- Opowiadanie: Algir - Deszczowy żołnierz

Deszczowy żołnierz

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Deszczowy żołnierz

 

Miał tylko odejść czterdzieści kroków od ogniska. Tak powiedział dowódca, kapitan Hamkało: czterdzieści i ani kroku więcej! Będę miał cię na oku, dodał. Więc Jonasz wziął kałasznikowa i poszedł. Zatrzymał się na granicy światła, popatrzył na zmęczone twarze wielorybników, na stojące w łuku wozy bojowe, odruchowo spojrzał też w czyste rozgwieżdżone niebo. Potem ruszył w ciemność licząc w myślach kroki: dwadzieścia dwa, dwadzieścia trzy, dwadzieścia cztery…

Znów się zatrzymał. Już nie słyszał szeptów przy ognisku. Od strony samochodów dochodził tylko monotonny terkot agregatu napędzającego antenę kierunkową na dachu jednej z ciężarówek. Czuć było odór paliwa. Jonasz stał w zupełnej ciemności i myślał o wielorybnikach, których życie powierzono mu w czasie nocnej warty. Ośmiu zaprawionych w boju mężczyzn szykujących się do snu przy ognisku. Jonasz będzie krążył w promieniu czterdziestu kroków, a po północy ktoś go zmieni. Zacisnął mocniej ręce na kałasznikowie. Jeszcze tylko kilka kroków.

Trzydzieści jeden, trzydzieści dwa, trzydzieści trzy…

Blask księżyca okrywał świat trupiobladą poświatą. Leśna ściółka złowieszczo trzeszczała pod butami. Jonasz potknął się i zgubił kroki. Zatrzymał się i ponownie zaczął liczyć.

Trzydzieści pięć, trzydzieści sześć…

Obejrzał się przez ramię: już nie widać światła ogniska.

Trzydzieści dziewięć, czterdzieści…

Czterdzieści jeden…

Skurwysyny, pomyślał. A potem zaczął biec.

 

 

Dopadli go jeszcze przed świtem. Wielorybnicy mieli w swoich szeregach dobrego tropiciela, który bezbłędnie znalazł ślady chłopca w ciemności. Jonasz zdążył się oddalić zaledwie o kilka kilometrów; spał zagrzebany w ściółce pod przewróconym drzewem. Od razu wzięli go pod buty. Kiedy stracił przytomność, tropiciel stanął nad nim na rozstawionych nogach i oddał mocz na twarz Jonasza. Znów zaczęli go kopać.

– Dosyć – warknął w końcu tropiciel. – Musi mieć siły wrócić! – Spojrzał z góry na zakrwawionego chłopca. – Masz szczęście, że stary kazał przyprowadzić cię żywego.

Następnie pochylił się i bagnetem odciął Jonaszowi prawe ucho. Odczekał, aż chłopiec przestanie wyć z bólu i powiedział:

– To za karę, że przez ciebie musiałem pół nocy włóczyć się po lesie.

Związali Jonaszowi ręce i na sznurze pociągnęli do obozu. Wstające mgły oblepiły twarz chłopca wilgocią. Szedł ze zwieszoną głową, potykał się i często upadał. Oczy wciąż szkliły mu się z bólu i niewiele widział przez zapuchnięte powieki. Nie czuł też dłoni, ściśniętych sznurem w nadgarstkach. Krew zakrzepła na szyi i kołnierzu maskałatu. Od połowy drogi powrotnej musieli go prowadzić pod ręce.

– Nie lepiej go odstrzelić już teraz? – mruknął jeden z wielorybników.

– Nie. – Tropiciel pokręcił głową. – Stary chciał się z nim rozprawić osobiście.

W obozie już na nich czekali. Wielorybnicy zdążyli przygotować się do wymarszu: zagasili ognisko, zwinięte namioty schowali na pakach ciężarówek. Zebrali czujniki ruchu, odkopali miny przeciwpiechotne, które poprzedniego wieczoru rozłożyli wokół obozowiska. Teraz stali z karabinami opuszczonymi na paskach i czekali na Jonasza. Tropiciel kazał cisnąć chłopca w zgaszone ognisko, a sam zdał relację kapitanowi Hamkało. Potem wszyscy, z wyjątkiem radiooperatora, stanęli nad leżącym w popiele Jonaszem.

– Podnieście go – rozkazał Hamkało. Odwrócił się w stronę ciężarówki ze sprzętem nasłuchowym i krzyknął: – Kuba, chodź! Dezertera będziemy sądzić.

Radiooperator wychylił się z kabiny.

– Nie lubię takich scen. Do piachu ze szczylem i jedziemy, bo tu się robi niebezpiecznie.

– Coś się pojawiło na radarze?

– Nie. Ale dziś będzie wyjątkowo słoneczny dzień.

Hamkało pokiwał głową. Spojrzał z góry na Jonasza, którego wielorybnicy już zdążyli podnieść na kolana. Chłopiec miał zamknięte oczy i związane ręce bezradnie opuszczone na uda. Tropiciel rzucił chłopcu w twarz odcięte ucho.

– Masz czego chciałeś – powiedział do dowódcy. – Przyprowadziliśmy gówniarza. Kuba ma rację: odstrzel gnoja i zbieramy się w drogę.

Dowódca uniósł rękę – „Czekaj!” – i pochylił się nad chłopcem.

– Po co ci to było? – zapytał. – Po coś uciekał?

Na zapuchniętej twarzy Jonasza pojawił się grymas bólu. Nie odpowiedział. Dowódca szarpnął chłopca za maskałat na piersi, a potem zerwał wojskowe naszywki z jego ramienia i cisnął w popiół.

– Nie zasługujesz na to! Mów!

– Kończmy już… – wtrącił jeden z wielorybników.

– Chcę wiedzieć! – Dowódca nie odpuszczał. – Mów, gówniarzu.

Tropiciel złapał chłopca za włosy. Siłą otworzył zapuchnięte usta Jonasza.

– Mów, kurwa, jak stary pyta!

Z kabiny nasłuchowej ponownie wychylił się Kuba.

– Szybko! Pojawił się jakiś szum!

Wśród wielorybników zapanowało poruszenie. Zaczęli nerwowo spoglądać na siebie i w niebo. Odwracać głowy w stronę ciężarówek. Radiooperator powtórzył informację o szumie.

– Mów! – ryczał Hamkało. – Mów!

Jego krzyk przeciągłym echem rozszedł się po lesie. Gdy już przebrzmiał, twarz dowódcy się wypogodziła. Spojrzał na zdenerwowanych wielorybników.

– Kto chce go stuknąć? – zapytał wesoło.

– Ja!

– Ja też!

– Mnie dajcie!

– Kurwa, szum! O Jezu! Zaznacza nas laserem…

Szczęknęły odciągane zamki w pistoletach. Wielorybnicy ruszyli w stronę Jonasza. Drogę zastąpił im tropiciel.

– Ja to zrobię – warknął. – Pół nocy latałem za tym szczylem, to mnie się należy.

Odwrócił się na pięcie, wyciągnął pistolet, jednym ruchem przeładował i oparł lufę na potylicy Jonasza.

Zanim pociągnął za spust…

Szuuuum!

… z nieba lunął deszcz ognia.

 

 

– Pierwszy dzień bez deszczu – powiedział Szymon. Zatrzymał się i popatrzył na rozlewisko ciągnące się wzdłuż dawnego kanału melioracyjnego. – Mocno wylało. Będzie ciężko dostać się do tamy.

Staruch również przystanął. Szymon wyciągnął z kieszeni puszkę ze skrętami zrobionymi poprzedniego wieczora i ostrożnie zdjął wieczko.

– Odpocznijmy – powiedział Staruch, biorąc skręta. Podziękował i dodał: – Mamy cały dzień na robotę.

O świcie, na otwartej przestrzeni smaganej wiatrem, było potwornie zimno. Stali po kolana w zimnej wodzie, wsparci o długie trzonki zaopatrzone w prymitywne stalowe haki. Podarte wojskowe płaszcze zupełnie nie chroniły przed wiatrem. Każdy z nich miał ze sobą jeszcze zwinięty kawałek liny i toporek zatknięty za paskiem. Szymon dodatkowo dźwigał ciężką siekierę, a Staruch kałasznikowa przewieszonego na ramieniu. Przed sobą mieli ciągnące się aż po horyzont rozlewisko z brudną stojącą wodą. Od mostu dzieliło ich tylko kilka kroków.

– To głupota – mruknął Szymon. – Tylko niepotrzebnie stracimy cały dzień. Kanał i tak w końcu się zablokuje śmieciami, a woda rozleje aż do tamtego lasu. Trzeba zabrać najpotrzebniejsze rzeczy i ruszać w drogę.

Staruch zacisnął usta ze złości.

– Spróbujemy jeszcze raz.

Wolno ruszył w stronę starego mostu.

– To głupota – powtórzył Szymon, ale poszedł za nim.

Dawny kanał melioracyjny miał zaledwie dwa metry szerokości, ale płynące z nurtem śmieci utworzyły tamę pod mostem, a woda rozlała się na okoliczne łąki. Szymon i Staruch zamierzali z pomocą haków rozwalić tamę, a cięższe kawałki drzewa i gałęzie wyciągnąć linami na brzeg kanału. Na powierzchni wody wirowała lepka żółta piana. Brodząc po kolana w wodzie i mule wolno zbliżali się do betonowego mostu. Z tej odległości widzieli wyraźnie spiętrzone gałęzie, deski, resztki folii i dwa napuchnięte trupy. Rozdęta skóra rozsadziła mundury na ich piersiach.

– Żołnierze… – mruknął Staruch, zanim stalowym hakiem kolejno nakłuł oba ciała.

W następnej chwili musieli się cofnąć przed trupim odorem uchodzącym spod przebitej skóry. Odczekali cierpliwie, aż ciała się zapadną, a potem zabrali się do wyciągania ich na brzeg. Szymon zarzucił pętlę na korpus jednego z trupów, ale po chwili musiał zrezygnować, bo lina obierała rozmiękłą skórę do kości. Trzeba użyć haków, pomyślał. Powiedział o tym Staruchowi.

– Skoro tak … – Staruch pokręcił głową. – Nie mam serca do tej roboty…

Z pomocą haków kolejno odciągnęli ciała daleko od mostu.

– Teraz już będzie łatwiej… – skomentował Staruch.

Pracowali nieprzerwanie do południa. Zdążyli wyciągnąć kilka dużych pni drzew i większość gałęzi, a uwolniony nurt wody przepchnął resztę śmieci pod mostem. Staruch zawiesił kałasznikowa na wystającym z betonu drucie i wspiął się na most. Szymon, brodząc po kolana w wodzie, odrzucał mniejsze śmieci i folię. Staruch kręcił się na górze i wydawał polecenia.

– Tam zaczep linę. Nie tak… Jeszcze raz. Musisz odciągnąć tę deskę, inaczej nie pójdzie…

Zaczęło to drażnić Szymona.

– Może zejdziesz tu do mnie? – zapytał w końcu.

– Po co? Dobrze sobie radzisz.

Staruch stanął na krawędzi mostu i dla potwierdzenia własnych słów, dodał:

– Zobacz, już opada woda. Wystarczy kilka dni bez deszczu i zupełnie się cofnie.

– Ostatnio padało przez dwa tygodnie…

– I co z tego? Kiedyś musi przestać.

Szymon ze złością uderzył hakiem w dno kanału.

– Lato już się skończyło… – powiedział, ciężko opierając czoło o mokry trzonek. Nie patrzył na Starucha. – Teraz będzie padać aż do zimy. I lepiej, żebyśmy byli wtedy już daleko stąd!

– Nie. Źle ci tu? Mamy dach nad głową i jedzenie. Pamiętasz, jak się cieszyłeś, gdy znaleźliśmy to miejsce?

– Jesteśmy tu już za długo.

– Może już czas, żebyśmy zostali na zawsze.

Szymon uniósł głowę.

– Posłuchaj – powiedział z naciskiem. – Zrobisz po swojemu. Ja z Werą zostaniemy tu jeszcze przez dwa, góra trzy dni. Potem zabieramy swoje rzeczy i idziemy.

– Nie możesz!

– Muszę. Nie wolno się zatrzymywać nawet na jedną dobę. Trzeba być ciągle w ruchu. A my już tu siedzimy ponad miesiąc. To głupota… Mówiłem.

– Nie masz…

W następnej sekundzie głowa Starucha wybuchła siejąc na wszystkie strony krwią, mózgiem i kawałkami kości. Jeden z zębów Starucha przeorał skórę na policzku Szymona. Bezgłowe ciało runęło z mostu do wody. Szymon wypuścił z rąk trzonek stalowego haka.

– O kurwa!

Odruchowo porwał kałasznikowa i skrył się pod mostem. Klęcząc w wodzie mocował się z suwadłem karabinu. Nie mógł go odciągnąć drżącymi rękoma.

– Co to było? – krzyknął. – Co to kurwa było?

Suwadło w końcu odskoczyło z głośnym szczęknięciem. Szymon odetchnął z ulgą. Trup Starucha kręcił się w wodzie tuż obok niego. Szymon przyciągnął go za mankiet. Z bliska obejrzał obrażenia.

– Ładny strzał – mruknął z podziwem. – Ktoś dobrze przymierzył.

Zdawał sobie sprawę z własnej sytuacji. Nie mógł w nieskończoność kryć się pod mostem, a po wyjściu na otwarty teren stanie się widoczny jak na dłoni. A po drugiej stronie siedział dobry strzelec. Mnie też zdejmie jednym strzałem, pomyślał Szymon. Ze złością odepchnął ciało Starucha. Już dawno trzeba było stąd odejść. Czuł potworną złość, a zimna woda odbierała mu oddech. Jeżeli posiedzę tu jeszcze trochę, to zdechnę z wyziębienia. Kulka chyba lepsza.

Wtedy zaczął padać deszcz. Z początku niewielki, po kilku minutach przekształcił się w ulewę.

– Kurwa mać! – powtórzył Szymon.

Wstał i trzymając kałasznikowa nad głową zaczął się gramolić na brzeg kanału. Stojąc po kolana w mule wypatrywał błysku wystrzału lub przynajmniej odbicia światła w lunecie karabinu snajperskiego. Czekał z napiętymi mięśniami na kulę przeznaczoną dla siebie. No, pomyślał, dajesz! Strzelaj, skurwysynu! W końcu nie mogąc się doczekać wzruszył ramionami i ruszył w drogę powrotną.

 

 

Po przejściu rozlewiska wyszedł na podmokłą łąkę, skąd już widział dym nad ich ziemianką. Zatrzymał się i rozejrzał niepewnie. Napiął mięśnie, szykując się na przyjęcie kuli niewidzialnego strzelca. Czekał długo, a potem ruszył w dalszą wędrówkę.

Licha ziemianka mieściła się na skraju podmokłej łąki, kilkaset metrów od mostu. Odkryli ją przed dwoma miesiącami i postanowili zostać na kilka dni. Wydawała się spełnieniem ich marzeń: jama w ziemi z drewnianą podłogą i stropem z belek przysypanych ziemią. W środku stał niewielki piecyk z zapasem węgla i drzewa, beczka z wodą i skrzynki z zapasami: suszonym mięsem, ziemniakami i konserwami, które już dawno straciły termin przydatności do spożycia, ale wciąż dawały się zjeść z przyjemnością. Prawdziwy skarbiec w tych trudnych czasach. Nigdy nie poznali ludzi, którzy zbudowali ziemiankę, ale nie było to dla nich ważne: mieli dach nad głową i zapasy jedzenia pozwalające przetrwać kilka miesięcy.

Szymon zatrzymał się nad klapą zasłaniającą wejście do ziemianki. Na wszelki wypadek krzyknął:

– Wera! To ja! Szymon…

Klapa odchyliła się ukazując skrytą w cieniu twarz Wery. Kobieta rozejrzała się niepewnie.

– Gdzie masz Starucha? – zapytała.

– Wpuść mnie. Zaraz ci wszystko opowiem.

Wera cofnęła się w ciemność, umożliwiając Szymonowi zejście po drewnianych schodkach do ziemianki. W środku panował przyjemny półmrok rozświetlony żarem z uchylonych drzwiczek piecyka. Było wręcz nieznośnie gorąco. Szymon postawił pod ścianą ociekający wodą karabin i popatrzył z wyrzutem na Werę.

– Mówiłem, żeby oszczędzać węgiel! – warknął.

Na twarzy Wery pojawił się wyraz niezadowolenia. Ze zmarszczonymi brwiami ponownie zapytała o Starucha.

–Nie żyje.

Wera odruchowo rozejrzała się po ziemiance.

– Mamy jeszcze dużo zapasów – szepnęła. – Nie musiałeś…

– To nie ja! – Szymon pokręcił głową. – Byliśmy na moście, gdy ktoś zaczął do nas walić z karabinu. Staruch zginął od pierwszego strzału.

– A ty?

– A ja nie. Wróciłem po ciebie. Przeczekamy w ziemiance do rana, a potem ruszamy w drogę. Byliśmy tu zdecydowanie za długo.

– Ale…

Szymon uniósł otwartą dłoń.

– Nie ma żadnego: ale. Już dawno powinniśmy to zrobić. Zabierzemy tylko jedzenie i najpotrzebniejsze rzeczy.

Szymon przez krótką chwilę się zastanawia, czy nie powiedział tego zbyt zdecydowanym głosem. Wera z całej siły zaciska usta, ale nic nie odpowiada. Szymon czeka, bo w ciągu ostatnich miesięcy bardzo dobrze poznał tę kobietę. Wie, że Wera żyje z nerwami na wierzchu; wystarczy najlżejsze dotknięcie, żeby pobudzić ją do krzyku. Jest też w niej jakaś przedziwna kocia niewdzięczność, z której Szymon w pełni zdaje sobie sprawę: Wera pozwala się sobą opiekować, karmić, pozwala rządzić swoim ciałem, ale jednocześnie każdego dnia okazuje, że jest to tylko część ich niewypowiedzianej umowy zawartej ze względu na trudne czasy.

Wera ponownie spojrzała na zapasy jedzenia.

– Nie szkoda ci tego zostawić? Tyle dobra…

– Nie. – Szymon zdjął przemoczony płaszcz i odłożył na skrzynkę w kącie. – Za długo słuchaliśmy Starucha. Już postanowiłem: jutro opuszczamy to miejsce.

 

 

Kiedy Jonasz otworzył oczy, świat wokół niego wyglądał zupełnie inaczej niż przedtem: nie było już wielorybników, samochodów, nie było nocnych wart i niekończących się polowań. Uniósł głowę i zrozumiał, że jego służba w oddziale zwiadu elektronicznego właśnie się zakończyła. Leżał blisko olbrzymiego krateru, na dnie którego płonęła benzyna. Z samochodów zostały już tylko dymiące wraki, a wszędzie dookoła leżały ciała wielorybników: porwane pociskami, rozczłonkowane, kopcące dymem z płonących mundurów. Żaden z wielorybników nie przeżył ataku wielkiego narwala. Jonasz czuje na sobie piętno laserowego znacznika. Niedługo wielki narwal powróci, żeby dokończyć robotę. Jonasz z przestrachem spogląda na niebo. Blask słońca oszałamia, żar płonących samochodów odbiera oddech. Ponad polaną unosi się odór płonących ciał.

Jonasz dobrze zna tę woń: po ataku narwala świat zawsze śmierdzi spalonym ludzkim mięsem. W przeciągu ostatnich dwóch miesięcy czuł ten odór już dwukrotnie. Po pierwszym ataku, gdy zginęła połowa oddziału, też tak śmierdziało. I gdy bestia zniszczyła ich bazę, a niedobitki ruszyły na ostatnie polowanie, obrzydliwa woń spalonych ciał też zabierała oddech.

Niebo ponad nim było czyste i jasne, zupełnie pozbawione chmur. Jonasz podniósł się na kolana, a potem wstał. Musiał się cofnąć przed żarem płonących ciężarówek. Potknął się i przewrócił o rozerwany korpus swojego dowódcy, kapitana Hamkało. Kilka metrów dalej dostrzegł leżącego tropiciela. Jonasz podczołgał się do niego. Tropiciel miał otwarte oczy i ciężko oddychał. Z jego urwanej nad kolanem prawej nogi strzykała krew tętnicza. Jonasz rozejrzał się bezradnie.

– Pomóż mi… – wycharczał tropiciel.

Jonasz zbliżył głowę do jego ust. Tropiciel powtórzył szeptem swoją prośbę. Jonasz pokręcił głową.

– Nic nie słyszę.

Tropiciel złapał chłopca za rękę, wyprężył się i umarł. Jonasz cofnął się na skraj polany i usiadł pod drzewem. Z brodą wspartą na ręce patrzył na dogasające samochody. Ogień widziany w podczerwieni ogłupia wielkiego narwala. Jonasz jest tu bezpieczny.

 

 

Wera już nie zadawała żadnych pytań. W milczeniu podała Szymonowi ubranie na zmianę: drelichowe spodnie, podkoszulek i bluzę. Nie miał innych butów, więc stał boso przy piecyku i trząsł się z zimna. Po lichej kolacji z gotowanych ziemniaków i warzyw położyli się pod kocem na swoim barłogu w kącie. Szymon zdmuchnął płomyk lampki, objął Werę, a ona przylgnęła do niego całym ciałem.

Leżeli w milczeniu: przeraźliwie chudy mężczyzna o wystających żebrach i zapadniętym brzuchu oraz wycieńczona kobieta, która od dawna już nie miesiączkuje i żywi się resztkami. Dotykają się. Z początku bardzo ostrożnie, chociaż oboje wiedzą, że tak trzeba.

Przed nimi pierwsza noc bez Starucha. Bez jego charczącego oddechu, bez obawy, że napotkają wzrokiem to dobrze znane, pełne obrzydzenia spojrzenie. Tej nocy będą zupełnie sami, a potem nastanie ranek bez złośliwych uśmiechów i sprośnych żartów, bez wstydu na twarzy Wery. Złośliwy Staruch puchnie pod mostem jak tamci żołnierze. Za kilka dni Szymon pójdzie ostatni raz zobaczyć jego ciało, przy okazji zabierze Staruchowi torbę z amunicją i buty. Albo wcześniej, zanim zdziczałe psy dobiorą się do trupa. Szymon nie radzi sobie zbyt dobrze, więc cierpliwa Wera pomaga mu ustami, a potem wciąga go na siebie krótkimi, szarpanymi ruchami.

– Kocham cię.

Gdy już zasnął, patrzyła na niego w ciemności: na ściągniętą twarz i oczy drgające pod zamkniętymi powiekami, na napiętą grdykę, na pierś z siwym zarostem i niespokojne dłonie, w końcu na nagie stopy śmiesznie wystające spod brudnego koca. Wróciła wzrokiem do dłoni, które tak lubiła: silne i szorstkie, nawykłe do ciężkiej pracy, opiekuńcze. Myślała o życiu, które mogłaby wieść z tym mężczyzną, gdyby lata temu świat się nie rozpadł, a potem doszczętnie nie spłonął. Myślała o tym, że mogłaby być szczęśliwa.

Przed nimi dzień zupełnie inny od wszystkich poprzednich.

 

 

Jonasza wypluł deszcz.

Wystarczyło kilka mokrych dni: ziemia rozmiękła, błoto spłynęło w stronę ziemianki i pojawił się Jonasz. Stał w schodzonych buciorach i podartym płaszczu sztormowym pod szarym niebem bez słońca. Zbielałe od zimna palce zaciskał na karabinie snajperskim z lunetą i tłumikiem.

Ze szczytu wzniesienia patrzył na nieudany świat w dolinie. Spoglądał na niebo, na błoto u swych stóp, na zarys lichej ziemianki spowitej dymem, i myślał o ludziach, na których wkrótce sprowadzi nieszczęście. Po kilku dniach obserwacji znał ich bardzo dobrze. Najgroźniejszy wydawał się Szymon: zawsze skupiony, z nieodłącznym kałasznikowem w rękach, czujnym wzrokiem patrzył na otoczenie. W każdej chwili gotowy chronić kobietę o imieniu Wera. Jonasz poznał imiona mieszkańców ziemianki, często słyszał ich głosy, gdy pracowali przy naprawach mostu i gdy Wera wołała ich na jedzenie. Był jeszcze Staruch, nieudacznik, w oczach Jonasza już dawno skazany na śmierć. Nie powinni wychodzić na słońce, myślał Jonasz, obserwując mężczyzn idących w stronę mostu. Z początku chciał ich ostrzec, ale po namyśle stwierdził, że nie warto. Pchali się na pewną śmierć. Ich sprawa. Był lekko zdziwiony, gdy Staruchowi urwało głowę. To dziwne, że padło właśnie na niego, pomyślał. Chociaż nie! Staruch patrzył z góry, wydawał polecenia – z pewnością zadziałał algorytm w pierwszej kolejności namierzający dowódcę. Dlatego olbrzymi wieloryb połknął go pierwszego. Jonasz odruchowo uniósł głowę, popatrzył na zachmurzone niebo. Dziś nie przypłyniesz po mnie, pomyślał. Będziesz czekał na dni bez deszczu.

Jonasz nie mógł odgonić od siebie niewesołych myśli. Kiedy znów zaczęło padać, szybkim krokiem ruszył w stronę ziemianki. W połowie drogi przystanął, zapatrzył się w niebo. Musiał odpoczywać. Czuł w nogach kilometry pokonane w ostatnich dniach. Ciążył mu plecak, gdzie schował rzeczy znalezione w spalonych samochodach i przy ciałach wielorybników. Deszcz miał kwaśny posmak. Szelki plecaka boleśnie wrzynały się w ramiona. Karabin kołysał się w zmęczonych dłoniach. A deszcz padał. Dziś szary wieloryb pozostanie w głębinach.

Woda z kanału melioracyjnego już podchodziła do ziemianki. Każdy krok sprawiał, że woda wypływała z ziemi niczym krew z rany. Jonasz lgnął po kolana w błocie. Zgasili w piecu, pomyślał, spoglądając na zanikający dym ponad ziemianką. Miał nadzieję, że nie zrobią nic głupiego.

– Wiem, że tam jesteście! – krzyknął, stając nad klapą ziemianki. – Nie bójcie się… – dodał.

Nikt nie odpowiedział. Jonasz przetarł oczy.

– Nie bójcie się – powtórzył. – Nie chce zrobić wam krzywdy. Jestem sam!

Cisza. Po namyśle Jonasz kopie podkutym buciorem w klapę. Śliskie od wody dłonie zaciska na kolbie pistoletu. Rzuca szybkie spojrzenie w niebo.

– Kurwa! Otwórzcie!

Szczeknęła zasuwa i klapa odrobinę się uchyliła. Jonasz opuścił pistolet.

– Kim jesteś? – zapytał Szymon.

– Chce wam pomóc. Wpuście mnie.

– Też mamy broń.

– Wiem. Wpuście mnie.

Szymon westchnął. Otworzył klapę i cofnął się po drewnianych schodkach do wnętrza ziemianki. Jonasz nieporadnie zszedł za nim, stanął na środku ziemianki i osłonił oczy przed światłem lampy naftowej trzymanej przez Werę.

W następnej chwili Szymon rzucił się na Jonasza z uniesionym młotkiem.

U chłopca zadziałała pamięć mięśniowa: zasłonił się przed ciosem, unieruchomił rękę Szymona i podciął jego nogę kopnięciem w kolano. Upadli na podłogę. Wera zaczęła krzyczeć. Szymon, chociaż ustępował Jonaszowi wyszkoleniem, to górował nad chłopcem siłą: przewrócił młodego wielorybnika na plecy i uniósł młotek nad głowę.

– Jeden ruch! – warknął. – A rozwalę ci łeb!

Dotknął młotkiem czoła Jonasza.

– Kim ty, kurwa, jesteś? – zapytał.

– Chcę pomóc.

– Więc się nie szarp.

Szymon zabrał Jonaszowi pistolet, kazał zdjąć plecak, karabin odkopnął pod ścianę, po czym kawałkiem liny związał chłopcu ręce za plecami. Zabrał jeszcze Jonaszowi bagnet przytroczony na piersi, a potem zaczął oglądać karabin.

– Z tego załatwiłeś Starucha? Powiedz! Z tego?

Jonasz ciężko westchnął.

– Nie bądź głupi – mruknął. – To nie ten kaliber.

Szymon zabrał się za rozsznurowywanie plecaka.

– Tylko ostrożnie – poprosił Jonasz. – Żebyś niczego nie zniszczył.

Na betonowej podłodze schronu spoczęła zawartość plecaka: dwie miniaturowe miny przeciwpiechotne, złożona antena kierunkowa, iniektory ze środkami przeciwbólowymi, rozsypane tabletki z witaminami i trochę konserw. Wera patrzyła na rzeczy wyjęte z plecaka spojrzeniem starej wiedźmy próbującej wróżyć z wnętrzności.

– Kim ty jesteś? – zapytał spokojnie Szymon.

 

 

Godzinę później Jonasz siedział ze wzrokiem utkwionym w talerzu ze stygnącym jedzeniem. Czuł kwaśny posmak napływający z gardła. Za chwilę będzie musiał powiedzieć tym ludziom prawdę.

Wera przyglądała się temu chłopcu o nieogolonej twarzy i ustach popękanych od gorączki. Zarośnięty i brudny, w zniszczonym skórzanym płaszczu wojskowym, w schodzonych buciorach powiązanych drutem i przetartym maskałacie, wyglądał jak wysłannik piekieł. Cuchnął przepalonym olejem i potem. Wciąż mrużył oczy przed światłem lampy.

– Na początku była nas cała kompania. – Jonasz odsunął talerz z jedzeniem. – To było na początku wojny. Zdejmowaliśmy je z pomocą najlepszego sprzętu. Potem sytuacja się odwróciła i zostaliśmy z kilkoma przenośnymi radiostacjami i antenami kierunkowymi. Kiedy bomby zdmuchnęły stolicę, zostaliśmy ślepi jak krety. Kompania została zluzowana. Tropiliśmy je jeszcze przez kilka miesięcy. Na koniec zostałem tylko ja.

– O czym ty mówisz? – wtrącił Szymon.

Jonasz zignorował jego pytanie.

– One mogą polować tylko w dni bez deszczu – powiedział. – W takie dni jak dziś szukają schronienia w wyższych warstwach atmosfery albo po prostu odlatują w inne miejsce. Każde z nich ma dwóch operatorów. Pod koniec wojny to był już tylko jeden człowiek. Ich strefą ataku jest przestrzeń kilkunastu kilometrów kwadratowych. Ten jest wyjątkowo wredny. Lata nisko, wali do wszystkiego co się rusza. Człowiek, który nim steruje, jest wyjątkowo okrutny. Zabija bez litości i bez potrzeby. Boi się tylko deszczu.

Szymon uniósł rękę ponad trzymanym na kolanach dragunowem Jonasza.

– Mów wolniej. Nic z tego nie rozumiem.

– Dron bojowy. Jest potężny, o wadze wielu ton i rozpiętości skrzydeł powyżej czterech metrów. Atakuje z pułapu jednego kilometra. To on zabił waszego przyjaciela. Działko kaliber dwadzieścia dwa urywa głowy.

– Widziałeś?

– Tak. Leżałem w zaroślach na skraju lasu.

– Dlaczego nam nie pomogłeś?

– Nie mogłem. To był słoneczny dzień.

– Chcesz powiedzieć, że gdzieś wysoko w chmurach lata dron, który strzela do wszystkiego, co się rusza?

– Tak.

– Opowiedz nam o tym…

 

 

Trzy ciężkie wozy bojowe szły z rykiem silników. Jonasz siedział w gnieździe karabinu maszynowego na dachu ostatniej ciężarówki. Zmarznięte dłonie zaciskał na uchwytach spustowych ciężkiego karabinu. Patrzył w niebo. Jechali na pełnej szybkości wąską drogą przez las i musiał uważać na gałęzie smagające jego odsłoniętą twarz. Antena na dachu środkowej ciężarówki kręciła się w nieustającym obłąkańczym ruchu. Jonasz przez słuchawkę skrytą pod hełmem słyszał rozgorączkowane rozmowy wielorybników:

– Uważajcie, kurwa! (Hamkało).

– Jest już blisko (radiooperator Kuba). Mam go wciąż na radarze. Jest szum!

– Szykować się! (Hamkało).

– Wyrzutnie gotowe (Starszy strzelec Nowicki).

Wyrzutnia rakiet na dachu pierwszej ciężarówki uniosła się nieznacznie. Jonasz mocniej zacisnął dłonie na kolbie karabinu. Wyjeżdżają z lasu na otwartą przestrzeń, gdzie już widać płynący po trawie cień wielkiego narwala.

– Mam go w promieniu (Kuba).

– Gotowi? (Hamkało).

Wszyscy odpowiadają jednocześnie: tak!, więc Jonasz nie potrafi odróżnić poszczególnych głosów.

– Walcie w skurwysyna! (Hamkało).

Wyrzutnia pierwszej ciężarówki znika w podmuchu dymu i ognia, gdy jednocześnie wypluwa cztery rakiety ziemia-powietrze. Pociski natychmiast wchodzą w prędkość naddźwiękową. Jonasz widzi ich smugi kondensacyjne: zataczają ostre łuki, by na końcu skupić się w jednym punkcie. Sekundę wcześniej niebo rozkwita czerwonymi iskrami.

– Jebany! Wyrzucił flary! (Hamkało).

– Kurwa, zniknął z radaru (Kuba).

– Mamy trafienie? (Hamkało).

– Nie! (Kuba). Zszedł z zasięgu.

– Kurwa mać! (Hamkało) Może następnym razem się uda…

 

 

– Tropiliśmy go od pięciu miesięcy… – Szepcze Jonasz. – Wcześniej, w ciągu dwóch lat służby, zestrzeliliśmy kilkanaście dronów: parę automatów i wiele zdalnie sterowanych. Rozbiliśmy też dwie bazy i zniszczyliśmy punkty kontrolne. Często tak robiliśmy: jeżeli nie mogliśmy dopaść drona, staraliśmy się namierzyć i zniszczyć ich bazę. Z początku były dobrze chronione, ale pod koniec wojny były to już tylko samotne kontenery z jednym operatorem. Cała reszta, czyli ładowanie amunicji do dronów i drobne naprawy odbywały się z wykorzystaniem automatów. A potem trafiliśmy na tego skurwysyna… Był inny od tych wcześniejszych: mściwy i wredny, nigdy nie odpuszczał. Rozwalił nam dwie ciężarówki i ubił połowę zespołu. Ścigał nas aż do naszej bazy, a potem zniszczył ją jednym atakiem. Straciliśmy wszystkie zapasy paliwa i większość żołnierzy. Na oparach ruszyliśmy w pościg… Dopadł nas kilka kilometrów od waszej ziemianki. Wszyscy moi towarzysze zginęli.

– Dokąd zmierzasz?

– Do starej bazy wojskowej. W czasie wojny było tam duże centrum sterowania.

– Dlaczego właśnie tam?

– Kapitan Hamkało twierdził, że tam właśnie siedzi operator drona.

Werze podobają się historie opowiadane przez Jonasza. Jest w tym chłopcu jakaś pierwotna siła, która już dawno zgasła w Szymonie. Jest też pragnienie: zobaczyć truchło wielkiego narwala. Wkrótce nadejdzie dzień, gdy Jonasz stanie nad cielskiem pokonanego wieloryba, rozbije młotkiem panele słoneczne na jego grzbiecie, zerwie osłony z włókna szklanego i odsłoni elektroniczny spermacet. Opowiada o tym Werze.

– Minęły już dwa lata odkąd wyszliśmy w morze. Nasze macierzyste porty dawno spłonęły i nie mamy dokąd wrócić. Dlatego nigdy się nie zatrzymamy. Będziemy ścigać bestię dniem i nocą, będziemy ją tropić bez końca. Aż w końcu ją dopadniemy.

Chłopiec używa innych słów, inaczej formułuje myśli, mówi o różnicach wysokości, o wilgotności w wyższych partiach chmur, o konieczności uwzględnienia prędkości wiatru i ziemskiej grawitacji, o oblodzonych czujnikach i tych zatkniętych w ziemi, o nastawach wyrzutni rakiet, a do Wery dociera tylko ogólna myśl: dopaść i zabić.

– I co potem zrobisz?

Jonasz nie zna odpowiedzi na to pytanie. Dlatego przez długą chwilę milczy. W tym czasie Wera ustawia przed nim talerz z jedzeniem: żałosną porcję mięsa i kilka rozgotowanych ziemniaków. Chłopiec dziękuję kiwnięciem głowy.

– Pójdę sobie jak tylko spadnie deszcz – mówi z pełnymi ustami. – Jeżeli mapa nie kłamie, do bazy jest kilkanaście kilometrów. Będę tam jutro rano. – Odwraca twarz do Szymona. – Dlaczego nie chcesz iść ze mną?

– To nie moja wojna.

– Trzeba go zniszczyć!

Wera postanawia się wtrącić.

– Dlaczego? – pyta. – Dlaczego koniecznie chcesz to zniszczyć?

Jonasz chce natychmiast odpowiedzieć, dlatego szybko przełyka kawałek mięsa i popija wodą z manierki. Spogląda w oczy Wery i odpowiada słowami wielorybnika:

– Bo jest. Bo zatopił nasze statki i pożarł wszystkich marynarzy. Nie mam już harpunów, lin i sieci, dlatego muszę wytropić jego leże w głębinach…

Wera z przyjemnością zamyka oczy. Ze wszystkich słów wypowiedzianych przez młodego wielorybnika dociera do niej tylko ogólny sens:

– Nie mam już sprzętu, żeby walczyć z bestią. Dlatego muszę się śpieszyć, żeby znaleźć operatora drona. Z pewnością zaznaczył mnie laserem i wróci, żeby dokończyć robotę…

– Więc taka to prawda…

Wera odwraca wzrok. Ta krótka wymiana spojrzeń znajdzie swoje miejsce w historii opowiadanej za kilka lat. Wera będzie często wracać myślami do tego chłopca o żywych niebieskich oczach, który zjadł ostatni posiłek w ich lichej ziemiance, a potem wziął plecak i karabin, i poszedł walczyć z bestią. Nigdy się nie dowie, co stało się z tym chłopcem, czy zdołał pokonać bestię, czy jednak zginął w drodze do bazy. Po jego odejściu również wyruszą w drogę, a Wera zdąży opowiedzieć tę historię innym ludziom: spotkanym w czasie wędrówki, siedzącym w zimne noce przy ogniskach, mieszkających w żałosnych schronach na pustkowiu. Szymon zginie w następnym roku, zastrzelony na szlaku przez bandę włóczęgów. Wera przeżyje i dalej będzie wędrować sama. Jeszcze wiele razy opowie historię o tym przedziwnym młodym wielorybniku, zanim umrze na chorobę popromienną w jakimś miejscu zapomnianym przez ludzi.

To wszystko zdarzy się wkrótce. Wera z chwili obecnej nie mogła oderwać wzroku od Jonasza. Szymon milczał uparcie. Po dachu schronu zaczęły bębnić pierwsze krople deszczu. Jonasz uniósł głowę.

– Czas na mnie – powiedział i odsunął talerz z niedojedzonym posiłkiem.

Już na stojąco wepchnął do ust ostatni kawałek mięsa i popił wodą z manierki. Potem zaczął się rozglądać za karabinem. To jeszcze dziecko, pomyślała Wera. Chłopiec, który bawi się w wojnę. Z trudem powstrzymywała łzy. Spojrzała z odrazą na Szymona, a potem wstała i podeszła do sterty szmat leżących na skrzynce. Wygrzebała spod nich starego dragunowa i z namaszczeniem podała Jonaszowi. Przez chwilę zamarli w połowie ruchu: z dłońmi zaciśniętymi na karabinie patrzyli sobie w oczy. W końcu Jonasz wolno skinął głową.

Została jeszcze jedna rzecz do zrobienia i Jonasz celowo zostawił ją na koniec: usiadł ciężko na krześle, wyciągnął z plecaka swoje wojskowe naszywki i ułożył na stole. Przez chwilę obracał je w palcach, a potem ostrzem bagnetu wyskrobał zaschnięte błoto z rzepów na piersi i na ramieniu. Kolejno przyczepił naszywki: na wysokości serca dopiął symbol jednostek powietrzno-desantowych, natomiast na ramieniu umieścił tarczę z orłem i emblemat macierzystej jednostki. Zrobił to zupełnie zwyczajnie i bez zbędnych ceregieli, jakby celowa prostota tego gestu miała za zadanie z powrotem przemienić chłopca o rozbieganych oczach w żołnierza jednostek specjalnych, niepokonanego wielorybnika i niestrudzonego tropiciela bestii.

Na stole została już tylko naszywka z symbolem wielorybników. Jonasz starał się na nią nie patrzeć. Wstał, z ciężkim westchnieniem zgarnął płaszcz ze skrzynki, przewiesił na ramieniu karabin i ruszył w stronę wyjścia. Ubierał się po drodze. Na schodkach przypomniał sobie o plecaku. Wrócił do stołu, zarzucił plecak na ramię, jednym ruchem zgarnął naszywkę wielorybników i z rozmachem przyczepił ją do ramienia. Następnie ruszył w stronę wyjścia, ponownie zatrzymał się na schodach, wyciągnął skręta, zapalił, i bez żadnego pożegnania wyszedł na powierzchnię. Patrząc na zalane błotem łąki wypuścił dym z płuc.

Niebo ponad jego głową zasnuły ciemne chmury. Padający deszcz szybko przemoczył ubranie, zagasił żar trzymanego w palcach skręta, oprószył twarz kroplami wody. To idealny dzień, pomyślał Jonasz, żeby zapolować na wielkiego narwala. Zgniótł w palcach rozmoczonego skręta i ruszył w stronę pobliskich wzgórz.

Przed odejściem, ze szczytu wzniesienia, popatrzył na ten odgryziony przez wojnę kawałek ziemi niczyjej, gdzie w starej ziemiance dwoje ludzi zapragnęło na nowo ułożyć sobie życie. Wszedł w to życie z butami, zasiał niepewność, ale teraz zamierzał przywrócić dawny porządek. Licha ziemianka spoczywała we śnie, a nad jej dachem nie snuła się wątła smuga dymu. Jonasz uznał, że tak wygląda świat, który wstrzymał oddech; pogodzony z przeznaczeniem, nie spina się już do ostatniego skoku, tylko cierpliwie czeka na nadejście śmierci. Zapragnął dać tym ludziom nadzieję na lepsze życie.

Przed południem dotarł do granicy lasu, gdzie pod jednym z przegniłych drzew zatrzymał się na odpoczynek. Zaznaczył na mapie swoją aktualną pozycję i zauważył, że błotnista łąka została daleko z tyłu. Czuł, że już nigdy nie wróci w tamto miejsce. Z pomocą mapy przeliczył odległość do starej bazy wojskowej i wyszło, że musi jeszcze pokonać jedenaście kilometrów. Jonasz miał nadzieję, że do tego czasu deszcz nie przestanie padać. Złożoną mapę schował do plecaka i ciężko podniósł się na nogi. Musiał się śpieszyć, żeby przed ustaniem deszczu zdążyć na spotkanie z wielkim narwalem.

Do końca dnia nie zatrzymywał się na postój dłuższy niż kilka minut, szedł w cieniu przegniłych drzew, brodził w rozmoczonej ziemi na łąkach, mijał pojedyncze zniszczone budynki i całe wsie, które dla bezpieczeństwa omijał szerokim łukiem. Po zachodzie słońca zatrzymał się na niewielkiej polanie otoczonej zdziczałym krzewami, bagnetem wyciął kilka jałowców i ustawił niewielki szałas, w którym zamierzał skryć się przed deszczem.

Przed zaśnięciem młody wielorybnik obchodzi swoje legowisko i rozkłada runy chroniące od zła: napina linkę między zawleczkami granatów wciśniętych w korzenie pobliskich drzew, zagrzebuje w ściółce dwie małe miny przeciwpiechotne, odbezpieczony pistolet wkłada pod plecak, który tej nocy będzie jego poduszką. Aż do świtu śnił o burzowym morzu, a gdy rankiem otworzył oczy, niebo ponad nim było zupełnie błękitne i pozbawione chmur. Zapowiadał się ciepły słoneczny dzień.

 

 

O świcie znów jest w drodze: z ponurą twarzą i błędnym spojrzeniem przemierza równinę jak człowiek ścigany przez duchy. Wciąż spogląda na bezchmurne niebo. Przed południem dociera do miejsca, gdzie stoją wraki samochodów i leżą napuchnięte ciała jego dawnych towarzyszy. Jonasz z twarzą zasłoniętą mankietem płaszcza chodzi między trupami. Na szyjach martwych żołnierzy połyskują tabliczki z symbolami nieistniejących armii, a zakrwawionych listów w kieszeniach na piersiach nie można już wysłać do miejsc, które nie istnieją od lat.

Ponad nim przepastna pustka szarego nieba: nieprzyjazna, pozbawiona światła, straszna. Po ziemi płynie cień wielkiego wieloryba. Jonasz obserwuje go przez szkła lornetki. Potężny narwal przewalił się przez prawy bok, opadł na wysokość kilkunastu metrów i przyśpieszył: teraz czuć było na skórze wibracje jego napędu. Jonasz czuje bezsilność. Pozbawiony czujników, wyrzutni rakiet i samochodu jest jak drapieżnik, któremu wybito kły. Nie może polować. Jonasz, niczym pokonany żołnierz patrzący na przemarsz obcych wojsk, przez lornetkę obserwuje majestatyczny ruch wielkiego narwala. Potężne cielsko leniwie opada do wysokości stu metrów i przyśpiesza. Teraz szum napędu jest ogłuszający. Dziesięć ton korpusu z włókien sztucznych, wypełnionego elektroniką, amunicją i bombami przepływa ponad głową bezsilnego żołnierza. Skryty pod wrakiem samochodu z wściekłością patrzy na powolny ruch wielkiego narwala.

Nie tak miało być: Jonasz jest wielorybnikiem, a nie zwykłym żołnierzem. Potrafi strącać z nieba olbrzymie narwale, płaskonose walenie i inne potwory, których nazw już nawet nie pamięta. Odprowadza wzrokiem bestię, która znika w wyższych partiach chmur, a potem rusza w dalszą wędrówkę. Mapa nie kłamie: do celu zostało najwyżej dwa kilometry. Na oczach Jonasza zmienia się otaczający świat: ziemia jest tu doszczętnie wypalona, smętne kikuty drzew przypominają kości.

Wiszący na piersi licznik Geigera zaczyna nieprzyjemnie trzeszczeć. Jonasz z niedowierzaniem patrzy na odczyt: dawka promieniowania przekracza wszystkie dopuszczalne normy. Stara mapa podpowiada, że Jonasz zbliża się do dawnej bazy wojskowej. Chłopiec nie może zebrać myśli. Wysokie promieniowanie nie pozwala na dłuższe przebywanie w strefie. To oznacza, że być może się pomylił. Kontener operatora musi być w innym miejscu. Postanawia nie zawierzać odczytom i sprawdzić osobiście. Przed nim już porwana siatka otaczająca bazę wojskową. Niskie budynki zniszczone eksplozją. W sercu Jonasza budzi się nadzieja, gdy widzi asfalt długiego pasa startowego i budynki obsługi. Z tyłu stoi rząd dobrze znanych kontenerów z systemami kontroli dronów.

W chwili, gdy mija przewróconą siatkę ogrodzeniową, rozlega się pieśń wieloryba. Jonasz już nie może nic zrobić: ziemia wokół niego zaczyna się gotować od pocisków. Chłopiec odruchowo pada na ziemię i znika w pyle wznieconym przez rykoszety.

Jonasz leży bez ruchu w kałuży krwi i czuje, jak przez rany na piersi wycieka z niego życie. Trzeba koniecznie zatamować krwawienie. Przewraca się na plecy i wtedy zauważa, że jego lewa noga jest dziwnie wykręcona na wysokości kostki, a stopa zwisa na kawałku skóry. Nie ma też prawej ręki: żałosny kikut poszarpanej skóry, munduru i kości. Stracił również wzrok w prawym oku. Pod opuszkami palców czuje kawałek metalu wbity głęboko w oczodół. Więc tak kończą się marzenia młodych wielorybników. Chłopiec nie czuje żadnego bólu, tylko przedziwne zmęczenie i senność. Ostatkiem sił wyciąga iniektor i wbija w udo. Natychmiast czuje ciepło rozlewające się po całym ciele. Zakłada opaski uciskowe na udo i przedramię. Ustaje krwawienie.

Ranna noga jest zupełnie bezużyteczna. Jonasz ciągnie ją za sobą oparty na zdrowym kolanie i kolbie karabinu. Plecak został daleko z tyłu, podobnie jak utrudniający ruchy płaszcz i torba z maską przeciwgazową. Krwawy ślad w błocie znaczy jego drogę. Zatrzymuje się przy zardzewiałym samochodzie ciężarowym, wpełza pod niego i czeka. Drżącymi rękoma ponownie wbija w udo iniektor ze środkiem przeciwbólowym. Ziemia zaczyna się kołysać, a szum wieloryba płynącego ponad nim staje się zupełnie wyraźny.

Jonasz chce go zobaczyć swoim jedynym zdrowym okiem. Za szybko podniósł głowę i krew z pustego oczodołu znów spłynęła po twarzy. Potężny wieloryb przetoczył się po pustym niebie, nad którym niepodzielnie objął panowanie. Jonasz z niedowierzaniem potrząsnął głową, a krew ponownie zalała mu policzki. Postanowił się uspokoić. Nie robić nic. Zwinąć się w kłębek i umrzeć. Przyjmuje ostatnią porcję środka przeciwbólowego.

Dla Jonasza świat już dawno został odwrócony w swych posadach, a teraz ma tego dowód: wystarczy unieść głowę, żeby zobaczyć ostatnie czyste morze. Strach jeży mu włosy. Na widok wieloryba czuje potworny skurcz w piersiach. A więc zginę w takim miejscu. Na tę myśl pokręcił głową. Jeszcze, kurwa, nie dziś. Nie tym razem!

Długo zbierał siły, żeby się podnieść. W końcu ruszył pod wiatr. Wysoko ponad głową Jonasza z jasnych chmur wynurzył się wielki narwal i otoczony swym nieśmiertelnym majestatem, płynął ku żałosnym ludziom i ich żałosnym sprawom na ziemi. Godził ich swą pieśnią.

Wielki narwal przemknął tuż nad ziemią, niemal dotykając trawy, zawył pełną mocą silników, a potem wyrwał w górę. Jonasz odprowadził go wzrokiem. Porzucił karabin, bo nie miał siły dalej go nieść. Czuł bezsilność człowieka stojącego w obliczu bezmyślnej bestii. Nie dopuszczał do siebie myśli, że po drugiej stronie jest człowiek podobny do niego.

Czołgał się w stronę kontenerów. Był już na skraju pasa startowego, gdy padł na niego cień wielkiego narwala. Jonasz znieruchomiał z palcami wczepionymi w trawę. Czekał na cios łaski. Bał się unieść głowę. Potężny wieloryb zatoczył nad nim koło a potem zszedł do lądowania. Zgrabnie przysiadł na pasie startowym i tocząc się na kołach wysuniętego podwozia minął Jonasza. Chłopiec patrzył bezsilnym wzrokiem, jak otwierają się automatyczne wrota hangaru i pochłaniają bestię. Dostrzegł ruch w przepastnym wnętrzu: wokół narwala uwijały się ramiona robotów. Tankowały paliwo, montowały rakiety i miny, podawały pasy z amunicją. Po kilku minutach syta bestia wytoczyła się z hangaru, ponownie przetoczyła pasem startowym i uniosła do nieba.

Jonasz wolno czołgał się wzdłuż kontenerów. Większość drzwi była otwarta, poza ostatnimi. Nad kontenerem poruszała się niestrudzona antena. Stalowe drzwi były uchylone. Jonasz wymacał pistolet w kaburze na piersi, wyciągnął i odbezpieczył. Wolno wczołgał się po stalowych schodkach i pchnął uchylone drzwi. W środku panowała zupełna cisza, zakłócana monotonnym szumem komputerów. Przed panelem z ekranami dostrzegł człowieka siedzącego na fotelu. Jonasz wolno wczołgał się do środka. Wymierzył w głowę obcego mężczyzny. Potem wolno opuścił broń. Operator był już od dawna martwy.

Odór stęchłego powietrza przygniata klatkę piersiową i zabiera oddech. Przy podstawie obrotowego fotela, tuż pod bezwładnie opuszczoną ręką trupa, leży pistolet. Operator ma przestrzeloną głowę. Wyschnięte ciało pokrywała warstwa futrzastego kurzu. Jonasz ostrożnie popchnął trupa: najpierw przechyliła się głowa, z pustych oczodołów i ust posypał się pył, a potem ciało sztywno i bezdźwięcznie upadło na podłogę. Latarka drżała Jonaszowi w rękach, a na ścianach kontenera szalały cienie. Rozdygotane światło ślizgało się po wnętrzu.

Jonasz zajął miejsce trupa. Na ekranach komputerów widział dobrze znany świat: kamery zamontowane w korpusie wielkiego narwala pokazywały dolinę Wery i Szymona. Jonasz patrzy z wysokości chmur na smętną ziemiankę, most i zablokowany kanał melioracyjny. Ogląda świat w ostrym kontraście podczerwieni. Ciepło ciała Wery i Szymona odcinają się jasną barwą od zimnej ziemi, gdy wychodzą przed ziemiankę, a potem ruszają na południe.

Jonasz rozejrzał się bezradnie. Dobrze znał miejsca takie jak te. Wciąż pamiętał, jak sterować wielkim wielorybem. Jeżeli mocno się skupi, zdoła przejąć kontrolę nad bestią. Będzie patrzył z wysokości chmur na wędrówkę Szymona i Wery. Będzie się nimi opiekował przez najbliższe godziny życia, jakie mu zostały. A na koniec pozwoli, by wielki narwal spadł z nieba.

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Genialne! Absolutnie genialne. Jak rozumiem, długo wahałeś się, czy nazwać Legendę Jonaszem, czy Ahabem?;). Masz kilka literówek, gdzieś w pierwszej części. Aha, to trzecie opowiadanie (poza moim;D) które na długo zapamiętam. P.s. Nie mieli Gromów ani nawet Strieł? To mi trochę przeszkadza. Przecież tego towaru naprodukowano prawie tyle co kałachów;). Jedno zdanie wyjaśnienia dodasz?

Jak rozumiem, długo wahałeś się, czy nazwać Legendę Jonaszem, czy Ahabem?;)

Mógł być Dick.

 

Opowiadanie dobre, zdecydowanie dobre, mocna czołówka konkursu. Na marginesie dodam, że tak je oceniam, mimo że coraz bardziej męczą mnie bohaterowie, którzy rzucają kurwami/teksty, w których co drugi bohater rzuca kurwami/autorzy, którzy nie potrafią napisać tekstu bez rzucania kurwami.

<metarefleksja>Wiem, że tak ludzie mówią, wiem, że w dzisiejszych czasach trudno jest napisać pewien typ bohaterów, którzy tego nie robią – w tym opowiadaniu np. niestety pasuje. Ale może z powodu wszechobecności tego przecinka, bycia na niego wystawionym non stop: w środkach komunikacji (w Londynie w autobusie słyszałam raz kolesia, który dosłownie co drugie słowo dorzucał), w rozmowach studentów, na ulicy, w sklepie, w filmach itd., preferuję teksty, w których to słowo się nie pojawia. (Co nie znaczy, że lubię cute opowiadania fantasy, brr.) Zwłaszcza że części autorów wydaje się, że w ten sposób dodają mięcha tekstowi, pokazują odwagę autora, a ze zwykłej fantasy robią dark fantasy z egzystencjalną domieszką, a przecież w tym zalewie zewsząd moc epatowania burżuja za pomocą tego słowa zasadniczo znacznie osłabła.</metarefleksja>

Pewnie jest to rodzaj eskapizmu, ale literatura zawsze była eskapizmem. W każdym razie doczytałam do końca i wysoko oceniam fabułę oraz głównego bohatera, mimo wspomnianych przecinków, co niech wystarczy za ocenę ;)

Przepraszam za długą metarefleksję ;)

 

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Wojsko jest wojsko. Rzucało, rzuca i będzie rzucać!:)

Dlatego właśnie dałam taryfę ulgową temu opowiadaniu ;) Ale z tym “rzucało” to ciekawa rzecz, bo jak czytasz literaturę aż po pierwszą wojnę (o drugowojennej wiem mało, bo XX w. to nie moja bajka), to wcale nie rzucają. Muszę zajrzeć pod tym kątem do dziewiętnastowiecznych pamiętników żołnierskich – różnych rzeczy już tam szukałam, ale na to, czy i jak klną, nie zwracałam uwagi ;) Tyle że oczywiście pisząc pamiętniki, ich autorzy mogli cenzurować język i nie cytować dosłownie, więc ten aspekt może być nieuchwytny. Jeszcze wcześniejszych pamiętników zwykłych żołnierzy jest jak na lekarstwo, bo zbyt wielu było niepiśmiennych, a z oficerskich wiele nie wyciągnę, więc badania terenowe mają ograniczony zasięg, niestety…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Złośliwy Staruch gnije na tamie z oczami wydziobanymi przez ptaki. Za kilka dni Szymon pójdzie zobaczyć jego spuchniętą mordę, przy okazji zabierze Staruchowi torbę z amunicją i buty.

A nie widział wcześniej, jak głowę Starucha rozpirzyło w cholerę? 

 

Cień wielkiego narwala przemknął tuż nad ziemią, niemal dotykając trawy. Opadł gwałtownie i tuż przed zetknięciem z ziemią zawył pełną mocą silników, a potem wyrwał w górę.

Cień zrobił to wszystko? 

 

Poza tym jest parę literówek, ale to drobiazgi. Ogólnie bardzo fajny tekst. Treść to nic nowego, ale tekst jest tak obrazowy, sugestywny i klimatyczny, że ewentualne wtórności nie przeszkadzają.

Trochę dziwi mnie gwałtowna ewolucja Jonasza – najpierw chce dezerterować (do czego niby?) a potem nagle zmienia się w Ahaba. 

Aha – często, bez żadnego konkretnego wzoru i powodu zmieniasz czasy narracji. Niby nie błąd, ale nie wiem też, czemu to miało służyć. 

Co nie zmienia faktu, że lektura była przyjemnością! 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Uff, wreszcie mam chwile, żeby na dłużej usiąść przed kompem ;) Na początek: wielkie dzięki za przeczytanie i skomentowanie! Dzięki.

Rybaku, odnośnie Gromów i Strieł: wiesz, ja tak nie bardzo umiem w militaria, chociaż ciągnie mnie do takiej fantastyki ;) W sumie, to chodził mi po głowie pomysł uzbrojenie Jonasza w jakąś ręczną wyrzutnię, ale wtedy tekst byłby dłuższy, a samo zakończenie, zupełnie pozbawione dialogów, byłoby pewnie przeciągnięte do granic możliwości czytacza. Ale w takim rozwiązaniu jest potencjał epicki: koleś z wyrzutnią, las/ruiny i bestia. Ogólnie, to mam jakąś fazę na pisanie tekstów, gdzie stawiam człowieka przeciw maszynie: tu jest hero vs dron, w innym hero vs czołg (może wykorzystam tę ręczną wyrzutnię?).

Drakaino, mam podobne zdanie w sprawie wulgaryzmów: nie przepadam za ich stosowaniem. W tym przypadku (wojsko, wojna, postapo) uznałem, że są raczej konieczne (oczywiście, jest to jakieś powielanie stereotypu, ale pamiętajmy, że język dialogów naśladuje mowę, a skoro media podkreślają zwulgaryzowanie języka codziennego, to te wulgaryzmy przeciekają również do tekstów). Odnośnie śladów w przeszłości: musisz pamiętać, że w tamtych czasach poprzeczka cenzury obyczajowej była zawieszona bardzo wysoko, stąd brak wulgaryzmów w literaturze. 

Thargone, dzięki za wskazanie błędu logicznego – głowa Starucha przecież faktycznie zrobiła bum! ;) Wiesz, te czasy to ja ciągle mieszam, w każdym tekście, nałogowo, bez planu, taki mój znak-symbol-stempel-maniera, i chyba już nie zdołam tego nawyku wyplenić ;)

 

I nie wiem: poprawiać, nie poprawiać? Przejrzę tekst pod kątem literówek ale chyba tych grubszych rzeczy nie będę ruszał; konkurs to konkurs, było dużo czasu, żeby takie rzeczy wyeliminować w autokorekcie, a teraz, gdy tekst już poszedł w świat, to pozostaje tylko posypać głowę popiołem… Z drugiej strony, należy również docenić pracę osób, które miały ochotę pochylić się nad tekstem i wyłapać błędy. Jeszcze raz wielkie dzięki!  

 

 

@cenzura obyczajowa w “dawnych czasach”

Mam wrażenie (z lektury sporej ilości listów i pamiętników), że to w małym stopniu zewnętrzna cenzura, ale raczej obyczajowość. Pewne rzeczy po prostu nie uchodziły i nawet zwykły żołnierz, który pewnie w rzeczywistości klął, nie zapisałby tego w swoich wspomnieniach. To trochę jak z wczesną fotografią portretową – trzeba było na niej wypaść godnie, więc wszyscy mają poważne miny, mimo że na pewno w życiu codziennym śmiali się i żartowali jak wszyscy ludzie. Zwłaszcza że mówię tu po części o tekstach, które z rękopisów wydaje się dopiero od niedawna, a więc niekoniecznie były przeznaczone do druku. Zajmuję się głównie Francją, tam w epoce rewolucyjno-napoleońskiej armia zapewniała naukę czytania i pisania, stąd niewiarygodny zupełnie wysyp pamiętników zwykłych wiarusów, a nie oficerów, znacznie więcej niż angielskich czy niemieckich. Oni czuli się dowartościowani i spisywali wspomnienia, ale właśnie jak w fotografii – zapewne ulegali swoistej autocenzurze. Na dodatek akurat we Francji po roku 1830 (i przed 1815) obyczajowo było znacznie bardziej liberalnie niż w reszcie Europy, więc to nie casus późnowiktoriańskiej Anglii ;)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Algirze – im dłużej o tym myslę, tym bardziej fakt, że poddodział nie posiadał na stanie ŻADNEJ broni przeciwlotniczej, nawet ręcznej, wydaje mi się jednak błędem. Już w pierwszym Afganistanie – kiedy weszli tam Rosjanie – postrachem ciężkich szturmowych śmigłowców mi-24 i transportowych samolotów były ręczne Stingery, odpalane przez mudżahedinów. Strieły 2 – to broń także ręczna (na ich podstawie powstały nasze Gromy), w sumie rosjanie i amerykanie natrzaskali tych swoich ręcznych p-lot rakiet dziesiątki tysięcy. Ten dron, poruszający się na wysokości ledwie kilometra nad ziemią, i to dość powoli, jak opisałeś, nie miał by z nimi szans, no chyba że posiadałby rozbudowane systemy obrony biernej i czynnej. Więc błąd to jest ogromny, a szkoda, bo zawieszający kryterium wiary (automaty ładujące mają cały czas cały szpej dostępny…). Myslę, że z tego powodu może nawet lepiej by było, gdybyś zrobił to opowiadanie w klimacje czysto steampunkowym, wtedy i nie czepiałbym się braku podstawowej nawet broni p-lot u Wielorybników (nawiasem mówiąc – KONIECZNIE podnieś ich skuteczność co najmniej dziesięciokrotnie – zniszczenie przez nich przez całe lata zaledwie KILKU dronów to bardzo duży błąd. Wszystko to nie zmienia faktu, że opowiadanie jest zdecydowanie do zapamiętania.

Pozdr.

Drakaino: oficerami w dobie napoleońskiej byli ludzie wyksztalceni – a zatem z wyższych warstw społecznych. Oni od dzieciństwa uczyli się posługiwania się mową i pismem w zakresie dziś naszym uczniom i studentom nieznanym. Wulgarność wobec równych sobie oznaczała wypadnięcie z grona dżentelmenów i skreślenie w tzw. dobrym towarzystwie. Armia (oficerowie) to była elita. A nawet elita elit. Jeszcze pod koniec XIX wieku w europejskich szkołach oficerskich uczono młodych ludzi, z rozmaitych zresztą już wtedy warstw i klas, nie tylko taktyki, strategii, zarządzania i dowodzenia, posługiwania się nowoczesną bronią czy fechtunku, ale i filozofii, historii, logiki, erystyki, a nawet tańca towarzyskiego, zachowania się przy stole i konwersacji. Czy dasz wiarę, że jeszcze w czasie I wojny światowej nie było w zachodniej Europie prawie wcale czegoś , co potem Niemcy nazwali oflagami? Oficerowie-jeńcy dawali słowo honoru że nie uciekną i mieszkali sobie na wolności w kraju wroga, który dawał im nawet ordynansa i pieniądze na podstawowe wydatki. Zniszczyli to dopiero bolszewicy-oficerowie walczący w pierwszych latach I WŚ także w armii carskiej, którzy slowo dawali, a potem uciekali. No to zawieszono wobec nich wiarę w ich honor, już wtedy, na dlugo przed ichnią bolszewicką rewolucją :)

Sorki, że się wtrącę – Rybaku, tam jest scena, w której dron bez problemu radzi sobie ze znacznie bardziej skomplikowanym zestawem przeciwlotniczym, niż Strieła, czy Grom. Poza tym, pod koniec wyczerpującej wojny (a w zasadzie po wojnie, w postapokaliptycznych realiach) pewnie nie mieli już za bardzo czym strzelać. Zresztą, biorąc pod uwagę ich taktykę (sposób rozbicia obozu, skupienie pojazdów, warty) zapewne bardziej nastawiali się na walkę z bandami i oddziałami dezerterów, niż dronami. Ten chyba w ogóle był ostatni. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

No chyba że tak :)

Jak już występuję w opowiadaniu, to: a) wolałbym być postacią pozytywną, i b) chciałbym przeżyć :P.

A teraz poważnie – fajny pomysł, fajny klimat i fajne opowiadanie. Jest w czołówce, acz nie w ścisłej. Dlaczego? Sporo uwag niestety…

Po pierwsze – jak już zauważył Thargone, po co, do czego, do kogo Jonasz dezerteruje? To się nie klei z jego późniejszym zachowaniem.

Dwa – suwadło, jak wygrzebałem, poruszane jest gazami odrzutowymi, a nie ręcznie.

Trzy – czemu Wera nazywa się wg Jonasza Martą?

Cztery – ziemianka=dziura w ziemi. Podmokła łąka=wysoki poziom wód gruntowych. Ziemianka na skraju podmokłej łąki=staw, bo woda natychmiast zalałaby dziurę w ziemi.

Pięć – czemu wszyscy muszą być Terminatorami? Z urwaną dłonią, stopą i wybitym okiem raczej nie dokonuje się bohaterskich czynów, a cichutko dogorywa.

I byczków się trochę namnożyło:

– “Czekaj, mruknął – i pochylił się nad chłopcem” – to raczej tak “czekaj – mruknął i pochylił się nad chłopcem”;

– “z nich miał miał” – powtórzenie;

– “po kolana w wodzi” – wodzie;

-“resztki foli i dwa napuchnie trupy” – folii, napuchnięte;

– “przed trupim odorem uchodzącym spod przebitej trupiej skóry” – powtórzenie;

– “odbicia światła na lunecie karabinu snajperskiego” – w lunecie;

– “trząsł się z zimna” – a wcześniej marudził, że ziemianka okropaśnie nagrzana?;

– “było nas cała kompania” – była;

– “punty kontrolne” – punkty;

– “zakrwawione listów w kieszeniach” – listy;

– “Potężne cielsko przewala się na bok, opada do wysokości stu metrów i przyśpiesza.” – dwa zdania wcześniej też się przewalało i też opadało;

– “Wysokiego promieniowanie” – wysokie.

 

Ech, Autorze, Autorze… Gdybyś wrzucił wcześniej, gdybyś betował, gdybyś babole poprawił…

Jest nieźle, a mogło być oszałamiająco!

"Z wiekiem romantyzm wypierany jest przez reumatyzm" - Arnubis

Marta, Marta, ciągle ta Marta… Jak w dowcipie: Co tam będę opowiadał. I tak jej nie znasz XD Bardziej martwi mnie fakt, że moja żona ma na imię Katarzyna.

A poważnie: każdy kiedyś dochodzi do miejsca, gdy myśli, że wszystko już poprawił, a w tekście i tak jest jeszcze milion chochlików. Mnie się to przytrafia notorycznie, i nie wynika to z jakiegoś niechlujstwa, czy pośpiechu: po prostu po n-tym czytaniu wszystko się zlewa. Pomaga odłożenie tekstu na tydzień lub dwa, wtedy jeszcze sporo rzeczy wyłapuję. Tym razem to nie pomogło. Zostaje mi popiół i kurz ;) 

 

 

Przeczytałam opowiadanie i nie wiem, co tu się wydarzyło. Mogłeś jeszcze 1 maja błędy poprawiać, a drobnicę nawet 2, póki nie przybyłam – czyli walczyć. A teraz chcesz zawieść zadowolonych czytelników, kiedy nie zakwalifikuję ci opowiadania? ;>

 

Uwagi techniczne:

 

Nadużywasz miejscami słów “chłopiec” i “a”.

Każdy z nich miał miał ze sobą ← już wiesz

trupy. Rozdęta skóra rozsadziła mundury na ich piersiach.

– Żołnierze… – mruknął Staruch, zanim stalowym hakiem kolejno nakłuł oba ciała.

W następnej chwili musieli się cofnąć przed trupim odorem uchodzącym spod przebitej trupiej skóry. Odczekali cierpliwie, aż ciała się zapadną, a potem zabrali się do wyciągania ich na brzeg. Szymon zarzucił pętlę na korpus jednego z trupów

Szymon przez krótką chwilę się zastanawia, czy nie powiedział tego zbyt zdecydowanym głosem. Wera z całej siły zaciska usta, ale nic nie odpowiada. Szymon czeka, bo w ciągu ostatnich miesięcy bardzo dobrze poznał tę kobietę. ← pojawia się pierwsza nieusprawiedliwiona zmiana czasu narracji. A potem żonglujesz sobie tymi czasami, jak chcesz, w jednym akapicie dwa różne. Jak to wyjaśnisz? Przykład kolejny:

Z brodą wspartą na ręce patrzył na dogasające samochody. Ogień widziany w podczerwieni ogłupia wielkiego narwala. Jonasz jest tu bezpieczny.

Nie wypiszę wszystkich przykładów podwójnego czasu, bo jest tego za dużo.

Szelki plecaka z boleśnie wrzynały się ← widać, co jest nie tak

krzyknął(+,) stając nad klapą ziemianki.

Cisza. Po namyśle Jonasz kopie podkutym buciorem w klapę. Śliskie od wody dłonie zaciska na kolbie pistoletu. Rzuca szybkie spojrzenie w niebo. ← kolejna wesoła narracja w czasie teraźniejszym ;>

– Nie bądź głupi – mruknął(+.) – To nie ten kaliber.

Brak konsekwencji:

– Uważajcie, kurwa! (Hamkało)

– Jest już blisko (radiooperator Kuba). Mam go wciąż na radarze. Jest szum!

– Szykować się! (Hamkało).

– Mam go w promieniu (Kuba) ← Raz kropka kończy, raz nie. 

To wszystko zdarzy się wkrótce. Wera z chwili obecnej nie może oderwać wzroku od Jonasza. Szymon milczy uparcie. Po dachu schronu zaczynają bębnić pierwsze krople deszczu. Jonasz uniósł głowę.

świat już dawno został odwrócony w swych posadach ← że od dawna drży w posadach, to ok, ale odwrócony w posadach?

pochłaniają w swym wnętrzu bestię. Dostrzegł ruch w przepastnym wnętrzu: wokół bestii uwijały się ramiona robotów. Tankowały paliwo, montowały rakiety i miny, podawały pasy z amunicją. Po kilku minutach syta bestia wytoczyła się z hangaru, ponownie przetoczyła pasem startowym i uniosła do nieba.

 

A więc co mamy? Mieszane czasy narracji, powtórzenia, niekonsekwentne zapisy i wpadki wypisane przez Starucha. Na 43K znaków. Mamy bohatera, który mimo że wstrzykuje sobie tylko środek przeciwbólowy, zachowuje się jak terminator.

Mamy autora, który nic z tym nie robi.

Co mam zrobić ja? Może wysłucham autora, który np. wyjaśni mi swoje eksperymenty z czasami narracji, nieśmiertelność bohatera i bierność w obliczu poprawek.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Naz, długo się zastanawiałem, jak odpowiedzieć. Napisałem, skasowałem, znów piszę. Może zacznę od początku: na forum jestem od niedawna, ale bardzo mi się tu podoba ;) Jest tu cała masa ludzi, którzy pomagają innym, jest dużo fajnych inicjatyw, ogólnie: dużo bardzo dobrej energii. Jest bardzo ok.

Dlatego, gdy pojawiło się info o konkursie, postanowiłem wziąć w nim udział, na zasadzie: fajne pomysły należy wspierać, a jeżeli nie można inaczej, to chociaż wykazać własną aktywność. Napisałem, wrzuciłem, jestem z siebie zadowolony (może nie z jakości (te nieszczęsne błędy), ale właśnie z udziału w forumowym życiu).

Druga strona jest taka: przylazłem tu z innego miejsca w sieci, gdzie panują odrobinę ostrzejsze zasady, a w opiniach o tekstach często dochodzi do rzezi niewiniątek ;) Dlatego tu poruszam się bardzo ostrożnie, żeby czegoś nie zepsuć. Dlatego niezbyt często komentuję inne teksty, a tych konkursowych zupełnie nie dotykam (chociaż przeczytałem prawie wszystkie).

Mam trochę staroświeckie podejście do konkursów, wychodzę z założenia, że autor walczy do momentu wysłania tekstu. Na tym forum pozytywnie zaskoczył mnie feedback i ogólnie cała otoczka: można wrzucić tekst wcześniej, otrzymać super pomoc przy nanoszeniu poprawek, nanieść poprawki, słowem: dopracować tekst. Czyli zawalczyć na 100%. Po namyśle: to jest bardzo fajne i szkoda, że z tego nie skorzystałem. To chyba stare przyzwyczajenia: wszystko robię samodzielnie, nie korzystam z pomocy bet, nikt (lub: prawie nikt) nie czyta moich tekstów przed publikacją. Dlatego wrzuciłem tekst 1 maja, a pamiętając o zasadach konkursowych, uznałem za niewłaściwe nanoszenie poprawek po tym terminie. Mam świadomość, że cała niezręczna sytuacja powstała z mojej winy, za co przepraszam – w żadnym przypadku nie była to nonszalancja, albo lenistwo, czy niechęć do poprawiania własnego tekstu.

Dlatego pójdźmy na kompromis: spokojnie odrzuć mój tekst z konkursu, a w zamian ja, również spokojnie, pomogę w komentowaniu opowiadań uczestników.  

 

Została jeszcze ta nieszczęsna zmiana czasów narracji: ta kwestia zawsze do mnie wraca jak źle nadana przesyłka. Wysłałem, wróciła. Wysyłam, wraca. Wyślę, wróci. Poważnie: ciągle ktoś przynosi tę przesyłkę pod moje drzwi z komentarzem: Panie, ile można… Tak się nie da. Już nie męcz, chłopie, odpuść ;) Jak gdzieś przeczytasz opko z pomieszanym czasem narracji, to na 100% będę ja. Nie potrafię tego racjonalnie wytłumaczyć.  

Twój “kompromis” mnie nie interesuje ;) Może cię uratować proporcja rażących błędów do długości tekstu, poprawnie zapisane dialogi, pomysł i fabuła. Ale jeśli ciebie, to jeszcze przynajmniej jednego autora w podobnej sytuacji. Zostawię decyzję do czasu, aż przeczytam wszystko.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Rybaku – pisałam o pamiętnikach zwykłych żołnierzy, co podkreśliłam. Ich mnogość dla epoki napoleońskiej jest ewenementem, bo w zasadzie nigdy poza tym nie powstało tyle świadectw pochodzących właśnie z wojskowych “dołów”, jeśli chodzi o hierarchię. Że oficerowie byli wykształceni, to wiem, dlatego napisałam, że ich pamiętniki są mniej cennym źródłem “zwykłego życia”. A to, co zaskakuje, to brak wulgaryzmów i staranie o rodzaj elegancji w wysłowieniu (czasem nieporadnej) właśnie u tych zwykłych ludzi, którzy dopiero w armii nauczyli się pisać i czytać (cóż, były to czasy, kiedy ceniono sobie aspiracje do wykształcenia i kultury…). Skądinąd część oficerów, nawet wysokich, formalne wykształcenie miała jednakowoż na poziomie zwykłej szkoły (dobra, Francja akurat edukację miała niezłą już za ancien regime’u), a potem nauki wojennego rzemiosła w armii – bardzo nie wszyscy byli absolwentami szkół wojskowych.

 

Czy dasz wiarę, że jeszcze w czasie I wojny światowej nie było w zachodniej Europie prawie wcale czegoś , co potem Niemcy nazwali oflagami?

Nie muszę dawać wiary, ja to wiem :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaino, wiesz po czym poznać, czy dana cywilizacja zmierza do rozkwitu, czy się zwija? W tej pierwszej warstwy niższe aspirują do modelu życia warstw wyższych, a także do kultury na co dzień wzorowanej na owych, a w tej drugiej ( np u nas, w Europie), warstwy wyższe podlizują się niższym, udając "równiachy" w podartych gaciach i z k… co drugie słowo:) Nie trzeba niczego badać, analizować, wystarczy się przyjrzeć, czy cysorz przychodzi na mecze gały/wyścigi rydwanów;)

 

Zabawne, bo wczoraj o tym rozmawiałam przy obiedzie z moim tatą :) )O równaniu “wniż” i wulgaryzacji języka jako oznace dekadencji, znaczy.) Great minds think alike?

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Raczej Ojcowie myślą podobnie:D. Kwestia odpowienio długiego przyglądania się światu w tym akurat przypadku:D

 

Tylko że u nas w rodzinie to akurat ja jestem specjalistką od takiej tematyki ;) Tato jest fizykiem i wprawdzie człowiekiem renesansu w iście staroświeckim stylu, ale na dekadenckich kulturach znam się od niego jednak lepiej…

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ciekawe opowiadanie.

W pewnym momencie Wera zmienia się na chwilę w Martę, trochę mnie to zdezorientowało, ale zaraz wszystko mi się poukładało, więc nie jest źle ;)

Nie do końca też chce mi się wierzyć, że bohater z tak poważnymi ranami (prawie odcięta stopa, druga skręcona, krwawiący z urwanej ręki i oka) jest w stanie zrobić cokolwiek: przeczołgać się na jakąś odległość, wdrapać na fotel. Chyba zmniejszyłabym mu te obrażenia.

Podoba mi się pomysł.

Przeczytałam z przyjemnością :)

Hmmm. Do mnie jakoś słabo przemówiło. Znaczy, początek interesujący, rozwinięcie niczego sobie, ale końcówka, ze śmiertelnie rannym bohaterem, który mnie zadziwił odzyskaniem przytomności – zniszczyła dobre wrażenia.

Bohaterów przedstawiasz w miarę ciekawie. Acz nie przepadam za żołnierzami. I nie bardzo rozumiem motywacje tego niezniszczalnego Jonasza. Też zauważyłam, że Wera nagle staje się Martą.

Legendy właściwie nie widzę. Co najwyżej jakieś mętne nawiązania do Jonasza i wieloryba.

Napisane całkiem przyzwoicie i za to plus.

… z nieba lunął deszcz ognia.

Tu pomyślałam, że chodzi Ci o napalm.

Babska logika rządzi!

Dzięki za opinie ;)

Jonasz to twardziel z jesiennego poboru, a nie chłopaczek w rurkach ;) Ogólnie, to przy pisaniu zakładam sobie do wykonania jakieś poboczne questy, które przez moje braki techniczne nie zawsze są odpowiednio podkreślone. W tym wypadku też coś tam chciałem osiągnąć, ale nie wyszło. Bywa i tak.

 

 

Algirze, to bardzo dobre opowiadanie. Uzyskałeś, a raczej stworzyłeś, wiarygodny klimat postapo. Jest nuta tajemnicy, braku większej ilości danych, nie starasz się wszystkiego wyjaśniać na siłę. Bohaterowie są wyraziści, ich zachowania wydają się być wiarygodne.

Znalazłem dwa, małe błędy.

Każdy z nich miał miał ze sobą jeszcze zwinięty kawałek liny i toporek zatknięty za paskiem.

Przez chwilę obracał je (w) palcach, a potem ostrzem bagnet

 

Może wszedłeś trochę zbyt mocno, jak dla mnie na granicy epatowania przemocą. Nie mam nic przeciwko niej, tylko nie lubię gdy wchodzi od razu, mocno, bez uzasadnienia (bo ciężko o to na początku utworu). Jednak w miarę upływu tekstu wszystko zaczyna trzymać się kupy i ma swoje wytłumaczenie. Kawał dobrej roboty.

Przybyłam! ]:->

To opowiadanie się kwalifikuje. Mam nadzieję, że cię pragmatycznie przestraszyłam za wtopienie paru spraw. A jak mi nie poprawisz natychmiast literówek i drobnicy, którą przepuściłeś, to posypią się groźby karalne.

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Dobry tekst. Jest ciekawy pomysł na świat “parę lat po apokalipsie”, kiedy nie wszystko wysiadło z elektroniki, ale też nie wszystko działa jak nowe. Motyw z dronami bardzo dobry. Postacie wyraziste, ale zachrzęścił mi Jonasz – po cholerę chciał dezerterować na początku, a potem jednak żyć kredem wielorybników? Tego niestety do końca nie zrozumiałem.

Tak więc jest dobry koncert fajerwerków, okraszony motywami militarnymi. Definitywnie na plus, stąd doklikuję Bibliotekę.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Naz, dzięki za zaufanie. Poprawiłem drobnicę.

Darcon, z tą przemocą to jest skomplikowana sprawa: wśród wabików popkulturowych zajmuje drugie miejsce, zaraz po seksach. Więcej: na przemoc (w różnych formach) jest większe przyzwolenie społeczne. Takie czasy. Mnie się często wyłącza autocenzura, a potem jest mi wstyd; z drugiej strony, nie możemy się ciągle ograniczać pytaniami: co powie mama/siostra/brat? Ciągle szukam i mam nadzieję, że kiedyś znajdę równowagę. Ciężkie wybory, ale nikt nie mówił, ze będzie lekko.  

NoWhereMan, dzięki za odwiedziny ;) Z tym Jonaszem to ja sam mam problem…

 

Ciekawy tekst, dobrze się go czytało, pomysł interesujący, wulgaryzmy w ustach żołnierzy jak najbardziej wskazane i nie raziły. Przesunięcia czasowe – ​dobry pomysł na dojaśnienie wizji wymyślonego świata, mnie to nie drażniło. Wydaje mi się że często spotykam się z takim sposobem na dodanie kolejnych cegiełek do obrazu całości, a lepiej to wygląda niż na przykład opowiadanie tego przez bohatera przy ognisku, albo we śnie, przemyśleniach czy majakach postaci. Interesujące przeniesienie symboliki typowo morskiej w przestworza innego żywiołu ;)

Jak dla mnie, bardzo dobre opowiadanie i czym bliżej końca “legend”​ tym bardziej moje dylematy odnośnie przyznania punktów tylko sześciu opowiadaniom narastają ;)

Faktycznie trochę przesadziłeś z odniesionymi obrażeniami Jonasza i jego determinacją gdy powinien konać. I co Ci zrobił Staruch że mu rozpirzyłeś głowę – całkiem fajnie sprawdza błędy i wysuwa ciekawe przemyślenia ;)))

Niezły pomysł zaowocował bardzo porządnym opowiadaniem, a choć opisana historia do przyjemnych nie należy, czytałam ją z prawdziwą przyjemnością, bo została przedstawiona w niezwykle zajmujący sposób, a i właściwego klimatu jej nie brakło.

Brakło mi natomiast choćby zdania o tym, jak półżywy, pobity i sponiewierany Jonasz ocalał z pożogi i jak się dokonała jego przemiana.

Ponieważ na militariach i sprawach technicznych zupełnie się nie znam, przyjmuję opowiadanie z całym dobrodziejstwem inwentarza, nie wnikając, jaka broń powinna być użyta.

Wykonanie mogłoby być lepsze, ale i tak uważam, że Deszczowy żołnierz to szalenie satysfakcjonująca lektura.

 

Zanim po­cią­gnął za spust… –> Zanim po­cią­gnął spust

 

… z nieba lunął deszcz ognia. –> Zbędna spacja po wielokropku.

 

– Skoro tak … –> Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

–Nie żyje. –> Brak spacji po półpauzie.

 

Szczek­nę­ła za­su­wa i klapa odro­bi­nę się uchy­li­ła. –> Literówka.

 

do wnę­trza zie­mian­ki. Jo­nasz nie­po­rad­nie zszedł za nim, sta­nął na środ­ku zie­mian­ki… –> Powtórzenie.

 

Na be­to­no­wej pod­ło­dze schro­nu spo­czę­ła za­war­tość ple­ca­ka… –> Wcześniej napisałeś: …jama w ziemi z drew­nia­ną pod­ło­gą i stro­pem z belek przy­sy­pa­nych zie­mią. – Ciekawi mnie, z czego była zrobiona podłoga w ziemiance?

 

opró­szył twarz kro­pla­mi wody. –> Obawiam się, że wodą nie można niczego oprószyć.

Proponuję: …spryskał/ zwilżył twarz kro­pla­mi wody.

 

na nie­wiel­kiej po­la­nie oto­czo­nej zdzi­cza­łym krze­wa­mi… –> Literówka.

 

do celu zo­sta­ło naj­wy­żej dwa ki­lo­me­try. –> …do celu zo­sta­ły naj­wy­żej dwa ki­lo­me­try.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobra, Algir, męskie pytanie.

Jeśli trafisz do antologii, a redaktor zaleci ujednolicenie czasu narracji, to zrobisz to, czy uważasz, że teraz jest, jak być powinno?

Enderek, reg, dzięki za dobre słowo. 

Cobold, nie ukrywam, że jak przeczytałem Twoje pytanie, to zrobiło mi się jakoś tak dziwnie. Dlatego odpowiem jak polityk: uważam, że jest przyzwoicie, ale nie widzę problemu, żeby poprawić ;)

 

Wiem, taka odpowiedź, to żadna odpowiedź… Może inaczej: lubię pisać z zamkniętymi oczami.

 

 

Ja pytam bez podtekstów (no może z jednym, słabo ukrytym), bo tej jednej rzeczy w Twoim opowiadaniu nie rozumiem. To znaczy, wiem, że świat się rozpada, że McCarthy, i „Droga”, i w ogóle, ale tutaj akurat ten chwyt do mnie nie trafia. A cała reszta trafia jak cholera. Ponieważ dopuszczam możliwość, że się nie znam, to chciałbym, aby to rozstrzygnął doświadczony redaktor ;)

Cobold, to taka maniera, jak ciągłe stosowanie ten, tego, albo używanie tylko jednego rodzaju zamiennika: kobieta, mężczyzna, chłopiec. A czy to dobrze, czy źle, to nie mam pewności. Jestem zwolennikiem indywidualizowania tekstu, dopuszczam eksperymenty (ale przy poszanowaniu reguł gramatyki, które trzeba znać i nauczyć się stosować, zanim spróbuje się je naginać), nie chcę pisać przezroczyście – dlatego trochę drażnią mnie wszelkie próby redakcyjnego docinania tekstów (np. na potrzeby publikacji), żeby wpisywały się w jakąś odgórnie narzuconą koncepcję, przy czym rozumiem ideę: skrajnie ujednolicić i przyciąć do jednego rozmiaru, czyli: ułatwić czytanie; usystematyzować; w końcu stworzyć spójną całość; z drugiej strony mam wrażenie, że jest to sztuczne rozmywanie języka wypowiedzi; siłowe odrzucanie warsztatowych możliwości, które daje język polski, a które są tak duże, że zdanie, które właśnie napisałem, stało się nieczytelne i potrzebuje redakcyjnej brzytwy ;)  

 

 

To w żadnym wypadku nie chodzi o to, żeby równać do szablonu. Po prostu te zabawy z czasem narracji, moim zdaniem, nie wniosły żadnej wartości dodanej, a zaburzyły lekturę. Gdybym nie wiedział, że umiesz pisać, to przy tych fragmentach pomyślałbym, że nie umiesz ;)

Przyzwoicie napisane, chociaż nie wiem po co były te dwa fragmenty w czasie teraźniejszym. Dziwnie to wygląda i nie wiem jaki efekt chciałeś osiągnąć. Podobała mi się naturalistyczna narracja i wiążąca się z nią brutalność, a także pewna bezkompromisowość w działaniach bohaterów z początku historii. Pierwsza połowa zarzuca haczyk, powiedziałbym, całkiem profesjonalnie, ale gdy dochodzi do wyjaśnień, to wszystko jakoś siada. Wieloryb i jego operator zostali pokazani jako nemezis z rodzaju najbardziej tępych, bo mordują żeby mordować, bo w sumie mogą i nic za tym nie idzie – przynajmniej ja żadnej ich motywacji tekstu nie wyłuskałem, a bez niej cała ta historia spłyca się niemiłosiernie. Po co to coś miałoby mordować wszystko co się rusza, nawet jeśli dron jest pokłosiem jakiejś wojny, która miała miejsce? Jeśli wyrżnie każdego jednego człowieka, to kim mieliby władać zwycięzcy?

Do tego ta lepianka wygląda mi na zbyt dobrze zaopatrzoną – bo i piecyk, i zapas węgla, i jedzenie wszelakiego rodzaju.

konserwami, które już dawno straciły termin przydatności do spożycia, ale wciąż dawały się zjeść z przyjemnością.

A o botulizmie pan słyszał? ;)

Dla mnie trochę przegadany tekst. Nie wciągnęło mnie. Nie wiem, jakie motywacje miał operator oraz Moby Dick, ale to wszystko skojarzyło mi się trochę z Predatorem (mało trafne, ale nic na to nie poradzę :D). Lubię, gdy z dialogów wynika coś więcej, tutaj większość kwestii tryska lakonicznością. Na plus na pewno ciężki, obrazowy klimat. 

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Generalnie bardzo fajny tekst. Świetny klimat, ciekawy pomysł na świat, chociaż dobrze, że nie ma więcej szczegółów o historii świata, bo jednak logika mogłaby się łatwo posypać. Fantastyczne podejście do głównego motywu wielorybników – i sam pomysł na oddział, i fajnie oddany taki romantyzm, szaleństwo pojedynku człowieka i potężnej bestii, i same nazewnictwo świetne. Uwielbiam takie dobrze przemyślane, nadające nowe znaczenie nazwy, więc tu i “wielorybnicy” i wszelkie “narwale” strasznie mi się podobały. Do tego wszystko solidnie napisane, przeczytałem całość bez wstawania od ekranu.

Ale niestety pozostaje kilka zgrzytów, które nie pozwalają na nazwanie opowiadania rewelacyjnym, chociaż ma do tego potencjał. Większość zarzutów już padło, więc mogę tylko powtórzyć. Przemiana bohatera jakaś mocno nierealna – bezsensowna dezercja i paniczna ucieczka, potem zasadniczo tortury i niemal pozbawienie życia przez byłych kompanów, a potem nagle staje się śmiałym harpunnikiem ścigającym narwala. Może i dałoby się to jakoś wytłumaczyć, ale w opowiadaniu tego brakuje. Samo zakończenie z niezniszczalnym terminatorem też już ci wytykano. Faktycznie też kłuje w oczy zmiana czasu narracji. Poza tym chętnie bym poczytał więcej o całym oddziale wielorybników, który w sumie ma potencjał na uciągnięcie całej powieści, ale rozumiem że chciałeś tu dać nam walkę samotnego człowieka. Tak jak wspominałem, trochę też naciągane jest całe tło historyczne opowiadania – cała ta wojna która zniszczyła świat skończyła się kilka lat temu, ale drony dalej latają i niszczą wszystko co się da. I o ile faktycznie mogłoby to mieć sens gdyby po śmierci ludzi po prostu w kółko wykonywały zadanie walki z wrogiem, ale wyraźnie było wspominane, że do tej pory wszystkimi sterowali ludzie. Jaki mieli cel? I skąd się tu wzięli? W sensie, gdzie się dzieje akcja? Bo skoro drony mają swoje stałe bazy na terenach gdzie dzieje się akcja, to powinno znaczyć, że zasadniczo wielorybnicy są pozostałością wrogiego wojska, które te tereny atakowało. Więc w sumie są najeźdźcami, co może nieco zmienić podejście do tekstu :D

Ale zasadniczo jak pisałem na początku – bardzo fajne opowiadanie, bardzo przyjemnie się je czytało, gratuluję udanego tekstu.

Dzięki piękne za komentarze ;)

Mam plan w nienazwanej jeszcze przyszłości popracować nad tym opowiadaniem, dlatego jestem wdzięczny za wszystkie komentarze, zwłaszcza te dotyczące szwankującej logiki w całej historyjce. Tylko już mnie nie grillujcie za te zmiany czasów narracji ;)

 

Zaraz przyjdzie ktoś, kto nie przeczytał komentarzy, więc pierwsze, o czym wspomni, to… ;-)

Babska logika rządzi!

Zaraz przyjdzie ktoś, kto nie przeczytał komentarzy, więc pierwsze, o czym wspomni, to… ;-)

…że ewidentne błędy autor nadrabia urokiem osobistym i romantycznym podejściem do opowiadanej historii? :D 

…zmienne czasy narracji… :) Choć mnie nie gryzły po kostkach jakoś szczególnie, to jednak przemawia do mnie opinia, że wszelkie zabiegi w tekście mogłyby jednak z czegoś wynikać i mieć uzasadnienie. Zrobisz z tym, co zechcesz, Algirze, a ja sobie przyswajam tę zasadę, zupełnie przy okazji. :)

Jedyny moment, w którym ściągnąłem brwi w zastanowieniu (jak już wspominano), to końcówka, kiedy bohater został sponiewierany, moim zdaniem, zbyt mocno, żeby działać dalej.

Więcej grzechów nie pamiętam…

Wspaniale spędziłem czas, czytając opowiadanie. Nawiązanie do wielorybników, surowość otoczenia, militarny aspekt zaraz przywołały klimat z Gdy wieloryby odchodzą oraz książek osadzonych na dalekiej północy (Akuszerka) czy nawet filmów (nie pamiętam tytułu jednej fińskiej produkcji), zwłaszcza że piszesz obrazowo, mimo że nieprzesadnie. Ale sugestywnie. I tu trochę filmowo mi się zrobiło, gównie w momentach narracji charakterystycznej właśnie dla scenariuszy filmowych.

Osobiście nie miałem żadnych wątpliwości związanych z postępowaniem bohatera, jego decyzjami, motywacją i działaniem, które z nich wypłynęły. Masz tu naprawdę spójny tekst pod tym względem i w całym przedstawieniu sytuacji i otoczenia.

Choć nie potrafię szczególnie wnikliwie analizować tekstów, sam zbieram doświadczenia, to i tak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ten tekst zasługuje na wielkie uznanie.

Dla mnie rewelacja, więc dziękuję za lekturę i trzymam kciuki za opko w konkursie! :)

Pozdrawiam!

Wiem, że inni już marudzili, ale ja też będę, wybacz. 

Bo, kurde, dajesz dobry tekst, ale jednocześnie wygląda to tak, jakbyś celowo go popsuł. Skoro wiesz, że mieszanie czasów jest Twoim złym nawykiem – to czemu publikowałeś w ostatni dzień? Czemu nie betowałeś? Wiem, że migasz się tym, że jesteś tu nowy (wcale taki nowy nie jesteś ;)), że przychodzisz z innego miejsca… No nie, dla mnie taka niekonsekwencja w narracji to jednak niewybaczalny błąd. Potrafię zrozumieć, że ktoś nie umie w przecinki. Ale czasy? Gdybyś jeszcze to jakoś uzasadniał, gdyby była w tym jakaś prawidłowość… 

W ogóle mam wrażenie, że brakuje konsekwencji i ładu w Twoim tekście. Może to zamierzone? Nie wiem. Mam na myśli na przykład dziwny zapis dialogów z zaznaczeniem w nawiasie, kto mówił. Można było dodawać po półpauzie, że kapitan czy ktoś inny. Jasne, wszystko jest w miarę zrozumiałe, ale pozostaje wrażenie niechlujstwa. 

Skoro już się czepiam, to dokończę o wadach, potem o zaletach. 

Tytuł – jak z Fabryki Słów. 

Zazgrzytało mi to, jak Szymon gadał do siebie po śmierci Starucha. W ogóle cała jego reakcja była jakaś dziwna. 

Motyw legendy wciśnięty trochę na siłę i raczej na zasadzie “Będzie legendą” niż “Jestem legendą”.

Nie przypasował mi też dialog między Jonaszem a Szymonem i Werą. Jonasz używa tam jakichś górnolotnych sformułowań, a nie żołnierskich. Może gdybyś wspomniał, że wpajano wielorybnikom jakąś propagandę, to byłoby inaczej. 

Odnoszę wrażenie, że ten tekst byłby bardzo łatwy do betowania. Niedociągnięcia wydają mi się oczywiste (oczywiście tylko moim zdaniem). Pytanie, czy upierałbyś się przy swoim? ;)

 

Co się podobało? 

Ogólnie jestem zadowolony z lektury (pomijając irytację głupimi niedociągnięciami). 

Jak można zobaczyć po moim avatarze, wieloryby lubię. Poczułem się nieco rozczarowany, że to drony, a nie coś bardziej tajemniczego… Ale z kolei przy czymś tajemniczym dostałbyś zarzuty o niedopowiedzenia. Większość czytelników (przynajmniej tutejszych) woli wiedzieć, co i jak :) No, więc mi ten motyw narwali sunących po niebie bardzo przypadł do gustu.

Inspirowałeś się może “Flying Whales” Gojiry albo “Królem” Szczepana Twardocha? 

Podoba mi się też klimat. Niby nic nowego, ale przyjemnie ponury. 

Pierwsza scena mocna i żałowałem, że przerzuciłeś wątek gdzie indziej. 

Dobra postać Wery. Niby drugoplanowa postać, ale jej psychikę rozbudowałeś najbardziej. To o kotach, to o seksie, to o pociągu do Jonasza. No bo koniec końców to Wera ma być nosicielką legendy.

Niezła symbolika. Tu jednak znowu dochodzę do marudzenia… Bo chciałbym, żeby było w “Deszczowym żołnierzu” coś więcej. Więcej idei, więcej nowości, więcej zachwytu. 

I na pochwałę zasługuje jeszcze końcówka, w którym spinasz świetną klamrą oba wątki. 

 

Podsumowując: dobre opowiadanie. Gdyby je przeredagować, myślę, że nie wahałbym się z piórkową decyzją. Ale na tę chwilę “Deszczowy żołnierz” nie prezentuje się ono tak dobrze, jak inne piórkowe teksty. Uważam, że byłoby niesprawiedliwe (albo raczej: niezgodne z moim sumieniem), gdybym zagłosował za opowiadaniem, które oceniam jako niedopracowane. 

 

PS Dobrze piszesz, Algirze. Szkoda, że nie chcesz się dzielić swoim doświadczeniem z innymi użytkownikami poprzez komentowanie konkursowych tekstów. Ślad – słowny ślad, a nie kliknięcie “ustaw jako przeczytane” – po każdym czytelniku się liczy. Gorąco zachęcam do komentowania (chyba zresztą nie pierwszy raz?), szczególnie jeśli już poświęciłeś czas na przeczytanie. Krótki komentarz to kwestia paru minut, a nawet parę zdań opinii jest lepsze niż nic.

Skoro podoba Ci się na naszym forum, pomóż je współtworzyć! Naprawdę, każdy aktywny użytkownik jest na wagę złota. Nie bój się, że będziesz za ostry. Siła portalu tkwi w różnorodności :)

Jonasz lgnął po kolana w błocie. – nie klei mi się to lgnąć tutaj. Słowo jak z innej bajki. Drony, podniebne wieloryby, technologia, a tu taki antyk. 

 

W zasadzie zarzuty mogłabym przekopiować od wcześniej komentujących – usterki logiczne i rzeczowe (dezercja Jonasza vs jego zachowanie w końcówce – ta przemiana z tchórza w super hero, ziemianka vs wody podziemne itd.), nieuzasadnione zmiany czasu narracji. Jest tego trochę. Nie do końca też łapię styl mówienia Jonasza, czy może interpretacji jego opowieści przez Werę, jakoś zbyt poetycko w odniesieniu do reszty. Do tego przez sporą część tekstu nie mogłam połapać się, o co chodzi z tymi wielorybnikami. Skojarzenie miałam wybitnie klasyczne, które nijak nie mogło wpasować się w opisywane realia. Ale to już może jest kwestia mojej percepcji.

Za to jak już wyszło na jaw, czym są wieloryby, a tym samym wielorybnicy, to nawet mi się ten pomysł spodobał. Zabrakło mi jednak wyjaśnienia i genezy ich powstania i tej przedziwnej wojny (kto z kim ją toczył? o co? po co?).

Szybko podsumowując – pomysł miałeś niezły, ale moim zdaniem nie wykorzystałeś go dobrze i do tego skopałeś dodatkowo wykonaniem.

 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dziękuję za komentarze ;)

W zasadzie, to ze wszystkimi się zgadzam. Mogłem to zrobić lepiej. Często jest tak, że niezły pomysł rujnuje kiepskie wykonanie, innym razem kliszę winduje forma, a tylko niekiedy udaje się te dwa elementy wylevelować do odpowiednio wysokiego poziomu – wtedy wychodzi coś naprawdę fajnego.

Jeszcze jedna sprawa: aktualnie pracuje nad innym tekstem, a w głowie mam Wasze uwagi do tej opowiastki. Spróbuję te uwagi wykorzystać (no, może z wyjątkiem tej jednej – wiadomo_której ;))

Dziękuję pięknie.

 

 

 

 

 

 

No to czekam na kolejny tekst i trzymam kciuki, żeby był lepszy, a kolejny jeszcze lepszy i tak dalej ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Kolejne dobre, ale nie dość dobre opowiadanie.

Wykonie zupełnie przyzwoite – czytałem już dosyć dawno temu, trochę na dziko, więc nie pamiętam szczegółów, ale kojarzę, że nie było jednak idealnie – a klimacik bardzo fajny, sugestywny; eleganckie postapo. Niestety, cała reszta (choć nie w całości)… nie, że do wywalenia, ale zdecydowanie do przemyślenia.

 

Już początek mnie trochę zraził, bo najpierw pokazałaś Wielorybników jako odział wiarusów, którzy mogliby kule zębami łapać – takie przynajmniej odniosłem wrażenie – a potem zrobiłeś z nich totalnych frajerów, żeby nie powiedzieć: idiotów; idiotów zasłużenie martwych.

No bo skoro faktycznie zgryźli zęby na narwalach, to doskonale musieli wiedzieć, co oznacza szum w radiostacji i jak się to dla nich skończy. Powinni więc natychmiast przerwać przesłuchanie dezertera strzałem w łeb i uciekać albo przygotować się do obrony, a nie stać w miejscu i przegadywać się jak przekupki na targu. Strasznie sztucznie to wypadło. Powstało takie wręcz nachalne wrażenie, że cała ta dyskusja była tylko po to, by stworzyć Jonaszowi możliwość przeżycia tej kabały.

A gdy okazało się, że narwal jest wojskowym dronem, uderzyło mnie jeszcze coś innego: Jonasz powinien był bezapelacyjnie zginąć z całą resztą. Oczywiście nie jestem specem od broi przyszłości, ale skoro taki dron miał zaawansowane systemy namierzania – w tym pewnie i jakiś detektor ciepła – to powinien być w stanie określić ze 100% pewnością, czy wszystkie cele zostały zlikwidowane.

Mamy tu więc kolejny motyw typowo hollywoodzki – w sumie drugi już w ciągu kilku chwil przypadek fuksa, jaki raczej nie miałby prawa zdarzyć się w realnym świecie. Niby nie jest to jakiś wielki zarzut, bo praktycznie żadna scena akcji nie może obejść się bez tego typu smaczków, ale realizm jednak siada. I to dosyć mocno.

Kolejny słaby – jak dla mnie nawet bardzo słaby – punkt to Jonasz i jego dezercja. I nie chodzi tu tylko o to, że nie mam pojęcia, dlaczego gość w ogóle nawiał (niby pierwsza scena pokazuje, że relacje między nim a resztą komanda są trochę jakby niezdrowe, ale nie wyjaśnia, co zasadniczo jest nie tak), a przy tym jego późniejsza przemiana w kolejnego starego wiarusa – swoistego nastoletniego Ahaba pragnącego za wszelką cenę wypatroszyć swojego własnego białego skurczysyna (z Moby Dickiem mam przy okazji tego opowiadania skojarzenia mam nieskończenie mocniejsze z przypowieścią o Jonaszu i wielorybie, co samo w sobie jest jednak zaletą, bo lubię tę historię, choć książkę Melvilla odnajduję jako jedną z najgorszych, najgłupszych i najbardziej męczących, jakie czytałem) – wypada zupełnie niewiarygodnie, wręcz bez sensu. Problem mam też z tym, że Jonasz, jak na bądź co bądź doświadczonego żołnierza (takim ukazujesz go później), który spędził trochę czasu z kamratami i nieco ich poznał, również okazał się frajerem najwyższej próby. Bo jak inaczej określić gościa, który najpierw dezerteruje, a potem… odchodzi kawałek od obozu i kładzie się spać? Szczególnie, że młody wiedział, iż Hamkało ma pod sobą świetnego Tropiciela. Ja bym na jego miejscu nie zatrzymywał się ani na moment, chyba że dopiero za dnia, by się ukryć, ale już przed narwalem, a nie przed wielorybnikami, którzy byliby zbyt zajęci ratowaniem własnych zadków, by jeszcze myśleć o nim.

Swoją drogą, gdyby opowieść poszła w stronę pościgu za dezerterem – tudzież ucieczki tego dezertera przed pościgiem – cały czas w cieniu wielkiego, wkurzonego narwala, byłaby, przynajmniej dla mnie, znacznie ciekawsza. Przy czym finał, koniec końców, mógłby być niemal identyczny.

Zamiast tego dostaliśmy w gruncie rzeczy zdecydowanie zbyt rozbudowany motyw mieszkańców lepianki.

Owszem, są oni ważnym elementem opowieści, a przy tym fajnie napisanym, ale po tak bogatym i zaangażowanym opisie ich życia, czytelnik nastawia się na to, że będą oni odgrywać jakąś naprawdę znaczącą rolę w życiu Jonasza i całej historii, a tymczasem okazuje się, że interakcja bohaterów sprowadza się do krótkiego: przyszedł-pojadł-pogadał-poszedł. W takim wypadku spokojnie można by ich sprowadzić do wzmianki, że Jonasz obserwował Werę, Szymona i Starucha przez jakiś czas (ale znowu nie kilka dni, bo w gruncie rzeczy po co, skoro zamienił z nimi ledwie kilka słów i kilka wspólnych chwil – zupełnie nieadekwatne marnowanie czasu i, zapewne, ubogiego prowiantu), a kiedy ten ostatni zginął, chłopak zdecydował się wyjść z ukrycia, ostrzec parkę i w ogóle. Potem scenka z Werą podnoszącą Jonasza do rangi legendy, będąca clou całej egzystencji mieszkańców lepianki w opowiadaniu (bardzo klimatyczna i naprawdę fajna, choć szczerze wątpię, by w wydaniu ustnym zrobiła na którymkolwiek ze słuchaczy Wery aż takie wrażenie, by Jonasz faktycznie przeszedł do legendy). Generalnie można by cały wątek spokojnie skrócić bez strat dla samej opowieści, i to pewnie nawet o dwie trzecie. I wcale nie trzeba by przy tym przerzucać ciężaru narracji na Szymona i Werę.

Żeby jednak nie było niedomówień – sam w sobie ten motyw nie jest w mojej opinii zły, nudny czy bezsensowny. Po prostu w obecnej formie, po takim rozbudowaniu, budzi rozczarowanie swoją nieistotnością.

Finał też mi nie zagrał. Zakładam, że puentą miało być coś w stylu: Martwa Inteligencja jest o wiele większym takimsynem niż Żywa – jak inaczej interpretować fakt, że dron nadal funkcjonował, chociaż jego operator zdążył już zdrowo zgnić, nie wiem. Ale nie wiem też, skąd to SI się nagle wzięło i czemu miało tak naprawdę służyć. Jako twist w sumie całkiem całkiem, ale wyskoczyło jak filip z konopi, co zupełnie popsuło cały koncept. Do tego dochodzi kolejna hollywoodszczyzna w postaci niespotykanej żywotność Jonasza, plus kolejny akt niepojętej dla mnie ignorancji ze strony drona, który znów nie dopełnił obowiązku, i mamy gotowy przepis na zmarnowany potencjał i rozczarowanego Cienia.

 

Generalnie czytało się naprawę fajnie, historia, mimo kilu rażących niedociągnięć porządnie zassała, styl masz ciekawy, ze sporym potencjałem, który jednak wciąż, mam wrażenie, czeka na sposobność pełnego rozwinięcia skrzydeł, ale koniec końców jestem raczej dalej niż bliżej od pełnej, niekłamanej satysfakcji.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu Burzy, przede wszystkim: dziękuję za czas poświęcony tej historyjce i za obszerny komentarz. Poważnie: jestem pod wrażeniem. Dziękuję!

Pod wpływem Twojego komentarza naszła mnie pewna refleksja, w skrócie sprowadzająca się do jednego pytania: czy potrafiłbym lepiej napisać ten tekst? Z pewnością. Więcej: za jakiś czas wrócę do tego opka, napompuję tekst do 60-80k (zgodnie z pierwotnymi założeniami), sporo pozmieniam, ale… no właśnie.

Ze mną jest taki problem, że lubię chodzić swoimi ścieżkami. Ciągle się na tym łapię. U mnie świat przedstawiony zawsze trzeszczy w posadach, jest ledwie zarysowany, a logika kuleje. Światotworzenie zupełnie mnie nie interesuje. Szanuję robotę wykonaną przez innych autorów, ale uparcie powtarzam: mnie to nie interesuje. Może kiedyś, ale nie teraz. Najzwyczajniej: szkoda mi na to czasu. I szczerze: brakuje mi pomysłów. Gdyby była taka możliwość, wrzuciłbym na OLX ogłoszenie: kupię świat do wykorzystania. Ten element nigdy się nie zmieni, bo ma dla mnie znaczenie drugorzędne (pomimo słusznych komentarzy czytaczy). Więc już tak zostanie: była jakaś wojna, teraz jest kiepsko, lata dron, są jakiś żołnierze, którzy z nim walczą. I tyle. Tego elementu nie zamierzam ruszać. Jest ogólnie zarysowany sztafaż i wystarczy. Gorzej, że często kuleje logika…

Podobnie z fabułą: to jest również element, który traktuję po macoszemu. Jest pretekstowa. Ale nad tym zamierzam pracować. Z jedną uwagą: lubię czytać proste historie i takie zamierzam pisać.

Bohaterowie. O, to jest dla mnie ważne. Dlatego, gdy ponownie czytam historię mojego Jonasza, to jest mi najzwyczajniej wstyd. Powinienem posypać głowę popiołem i udać się w najciemniejszy kąt Wszechświata. Więcej: ja sam nie wierzę w przemianę tego bohatera. Teraz widzę, że jest to bohater zepsuty.

Uświadomiłem to sobie dopiero po przeczytaniu kolejnych komentarzy. Dlatego jeszcze raz: dziękuję!

 

 

Trafiłem tutaj dość późno i trudno mi cokolwiek dodać. Z Twojego komentarza wynika, że dobrze wiesz, nad czym powinieneś popracować.

Co mi się podobało? Klimat i sposób przedstawienia rzeczywistości postapo (to wyszło najlepiej!); ogólnie rzecz biorąc styl, prowadzenie historii; drony-wieloryby; interesujący początek.

Co zazgrzytało? Głównie finał – strasznie przesadziłeś z obrażeniami bohatera, przez co końcówka stała się kompletnie niewiarygodna; mieszanie czasów (przepraszam, musiałem to napisać ;D … ale to naprawdę potrafi przeszkadzać); nie do końca satysfakcjonująca fabuła. Z fabułą ogólnie jest ok, ale np. początek nie łączy się z dalszą częścią (nie wiadomo o co chodzi z dezercją), a spłaszczone przedstawienie dalszych losów Szymona i Wery jest trochę dziwne.

Ale podsumowując, opowiadanie na plus. Przeczytałem z zainteresowaniem „na raz” i choć mankamentów nie brakuje, całkiem porządnie to wszystko wyszło.

Spodobał mi się pomysł na porównanie żołnierzy do wielorybników i dronów do narwali. Przeczytałem z przyjemnością i zaciekawieniem. Ale przeszkadzały błędy wskazane przez poprzednich komentujących. Najbardziej zakończenie z przekokszonym bohaterem.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Podobało mi się to opowiadanie pełne brudu, śmierci i dobrego survivalowego klimatu po apokalipsie. Świetny pomysł na wieloryby. Dzięki za miłą lekturę.

Przybyłem, przeczytałem. I raczej mądrzejszy dzięki mej hrabiowskiej opinii się nie staniesz – chyba wszystko zostało już powiedziane.

 

A zatem – to mieszanie czasów do remontu. Nie jest notoryczne, ale wkurza. W ogóle, tekst przydałoby się ogarnąć technicznie. Gdzieś tam spotkałem się z językowymi niezręcznościami, gdzieś nie oddzieliłeś kurwy przecinkami… ;)

Początek trochę chaotyczny i niewiarygodny, a żołnierze zachowują się jak amatorzy. Ich relacja z Jonaszem również jest dla mnie dość niepojęta. Kwestia dezercji, później ta nienawiść… Czułem się zdezorientowany. Dopiero od sceny z Szymonem i Staruchem wszedłeś na właściwe tory.

 

I całe szczęście, bo pozostałe elementy podobały mi się bardzo. Klimat, poczucie zagrożenie, tęsknota za deszczem. Osaczenie Szymona i Wery oraz ten nieco filmowy heroizm Jonasza (skręt gasnący na deszczu ;) ).

Podobała mi się wizja przemierzającego przestworza narwala i zgrabna oszczędność, z jaką opisałeś świat. Niby niewiele znaków przeznaczyłeś na worldbuilding, a jednak wystarczyło, z immersją nie miałem problemu.

Na plus również brutalność w końcowej scenie i samo zakończenie – łagodne, wymowne. Dron przysłuży się także dobru :)

Tempo właściwie – czytało mi się bez problemu. Tytuł? Trochę zbyt Marvelowski (jaka Fabryka, Fun? ^^), ale ujdzie. Słowem – stempla jakości już nie postawię, ale mogę pobłogosławić ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Marvelowski byłby “Whalekiller: W deszczu”. 

Dzięki za komentarze ;)

 

Ech, a może: Narwal. Podpatrzone na NF, żeby Kazachstan rósł w siłę, a ludzie żyli dostatniej?

 

No dobra, mój faworyt.

Technicznie sknocone, ale tym się zajmie redaktor. Wybije Ci z głowy głupie pomysły, albo i nie, ale to już Twój wybór. Ja głosuję za tym opowiadaniem, bo to najbardziej epicki kawałek prozy w całym konkursie.

„Staruch kałasznikowa przewieszonego na ramieniu.” – przewieszonego przez, a jeżeli na, to raczej zawieszonego

 

„Od mostu dzieliło ich tylko kilka kroków.

– To głupota – mruknął Szymon. – Tylko niepotrzebnie stracimy cały dzień.”

 

„– To głupota – powtórzył Szymon, ale poszedł za nim.

Dawny kanał melioracyjny miał zaledwie dwa metry szerokości, ale płynące z nurtem śmieci utworzyły tamę pod mostem, a woda rozlała się na okoliczne łąki. Szymon i Staruch zamierzali z pomocą haków rozwalić tamę, a cięższe kawałki drzewa i gałęzie wyciągnąć linami na brzeg kanału. Na powierzchni wody wirowała lepka żółta piana. Brodząc po kolana w wodzie i mule wolno zbliżali się do betonowego mostu.”

 

W sumie po co nakłuwać ciała? Jeśli chcieli je tylko wyciągnąć, to dużo łatwiej byłoby przesunąć takie nabrzmiałe niż ze „spuszczonym powietrzem”, które na dodatek jest niebezpieczne…

 

„Szymon, brodząc po kolana w wodzie, odrzucał mniejsze śmieci i folię.” – jedną folię?

 

„– Jesteśmy tu już za długo.

– Może już czas, żebyśmy zostali na zawsze.”

 

„– Co to było? – krzyknął. – Co to kurwa było?” – Jak krzyknął, to potrzebny jest wykrzyknik.

 

„Ze złością odepchnął ciało Starucha. Już dawno trzeba było stąd odejść. Czuł potworną złość, a zimna woda odbierała mu oddech.”

 

„jama w ziemi z drewnianą podłogą i stropem z belek przysypanych ziemią

 

„już dawno straciły termin przydatności do spożycia, ale wciąż dawały się zjeść z przyjemnością. Prawdziwy skarbiec w tych trudnych czasach. Nigdy nie poznali ludzi, którzy zbudowali ziemiankę, ale nie było to dla nich ważne”

 

„–Nie żyje.” – brak spacji po półpauzie

 

„Szymon przez krótką chwilę się zastanawia, czy nie powiedział tego zbyt zdecydowanym głosem.” – Skąd nagła zmiana czasu na teraźniejszy?

 

Dopisek późniejszy: Przyznam, że naprawdę rozstrajają mnie zdarzające się raz na jakiś czas nagłe zmiany czasu z przeszłego na teraźniejszy i z powrotem.

 

„Po lichej kolacji z gotowanych ziemniaków i warzyw…” – Jeśli i tak musieli zostawić część zapasów, bo by ich nie unieśli, czemu nie zjedli sutej kolacji?

 

„Po kilku dniach obserwacji znał ich bardzo dobrze. Najgroźniejszy wydawał się Szymon” – Kiedy mowa o dwojgu ludzi, to Szymon był raczej groźniejszy od Wery niż najgroźniejszy.

 

„Czuł w nogach kilometry pokonane w ostatnich dniach.” – Przecież od co najmniej kilku dni podglądał Starucha, Szymona i Werę, nadal był taki zmęczony?

 

„Jonasz lgnął po kolana w błocie.” – lgnął?

 

„Nie chce zrobić wam krzywdy.” – chcę

 

„Szczeknęła zasuwa” – szczęknęła

„– Chce wam pomóc.” – chcę

„Otworzył klapę i cofnął się po drewnianych schodkach do wnętrza ziemianki. Jonasz nieporadnie zszedł za nim, stanął na środku ziemianki…”

 

„Kiedy bomby zdmuchnęły stolicę, zostaliśmy ślepi jak krety. Kompania została zluzowana. Tropiliśmy je jeszcze przez kilka miesięcy. Na koniec zostałem tylko ja.”

 

„Ten jest wyjątkowo wredny. Lata nisko, wali do wszystkiego co się rusza. Człowiek, który nim steruje, jest wyjątkowo okrutny.”

 

„Trzy ciężkie wozy bojowe szły z rykiem silników.” – Czepiam się, ale od kiedy wozy chodzą?

 

„Jechali na pełnej szybkości wąską drogą przez las” – Jeździ się z szybkością, a nie na niej

 

„– Uważajcie, kurwa! (Hamkało).” – Tu i potem – zakończyłeś zdanie wykrzyknikiem, dodatkowa kropka po nawiasie raczej nie jest dobrym pomysłem

„– Jest już blisko (radiooperator Kuba). Mam go wciąż na radarze. Jest szum!” – Czemu określenie mówiącego znajduje się w środku jego kwestii dialogowej? Dziwnie to wygląda.

 

„– Tropiliśmy go od pięciu miesięcy… – Sszepcze Jonasz.”

 

„– Dlaczego? – pyta. – Dlaczego koniecznie chcesz to zniszczyć?

Jonasz chce natychmiast odpowiedzieć, dlatego szybko przełyka kawałek mięsa i popija wodą z manierki.”

 

Jonasz podchodząc do ziemianki mówi, że chce pomóc. W czym niby? Szymonowi i Werze w żaden sposób nie pomógł.

 

„przewiesił na ramieniu karabin” – wcześniej już było o przewieszaniu

 

„…ruszył w stronę wyjścia. Ubierał się po drodze. Na schodkach przypomniał sobie o plecaku. Wrócił do stołu, zarzucił plecak na ramię, jednym ruchem zgarnął naszywkę wielorybników i z rozmachem przyczepił ją do ramienia. Następnie ruszył w stronę wyjścia…”

 

„Licha ziemianka spoczywała we śnie” – Co to znaczy?

 

„odbezpieczony pistolet wkłada pod plecak, który tej nocy będzie jego poduszką” – może się nie znam, ale wkładanie odbezpieczonego pistoletu pod plecak na noc wydaje mi się skrajną głupotą. Człowiek poruszy się we śnie, odwróci na bok, jakiś wystający element plecaka coś naciśnie itp… Za duże ryzyko.

 

„O świcie znów jest w drodze: z ponurą twarzą i błędnym spojrzeniem przemierza równinę jak człowiek ścigany przez duchy. Wciąż spogląda na bezchmurne niebo. Przed południem dociera do miejsca, gdzie stoją wraki samochodów i leżą napuchnięte ciała jego dawnych towarzyszy. Jonasz z twarzą zasłoniętą mankietem…”

 

„Potężny narwal przewalił się przez prawy bok, opadł na wysokość kilkunastu metrów i przyśpieszył: teraz czuć było na skórze wibracje jego napędu. Jonasz czuje bezsilność. Pozbawiony czujników, wyrzutni rakiet i samochodu jest jak drapieżnik, któremu wybito kły. Nie może polować. Jonasz, niczym pokonany żołnierz patrzący na przemarsz obcych wojsk, przez lornetkę obserwuje majestatyczny ruch wielkiego narwala. Potężne cielsko leniwie opada do wysokości stu metrów i przyśpiesza.”

Jak to jest z tym opadaniem? Najpierw kilkanaście metrów, a potem nagle sto?

 

„Zakłada opaski uciskowe na udo i przedramię. Ustaje krwawienie.” – Zły szyk – krwawienie ustaje. Bo inaczej wychodzi, że to Jonasz jest wykonawcą czynności.

„Dla Jonasza świat już dawno został odwrócony w swych posadach” – Mówi się o ruszaniu z posad.

 

„A więc zginę w takim miejscu. Na tę myśl pokręcił głową. Jeszcze, kurwa, nie dziś. Nie tym razem!” – Oczywiście pewnie się czepiam, ale w tym kontekście „Nie tym razem” brzmi jakby Jonasz już kiedyś stanął w szranki z narwalem i dał się wtedy zabić, ale dziś nie pozwoli, by to się powtórzyło ;)

 

„Jonasza z jasnych chmur wynurzył się wielki narwal i otoczony swym nieśmiertelnym majestatem, płynął ku żałosnym ludziom i ich żałosnym sprawom na ziemi.” – Wtrącenie winno być albo wydzielone przecinkami z obu stron, albo wcale.

 

„Godził ich swą pieśnią.” – Godził ich w sensie zażegnywał kłótnie? Czy raczej godził w nich?

 

„Po kilku minutach syta bestia wytoczyła się z hangaru, ponownie przetoczyła pasem startowym i uniosła do nieba.”

 

Wolno wczołgał się po stalowych schodkach i pchnął uchylone drzwi. W środku panowała zupełna cisza, zakłócana monotonnym szumem komputerów. Przed panelem z ekranami dostrzegł człowieka siedzącego na fotelu. Jonasz wolno wczołgał się do środka. Wymierzył w głowę obcego mężczyzny. Potem wolno opuścił broń.”

 

„Ciepło ciała Wery i Szymona odcinają się jasną barwą od zimnej ziemi, gdy wychodzą przed ziemiankę, a potem ruszają na południe.” – Albo ciepłe ciała, albo ciepło ciał.

 

Hm… Niestety, nie zostałam kupiona. O ile początek mnie zainteresował (niestandardowa wizja i świat), o tyle rozwinięcie już nie, a zakończenie też nie przemówiło. Po pierwsze kompletnie umknęło mi dlaczego Jonasz najpierw dezerteruje, najwyraźniej głęboko gdzieś mając towarzyszy i wieloryba, a potem nagle postawił sobie za cel zabicie bestii? To jakieś nagłe nawrócenie? I serio, czemu on w ogóle uciekał, skoro nie miał ani przed czym, ani za bardzo dokąd?

W sumie po co Szymon i Staruch próbowali rozwalić tamę? By sobie zalać ziemiankę?

Końcówka mnie zdecydowanie nie przekonała, bo najpierw opisujesz obrażenia Jonasza jako bardzo poważne, a potem on z tymi obrażeniami czołga się przez kawał terenu i jeszcze zamierza ładnych kilka godzin pożyć, “opiekując się” Werą i Szymonem.

Nie bardzo też w sumie czaję ideę wielorybów. Naprawdę opłacało się komukolwiek konstruować aż tak wielkie maszyny? Przecież to mnóstwo materiałów, części, mnóstwo paliwa potrzebnego do wznoszenia się… A małe maszyny zabijają równie skutecznie jak nie skuteczniej, trudniej je wykryć, wymagają mniej nakładów itp.

Co do symboliki – Jonasz powinien jakimś sposobem znaleźć się w wielorybie, bez tego się nie liczy ; p

Technicznie potykałam się dość często o różne drobiazgi czy trochę niezręczne sformułowania. Poza tym naprawdę, ale to naprawdę drażniły mnie te niczym niewytłumaczalne zmiany czasów. Czytałam przez to na raty, bo tekst długi, a wymęczył mnie okrutnie.

 

Podsumowując – jest tu jakaś iskra, coś nowego i oryginalnego, ale to coś utonęło w fabule i wykonaniu, niestety ; (

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Wracam z komentarzem piórkowym.

Jedno z dwóch opowiadań, które w tym miesiącu sprawiło mi problem przy decyzji. Bo do sceny ataku drona cieszył się we mnie mały militarysta. Jonasz dezerteruje z tej jednostki, która ma najwyraźniej już gdzieś dyscyplinę i tak naprawdę istnieje tylko, by dokonać zemsty. Jest tu więc fajny koncept, który mi się spodobał.

I potem po ataku spotykamy innych ludzi. I Jonasza – tylko kto go podmienił?! Czemu nagle chce kontynuować misję Wielorybników?! O co chodziło wtedy z dezercją? Te pytania kołatały mi ciągle w głowie, nawet kiedy czytałem pełne klimatycznych opisów dalsze losy postaci.

Zakończenie przypadło mi do gustu, ale po przeczytaniu nadal miałem w głowie tylko jedną kwestię – o co chodziło Jonaszowi?

Widzisz chyba mój główny problem. Jestem w stanie kupić wiele, ale zgrzyta mi główna postać – a to spory problem. Cała reszta – deszczowy klimat, elementy tekstu i motyw z dronem – na plus. I mi daje też się we znaki problem z mieszaniem czasów i niedopracowań technicznych. Stąd ostatecznie jestem na NIE. Było blisko, bliziutko, ale jeszcze nie teraz.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki za odwiedziny, przeczytanie i ślad w komentarzach.

Jonasz to postać nieudana (ewidentnie), ale kiedyś go naprawię: znów będzie chodził, mówił i zachowywał się jak trzeba. Dzięki wielkie za długie grillowanie chłopa, pójdzie mu to na zdrowie ;)

Gdybym dostawał złotówkę za każdą uwagę odnośnie mieszania czasów, to miałbym już tych złotówek w …, no, w każdym razie: dużo. Poważnie: dawno tyle osób mi tego nie wytknęło. A przecież piszę tak od zawsze, czyli od 5 lat. I w sumie, to sam już nie wiem. Może robię źle?

Wiem jedno: nie wolno dać się wcisnąć do jednego szablonu. Każdy pisze sobą, to znaczy nasza amatorska pisanina jest sumą nas samych podzielonych na fragmenty i złożonych do kupy poprzez stukanie w klawisze. Nie można się łatwo poddać redaktorskiemu mincarzowi, który z pomocą jednej sztancy klepie kolejne sztuki o identycznym wzorze. Z drugiej strony: nie można też na siłę próbować wyważać już dawno otwartych drzwi. Czyli trzeba wiedzieć, kiedy posłuchać innych, wycofać się i przemyśleć parę spraw. 

Algirze, czasem zmiany czasów nie bolą, jeśli są wprowadzone sensownie, np. podkreślają dramatyzm niektórych scen. Jeżeli napisałeś ileś tekstów i w części nikt się tego nie czepiał, to znaczy że tam pewnie nie zgrzytało, a tutaj może akurat coś poszło nie tak. Różnie bywa.

 

Nie zgadzam się za to z Tobą co do sztancy. Dobry redaktor nie próbuje sprawić, by wszystkie redagowane przez niego teksty wyglądały jak z szablonu, tylko dostosowuje się do autora, próbując wydobyć to, co z jego pisaniny najlepsze – ale też musi bezlitośnie tępić błędy i nielogiczności ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Sorry, Winnetou, jestem na NIE.

Przede wszystkim nie przekonał mnie bohater. Najpierw dezerteruje i nie wiadomo dlaczego. Bo się potknął i pomylił w liczeniu kroków? Miał poważniejszy powód? Potem kumple prawie go zabijają, więc zamienia się w ich mściciela. A na końcu w niezniszczalnego terminatora, co to nie czuje bólu ani się nie wykrwawia…

Tematyka wybitnie nie moja, ale to jeszcze dałabym radę łyknąć, gdyby reszta elementów zagrała.

Warsztat niezły, ale – skoro już wystawiasz się na porównania z “Moby Dickiem” – Melville potrafił pisać zabawniej i barwniej (inna sprawa, że masakrycznie tonął w dygresjach).

Babska logika rządzi!

Bardzo fajnie pokazujesz tworzenie się legendy. Te drony-wieloryby i opowieść o walce z tymi maszynami zmieniająca się w “morską historię” – to mi się podobało. Do tego widać absurd i okrucieństwo wojny, dehumanizację podkreśloną w końcówce tekstu. Motyw wieloryba w ogóle jest nośny, początkowo miałam skojarzenia z “Królem” Twardocha, ale widzę, że poszedłeś jednak w inną stronę. Ciekawie pokazałeś postać Wery.

 

Główny bohater był dla mnie, podobnie jak dla poprzednich komentujących, trochę niezrozumiały. Ta początkowa ucieczka i jej konsekwencje – mocny motyw, ale nie pasował mi do dalszej części. Coś się tu nie skleiło. No i w ostatniej części dodałeś trochę za dużo patosu jak na mój gust. Mieszania czasów nie będę się czepiać, bo to już zostało omówione w poprzednich komentarzach. Napiszę tyle: zazwyczaj lubię takie zabiegi. Ale tu niestety nie widzę sensu ich wprowadzenia.

 

Napisałeś naprawdę niezły, pełen znaczeń i wywołujący emocje tekst. Niektóre rzeczy wymagałyby poprawy, ale próba bardzo ambitna.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Nowa Fantastyka