- Opowiadanie: Gostomysł. - Model Wassermanna

Model Wassermanna

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Model Wassermanna

I

Ten dziwny niepokój! Pojawił się w jego głowie tuż po wyjściu ostatniego ucznia z pracowni komputerowej. Paraliżujące przeczucie, że zaraz wydarzy się coś… osobliwego.

Długa przerwa dobiegła końca i ogólnodostępna salka z komputerami, gdzie akurat dziś wypadał jego dyżur, opustoszała momentalnie. Jonasz został tu sam. Szczupły, ciemnowłosy mężczyzna – około czterdziestki, z gęstym, ale schludnym zarostem. Powinien już iść do swojej klasy, a mimo to zamarł, jakby w oczekiwaniu na coś.

Pośród ciszy rozległa się seria zgrzytów i chrobotów, przyprawiając mężczyznę niemal o napad paniki. Stara, mocno już zużyta drukarka marki Wassermann z nie lada wysiłkiem wydobywała z siebie kartkę papieru, zadrukowaną kolorowym tuszem. Oddech Jonasza stał się krótki, a w uszach dudniła mu gwałtownie pulsująca krew. Urządzenie zakończyło wydruk. Ostrożnie wziął kartkę do ręki. Z arkusza spoglądała na niego znajoma twarz pięknej kobiety. Dokładnie taka, jak ją zapamiętał…

II

– Pokaż! – Podbiegła do niego i prędko wyrwała mu aparat z rąk. – Coś ty narobił? No, jak ja tu wyglądam?! – zawołała z udawanym z wyrzutem.

– Cudnie! – zapewnił.

– Jak jakaś ruda wiedźma! Jak pomarańczowa małpa! – przekomarzała się dziewczyna.

– …Orangutan – poprawił ją Jonasz, co jednak nie spotkało się ze zrozumieniem.

– Co?! A ty: świnia! – wrzasnęła niby to w złości i rzuciła się na niego z pięściami na tyle niezdarnie… aby po chwili gwałtowne wymachy rąk przemieniły się w namiętne pieszczoty między obojgiem.

III

Z zamyślenia wyrwał go dopiero głos Doriana i widok jego wyłupiastych oczu, schowanych nieco pod baldachimem szpakowatej grzywy.

– Co ty wyprawiasz, Jonasz? – syknął „żabooki”. – Lekcja trwa od pięciu minut, a twoi uczniowie ciągle przed klasą.

W drżącej dłoni przyjaciela dostrzegł kurczowo ściskaną kartkę papieru. Bez pytania odebrał mu ją i przyjrzał się uważnie.

– Czy to… ta dziewczyna?

– Wanda – przypomniał mu Jonasz.

– Skąd to się tu wzięło?

– Nie mam pojęcia.

– Sprawdzałeś w pamięci drukarki, z którego komputera wysłano polecenie wydruku?

– Tak, ale trudno mi wyciągnąć z tego coś konkretnego. Najczęściej ludzie przynoszą tu swoje nośniki pamięci i w komputerze nie zostaje z tego zbyt wiele śladów. Co  więcej: druk rozpoczął się dopiero po wyjściu wszystkich uczniów. Dziwne, co?

– Może plik był ciężki i długo się ładował… no nie wiem – bezradnie rozłożył ręce Dorian.

– Mam od pewnego czasu bardzo złe przeczucia – wyznał Jonasz. – Nie mogę nad tym zapanować.

– Uważasz, że to jakiś szantaż? – Dorian starał się przeniknąć myśli przyjaciela. – Stary! Tamto, to był wypadek. Nawet policyjne dochodzenie to potwierdziło. Nie mogłeś jej pomóc i to nie była twoja wina. To ta jej nonszalancja i brawura ją zabiły. Wszyscy wtedy widzieli i zeznali, że nie panowała nad swoimi emocjami. Nikt nie ma prawa obarczać cię za tę tragedię.

– Ktoś jednak sądzi, że to ja powinienem znaleźć się na jej miejscu – drżącym głosem odpowiedział Jonasz, podając Dorianowi drugą kartkę wydobytą z drukarki. Tym razem arkusz był niemal zupełnie pusty, a jedynie na samym dole widniało krótkie, zapisane małą czcionką zdanie:

ZIMNO MI TU BEZ CIEBIE.

IV

Snop światła na krótki moment wpadł do pokoju przez uchylone drzwi. Jakiś cień wsunął się do środka. Znowu zapanowała ciemność. Jedynie miękkie odgłosy ostrożnie stawianych stóp pozwalały zorientować się, że ktoś zbliża się do jego łóżka.

– Co ty wyprawiasz? Jeszcze ktoś nas nakryje! – wybrzmiał męski szept, ale odpowiedział mu jedynie cichutki dziewczęcy chichot, który ustąpił po chwili miejsca odgłosom pocałunków i nieznacznym skrzypnięciom ramy łóżka. Wreszcie Wanda odezwała się tak słodko, że zapomniał o wszelkiej ostrożności.

– Nikt mnie nie ogrzewał… Zimno mi było.

V

Dorian zbladł.

– To jakiś głupi żart. – zawyrokował w końcu. – Głupi i perfidny! Tego nie mógł zrobić nikt stąd.

– Bo co? – zapytał ironicznie Jonasz. – Bo tu jacyś lepsi ludzie żyją?

– Bo tu ludzie od samego początku wiedzieli z powodu jakiej tragedii przeniosłeś się do naszej szkoły i nikt ci tego nigdy nie wypominał. Poza tym: kto z tutejszych znał tę dziewczynę? I skąd miałby mieć jej zdjęcia? Pomyśl! – przekonywał żabooki przyjaciel. – Jak na moje to raczej sprawka kogoś z twoich stron… chorobliwie pamiętliwego, albo wybitnie cynicznego.

– Jasne. Do tego ze skrzelami, jak ryba – dorzucił Jonasz.

– Jak to “ryba”? – Dorian nie zrozumiał.

– Żeby mógł wygrzebać aparat z mułu na dnie jeziora. Kilka metrów pod wodą.

VI

Zrobił się niesamowity harmider. Jedne łodzie próbowały zawrócić, ale zderzały się z innymi. Piski dziewcząt, pokrzykiwania chłopców… ale też wybuchy drwiącego śmiechu. Ktoś dla żartu zamiast koła ratunkowego rzucił but ku tonącej kilkadziesiąt metrów dalej Wandzie. Kilku śmiałków wskoczyło do wody, niby to na pomoc, ale po chwili sami teatralnie udawali tonących. Wszystko to dla ubawu gawiedzi… i dla upokorzenia dziewczyny.

Opiekunowie nie mogli jednak zignorować żadnej z tych sytuacji, nie mając pewności, który z nich się wygłupiał, a który nie… Wyławiali jednego po drugim, próbując jednocześnie opanować chaos na pokładach żaglówek, aby nie doszło do jeszcze większej tragedii. A cenny czas uciekał!

 Jonasz przeskoczył burtę tak, jak stał. Bez zastanowienia. Dopiero płynąc, zrzucił z siebie przedmioty ograniczające ruchy – kurtkę i zawieszony na szyi aparat fotograficzny. Pruł teraz ciemne fale z całych sił. Jeszcze nigdy w jego życiu sekundy nie były tak krótkie, woda tak gęsta, a powietrze w płucach – tak ostre.

Wanda zniknęła pod powierzchnią dosłownie na krótką chwilę, zanim do niej dotarł. O mało nie umarł! Zanurkował. W zielonkawej wodzie dostrzegł końcówki jej czerwonych włosów, umykające gdzieś w dół. Przyspieszył… wysunął rękę… dosięgnął. Już ją miał! Tylko powietrza tak mało…

Wtem poczuł na nadgarstku jej dłoń. Boże! Ależ silnie go ścisnęła. A więc wciąż była przytomna? Podciągnęła się na nim jak na linie i po chwili tuż przed oczyma miał jej przerażoną twarz. Objęła go mocno… Za mocno! Nie miał już czym oddychać, a powierzchnia wydawała się tak daleka… I coraz dalsza.

VII

Woda zmywała z jego twarzy nadmiar wspomnień, a szum strumienia wydobywającego się z otwartego kranu w szkolnej umywalni skutecznie zagłuszał bełkot myśli. Jonasz wziął głęboki wdech. Stopniowo odzyskiwał spokój. Ręce jeszcze nieznacznie drżały z emocji, ale  z wolna odzyskiwał panowanie również nad nimi.

„Nie wariuj, człowieku! – rzucił ostro do swojego odbicia w lustrze. – Skup się. Ona nie żyje. Nie daj się szantażować! Zrobiłeś wtedy, co mogłeś i nikt ci nie będzie wypominał, że to za mało. No i co z tego, że się dowiedzą o tobie i o niej? Do diabła z tym. A niechby nawet! Dawno trzeba było to wykrzyczeć wszystkim w twarz… Po prostu: nie daj się zastraszyć”.

Z trudem wracał do siebie. Było oczywistym, że nie mógł w tym stanie prowadzić zajęć. Na szczęście Dorian zaproponował, że zajmie się jego klasą… cokolwiek by to miało znaczyć.

Bił się z myślami. Pewnych ran nie zagoi nawet czas. Co z tego, że policja potwierdziła jego niewinność jako opiekuna? W mieście ludzie i tak wiedzieli swoje, a dyrekcja jego szkoły… Zresztą on też chciał zapomnieć o tym wszystkim, wyjechać i nigdy już nie wracać. Ale widocznie był ktoś, komu zależało, aby nieustannie pamiętał.

Wrócił do salki komputerowej, aby tam w skupieniu zastanowić się, co ma robić dalej. Zgrzytnął klucz w zamku, stęknęła klamka i drzwi otwarły się przy akompaniamencie cichutko popiskujących zawiasów.

Ledwie jednak przestąpił próg pracowni, gdy nagle stanął jak wryty. Jeszcze jeden wydruk. Przemógł się dopiero po dłuższej chwili i podszedł bliżej. Kolejne jej zdjęcie. Tym razem spoglądała na niego wyzywająco, zanurzona po pas w wodzie, w przepięknym, karminowym bikini… i z tym jej boskim uśmiechem. Wyciągała w jego kierunku ręce, zachęcając go do… wejścia na głębinę.

U dołu widniał napis.

TĘSKNIĘ ZA TOBĄ!

VIII

– No wejdź – zachęcała go, śmiejąc się z jego belferskiej ostrożności. – Czego się boisz?

– Nie boję się – odpowiedział z brzegu Jonasz, zmieniając ustawienia w aparacie. – Tu mam lepsze panowanie nad obrazem – wyjaśnił i przymierzył się do kolejnego zdjęcia. – Rozpuść włosy. Będziesz wyglądała jak syrena.

– Zgłupiałeś? Z tym czerwonym wiechciem na głowie to co najwyżej jak wodnica.

– Otóż to! – zakrzyknął niby to w odkrywczym triumfie. – Wiedziałem, że coś tu nie gra. Coś mi mówiło, żeby nie zbliżać się do ciebie w wodzie.

– To teraz boisz się mnie?

– Stary numer, wodnico! Nie kupuję tego. Może gdybyś mnie tak śpiewem oczarowała, to bym się zastanowił – żartował z niej mężczyzna.

– Stary numer, mówisz? – Spojrzała na niego prowokująco, po czym sprawnie pozbyła się karminowego biustonosza, odsłaniając tym samym bajecznie krągłe piersi. – A brała cię już kiedyś jakaś wodnica na cycki? – zapytała wyzywająco.

IX

Jonasz dopiero po dłuższej chwili zorientował się, że Moczarski ordynarnie gapił się na podkreślony czerwienią stanika biust i niewiele interesowało go pytanie postawione przez nauczyciela. Odruchowo wyrwał mu kartkę z dłoni.

– Na laserówce byłaby lepsza jakość – rzucił złośliwie Moczarski, który w tej szkole pełnił rolę ochroniarza, woźnego i złotej rączki. – Niby salka komputerowa, a na wassermannie ciągle drukujecie. Trochę obciach. Może pan to wydrukować u mnie. – Tu skinął głową na sprzęt za jego plecami, o którym pracownia komputerowa mogła tylko pomarzyć.

– Tłumaczę panu, że to nie ja…

– No to, co się pan przejmuje?

Jonasz już otwierał usta, aby raz jeszcze powtórzyć historyjkę o jakimś wirusie na szkolnym serwerze i o głupiejących od tego urządzeniach, ale ochroniarz powstrzymał go szybko ruchem ręki.

– Panie Jonaszu… niech mnie pan tylko nie czaruje. Akurat ja to jestem odporny na czary. Przecież nie przyszedłby pan do mnie tak roztrzęsiony z powodu zwykłego wydruku. Czy to nie aby ta panna… hmmm… od „złej przygody” z poprzedniej szkoły?

Nauczyciel nie próbował zaprzeczać.

– Uważa pan, że to jakiś żart? A może szantaż?

– A może ktoś chce pana w ten sposób stąd przegonić? – podsunął Moczarski. – Nie myślał pan o powrocie do tego, od czego pan uciekł?

– A wie pan, że myślałem? Gdyby to tylko było możliwe…

– To co pana powstrzymuje?

– Bo ja wiem? Pewnie strach…

– Przed czym?

– Przed czymś… – przez chwilę szukał w głowie stosownego określenia, aż wreszcie znalazł – nieodwracalnym. A może przed ludzką pamięcią? Niech pan sam zobaczy – podstawił Moczarskiemu raz jeszcze wydruki przed oczy. – Tak mnie tam wspominają.

– Sądzi pan, że to ktoś z tamtej szkoły? Przecież to drugi koniec Polski.

– A jest jakieś inne wyjaśnienie? Tu nikt tej dziewczyny nie znał – zręcznie wplótł  argumentację Doriana.

Zanim jednak dyskusja rozwinęła się na dobre, doszło do kolejnego zaskakującego zdarzenia. Za plecami Moczarskiego nieoczekiwanie zamruczała laserowa drukarka. Obaj spojrzeli po sobie zaskoczeni. Ochroniarz wstał i wziął kartkę do ręki – a następnie podał ją Jonaszowi.

– Zdaje się, że nie tylko pański sprzęt wariuje.

Nauczyciel pobladł. To nie mógł być przypadek. Obraz tym razem przedstawiał… drukarkę. Model Wassermanna!

X

– Co zrobiłeś?! – Wanda złapała się za głowę.

– Przepraszam cię. Nie miałem pojęcia.

– Nie miałeś pojęcia, jak działa drukarka? Czy ty jesteś kompletnym idiotą?

– Chciałem ci zrobić niespodziankę z naszych wczorajszych zdjęć… Wydruk nie pojawiał się tak długo, że w końcu odpuściłem sobie.

– To przecież Wassermann! Na jego poprzedniej wersji drukował jeszcze Fred Flinstone, przy pomocy takiego ptaszka, wiesz? Takich rupieci używają już tylko urzędy i szkoły na prowincji… no i ten cholerny pensjonat! Myślałeś, że wydruk poleci jak z nowoczesnej laserówki? To głupio myślałeś!

– Wydawało mi się, że plik po prostu nie załapał… No i zabrałem też kartę pamięci z komputera, więc…

– Trzeba było wykasować zadanie z pamięci drukarki, głąbie!

– Przecież sama powiedziałaś, że to Wassermann. Ten model nie ma ekranu, ani opcji usuwania. A ze starości nie wszystkie diody działają. Skąd miałem wiedzieć, że ładowanie pliku w ogóle zostało rozpoczęte? Miałem siedzieć tam do rana?

– Oczywiście, że nie. Ty sobie po prostu poszedłeś. A ja to teraz nawet nie mogę wyjść z pokoju do kibelka, żeby się nie natknąć na te twoje „niespodzianki”! W całym pensjonacie wiszą! Wszyscy widzieli już moje nagie cycki, moją dupę i moją…

– Przestań w końcu! – przerwał jej nagle. – Ja mogę stracić prawo wykonywania zawodu. Też mi nie do śmiechu.

Zadzwonił jego telefon. Odebrał. Odsłuchał chwilę i krótko odparł: „już idziemy”.

– Ja nie idę! – Wanda aż trzęsła się ze złości.

– Idziesz – naciskał.

– Idź sam – jej głos drżał z przypływu emocji. – Tobie będą klaskać, że przeleciałeś młodą siksę, a mnie zakraczą i zadziobią.

– Oboje idziemy! – naciskał – Stawimy temu czoła razem, rozumiesz? Jeśli nas tam nie będzie, to dopiero cały obóz zahuczy od plotek.

– Jeśli pójdę, to tylko po to, żeby wyskoczyć za burtę.

– Nie mów bzdur! Oni wszyscy będą zajęci wybieraniem szota, sterem prawo na burt, żaglami i linami. To dla nas najlepszy moment, żeby się pokazać…

…11

 Konsylium lekarskie dobiegało końca. Zresztą w niewielkim tylko stopniu dotyczyło stanu pacjenta, bo ten zasadniczo pozostawał stabilny. Procesy fizjologiczne, praca serca, organy wewnętrzne, układ nerwowy… wszystko w normie. Oczywiście w tej normie, która odpowiadała człowiekowi pogrążonemu w śpiączce od wielu lat.

Uwaga lekarzy koncentrowała się raczej na aparaturze, do której chory został podłączony – a zwłaszcza na monitorze, na którym w przyspieszonym tempie tańczyły wielobarwne plamy. Niekiedy w tym kolorowym chaosie udawało się dostrzec zarys jakiejś sylwetki, albo kontury twarzy, ale wszystko to wirowało tak prędko, że u obserwatora pozostawało jedynie ulotne wrażenie, przypominające wspomnienie snu.

Cichutko zaszemrała zintegrowana z tym całym sprzętem drukarka i wydostała się z niej kolejna kartka papieru z kolorowym obrazkiem.

– Sami państwo widzicie, że na ekranie można śledzić bieżące procesy zachodzące nie tyle w mózgu, ile w podświadomości pacjenta, ale nie da się tego analizować w tym wydaniu – skomentował towarzyszący im inżynier medyczny, wdrażający eksperymentalną technologię w klinice. – Wstępną analizę przeprowadza komputer, a nam wysyła tylko zwięzłe raporty w postaci tych obrazów z podświadomości, które program na podstawie setek algorytmów uzna za istotne w danym fragmencie snu. Mamy dzięki temu skrótową i znacznie łatwiejszą do interpretacji informację. Jeśli coś nas zainteresuje, to program wykona dla nas drobiazgowy przegląd odpowiedniego momentu śnienia i powiąże to z pozostałymi odczytami stanu pacjenta. – Zrobił pauzę, aby upewnić się, że został zrozumiany, po czym przyjrzał się wydrukowi. – Wcześniej mieliśmy rudą kobietę w czerwonym bikini, potem mężczyznę w uniformie, jakby ochroniarza… A co teraz? No proszę: to chyba znowu drukarka…

– Drukarka? – zdziwił się ktoś.

– Jeszcze tego nie rozumiemy… Prawdopodobnie pacjent słyszy szmer urządzeń ustawionych przy łóżku i mózg automatycznie przetwarza to na znajomy obraz. Ciekawe jest jednak coś innego. Da pan radę odczytać markę?

– Wassermann – wydukał niepewnie młody lekarz wpatrując się w obraz. – Nie znam takiej marki.

– Bo takiej nie ma.

– Może to jakieś wspomnienie?

– Niewykluczone. Nie wymyślono jeszcze urządzenia do skanowania pamięci – zażartował inżynier. – Nigdy też nie poznamy biografii danego człowieka w stu procentach. Ale możemy zastosować podejście szkoły jungowskiej. Otóż “wassermann” to lokalna nazwa wodnika, albo inaczej utopca z ludowych podań na Opolszczyźnie, skąd pochodzi nasz pacjent. Może to mieć jakiś związek z wypadkiem, w wyniku którego zapadł w śpiączkę. Czy pan profesor już o tym opowiadał? – spojrzał na starszego mężczyznę tuż obok.

– Nie zdążyłem – odparł tamten. – Niech pan to zrobi.

– Był to efekt długotrwałego niedotlenienia mózgu – inżynier ponownie zwrócił się do pozostałego grona lekarskiego. – Ten człowiek o mało nie utonął, ratując swoją podopieczną na obozie żeglarskim. Dziewczynę odratowali, ale on już nigdy nie odzyskał przytomności. U tego pacjenta jest dużo wydruków z kobietą o czerwonych włosach, w karminowym stroju kąpielowym. To też część legendy o wodnikach: czerwona czapeczka, czerwona odzież. Symboliczne nawiązania do demona topiącego ludzi. Tak jakby pacjent  chciał wyprzeć z pamięci swoją tragedię, ale podświadomość uparcie mu o czymś przypomina.

– Legendarny wodnik zawsze starał się odnaleźć człowieka, któremu udało się zwiać z jego łap – wtrącił pobłażliwie profesor. – Nigdy o nim nie zapominał.

– Przyznaję, że metoda jest imponująca, tylko co z tego wynika dla pacjenta? – zapytała młoda lekarka. – W jaki sposób to mu pomoże w odzyskaniu świadomości?

– Technologia jest nowa. Zbieranie i analiza danych potrwa jeszcze kilka lat. Poza tym nie ma gwarancji, że kiedykolwiek tą metodą wybudzimy pacjentów ze śpiączki, ale może uda się choć trochę im ulżyć?

– To bardzo niewiele – zjadliwie odparła lekarka.

– A czego się pani spodziewała? – ponownie odezwał się profesor, tym razem z pewną irytacją w głosie. – Tam, gdzie teraz znajduje się nasz pan Jonasz, łatwiej o przejście do tamtego świata, niż o powrót do naszego!

12

Zapadła noc. Przez zaciągnięte zasłony nie było widać nieba, ale aparatura połyskiwała wielokolorowymi lampkami, niczym konstelacje gwiazd – a monitor lśnił paletą barw jak zorza polarna. Drzwi skrzypnęły i do środka ostrożnie wsunęła się jakaś postać ubrana w lekarski czepek i fartuch. Ostrożnie, nie robiąc hałasu, siadła tuż przy łóżku pogrążonego w śpiączce Jonaszu i nachyliła się do jego ucha.

– Wróciłam po ciebie, mój kochany! – wyszeptała.

Zdjęła czepek, spod którego wypłynęła fala rudych włosów. Nie tak bujnych i długich, jak kiedyś, ale wciąż w tym samym kolorze.

– Tęsknię za tobą! Nie ma komu mnie przytulić. Ogrzać. Tyle czasu próbowałam zapomnieć o tobie. Tyle lat wmawiałam sobie, że wszystko się jakoś ułoży… – jej głos zaczął się łamać. Wzięła głęboki wdech i mówiła dalej. – Ukończyłam studia medyczne, odbyłam praktyki, wyszłam za mąż, rozwiodłam się… I wtedy trafiłam do tej kliniki… Pokazywali mi ciebie jak eksponat! Chwalili się tym sprzętem, który na tobie testowali… Ale nikt nawet nie próbował ci pomóc. Ty nie zawahałeś się ani chwili, aby skoczyć do wody na ratunek! Za tobą nikt się już nie ujął… – znowu przerwała na chwilę w zamyśleniu. – Może to moja wina? Byłam wściekła tamtego dnia na obozie. Ta cała maskarada z tonięciem… Chciałam w ludziach wzbudzić litość, a ciebie ukarać. Wszyscy zaczęli się śmiać, a ja rzeczywiście straciłam nagle kontrolę nad sytuacją… Serce mi pęka… Kochany mój! Jedyny! Cudowny! Mój niezapomniany! Tak niewiele mogę dla ciebie zrobić… – Wanda wstała i pochyliła się nad Jonaszem. Delikatnie rozchyliła jego usta, jak gdyby do ostatniego pocałunku, a potem dokończyła. – Ale to i tak więcej, niż zrobili dla ciebie inni!

Szybkim ruchem sięgnęła po plastikową butelkę z wodą, którą przyniosła ze sobą. Odkręciła i gwałtownie wcisnęła jej otwór między jego wargi. Rozkołysany dużymi bąblami powietrza płyn spływał wprost do gardła, krtani, tchawicy… i błyskawicznie wypełniał płuca.

13

W pomieszczeniu nie było już ani żywego ducha. Zakrzepła w jakimś osłupieniu twarz Jonasza zdawała się spoglądać szeroko otwartymi oczyma w pustkę sufitu. Aparatura rozbłysnęła dziesiątkami czerwonych lampek, wydając z siebie piski alarmujące o ustaniu pracy serca. Raz jeszcze uruchomiła się sprzężona ze sprzętem szpitalnym drukarka. Obraz na kartce był jednak mało czytelny. Coś jakby zielona toń… czerwone smugi rozchodzące się promieniście na boki… i czarna plama w samym środku.

Było w tym coś drapieżnego, niepokojącego.

I ostatecznego.

Koniec

Komentarze

Pojawił się w jego głowie tuż po wyjściu ostatniego ucznia pracowni komputerowej.

Z pracowni? Czy może to pracownia nauczała ucznia?

 

Zrobiłeś wtedy[+,] co mogłeś

No to[-,] co się pan przejmuje?

 

Wszyscy widzieli już moje nagie cycki, moją dupę i moją…

– Przestań w końcu! – przerwał jej nagle. – Ja mogę stracić prawo wykonywania zawodu. Też mi nie do śmiechu.

Wandę spotkało pewnie największe upokorzenie w życiu, a Jonasz mówi, że może stracić pracę. Ała. ;)

Sami państwo widzicie, że na ekranie można śledzić bieżące procesy zachodzące nie tyle w mózgu, ile w podświadomości pacjenta, ale nie tego analizować w tym wydaniu

Czegoś brakuje w tym zdaniu.

U tego pacjenta jest dużo wydruków z kobietą o czerwonych włosach, w karminowym stroju kąpielowym.

Nie spodziewałbym się, aby inżynier używał określenia “karminowy strój kąpielowy” – tak wygodnie zgodnego z wcześniejszym określeniem koloru przez narratora.

Tam, gdzie teraz znajduje się nasz pan Jonasz, łatwiej o przejście do tamtego świata, niż o powrót do naszego!

Łatwiej o przejście z tamtego świata do tamtego świata?

 

 

 

Zdaje się, że gdzieś kiedyś oznajmiłeś, Gostomyśle, że zamierzasz już w pierwszym akapicie zaprezentować temat, który wylosowałeś. Nie miałbym z tym problemu, ale uważam, że dałoby się to zrobić lepiej, niż “drukarka grozy wypluła z siebie kartkę ku przerażeniu Jonasza”. Liczyłem na więcej zwodzenia i meandrowania w tej kwestii, a dostałem hasłem w pysk.

Twist z zamienieniem bohatera będącego ofiarą bardzo mi się spodobał. Niektóre zdania cudownie creepy “zimno mi tu bez ciebie”. <3 Mam niestety wrażenie, że ta historia zmierzała donikąd. Przyszła, zabiła, poszła. A ja tylko wzruszyłem ramionami. Finał mógłby być lepszy, ja to bym najpewniej wybudził Jonasza, żeby nawiedzona panienka też się trochę zdziwiła. :p

Pozdrawiam!

Dzięki za komentarz MrBrightside

Wandę spotkało pewnie największe upokorzenie w życiu, a Jonasz mówi, że może stracić pracę. Ała. ;)

Drań! wink

Łatwiej o przejście z tamtego świata do tamtego świata?

raczej z międzyświata – jeśli tak to można ująć. Przecież Jonasz jeszcze nie umarł.

 

Błędy zaraz poprawię.

edit: 

Liczyłem na więcej zwodzenia i meandrowania w tej kwestii, a dostałem hasłem w pysk.

Cóż… jedni robili z hasła zagadkę dla pozostałych konkursowiczów – a ja nie miałem takiego zamiaru. Od razu chciałem wskazać wokół czego będzie się rozgrywała akcja.

Witaj, też się o to potknąłem; "nie tyle w mózgu, ile w podświadomości pacjenta, ale nie tego analizować w tym wydaniu – skomentował" // Fajnie i dość klimatycznie opowiedziana historia, po troszce dozujesz czytelnikowi informacje i gdy już wydaje się, że wszystko wiemy łup i obrót o sto osiemdziesiąt stopni, to Jonasz jest w śpiączce. Fajnie wykorzystane hasło i skoro chciałeś podać hasło od razu to nie ma co się tego czepiać, tym bardziej, że w moim odczuciu tajemniczości nie brakuje. Ciekawie wpleciony motyw wodnika. Pozrawiam!

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Dziękuję Mytrixie!

Początek mnie wciągnął, pierwsze zdanie doskonale opisuje moje odczucie przy lekturze :) Odkrycie kart pozostawiło mnie zmieszanego. Z jednej strony byłem zaskoczony, a to zawsze dobrze. Z drugiej nie lubię, gdy okazuję się, że coś było tylko snem. Zwłaszcza, gdy dzieje się coś nienaturalnego i tajemniczego. Z trzeciej, najważniejszej chyba strony, wszystko układa się w przemyślaną całość, a nieoczekiwana zamiana miejsc Jonasza i Wandy jest naprawdę ciekawym zabiegiem. Sumując wychodzi plus :) Lekarze podejrzewają, że coś może wpływać na efekt badania, mają nawet teorię, co takiego, a nie spróbują nawet odsunąć badanego od źródła dźwięku? Że kable za krótkie? Zgrzytnęło mi to. 

Dzięki Reinee.

Co do lekarzy i drukarki – nie wydaje mi się, aby celem tego eksperymentu było podglądanie czystych snów osób w śpiączce, a raczej dowiedzenie się, jak działa podświadomość w takim wypadku i jeśli docierają do niej bodźce zewnętrzne (takie jak drukarka… ale może to być w innym przypadku głos bliskiej osoby), to jak to jest odbierane, jak przetwarzane, jak to chory przetwarza sobie na wizję senną. W końcu jeśli będą chcieli się podjąć np. próby wybudzania przy pomocy wiedzy zdobytej w tym eksperymencie, to będzie to przede wszystkim przy pomocy bodźców zewnętrznych i dlatego warto wiedzieć takie rzeczy. Dlatego ta drukarka im bynajmniej nie przeszkadza w eksperymencie (na tym etapie – a nie wiemy w sumie jaki to jest etap. Może początkowy?)

Wiem, Gostomyśle, że pisałeś o drukarce i to chyba wszystko, co wiem.

Zdawało mi się, że czytam o nauczycielu, którego romans z uczennicą zakończyło jej utonięcie. Wykład o działaniu sprzętu, do którego podłączony jest pacjent przyjęłam na wiarę, jako że jestem dziwnie odporna na tego typu wiedzę, natomiast zakończenie sprawiło, że wszystko przewróciło mi się do góry nogami i poczułam, że zgłupiałam. I tak mi pozostało. :(

 

z gę­stym, ale schlud­nym za­ro­stem na twa­rzy. – Masło maślane.

Za SJP: zarost «owłosienie twarzy u mężczyzny»

 

widok jego wy­łu­pia­stych oczu, scho­wa­nych nieco za bal­da­chi­mem szpa­ko­wa­tej grzy­wy. – Raczej: …scho­wa­nych nieco pod bal­da­chi­mem szpa­ko­wa­tej grzy­wy.

 

To ta jej non­sza­lan­cja i bra­wu­ra ją za­bi­ła. – Piszesz o dwóch czynnikach, więc: To ta jej non­sza­lan­cja i bra­wu­ra ją za­bi­ły.

 

– To jakiś głupi żart. – za­wy­ro­ko­wał w końcu. – Zbędna kropka po wypowiedzi.

 

Piski dziew­cząt, po­krzy­ki­wa­nia chłop­ców… ale też drwią­ce wy­bu­chy śmie­chu. – Raczej: …ale też wy­bu­chy drwiącego śmie­chu.

 

Ktoś dla żartu za­miast koła ra­tun­ko­we­go rzu­cił buta ku to­ną­cej… Ktoś, dla żartu, za­miast koła ra­tun­ko­we­go, rzu­cił but ku to­ną­cej

 

Do­pie­ro pły­nąc, zrzu­cił z sie­bie przed­mio­ty ogra­ni­cza­ją­ce ruchy… – Nie umiem sobie wyobrazić kogoś, mającego na sobie przedmioty.

Gdyby ktoś, kto zmókł, poprosił mnie o jakieś suche rzeczy, wiedziałabym, co mu dać, natomiast gdyby poprosił o suche przedmioty, nie wiedziałabym, co ma na myśli. ;-)

 

swoim prze­pięk­nym, kar­mi­no­wym bi­ki­ni… i z tym jej bo­skim uśmie­chem. Wy­cią­ga­ła w jego kie­run­ku ręce, za­chę­ca­jąc go do… wej­ścia na głę­bi­nę. – Czy wszystkie zaimki są konieczne?

Bywa, że nadużywasz zaimków.

 

Niby salka kom­pu­te­ro­wa, a na Was­ser­man­nie cią­gle dru­ku­je­cie.Niby salka kom­pu­te­ro­wa, a na was­ser­man­nie cią­gle dru­ku­je­cie.

Nazwy produktów piszemy małymi literami. http://sjp.pwn.pl/zasady/;629431

 

do­szło do ko­lej­ne­go nie­ocze­ki­wa­ne­go zda­rze­nia. Za ple­ca­mi Mo­czar­skie­go nie­ocze­ki­wa­nie za­mru­cza­ła la­se­ro­wa dru­kar­ka. – Powtórzenie.

 

ulot­ne wra­że­nie, przy­po­mi­na­ją­ce wspo­mnie­nie snu.– Nie brzmi to zbyt dobrze.

 

po czym przyj­rzał się się wy­dru­ko­wi. – Dwa grzybki w barszczyku.

 

wsu­nę­ła się jakaś po­stać ubra­na w le­kar­ski cze­pek i far­tuch. – Jakie czepki noszą lekarze?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg – żałuję, że nie przypadło do gustu. Trudno, tak bywa. sad.

Dziękuję za spory wysiłek korektorsko-edytorski.

Nie do końca jednak zgodzę się w kwestii przedmiotów ograniczających ruchy. Niby to dlaczego nie można użyć tego sformułowania? Czy to ubrania, czy sprzęt fotograficzny jak najbardziej można uznać za przedmioty. Owszem – samo określenie “przedmiot” nie mówi nic o tym, co to jest, ale w tym przypadku zostało to określone nieco dalej: kurtka i aparat fotograficzny. Można jedno i drugie nazwać rzeczami, choć to akurat słowo kojarzone często z ubraniami. Można jedno i drugie zaliczyć do przedmiotów właśnie. Użycie tego sformułowania wydaje mi się poprawne.

 

co do czepka – w niektórych sytuacjach czepki są używane przez lekarzy – np. http://eodziezmedyczna.pl/sklep/czepek-medyczny/

albo inne zdjęcie http://www.edukacjamedyczna.pl/wiadomosc/padaczka-operacja-farmakoterapia/20605.html 

Gostomyśle, wydaje mi się, że nikt nie powie, że oddał do pralni kilka przedmiotów z zimowej garderoby. Ja piorę  brudne rzeczy, nie brudne przedmioty.

Matka, widząc rozrzuconą odzież dziecka, nie powie, by schował przedmioty, a raczej: – Schowaj te rzeczy do szafy.

Idąc na zakupy powiem: – Przed urlopem muszę kupić kilka rzeczy, także aparat fotograficzny, bo stary się zepsuł.

 

Wielokrotnie już podkreślałam, że moje uwagi to tylko i wyłącznie sugestie/ propozycje i żaden autor nie musi z nich korzystać. Tylko i wyłącznie od piszące zależy jakich słów użyje, by opowiadanie, w jego mniemaniu, prezentowało się najlepiej.

 

edycja

Byłam przekonana, że czepek zakłada chirurg, przystępując do operacji. Nigdy nie widziałam lekarza w czepku np. na internie, ortopedii, diabetologii czy kardiologii. No, ale nie zwiedziłam jeszcze wszystkich oddziałów szpitalnych. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Niby pomysł jest, niby napisane przyzwoicie, ale, moim zdaniem, tekst został całkowicie zarżnięty przez fatalne dialogi oraz zupełnie nietrzymające się kupy zakończenie, z monologiem Wandy włącznie. Weźmy pierwszą wypowiedz z brzegu: "Sprawdziłeś w pamięci drukarki, z którego komputera wysłano polecenie wydruku?". Po takiej wypowiedzi nie uwierzyłabym, ze opisywani przez Ciebie mężczyźni są współpracownikami, a co dopiero przyjaciółmi. Moim zdaniem Dorian powinien był odpowiedzieć coś w stylu: "Sprawdziłeś skąd to poszło?" lub "Sprawdziłeś w pamięci skąd to poszło?".

O zakończeniu tekstu i monologu Wandy nie chce nawet zaczynać, bo do rana nie skończę :/

 

Z łapanki wpadło mi:

 

ZIMNO MI TU BEZ CIEBIE

Hmm… Ogromne litery a linijkę wyżej, ze to było małą czcionką?

 

płynąc zrzucił z siebie przedmioty ograniczające ruchy – kurtkę (…)

Ciekawam jak się zdejmuje kurtkę, płynąc?

Hmm... Dlaczego?

Regulatorzy – Nie mówimy w tym przypadku wyłącznie o ciuchach, więc zastosowanie słowa “rzeczy” nie wydaje mi się trafne. Kiedy mam do sprzedania kurtkę, aparat fotograficzny – to mam do sprzedania kilka przedmiotów. Nie widzę w tym niczego niepoprawnego.

Co do czepka – nie napisałem skąd przyszła akurat Wanda i jakiej jest specjalności. Może przyszła akurat z takiego miejsca, gdzie ten czepek był potrzebny? W szerszym tekście to by można było rozwinąć, ale tu nie widzę potrzeby. Jest czepek, jest szpital, w szpitalu czepki nosi się w takich a takich okolicznościach, resztę można sobie dopowiedzieć, jak ktoś chce – choć nie jest to zasadnicza część akcji, więc można się też nie przejmować.

Drewian – skoro się nie spodobało, to trudno. Żałuję. Co zaś do sposobu zwracania się Doriana do Jonasza… wiesz, to można zapisać na różne, mega osobiste dla nich sposoby, wręcz ich własną, przyjacielską gwarą zrozumiałą tylko dla nich. Ale nie uważam, żeby w tekście dla czytelnika, w dodatku tak krótkim, że nie ma miejsca na porządne wprowadzenie postaci, ich sposób mówienia itd, aby zasadnym było stosowanie takich skrótowych sformułowań, jak te, które zaproponowałaś. Dla kilku osób to będzie zrozumiałe – ale dla kilkunastu może to być niejasne. Dlatego zdecydowałem się na ten styl wypowiedzi u Doriana. Poza tym – a skąd to wiadomo, w jaki sposób Dorian z Jonaszem rozmawiają? A może Dorian jest sztywniakiem i formalistą, z urzędniczej rodziny? wink Dorian jest właśnie taki, jakiego go opisałem, nie widzę potrzeby robienia z niego swobodnego gościa. 

Co do capsa – mała czcionka to coś innego niż małe litery.

Jak się zdejmuje kurtkę płynąc? Normalnie smiley. Przestajesz na moment machać rękoma, zsuwasz kurtkę z siebie i machasz rękoma dalej. Nic trudnego. Jak przyjdzie lato, to można sprawdzić. wink

Gostomyśle, mogę tylko powtórzyć – to jest Twoje opowiadanie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Obiecałem Gostomysłowi, że będę bronił opowiadania od strony medycznej. Przybywam zatem, aby potwierdzić: lekarze na oddziałach zabiegowych i oddziałach intensywnej terapii (a na takim w domyśle przebywa Jonasz) często zakładają chustoczapki zwyczajowo zwane czepkami. Robią tak przy każdej inwazyjnej procedurze, a dostępność wielu fantazyjnych wzorów dodatkowo sprawia, że takie czepki są znacznie chętniej używane niż stosowane dotychczas jednorazowe flizelinowe czapeczki.

Dziękuję, Coboldzie, lekarski czepek został odarty z tajemnic. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytane.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Witam Coboldzie i dzięki za wsparcie w kwestii medycznej smiley

Witaj Gravel.

…z Reg już się witałem, ale to było wczoraj, a zatem: witaj Reg w dniu dzisiejszym wink

Hmmm. Mam wrażenie, że dwa wątki słabo się ze sobą łączą. A konkretniej, że ten od hasła konkursowego został na siłę wciśnięty do tego, co naprawdę Cię interesuje. Trochę jakby połówki tekstu żyły własnym życiem, a jedna o drugiej nic nie wiedziała. I jakbyś dostał hasło, które kłóci się z Twoimi normalnymi zainteresowaniami.

Numeracja rozdziałów w pewnym momencie przeskakuje Ci z rzymskiej na arabską. Tak miało być?

Babska logika rządzi!

Finkla – dziękuję za przeczytanie i za opinię. Co do numeracji… tak. 

Tak zaczęłam podejrzewać… ;-)

Babska logika rządzi!

Czytało mi się świetnie. Może gdyby to nie było opko na konkurs, to inaczej bym do niego podeszła, ale pomysł na wykorzystanie hasła po prostu super : ) Drukarka to ciężki orzech do zgryzienia, ale tobie się udało. I jakoś nie razi mnie, że już na samym początku i tak bezceremonialnie podałeś je nam na tacy.

Po przeczytaniu komentarzy trochę się zdziwiłam i od razu pomyślałam: a mnie się podobało! Spodziewałam się, że drukarka okaże się być krwiożerczą maszyną, która ostatecznie w jakiś sposób zabije bohatera, ale ponieważ uwielbiam takie chwyty z amnezją czy snem, więc wyszło nawet ciekawiej.

Poza tym tekst ładnie podzieliłeś, a ja jestem z tych, co lubią częste “przerwy”. 

Jedynie dialogi trochę mi chrzęściły i jak zauważył Mr.Brightside: “historia zmierzała donikąd”. Jakoś tak za szybko – no ale limit to limit. A czy dało się to zrobić lepiej? Cóż, jakby tak nie patrzeć to wszystko się da. Każde opowiadanie może zostać napisane lepiej, bo inaczej. A mnie twoje się spodobało, i tyle!

 

"Określać znaczy ograniczać" ~Lord Henryk Wotton, Portret Doriana Graya

Dziękuję, Lana! Widzę, że styl opowiadania wzbudza dość spolaryzowane opinie: jednym zdecydowanie nie pasuje, innym zdecydowanie tak. To dla mnie ciekawa obserwacja, więc choćby z tego punktu widzenia daje mi to pewne minimum satysfakcji.

Co do dialogów… biorę na klatę, skoro kolejna osoba się o to upomniała. Cóż począć? Przekażę Jonaszowi i Dorianowi, niech zmienią styl, albo im obetnę gażę za udział w tym opowiadaniu. wink.

A co do zmierzania historii donikąd – czy na pewno? W końcu Wassermann osiągnął swój cel. Być może niektórzy czytelnicy zasugerowali się początkiem akcji i sądzili, że podmiotem jest tu Jonasz – a on był tylko przedmiotem.

Po lekturze tekstu mam dość ambiwalentne odczucia…

Z jednej strony podobało mi się to “odwrócenie kota ogonem” zmiana perspektywy, która sprawiła, że zacząłem postrzegać tekst w zupełnie inny sposób.

Z drugiej – moim zdaniem umieściłeś tutaj za dużo motywów, co sprawiło, że przy ograniczonej objętości tekstu wszystko wydało się takie nijakie, “przy okazji”.

Jedni zwrócili uwagę na drukarkę, która, tak jakby, niezbyt pasuje do całego pomysłu, ja mam obiekcje odnośnie samej wodniczki. Jest oczywiście jednym z głównych bohaterów tekstu, jej też dotyczy intryga, jednak wyskakuje dopiero na końcu, jest słabo zakotwiczona w treści.

Mam wątpliwości odnośnie końcowej sceny – pacjenci na OIOM-ie są (a przynajmniej powinni być) pod ciągłą kontrolą, często są monitorowani… Egzekucja butelką z wodą niezbyt mnie przekonuje. To nie jest takie natychmiastowe, myślę, że personel medyczny zdążyłby z resuscytacją…

Co do czepków medycznych – jestem trochę zaskoczony słowami cobolda, sam spotkałem się z nimi jedynie na bloku operacyjnym.

 

Warsztat niezły choć chropowaty, zdarzają się potknięcia. Również dialogi, szczególnie te z przeszłości, między Jonaszem a dziewczyną, takie… dziwne. W tych ich “przekomarzankach” nie doszukałem się czułości, jedynie złośliwość. Ale może to tylko moje wrażenie…

 

Wrażenia końcowe mam jednak pozytywne – czytało się dobrze, fabuła jest interesująca.

 

Tyle ode mnie, pozdrawiam.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dziękuję za opinię Count – przyjmuję Twoje uwagi do wiadomości.

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Poprawnie napisana historia, która jednak jakoś mnie nie porwała. Podoba mi się dwuznaczność postaci dziewczyny i wydaje mi się, że opowieść dużo by zyskała na rozwinięciu tego motywu.

Dzięki za opinię i pozdrawiam!

Styl zupełnie przyjemny, czytało się bez większych zgrzytów, nawet z niejakim zainteresowaniem, mimo niemal kompletnego braku akcji (tudzież tej akcji stateczności), a to zawsze cieszy. Ruda Paskuda też, ale one już tak po prostu mają. Technicznie też jest dobrze.

Fabularnie za to już gorzej, niestety. Sny, wizje i inne takie są w Cieniosłowniku pod hasłem: Ble!

Bo nudzą i zazwyczaj nic nie wnoszą do fabuły. Twojemu opowiadaniu, gdy już czarne staje się czarne, a rude… rude, właściwie można zarzucić to samo. Poza (względnym) przedstawieniem działania nowej technologii, same wizje w opowiadaniu znaczenia nie mają. W tekście i owszem, bo służą zwodzeniu czytelnika, by wreszcie go zaskoczyć, jednakowoż – choć rzeczywiście się to udaje i nie myślę przeczyć, że pomysł był fajny – to też nie zadziałało do końca tak, jak powinno. A w każdym razie tak, jak ja bym chciał, żeby zadziałało.

Mamy tutaj bowiem dwa poziomy narracji – wydarzenia w szkole i retrospekcja obozu – i to się ładnie uzupełnia, wszystko ma sens. Ale potem, nagle, zupełnie (uwaga: eufemizm) znikąd, wpierdziela się trzeci poziom i cała dotychczasowa historia nagle staje na głowie, przestaje mieć właściwie jakiekolwiek znaczenie. Wspomnienia z obozu jeszcze i owszem, bo mają bezpośredni związek z dalszymi losami bohatera, ale wizje szkoły, jak dla mnie służyły tylko upchaniu gdzieś Wassermana i zrobieniu ciekawego twista (jednak ten – jak już wspomniałem – służy tekstowi, ale nie historii, co jest, generalnie, błędne z założenia). A to już po prostu sztuczne tworzenie bytów.

Poza tym czytelnik nie miał najmniejszej szansy przygotować się na zmianę percepcji, więc zaskoczenie jest, ale satysfakcja z wyjaśnienia, co się naprawdę dzieje, jakby żadna (ten zarzut czyni mnie hipokrytą, niestety).

Miałeś jeszcze szansę wybronić się z tym Wassermanem, ale ją też położyłeś, nadając wizjom Jonasza wymiaru dosłowności. I w efekcie nie tylko całe to dociekanie o wodniku wydaje mi się zbędne, ale w pewien sposób wręcz szkodliwe, bo tak naprawdę nie wiem, co, jak i po kiego?

Z jednej strony mamy drukarkę firmy, która ponoć nie istnieje, co sugeruje, że wizje Jonka są faktycznie jakąś metaforą tonięcia, topielic i tak dalej, lecz z drugiej strony mamy jak najbardziej żywą Rudą, która samą swoją obecnością przeczy wszelkiej wymyślnej symbolice czerwieni. I czytelnik głupieje. Potem jednak robi się jeszcze większy galimatias, bo dziołszka na finał robi to, co robi (trochę mdława i mało realistyczna scena), faktycznie stając się utopcem jak z obrazka. I teraz pytanie: ona była topielicą naprawdę (w sensie, że mamy tu rasowe fantasy), co jest mocno naciągane, biorąc pod uwagę krótkie streszczenie jej jak najbardziej przeciętnego życiorysu, czy po prostu zakochaną idiotką z poważnymi zaburzeniami postrzegania dobra i zła? – co też jest naciągane. Reasumując, nie mam pojęcia, co tu jest prawdą, a co fantazją.

Profesorkowie prowadzący “eksperyment” również nie ułatwiają zrozumienia czegokolwiek, bo są, wybacz dosadność, bandą niekompetentnych idiotów. Wydawałoby się bowiem, że powinni posiadać gruntowną wiedzę o pacjencie, a tymczasem okazuje się, że nie wiedzą praktycznie nic ani o nim samym, ani o wypadku, który doprowadził do jego śpiączki (a do którego jednak doszukują się nawiązań w wizjach) i pieprzą farmazony o jakichś wodnikach, zamiast porównać wizję z tech-cudu z osobami i wydarzeniami z przeszłości Jonasza. Natychmiast odkryliby, że dziewczyna z jego wspomnień/snów/wizji jest właśnie tą, którą ratował, a nie jakimś tam podświadomym przekazem. O kant dupy z takimi fachurami. Strasznie mi to zazgrzytało.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nie, zupełnie mi nie podeszło. Styl momentami kuleje – wrażenie „niewyrobionego pióra” – fabuła ledwie pełźnie, a sens leży i już tylko pokwikiwać może. Przyznam, że pogubiłam się w pewnym momencie, co, kto i dlaczego, a naprawdę, naprawdę nie lubię, kiedy tekst robi mi z mózgu sieczkę i nie pozwala się w żaden sposób logicznie zinterpretować. To czyni lekturę nieprzyjemną i męczącą.

Ogólnie, słabo, mdło i bez emocji. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

z pewnym opóźnieniem, spowodowanym okolicznościami zawodowymi i zupełnie niezawodowymi – oto jestem. Czytam. Odpowiadam. smiley

CIENIU BURZY – interesująca opinia. Naprawdę. Formę tekstu taką, a nie inną, przyjąłem trochę eksperymentalnie (moje drogie Bety niech mi poświadczą blush), bo byłem bardzo ciekawy jaka będzie reakcja na takie rozegranie fabuły. Były pochwały, były przygany… ale Twój komentarz jest rzeczowy  i mówi mi coś więcej. Ciekawym było w tak szczegółowy sposób dowiedzieć się o odbiorze poszczególnych fragmentów. Wielkie dzięki! Jedynie co do lekarzy i ich wiedzy nt pacjenta nie mogę się zgodzić. Po pierwsze: owszem, wiedzieli w jaki sposób Jonasz znalazł się w śpiączce – przecież sami to opowiedzieli pozostałym. Po drugie: a któryż to lekarz zna CAŁY życiorys swojego pacjenta? To byłby dopiero absurd wink. Tak więc z tymi zarzutami się nie zgodzę, pozostałe… cóż: vox populi, vox dei.

GRAVEL – szkoda, że nie udało mi się wzbudzić Twojego zainteresowania. Może następnym razem.

Pozdrawiam. 

Fajne :)

Też mi się podobało ;)

Nowa Fantastyka