- Opowiadanie: Charlie Eileen - BIAŁE WRÓBLE - Rozdział 1: Je suis Feu

BIAŁE WRÓBLE - Rozdział 1: Je suis Feu

Mam nadzieję, że świat Białych Wróbli zaciekawi choć małą garstkę z Was. Liczę na szczere, konstruktywne komentarze. Krytyka boli, ale ślicznie proszę o opinie, które pomogą mi się rozwijać! 

Mam nadzieję, że świat Białych Wróbli zaciekawi choć małą garstkę z Was. Liczę na szczere, konstruktywne komentarze. Krytyka boli, ale ślicznie proszę o opinie, które pomogą mi się rozwijać!

Mam nadzieję, że świat Białych Wróbli zaciekawi choć małą garstkę z Was. Liczę na szczere, konstruktywne komentarze. Krytyka boli, ale ślicznie proszę o opinie, które pomogą mi się rozwijać!

  mMMMam nadzieję, że świat Białych Wróbli zaciekawi choć małą garstkę z Was. Liczę na szczere, konstruktywne komentarze. Krytyka boli, ale ślicznie proszę o opinie, które pomogą mi się rozwijać!

Oceny

BIAŁE WRÓBLE - Rozdział 1: Je suis Feu

Cztery lata później, Paryż

 

Stałam samotnie na szycie zacienionych kamiennych schodów. Zza ogromnego gładkiego filaru obserwowałam hall urządzony w ciężkim gotyckim stylu, w którym co parę minut pojawiali się nowi goście. Nasz wiecznie poważny kamerdyner – pan Bourgeau – witał wszystkich przybyłych z niezmiernie ważną miną, biorąc drogie płaszcze i futra od pięknych pań, którym towarzyszyli bogaci panowie. Każda z zaproszonych kobiet wyglądała wręcz zjawiskowo. Suknie prezentowane przez nie tamtego wieczoru pochodziły z największych domów mody, a na ich palcach połyskiwały drogie kamienie darowane przez zauroczonych miliarderów.

Oparłam głowę o filar. Zimno marmuru skutecznie poprawiło mi nastrój i rozjaśniało umysł. Od samego rana walczyłam ze zdenerwowaniem i jak na razie ponosiłam sromotną klęskę. Latami starałam się nie okazywać żadnych emocji, a każde uczucie dusiłam w zarodku. Niestety dzisiejszego wieczoru mój chłodny sposób bycia był wystawiany na poważną próbę.

Po kwadransie obserwowania bogato wyszykowanych gości, którzy w pewnym momencie zaczęli wyglądać jak sklonowani z jednego wzorca, w drzwiach rezydencji pojawił się przystojny, elegancki młodzieniec. Przywitał się z Bourgeau skinieniem głowy i rozejrzał po hallu. Wydało mi się bardzo dziwne, że pojawił się sam. Ktoś taki jak on z pewnością nie mógł narzekać na brak zainteresowania płci pięknej, a na taką imprezę zwykle przychodzi się z partnerką.

Mężczyzna jakiś czas stał u dołu schodów zwrócony prosto w moją stronę. Czym prędzej schowałam się za filar. Ostatnie czego bym chciała, to by zauważył, że mu się przyglądam. Ukryta w cieniu korytarza pierwszego piętra, ukradkiem spojrzałam na kawalera. Był wysoki i niezaprzeczalnie przystojny. Miał lekki zarost na opalonej szczęce i błyszczące włosy zaczesane do tyłu na żel. Ubrany był w granatowy, zapewne kosmicznie drogi garnitur o subtelnym połysku. Białą koszulę zapiął pod samą szyję, jak przystało na dżentelmena z klasą, ale z jakiegoś powodu pominął muszkę, czy krawat.

– Do kogo tak wzdychasz? – Niespodziewany szept tuż przy uchu sprawił, że serce podskoczyło mi do gardła.

Obróciłam się na pięcie i moim oczom ukazała się zgrabna postać mojej starszej o pięć lat przyrodniej siostry Odette. Dziewczyna niebezpiecznie wychylała się przez kamienną balustradę schodów, by dojrzeć obiekt moich ukradkowych obserwacji. Ze strachem patrzyłam, jak ryzykownie balansuje na jednej nodze w wysokiej szpilce, której czubek oparła o rzeźbione zdobienia przy filarze.

– Acha, już go mam! To Yves Berie. Ma idealnie dwadzieścia pięć lata, właśnie przejął firmę swojego ojca produkującą jakieś tam technologie. Nie mam pojęcia co dokładnie, ale to przecież nieważny szczegół. Ważne jest to, że jest oficjalnie wolny, nieziemsko przystojny, szalenie bogaty i właśnie patrzy się w naszym kierunku. – Moja siostra była prawdziwą kopalnią informacji o kawalerach do wzięcia.

Przestała już wyginać się przez balustradę i teraz z promiennym uśmiechem białych zębów machała zalotnie do młodego bogacza. Yves Berie odwzajemnił uśmiech.

– Odette, przestań! – syknęłam do niej nadal skryta w półcieniu filara.

– Oj, daj spokój, Arlette! Przez ten jeden wieczór bądź trochę bardziej… wyluzowana. To jest twój dzień, dlatego uroczyście daję ci przyzwolenie na flirtowanie z tyloma facetami, na ile tylko masz ochotę. Przyrzekam również, że nie powiem o niczym Remi’emu, a w razie zaistniałej potrzeby, do końca będę cię ofiarnie kryła – oświadczyła poważnie z lewą dłonią złożoną w geście przyrzeczenia. Zaraz potem wyraz jej twarzy zmienił się w minę złośliwego chochlika, któremu właśnie obiecano świetną zabawę.

– Nie będzie takiej potrzeby. Zamierzam spędzić z Remim cały wieczór i tańczyć

t y l k o z nim – odrzekłam dobitnie, patrząc siostrze głęboko w niebieskie oczy o zielonych refleksach. Musiała zrozumieć, że nie żartuję. W odpowiedzi Odette przechyliła zawadiacko głowę i znów odezwała się, nie dając za wygraną:

– A po wspólnym przykładnym wieczorze, jak mniemam czeka już na was sypialnia z dużym łóżkiem. Nie powiesz chyba, że każesz biedakowi wracać samemu w ciemną noc? To byłoby co najmniej n i e c z u ł e z twojej strony. – Pacnęłam ją ręką po głowie, na co ona zaniosła się dźwięcznym śmiechem. 

– Ale ty masz pomysły. Też coś! – żachnęłam się zniesmaczona.

Ze śmiechu Odette dostała głośniej czkawki. 

– I dobrze ci tak. Może w końcu zamkniesz dziób na kłódkę – ucięłam rozmowę.

Moja siostra tymczasem wzięła głęboki wdech i wstrzymała powietrze w płucach, by w ten sposób pozbyć się potężnego ataku czkawki przeplatanej z niekontrolowanymi chichotami. Jej dobry humor zagłuszyła donośna, mroczna muzyka, która dobiegła z głębi szerokiego korytarza na parterze.

– A teraz chodźmy. Czas wyjść do ludzi – mruknęłam pod nosem bez cienia entuzjazmu i wraz z siostrą ruszyłyśmy pod rękę w dół kamiennymi schodami.

Tego nieszczęsnego wieczoru obchodziłam swoje osiemnaste urodziny. Z tej okazji moja opiekunka – Alice – zorganizowała bardzo wystawne i pełne gotyckiej elegancji przyjęcie, połączone z pokazem jej najnowszej kolekcji. Alice była bowiem projektantką mody, której prace były znane i cenione we Francji, a nawet w całej Europie.

Nic więc dziwnego, że tej nocy do jej ogromnej rezydencji pod stolicą przybyło pół sławnego Paryża, a druga, znacznie mniej licząca się w towarzystwie połowa stała właśnie pod drzwiami naszego gotyckiego pałacyku, robiąc zdjęcia i wywiady do najmodniejszych i najbardziej elitarnych magazynów modowych. 

Szłyśmy razem w długich sukniach z najnowszej kolekcji Alice. Odette i ja chodziłyśmy przeważnie tylko w jej projektach. Byłyśmy żywymi reklamami, które spisywały się wręcz perfekcyjnie! Największe gwiazdy muzyki i kina zamawiały u niej najdroższe kreacje na najbardziej prestiżowe gale i wydarzenia kulturowe. Zakochane w odważnym stylu Alice kobiety potrafiły wydać każdą kwotę na wymarzone stroje, dlatego niczego nam nie brakowało. Żyłyśmy w bogactwie i szczęściu, iście po królewsku. Już dawno zdążyłam zapomnieć, jak to jest być zwykłą dziewczyną w zwyczajnym świecie szarych śmiertelników. Patrząc z perspektywy czasu, trudno by mi było teraz wrócić do poprzedniego życia, które spłonęło cztery lata temu w Polsce.

– Już się zaczyna, musimy się pośpieszyć – krzyknęła mi do ucha Odette. Czkawka na szczęście już jej przeszła.

Muzyka wezbrała na sile akurat w tej samej chwili, gdy weszłyśmy do długiego, podświetlonego na srebrno-niebiesko pomieszczenia. Ta sala przeznaczona była w całości do pokazów Alice, która uwielbiała łączyć je z wystawnymi kolacjami.

Usiadłyśmy na czarnych krzesłach obok mojego chłopaka Remi’ego. Pocałowałam go bez uczucia na powitanie. Remi’emu zupełnie nie przeszkadzał mój wieczny chłód. Wręcz przeciwnie, paradoksalnie zdawać by się mogło, że mój lodowaty sposób bycia to jedyne, co go przy mnie trzyma. Odette zaczęła wiercić się na siedzeniu na wszystkie strony. Zapewne chciała odnaleźć swoim sokolim wzrokiem przystojnego bogacza Yves’a. Jednak już chwilę po naszym pojawieniu się na sali, pokaz oficjalnie się rozpoczął i moja siostra musiała przerwać gorliwe poszukiwania.

Kreacje Alice jak zawsze były nietuzinkowe. Łączyły w sobie ciężki średniowieczny gotyk i najnowsze modernistyczne kroje czy materiały. Zaskakujące faktury wieczorowych sukni i eleganckich kombinezonów przeplatały się z uliczną uniwersalnością zwiewnych płaszczy oraz męskich kamizel. Pod koniec występu Alice jak zawsze na krótko wyszła zza kulis i ukłoniła się publiczności. Całą salę zalała fala aplauzu.

Po pokazie goście od razu przeszli do ogromnej, wykwintnie urządzonej sali z mnóstwem bogato zdobionych świeczników, na których ustawione były zimne woskowe świece. Od kiedy się tu wprowadziłam, świece nigdy nie były zapalane. Służba dostała zakaz rozpalania jakiegokolwiek ognia w moim towarzystwie. Nikt nie mógł nawet spokojnie zapalić papierosa, gdy byłam w pobliżu. Na widok choćby najmniejszego płomyka, ogarniała mnie paraliżująca panika.

Gdy gwar na sali ucichł, Alice wygłosiła krótkie, ale zgrabne przemówienie i wzniosła toast na moją cześć. Wszyscy doskonale wiedzieli, że Alice traktuje mnie jak własną córkę. Szkoda tylko, że ja nigdy nie byłam w stanie nazwać jej matką. Już na zawsze pozostała dla mnie Alice, opiekunką która usłyszała gdzieś o mojej tragedii i postanowiła mnie zaadoptować. Nie miałam dziadków, czy innych krewnych, którzy zdecydowaliby się mną zaopiekować do czasu pełnoletności, dlatego z niewielką pomocą wpływów i własnej sławy, kobieta zyskała prawo do opieki nade mną. Wystarczyły dwa spotkania z nią i jej córką Odette, bym poczuła między nami więź. Może nie do końca rodzinną, ale z pewnością niezwykle silną więź. Może chodziło o to, że rodzina Alice miała polskie korzenie, a ona i jej córka, mimo mieszkania na stałe we Francji, doskonale mówiły po polsku? A może po prostu chciałam w pełni odciąć się od bolesnej przeszłości? Wyjechałam z nimi do Francji, gdzie po trzech latach nauczyłam się płynnie mówić po francusku.

Moje życie w niczym nie przypominało poprzedniego. Nie miałam kontaktu z tamtą rzeczywistością, z tamta sobą. Przyjęłam nawet francuski odpowiednik własnego imienia. I choć nie było to prawdziwe szczęście, którego pragnęłam, nie mogłam chcieć niczego więcej. Alice i Odette szybko stały się dla mnie wszystkim. Ette, bo tak nazywałam przyrodnią siostrę, została moją najlepszą i jedyną przyjaciółką.

Wypito zdrowie i zaczęto składać mi wymyślne życzenia urodzinowe. Byłam przenoszona z rąk do rąk jak przedmiot. Po pewnym czasie uśmiechanie się zaczęło mnie męczyć, a twarze zaproszonych zlały się w jeden nudny portret. Odetchnęłam z ulgą, gdy znów rozbrzmiała muzyka, a goście zaczęli tańczyć i stracili zainteresowanie moją osobą. Zyskałam chwilę na odpoczynek. Stanęłam z boku, trzymając w ręku lampkę szampana na długiej, cienkiej nóżce. Upiłam mały łyk alkoholu i odstawiłam go na srebrna tacę kelnera, który właśnie przechodził obok.

W pewnym momencie tuż przede mną zawirowała rozradowana Odette, która mrugnęła do mnie porozumiewawczo ponad ramieniem bogacza Yves’a Berie. Trzeba było przyznać, że dziewczyna miała niespotykany talent do owijania sobie mężczyzn wokół palca!

– Czy mogę prosić? – odezwał się mrukliwy, nieco nosowy głos.

Popatrzyłam na niego niechętnie. Remi w żaden sposób nie umywał się do partnera Odette, ale sama byłam sobie winna. Mogłam zatrzepotać rzęsami do dziedzica rodowej fortuny, zamiast do syna najlepszego przyjaciela Alice. Sama nie wiem, co mną wtedy kierowało, ale zdaje mi się, że ten błąd będę sobie wypominać jeszcze długo. W tym szalonym świecie znanych ludzi, trudno jest zakończyć związek po cichu. Magazyny plotkarskie do wszystkiego potrafią skroić niezły skandal.

– Oczywiście – odpowiedziałam i podałam chłopakowi dłoń.

Remi wyprowadził mnie na parkiet sztywnym krokiem. Po pierwszych taktach nowej kompozycji wtopiliśmy się w kolorowy tłum majętnych i sławnych osobowości.

Tańcząc z moim chłopakiem, odchylałam się jak najbardziej do tyłu. Źle się czułam, gdy ktoś znajdował się zbyt blisko. Drażniło mnie to. Remi o tym wiedział, więc trzymał mnie luźno, bez klasycznej tanecznej postawy, na wyciągniętych ramionach. Podczas tańca, który ciągnął się w nieskończoność, zdążyłam policzyć wszystkie piegi na zakrzywionym nosie mojego partnera i zauważyć, że chłopak okropnie się poci. Fakt ten nieco tuszowały litry wylanych na siebie zawczasu perfum o woni drażniącej nos i gardło. Chłopak przytrzymał mnie do ostatnich taktów utworów, po czym pomału puścił.

Przez chwilę staliśmy zakłopotani, nie wiedząc, co zrobić lub co powiedzieć. Jego towarzystwo męczyło mnie i stresowało, dlatego czym prędzej musiałam się od niego uwolnić. Do głowy przyszedł mi tylko jeden wyświechtany, ale w tym wypadku idealnie pasujący tekst każdej kobiety:

– Wybacz, muszę przypudrować nosek.

Było to tak oklepane stwierdzenie, że każdy inny mężczyzna spuentowałby to w jakiś dowcipny, czy inteligent sposób, jednak Remi wymamrotał tylko coś niewyraźnie i podprowadził na skraj parkietu. 

Swoje kroki od razu skierowałam na pierwsze piętro, by znaleźć się jak najdalej od głośniej, roześmianej i już lekko pijanej zgrai bogatych, wpływowych ludzi pozornego sukcesu. Ruszyłam korytarzem oświetlonym przyciemnionym światłem ściennych lamp. W zamyśleniu minęłam róg korytarza i w ostatniej chwili zatrzymałam się, niepewnie balansując na czubkach szpilek.

Mało brakowała, a wpadłabym na chłopaka, który tuż za zakrętem opierał się, z założonymi na piersi rękami, o wytapetowaną na karmazyn ścianę. Jeden rzut oka wystarczył, by ocenić go na przystojnego lecz nie o klasycznej męskiej urodzie. Mógł pochwalić się intrygującymi rysami twarzy, które zapadały w pamięć. Nieznajomy miał w sobie jakąś tajemnicę, którą manifestował jawną pewnością siebie, tak bardzo charakterystyczną dla wyższych sfer. Czując na sobie czyjś wzrok, pomału obrócił głowę w moją stronę. Teraz mogłam lepiej mu się przyjrzeć.

Miał mlecznobiałą skórę, która idealnie współgrała z gładką męską szczęką i niebieskimi oczami, tak jasnymi, że prawie przezroczystymi. Nieznajomy niedbałym gestem odgarnął kruczoczarne włosy z czoła, a spomiędzy ciemnych kosmyków wyłoniło się jedno srebrne pasmo. Uśmiechnął się do mnie, rozciągając szerokie, wąskie usta w zgrabny półksiężyc. Nie odwzajemniłam tego uśmiechu, wciąż tylko bacznie obserwując chłopaka.

Ten wyprostował się i zaszeleścił długim, ciemnym płaszczem z postawionym kołnierzem. Nie był gościem, lecz raczej intruzem. Nieproszony wtargnął na przyjęcie i bezczelnie stał na korytarzu, arogancko uśmiechając się do obcej dziewczyny!

Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. Był tak wysoki, że mimo butów, które dodawały mi parę dobrych centymetrów wzrostu i tak patrzył na mnie z góry. W końcu chłopak odezwał się łagodnym, głębokim głosem:

– Wszystkiego najlepszego, Arlette. A może A r l e t o? I tak, i tak jest przecież bardzo ładnie.

Krew w całym ciele ściął mi lód. Byłam tak zszokowana, że zabrakło mi słów. Od czterech lat nikt nie zwrócił się do mnie polskim odpowiednikiem mojego imienia, tym z którym przyszłam na świat. Jeszcze raz spojrzałam na mlecznobiałą twarz chłopaka, ale nie rozpoznałam w nim nikogo, kto mógłby wiedzieć, co czuję na wspomnienie mojego prawdziwego imienia. Jednak byłam pewna, że nieproszony gość nie wspomniał go przez przypadek. Skąd ten intruz wiedział..?

– Nie chciałem cię urazić. Jakżebym śmiał, w dodatku w twoje urodziny? – przemówił znowu przyjaznym tonem.

Nie miałam ochoty wdawać się z nim w rozmowę, jednak nie mogłam też milczeć.

– Nic się nie stało – odparłam niezbyt miło, najprościej jak tylko mogłam, tak by nie wywiązała się z tego żadna niechciana dyskusja.

 Spróbowałam go wyminąć, ale on tylko zaśmiał się bez wesołości i syknął z udawanym niezadowoleniem. Popatrzyłam na niego z konsternacją. Czego on ode mnie chciał?

– Prawdę mówiąc liczyłem na taniec z piękną jubilatką – powiedział tym razem uwodzicielskim głosem.

Zaparło mi dech w piersiach. Dla chłopaka najwyraźniej milczenie było jednoznaczne ze zgodą, ponieważ ukłonił się nisko i ujął moją dłoń w swoje zaskakująco gorące palce. Dotyk jego skóry palił żywym ogniem. Chciałam cofnąć rękę, ale mój towarzysz trzymał ją bardzo mocno wcale i nie zamierzał puścić.

– Wspaniale – mruknął z zadowoleniem i ruszył na parkiet.

Grana właśnie muzyka była wolna, wibrująca rzewnym dźwiękiem skrzypiec. Miała w sobie coś z mrocznej zadumy nad rozgwieżdżonym niebem po północy. 

Ruszyliśmy walcem. Parę razy próbowałam odsunąć się na swój zwykły dystans, jednak za każdym razem mój partner przyciągał mnie z powrotem bliżej siebie. Wirowaliśmy w milczeniu w zatłoczonej sali. W tym tańcu czułam się jak w transie. Chłopak był zupełnie innym partnerem, niż Remi. Prowadził pewnie i odważnie, a przy tym delikatnie, zaznaczając każdy ruch dłonią opartą na mojej talii. Co jakiś czas zmieniał też krok, by taniec nie był monotonny i do końca przewidywalny. By za nim nadążyć, nie mogłam myśleć o niczym innym, jak tylko właśnie o nim. O tym jak się porusza i w jakim tempie oddycha.

Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, zatrzymaliśmy się w pół kroku.

Muzycy skończyli grać walca i zaczęli przygotowywać się do zagrania kolejnego utworu. Tuż nad uchem usłyszałam ciche słowa, a na odsłoniętej szyi poczułam jego gorący oddech:

– Dziękuję za taniec, urocza madamoisille.

Po moim ciele przebiegł elektryzujący dreszcz. Serce przyspieszyło swój rytm, a ja poczułam, że się rumienię. Odwróciłam twarz, by nie zauważył mojego niedorzecznego zawstydzenia.

Nieznajomy puścił moje dłonie, które od razu odzyskały swój własny chłód. Chłopak ukłonił się grzecznie, nie spuszczając ze mnie swojego hipnotyzującego spojrzenia. Wyprostował się i obrócił na pięcie, by odejść. Szybkim, energicznym krokiem ruszył ku najbardziej zatłoczonej części sali. Obserwowałam, jak jego sylwetka niknie w tłumie tańczących. Przez chwilę biłam się z myślami, ale ostatecznie rozsądek przegrał. Wyciągnęłam przed siebie rękę i nie zważając na otaczających mnie gości, krzyknęłam za nim:

– Zaczekaj! – Nie sądziłam, że we wszechobecnym gwarze nieznajomy mnie usłyszy, lecz nieoczekiwanie chłopak przystanął. Wciąż odwrócony był do mnie plecami, jednak wiedziałam, że czeka na to, co powiem.

– Kim jesteś? – spytałam szeptem.

Nieznajomy stał stanowczo za daleko, dlatego nie mógł mnie usłyszeć. Ale mimo to odpowiedział.

– Je suis Feu. – Ogarnął mnie strach, gdy nagle ze wszystkich stron uderzyło we mnie jego ciche wyznanie.

Z konsternacją wymalowaną na twarzy stałam na środku parkietu. Próbowałam zrozumieć te słowa. Próbowałam zrozumieć to, dlaczego je usłyszałam. Czy on rzeczywiście je wypowiedział, a może to moja wyobraźnia płatała mi nieśmieszne żarty? Je suis Feu. Jestem Ogniem. Wciąż wpatrzona w oddalające się plecy tajemniczego chłopaka mrugnęłam. Gdy znów otworzyłam oczy, jego już nie było, a wokół rozbrzmiała kolejna gotycka kompozycja.

 

Koniec

Komentarze

Już prolog nie wydał mi się zachęcający, ale lektura pierwszego rozdziału Białych Wróbli upewniła, że to chyba nie jest opowieść, która mogłaby mi się spodobać. Nie przepadam za damsko-męskimi rozterkami panien stojących na progu dorosłości, zupełnie nie interesuje mnie życie i rozrywki bardzo bogatych ludzi, a ostatnie na co dałabym się namówić, to uczestniczenie w balu.

Ten fragment zawiera wszystko to, o czym nie lubię czytać, w dodatku jest napisany w sposób pozostawiający sporo do życzenia. Irytowało kilkakrotne informowanie o niezwykłej zamożności i wysokim statusie gości, a szczególnie o bogactwie i urodzie  niejakiego Yves’a. Przeszkadzały powtórzenia, nadmiar zaimków, nie zawsze poprawnie konstruowane zdania i nie najlepsza interpunkcja.

 

Nasz wiecz­nie po­waż­ny ka­mer­dy­ner – pan Bo­ur­ge­au… – O służbie nie mówi się pan/ pani.

 

Po kwa­dran­sie ob­ser­wo­wa­nia bo­ga­to wy­szy­ko­wa­nych gości… – Wyszykować się, to szczególnie staranie ubrać się i przygotować do wyjścia. Chyba nie można wyszykować się bogato.

 

i wła­śnie pa­trzy się w na­szym kie­run­ku. – …i wła­śnie pa­trzy w na­szym kie­run­ku.

 

teraz z pro­mien­nym uśmie­chem bia­łych zębów ma­cha­ła za­lot­nie do mło­de­go bo­ga­cza. Yves Berie od­wza­jem­nił uśmiech. – Uśmiechała się zębami???

Powtórzenie.

 

że nie po­wiem o ni­czym Remi’emu… – …że nie po­wiem o ni­czym Remiemu

Sprawdź, jak odmienia się imię Remi: http://www.imiona.info/odmiana_Remi

 

cały wie­czór i tań­czyć  t y l k o z nim… – Co to jest tylkoz?

Po słowie napisanym rozstrzelonym drukiem, dla większej czytelności, proponuję zrobić dodatkową spację.

 

To by­ło­by co naj­mniej n i e c z u ł e z two­jej stro­ny. – Jak wyżej.

 

bar­dzo wy­staw­ne i pełne go­tyc­kiej ele­gan­cji przy­ję­cie… – Na czym polega gotycka elegancja?

 

obok mo­je­go chło­pa­ka Remi’ego. […] Remi’emu zu­peł­nie… – …obok mo­je­go chło­pa­ka Remiego. […] Remiemu zu­peł­nie

 

bo­ga­to zdo­bio­nych świecz­ni­ków, na któ­rych usta­wio­ne były zimne wo­sko­we świe­ce. – Czy są też ciepłe świece?

 

świe­ce nigdy nie były za­pa­la­ne. Służ­ba do­sta­ła zakaz roz­pa­la­nia ja­kie­go­kol­wiek ognia w moim to­wa­rzy­stwie. Nikt nie mógł nawet spo­koj­nie za­pa­lić pa­pie­ro­sa… – Powtórzenia.

 

Na widok choć­by naj­mniej­sze­go pło­my­ka, ogar­nia­ła mnie pa­ra­li­żu­ją­ca pa­ni­ka. – Czy to świadomy rym?

 

mimo miesz­ka­nia na stałe we Fran­cji, do­sko­na­le mó­wi­ły po pol­sku? A może po pro­stu chcia­łam w pełni od­ciąć się od bo­le­snej prze­szło­ści? Wy­je­cha­łam z nimi do Fran­cji, gdzie po trzech la­tach na­uczy­łam się płyn­nie mówić po fran­cu­sku.

Moje życie w ni­czym nie przy­po­mi­na­ło po­przed­nie­go. Nie mia­łam kon­tak­tu z tamtą rze­czy­wi­sto­ścią, z tamta sobą. Przy­ję­łam nawet fran­cu­ski od­po­wied­nik wła­sne­go imie­nia. – Powtórzenia.

 

Upi­łam mały łyk al­ko­ho­lu i od­sta­wi­łam go na srebr­na tacę… – Z tego wynika, że na tacę odstawiła alkohol, a powinna kieliszek.

 

Chło­pak przy­trzy­mał mnie do ostat­nich tak­tów utwo­rów… – Grano kilka utworów naraz?

 

Ru­szy­łam ko­ry­ta­rzem oświe­tlo­nym przy­ciem­nio­nym świa­tłem ścien­nych lamp. – Powtórzenie.

 

Skąd ten in­truz wie­dział..? – Jeśli przed pytajnikiem miał być wielokropek, brakuje jednej kropki. Wielokropek ma zawsze trzy kropki.

 

Spró­bo­wa­łam go wy­mi­nąć, ale on tylko za­śmiał się bez we­so­ło­ści i syk­nął z uda­wa­nym nie­za­do­wo­le­niem. Po­pa­trzy­łam na niego z kon­ster­na­cją. Czego on ode mnie chciał? – Przykład nadmiaru zaimków.

 

Ru­szy­li­śmy wal­cem. – Jak rusza się walcem?

 

Mu­zy­cy skoń­czy­li grać walca i za­czę­li przy­go­to­wy­wać się do za­gra­nia ko­lej­ne­go utwo­ru. – Powtórzenie.

 

Po moim ciele prze­biegł elek­try­zu­ją­cy dreszcz. Serce przy­spie­szy­ło swój rytm, a ja po­czu­łam, że się ru­mie­nię. Od­wró­ci­łam twarz, by nie za­uwa­żył mo­je­go nie­do­rzecz­ne­go za­wsty­dze­nia. Nie­zna­jo­my pu­ścił moje dło­nie, które od razu od­zy­ska­ły swój wła­sny chłód. Chło­pak ukło­nił się grzecz­nie, nie spusz­cza­jąc ze mnie swo­je­go hip­no­ty­zu­ją­ce­go spoj­rze­nia. – Kolejny przykład nadmiaru zaimków.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

 

Szkoda, że ja też musiałam czytać ten tekst w wersji niepoprawionej.

Powieść raczej nie dal mnie. Nie spina mi się to, co widziałem i zapamiętałem z prologu, z tym co tutaj widzę. Tam ogień i dziwne wizje. Tutaj – wyższe sfery. Także przeczytałem do końca raczej z obowiązku, nic zaś nie zachęca mnie do czytania dalszych fragmentów, jeśli się pojawią.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka