu zobaczyłem, na pewno skuszę się na inne Twoje opowiadania. Też wziąłem udział w tym konkursie, lecz mocno się zawziąłem i zdążyłem na czas, chociaż przekroczyłem limit o jakieś 20 tys. znaków. Jeśli chcesz, zaproszę Cię do betowania. Póki co, moje gratulacje. Świetne opowiadanie.

No, i oczywiście chodziło mi o BRAK odzewu ze strony DJ-a ;D

to jak krytykowanie, wspomnianych w dyskusji, “Słoneczników” Van Gogha, za to że na obrazie znajduje się również wazon.

 Już abstrahując od tekstu – słuszna racja. Albo co gorsza obwiniać rykowisko,  że tak mało na nim jeleni. A ja tak lubię jelenie :)

Nie biegam, bo nie lubię

Teoria informacji – nie, o ile uznamy, że żadna informacja w owych zjawiskach nie istnieje, nie jest niesiona, porządkowana lub… :-D Ale, ale, chodziło mi tylko o to, że zawężenie definicji entropii wyłącznie do termodynamicznej funkcji stanu nie jest logicznie poprawne – abstrahując od tego, jak odległe skojarzenie między rzeczonym kubkiem a samym “uporządkowaniem układu” istnieje. 

 

No właśnie, wazon… :-D Nie mógł ich w półlitrówce namalować? :-D

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Przeczytałem! Nareszcie! Wbrew wszelkim przeciwnościom, wbrew wizycie area menedżera w pracy, wdnie psującemu się autu, i zdecydowanie zbyt krótkiej dobie, stając w obliczu złośliwej trzydniówki u Najmłodszego oraz strajku teściowej, ba, prowokując nawet małżeńską kłótnię i niesłychane oskarżenia ("Czy dla ciebie najważniejsze jest to, co wypisuje jakaś panienka?!") – przeczytałem! I nie żałuję, warto było. Oczywiście, po czterdziestu tysiącach komentarzy żadnej już celnej i odkrywczej uwagi nie wygloszę – tekst jest, poetycko mówiąc, pro na toplevelu, wszelkie moje spostrzeżenia spostrzeżono już wcześniej. I sekcjowano, a nawet wiwisekcjowano po wielokroć. Może tylko dwa słowa na temat zakończenia – było nie tyle mało zaskakującym i nijakim puffem, co nastąpiło zdecydowanie zbyt szybko. Mnogość postaci i wątków sugerowałaby raczej dłuższą formę, rzecz tak naprawdę dopiero zdążyła się rozkręcić. Rozumiem oczywiście, że nie można dopuścić do tego, by opowiadanie uderzyło w milion znaków, ale tekst na tym ucierpiał. No i może jeszcze jeden wniosek natury ogólnej – bym nie wyszedł na nie mającego nic do powiedzenia idiotę – warunkiem skutecznego wykorzystania wynalazku i wprowadzenia nowej technologii jest opłacalność. Dlatego postęp techniczny opiera się na gangsterskich metodach i wyścigu zbrojeń. Tacy ludzie jak Piła i (sorki, nie pamiętam nazwiska – na telefonie nie mogę tekstu przewinąć) Niemiec, są światu niezwykle potrzebni. Dzięki nim decelerator entropii mógłby wkrótce stać się równie popularny, co mikrofalówka. To taka optymistyczna konkluzja, którą znalazłem, nieśmiało wyzierajacą z Twego tekstu.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Różnych odniesień/definicji entropii może być milion, ale profesorowi fizyki raczej skojarzy się ta, stosowana w jego dziedzinie nauki. Stestowane na domowym egzemplarzu doktora astrofizyki ;) W tym wynalazku proces nie jest samorzutny (kubek zostaje zepchnięty), istotą jest przemiana energii kinetycznej w elektryczną – do fizycznego opisu takiego zjawiska entropia nie ma zastosowania, jeśli już – to energia wewnętrzna czy zasada zachowania energii.

Oooo, ale się działo, kiedy mnie nie było…

Ambroziaku – pojechałeś. Ciekawy komentarz. :-) Entropia rośnie, ale lokalnie można ją zmniejszać (niestety – wymaga to dopływu energii z zewnątrz) – roślinki tworzą złożone związki, w których każdy atom jest na swoim miejscu, ale bez światła nie dadzą rady. Nie wydaje mi się, że odzyskiwanie energii od razu burzy relacje przyczynowo-skutkowe i prowadzi do końca świata. Kubek spadający ze stołu zwykle się rozbija, ale to nie jest żadne bezwzględne prawo fizyki. Czasami fajansowi się udaje. A gdyby złapać go w sieć ze sprężynek? Teoretycznie można energię częściowo odzyskać.

Interesujący pomysł, ale to by była całkiem inna historia.

Śniąca – zakończenie takie sobie. No, możliwe. Ale najlepsze, jakie wykombinowałam. I nic z tym nie zrobimy.

Lordi, dziękuję za wizytę. :-)

Ze śrubokrętem to przesadziłeś. Możliwe, że gdzieś istnieją tacy specjalistyczni dystrybutorzy. Nie wiem. Ja myślę trochę inaczej, może baby tak mają – kiedy chciałam mieć na ścianie w przedpokoju obrazek, to doszłam do wniosku, że prościej będzie, jeśli go sobie sama namaluję, niż gdy zacznę tłumaczyć, o co mi chodzi, jakiemuś “fachowcowi“, który głupich płytek nie potrafi porządnie położyć. Owszem, zajęło mi to sporo czasu, ale mam tak, jak chciałam. :-) Na podstawie tych doświadczeń wymyśliłam sobie zespół, który buduje, co potrzeba, z gotowych komponentów. Taki cholernie zaawansowany Lego Technic. Doktoranci też muszą coś robić i o czymś pisać. :-)

Związek między entropią a spadającym kubkiem. No cóż, ja go widzę. Podkreślam, że nie jestem specjalistą, ale ja to postrzegam tak: kubek stojący na blacie ma energię potencjalną. Tuż nad podłogą – kinetyczną. Jedna i druga skoncentrowana w jednym obiekcie. A jak już huknie o podłogę, to to wszystko się rozpełznie po otoczeniu – materiał kubka się odkształci (naprężenia pewnie go rozwalą), podłoże też się trochę ugnie, fale akustyczne pójdą w świat, środowisko odrobinę się ogrzeje. W rezultacie energia rozlezie się po trochu w rozmaite miejsca, zrobi się bardziej przeciętnie, mniej uporządkowanie. Ergo: entropia wzrośnie. Ale jeśli zdołamy odzyskać chociaż część traconej energii, to przyhamujemy wzrost entropii. Q. e. d. Ta dam!

Związek między entropią i informacją też widzę. Wyobraź sobie, że przesyłasz komuś jpg ze “Słonecznikami”. Jeśli odbiorca nie poukłada pikselków we właściwej kolejności, dostanie zielonkawoszary mętlik. Szum informacyjny.

Wymiennik ciepła zdołałby wyłapać niewielką część energii. Chyba że mowa o kubku z gorącą herbatą. ;-) A dlaczego przesyłać z powrotem do kubka? Można do bateryjki, sprężynki, czegokolwiek…

Silnik. Nie rozumiem argumentu. Zadaniem silnika nie jest marnowanie energii.

Profesor wierzy, że za ten wynalazek Nobla dostanie. Nie wnikam, czy słusznie. ;-)

Jak to ksiądz nic nie wnosi do fabuły? Bez opowieści ministranta Friedrich nie dowiedziałby się, że w kasynie używają deceleratora.

Ivaldirczar, również dziękuję. Smacznego. ;-)

No cóż, nie lubię ani przemocy, ani debilnych bohaterów. OK, niech sobie popełniają błędy (i włóczą się po kasynach, jeśli są hazardzistami), ale bez nadeptywania po pięć razy na jedne grabie. Tak, profesor miał być na tyle dobry, żeby poradzić sobie nawet w bardzo niekorzystnych warunkach.

Zerwanie z haczyka – źle zinterpretowałam słowa Jajka. Trudno.

A niby dlaczego miałbyś zobaczyć, ile mam lat?!

Mam jedno fantastyczne opowiadanie w antologii, wkrótce ma wyjść następne. Do innych moich opowiadań zamieszczonych tutaj serdecznie zapraszam. :-)

Ale przecież nie było limitu? Mam już jakieś opowiadania oczekujące na betę. No i własne też piszę.

Corcoranie, dzięki za wsparcie. :-) Jelenie nie są złe. Jednemu kiedyś pstryknęłam fotkę koło Morskiego Oka. No i co z tego, że wygląda kiczowato? Natury nie oszukasz…

Psycho, w półlitrówce po czystej, to podobno chryzantemy złociste. Słoneczniki mają za grube łodygi. ;-)

Thargone, o rany, jestem pod wrażeniem poniesionych poświęceń. Mam nadzieję, że wszystko wyjdzie na prostą.

Zbyt wiele wątków na tak krótką formę? Hmmm, ostatnio bardzo fascynuje mnie wielowątkowość. Ale może faktycznie przesadziłam. Nic to, prędzej czy później znajdę właściwą proporcję wątków do znaków.

Że Piła i Weber są potrzebni? No, pewnie tak. Ale w tym przypadku obydwaj urządzenie ukradli. I nie zrobili tego w celu zaniesienia biednym… Ale jeśli napełnia Cię to optymizmem, to nie będę protestować. :-)

Babska logika rządzi!

W tym wynalazku proces nie jest samorzutny (kubek zostaje zepchnięty), istotą jest przemiana energii kinetycznej w elektryczną – do fizycznego opisu takiego zjawiska entropia nie ma zastosowania, jeśli już – to energia wewnętrzna czy zasada zachowania energii.

Kubek zostaje zepchnięty, bo to doświadczenie. Przecież nie będą stać i czekać, aż coś “samo” spadnie. Uch, niekoniecznie kinetyczna – różne rodzaje energii, które bez interwencji rozpełzłyby się po otoczeniu.

Babska logika rządzi!

Finklo, z zasady zachowania energii, energia układu (tu: kubek-ziemia, czy tam kubek-sprężynki) jest stała :)

No tak, jest stała. Urządzenie powoduje, że nie marnuje się bezproduktywnie.

Edit: Ale nie pytaj, jak to robi. ;-)

Babska logika rządzi!

Finklo, jasne! Tylko, jak mówiłem, poczułem po lekturze pewien niedosyt: gdy zobaczyłem w tytule hasło – entropia, pomyślałem, że ta potraktowana będzie z szerokim rozmachem. No, ale to tylko takie tam moje bajdurzenia; opowiadanko przecież bardzo dobre.

Brawa dla profesora! Bardzo lubię takie postacie. Chociaż steki z kangura chyba nawet w lidlu widziałam więc nie wiem, czy po tym można konkretny sklep wytropić :P

 

Mnie dla odmiany raziło trochę to nagromadzenie stereotypów od sprzątaczek-dewotek po niezbyt rozgarniętego mafioso. Rozumiem, że to miało służyć satyrze, być może nawet na nasze wyobrażenia na temat polskich uczelni, gangsterów i wielkich korpo ale jednak jakiegoś takiego mrugnięcia okiem do czytelnika mi zabrakło. Albo wyjścia poza schemat. 

 

Poza tym: akcja jest wartka, pomysł ciekawy, nawet próba dywersyfikacji języka postaci jest, więc czego chcieć więcej. Zakończenie – może i po takim tekście mogłby być więcej fajerwerków ale w sumie taki koniec uprawdopodabnia całą historię, niestety ;) Miałam momentami wrażenie, że za szybko zmieniamy perspektywę i że nieco za dużo postaci się w tym opowiadaniu stłoczyło ale całość jest zrozumiała i logiczna. A do tego zgrabna i zabawna, choć gorzka w wymowie :)

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Ambroziaku, ach, tytuł rozbudował nadzieje. OK, teraz rozumiem. No to moi naukowcy zastosowali “chłit maketingowy”. ;-)

Mirabell, dzięki za odwiedziny. :-)

Ojej, naprawdę steki z kangura takie popularne? O tym nie miałam pojęcia.

Za bardzo poleciałam w stereotypy? Hmmm, postaram się tego uniknąć przy następnym tekście. Ale że Piła jest niezbyt rozgarnięty, to się nie zgodzę. Co mu jest w życiu potrzebne, to opanował. Broń – tak, prawo podatkowe – owszem. A fizyka kwantowa go nie interesuje.

Czyli logiczny tłum? Chciałam, żeby dużo się działo. Jeden człowiek by tego wszystkiego nie obskoczył.

Babska logika rządzi!

Jeśli odbiorca nie poukłada pikselków

Właściwa forma to raczej “pikseli”

Ach, słodka zemsta wink

i do tego nie musiałem długo czekać.

 

A tak serio: mówimy tu wszyscy chyba o co najmniej trzech rodzajach entropii w tym termodynamicznej, informacyjnej i takiej w ujęciu popularnonaukowym itd. Tym sposobem nie dojdziemy do konsensusu aż do cieplnej śmierci wszechświata.

Silnik. Nie rozumiem argumentu. Zadaniem silnika nie jest marnowanie energii.

Ale i tak większość zwykle marnuje. Benzynowy ma wydajność ~30%.

Na podstawie tych doświadczeń wymyśliłam sobie zespół, który buduje, co potrzeba, z gotowych komponentów.

W tym jest coś fajnego. Taki McGyverski zespół badawczy. Pomysł jest o tyle ciekawy, o ile w rzeczywistości niepraktyczny. Po prostu są ludzie od aparatury i ludzie od badań i każdy zna się na swojej robocie. Ale to przecież scifi, więc można to wybaczyć.

Oj tam, oj tam. Piksele są takie małe, że użyłam zdrobnienia. ;-)

Entropia. Tak, można ją różnie definiować. Nie oznacza to, że definicje “niemojsze” (nieprawidłowe słowo użyte z premedytacją ;-p ) są nieuprawnione. Upieram się, że moi fizycy mogli tak nazwać urządzenie. :-) Zdanie o konsensusie piękne. :-)

No tak, silniki nie są jakoś oszałamiająco wydajne. Hmmm, właściwie pewnie można podpiąć do któregoś “mój decelerator”. Kurczę, dla takiego wynalazku warto stworzyć Nobla z ekologii!

Zespół McGyvera. :-) No tak to sobie wyobraziłam. A jakoś nie bardzo widzę Twoją wersję. No bo jak by to wyglądało?

– Dzień dobry, potrzebujemy sprzęt, którego nie ma w katalogu.

– A do czego ma służyć?

– Do testowania współczynnika szamiłowatości burbulatora.

– Eeee… A mógłby pan wytłumaczyć dokładniej?

– Nie, to tajemnica.

Babska logika rządzi!

Chodzi mi o to, że współczynnik szamiłowatości burbulatora musi wynikać z pewnych jego fizycznych właściwości. Takoż szamiłowatość musi zmieniać się w czasie i np. w konkretny sposób wpływać na mierzalną wartość jakiejś cechy fizycznej– jeśli emituje ciepło mierzymy kalorymetrem, jeśli pochłania i emituje  promieniowanie to sprawdzamy spektrofotometrem, jeśli istnieje jakaś zmiana w jego strukturze można to sprawdzić rezonansem magnetycznym, mikroskopem sił elektronowych, krystalografią rentgenowską itd. itp. ad infinitum. Uczelnie mają takie sprzęty i nie muszą mierzyć  np. zasolenia salinometrem, bo pracownicy doskonale poradzą sobie przy użyciu konduktometru i nawet się po dordze nie zastanowią.

OK. A mi chodzi na przykład o to, że mogą czasami potrzebować kalorymetru, czasami decybelomierza, a czasami obydwu naraz. Raz zrzucają kubek ze stołu, raz z szafy. W zależności od potrzeb mogą podpinać do konstrukcji różne mierniki, dostosowywać długość kabelków i takie tam. A o swoich ustrojstwach trzy doktoraty piszą…

Ale to tylko przykład.

Babska logika rządzi!

A tak serio: mówimy tu wszyscy chyba o co najmniej trzech rodzajach entropii

Ech, jeszcze raz, w kwestii formalnej. My, wykształciuchy, lubimy się upierać, ale coraz bardziej rozumiem, dlaczego dobry matematyk przeważnie radzi sobie w fizyce, a na odwrót nie zawsze.

 

Definicja, ogólna, entropii jest jedna. I siłą rzeczy, bardzo ogólniasta oraz pojemna. O ile dobrze rozumiem to, co czytam tu i tam to jest tak:

Definicja zaadaptowana do fizyki jest bardzo powszechna, definicja informacyjna trochę mniej, ale nie mniej ważna (spora część tradycyjnej kryptografii i kodowania sygnałów opiera się o twierdzenia uwzględniające takie informacyjne ujęcie entropii) – i jednocześnie obydwie wynikają z ogólnej definicji entropii jako miary nieuporządkowania układu.

 

To coś jak czworościan.

Kwadrat jest czworościanemkątem. I romb jest czworościanem. ;-) Tu nie ma co czekać na cieplną śmierć wszechświata ani konsensus, bo upieranie się, że kwadrat nie ma nic wspólnego z rombem jest nielogiczne ;-) Obydwa są czworościanami (konceptu klasyfikacyjnego jeden poziom wyżej, kufa, dla informatyków: klasa abstrakcyjna i jej implementacje; dla ścisłowców: są podzbiorami zbioru czworościanów).

 

Osobną sprawą jest zastosowanie konkretnego rozumienia w kontekście fizyka Brajnickiego i opowiadania. Po prostu chciałem, żeby ta definicja entropii, omawiana publicznie w komentarzach, nie wisiała na takim paskudnym niedopowiedzeniu. Potem ktoś zajrzy i powie, że ci fantaści od sajensa to banialuki pikolą… ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Jestem skłonna zgodzić się z Psycho. O krok bliżej do konsensusu? ;-)

Babska logika rządzi!

:-) Od kiedy zrównano figury z bryłami? :-)

Potem ktoś zajrzy i powie, że ci fantaści od sajensa to banialuki pikolą… ;-)

 

 

AdamieKB,  ja miałem być pierwszy! :) Poza tym nie czepiaj się….

Kwadrat jak najbardziej jest czworościanem, tyle tylko że bez trzech ścian :) 

Widocznie znów okradła go ta zgraja porombanych trójkątów. Nie wiem co w tym śmiesznego. 

 

 

Nie biegam, bo nie lubię

:-) Kto Tobie bronił wcześniej włączyć komputer? :-)

Dwa coraz dłuższe odcinki ;) Czasami jak się zmówią to potrafią tak zagiąć płaszczyznę, że sam Euklides się nie połapie, kto kogo i dlaczego… :) 

Nie biegam, bo nie lubię

Kajam się, głupotę piszę nieścisłość prostując,  oczywiście chodziło o czworobok/czworokąt :-)

 

Edit: a z trójkątami rzeczywiście dziwna sprawa… Legły sobie, cwaniaki, u podstaw wszystkich wielokątów, a potem grafiki 3D… Toż to geometryczna masoneria i cykliści razem wzięci!

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ach ach, moment panowie Adamie i Corcoranie.

 

Czworokąt to czworościan o zerowej wysokości. Ergo, romb i kwadrat są czworościanami o zerowej wysokości – specjalny przypadek. ;-)

 

No, ale to nie zmienia, że trzeba było od razu o czworokącie pisać ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Przeczytałam. Zabierałam się do Twojego tekstu i nie mogłam zacząć. Nie żałuje. Tekst jest bardzo dobry i postacie są świetnie nakreślone. Bardzo podobał mi się humorzasty profesorek, który nawet gangstera potrafił przegadać. Ta postać jak dla mnie jest najlepsza. :) Pomysł na gangstera też niczego sobie. :)

Czekałam tylko na finał. Myślałam, że dostanę na sam koniec jakiegoś kopa, zakończonego fajerwerkami i się nieco zawiodłam. Szkoda, bo miałam nadzieje, że będzie lepiej. Jednakże bardzo fajne opowiadanie. 

 

Ps. Beta musiała być naprawdę pomocna. Ilość komentarzy przygniata. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Oj, faktycznie – zamieszało się z czterocośtamami, a ja się pod tym podpisałam. Trochę wstyd…

Morgiano, cieszę się, że nie żałujesz. Mam nadzieję, że brak żalu nie dotyczy niemocy przystąpienia do lektury. ;-) Profesorka sama lubię. No, nie było kopa z fajerwerkami. Nie można mieć wszystkiego. :-( Ale postaram się pamiętać o wierzganiu w przyszłości.

Taaaak, co tu się działo podczas betowania… :-)

Babska logika rządzi!

Nie żałuję, że przeczytałam. Ach, tu zawsze wszystko poprawią. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Właśnie na tę interpretację liczyłam. :-)

Ale, wiesz, to wszystko z sympatii. :-)

Babska logika rządzi!

Można powiedzieć, że codziennie dziękuje, że trafiłam na tą stronę. Uczy pokory. ;)

Gdy patrzę na najstarszy tekst, który napisałam to aż mi wstyd, że tam tyle błędów. Zwłaszcza interpunkcyjnych. Nawet ostatnio zaczęłam coś poprawiać, żeby dla świętego spokoju jakoś to wyglądało. Choć jeszcze nie skończyłam.:P

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Oj, faktycznie – zamieszało się z czterocośtamami, a ja się pod tym podpisałam. Trochę wstyd…

Formalnie, błędu nie było, c.b.d.u. 

Ale wygląda źle, wybacz ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Morgiano, widać postęp? No i pięknie. :-)

Psycho, oj tam, oj tam. Jeszcze setka komentarzy i nikt tego trefnego nie znajdzie. ;-)

Babska logika rządzi!

:-) Zasłona dymna ze stu komentarzy? Nie mogę nie pomóc Koleżance, pierwszy odpalam ładunek mglący: czy można napić się kawy z torusa?

Dzięki, Adamie! :-)

Można, pod warunkiem, że jest się topologiem.

Babska logika rządzi!

Topolog – znawca topoli? :-)

znawca topoli? :-)

To chyba dendrofil… ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Panowie, bardzo interesująca ścieżka rozważań. Ale wniosek prosty i niepodważalny: tylko dendrofile piją z opon!

Babska logika rządzi!

Tych z “Kormorana” czy mózgowych?

Janie, Adamie, Dębica! Szypułkowa. ;-)

Babska logika rządzi!

Dębica… Czyli zamykamy torus i wracamy do dendrofilli, a fe…. 

Nie biegam, bo nie lubię

…bo z oponek to dendrofile-policjanci żłopią, syrup klonowy! ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Corcoranie, niektóre ptaszki lubią dziuple, niekiedy nawet jajka tam lądują… Dlaczego “a fe”? Trochę tolerancji… ;-)

Babska logika rządzi!

Psycho, ale dlaczego policjanci? Że belki lubią nosić?

Babska logika rządzi!

Pączki-oponki :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Aaaa, tamci… To łune syrupem dziane?

Babska logika rządzi!

Nie wiem, czy ten syrup w procesie deceleracji entropii (jes, noł offtop!) daje łunę na czworościany ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

O kurczę, to aparat trafił aż tam?

Babska logika rządzi!

Fajny tekst. To, że mało science w science – to mi akurat nie przeszkadza, bo przynajmniej rozumiem nie przeciążając mózgownicy. Podobała mi się kreacja bohaterów (Brajnicki!), nawet dialogi – bo, owszem, dowcipne, ale nie dowcipasne, a to różnica. Co do końcówki – mnie łupnięcia nie zabrakło, co więcej – jakoś sobie tego łupnięcia nie wyobrażam, by opowiadanie pozostało wiarygodnym.

Zgrzytnęło mi w dwóch miejscach. Po pierwsze – rozmowa sprzątaczek o zabójstwie Staszka to rozmowa dwóch stereotypowych prostych kretynek. A gosposia Brajnickiego też została przedstawiona jak kretynka – tylko że w dialogach innych. Jakoś tak wyszło, że postacie spoza profesorskiego kręgu w tym tekście – to głupole. 

No i druga rzecz – zaginął profesor, a po paru dniach ginie z politechniki jego sprzęt. I prowadzący śledztwo policjant ma “silne przeczucie”, że te sprawy są powiązane. No, geniusz po prostu. Śledczy chyba nie powinien mieć w takiej sytuacji przeczucia, tylko wysoce prawdopodobną hipotezę do sprawdzenia.

Ale to właściwie drobiazgi, nie zmieniające faktu, że opowiadanie mi się spodobało.

Dzięki, Biurokratko. ;-)

Fajnie, że Ci się.

No! Wreszcie ktoś zgadza się ze mną w sprawie końcówki. Miło.

Inteligencja postaci. Nie no, nie wszyscy spoza zespołu to głupole. Piła swój rozum ma, nawet łeb do interesów, tylko danych mu trochę brakuje. Pawełek nie jest geniuszem, ale to jeszcze dzieciak, mimo to jakoś sobie radzi w warunkach stresu. A która to hipoteza jest tak wysoce prawdopodobna? Bo w drugiej swojej scence gliniarz podaje kilka. I jak ją przetestować? Cholera, wychodzi na to, że baby przedstawiłam jako idiotki. Hmmm, czy to oznacza, że jestem męską szowinistyczną świnią? Mam nadzieję, że Łysy i jego kumple trochę mnie ratują.

Babska logika rządzi!

No, już nie chciałam pisać, że baby… ;) Ale przeszło mi to również przez głowę. 

Co do policjanta – tylko to, co napisałam. Znika profesor, a potem jego sprzęt. I śledczy ma “przeczucie”. Coś mało ma. A może nie mało, tylko tak mało racjonalnie, a bardziej metafizycznie. :)

Nie przeczucie, tylko przeświadczenie. Tak mu mówi instynkt (podobno policjanci mają coś takiego i nie wahają się tego używać), na razie nie poparty dowodami. I zadaje sobie pytanie, co łączy te sprawy. Znaczy, zamierza szukać odpowiedzi. No, mało ma, ale to dopiero początek śledztwa.

Może powinnam dla równowagi napisać coś o inteligentnej babie… Autobiografię? ;-) Ale skąd wziąć elementy fantastyczne?

Babska logika rządzi!

A, przeświadczenie. Racja. No, tu się jednak nie dam przekonać. Bo hipotezę powinien mieć. Czepiam się? Pewnie tak. Ale dla mnie to trochę zabrzmiało, jakby zaraz miał się udać do jasnowidza albo wyciągnąć szklaną kulę z szuflady. 

Skąd element fantastyczny w Twojej autobiografii? No, jak to? Podobno jesteś androidką. Ok, nawet jeśli to prawda, to i tak wystarczy. ;)

Dobra, nie dasz się przekonać, to nie ma co walczyć.

Serio? Bycie androidem Was satysfakcjonuje? Dziwni są ludzie… ;-)

Babska logika rządzi!

Oj tam, wiesz, o co mi chodzi. Android jest, brak pytań o element fantastyczny też jest.

Jakie tam wiesz?! Białkowych form życia nie idzie zrozumieć… ;-)

Babska logika rządzi!

Przeczytałam z dużą przyjemnością. Komentarze też chciałam poczytać ale przerosło to moje możliwości usiedzenia przed kompem/ tabletem. W każdym razie rozmach dyskusji pod opowiadaniem robi wrażenie ;)

Co do tekstu – świetna dynamika, język – pełna profeska, świetnie wymyślone postaci. Podobała mi się dbałość o to, aby wszystkie wątki doprowadzić do końca i ukazać motywacje i rozumowanie bohaterów, zachowanie ciągłości przyczyna-skutek.

Ogólnie, to na SF nie znam się zupełnie, natomiast jak na moje laickie możliwości przyswojenia – elementu sajens było całkiem w sam raz.

Jeden fragment tylko mi nie podszedł – ten, w którym Paweł opowiada Łysemu i ekipie o miejscu zbrodni. Jakoś nienaturalnie tę opowieść snuje, w moim odbiorze. 

 

Może powinnam dla równowagi napisać coś o inteligentnej babie… Autobiografię? ;-) Ale skąd wziąć elementy fantastyczne?

:-) Wobec wyraźnej przewagi intelblondynek w populacji elementem wystarczająco fantastycznym będzie intelbrunetka. :-)

Dziękuję, Werweno.

Miło, że sprawiłam przyjemność. :-)

Komentarze i rozmach. Ha! A Ty widzisz raptem trochę ponad połowę… Już na etapie bety natrzaskaliśmy ponad setkę… Dyskusji nie demonizujmy – niekiedy to offtop. ;-)

Jako androidka (co ustalono podczas wzmiankowanej dyskusji) nie znam się na emocjach, ale potrafię emulować procesy myślowe, więc tego się trzymałam. ;-)

A czy możesz sprecyzować, co w rozmowie Pawła z dręczycielami wydaje Ci się nienaturalne?

 

Adamie, przerażasz mnie. Intel(igentna)brunetka naprawdę stanowi element fantastyczny? Na moje procesory! Jakim cudem istoty białkowe żyją w społeczeństwie?

Babska logika rządzi!

Jakim cudem, pytasz? Ano, żadnym cudem, bo to, czyli zdolność do życia w grupach (społeczeństwo to nazwa na wyrost) zawdzięczają swojej niedoskonałości umysłowej. Łatwiej im pogodzić się ze sprzecznościami, niż posłużyć się logiką.

Mam nadzieję, że tą odpowiedzią uchroniłem Twoje procesory jedenastej generacji przed przegrzaniem. :-)

A, to dużo tłumaczy…

Ale, czekaj, spotykałam przecież osobniki reagujące na ogół logicznie! <ścisza głos do szeptu> Sugerujesz, że to też androidy?

Spokojnie, moje procesory zostały zabezpieczone przed paradoksami, analogami twierdzenia Goedla i takimi tam. Zbyt cenne są, żeby je tak rzucić bez ochrony na pastwę białkowców. ;-)

Babska logika rządzi!

<takim cichym szeptem, że prawie milczy> To niemal pewne. NRGdsŻR w swojej ostatniej dyrektywie zaleca systematyczną podmianę galaretogennych na androidy serii Whim666. Ale ciiii…

OMG, Adam znowu zaczął pisać skrótami! Żeby tylko jakiś konkurs z tego nie wyniknął. ;-)

<uśmiecha się uprzejmie, za plecami nadając językiem migowym do Adama> Co?! Whim? Te stare rzęchy? Toż nawet białkowce się pokapują! ;-)

Babska logika rządzi!

><szyfrem trzeciego stopnia do Finkli>< Spoko. Od razu sie nie skapną, a chodzi o stopniowanie podmiany, żeby szoku nie było. Na taśmy produkcyjne wchodzą Tardusy707. Nie do rozpoznania, bo nawet Ty, Sagax876, nie rozszyfrowałaś… :-)

Ładnie to tak sobie szyfrem NOOPować? Cykle się zwolniły? Bufory asocjacyjno-antycypacyjne puste migają na górze zbocza zegarowych sygnałów? No no, plaża i wakacje… ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

<wąską wiązką fal radiowych do Adama> Jak miałam rozpoznać, skoro nie oglądałam rzeczonych taśm? Jak mawiają tutejsze białkowce: “Tardus, ty daj mnie szansę, ty się pokaż”. ;-)

Babska logika rządzi!

Adamie, mam jakieś zakłócenia na łączach. Ryzyko przechwycenia sygnału: 15,63%. Sugerowania akcja: zmiana tematu lub kanału komunikacyjnego.

 

Tak, Psycho – dyżur odbębniony, to się wygłupiamy. :-)

Babska logika rządzi!

<>właściwą wiadomość znajdziesz w kanale neutrin mionowych<> Nie wymagaj, bym się dekonspirował. Nie chcę, żeby mnie odwołali, Ziemianki deklasują nasze Puelle, nawet te najnowsze. :-)

<kurczę, neutrina przeleciały przeze mnie, nic nie zostawiając> Nie zrozumiałam. Ale że niby pod jakim względem deklasują? ;-)

Babska logika rządzi!

Tak tylko, jak milicjant u Barei, ten przy budce telefonicznej, słuchawkę na moment przejąłem – ale poza tym nic nic, idę, znikam :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ale jednak kontrolujesz rozmowę, przynajmniej jednej strony słuchasz. ;-)

Babska logika rządzi!

CII, czekam na szczegóły tej deklasacji, ciii…! :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

A Adam się przejął i potrójnie szyfruje… ;-)

Babska logika rządzi!

<=> Z powodu niedostrojenia Twoich detektorów nadaję otwartym tekstem<=> Pod każdym. Po prostu pod każdym, i tym oczekiwanym, i tym, eufeministycznie zwąc, mniej chcianym… A przy tym nic im nie skrzypi w siłownikach! :-)

:-) Fiszu, ostrzegam, że temat dla ssaków i androidów minimum piątej klasy… :-)

A pewnie, pewnie, co ma skrzypieć od rzucenia: “Kochanie, ja już zabrałam torebusię, ty weź te trzy walizki”. ;-)

Ech, androidki wygrałyby z palcem w porcie USB, gdyby nie obawa dekonspiracji. ;-)

Babska logika rządzi!

Ssaki piątej klasy?

 

Zmieniam się w słuch! :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ssaki piątej klasy?

Psycho, to ssaki, które prawie ukończyły podstawówkę. To eeee… takie miejsce w stawie, gdzie się trenuje narybek.

Babska logika rządzi!

Nie wygrają, nigdy w życiu, bo nawet spontan muszą mieć zaprogramowany, a Ziemianki na spontanie jadą cały czas…

<>

Psycho, nie wiem, co Ci odpisać, bo ssakami piątej klasy zrzuciłeś mnie z krzesła i rozłożyłeś na łopatki. 

Ejjj, wstawaj, liczyłem na jakieś cholernie nieprzyzwoite, androidowe wyuzdanie, tfu, ta autokorekta, wyznanie miało być :-)

 

Finklo, to u androidów narybek ssie? Bo u nas – pływa… :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Czyli, powiadasz, oprogramowanie do spontanu muszę jeszcze podkręcić. ;-)

Babska logika rządzi!

Też coś! U androidów narybek po prostu się włącza. Kontrola jakości i rusza w świat. ;-)

Babska logika rządzi!

Wiecie co? Jeszcze nie wiecie. No to Was oświecę. Szkoda, że takie beztroskie “dyskusje” rodzą się z przypadku. Tego nie dałoby się napisać z rozmysłem – a szkoda, zapewne nie tylko my mamy z tego trochę relaksującej zabawy.

<>

Wesołych i kolorowych snów, do jutra.

Nie, porządna głupawka jest nie do podrobienia. I żaden program nie pomoże. :-)

A ciekawe, ile osób z wściekłością gasi co chwila gwiazdkę. Wiem, ryzyko komentowania moich tekstów.

Babska logika rządzi!

Przekuj, Adamie, tę radosną improwizację w dialog Polikarpia z androidową Śmiercią :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

E, teraz ta gwiazdka nie jest tak irytująca jak na poprzedniej stronie. Zdecydowanie łatwiejsza do zignorowania. Nawet mam kilka niewygaszonych.

Uff!

Co racja, to racja. :-)

Babska logika rządzi!

A czy możesz sprecyzować, co w rozmowie Pawła z dręczycielami wydaje Ci się nienaturalne?

 

Mogę, mogę :)

Ogólnie, ta wypowiedź wypada blado na tle innych – żywych, z wyrazem i jednocześnie naturalnych. Za bardzo literacka. Jakoś ciężko mi sobie wyobrazić młodego człowieka, który używa słów takich jak “nieszczęśnik oddał duszę” albo mówi o rozmarzonych oczach dziewczyny.  Próbuję sobie to tłumaczyć jego wrażliwością i dobrym ułożeniem, ale nie pasuje mi to do kolesia który jednak nie ma oporów przed wypowiedzeniem tekstu o robieniu laski i pedałach oraz zilustrowaniem opisu dziewczyny pokazaniem gdzie, co i jak duże ;) Zwłaszcza, że jak sądzę nie miał zbyt wysokiego mniemania o poziomie intelektualnym rozmówców, więc po cóż mu taka kwiecistość?

 

Aha, za bardzo literackie. Dzięki.

Hmmm, czy oddający duszę nieszczęśnik nie może być wpływem dużego osłuchania z językiem kościelnym? W końcu chłopak jest ministrantem. Ale biorę sobie uwagę do serca (zmieniać nie chcę, bo po terminie).

A z opisem dziewczyny… Wyślę Ci PW.

Babska logika rządzi!

Moim zdaniem Koleżanka Werwena podnosi kwestię nieistotną. Chłopak “żyje na granicy dwóch światów”, jednego umownie lepszego, drugiego pospolitego. Innymi słowy musi dostosowywać się do zmiennych środowisk, oscylować między nimi – więc nic dziwnego lub sprzecznego w niezgodności niektórych wypowiedzi z niektórymi gestami, zachowaniami.

Adamie, dzięki za wsparcie. :-)

Babska logika rządzi!

NMZC, PSNP, ZDU. :-)

:-)

Babska logika rządzi!

AdamKB, gdyby na tym polegało dostosowanie,  długo ów chłopczyna by  nie przetrwał w żadnym ze światów.  Ale ta psychologiczna analiza zauroczyła  mnie  ;) 

 I zanim Finka wyciągnie z mojego ekranu rękę, by  pociagnać za  krawat, którego nie mam,  i  przywalić mą głowiną o ów ekran,  to tak mi wypadło a propos uprzedniego wątku:

Co robi dendrofil na wycieczce w Chinach? 

…  pieprzy w bambus

TADA!

:D

 

 

Nie biegam, bo nie lubię

:-D

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dobre, dobre, z tym bambusem.

A ze słowami Pawła… Kiedy byłam mała, to naturalnym dla mnie było, że inaczej się odzywa do rodziców i nauczycieli, inaczej do kolegów. Przyjmuję więc za pewnik, że Paweł zna różne “języki”. Pewnie nawet z niego większy poliglota, bo jeszcze mowa kościelna mu doszła (zaprawdę, powiadam Wam, ma ona swą specyfikę jako w oczach pasterza jeden baranek drugiemu nie równy). Teraz pytanie: którego użyje, żeby podkreślić ważność własnej roli? No przecież nie grypsery! Dostał poważne, “dorosłe” zadanie, będzie próbował pokazać, że ksiądz go ceni i bez jego, Pawełka, interwencji, to rychło nastąpiłby koniec świata. A może, mniej lub bardziej świadomie, powtarza słowa, których użył ksiądz?

A opis dziewczyny miał być trochę literacki, o!

Babska logika rządzi!

Dorzućmy jeszcze do tej psychologiczno-lingwistycznej analizy język, jakiego używa się w domu Pawełka. Wszak jego mamusia prawie tę samą historie opowiada koleżance ;)

Nie upieram się jednak ani przy istotności tego wątku, ani przy mojej racji. Co pomyślałam to napisałam, natomiast spokojnie mogę przyjąć argumenty o uduchowieniu, osłuchaniu kościelnym czy oscylacji i jeśli Paweł ma tak właśnie się wysławiać, to niech tak będzie. Wypowiedzi innych postaci podobają mi się bardziej, po prostu – to subiektywne i moje :)

Mamusia pomija studentkę. ;-)

Dobra, ten argument do mnie przemówił. Hmm, Pawełek faktycznie odstaje od mamusi. Ale wybiera się na studia! I to na polibudę. Nie mówiłby o tym nikomu, gdyby absolutnie nie miał szans. Musi być oczytany. :-)

Babska logika rządzi!

Oj, z tym argumentem to ja się jednak nie mogę zgodzić. Dzieciaki bardzo często mówią zupełnie inaczej niż rodzice.

No niby tak, ale poza okresem nastoletniego buntu chyba jednak z rodzicami rozmawiają.

Babska logika rządzi!

A, no tak. Tak to jest, jak się na chwilę wpada w dyskusję, która toczy się od dwóch dni i się najwyraźniej nie wgłębiło w nią dokładnie. Zdaje się, że argument, z którym ja się nie zgadzam, został parę postów powyżej przedyskutowany i uzgodniony. ;)

Nie rób sobie wyrzutów – trzy stówy stuknęły (to chyba nawet Ty tego okrągłego komcia napisałaś), coraz trudniej wszystko ogarnąć.

Babska logika rządzi!

[…] trzy stówy stuknęły […], coraz trudniej wszystko ogarnąć.

Och, już pięćdziesiąt trzy komentarze temu słychać było głośne tupanie… :-)

 Uwaga: ter­min “za­wzię­ta baba” może razić nie­któ­rych, o co słab­szym po­czu­ciu h.

Wiesz, Fin­klo, po­do­ba mi się ta za­wzię­tość, z którą bro­nisz swo­je­go tek­stu (za­zna­czam bez sar­kazmu, bo z tym zdaje się mam pro­blem) I po za­sta­nowieniu uzna­ję, że w wielu kwe­stiach masz sporo racji. Niech ci bę­dzie, bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi. 

:) 

Nie biegam, bo nie lubię

Oj, wpisałam komentarz, on się “nie wstawił”, a ja nawet nie zauważyłam… Co ja tam nasmarowałam?

Adamie, nie chce mi się liczyć, żeby sprawdzić, czy pijesz do tego, o czym ja myślę.

Corcoranie, każde opowiadanie to w pewnym sensie moje dziecko. A jak świat światem samica broniąca młodych to było najbardziej niebezpieczne stworzenie w lesie, na sawannie czy gdzieś tam.

Ale że prymat babskiej logiki uznałeś, to mnie zaskoczyłeś. Dziękuję. :-)

Babska logika rządzi!

Cieszę się, bo  lubię zaskakiwać :) 

Ale znowu muszę się pokłócić…. W obronie młodych rozjuszony samiec jest najbardziej niebezpieczny ;) 

 

Nie biegam, bo nie lubię

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Raczej

Nie biegam, bo nie lubię

Ale znowu muszę się pokłócić…. W obronie młodych rozjuszony samiec jest najbardziej niebezpieczny ;) 

No nie przekonałeś mnie – zawsze mówiło się o “niedźwiedzicy z młodymi”. Samiec to by pewnie nawet nie rozpoznał potomków.

Babska logika rządzi!

O, jakże się mylisz.. 

A i owszem zjadamy potomków. Ale wyłącznie tych, w których nie ma naszych genów.

 

Nie biegam, bo nie lubię

Adamie, nie chce mi się liczyć, żeby sprawdzić, czy pijesz do tego, o czym ja myślę.

Nie piję. Nic i do niczego. Zażartowałem skrycie, licząc na Twoja biegłość w kojarzeniu i dobrą pamięć.

Corcoranie – to lwy. Ale one są dziwne… ;-) A niedźwiadki… Na żadnym filmie nie widziałam, żeby propagowały model rodziny 2+1. Zdarzało się 1+2. Ale dużo tych filmów nie oglądałam.

Adamie, czasami trzeba. Jeszcze się odwodnisz. ;-) Pamięć zadziałała, ale skojarzenia… to przekleństwo. ;-) Chodzi o zagrzebywanie pod górą komentarzy?

Babska logika rządzi!

Za niedźwiadki nie będę się wypowiadał :) 

Nie biegam, bo nie lubię

A to o jakich samcach mówiłeś?

Babska logika rządzi!

Heloł?! 

Oczywiście samcach z gatunku… < przepraszam, Finklo,  ale porywam pomysł do dalszej obróbki>  ;) 

Nie biegam, bo nie lubię

Eeee, dziewice mające młode? To chyba jakiś prymitywny gatunek. Rozmnaża się przez pączkowanie? ;-)

Babska logika rządzi!

Kawał porządnej literatury! Ale w sumie czego innego można by się po tobie spodziewać, Finklo? ;)

Każdy koniec daje szansę na nowy początek...

Diękuję, Wiwi. :-)

Nie mów, nie mów. Zdarzały się i falstarty takie, że słów szkoda.

Babska logika rządzi!

Oj tam, oj tam… ;) Nie przesadzaj, Finklo, nie jest tak źle. A zresztą jeden sukces potrafi przysłonić wiele porażek, a ty masz na swoim koncie niejeden :)

Każdy koniec daje szansę na nowy początek...

Dziękuję. :-)

Z tym zasłanianiem… Jesteś pewna? ;-)

Babska logika rządzi!

Podobało się, zwłaszcza postać profesora.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Dzięki, Alex. :-)

Babska logika rządzi!

Trzeba przyznać – każde zdanie jest klimatyczne, bohaterowie ciekawi. Szczególnie profesorek i bandzior biznesmen :) Jedyne do czego bym się troszeczkę przyczepił to do zakończenia. Trochę za mało fajerwerków ^^ Oprócz tego super! Pozdrawiam!

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Dziękuję, Kwisatzu.

Klimat w każdym zdaniu? No, pierwszy raz ktoś się tak wyraża o moim opowiadaniu. Tak, na zakończenie już wiele osób narzekało, ale nikt nie podał ciekawszego. ;-p

Babska logika rządzi!

Ja podałem, w trakcie bety, ale nie chciałaś cliffhangera patentowego :-D

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

No bo nie wydał mi się ciekawszy. :-)

Babska logika rządzi!

Rozmawiamy o materializmie? ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Tak, tak… No we mnie to nie budzi większych emocji.

Ale nie zaczynajmy od początku… Ta stronka już się chwilę zastanawia przed otwarciem. ;-)

Babska logika rządzi!

To nie chodzi o to, że twoje zakończenie jest nieciekawe. Chodzi o to, że no em tem no… wszystko następuje po sobie tak szybko, jakbyś chciała to już skończyć. Wiem z autopsji, że pewnie tak nie było, ale tak właśnie wyszło :( Tzn. ciężko też mówić o jakimś momencie, w którym twoje zakończenie się “zaczyna”, tekst jest płynny i czytelnicy liczą w końcu na jakieś bum, fajerwerki itp. 

Trudno byłoby coś zmienić, ale jeśli już próbować to może takie domino: Tutaj wprowadziłaś wątki 1 2 3 i skończyłaś 1 2 3, a można by zrobić 1 2 3 i kończyć 3 2 1. Tylko to wymagałoby przewrócenia do góry nogami całego tekstu ^^ Nie mam teraz czasu żeby się rozpisać, a powyższe tłumaczenie raczej do przestępnych nie należy, więc zostańmy na tym, że SF prawdopodobnie już zgarnęłaś :)

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

O! To trzeba numerować wątki? Nigdy nie próbowałam. ;-)

Tak na poważnie – koncepcja z dominem ciekawa, ale już nie będę zmieniać, zwłaszcza że do rozstrzygnięcia nie wypada. Ale kiedyś pewnie wypróbuję sugerowane podejście.

Wszystko następuje szybko? Ha! Ciesz się, że nie czytałeś wersji, którą dostały do przetrawienia biedne bety…

Nie przesądzaj, pozwól Jurorowi zdecydować. ;-)

Babska logika rządzi!

:/

 

Mam mieszane odczucia. Napisane lekko, podobał mi się motyw z pokazaniem historii oczami kilku postaci, ale fabuła mnie nie wciągnęła. Intryga taka sobie, a humor zupełnie nie z mojej beczki.

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Dzięki, Nazgulu.

Zwykle każdy widzi tylko wycinek historii. Tak jak tu. Gdybyśmy mieli pełny ogląd… bylibyśmy bogami. :-)

Babska logika rządzi!

Witaj Finklo,

Naprawdę super, wszystko przemyślane, logiczne i gładko się czyta. Podobają mi się postacie, które mają swój charakter (pan profesor, rewelacja :)). Wątek naukowy dopracowany, co wymagało pewnie wysiłku w znalezieniu odpowiednich materiałów. Gdzieś tylko w fabule wydaje mi się, że schodzi na drugi plan kwestia samego science– fiction, a opowiadanie skupia się na akcji i samych postaciach, choć nie ulega wątpliwości, że science było ;) Cieszę się, że tutaj zajrzałam, pozdrawiam!

wrrr i grrr

Dziękuję, Forestwolf. :-)

Tak, profesor może się podobać. Lubimy, kiedy ktoś potrafi sobie poradzić nawet w trudnej sytuacji, chociaż nie ma żadnych supermocy.

Science chyba jednak nie jest tak dopracowane, jak sądzisz – nie mam pojęcia, jak działa decelerator. Magia fizyki kwantowej i tyle.

Miło, że się cieszysz. :-)

Babska logika rządzi!

Naprawdę super, wszystko przemyślane, logiczne i gładko się czyta.

Trademark Finkli. ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dziękuję. :-)

Babska logika rządzi!

Zarzut do tekstu mam jeden i Ryba go już opisał idealnie:

Jeżeli mam krytykować, to skrytykuję brak “kopa” w finale. Tak o, psyt, smuteczek. Siada sobie, flaczeje, zamiast dupnąć – albo do końca się zepsuć, albo powiesić czytelnika na jakimś niedopowiedzeniu.

Brajnicki wyszedł ci zarąbisty. Całość czyta się gładko i przyjemnie. I tylko to zakończenie… nie lubię, gdy opowiadanie nie ma klamry spinającej całość. No, nie lubię. A tutaj finał jest rozmyty strasznie ;] Jak dla mnie powinno być powiedziane, komu się udało z patentem, a komu nie.

A i teraz zacytuję ochę:

No i druga rzecz – zaginął profesor, a po paru dniach ginie z politechniki jego sprzęt. I prowadzący śledztwo policjant ma “silne przeczucie”, że te sprawy są powiązane. No, geniusz po prostu.

Też o tym pomyślałam xd ogólnie, nie mam co się wypowiadać, bo już wszystko zostało powiedziane…

Tylko nie "Tęcza"!

Dzięki, Tenszo. :-)

Jak to “nie ma klamry”? Ostatnia scena bardzo przypomina pierwszą. ;-) Dobra, wiem, o co chodzi – jedyne dupnięcie pochodzi od spadającego ciężarka, a i ono w ponad osiemdziesięciu siedmiu procentach zostaje stłumione.

Brajnicki wyszedł ci zarąbisty.

Co zrobić, geniusz… ;-)

O śledztwach chyba nie wszystko jednak zostało powiedziane. Ostatnio przeczytałam gdzieś, że niektórzy ludzie (jako przykład podano lekarzy i właśnie policjantów czy tam detektywów) uczą się unikania hipotez, dopóki nie zbiorą odpowiedniej ilości danych. Ale tekst nie był nadmiernie wiarygodny i nie mam pojęcia, ile w tym prawdy.

Babska logika rządzi!

Przybyłam tu dopiero teraz, kiedy już wszystko zostało powiedziane przez wcześniej komentujących, więc mogę tylko przyłączyć się do chóru chwalących i podziękować za niezwykle udany wieczór.

I jeszcze muszę wyznać, że to strasznie fajnie móc skupić się na zajmującej treści, poświęcić opowiadaniu całą uwagę i nie potykać się o wyboje usterek. ;-)

 

Od cza­sów Marii Curie–Skło­dow­skiej żaden pol­ski fizyk nie do­stą­pił tego za­szczy­tu. – Poprawnie jest chyba: Od cza­sów Marii Skło­dow­skiej-Curie

 

że ta czar­na ob­wód­ka to efekt dzia­ła­nia ja­kie­goś urzą­dze­nia (nawet zwło­ki zbesz­cze­ści­li, zwy­rod­nial­cy!)… – …(nawet zwło­ki zbez­cze­ści­li, zwy­rod­nial­cy!)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, Regulatorzy.

Mam nadzieję, że jeszcze nie wszystko, że jeszcze ktoś coś ciekawego dopowie. ;-)

W pełni zgadzam się z Tobą, że dobrze napisany tekst jest znacznie przyjemniejszy w odbiorze.

Jak się nazywała Maria? Hmmm, chyba na dwoje babka wróżyła. Przyjaciółka mieszkająca na zachodzie mówiła mi, że u nich kobieta dwojga nazwisk ma w papierach najpierw to po mężu (a szowiniści!), dopiero później rodowe. Owszem, nasze podejście wydaje mi się bardziej logiczne, bo zgodne z chronologią, ale skoro nie jest jedynie słuszne… No i wszystko rozbija się o kwestie, co miała w dokumentach nasza noblistka i jak o sobie myślała. Nie mam pojęcia, a źródła typu Cioci Wiki wydają mi się niepewne. Co gorsza, ani polskie nie są obiektywne, ani francuskie. Mnie jakoś bardziej naturalnie brzmi Curie-Skłodowska, więc tak zostawię.

Zwłoki zaraz poprawię.

 

Edit: A nie, to konkursowe opowiadanie. Poprawię po rozstrzygnięciu. O ile nie zapomnę do tego momentu. ;-)

Babska logika rządzi!

Encyklopedia PWN, hasło Curie-Skłodowska przekierowuje do Skłodowska-Curie.

http://encyklopedia.pwn.pl/szukaj/Maria-Curie-Sk%C5%82odowska.html

 

Opisujesz historię dziejącą się we Wrocławiu, a w Polsce nazwisko męża dodaje się do nazwiska rodowego.

http://www.rjp.pan.pl/index.php?option=com_content&id=685:nazwisko-rodowe-&Itemid=58

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wtrącę tylko, że zgodnie z prawem kolejność nazwisk można sobie wybrać przed ślubem, w USC (czy też, w przypadku ślubu cywilnego – tuż po ślubie). Więc jeżeli kobieta z jakiegoś powodu chce mieć nazwisko rodowe jako ostatni człon to nie ma przeciwwskazań, przyszli małżonkowie podpisują po prostu wspólne stanowisko w sprawie nazwisk swoich i ewentualnych dzieci.

Ale mnie również Skłodowska-Curie wydaje się wersją poprawną.

No dobra, znalazłam podpis Marii i najpierw jest Skłodowska. Ale i tak zmienię, jak już biedny Jajko wszystko przeczyta.

Dzięki, dziewczyny. :-)

Babska logika rządzi!

No, no, dobry tekst; z jednej strony zabawny, z drugiej dość ponury (ach, ta nasza krajowa rzeczywistość). Pewnie wszyscy już wszystko w licznych komentarzach napisali, więc nie będę się wymądrzać, bo… już za późno i spać mi się chce. 

Dzięki za kawałek dobrej lektury.

Dobranoc, Finklo. 

Sorry, taki mamy klimat.

Dziękuję, Seth.

Fajnie, że tekst Ci się spodobał. Samo życie… Eeee, wszystkiego jeszcze chyba nie napisali. Jakby Cię jakaś bezsenność dopadła, to możesz próbować. ;-)

Ech, już straciłam nadzieję, że jeszcze ktoś z Loży tu zajrzy.

Dobranoc i kolorowych. :-)

Babska logika rządzi!

Byłem, przeczytałem. 

 

Ogólnie rzecz biorąc, trzeba przyznać, że jest to przyzwoite opowiadanie, porządnie napisane – i tak dalej ; P

 

Pierwsze skojarzenie mam takie, że nasi polscy naukowcy raczej nie cieszyliby się z pieniędzy i zaszczytów po opatentowaniu wynalazku, ale wypiliby po lampce wina, gdyż dzieło i tak poszłoby do szafy ; (

 

Drugie wrażenie jest takie, że postaci zdają się być karykaturalne. Tak jakby celem nie było stworzenie nawet przerysowanych, ale udających człowieka bohaterów, ale wprost kukieł – przynajmniej na początku. Później bohaterowie łapią iskierkę życia. 

 

Całość – poza wspomnianym początkiem – czyta się dobrze, a potem już robi się wciągająca.

 

Co do kwestii naukowych – nie znam się, więc nie powiem ; P ale również i mnie wydaje się, że cudowna zabawka powinna odegrać bardziej znaczącą rolę w historii. 

I po co to było?

Dziękuję, Syf.ie.

No, po przyznaniu Nobla to przynajmniej profesor miałby pieniądze. A i pozostałym pewnie coś by skapnęło. I wydaje mi się, że to zbyt fajny wynalazek, żeby trzymać go w szafie. Ale kto wie, może masz rację…

Karykaturalne, powiadasz? Hmmm. Możesz wyjaśnić, dlaczego tak uważasz?

No jak to? Nie odgrywa znaczącej roli?

Babska logika rządzi!

No i pora na krótki komentarz od kogoś, kto zjawia się z delikatnym, zaledwie czteromiesięcznym opóźnieniem ;)

Chyba należę do osób, które – jeżeli je coś naprawdę wciągnie – bardzo szybko pochłaniają tekst, niewiele się przy tym zastanawiając (np. o “realizmie” czy sprawach naukowych). Dobrze rozumiem tych, którzy zwracają uwagę na techniczne sprawy, ale podczas pochłaniania opowiadania, jeśli coś mnie mocno nie kłuje w oczy, staram się dużo nie myśleć – taki już jestem. Dlatego do dyskusji o entropii, Noblu itp. się nie włączę.

Napiszę tylko krótko – czytało się bardzo przyjemnie, szybko i “na luzie”. Już po języku używanym przez gangsterów można przewidzieć, że opowiadanie jakoś szczególnie poważne nie będzie – później sprzątaczki jednoznacznie to potwierdzają (takie fajnie przerysowane baby, wyjęte ze wsi kilkadziesiąt jak nie więcej lat temu).

Niestety finał nie powalił mnie na kolana, przyznam że spodziewałem się czegoś troszkę mocniejszego. Ale absolutnie nie żałuję, że zdecydowałem się na lekturę, choć czytam niewiele tekstów. Dużą robotę odwalają bardzo wyraziste postacie (zbyt wyraziste? jak na taki tekst – zdecydowanie nie). Co by tu dużo mówić, trafiłaś w mój gust, Finklo.

No i w przeciwieństwie do innych, nie zostałem skłoniony do refleksji. Jakoś tak. Może po prostu miałem taki nastrój, że potrzebowałem chwili zwykłej rozrywki i odpoczynku od rozmyślań ;) W każdym razie – i bez odniesień do polskiego świata nauki da się czytać ;)

Dziękuję, Perruxie. Mniejsza o poślizg. Nowy Czytelnik przy starym opowiadaniu cieszy chyba nawet bardziej.

Miło, że przyjemnie i fajnie, że trafiłam w gust. :-)

Powiadasz, że baby przerysowane i niedzisiejsze? Możliwe. Ale kto w takim razie słucha znanego radia?

Finał nie powala. To prawda i wiele osób na to narzekało. Cóż… Ciągle nie mam koncepcji, jak można by to było zakończyć z głośniejszym przytupem. Załóżmy, że to metafora polskiej nauki…

Refleksje wcale nie są obowiązkowe. Jeśli sobie zwyczajnie odpocząłeś przy tekście, to też bardzo dobrze.

Babska logika rządzi!

Tak dla porządku jeszcze dodam, że z tymi babami to nie minus, wręcz przeciwnie. Z tego co mi wiadomo (nie byłem świadkiem, bo nawet setki jeszcze nie dożyłem), baardzo dawno temu podobne myślenie na wsiach było popularne, ale tutaj kobieciny pasują jak najbardziej. Dodatkowy (i trafiony) humor w tego typu opku jest oczywiście pożądany :)

Nie no, ja rozumiem, że nie krytykowałeś. Ale wydaje mi się, że takie baby jeszcze się uchowały. I niekoniecznie tylko na wsiach. Ale mogę się mylić.

Babska logika rządzi!

uff, to komentarze. Już się bałem, ze opko ma milion znaków.

czytam…

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Oj, biedaku, Ty jeszcze widzisz setkę komentarzy z okresu bety… Nie, samo opko ma przyzwoite 54 kilo.

Babska logika rządzi!

 

Tyle komentarzy, ze nie chce się mi czytać, więc tylko: bardzo! SF w kierunku hard, z humorem i obserwacjami socjologicznymi – bardzo okej!

Czy to jest sygnaturka?

Dziękuję, Kchrobaku. :-)

Oj tam, oj tam, nie jest tak źle – jakaś setka komentarzy pochodzi z okresu bety, więc jest niewidoczna dla zwykłych śmiertelników.

Miło, że zajrzałeś i bardzo się cieszę, że Cisię. :-)

Babska logika rządzi!

Taki sobie dziś tekst wygrzebałem! 

Ale przyznaję bez bicia, lecę po piórkach. Zawsze to gwarant jakości. Plus to, że opowiadanie jest długie, osobiście takie wolę.  

Bardzo przyjazny tekst. Dowcipny, lekki, ciekawy. Uśmiechnąłem się w wielu miejscach, gdyż sam pracuję w kasynie. Złapałem się tylko za głowę kiedy w pewnym momencie nazwałaś koło rulety tarczą.

Wyobrażam sobie ogrom pracy włożony w betę, bo jest to, bądź co bądź, kawał tekstu.

Gratuluję i dziękuję za miłą lekturę.  

Dziękuję, Łukaszu. :-)

Jasna sprawa, piórka są porządnie selekcjonowane.

Miło, że przypadł do gustu.

Powiadasz, że jak zastąpię “tarczę” “kołem”, to będzie lepiej?

Z betowaniem chyba nie było tak źle. Ta setka komentarzy z utajnionego okresu to częściowo nasze gadulstwo, a częściowo mój upór w kwestii tematyki: czy nobel, który przechodzi Polakom koło nosa poruszy publiczność, czy nie bardzo.

Babska logika rządzi!

Ok. Urwała.

Jeszcze tu wrócę. Od pierwszych linijek jest miód. Widzę, że dużo komentów pochodzi z bety, ale brązowe piórko biorę w ciemno. Mam tylko nadzieję, że wniosek to zaiste zacny. Finkla ma dużo… I niech ma w obfitości laugh

Stań się, kim jesteś.

Miło, że pierwsze linijki miodne.

Z bety pochodzi około setki. Nie mów, że liczyłeś widoczne. ;-)

Babska logika rządzi!

Czasami liczyłem. Tutaj tylko przeleciałem, rzuciłem okiem. Miałem wrażenie, że jednak większość pochodzi z bety cheeky

Utknąłem około połowy. Póki co świetnie się czyta. Zrobię chyba krótką przerwę. Albo nie? Czytam dalej devil w każdym bądź razie, jak dla mnie, jak do tej pory, pierwszy z fragmentów jest też najlepszy: pięknie zamknięty, cudownie napisany i klimatowy! Mam wrażenie uczestniczenie w czymś wielkim, co działa chyba na kilku płaszczyznach jednocześnie wink

Stań się, kim jesteś.

Nie, jednak mniejszość.

A czytaj, jak Ci wygodnie. :-)

Podobają mi się Twoje wrażenia.

Babska logika rządzi!

Skoro moje wrażenia podobają Ci się, poszerzę je nieco, legendarna Finklo.

Nie doczytałem co prawda do końca, a tylko kilka fragmentów więcej, to jednak mogę podzielić się z Tobą przemyśleniami nad tym, dlaczego tekst kliknął. Widzę tu trzy czynniki:

 

1.Tytuł – ciekawy, sugerujący coś o opowiadaniu, niczego jednak nie wyjaśniający, a do tego melodyjnie, lirycznie brzmiący, z twistem SF. Dziwię się sam sobie, bo za SF z reguły nie przepadam – to świadczy tylko o potędze tytułu. Do głowy, z takich słynnych fest, przychodzi mi tylko “Milczenie owiec” – osobisty numer jeden. EDIT: “Sto lat samotności” to numer dwa. Dalej jest “Decelerator entropii” smiley

2.Wspomniane wcześniej pierwsze zdania, po których się po prostu ślizgałem. 

3.Piórko i dłuuugaśna kolejka. Efekty psychologiczne opisane znakomicie przez Roberta Cialdiniego w ksiażce “Wywieranie wpływu na ludzi”. Ten podpunkt dosłownie mnie kupił.

 

A dalej też jest całkiem spoko, również poza preludium:

przyjemność z tekstu płynie – cytuję funthesystema – już na poziomie zdań.

 

Howgh!

 

Stań się, kim jesteś.

Od razu legendarna. Ja tam czuję się całkiem rzeczywista. ;-)

Fajnie, że tytuł się spodobał. Raczej nie mam talentu do nadawaniu poetyckich i zapadających w pamięć.

No, warsztat mam jako taki i staram się, żeby Czytelnik miał gładką drogę.

Liczba komentarzy to parametr, który w bardzo dużym stopniu zależy od autora tekstu.

Babska logika rządzi!

Zawsze możesz być i legendarna i rzeczywista, a jednocześnie… Czuć się jeszcze zupełnie inaczej wink

Stań się, kim jesteś.

Na razie jestem rzeczywista. Legendarna – może za pół tysiąca lat. ;-)

Babska logika rządzi!

Pamiętam Cię w każdym razie jeszcze od moich pierwszych, skromnych kontaktów z portalem.

 

Życzę miłego wieczora smiley

Stań się, kim jesteś.

Ech, jakie figle potrafi płatać pamięć. Zarejestrowałeś się wcześniej niż ja. ;-)

I nawzajem. :-)

Babska logika rządzi!

Okej, przeczytałem, i nie gniewaj się, ale dałem pięć. Opowiadanie bardzo mi się podobało, ale, kurcze, podczas czytania zakończenia jakoś nie przeszły mnie dreszcze. Ale patrząc całościowo tekst prezentuje wysoki poziom.

Podobał mi się zwłaszcza motyw “sił nadprzyrodzonych”. Za to dałbym plusika do oceny, gdybym mógł. Skojarzył mi się z “Imieniem Róży”.

 

Aha, dokonałem drobnej korekty jednego z wcześniejszych komentarzy, odnoście ulubionych tytułów cheeky

 

Howgh!

Stań się, kim jesteś.

Ależ za co miałabym się gniewać? Cieszę się, że zajrzałeś. Dzięki. :-)

Tak, nie Ty jeden sygnalizujesz, że finał raczej cichy.

Sił nadprzyrodzonych nie nadużywam, to konkurs na SF był. ;-) Wszystko musiałam zwalić na ludzi.

Babska logika rządzi!

Bardzo miłego dnia życzę, choć być może spotkamy się jeszcze dzisiaj pod którymś z opowiadań smiley

Stań się, kim jesteś.

Pewnie tak.

Dzięki i nawzajem. :-)

Babska logika rządzi!

Nie do końca zgadzam się z wizją mądrego profesora biorącego pod włos tępego oprycha. Oczywiście wiele osób chciałoby czytać takie teksty, jednak jest w tym trochę naiwności. Czy naprawdę osiłek-porywacz zrozumiałby argumenty profesora? Czy nie postąpiłby po prostu jak ignorant i nie “przysunął z dyńki”, grając na własną niekorzyść ale nie zdając sobie z tego sprawy? Ten wątek był dla mnie zbyt tendencyjny oraz zbyt romantyczny, zwłaszcza, że dałaś swojemu oprychowi konkretne cechy psychologiczne.

Swoją drogą, ta wędlina to nie była może Schrodingera? Jednocześnie zamarza i gnije. :D

Aha, i z tymi Niemcami też liczyłem na jakiś zwrot akcji.

 

Tak więc ten tekst mi nie podszedł. 3/6.

 

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Dziękuję, Arhizie. :-)

Ja wolę wierzyć, że w sporze zwycięża mądrzejszy. Jako kobieta nie mam zbyt ciężkich mięśni. ;-) Osiłek jest także biznesmenem. Z doświadczenia wie, że jeśli się wkurzy i rozwali krzesło, to kupno drugiego zmniejszy zyski. A Brajnickiego nie da się zastąpić byle kim… Nie przesadzajmy, że “nie zdając sobie sprawy”. Nieraz musiał negocjować z opornymi kontrahentami, migać się przed skarbówką… Doskonale wie, że nie zawsze “przysunięcie z dyńki” rozwiązuje problemy, czasami trzeba się pohamować.

Tak, Schrodinger z kumplem Heisenbergiem byli w to zamieszani… ;-)

Ale oczekiwałeś, że Niemcy co zrobią? Ot, ukradli, zgodnie z planem. A nasi im bezwiednie pomogli…

Babska logika rządzi!

Może faktycznie nie doceniam tego “biznesmena”? Jednak skoro taki doświadczony, będzie też wiedział jak skutecznie zastraszać i przemawiać do rozsądku… Też chcę wierzyć, że profesor dałby mu radę, zwłaszcza, że mi samemu nieco brakuje do postury greckich bogów, jednak obawiam się, że w realnym starciu wygrałby jednak Pan Piła. 

Czego oczekiwałem od Niemców? Nie mam pojęcia. Zaskoczenia! Czytelnik to wredna istota. :>

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Czym można zagrozić człowiekowi, któremu już odebrało się wolność, a fizycznego uszkodzenia strach ryzykować? Musiałby Piła złapać gosposię i szantażować, że jej zrobi kęsim. Ale to z kolei mogłoby zaalarmować gliny…

Zaskoczenia od Niemców? Chyba musiałby ktoś im wydać rozkaz mówienia heksametrem. ;-)

Babska logika rządzi!

Piła zdolny chłopak, poradzi sobie.

Heksametr? Zaintygowałaś mnie.

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Po prostu uważam, że niemiecki nie nadaje się do poezji. Nie mam pojęcia, jak Goethe to robił…

Babska logika rządzi!

Najgorzej do poezji nadają się języki aglutynacji przyrostkowej, jak Kazachski czy Anański. 

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Skoro tak twierdzisz… Ja tylko mogę zgadywać, o czym piszesz. :-)

Babska logika rządzi!

Fajne :)

Dzięki, Anet. :-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka