Noc była jasna. Wierzchołki karłowatych brzózek, porastających rozległą wyżynę, zdawały się dotykać olbrzymiego księżyca.
Jego wędrówkę wśród gwiazdozbiorów śledziła stara neandertalka Oyyl, która opatulona skórami, siedziała przed wejściem do jaskini.
Kobieta miała świadomość, że jasna poświata uwydatnia malowidła wykonane czerwoną ochrą na jej pomarszczonej twarzy. Fantazyjne zdobienia oraz wisiorki ze zwierzęcych kości i piór, oplatające szyję oraz dłonie neandertalskiej szamanki, stanowiły świadectwo wysokiej pozycji Oyyl w klanie.
Gdy blask księżyca dotarł do podłużnego kopczyka, skrytego dotąd w skalnym cieniu, neandertalka się ożywiła. Wstała i podeszła do kamiennego wzniesienia, które przyozdobione kwiatami i gałązkami krzewów, zdawało się jaśnieć własnym blaskiem. Uklękła przy kopczyku i mrucząc elegijną pieśń, zaczęła go rozgrzebywać.
Ostre krawędzie okruchów skalnych raniły dłonie, krew kapała na kamienie i spływając między nimi, przesiąkała w głąb grobu.
Oyyl czuła, że nadszedł czas na rytuał, który sprawi, iż wkrótce dołączy do zmarłego Łowcy.
*
Kilkadziesiąt zim wcześniej.
Blask księżycowej pełni spowijał wapienne ostańce rozsiane na wyżynie. I choć wierzchołki drzew również okrywała jasna poświata, podszyt leśny wciąż tonął w ciemnościach.
Pod jedną z takich skał młoda neandertalka Oyyl postanowiła rozpalić ognisko, które miało odstraszać dzikie zwierzęta oraz pozwolić jej się ogrzać.
Suche konary szybko zajęły się płomieniami. Dziewczyna, delektując się ciepłem bijącym od ognia, rozmyślała o dzisiejszym polowaniu. Nie zważając na mężczyzn z klanu, samodzielnie szła tropem rannego wilka, który zdołał się wyswobodzić z wnyków. Krwawe ślady pozostawione przez uciekające zwierzę były wyraźne, jednak nie zdołała go dogonić. Postanowiła więc o świcie wznowić pościg. Stwierdziła, że wilk też będzie musiał się gdzieś schronić, żeby odpocząć.
Neandertalka, lustrując otoczenie niewielkiej polany, łowiła nocne odgłosy dobiegające z głębin skarłowaciałego lasu. Skrzypienie konarów mieszało się z odprężającą wonią ściółki. Wkrótce, ukojona nocną symfonią dźwięków i zapachów, Oyyl zasnęła.
Gdy ognisko nieco przygasło, między krzewami zamigały dwa ogniki. Krzaki porastające skraj polanki zaszeleściły i rozchyliły się, a spomiędzy nich bezgłośnie wychynął łeb wilka.
Zwierzę przyglądało się przez chwilę śpiącej dziewczynie.
Neandertalka poruszyła się i dyskretnie wzmocniła chwyt na kiju trzymanym w ręku. Drzewce drgnęło, a umocowane na jego końcu krzemienne ostrze wysunęło się z cienia i zaczęło migotać w blasku dogasającego ognia.
Wilk tymczasem, lekko kulejąc, powoli wszedł na polanę. Skradał się, stopniowo jednak przyspieszając kroku.
Gdy od neandertalki dzieliło go kilka susów, Oyyl zerwała się gwałtownie. Ledwo jednak zdążyła przeskoczyć ognisko, nieoczekiwanie z brzegu polany wybiegł obcy mężczyzna i wpadł między nią a wilka.
Zwierzę gwałtownie wyhamowało i dało susa w bok.
Przybysz ruszył za nim.
Zaskoczona Oyyl zatrzymała się w pół kroku. Po kilku sekundach otrząsnęła się jednak i dołączyła do pościgu.
Polowanie się przedłużało. Zwierzę uciekało, mężczyzna je gonił, a Oyyl pędząc za nimi, miotała, czym popadło, od kamieni począwszy, po najbardziej wyszukane przekleństwa, jakie tylko zdołała wymyślić.
Zapędzili rannego drapieżnika w pułapkę. Otoczony z trzech stron skałami wilk zjeżył sierść, szykując się do ataku. Mężczyzna pochwycił łuk i naciągnął cięciwę. Czekał na najdogodniejszy moment do strzału.
Oyyl nadbiegła w chwili wilczej szarży, co zdekoncentrowało przybysza, który chybił. Zwierzę doskoczyło i wbiło kły w jego udo. Oyyl błyskawicznie wykorzystała powstałe zamieszanie i zatopiła grot w piersi wilka.
Przybysz i zwierzę równocześnie grzmotnęli na ziemię, a wzburzona Oyyl ryknęła:
– Oddawaj moją zdobycz, ty oprychu!
Obcy niewiele rozumiał z języka neandertalki, jednak instynkt samozachowawczy nakazał mu milczeć, zwłaszcza że krzycząca trzymała w ręku broń. Odpychając się dłońmi i zdrową nogą, oddalił się więc od wilka i dziewczyny, aż plecami przylgnął do najbliższej skały.
Oyyl tymczasem, zerkając podejrzliwym wzrokiem na przybysza, przystąpiła do wstępnej obróbki truchła. Gdy skończyła, przyjrzała się rannemu dokładniej i wezbrała w niej litość.
Zostawię dziada, to go zeżre byle gadzina. – Pomyślała i uklęknąwszy obok człowieka, owinęła mu ranę liśćmi i obwiązała kawałkiem skóry. Następnie poleciła:
– Wstawaj, nim ze strachu zrobisz pod siebie! – I pochwyciła go za skórzane odzienie, co w założeniu miało mu pomóc zrozumieć przekaz. – Idziesz ze mną. – Dodała zdecydowanie i pociągnęła go za sobą.
Łuna zachodzącego słońca ustępowała miejsca nocnemu mrokowi, gdy Oyyl powróciła do obozu. Szła, niosąc przerzucone przez ramię truchło, jednocześnie podtrzymując kulejącego mężczyznę.
Przybysz był wyczerpany drogą, bólem, i niekończącymi się pretensjami neandertalki, która niemal przez cały czas krzyczała na niego, że chciał jej ukraść zdobycz. Człowiek, nie do końca rozumiejąc, o co chodzi rozgniewanej kobiecie, na wszelki wypadek postanowił nie wdawać się z nią w żadne dyskusje.
Kolejne dni w osadzie wniosły nowy temat do obrad, czy Łowca, jak zaczęto nazywać przybysza, będzie mógł pozostać, czy po wygojeniu ran zostanie wypędzony.
– Ja szybciej stoję, niż ten Łowca biega – argumentowała Oyyl. – Po cóż nam ktoś taki?
– To po co go przyprowadziłaś?
– Umie miotać krótkie dzidy. Nauczy nas – oceniła, ale zaraz dodała: – Potem niech idzie tam, gdzie mamuty srają.
I tak przybysz został na chwilę.
Chwilę, w której Oyyl urodziła mu córkę, w której uczył małą chodzić, a potem i strzelać z łuku do zajęcy i niechcianych, natrętnych zalotników. Chwilę, która trwała aż do śmiertelnej walki z niedźwiedziem, gdy chybił, rzucając weń oszczepem.
Wraz ze śmiercią Łowcy dla Oyyl cały sens życia skurczył się do iskry wylatującej z ognia. Tylko obecność córki, która przypominała jej ukochanego człowieka, trzymała ją wśród żywych.
*
Blondwłosa dziewczyna obserwowała, jak matka rozgrzebuje grób ojca. Szamanka, dotarłszy do jego szczątków, zaczęła je tulić i całować. Łzy Oyyl mieszały się z krwią skapującą z poranionych dłoni i brudziły rozpadające się kości mężczyzny. Neandertalka gładziła szczątki, po czym pochwyciła czaszkę.
Wpatrywała się w nią przez dłuższą chwilę, aż w końcu zaczęło jej się zdawać, że Łowca uchylił powieki, spod których zionęły gałki całkowicie wypełnione smolistą czernią. Natychmiast zatonęła w ich głębi i uśmiechając się, wydała ostatnie tchnienie.