- Opowiadanie: PożeraczBułek - Koronki

Koronki

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Koronki

 

***

BONA

Od początku było wiadomo, że winowajczynią jest Pola. Oczywiście, nie zrobiła tego celowo, ale jakie to teraz ma znaczenie. To ta smarkata sprowadziła na chatkę Leśnika nieszczęście. Stary wujek Kasper ze stolicy też miał w tym wszystkim udział, ale on nie stąd, mógł nie wiedzieć. Siada pani, czy nie siada? Ja nie będę nic opowiadać, jak ktoś na mnie tak z góry łypie. Tam jest taboret, siadaj pani z tyłkiem. Jak chce, to może mi włóczkę rozplątywać. Trzyma ten koniec, będzie szybciej, jak we dwie, a może też pani cosik za pomoc podaruję. Bo dobrą robotę trzeba cenić!

Na czym to ja… A Pola… Pola wypastowała drzwi do chaty pastą do podłogi. Rano, w Wigilię! Jak leśnikowej, ani babki nie było w chacie, w sam dzień przed Narodzeniem Pańskim pastować jej się drzwi zachciało! Wiadomo było, że Bóg nie popuści takiego uczynku złego! Uchowaj Panie Boże, żebym to ja kiedyś ci takiej przykrości w przeddzień święta nie zrobiła! No i doczekała się kary, smarkula! Gęś głupia! Jeszcze jasno było na świecie, jak stary leśnik wrócił do chaty z obchodu, który po lesie urządzał. Blady jak ściana, powiadam pani, zdążył tylko drzwi za sobą zamknąć, powiedział, że go w piersi kłuje i padł jak długi… Oczy mu wywinęło na drugą stronę i martwy był, jak te ryby, co jego żona w drugiej izbie oporządzała. Nie było po co, po lekarza posyłać. Trup. Z daleka widać było, że biedaczysko leży już bez duszy. Pola w bek, leśnikowa przyleciała. Babki wtedy nie było, nie wiem. gdzie ona na tym odludziu polazła, ale nie było jej. Leśnikowa lamentować zaczęła, po imieniu starego wołać, łapami upapranymi od rybich bebechów go po gębie smagać. Nic nie pomogło. Jak martwy był, tak martwy został. Posłała matka Polę po doktora, ale już starego nawet na łóżko nie przenosili, bo widać było, że nie ma po co. Na podłodze leżał, dopóki Kasper nie wrócił z dworza. Stryj przechadzkę po lesie urządzał. Patrzy pani, tyle lat starszy, a nic mu nie było, a leśnik trup. Kasper hardy jest, a łapy ma tak silne, że gołymi rękami rysia by zadusił, powiadam pani. W każdym razie Kasper wchodzi do izby, a tam brat jego, we krwi cały, bez tchu leży. Tak go leśnikowa rybią krwią i łuską upaprała, że Kasper ze strachu i wstrętu na zewnątrz musiał wyjść, żeby powietrza świeżego złapać. A ryczał przed chatą jak dzieciak. A leśnikowa w środku. Wyli jak dzieci oba, aż mi się łza w oku kręci, jak se pomyślę. Bo to dobrzy ludzie. A leśnik Franek z nich wszystkich najlepszy był. Do serca przyłóż. Tylko Pola, taka głupia, nieopierzona jeszcze. Za chłopakami lata jak suczka jaka, a ledwie czternaście jesienią skończyła… Człowiek też głupie rzeczy w życiu robił i to nie tylko za młodu, ale ta smarkata, to szkoda gadać…

A co to ja… Aha… Kasper jeno trochę otrzeźwiał, to wyciągnął drzwi z framugi… Bo dwie pary zewnętrznych były, na jaką nową modłę leśnik zrobił, bo mówił, że mu zimno po izbie hula. To Kasper, te jedne wyciągnął, w drugiej izbie stary stół ustawił i drzwi na nim. A na drzwiach trupa ułożył, zanim jeszcze doktor, co do śmierci rodzinę upewnił. Leśnikowa w takim amoku była, że nawet obrusem drzwi nie nakryła, a starej nie było, żeby zarządzić, dopiero z doktorem i Polą się zeszła. Płakała, rzewniej niż leśnikowa nawet. Wiadomo – syn to syn, a nie tylko mąż jaki. Doktor śmierć potwierdził. Powiedział, że serce. Nowina taka, jakby nie wiedzieli, że to serce go zabiło! Lekarzyk taki młodziutki… Specjalista, z miasta, za panną tu się sprowadził i myśli że mądrzejszy od wszystkich. Ale serce ma, nie można powiedzieć. Współczucia miał dla rodziny dużo, bo płakali wszyscy. No i święta wiadomo… Co to za święta… Co pani się tak patrzy na mnie? Że koronka taka szara, z białej włóczki wychodzi? Widać łapy mam brudne, ale nie szkodzi. Ta koronka to i tak ino raz będzie podziwiana.

A co to ja… Doktor dał na uspokojenie zioła jakie całej rodzinie, kondolencje złożył i obiecał się z grabarzem dogadać w sprawie kostnicy. Nie mógł pozwolić, żeby trup tyle czasu w chałupie leżał, a wiadomo – w święta nieboszczyków się nie chowa. Leśnikowa i stara matka protestować zaczęły. Że jak to tak, że od razu męża i syna do kostnicy nie oddadzą. Że tak nagle zmarł, że chociaż z ciałem pożegnać się muszą i na twarz umarlaka popatrzeć… Och, mówię pani… Smutna historia. Doktor skłonił się, powiedział, że rozumie, ale że zajrzy za dzień, czy dwa jak się sprawy mają. I poszedł. Smutne święta to były… O tak smutnych, żem jeszcze nie słyszała. Leżał martwy leśnik w jednej izbie, w drugiej Kasper, leśnikowa, baba, Pola i to drugie dziecko, ten chłopczyk maleńki spali i jedli, bo nikt z trupem przebywać w jednej izbie, za długo nie chciał. Piątka ludzi pokotem na podłodze sypiała. Wyobraża Pani to sobie? I całe święta tak. Nachuchali tam tak, nagrzali w piecu, tym drewnem przez leśnika – nieboszczyka porąbanym, że jak doktor, w drugie święto przyszedł, to stwierdził, że ani dnia dłużej ciało w izbie zostać nie może, bo od smrodu, jeśli oni wszyscy się nie pochorują, to dziecko na pewno. Zaoferował się doktor, że ciało razem z Kasprem do kostnicy na cmentarzu przewiezie. Baba jak usłyszała, że syna na cmentarz wynoszą, to padła do zsiniałych rąk trupa, że ją siłą trzymać musieli, żeby nie dotykała za dużo, bo drugie nieszczęście być może. Trzymały Starą: leśnikowa i Pola, a Kasper z doktorem drzwi z trupem unieśli, z wielkim problemem i do drugiej izby przenieśli, żeby na dwór wyciągnąć. Doktor furmanką był, wystarczyło na dwór martwego wynieść, to dalej już łatwo, nawet po śniegu miało pójść. Kobity w drugiej izbie były. Wnuczka i synowa przytrzymywały Babę. I nie dopatrzyły czegoś Pani… Nie dopatrzyły… Ciężki trup to był pani, a oni tylko w dwójkę go nieśli… Dwóch tylko chłopa… Za mało pani… Za mało… Z izby, do izby ciało na drzwiach nieśli, żeby z godnością, a nie jak prosiaka za ręce i nogi. I z tej godności, tyle im wyszło, że gdy doktor, chucherko, zachwiał się nieco i drzwi przechylił, nieboszczyk zsunął się w sieni z tych drzwi śliskich, przez Polę wypastowanych, kozła wywinął i odwrócił się drugą stroną, tą którą nie powinien. Oj, nie powinien pani! Nie powinien! Ułożyli go na drzwiach, z powrotem i wynieśli go tak głową w przód, zamiast nogami. Z miasta obaj. Nie wiedzieli, że nie wolno. Że tu życiem inne prawa rządzą. Że jak trup będzie twarzą zwrócony do wnętrza chaty, gdy go wynosić będą, to drogę powrotną do domu zobaczy. I wróci jego duch, zanim ciało w ziemię włożą i z chaty zabierze ze sobą jedną osobę. Tę, którą kocha najmocniej…

 

***

POLA

 

Ja widziałam przez okno, jak już tatkę wynieśli przed chatę, że źle go niosą. Już się ściemniać zaczęło, ale tyle to dojrzeć można było, że to głowa taty, a nie buty są. Matka też widziała, babka niby patrzyła, ale nie wiem, czy mogła coś zobaczyć, przez te zapuchnięte oczy. Ale ucichła na chwilę i tylko łkała cicho, więc chyba też uwagę musiała zwrócić, że coś nie tak. Patrzyłyśmy przez chwilę, we trzy na furmankę, na której ojca kładli złą stroną, jakby nam władzę w członkach odjęło. Dopiero jak stryjek wsiadł na wóz i pan doktor konie pogonił, to się ocknęłam i zmusiłam się, żeby wstać. Wybiegłam przed chatę, tak jak byłam ubrana, w kubraku jeno i koszuli, na bosaka. I krzyczeć zaczęłam. „Stać! Zatrzymajcie się! Stryjku!” Ale wiatr tak dął, że zaczęłam się krztusić powietrzem, jakby coś mi dźwięki, z powrotem wpychało do gardła. „Stryjku!” – wołałam, ale tak pędzili, jakby konie wiozły siano, a nie papę. Rzuciłam się biegiem, tak szybko, jak się dało w ciemnościach i krzyczałam, co sił w płucach. Nie dość, że wóz furkotał zagłuszając mnie, to jeszcze biegłam pod wiatr i jak mocniej zawiało, to nawet kroku naprzód nie mogłam zrobić. Wiatr rozchełstał mi kubrak i podarł koszulę. Było mi tak zimno, że przestałam czuć nawet kłucie w stopach. Furmanka nie pojechała przez dolinę, tylko przez wzgórze, gdzie dom Bony Luty stoi. Pewno dolina była zasypana, a do Luty droga zawsze była lepsza, bo wyłożona kamieniami. Chciałam biec, ale bose stopy na śliskich kamieniach nie miały oparcia i runęłam jak długa raz jeden i drugi, raniąc sobie dłoń. O stopach nawet nie wspomnę. Nie mogłam tak dalej. Zasmarkana wróciłam do izby, gdzie matka tuliła babkę, jak dziecko jakie, a Seweryn wył w swojej kołysce, samopas zostawiony. Wzięłam dzieciątko i przycisnęłam do siebie. Tak zakończyliśmy drugie święto. A następnego dnia była niedziela, więc ojca jeszcze pochować nie mogli. Może gdyby Luta coś u księdza uprosiła, to dałoby radę, ale ona nic. Nienawidziłam Luty. Ona zresztą mnie też, bo parę razy widziałam, jak ojciec z jej chaty wychodził, wtedy gdy matce gadał, że poluje. Tłumaczył że po lekarstwo był, że napój Luta z imbiru robi taki, że go od chorób strzeże. Ale jakby to była prawda, to Sewerynowi też by takiego napoju przynosił, bo mały prawie przez cały rok pokasłuje. Mama zresztą też niedomagała, a napoju ojciec od Luty nie przyniósł. Ani żadnego zwierza z polowania przez ostatni miesiąc. A wprzódy po dwie sarny czasami na raz przynosił, albo nawet dzika, czy ptaka jakiego. Ale nie moja w tym sprawa, o zmarłych źle się nie mówi.

W każdym razie Bona Luta wiedziała, że u nas źle, że dom w żałobie, że licho się czai, że dziecko małe w kołysce, a trup w pokoju i ani razu nie przyszła się zapytać, czy nie pomóc. Sąsiadka najbliższa z niej taka była. Miast zainteresować się całymi dniami tylko koronki wyrabiała, taka strojnisia. Żal mam do niej, bo gdyby choć na chwilę przyszła, to nocka spokojniejsza by nieco była. A tak, to był koszmar. Wszystkie trzy żeśmy wiedziały o co chodzi, a żadna nic nie powiedziała na głos. Udawałyśmy przed sobą, że nic się nie stało, a wiedziałyśmy, że ojciec musi się po jedną z nas wrócić. Albo po Sewerynka, nie daj Boże. Ale wszystkie żeśmy się łudziły po cichutku, że to prawo stare i że przez tyle lat nie sprawdzano, czy jeszcze działa, to może już nieważne, może nie obowiązuje… Ale nie byłyśmy pewne. Babka z matką dziwnie na siebie patrzyły. Ja wiedziałam, o co chodzi, bo głupia nie jestem. Niby jedna i druga się bała, ze tatko po nią właśnie wrócić się ma, ale z drugiej strony, każda z nich myślała, że jeśli tę drugą zabierze, to katastrofa będzie. Bo gdy mojej matce się nie zemrze, to będzie znaczyło, że żony nie kochał tak bardzo jak był powinien. A z kolei babce w głowie zmieścić się nie mogło, by tatko mógł kogokolwiek kochać bardziej, niż swoją matkę rodzoną. I tak to każda z nich przy wieczerzy się trzęsła, czy to z trwogi, czy to ze wzburzenia. I poczęły dla siebie być przymilne takie, żem się bała, by nagle któraś nie wybuchnęła z nerwów i tej drugiej łyżką oka nie wyłupiła z zawiści. Ale minęła ósma i dziewiąta i strach wziął górę nad swarami. Wujek Kasper nie wrócił na noc, pewnie doktor nie pozwolił mu samemu w nocy przez taką zawieje wracać. Byłyśmy same. Babka rozparła się w fotelu stara, wysuszona, napięta i sztywna taka, jakby ją kto z drewna wyrzeźbił. Siedziała wyprostowana i patrzyła w okno, jakby czekała, by w porę licho zobaczyć i zdążyć się schować. Matka siedziała na sienniku, mając kolebkę z małym przy sobie i kołysała nią w tę i z powrotem, o wiele za mocno, by dla Seweryna było to przyjemne. Płakał wniebogłosy parę godzin bez przerwy, ale w końcu znużony płaczem zasnął nie bacząc, że matka ubija kołyskę dalej, a hałasu przy tym tyle robi, że zmarłego mogłaby zbudzić. Oj… Nie w porę to gadam… Mniejsza z tym… Ja tymczasem siedziałam na ganku na mrozie, ubrana już po bożemu i spoglądałam na drogę wyglądając stryja. A może nie jego tylko? Patrzyłam przed siebie i co jakiś czas wydawało mi się, że widzę jakąś postać, to znów, że postać się cofa z doliny na wzgórze, ale to złudzenie tylko było, bo gdy księżyc wychodził zza chmur, widać było że droga bezludna. Wujek Kasper miał nie zawitać na powrót, na nockę, to było pewne. Wróciłam do izby. Babka siedziała bez ruchu, matka trząsała kołyską milcząc, a pukanie kolebki odmierzało każdą sekundę dokładniej niż najlepszy zegarek. Nie mogłam znieść tego wszystkiego, zasłoniłam okno szmatą, babka nawet się nie poruszyła. Jeśli tato naprawdę miał po kogoś przyjść, ja nie miałam zamiaru go wypatrywać. Usiadłam na podłodze pod ścianą, żeby mnie nic od tyłu nie zaszło. Babka jak kukła jaka siedziała, matka potrząsała kołyską w ciszy, po godzinie nie słyszałam nawet stukań. Co jakiś czas pociągałam nosem. Matula nie wytrzymała spokoju, jak ino tylko wydało jej się, że nie patrzę uderzyła Seweryna dłonią po twarzy. Mały rozpłakał się na nowo i życie na powrót wstąpiło w te ściany, a mnie puściły nerwy. Wyciągnęłam braciszka z kołyski i jak żebraczka jaka siedziałam z nim przytulonym do siebie na ziemi, pod ścianą i próbowałam go uśpić.

Minęła dwunasta, ale nikt spać nie myślał. Cicho było na powrót, ale każdy był tak napięty, że zdawało się, iż powietrze gęstnieje. Babce poczęła trząść się jedna ręka, drugą przerzuciła przez poręcz bezwładnie. Seweryn spał, matka siedziała sztywno z wyprostowanymi plecami i dłońmi złożonymi na kolanach. Bała się poruszyć. Mnie ścierpły nogi, ale też ruszać się nie chciałam, by mały się nie zbudził. I o pierwszej, gdy już napięcie trochę opadło usłyszałyśmy głośnie puknięcie z izby obok, z tej, w której tatko leżał. Jedno puknięcie tylko, jak gdyby kto godzinę wybijał. Matka poczęła się drzeć, babka wstała z fotela i padła na kolana ze złożonymi rękami.

– Przyszedł po nas! – wykrzyczała.

Pierwszy raz ktoś powiedział głośno, to co było oczywiste dla każdej z osobna. I to było coś strasznego. Jakby wypowiedzenie tych słów na głos zmieniało wszystko, jakby czyniło taką możliwość realną. Ba! Jakby skazywało którąś z nas na śmierć. Babka szlochała w amoku.

– Nie zabieraj mnie! – wyła z twarzą zwróconą ku drugiej izbie. – Ja nie chcę! Ja niegotowa! Nie wszystko wiesz, syneczku! Moje życie było złe! Daj mi czas, to wszystko jeszcze naprawię. Na mszę dam! Na zakon jaki wyłożę, tylko zostaw mi trochę czasu! Ja z tobą nie chcę! Bo ty mnie chcesz dla siebie zabrać, aby raźniej ci było, ale co jeśli gdzie indziej oba po śmierci pójdziem?! Aaaaaaa… – uderzyła głową w podłogę i ślina zaczęła jej z ust spływać. Wyła tak głośno, że matka bała się, że ją zagłuszy, więc wstała jakby miała recytować i zaczęła przez ścianę izby jeszcze głośniej krzyczeć.

– Nie zabieraj mnie! Ja dopiero trzydzieści lat skończyła! Młoda jeszcze jestem. Czy ci złą żoną byłam? Ja chcę żyć jeszcze, twoje młodsze dziecię odchować, a starsze przypilnować, żeby dobrze za mąż wyszło. Ja z tobą nie chcę! Nie pozwalam tobie! Idź precz! A kysz!

Seweryn mimo tych hałasów spał cicho, babcia z czołem przy podłodze, siedząc na swoich łydkach charczała przeraźliwie i śliną zmoczyła kołnierz sukienki. Mama to siadała to wstawała wykrzykując: „Ja nie! Franeczku! Ja nie.” Wstałam w końcu, bo bałam się, że z Sewerynem coś nie tak. Mały zagaworzył tylko cicho, więc włożyłam go z powrotem do kołyski. I poszłam do drugiej izby. A tam wszystko w najlepszym porządku. Tylko stół, na którym drzwi leżały zsunął się z deseczki, którą miał podstawioną pod jedną nogę, żeby się nie chybotał. Żadnych zjaw, ale kto mógł wiedzieć, czy tego stołu to duch nie przesunął? Wróciłam do izby gdzie mama z babką siedziały. Ja się tak nie bałam. Ojciec za bardzo mnie nie kochał. Mówił, że jestem za wścibska i za pyskata, a że urodę mam taką, że ani do niego niepodobna, ani do matki, jakbym obca zupełnie była.

Babcia nie mogła się uspokoić. Zastawiłam z matką drzwi do izby skrzynią z ubraniami, żeby babka bać się trochę przestała. Ale ona też wiedziała, że to próżne. Duch jak będzie chciał, to i tak do chaty wejdzie.

– Wynośmy się stąd! – wycharczała w końcu. – Nie będziemy tu na śmierć czekać!

– W taką zawieję? Z małym dzieckiem? – zapytała matka przytomnie. – Zamarzniemy prędzej.

– A coś ty taka troskliwa się nagle zrobiłaś? – Zachrypiała babka mierząc swoim żółtym paznokciem w pierś Matuli. – Bo tyś pewna, że on mnie weźmie! A nie ciebie. Skąd żeś taka pewna, że ty zostaniesz żywa? Co? Tyś go nie kochała, więc i on cię kochać nie powinien, co?

– Co też mama wygaduje… – zakwiliła moja mama, ale zająknęła się przy tym, jakby po trosze się z babką zgadzała.

– Wynosimy się stąd! – zarządziła babka ochryple.

– Ale jak, gdzie babciu? – zapytałam, choć wiedziałam, że sprawa już przesądzona.

– Do Bony Luty najbliżej – odpowiedziała pewnie babka.

– W taką pogodę, po tych ostrych kamieniach i w tych trzewikach będziemy iść tam z godzinę. Po nocy i z maleństwem! A wilki, babciu, a niedźwiedzie?

– Jeśli nie pójdziemy, to ja zginę… – Babcia uderzyła w swój dawny ton, zwinęła się w scyzoryk na podłodze i płakała głośno śliniąc się i charcząc. Razem z matką usadziłyśmy ją w fotelu, napięła się, wyciągnęła głowę w górę jak pustułka i na powrót poczęła nasłuchiwać. Matka owinęła małego w becik ze skór i futer. Nałożyła na siebie płaszcz. Po płaszcz babki to ja musiałam iść, bo był w drugiej izbie, do której matka bała się sama wejść. Przyniosłam go babce i położyłam jej na kolanach, ale babka nadal napięta, ani drgnęła. Chciałyśmy ją ubrać, ale sztywna była jak kłoda, każdą kończynę na siłę musiałyśmy odrywać od fotela i a to w płaszcz, a to w buty ubierać. W końcu odzianą ustawiłyśmy prosto jak tyczkę na środku izby, mama wzięła Sewerynka, któremu już z przegrzania zbierało się na płacz, kiedy nagle ktoś dwa razy do drzwi zapukał. Babcia padła zemdlona na podłogę. Zwaliła się jak długa, jak zrąbane drzewo – sztywne, proste i długie. Nie zdążyłam jej podeprzeć ani krztyny. Popatrzyłam na matkę, ona na mnie. Seweryn rozbeczał się, matka daremnie próbowała mu usta dłonią zakryć. Za późno, było udawać, że nikogo w środku nie ma. Ktoś na powrót zapukał.

– Śpicie już? – zawołał z zewnątrz stryjek Kasper zduszonym głosem.

– Nie odpowiadaj! – syknęła mama. – To podstęp! – Stałyśmy obie wystraszone. Ktoś zaczął siłą tarmosić drzwi. Pisk wyrwał mi się z piersi.

– Otwórzcie, to ja Kasper!

– Nie wierzę ci! A kysz! Odejdź precz – Tupnęła mama obutą stopą w podłogę, jakby takie tupanie mogło odstraszyć zjawę.

– Otwórzcie! Luta zasłabła i doktor do niej wezwany został w nocy, tom się z nim zabrał i temu tak późno przychodzę! Otwórzcie! Gerda! Pola! Matulu, ty też? Własnego syna nie poznajesz? – Zapanowała cisza, po czym dało się słyszeć westchnięcie „Ach, baby!” i ktoś z całej siły zaczął napierać na drzwi, aż przesunęła się skrzynia z ubraniami, a głowę przez szparę wsunął stryjek Kasper. Popatrzył na zemdloną babkę i z tak dużą siłą zaczął na drzwi przeć, aż w końcu skrzynia się wywróciła i nasze suknie odświętne wysypały się na podłogę. Wuja jednym susem przeskoczył przez cały ten bałagan, podniósł babkę i ułożył na łóżku. Przyłożył ucho do jej piersi, nasłuchiwał chwilę, potoczył błędnym wzrokiem po izbie i orzekł:

– Nie oddycha…

 

***

BONA

 

Zna się pani na robocie, widzę. Ładnie mi z tą koroneczką pomaga. Na czym to ja… A… Starą zabrali na drugi dzień, ale nie mogli jej od razu pochować, bo gleba tak zmarzła, że grabarz się nie podjął kopania grobu. Trup był za świeży, mógł jeszcze swoje w kostnicy odleżeć. Mogiła przeznaczona dla leśnika była za płytka, żeby dwa ciała pomieścić… Ale ja coś pani powiem… Stara nie zmarła, z winy syna – nieboszczyka. Przez własną głupotę gorączkę u siebie wywołała i nie wytrzymała starucha ze strachu. To nie była sprawka Franka… O nie… Franek mógł zabrać tylko jedną osobę ze sobą i zabrał. Co się pani tak patrzy? Nie wcale nie żonę swoją, ani nie dzieci. On kogo innego kochał najbardziej. On kochał mnie… Przed domem moim przejeżdżał umarty i drzwi moje do chaty widział. I przyszedł się upomnieć o to co jego… Bom ja też go kochała. Siedź pani! Siadaj natychmiast, bo inaczej porozmawiamy! A co to ja… A… Zmarłam jeszcze tej samej nocy, zanim służąca moja zdążyła sprowadzić doktora. Sama ciężkiej febry po drodze dostała, została w mieście i już tu nie wróci. A do mnie przyjechał doktor z Kasprem. Lekarzyna zgon stwierdził, nie miał z kim trupa zostawić, a bał się, że drogę śnieg zasypie i nazajutrz nikt mojego ciała z domu nie wywiezie. Więc mnie wzięli na furmankę. Kasper szedł przodem odwrócony plecami do wejścia i trzymał mnie pod pachami, doktor za nim niósł moje nogi. Omiotłam półprzymkniętymi oczami izbę, wejście, ganek i całą drogę powrotną. Gdzie ci się tak spieszy? Siedź mówię! Wiesz, samotna jestem, jedna tu mieszkam. Wróciłam i nikogo nie zastałam. Usiadłam na zydelku, robię koronki i czekam… Nie pochowali mnie jeszcze, ziemia zmarznięta. Franek już dawno po tamtej stronie, wcześniej umarł, pora na pochówek była już najwyższa. Ale ja czasu mam dużo na czekanie, w kostnicy mrozy, mogą mnie cały miesiąc trzymać. Wróciłam więc do siebie, bo gdzie w oczekiwaniu mam się podziać? A tu gość taki, jak ty się zjawił. Taki przyjazny… Wiesz… Lubię cię bardzo… Jestem taka samotna, a razem raźniej. Ze mną ty pójdziesz, tak żem zdecydowała. Podzielę się z tobą koronkami do trumny… Pomagałaś mi, więc nagroda ci się za to należy…

 

Koniec

Komentarze

Co prawda nie dostrzegłam tu horroru, a raczej przywiązanie do pewnych wierzeń i przesądów, jednak rozumiem, że dla kobiet pozostałych w chacie, horror trwał. Zastanawiam się dlaczego to, że Pola wypastowała drzwi było poczytane jako powód wszystkich nieszczęść, a nikt nie miał pretensji do leśnika, który tego samego dnia rąbał drewno?

Niezbyt spodobało mi się usiłowanie stylizacji, bo, tak podejrzewam, jej skutkiem są niektóre błędy i źle użyte wyrażenia.

Mimo nieszczęścia, które spadło na bohaterki, opowiadanie zdało mi się nie pozbawione humoru i gdyby zostało napisane lepiej i staranniej, byłaby to całkiem satysfakcjonująca lektura.

Jak na debiut, jest nie najgorzej, ale mam nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania będą napisane znacznie lepiej. ;-)

 

Siada Pani, czy nie siada?Siada pani, czy nie siada?

Zwroty grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

Ten błąd występuje w opowiadaniu wielokrotnie.

 

Jesz­cze jasno było na świe­cie jak stary le­śnik wró­cił do chaty… – Wcześniej piszesz: To ta smar­ka­ta spro­wa­dzi­ła na chat­kę Le­śni­ka nie­szczę­ście. […] Jak Le­śni­ko­wej, ani babki… – Proszę, zdecyduj się czy to leśnik, czy Leśnik, bo w dalszej części opowiadania bywa różnie.

 

Wia­do­mo– syn to syn… – Brak spacji przed półpauzą.

Ten błąd występuje w opowiadaniu wielokrotnie.

 

z cia­łem po­że­gnać się muszą i na twa­rzycz­kę umar­la­ka po­pa­trzeć… – Mówienie twarzyczka o twarzy dorosłego mężczyzny, choćby i nieżywego, nie wydaje mi się najlepszym pomysłem.

 

i wy­nie­śli go tak głową wprzo­dy ani­że­li no­ga­mi. – Pewnie miało być: …i wy­nie­śli go tak głową w przód, a ni­e­/ zamiast no­ga­mi.

 

jakby coś mi dźwię­ki z po­wro­tem wpy­cha­no do gar­dła. – Literówka.

 

jak moc­niej za­wia­ło to nawet kroku na przód nie mo­głam zro­bić. – …jak moc­niej za­wia­ło to nawet kroku naprzód nie mo­głam zro­bić.

 

przy­ci­snę­łam do sie­bie zdro­wą ręką. Z dru­giej stróż­ka krwi spły­wa­ła mi na pod­ło­gę. – Skąd, w tych smutnych okolicznościach, wzięła się spływająca na podłogę kobieta, pilnująca krwi?

Sprawdź znaczenie słów stróżkastrużka.

 

bo parę razy wi­dzia­łam, jako oj­ciec z jej chaty wy­cho­dził… – Pewnie miało być: …bo parę razy wi­dzia­łam, jak oj­ciec z jej chaty wy­cho­dził

Sprawdź znaczenie słowa jako.

 

A wprzó­dy po 2 sarny cza­sa­mi na raz przy­no­sił… – A wprzó­dy po dwie sarny naraz cza­sa­mi przy­no­sił

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

Uda­wa­ły­śmy przed sobą, że nie się nie stało… – Literówka.

 

Niby jedna i druga się bała, ze tatko… – Literówka.

 

każda z nich my­śla­ła, że jeśli drugą za­bie­rze… – …każda z nich my­śla­ła, że jeśli drugą za­bie­rze

 

by nagle któ­raś nie wy­bu­chła z ner­wów… – …by nagle któ­raś nie wy­bu­chnęła z ner­wów

 

sztyw­na taka jakby ja kto z drew­na wy­rzeź­bił. – Literówka.

 

Sie­dzia­ła wy­pro­sto­wa­na i pa­trzy­ła się w okno… – Sie­dzia­ła wy­pro­sto­wa­na i pa­trzy­ła w okno

 

i ko­ły­sa­ła nią w  i z po­wro­tem… – …i ko­ły­sa­ła nią w  i z po­wro­tem

 

Pła­kał w nie­bo­gło­sy parę go­dzin bez prze­rwy… – Pła­kał wnie­bo­gło­sy parę go­dzin bez prze­rwy

 

ale w końcu ze­mdlo­ny pła­czem za­snął… – Pewnie miało być: …ale w końcu, zmęczony pła­czem, za­snął

Zemdlony, to ktoś, kto stracił przytomność.

 

pa­trzy­łam się na drogę wy­pa­tru­jąc wuja. – Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …i pa­trzy­łam na drogę, wy­glądając stryja.

 

Babka jak kuła jaka sie­dzia­ła… – Literówka.

 

– Przy­szedł po nas!- wy­krzy­cza­ła. – Brak spacji przed dywizem, zamiast którego powinna być półpauza.

Ten błąd występuje w opowiadaniu kilkakrotnie.

 

Aaaaaaa…– ude­rzy­ła głową… – Brak spacji po wielokropku.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się ten wątek: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Ja chce żyć jesz­cze… – Literówka.

 

Skąd żeś taka pewna, ze ty zo­sta­niesz żywa? – Literówka.

 

Zwa­li­ła się na sztorc jak zrą­ba­ne drze­wo-sztyw­ne, pro­ste i dłu­gie. – Można coś postawić na sztorc, ale na sztorc nie można się zwalić.

Co to jest zrąbane drzewo-sztywne?

Pewnie miało być: Zwa­li­ła się jak długa, jak zrą­ba­ne drze­wosztyw­ne, pro­ste i dłu­gie.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

 Zupełnie przeoczyłam niestosowność rąbania drewna w Wigilię, mimo że teraz jak to napisałaś, to wydaje się oczywiste :) Może dorzucę jakieś zdanie sygnalizujące, że Bona miała dla Leśnika więcej wyrozumiałości w tym zakresie, jako jego kochanka, natomiast reszcie rodziny jego przedświąteczne prace leśne też nie przypadły do gustu.

Wiem, że interpunkcja kuleje. Przyznam się szczerze że po komentarzu Jose pod moim drugim opowiadaniem miałam solenne postanowienie, że w wolnej chwili zrobię z tym porządek w “Koronkach”, ale mnie ubiegłaś. No, w każdym razie postanowienie w dalszym ciągu aktualne :)

Bardzo dziękuję za cenny komentarz.

A może niech Leśnik nie rąbie drewna, niech wróci ze zwykłego obchodu w lesie. ;-)

 

Bardzo się cieszę, że uwagi okazały się przydatne. A jeśli wywiążesz się z tego, co sobie postanowiłaś, Pożeraczko, jestem przekonana, że w przyszłości będzie tylko lepiej. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Całkiem niezłe :)

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Dzięki Fleur!

Poprawiłam wytknięte błędy, jakby ktoś jeszcze coś wyłapał, to proszę o komentarz.

Wiesz co, po Babyshower podchodziłam do tego Koronek jak do jeża i miło się rozczarowałam. Właściwie na tyle miło, że mogłam wątpić, czy na pewno jesteś autorką obu opowiadań ;)

 

Podobała mi się stylizacja i widzę, że próbowałaś odróżniać narrację Poli i Bony, choć to akurat wyszło nierówno – chwilami mówiły dwoma głosami, chwilami jednym i tym samym. Może nie było tu zbyt wielkiego pola na pokazanie charakteru bohaterów, ale wykorzystałaś to tak jak należy – jest konflikt, każda z pań myśli co innego.

 

Podobało mi się, jak te tytułowe koronki przewijały się przez całe opowiadanie.

 

Podobało mi się zakończenie. Siedziałam w altance w słoneczku, ale poczułam dreszczyk! 

 

Bywały zdania ślicznie plastyczne:

Oczy mu wywinęło na drugą stronę

Pola w bek

 

Przecinki:

 

Albo po Sewerynka[+,] nie daj Boże

Ja wiedziałam[+,] o co chodzi

Nie wszystko wiesz[+,] syneczku!

“Ach[+,] baby! i ktoś z całej siły  zaczął napierać na drzwi

 

Ogólnie – kawał dobrej roboty. O, i humor był! I strasznie niedowartościowane opowiadanie, tylko dwa komentarze? Ludzie, czytajcie, to jest fajne!

kam_mod: Cieszę się, że się trochę zrehabilitowałam:) Bardzo dziękuję za taki entuzjastyczny komentarz i za uwagi no tekstu!

A z tym niedowartościowaniem, to wydaje mi się, że nie trafiłam na dobry moment: opowiadania konkursowe zawsze cieszą się większym zainteresowaniem (chociażby dlatego, że startujący w konkursie chcą wybadać konkurencję), a akurat kiedy zamieściłam “Koronki” w toku były “Alternatywy” i “Dobro złem zwyciężone”. Ale to nic, cieszę się z tego, że ktoś przeczytał, a jeszcze bardziej, że się spodobało :)

Nowa Fantastyka