- Opowiadanie: Nikolzollern - Robokoń

Robokoń

Opo­wia­da­nie jest po­wią­za­ne z Ka­be­sta­nem losu, o przy­go­dach i nie­szczę­ściach uko­cha­nej tu­tej­sze­go głów­ne­go bo­ha­te­ra, Bu­rzyć – nie bu­do­wać o wy­na­laz­ku Kal­wit­za  oraz Lep­szy mąż dla Lu­it­gar­dy, po­świę­co­nym wy­czy­nom Karla von Dun­kel­wal­da. Od­no­si się zatem do uni­wer­sum Wiel­kiej Rze­szy z po­wie­ści Przy­pad­ki ry­ce­rza Fre­de­ga­ra von Stet­te­na. W za­my­śle te hi­sto­rie po­win­ny zło­żyć się na cykl opo­wie­ści na mar­gi­ne­sie głów­nej linii nar­ra­cji.

Ozna­cze­nie kon­kur­so­we jest oczy­wi­ście post scrip­tum.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Robokoń

Ro­bo­koń z ła­two­ścią prze­sa­dził spory głaz i zgrab­nie wy­lą­do­wał, wzbi­ja­jąc obłok czer­wo­ne­go mar­sjań­skie­go kurzu. Przy tu­tej­szej gra­wi­ta­cji wstrząs był pra­wie nie­zau­wa­żal­ny. Wol­fram z przy­zwy­cza­je­nia ude­rzył wierz­chow­ca pię­ta­mi, choć ten au­to­ma­tycz­nie wró­cił do re­gu­lar­ne­go ga­lo­pu, jakim po­ru­szał się przed sko­kiem. Lekko prze­chy­la­jąc się na za­krę­tach, pę­dził mię­dzy pu­styn­ny­mi wzgó­rza­mi, lub, na roz­kaz pana, wspi­nał na nie, nie kom­bi­nu­jąc, jak to koń, pod górę, nie ocią­ga­jąc się przed wzię­ciem prze­szko­dy. Cała ta po­praw­ność za­cho­wań iry­to­wa­ła jeźdź­ca, który oba­wiał się, że ide­al­na ste­row­ność me­cha­nicz­nej be­stii źle wpły­nie na jego wła­sne umie­jęt­no­ści. Tę­sk­nił za po­zo­sta­wio­nym na Vul­ka­nii gnia­do­szem Aman­tem, za tym wspa­nia­łym po­czu­ciem do­sko­na­łe­go ze­stro­je­nia, któ­re­go do­świad­czał do­sia­da­jąc go pod­czas ćwi­czeń z kopią i tur­nie­jów uni­wer­sy­tec­kich.

Nie­bo­skie stwo­rze­nie, jakie miał teraz pod sobą, nie pry­cha­ło, nie strzy­gło usza­mi, nie po­trzą­sa­ło grzy­wą, chyba że włą­czy­ło się od­po­wied­nią opcję. Wol­fram nie lubił po­dob­nych ba­je­rów. Przy­po­mi­na­ły mu we­gań­skie pod­rób­ki mię­snych po­traw. Uwa­żał, że jeśli to jest ma­szy­na, to niech bę­dzie ma­szy­na, a jeśli jest post, to mięsa po pro­stu nie ma. W „staj­ni” ro­bo­koń po pro­stu za­mrze, po­sta­wiw­szy kon­tak­to­we pod­ko­wy przed­nich koń­czyn na pa­ne­lu ła­du­ją­cym. Nie bę­dzie wy­pa­try­wał mar­chew­ki i wę­szył po kie­sze­niach pana za ulu­bio­nym li­za­kiem, śmiesz­nie prze­krzy­wia­jąc pysk.

Me­cha­nicz­ny wierz­cho­wiec, był, trze­ba przy­znać,  wy­ko­na­ny na wzór ma­syw­ne­go, acz nie po­zba­wio­ne­go gra­cji, be­tel­gej­skie­go ru­ma­ka. Wkom­po­no­wa­ne na stałe ozdob­ne sio­dło wraz z rzę­dem za­do­wo­li­ły­by szy­ku­ją­ce­go się do pa­ra­dy ge­ne­ra­ła. Z do­stęp­nych ko­lo­rów Wol­fram wy­brał zie­leń za­śnie­dzia­łej mie­dzi. „Koń z po­mni­ka” – żar­to­wa­li ko­le­dzy z pro­jek­tu. Do­ku­pił więc pla­ne­tar­ny ska­fan­der w tymże ko­lo­rze –  jeśli ma być po­mnik, to niech bę­dzie, co się zowie!

Ro­bo­koń wy­wiózł pana na wy­so­kie w wznie­sie­nie, skąd otwie­rał się pięk­ny, jak na mar­twą pla­ne­tę, widok – łań­cuch gór­ski na ho­ry­zon­cie, od­dzie­lo­ny głę­bo­kim ka­nio­nem, z dna któ­re­go tu i ów­dzie wy­ra­sta­ły zwie­trza­łe ka­mien­ne słupy. Z tej stro­ny kra­jo­braz nadal wy­glą­dał dzie­wi­czo, choć był to tylko pozór. Od czasu do czasu do i wokół ka­nio­nu spa­da­ły ogrom­ne bryły lodu, do­star­cza­ne z ob­ło­ku Oorta przez spe­cjal­ne ho­low­ni­ki. Do tego były wy­ko­rzy­sty­wa­ne jed­nost­ki nowej ge­ne­ra­cji – tak zwane mi­kro­sko­kow­ce, zdol­ne do wy­ko­ny­wa­nia pre­cy­zyj­nych sko­ków hi­per­prze­strzen­nych w gra­ni­cach sys­te­mu so­lar­ne­go. Zrzu­ciw­szy ła­du­nek w gór­nych war­stwach at­mos­fe­ry, tak, by gwa­ran­to­wa­nie spadł na pla­ne­tę, sta­tek znowu zni­kał w hi­per­prze­strze­ni i wy­nu­rzał się w po­bli­żu ko­lej­nej lo­do­wej aste­ro­idy.

Wol­fram nie­raz wi­dział, jak taki lo­do­wy po­cisk, cią­gnąc za sobą tren pary wod­nej, prze­bi­ja rzad­ką at­mos­fe­rę pla­ne­ty i roz­trza­sku­je się na jej po­wierzch­ni, a czę­ściej spada na nią w po­sta­ci róż­no­ka­li­bro­we­go gradu. Są­dził, że na to na­wad­nia­nie Marsa jest za wcze­śnie, ale Im­pe­rial­ne Mi­ni­ster­stwo Ter­ra­for­ma­cji i Go­spo­dar­ki Za­so­ba­mi Ko­smicz­ny­mi już za­twier­dzi­ło bu­dżet i prace ru­szy­ły.

„Nie po­win­ni wy­wa­lać ta­kich pie­nię­dzy, póki re­ak­tor nie za­cznie dzia­łać!” – Jeź­dziec wes­tchnął. „A jeśli coś pój­dzie nie tak? Prze­cież nikt tego jesz­cze nie robił! Tylko ob­li­cze­nia i sy­mu­la­cje, w któ­rych za­wsze może za­kraść się błąd, za­brak­nąć ja­kie­goś prze­oczo­ne­go czyn­ni­ka!” – po­my­ślał po raz ty­sięcz­ny – Zresz­tą jeśli spra­wa nie wy­pa­li i wodę unie­sie w ko­smos sło­necz­ny wiatr, będą to je­dy­nie zmar­no­wa­ne pie­nią­dze. Nie moje pie­nią­dze”.

Pro­jekt uskrzy­dlał vul­kań­skie­go ba­ro­na obiet­ni­cą  wie­ko­pom­nej sławy no­we­go Kal­wit­za, a jed­no­cze­śnie przy­tła­czał swoim ogro­mem i stra­szył nie­wy­tłu­ma­czal­nym opty­mi­zmem, wręcz en­tu­zja­zmem Mi­ni­ster­stwa wobec jego śmia­łej kon­cep­cji. Tak czy ina­czej Pro­jekt za­przą­tał głowę Fre­iher­ra Wol­fra­ma von Äuela w stop­niu wy­star­cza­ją­cym, by po­wró­cić do życia po ka­ta­stro­fie ży­cio­wej sprzed dwóch lat. Obec­ne zmar­twie­nia i cią­głe za­da­nia do roz­wią­za­nia, zmia­na pla­ne­ty i to­wa­rzy­stwa spra­wi­ły, że nie mu­siał już co ty­dzień zwie­rzać się spo­wied­ni­ko­wi z myśli sa­mo­bój­czych.

 

Po­czu­cie krzyw­dy i roz­pacz ustą­pi­ły miej­sca smut­ko­wi i no­stal­gii po szczę­śli­wych dniach, kiedy Me­lia­ne wi­ta­ła go swym dzie­cię­cym uśmie­chem i pod­ska­ku­jąc jak dziew­czyn­ka zbie­ga­ła doń po scho­dach swego pa­ła­cy­ku w kam­pu­sie, a dzwon jej spód­nic  uno­sił się i opa­dał jak u mor­skiej me­du­zy.

Za­baw­na, nieco nie­zgra­ba, uczo­na hra­bian­ka za­wład­nę­ła jego ser­cem pod­czas mię­dzy­wy­dzia­ło­wej dys­pu­ty na­uko­wej o per­spek­ty­wach kom­pu­te­ro­we­go ste­ro­wa­nia pro­ce­sa­mi ter­ra­for­ma­cji. Zo­sta­ła tam do­pusz­czo­na, choć nie obro­ni­ła jesz­cze dok­to­ra­tu, lecz już zdo­by­ła sławę wscho­dzą­cej gwiaz­dy in­for­ma­ty­ki. Mło­dziut­ka, drob­na i za­zwy­czaj nie­śmia­ła, wtedy prze­ma­wia­ła z wiel­kim za­pa­łem i wy­pie­ka­mi na twa­rzy, a sta­rzy pro­fe­so­ro­wie uśmie­cha­li się po­błaż­li­wie. Pro­fe­so­ro­wie nieco młod­si przy­kry­wa­li usta dło­nią z obawy przed dwoma ry­ce­rza­mi, sto­ją­cy­mi za wy­so­kim opar­ciem fo­te­la hra­bian­ki i groź­nie zer­ka­ją­cy­mi na obec­nych, go­to­wi we­zwać na po­je­dy­nek za naj­mniej­szy prze­jaw lek­ce­wa­że­nia ich pani. Nikt na uczel­ni oprócz Me­lia­ne nie nosił wów­czas ty­tu­łu hra­biow­skie­go i nawet rek­tor ca­ło­wał jej rękę. Zresz­tą dla męż­czyzn to nie wy­cho­dzi­ło za ramki zwy­czaj­nej kur­tu­azji, na­to­miast sztyw­ne uni­wer­sy­tec­kie damy zży­ma­ły się na to, że muszą jako pierw­sze dygać przed tą smar­ku­lą.

Wol­fram za­po­mniał o całej dys­ku­sji i słu­chał tylko jej głosu. Pa­trzył jak po­ru­sza­ją się jej usta, jak linia szczę­ki bie­gnie ku spi­cza­ste­mu, vul­kań­skie­mu uchu. Badał wszyst­kie za­ło­my jej ob­li­cza po­zba­wio­ne­go krą­gło­ści, ty­po­wej dla „na­dob­nych pa­nien”. Każda grań, każdy jej kącik wy­da­wał mu się prze­uro­czy.

 

 

Wol­fram za­trzy­mał wierz­chow­ca na szczy­cie wzgó­rza. Ro­bo­koń za­stygł w pozie po­mni­ko­wej z unie­sio­ną lewą przed­nią nogą. Wol­fram wy­pro­sto­wał się w sio­dle, wy­cią­ga­jąc do przo­du pra­wi­cę z wy­obra­żo­ną bu­ła­wą. Uśmiech­nął się do wła­sne­go żartu.

– Do­sko­na­ły z pana po­mnik, ba­ro­nie! – usły­szał nagle w słu­chaw­kach hełmu. To był Got­fryd von Ste­inau, nad­zo­ru­ją­cy Pro­jekt urzęd­nik mi­ni­ster­stwa, za­wsze uśmiech­nię­ty, jo­wial­ny gru­bas z Ma­la­gry. U stóp wznie­sie­nia w chmu­rze czer­wo­ne­go pyłu za­trzy­ma­ły się dwa po­jaz­dy – czte­ro­ko­ło­wiec Got­fry­da i tan­kiet­ka. Urzęd­ni­ko­wi to­wa­rzy­szył pro­fe­sor Jurij De­mien­tjew z landu ce­sar­skie­go na Wcie­le­niu. Też gość z nad­wa­gą. Ci dwaj przy­pa­dli sobie do gustu i czę­sto spę­dza­li wolny czas, ga­nia­jąc wśród mar­sjań­skich wydm lub gra­jąc na bi­lar­dzie w kan­ty­nie.

Wol­fram uśmiech­nął się: „Ga­bi­ne­to­wy na­uko­wiec i ga­bi­ne­to­wy biu­ro­kra­ta. Dwaj zbie­gli mę­żu­sie po pięć­dzie­siąt­ce na nie­spo­dzie­wa­nych wa­ka­cjach. Nikt nie besz­ta za na­ru­sze­nie diety i nie stra­szy ata­kiem po­da­gry po ko­lej­nym piwie”.

– Ści­ga­my się do Obiek­tu, ba­ro­nie? – za­brzmiał w słu­chaw­kach De­mien­tjew. Mówił po ril­gerdz­ku z mięk­kim, sło­wiań­skim ak­cen­tem. Nie­któ­rym się on po­do­bał, ale Äuela przy­pra­wiał o iry­ta­cję. Każdy język ma swoją mu­zy­kę.

– Dzię­ku­ję pro­fe­so­rze, nie mam ocho­ty. – Baron nie jeź­dził na Obiekt, jeśli nie wy­ma­ga­ła tego praca.

– W takim razie do zo­ba­cze­nia na nie­szpo­rach – po­wie­dział pan Got­fryd – Jurij, na trzy!

Po­jaz­dy ru­szy­ły, wy­rzu­ca­jąc spod kół i gą­sie­nic fon­tan­ny żwiru. Wol­fram ob­ró­cił ro­bo­ko­nia, żeby po­pa­trzeć jak zni­ka­ją mię­dzy wy­dma­mi. Po­stał chwi­lę, dając im fory, a potem, nagle po­czuw­szy po­trze­bę ruchu po­pę­dził wierz­chow­ca w ich ślady. Me­cha­nicz­na be­stia pę­dzi­ła na prze­łaj, prze­ska­ku­jąc głazy i roz­pa­dli­ny, które po­jaz­dy Ste­inaua i De­mien­tje­wa mu­sia­ły omi­jać.

Gi­gan­tycz­ny lej Obiek­tu zwę­ża­ją­cą się spi­ra­lą wrzy­nał się w po­wierzch­nię Marsa na głę­bo­kość już sze­ściu ki­lo­me­trów. Na głę­bo­ko­ści dzie­się­ciu, gdzie za­czy­na­ły się złoża gra­wi­to­nu, miał zna­leźć się po­tęż­ny re­ak­tor Kal­wit­za, zmo­dy­fi­ko­wa­ny zgod­nie z kon­cep­cją Wol­fra­ma. Urzą­dze­nie sław­ne­go wy­na­laz­cy, roz­sz­cze­pia­ją­ce jądro gra­wi­to­nu, po­zwa­la­ło wy­twa­rzać do­dat­ko­wą gra­wi­ta­cję na ma­łych cia­łach ko­smicz­nych, ale kwe­stia zu­ży­cia rzad­kie­go w ga­lak­ty­ce mi­ne­ra­łu, któ­rej fre­iherr von Kal­witz nie zdą­żył roz­wią­zać, spra­wi­ła, że spra­wę za­rzu­co­no, choć sam po­mysł wy­ko­rzy­sta­no do stwo­rze­nia bom­bar­dy gra­wi­ta­cyj­nej.  Äuel in­te­re­so­wał się te­ma­tem od dłuż­sze­go czasu, nie zwie­rza­jąc się z tym ni­ko­mu oprócz Me­lia­ne. „Kwe­stia zu­ży­cia gra­wi­to­nu” była bo­wiem w śro­do­wi­sku aka­de­mic­kim sy­no­ni­mem za­gad­ki nie do roz­wią­za­nia. Ale czyż po­mysł Kal­wit­za nie ucho­dził rów­nież za sza­lo­ny, póki nie zo­stał zre­ali­zo­wa­ny w me­ta­lu i świat nie uj­rzał jeźdź­ca ob­jeż­dża­ją­ce­go wo­ko­ło aste­ro­idę?

Skwa­śnia­li nu­dzia­rze, trzy­dzie­ści lat z rzędu czy­ta­ją­cy swoje po­żół­kłe skryp­ty, nie ro­zu­mie­li wi­zjo­ne­rów, bali się te­ma­tów, nie gwa­ran­tu­ją­cych awan­sów i ty­tu­łów na­uko­wych. Me­lia­ne tak się od nich róż­ni­ła! Ich mi­łość za­czę­ła się z roz­mów o nauce, wy­na­laz­kach i tech­no­lo­giach. O uczu­ciach nie roz­ma­wia­li, szko­da czasu! W ogóle samo roz­ma­wia­nie z hra­bian­ką Im­la­dris by­wa­ło dość oso­bli­we. Od czasu do czasu, nie­kie­dy w po­ło­wie zda­nia, na­wie­dza­ły ją po­my­sły do­ty­czą­ce ko­lej­ne­go ge­nial­ne­go pro­gra­mu. Wów­czas uno­si­ła dłoń i trze­po­ta­ła pa­lusz­ka­mi koło ucha, co było sy­gna­łem dla sto­ją­cej za fo­te­lem fa­mu­lu­ski, która nie­zwłocz­nie po­da­wa­ła jej opra­wio­ny w sre­bro ta­blet. Pew­ne­go razu nawet po­rzu­ci­ła ta­niec pod­czas balu uczel­nia­ne­go i po­bie­gła w kąt, gdzie stała słu­żą­ca, zo­sta­wiw­szy ka­wa­le­ra na środ­ku sali z roz­dzia­wio­ną gębą. Za­ję­ta pi­sa­niem ko­lej­ne­go pro­gra­mu pod­czas tur­nie­ju nie za­uwa­ży­ła, że ry­cerz po­chy­lił kopię, żeby ona za­wią­za­ła na niej swoją wstę­gę. Zresz­tą wszyst­kie te dzi­wac­twa ucho­dzi­ły Me­lia­ne pła­zem z po­wo­du wy­so­kie­go ty­tu­łu i nie­kwe­stio­no­wa­ne­go ta­len­tu.

 

Ro­bo­koń pę­dził przez mar­sjań­skie pust­ko­wia, cięż­ko ude­rza­jąc o zie­mię me­ta­lo­wy­mi pod­ko­wa­mi na sprę­ży­stym two­rzy­wie kopyt. Baron po­chy­lił wy­ima­gi­no­wa­ną kopię z trze­po­czą­cą wstę­gą Me­lia­ne i po­grą­żył się we wspo­mnie­niach.  

 

Tur­nie­jo­wy grot pre­cy­zyj­nie tra­fił w „żabi pysk” prze­ciw­ni­ka. Wy­rwa­ny z sio­dła pro­rek­tor fik­nął w po­wie­trzu i grzmot­nął na żwir areny. Przed­tem von Äuel uczest­ni­czył w tur­nie­jach głów­nie dla pod­trzy­ma­nia kon­dy­cji, lecz tego dnia było ina­czej. Zde­cy­do­wa­ny uczy­nić Me­lia­ne kró­lo­wą mi­ło­ści i pięk­na po­wa­lał jed­ne­go prze­ciw­ni­ka za dru­gim. Pro­rek­tor był dla Wol­fra­ma żad­nym prze­ciw­ni­kiem,  jak zresz­tą i więk­szość wy­kła­dow­ców uni­wer­sy­te­tu. Po­waż­niej­sze we­zwa­nie sta­no­wi­li stu­den­ci, zwłasz­cza ci z in­nych pla­net. Śro­do­wi­sko aka­de­mic­kie Vul­ka­nii nie wy­róż­nia­ło się du­chem ry­cer­skim, co było ty­po­we dla pla­net nie­daw­no zre­feu­da­li­zo­wa­nych. Pół­to­ra stu­le­cia w Rze­szy jesz­cze nie prze­ku­ły Vul­kan­czy­ków na po­do­bień­stwo zdo­byw­ców, ale przy­naj­mniej część się sta­ra­ła speł­niać wy­ma­ga­nia.

Zgo­dzi­ła się wyjść za niego. Tak po pro­stu, przy kawie, w środ­ku roz­mo­wy o kom­pu­te­ro­wym ste­ro­wa­niu re­ak­to­ra­mi nu­kle­ar­ny­mi. Było im tak do­brze, że Wol­fram pół­żar­tem po­wie­dział: „Ro­zu­mie­my się tak do­sko­na­le, iż po­ślu­bił­bym moją panią bez za­sta­no­wie­nia”.

Me­lia­ne spoj­rza­ła na niego uważ­niej. Od­wza­jem­nił spoj­rze­nie. Ich oczy się spo­tka­ły. Po chwi­li dziew­czy­nę zalał ru­mie­niec. Spu­ści­ła oczy. „Tak” po­wie­dzia­ła cicho.

 Boże! Tak! Ponad wszyst­kie na­dzie­je. Oczy­wi­ście, ist­nia­ły jesz­cze różne „jeśli” ze stro­ny ro­dzin, ale wszyst­kie do po­ko­na­nia. Wpraw­dzie Me­lia­ne była naj­star­szym dziec­kiem, sto­lec dzie­dzi­czył jej brat, a jej samej po­zwo­lo­no swo­bod­nie zaj­mo­wać się nauką, wy­łą­cza­jąc z po­li­ty­ki ma­try­mo­nial­nej hrab­stwa. Zatem ślub ze sto­ją­cym o jeden sto­pień niżej ba­ro­nem z tegoż śro­do­wi­ska na­uko­we­go nie bę­dzie ra­żą­cym me­za­lian­sem.

Z kolei ród von Äuel po­cho­dził z Al­de­ba­ra­na, z oj­czy­zny Kal­wit­za, dokąd jego przod­ko­wie do­tar­li wprost z Rigla. Na Vul­ka­nię Äuelo­wie przy­by­li jako zwy­kli ry­ce­rze, lecz wal­cząc w woj­nach pod­bo­ju i po­dzia­łu u boku jed­ne­go z przy­szłych hra­biów, do­ro­bi­li się wła­sne­go pań­stwa sta­no­we­go. Ślub z Vul­kan­ką, na­ru­szał tra­dy­cję ich ro­dzi­ny, gdyż męż­czyź­ni von Äuel za­wsze że­ni­li się z ril­gerdz­ki­mi ko­bie­ta­mi, choć­by na­rze­czo­nych na­le­ża­ło spro­wa­dzać z innej pla­ne­ty. Dzię­ki temu sam Wol­fram był po­staw­nym nie­bie­sko­okim blon­dy­nem z ide­al­nie okrą­gły­mi usza­mi. Sta­ran­ne wy­cho­wa­nie do­peł­nia­ło jego wzor­co­wo ril­gerdz­ki wi­ze­ru­nek. Wy­mo­wa jak w ce­sar­skiej sto­li­cy, zero lo­kal­nych na­le­cia­ło­ści, po­ezja, mu­zy­ka i cnoty ry­cer­skie.

Wol­fram uśmiech­nął się, wspo­mi­na­jąc, z jakim pa­to­sem pani matka o tym roz­pra­wia­ła. Z jej stro­ny można było spo­dzie­wać naj­więk­sze­go oporu, pan oj­ciec pa­trzył na te spra­wy bar­dziej prag­ma­tycz­nie. Per­spek­ty­wa wże­nie­nia syna w ro­dzi­nę hra­biow­ską, jedną z naj­po­tęż­niej­szych na pla­ne­cie, prze­ma­wia­ła do jego am­bi­cji i wy­obraź­ni.

– No wiesz, moja pani – rzekł stary baron, przy­gła­dza­jąc siwy, szorst­ki wąs – sądzę, że nie od­stą­pi­my od tra­dy­cji na­sze­go rodu, jeśli po­zwo­li­my Wol­fra­mo­wi po­ślu­bić hra­bian­kę Im­la­dris. Prze­cież Gu­staw, nasz głów­ny dzie­dzic, już się oże­nił z panną z Rigla, więc naj­wyż­szy czas po­my­śleć o ko­nek­sjach…

 

Jeź­dziec wzle­ciał na szczyt ko­lej­ne­go wznie­sie­nia i nagle zna­lazł się na skra­ju urwi­ska. Ro­bo­koń ostro za­ha­mo­wał, wy­rzu­ca­jąc spod przed­nich kopyt fon­tan­ny żwiru i ka­my­ków. Impet rzu­cił ba­ro­nem o wy­so­ki, przed­ni łęk ko­pij­ni­cze­go sio­dła, a w słu­chaw­kach ska­fan­dra roz­le­gło się ostrze­gaw­cze rże­nie wierz­chow­ca. Ska­ner te­re­nu za późno wy­krył urwi­sko i prze­oraw­szy żwir przed­nie nogi stra­ci­ły opar­cie. W nor­mal­nych wa­run­kach na­le­ża­ło wyjąć nogi ze strze­mion, rzu­cić cugle i ze­sko­czyć z koń­skie­go grzbie­tu, by nie po­le­cieć wraz z wierz­chow­cem na łeb na szyję. Ro­bo­koń wy­emi­to­wał uprze­dza­ją­ce chrap­nię­cie, przy­siadł i po­tęż­nie wybił się w po­wie­trze. Wol­fram odbił się od jesz­cze wyż­sze­go tyl­ne­go łęku i wy­pro­sto­wał się w sio­dle, na­prę­ża­jąc nogi przed twar­dym lą­do­wa­niem, al­bo­wiem wy­so­kość na oko wy­no­si­ła około dzie­się­ciu me­trów. To było sporo nawet dla Marsa. „Jak­bym sko­czył w zam­ko­we­go muru po za­chod­niej stro­nie” – po­my­ślał fre­iherr wspo­mi­na­jąc ro­dzi­mą sie­dzi­bę i pa­trząc na szyb­ko zbli­ża­ją­cą się glebę. W dwóch me­trach od niej ro­bo­koń od­pa­lił ukry­te w koń­czy­nach ła­dun­ki ha­mul­co­we i opadł na zie­mie lekko, jakby prze­sa­dził za­le­d­wie me­tro­wy ży­wo­płot w parku.

„Och, żeby ktoś wy­na­lazł spo­sób na zmięk­cze­nie upad­ków ży­cio­wych” – wes­tchnął baron. Bli­skie szczę­ście z Me­lia­ne, było na wy­cią­gnię­cie ręki, lśnią­ce i mi­go­cą­ce ni­czym krysz­ta­ło­wy wazon, lecz nie­mal w ostat­niej chwi­li los roz­trza­skał je na mnó­stwo ostrych odłam­ków. Śmierć jej ojca, hra­bie­go Im­la­dris, ża­ło­ba, głu­pia wojna roz­pę­ta­na przez brata, klę­ska i wresz­cie ręka Me­lia­ne w roli ostat­niej deski ra­tun­ku dla gi­ną­ce­go hrab­stwa.

 

Gdy do­wie­dział się, że do kam­pu­su uni­wer­sy­tec­kie­go przy­by­ła hra­bi­na Im­la­dris, któ­rej ledwo udało się zbiec z ob­lę­żo­nej sto­li­cy, po­czuł zimno i ucisk w sercu. Do­my­ślał się, po co przy­je­cha­ła. Do­siadł Aman­ta i po­je­chał do pa­ła­cy­ku uko­cha­nej. Była już noc, ale pełny księ­życ, za­le­wał kam­pus swym chłod­nym, nie­po­ko­ją­cym świa­tłem. Za­trzy­mał się w gę­stym cie­niu wiel­kie­go pła­ta­na i nie zsia­da­jąc z konia, przez oświe­tlo­ne okna dru­gie­go pię­tra ob­ser­wo­wał scenę z udzia­łem matki i córki. Matkę do­strze­gał głów­nie jako mio­ta­ją­cy się cień na prze­ciw­le­głej ścia­nie. Wi­dział Me­lia­ne opar­tą o ścia­nę, z unie­sio­ną głową. Bar­dziej do­po­wia­dał sobie niż z tej od­le­gło­ści wi­dział jej za­ci­śnię­te  usta i na­bie­ga­ją­ce łzami oczy. Pa­trzył na jej od­sło­nię­te gar­dło. Wła­ści­wie to ono mu wszyst­ko po­wie­dzia­ło – co­kol­wiek powie, czy nie powie nic – wynik tej walki jest prze­są­dzo­ny. Taki jest los księż­nicz­ki. I tak długo przed nim ucie­ka­ła. Kiedy spu­ści­ła głowę, wie­dział, że jest po wszyst­kim. Od­je­chał w ciem­ność.

Czło­wiek z gminu, albo nawet zwy­kły ry­cerz, mógł­by za­py­tać, dla­cze­go nie wal­czył o swoje szczę­ście, lecz baron Wol­fram stał wy­star­cza­ją­co wy­so­ko, by zda­wać sobie spra­wę z re­aliów życia wiel­kich rodów. Usi­łu­jąc we­drzeć się mię­dzy Me­lia­nę i jej prze­zna­cze­nie tylko po­mno­żył­by cier­pie­nie uko­cha­nej. Zatem od­szedł, wy­je­chał z mia­sta, tak by nie mu­sia­ła się z nim spo­ty­kać i tłu­ma­czyć. Mo­dlił się, żeby miała siły roz­po­cząć nowe życie bez niego. Szko­da, że na za­wsze odej­dzie ta uczo­na dziew­czyn­ka, bez­tro­sko prze­ry­wa­ją­ca ta­niec, bo na­wie­dził ją cie­ka­wy po­mysł. Daj Boże, żeby w życiu wiel­kiej pani, peł­nym po­li­ty­ki, in­tryg i na­pięć zo­sta­ło tro­chę miej­sca dla umi­ło­wa­nej nauki! Daj Boże!

A co z nim? Uża­la­nie się nad sobą było nie­god­ne ry­ce­rza. Wol­fram za­wsze gar­dził sła­be­usza­mi, bia­do­lą­cy­mi nad swym losem i śmiał się z sza­leń­ców mi­ło­ści z ham­har­skich po­ema­tów, prze­le­wa­ją­cych łzy roz­pa­czy na pust­ko­wiu. A teraz w jego pier­si ziała ogrom­na wyrwa. Ob­ja­śnie­nia, które prze­ko­ny­wa­ły rozum nie po­cie­sza­ły serca, w któ­rym bu­szo­wa­ło tor­na­do sple­cio­ne z roz­pa­czy, buntu i wście­kło­ści.

Duma nie po­zwa­la­ła mu szu­kać po­cie­sze­nia na dnie kie­li­cha i w łożu la­dacz­ni­cy. Na za­ję­ciach na­uko­wych nie mógł się sku­pić. Wście­kłość szu­ka­ła uj­ścia, a pust­ka w duszy wo­ła­ła o śmierć. „Wojna, czy klasz­tor?” – za­sta­na­wiał się. Od­po­wied­niej wojny w po­bli­żu nie było, a gdyby nawet była, jako baron nie mógł się do niej włą­czyć po któ­rej­kol­wiek stro­nie bez kon­se­kwen­cji dla su­ze­re­na i wła­sne­go rodu. Bę­dzie szu­kać śmier­ci na innej pla­ne­cie. W my­ślach już pę­dził do ataku, a pół­to­rak dziad­ka dra­pież­nie bły­skał w pro­mie­niach ob­ce­go słoń­ca. Z takim po­sta­no­wie­niem prze­kro­czył próg domu.

Służ­ba scho­dzi­ła mu z drogi. Zaraz włą­czy kom­pu­ter i spraw­dzi gdzie się leją… Przy biur­ku ktoś sie­dział. Ko­bie­ta. Me­lia­ne? Jak? Nie­moż­li­we. Za­po­mniał, że na świe­cie są też inne nie­wia­sty. Dama w po­dróż­nej sukni po­wsta­ła z fo­te­la i ob­ró­ci­ła do niego, od­kry­wa­jąc ob­ję­cia. Mama. Przy­je­cha­ła na­tych­miast, jak tylko usły­sza­ła o klę­sce Im­la­dryj­czy­ków. Przy­tu­li­ła go bez słowa. Zatem klasz­tor.

Opat wy­słu­chał spo­wie­dzi Wol­fra­ma, po czym wy­słał go do łu­pa­nia ka­mie­ni na bu­do­wę wieży do wy­pa­la­nia wap­nia. Wście­kłość ucho­dzi­ła przez młot w rę­kach, a zmę­cze­nie od­bie­ra­ło ostrość złym my­ślom. Wy­zu­ty z po­wierz­chow­nych emo­cji śpiew mni­chów po­ru­szał ja­kieś głęb­sze po­kła­dy duszy, od­ry­wał od nie­do­li do­cze­snej i skła­niał do opła­ki­wa­nia wła­snej grzesz­no­ści i upad­ku ro­dza­ju ludz­kie­go. Baron za­czął po­strze­gać szczę­ście jako atry­but życia wiecz­ne­go, cza­sa­mi w dro­dze wy­jąt­ku, pusz­cza­ją­cy przy­pad­ko­we pro­mie­nia na ten padół łez.

Praca fi­zycz­na po­bu­dza­ła krą­że­nie i mózg za­czę­ły znowu po­ja­wiać świe­że kon­cep­cję na­uko­we. Myśli ba­ro­na znowu krą­ży­ły wokół re­ak­to­ra Kal­wit­za. Wiel­ce obie­cu­ją­cy po­mysł roz­bił się o kwe­stię zu­ży­cia gra­wi­to­nu przez ze­wnętrz­ne mo­du­ły „na­świe­tla­ją­ce” pro­mie­nia­mi roz­pa­du tej rzad­kiej sub­stan­cji „do­cią­ża­ny” obiekt. Wy­na­laz­ca za­pew­niał, że roz­wią­że ten pro­blem, lecz stra­cił życie, zanim to zro­bił.  Choć me­to­da nie­wąt­pli­wie dzia­ła­ła, kosz­ta eks­plo­ata­cji czy­ni­ły ją bez­u­ży­tecz­ną, wy­jąw­szy stwo­rze­nie bom­bard gra­wi­ta­cyj­nych, bu­rzą­cych mia­sta na pod­bi­ja­nych pla­ne­tach przez krót­ko­trwa­łe skoki siły cią­że­nia. To, do czego była opra­co­wa­na – czyli do ter­ra­for­ma­cji le­żą­cych w stre­fie życia księ­ży­ców i po­mniej­szych pla­net – nadal po­zo­sta­wa­ło poza za­się­giem.

„A jeśli zajść z innej stro­ny? – my­ślał Wol­fram, leżąc na twar­dej pry­czy w klasz­tor­nej celi – jeśli umie­ścić re­ak­tor we­wnątrz pla­ne­ty i za­ini­cjo­wać pro­ces w roz­le­głych acz ubo­gich zło­żach, gdzie nie opła­ca się wy­do­by­cie? Re­ak­cja ni­skiej in­ten­syw­no­ści, to­czą­ca się w środ­ku pla­ne­ty może też roz­grzać jej jądro i wzmoc­nić pole ma­gne­tycz­ne!”

Wsko­czył na równe nogi i od­pa­lił świe­cę od lamp­ki oliw­nej przed wi­ze­run­kiem Maryi. Za­siadł przy stole. Pióro za­zgrzy­ta­ło po pa­pie­rze. W noc­nej ciszy myśl bez prze­szkód ukła­da­ła się w zda­nia a de­ta­le kon­cep­cji zaj­mo­wa­ły swe miej­sce w po­wsta­ją­cej ca­ło­ści. O brza­sku zarys pro­jek­tu był gotów. Wol­fram po­sta­no­wił prze­spać się do jutrz­ni, ale obu­dził się do­pie­ro jak za­dzwo­ni­li na mszę.

Opat za­uwa­żył w ba­ro­nie zmia­nę, do­strzegł cel i wolę życia. Choć ten nadal był nie­szczę­śli­wy i zha­ra­ta­ny, jak po­strze­la­na przez tre­busz zam­ko­wa wieża, nie przy­po­mi­nał już jed­nak bez­kształt­nej kupy gruzu, jaką zwa­lił się tu przed dwoma ty­go­dnia­mi. Odtąd Wol­fram po­po­łu­dnia­mi mógł pra­co­wać nad swoim pro­jek­tem, który coraz bar­dziej kry­sta­li­zo­wał się w gło­wie. Praca wcią­ga­ła go w swe tryby i on był temu rad. Cza­sa­mi za­po­mi­nał o cza­sie i nie sły­szał dzwo­nu na kom­ple­tę, a kładł się do­pie­ro po nok­tur­nie. Po ty­go­dniu zro­bił już wszyst­ko, co mógł  bez kom­pu­te­ra i do­stę­pu do baz da­nych. Po­szedł do opata po bło­go­sła­wień­stwo na opusz­cze­nie klasz­to­ru i po­wrót na uni­wer­sy­tet.

– Myślę, że już mogę pana bez­piecz­nie wy­pu­ścić, ba­ro­nie – po­wie­dział mnich po tym jak po­bło­go­sła­wił go oszczęd­nym ru­chem ko­ści­stej ręki. Ry­cerz zwró­cił uwagę, że opat znowu ty­tu­ło­wał go ba­ro­nem, choć jego jesz­cze wczo­raj na­zy­wał go bra­tem Wol­fra­mem. Tro­chę go to za­bo­la­ło, w oku za­krę­ci­ła się łza.

– Ojcze, od­cho­dzę, ale po­zo­sta­wiam tu ka­wa­łek swej duszy. 

– Radzę trzy­mać duszę w jed­nym ka­wał­ku. Cie­szę się, że mo­gli­śmy pomóc.

Wol­fram wy­szedł na dzie­dzi­niec, gdzie cze­kał na niego osio­dła­ny Amant, trzy­ma­ny za uzdę przez brata eko­no­ma. Lekko wsko­czył na grzbiet wierz­cho­wa i od­bie­ra­jąc cugle z rąk mni­cha, wrę­czył mu mie­szek wy­pcha­ny zło­ty­mi so­li­da­mi –  nędz­ne po­dzię­ko­wa­nie za ura­to­wa­nie życia i być może duszy. Ru­szył stępa, że­gna­ny śpie­wem mni­chów, do­la­tu­ją­cym z ko­ścio­ła klasz­tor­ne­go. Przy­sta­nął, żeby do­słu­chać do końca se­kwen­cji, wes­tchnął, prze­że­gnał się i po­pę­dził konia.

 

Ro­bo­koń wy­szedł na pro­stą i le­ciał na­przód w wy­cią­gnię­tym ga­lo­pie. W kil­ku­dzie­się­ciu me­trach z pra­wej i lewej ku­rzy­ły po­jaz­dy De­mien­tje­wa i Ste­inau.

Gą­sie­ni­co­wy po­jazd pro­fe­so­ra po­zo­sta­wał nieco w tyle wzglę­dem czte­ro­ko­łow­ca urzęd­ni­ka i nie miał szans z ro­bo­ko­niem ba­ro­na. Von Ste­inau za­uwa­żył do­ga­nia­ją­ce­go jeźdź­ca i dodał „gazu”, ale na mo­ment się roz­ko­ja­rzył i na­le­ciał kołem na więk­szy ka­mień. Po­jazd pod­sko­czył i pra­wie się wy­wró­cił. Gru­bas z Ma­la­gry zdo­łał go jed­nak opa­no­wać, szyb­ko prze­no­sząc wagę swego ciała na drugą stro­nę, ale stra­cił pręd­kość. Baron wy­su­nął się na pro­wa­dze­nie. Po­ko­na­ni ry­wa­le po­ma­cha­li mu rę­ka­mi i skrę­ci­li w stro­ny mia­stecz­ka star­sze­go per­so­ne­lu bu­do­wy. Ro­bo­koń zwol­nił i nie­śpiesz­nym truch­tem zbli­żył się do kra­wę­dzi gi­gan­tycz­ne­go wy­ko­pu.

Mro­wie ludzi w ta­nich, ro­bo­czych ska­fan­drach wgry­za­ło się w skałę oskar­da­mi, ła­do­wa­ło grunt na tacz­ki, ob­słu­gi­wa­ło taśmy trans­por­to­we. Nie­opo­dal leju z urob­ku sy­pa­no sztucz­ne wzgó­rze, na któ­rym miała sta­nąć for­te­ca strze­gą­ca Obiek­tu. Na drugą hałdę skła­da­no ka­mie­nie zdat­ne do bu­do­wy tejże for­te­cy i przy­szłe­go mia­sta oto­czo­ne­go po­dwój­ny­mi mu­ra­mi. Oczy­wi­ście z wiel­ki­mi ko­par­ka­mi, ja­kich się używa w ko­pal­niach od­kryw­ko­wych, prace po­su­wa­ły­by się szyb­ciej, ale na po­bli­skim Wcie­le­niu przy­mie­ra­ło gło­dem mnó­stwo ludzi, nie zna­ją­cych żad­ne­go uży­tecz­ne­go rze­mio­sła, nie­przy­dat­nych w rol­nic­twie ani na woj­nie. Trze­ba było zna­leźć im ja­kieś za­ję­cie. Oprócz biu­ro­we­go plank­to­nu było wśród nich sporo przed­sta­wi­cie­li tak zwa­nej klasy kre­atyw­nej. Teraz ręcz­nie kre­owa­li nową rze­czy­wi­stość. Tak po­wie­dział Karl von Dun­kel­wald, fre­iherr z Al­de­ba­ra­na, po­sia­dacz dru­gie­go ro­bo­ko­nia na Mar­sie.

W obec­no­ści tego za­gad­ko­we­go czło­wie­ka Wol­fram czuł się nie­swo­jo, choć byli do sie­bie pod wie­lo­ma wzglę­da­mi po­dob­ni. Al­de­ba­rań­czyk rów­nież po­cho­dził ze sta­rej ril­gerdz­kiej ro­dzi­ny, był blon­dy­nem po­dob­ne­go wzro­stu, tylko nosił dłu­gie włosy. Długi, orli nos roz­dzie­lał duże sta­lo­wo­sza­re oczy. Mało po­wie­dzieć, że był przy­stoj­ny – był pięk­nym ry­ce­rzem, o peł­nych wdzię­ku, pre­cy­zyj­nych ru­chach, nie­ska­zi­tel­nych ma­nie­rach i bar­dzo, ale to bar­dzo kon­tro­wer­syj­nej re­pu­ta­cji. Mó­wio­no, że zo­stał ska­za­ny na ścię­cie za or­ga­ni­za­cję spi­sku prze­ciw­ko swej pani, ale zszedł z sza­fo­tu wolno, ura­to­wa­ny przez mi­łość pew­nej dzie­wi­cy. Po­wia­da­no, iż oże­niw­szy się z nią z musu, trak­to­wał bie­dacz­kę bar­dzo źle, a w końcu nawet opu­ścił Al­de­ba­ran, po to by zo­stać szpie­giem na pla­ne­cie Wcie­le­nia w ra­mach przy­go­to­wa­nia in­wa­zji. O jego wy­czy­nach tam krą­ży­ły le­gen­dy. Nie wia­do­mo, co tam na niego wpły­nę­ło, ale zmie­nił swój sto­su­nek do mał­żon­ki, którą  trak­to­wał teraz z wiel­kim sza­cun­kiem i ga­lan­te­rią. Kiedy wy­star­to­wał pro­jekt mar­sjań­ski zo­stał po­pro­szo­ny o pomoc w re­kru­ta­cji ro­bot­ni­ków z Wcie­le­nia, gdyż znał się na tam­tej­szych spra­wach. Zgo­dził się i przy­jął sta­no­wi­sko peł­no­moc­ni­ka do spraw nie­wy­kwa­li­fi­ko­wa­nej siły ro­bo­czej. W ten spo­sób zo­stał wład­cą stu dwu­dzie­stu ty­się­cy ko­pa­czy, miesz­ka­ją­cych w wiel­kich han­ga­rach na róż­nych po­zio­mach spi­ral­nie opa­da­ją­ce­go wy­ko­pu.

A oto i on. O wilku mowa.

Dun­kel­wald je­chał stępa wzdłuż kra­wę­dzi wy­ko­pu. Jego ro­bo­koń był wy­sty­li­zo­wa­ny pod ru­ma­ka w la­drze, a ska­fan­der imi­to­wał zbro­ję z modną na Al­de­ba­ra­nie przy­łbi­cą typu bi­co­que. Wszyst­ko w ko­lo­rze czar­nym. Wy­glą­dał zło­wiesz­czo i chyba o to mu cho­dzi­ło. Zbli­żyw­szy się do Wol­fra­ma na od­le­głóść trzech koń­skich kor­pu­sów Karl do­tknął rę­ka­wi­cą osło­ny hełmu, która na­tych­miast stała się prze­zro­czy­sta. Czar­ny ro­bo­koń wy­ko­nał po­pi­so­wy ukłon, przy­pa­da­jąc na jedno przed­nie ko­la­no, zaś jeź­dziec opi­sał ręką sze­ro­ki łuk, jakby miał w niej ka­pe­lusz z pió­rem. Vul­kań­ski baron mi­mo­wol­nie od­wza­jem­nił szel­mow­ski uśmiech Al­de­ba­rań­czy­ka.

Czo­łem, ba­ro­nie! – po­wie­dzie­li oby­dwaj fraj­her­rzy jed­no­cze­śnie i się ro­ze­śmia­li. Ru­szy­li razem wzdłuż kra­wę­dzi urwi­ska. Karl od czasu do czasu zer­kał na ma­lut­kie po­sta­cie dwu­noż­nych mró­wek nie­prze­rwa­nym po­to­kiem peł­zną­ce po wi­ją­cej spi­ral­nie dro­dze do i z cze­lu­ści gi­gan­tycz­ne­go wy­ko­pu. Wol­fram sta­rał się nie pa­trzeć w tę stro­nę.

– Kiedy miesz­ka­łem na Wcie­le­niu, żyłem ich ży­ciem i nie czu­łem wobec nich nic, oprócz nie­skoń­czo­nej po­gar­dy – za­czął Dun­kel­wald – oraz iry­ta­cji, do­cho­dzą­cej cza­sem do żądzy mordu. To było je­dy­ną trud­no­ścią w całej misji, al­bo­wiem bycie szpie­giem mo­car­stwa, o ist­nie­niu któ­re­go nikt nie wie, jest rów­nie łatwe, jak dla dia­bła ma­ni­pu­lo­wa­nie ża­ło­sny­mi osob­ni­ka­mi, któ­rzy w niego nie wie­rzą. Naj­więk­szych wy­sił­ków wy­ma­ga­ło ode mnie po­wstrzy­my­wa­nie od za­mor­do­wa­nia przed cza­sem ko­bie­ty, z którą żyłem. Miała dom, pie­nią­dze, przy­dat­ne zna­jo­mo­ści oraz kre­tyń­skie imię – TJ. Mo­żesz sobie wy­obra­zić?

– Udało się? – za­py­tał z grzecz­no­ści Äuel.

– Co?

– Nie za­mor­do­wać tej ko­bie­ty.

– Ow­szem. Kiedy prze­sta­ła być po­trzeb­na, mo­głem się jej po­zbyć, nie bio­rąc grze­chu na duszę. W ostat­niej chwi­li przy­po­mnia­łem sobie o ta­kiej moż­li­wo­ści. Po pro­stu ru­szy­łem dalej swoją drogą.

– Wy­trą­ci­łem cię z te­ma­tu, prze­pra­szam. Mó­wi­łeś o po­gar­dzie.

– No tak. Od­czu­wa­łem po­gar­dę. Póź­niej, na Al­de­ba­ra­nie, spo­wied­nik ob­ja­śnił mi, że to nie­wła­ści­we. – Karl mówił nie zdra­dza­jąc ja­kich­kol­wiek emo­cji, jakby spra­wa do­ty­czy­ła sto­so­wa­nia mydła. – Nie mam prawa nikim gar­dzić, skoro je­stem grzesz­ni­kiem. Mu­sia­łem się z nim zgo­dzić.

Mimo ponad rocz­nej zna­jo­mo­ści, Wol­fram nie po­tra­fił przy­zwy­cza­ić się do zwie­rzeń Dun­kel­wal­da. Były jed­no­cze­śnie prze­ra­ża­ją­co szcze­re i nie mniej strasz­li­wie teo­re­tycz­ne. Nie wia­do­mo dla­cze­go ten dziw­ny czło­wiek wy­brał go na po­wier­ni­ka swo­ich ta­jem­nic. Może dla­te­go, że był sa­mot­ny, a może dla­te­go, że byli sobie równi i w czymś po­dob­ni.

– Za­py­ta­łem, czy można to na­pra­wić. Można, po­wie­dział, jeśli wy­ka­żę wobec nich em­pa­tię. Ale jak, skoro jej nie od­czu­wam? Rób tak, tak jak­byś im współ­czuł. Okaż tro­skę. Łatwo po­wie­dzieć! Ale zna­la­złem roz­wią­za­nie. Za­bra­łem tu swoją Lu­it­gar­dę, jest w tym dobra, w końcu wy­cią­gnę­ła mnie spod mie­cza ka­tow­skie­go. Więc ona współ­czu­je, a ja dzia­łam.

Wol­fram nie sko­men­to­wał tej me­to­dy współ­czu­cia, więc Karl kon­ty­nu­ował swój wywód.

– Tutaj po­wi­nie­nem czuć wy­rzu­ty su­mie­nia, bo wy­ko­rzy­stu­ję ko­cha­ją­cą ko­bie­tę jako swego ro­dza­ju za­stęp­czy organ. Do tego sie­dzi tu ze mną przy tej, nie przy­mie­rza­jąc, dziu­rze.

– Zdaje mi się, że jest przy tobie szczę­śli­wa – wtrą­cił Wol­fram.

– Nie sądzę, żeby kto­kol­wiek mógł być przy mnie szczę­śli­wy, ale mnie kocha, to pewne. A ja sta­ram się być wdzięcz­ny. Z kolei ci tam – Karl ski­nął na Obiekt – co­kol­wiek bym dla nich zro­bił, i tak mnie nie­na­wi­dzą.

Dun­kel­wald prze­szedł na swoje ko­lej­ne po­my­sły ulep­sze­nia wa­run­ków by­to­wa­nia nie­na­wi­dzą­cych go ko­pa­czy. Ro­bo­ko­nie zsyn­chro­ni­zo­wa­ły krok i szły jak na pa­ra­dzie, wy­so­ko uno­sząc ko­py­ta.

Wol­fram słu­chał wy­wo­dów Karla w pół ucha. Myśli fre­iher­ra zaj­mo­wa­ła nie­spra­wie­dli­wość losu: „Ten dziw­ny czło­wiek, ten so­cjo­pa­ta z za­sa­da­mi, jest szczę­śli­wie żo­na­ty, choć pięk­na i ko­cha­ją­ca go na zabój mał­żon­ka jest mu po­trzeb­na głów­nie w cha­rak­te­rze za­stęp­cze­go su­mie­nia. Czy jest szczę­śli­wy? Nie wiem czy takie po­ję­cie go w ogóle jest obec­ne w jego słow­ni­ku. A Lu­it­gar­da? Ow­szem, ma swego mę­żu­sia, kocha go, a on jest „wdzięcz­ny”, jak­kol­wiek to ro­zu­mieć. I są razem. Na­to­miast ja i Me­lia­ne zo­sta­li wy­dar­ci sobie mimo tak do­sko­na­łe­go ze­stro­je­nia i har­mo­nii!

 Znowu fala buntu pod­nio­sła się w jego duszy, a ręka bez­wied­nie unio­sła się ku szyi, by szarp­nąć koł­nierz ko­szu­li. Nie­na­wi­dził tych myśli i rów­nie bez­u­ży­tecz­nych, co na­tar­czy­wych ata­ków buntu. Wy­trą­ca­ły go z rów­no­wa­gi, prze­szka­dza­ły w pracy i mo­dli­twie. Po co pła­kać nad roz­la­nym mle­kiem? Czyż po­szu­ki­wa­nie szczę­ścia nie jest do­me­ną sła­be­uszy i ego­istów?

Prze­stał w ogóle słu­chać Karła, który to za­uwa­żył i za­milkł.

– Fre­iherr Wol­fram von Äuel?

Baron nie od razu za­re­ago­wał na we­zwa­nie Cen­trum łącz­no­ści Obiek­tu.

– Tak, słu­cham.

– Po­łą­cze­nie przy­cho­dzą­ce z or­bi­ty. Schlos­schiff „la Vi­ver­na” prosi o roz­mo­wę z panem.

– Co? Jaki Schloss… – nagle serce Wol­fra­ma pod­sko­czy­ło w pier­si.

„Prze­cież to sta­tek hra­biów Im­la­dris! Skoro mnie szu­ka­ją, coś stało się z Me­lia­ne! – prze­ra­ża­ją­ce przy­pusz­cze­nie za­la­ło go falą zimna – Może wspo­mnia­ła o mnie w te­sta­men­cie.”

– Po­łą­czyć! – po­wie­dział, wy­sił­kiem woli po­wstrzy­mu­jąc głos przed drże­niem.

– Ba­ro­nie, tu Tomas von Thas­se, ka­pi­tan „Vi­ver­ny”. Nasza pani Me­lia­ne, hra­bi­na Im­la­dris-Ga­stal­do pra­gnie z panem roz­ma­wiać.

Zanim zdą­żył od­po­wie­dzieć, w słu­chaw­kach roz­legł się nie­cier­pli­wy, dziew­czę­cy głos uko­cha­nej, przy­wo­łu­ją­cy wspo­mnie­nie fa­lu­ją­cych dzwo­nia­stych spód­nic zbie­ga­ją­cej po scho­dach hra­bian­ki.

– Wol­fra­mie! Przy­le­cia­łam do cie­bie. Nie oże­ni­łeś się jesz­cze?

– Nie – wię­cej von Äuel nie zdo­łał po­wie­dzieć. Była tutaj. Jakim cudem? Ucie­kła od męża? Rap­tem owdo­wia­ła? Mniej­sza z tym, przy­le­cia­ła do niego!

– Ka­pi­tan mówi, że wy­lą­du­je­my za go­dzi­nę. Je­steś bli­sko, mój ba­ro­nie?

– Będę tam cze­kał – wy­chry­piał Wol­fram i zgrzyt­nął ostro­ga­mi po sen­so­ro­wym bokom wierz­chow­ca. Zie­lo­ny ro­bo­koń wy­strze­lił do przo­du i, nie szczę­dząc ba­te­rii, cwa­łem po­pę­dził w stro­nę ukry­te­go za hał­da­mi urob­ku ko­smo­dro­mu.

 

Kim­ber­ly, dawna spi­ker­ka CNN, ode­bra­ła pisk sy­gna­li­za­cji ci­śnie­nio­wej ska­fan­dra z dużą ulgą. Ledwo czoł­ga­ła się ze zmę­cze­nia, a miała do prze­wie­zie­nia jesz­cze czte­ry tacz­ki ka­mie­ni, aby wy­peł­nić normę. Od­to­czy­ła wózek na pas za­pa­so­wy i przy­war­ła ple­ca­mi do ścia­ny wy­ko­pu, po­wo­li speł­za­jąc do po­zy­cji sie­dzą­cej i wy­cią­ga­jąc przed sie­bie nogi. Spoj­rza­ła w górę. Kra­wędź leju była ja­kieś sto me­trów nad nią. W tym ty­go­dniu jej bry­ga­da pra­co­wa­ła pra­wie na po­wierzch­ni. Niebo było dziś rdza­we od pyłu. Na jego tle w od­da­li, na kra­wę­dzi leju ry­so­wa­ły się dwie konne syl­wet­ki.

Ta­śmo­wa, mała Ja­nett, śmiesz­nie prze­wa­la­jąc się na boki przy­truch­ta­ła do niej z rolką taśmy mon­ta­żo­wej w ręku. W po­chwie na pasku dyn­da­ły no­ży­ce. De­her­me­ty­za­cja ska­fan­dra w wa­run­kach mar­sjań­skich nie po­wo­do­wa­ła na­tych­mia­sto­wej zguby, co po­zwa­la­ło na ich do­raź­ne ła­ta­nie. Prze­cięt­nie ska­fan­der za­czy­nał prze­cie­rać mniej wię­cej po ty­go­dniu in­ten­syw­ne­go użyt­ko­wa­nia, a po mie­sią­cu sta­wał się zbyt sztyw­ny z po­wo­du nad­mia­ru taśmy i był wy­mie­nia­ny na nowy. In­sty­tu­cja ta­śmo­wych była po­my­słem Karla, który zna­lazł w ten spo­sób za­ję­cie dla zbyt sła­bych fi­zycz­nie pra­cow­ni­ków, któ­rzy nie mieli szans wy­ro­bić normy przy trans­por­to­wa­niu urob­ku. Co kil­ka­dzie­siąt me­trów wzdłuż wi­ją­cej się spi­ral­nie drogi stał słup ob­wie­szo­ny rol­ka­mi taśmy, przy któ­rym krę­cił się pra­cow­nik, ma­ją­cy oka­zy­wać na­tych­mia­sto­wą pomoc roz­her­me­ty­zo­wa­nym ko­le­gom.

– Gdzie masz dziu­rę?

– O tutaj, na bio­drze.

Ta­śmo­wa spraw­nie owi­nę­ła sre­brzy­stą wstę­ga no­gaw­kę Kim­ber­ly, za­kle­ja­jąc prze­tar­te miej­sce. Szczęk­nę­ły no­ży­ce.

– Go­to­we!

– Po­siedź ze mną chwi­lę, ja od­sap­nę – po­pro­si­ła Kim­ber­ly – ina­czej Barry się zaraz przy­cze­pi.

– Ten skur­wiel z BLM za­cho­wu­je się jak nad­zor­ca na plan­ta­cji. – Ja­nett za­baw­nie ski­nę­ła swą małą głów­ką w wiel­kim heł­mie, zer­ka­jąc przez ramię na ro­słe­go bry­ga­dzi­stę, który prze­cha­dzał się nie­opo­dal, cały pro­mie­niu­jąc waż­no­ścią i wła­dzą.

– Wi­dzia­łam jak dzi­siaj giął się przed czar­nym jeźdź­cem, nie­wol­ni­cza dusza. Tam­ten nawet na niego nie spoj­rzał – cią­gnę­ła mała ko­bie­ta.

– Tam są – Kim wska­za­ła ręka – jeźdź­cy.

– Oby­dwaj? – zdzi­wi­ła się Ja­nett – zie­lo­ny też? To chyba jest jakiś omen!

– Te ro­bo­ty w kształ­cie koni i ska­fan­dry w kształ­cie zbroi – cóż za eks­tra­wa­gan­cja! – nie ku­pi­ła­bym tego nawet w książ­ce scien­ce fic­tion. Nawet pla­ne­ty ter­ra­for­mu­ją tylko po to, by po­bu­do­wać zamki i za­orać wszyst­ko wo­ła­mi. Jakaś pier­do­lo­na gra Car­cas­son­ne w ko­smo­sie. No dobra, Trze­ba wsta­wać.

Ja­nett pod­nio­sła się z kolan i po­da­ła rękę Kim­ber­ly. „Bę­dzie nawet ład­nie – po­my­śla­ła – jak na śre­dnio­wiecz­nej mi­nia­tu­rze z ka­len­da­rza: Tu zamek, tu rzeka, gdzieś dalej – syl­wet­ka stat­ku ko­smicz­ne­go, a na przed­nim pla­nie chłop idący za płu­giem.”

Nie po­wie­dzia­ła tego gło­śno, żeby nie draż­nić ko­le­żan­ki, któ­rej ak­cep­ta­cja nowej rze­czy­wi­sto­ści przy­cho­dzi­ła z tru­dem.

Pod­ła­ta­na Kim­ber­ly zła­pa­ła się na uchwy­ty tacz­ki. Ty­ta­no­we koło z na­pi­sem „Op­por­tu­ni­ty” za­chrzę­ści­ło, zo­sta­wia­jąc w mar­sjań­skim żwi­rze ślad swo­ich pro­tek­to­rów. Ja­nett przez chwi­lę pa­trzy­ła za ko­le­żan­ką zni­ka­ją­cą w po­to­ku po­kle­jo­nych taśmą ska­fan­drów. „Kto by mógł przy­pusz­czać, że tak bę­dzie wy­glą­dać racz­ko­wa­nie ludz­ko­ści na Mar­sie?” – po­my­śla­ła, truch­ta­jąc w stro­nę ko­lej­ne­go nie­bo­ra­ka z prze­tar­ciem na łok­ciu. Tak to­czy­ło się życie pod tro­skli­wym spoj­rze­niem sa­mot­nie sto­ją­ce­go na kra­wę­dzi urwi­ska ry­ce­rza w czar­nej zbroi.

Koniec

Komentarze

Witaj.

Miło mi znowu po­czuć spe­cy­ficz­ną at­mos­fe­rę fa­bu­ły Two­jej opo­wie­ści o Fre­de­ga­rze. :)

Ład­nie kom­po­nu­jesz wątki o emo­cjach i ta­kich zwy­czaj­nych, ludz­kich od­czu­ciach. Fan­ta­sty­ka, jak za­wsze, cie­ka­wie wple­cio­na, ory­gi­nal­na. Po­ję­cie ry­ce­rza w Two­ich tek­stach ma zgoła od­mien­ne, ar­cy­cie­ka­we zna­cze­nie. :)

W tek­ście po­ja­wi­ło się nieco spraw ję­zy­ko­wych, jak np. li­te­rów­ki, in­ter­punk­cja, mi­gnę­ło mi też całe po­wtó­rzo­ne zda­nie. 

Co do ad­no­ta­cji kon­kur­so­wej, za­zna­czo­nej ta­ga­mi, nie znam zasad, ani ter­mi­nów. :)

Po­zdra­wiam ser­decz­nie, klik. :)

 

Pe­cu­nia non olet

Po­mie­sza­nie z po­plą­ta­niem, ale czy­ta­ło się cu­dow­nie.

Przy­pa­dła mi do gustu kon­se­kwent­nie po pro­wa­dzo­na wer­sja fu­sion;)

No i ro­bo­koń bar­dzo po­ży­tecz­ny!

"nie mam jak po­rów­nać sa­mo­po­czu­cia bez ba­ła­ga­nu..." - Anan­ke

Am­bush, bruce, dzię­ku­ję za szyb­ką re­ak­cje i prze­czy­ta­nie tego dość dłu­gie­go tek­stu. No i za klika i to tak zaraz)). Kon­kurs miał miej­sce ze dwa lata temu i oczy­wi­ście dawno minął. Mia­łem wtedy ocho­tę coś ta­kie­go na­pi­sać, ale nie ze­bra­łem się. Wtedy też po­ja­wił się po­mysł wy­ko­rzy­sta­nia kółka od Op­por­tu­ni­ty dla zwy­kłej tacz­ki. Dzię­ku­ję za przy­po­mnie­nie, chcia­łem dodać ad­no­ta­cję od­no­śnie na­wią­za­nia do kon­kur­su post scrip­tum.

cool

Ozdob­ne sio­dło, wkom­po­no­wa­ne na stałe, wraz z rzę­dem za­do­wo­li­ło­by szy­ku­jącego do pa­ra­dy ge­ne­ra­ła.

– cze­goś tu bra­ku­je…

 

 Po­czu­cie krzyw­dy i roz­pacz ustą­pi­ły miej­sca smut­ku i no­stal­gii

– ko­mu-cze­mu?…

 

Uśmiech­nął się do wła­sne­go żartu – nie było tu kogo mógł­by roz­ba­wić.

– ???

 

dorobili własnego pań­stwa sta­no­we­go.

– się

 

Naj­więk­szych wy­sił­ków kosz­to­wa­ło mi nie za­mor­do­wać przed cza­sem ko­bie­tę, z którą żyłem.

– ???

 

bo wy­ko­rzy­stu­ję ko­cha­ją­cą ko­bie­tę jako swego za­stęp­czy organ.

– ???

 

i przy­wa­li­ła się do ścia­ny wy­ko­pu.

-???

 

W sumie nie­wie­le po­tknięć jak na trud­ny, nieco schi­zo­fre­nicz­ny, obraz al­ter­na­tyw­nej rze­czy­wi­sto­ści.

Ale dla­cze­go nie?…

yes

dum spiro spero

I ja dzię­ku­ję, ser­decz­nie po­zdra­wiam, po­wo­dze­nia. :)

Pe­cu­nia non olet

Fa­scy­na­to­rze, cie­szę się, że po­mysł zna­lazł Twoje uzna­nie. Za­pra­szam do lek­tu­ry Ka­be­sta­nu (jest to hi­sto­ria Me­lia­ne) i oczy­wi­ście Przy­pad­ków.

dzię­ku­ję też za uwagi. Do więk­szo­ści się za­sto­so­wa­łem, a tej nie ro­zu­miem:

 Po­czu­cie krzyw­dy i roz­pacz ustą­pi­ły miej­sca smut­ku i no­stal­gii

– ko­mu-cze­mu?…

dzię­ku­ję też za uwagi. Do więk­szo­ści się za­sto­so­wa­łem, a tej nie ro­zu­miem:

 

 Po­czu­cie krzyw­dy i roz­pacz ustą­pi­ły miej­sca smut­ku i no­stal­gii

 

– ko­mu-cze­mu?…

 

To pro­ste, po­wi­nien być ce­low­nik a nie do­peł­niacz… Czyli smut­ko­wi.

Po­zdra­wiam.

dum spiro spero

Jako za­pa­lo­na ko­nia­ra prze­czy­ta­łam z uwagi na tytuł. Każdy koń jest fajny, nawet ro­bo­koń. No i się nie po­my­li­łam. Nawet kilka po­tknięć tech­nicz­nych i ję­zy­ko­wych nie za­bu­rzy­ło mi przy­jem­no­ści czy­ta­nia.

Zu­peł­nie mój kli­mat. Przy­wo­dzi mi na myśl Sweep of the blade duetu An­drews.

Wol­fram – bar­dzo cie­ka­wa po­stać i oso­bo­wość. Mi­łość poza po­dzia­ła­mi i kwe­stia aran­ża­cji mał­żeństw – świet­ne, ja też lubię sobie brać te te­ma­ty na ta­pe­tę.

Ku­pi­łeś mnie i się­gnę po resz­tę hi­sto­rii z uni­wer­sum Wiel­kiej Rze­szy.

Koń jaki jest każdy widzi, a i tak da­ro­wa­ne­mu w zęby nie za­glą­dasz.

In­an­no, je­stem wiel­ce szczę­śli­wy, że ro­bo­ko­nie przy­pa­dły Ci do gustu. Jeśli aran­ża­cja mał­żeństw to twój temat to Ka­be­stan losu jest sam raz dla Cie­bie.

wobec jego dziar­skiej kon­cep­cji.<– dziar­skiej?

którą fre­iherr von Kal­witz nie zdą­żył roz­wią­zać<– któ­rej

nie mieli szans wy­ro­bić normę przy trans­por­to­wa­niu urob­ku <– li­te­rów­ka, normy

Bra­ku­je prze­cin­ków w kilku miej­scach.

Cie­ka­wie za­po­wia­da­ją­ce się, ale nie lubię frag­men­tów.

 

Koalo, dzię­ki za uwagi. Ge­ne­ral­nie to nie jest frag­ment, tylko sa­mo­dziel­na hi­sto­ria, choć i po­wią­za­na z in­ny­mi.

Kha­ire!

 

To moja pierw­sza stycz­ność z twoją twór­czo­ścią i już wiem, że nie­ostat­nia. Co za me­lanż! Za­le­wa­ły mnie pod­czas lek­tu­ry naj­dzik­sze sko­ja­rze­nia, nie­któ­re nomen omen z ko­smo­su… Bajki ro­bo­tów? Don Ki­chotDzie­je Tri­sta­na i Izol­dy? Jak sam to okre­śli­łeś, “Car­cas­son­ne w ko­smo­sie” – dla mnie wy­bor­ne, świe­że, in­te­li­gent­ne i za­baw­ne.

Kom­plet­nie nie ro­zu­miem, jak taki tekst może się plą­tać po po­cze­kal­ni drugi ty­dzień. Pew­nie za długi, no bo nie wiem co in­ne­go. Już szu­kam in­nych z tego uni­wer­sum :)

 

Edit: Może po­ku­tu­je tu brak jasno za­ry­so­wa­nej akcji, osta­tecz­nie jak się nad tym za­sta­no­wić, śle­dzi­my wspo­mnie­nia i prze­my­śle­nia ba­ro­na pod­czas prze­jażdż­ki i przy­pad­ko­wych spo­tkań. Mnie, jako świe­ża­ka, po­ry­wa wizja, ale może bez tego czyn­ni­ka za­sko­cze­nia można się roz­cza­ro­wać samą hi­sto­rią. Dy­wa­gu­ję…

 

D_D

Twój głos jest mio­dem... dla uszu

Duago, je­stem za­szczy­co­ny i pod­bu­do­wa­ny Twoim ko­men­ta­rzem. Nie­ste­ty więk­szość moich hi­sto­rii po­nie­wie­ra się w po­cze­kal­ni la­ta­mi. Jakoś nie tra­fiam w tu­tej­sze gusta, a może piszę przy­dłu­gie tek­sty, które bar­dziej wy­glą­da­ją na roz­dzia­ły cze­goś więk­sze­go, niż na ty­po­we opo­wia­da­nia. O po­wią­za­niach tego tek­stu z in­ny­mi na­pi­sa­łem we wstę­pie. Jest on przede wszyst­kim uzu­peł­nie­niem “Ka­be­sta­nu losu”, tam ge­ne­ral­nie wię­cej się dzie­je.

W każ­dym razie, jeśli uni­wer­sum Wiel­kiej Rze­szy cię nie roz­cza­ru­je, mogę pod­rzu­cić pa­pie­ro­wą książ­kę “Przy­pad­ków”.

Naj­więk­szą za­le­tą tego tek­stu jest świa­to­twór­stwo. Widać, że uni­wer­sum jest prze­my­śla­ne pod każ­dym aspek­tem i ujaw­nia się w każ­dym po­ja­wia­ją­cym się de­ta­lu. Nie ma rze­czy, po­sta­ci, zja­wisk, które po­ja­wia­ją się “ot, tak” – wszyst­ko ma swoje uza­sad­nie­nie w lo­gi­ce, hi­sto­rii i wszel­kich usta­lo­nych zasad, pa­nu­ją­cych w tym świe­cie. Dzię­ki temu nawet czy­ta­nie opisu wy­do­by­wa­nia ka­mie­nia jest czy­stą przy­jem­no­ścią :)

Przez to jed­nak po­sta­cie, ich cha­rak­ter, mo­ty­wa­cje, cele itd. scho­dzą gdzieś na drugi plan. Nie mówię, że ich nie ma, są, ale jed­nak mia­łem tro­chę wra­że­nie, że ist­nie­ją bar­dziej po to, by una­ocz­nić jakiś ele­ment świa­ta, niż żeby to­wa­rzy­szyć im w ich wła­snej, per­so­nal­nej opo­wie­ści. W skró­cie: to sam świat jako taki jest tu po­sta­cią wio­dą­cą, a nie np. Wol­fram. I dla mnie jest to zu­peł­nie w po­rząd­ku.

Na pewno jest tu drob­ny pro­blem z sa­mo­dziel­no­ścią tek­stu, ale to niech już oce­nią czy­tel­ni­cy, dla któ­rych jest to pierw­szy kon­takt z uni­wer­sum. Dla mnie, jako kogoś, kto już z uni­wer­sum miał do czy­nie­nia, jest to bar­dziej tekst, który roz­sze­rza znany już świat o nowe za­kąt­ki.

Po­wo­dze­nia w roz­wi­ja­niu tego fan­ta­stycz­ne­go uni­wer­sum!

Don Do­min­go, w tym co pi­szesz, jest za­pew­ne sporo racji, choć za­mie­rza­łem bar­dziej zająć się tu Wol­fra­mem, niż świa­tem. Z dru­giej stro­ny ten tekst na­le­ży do pla­no­wa­ne­go cyklu “opo­wie­ści na mar­gi­ne­sie” Przy­pad­ków Fre­de­ga­ra. Ich celem jest przed­sta­wie­nie prze­kro­ju uni­wer­sum Wiel­kiej Rze­szy, zatem po­twier­dzasz, że opo­wia­da­nie speł­nia to za­da­nie. Co do sa­mo­dziel­no­ści, to z pew­no­ścią jest ono spa­ro­wa­ne, jak słu­chaw­ki z te­le­fo­nem, z Ka­be­sta­nem losu. Bez tego trud­no zro­zu­mieć skąd w końcu opo­wia­da­nia nagle po­ja­wia się utra­co­na Me­lia­ne.

Dzię­ki za od­wie­dze­nie i wier­ne ki­bi­co­wa­nie Wiel­kiej Rze­szy.

Po­do­ba­ło mi się :) Jak się zo­rien­to­wa­łam, że to w Twoim uni­wer­sum, to się wy­stra­szy­łam, że znowu będą się tłuc i cie­szę się, że tym razem obyło się bez walk ;) Wątek mi­ło­sny i próby Wol­fra­ma, by po­ra­dzić sobie z roz­sta­niem z wy­bran­ką pa­su­ją do świa­ta. Tro­chę jak ze śre­dnio­wiecz­nych epo­sów, tylko koń­czy się le­piej :) A swoją drogą czy Me­lia­ne nie zła­ma­ła wła­śnie zasad? Tak czy siak po­pie­ram, roz­sąd­na de­cy­zja :)

Marsa w sumie było nie­wie­le, mogło się to dziać na do­wol­nej pla­ne­cie, co po tro­chu wy­ni­ka z cha­rak­te­ru uni­wer­sum, ale za­koń­cze­nie mi to wy­na­gro­dzi­ło. Cały czas za­sta­na­wia­łam się, jak wci­śniesz w tę hi­sto­rię Oppy i muszę przy­znać, że udało Ci się mnie za­sko­czyć. Par­sk­nę­łam śmie­chem, choć z dru­giej stro­ny trak­to­wa­nie ludzi jak nie­wol­ni­ków nie­spe­cjal­nie mi się po­do­ba i nie chcia­ła­bym żyć w Twoim uni­wer­sum.

Ale opko mnie wcią­gnę­ło, przy­czy­ta­łam z przy­jem­no­ścią :)

Chcia­ła­bym w końcu prze­czy­tać coś opty­mi­stycz­ne­go!

Irko, miło, że do­tar­łaś, a jesz­cze milej, że opko Ci się spodo­ba­ło. No i dzię­ki za klika.

Me­lia­ne nie zła­ma­ła zasad, bo jeśli pa­mię­tasz Ka­be­stan losu, w wy­ni­ku cięż­kich prze­żyć zo­sta­ła uwol­nio­na z obo­wiąz­ków wobec rodu męża. W tej chwi­li jest wolną ko­bie­tą i choć nosi ża­ło­bę ma otwar­te okno moż­li­wo­ści de­cy­do­wa­nia o swoim losie. Mam za­miar jesz­cze wró­cić do losów Wol­fra­ma i Me­lia­ne.

Lu­dzie nie są trak­to­wa­ni jak nie­wol­ni­cy. Są na Mar­sie do­bro­wol­nie w ra­mach “prac in­ter­wen­cyj­nych”, które mają na celu ura­to­wa­nie ich od śmier­ci gło­do­wej. Jest to coś na po­do­bień­stwo prac pu­blicz­nych Ro­osvel­ta, z cza­sów “Wiel­kiej De­pre­sji” w któ­rych za­an­ga­żo­wa­no ponad 8 mi­lio­nów bez­ro­bot­nych. Wielu to po­mo­gło prze­trwać trud­ne czasy, choć wielu też zmar­ło z po­wo­du wy­czer­pa­nia i cięż­kich wa­run­ków.

Czy­ta­ło się bar­dzo do­brze. Świet­nie umiesz opo­wia­dać hi­sto­rie i opi­sy­wać wy­my­ślo­ny świat. Choć muszę przy­znać, że nie lubię tego my­śle­nia o mię­dzy­pla­ne­tar­nych spo­łe­czeń­stwa, jakby były rodem ze śre­dnio­wie­cza.

 

Złoża gra­wi­to­nu na Mar­sie? Jądro gra­wi­to­nu? O co tu cho­dzi? Czy gra­wi­ton z Two­je­go opo­wia­da­nia jest tą samą czą­stecz­ką, która w teo­rii prze­no­si od­dzia­ły­wa­nie gra­wi­ta­cyj­ne?

 

Rigel, Be­tel­ge­za, Al­de­ba­ran – są to gwiaz­dy, które z punk­tu wi­dze­nia ziem­skie­go ob­ser­wa­to­ra wy­da­ją się być w po­bli­żu. Ale, to chyba wiesz, tak na­praw­dę nie są.

 

Po­zdra­wiam

AP, dzię­ki za od­wie­dzi­ny. Miło, że się­gną­łeś po ko­lej­ny tekst. Gra­wi­ton to wy­my­ślo­na prze­ze mnie sub­stan­cja, roz­sz­cze­pie­nie jądra któ­rej po­wo­du­je zwięk­sze­nie gra­wi­ta­cji. Zwy­kle używa się na stat­kach i sta­cjach ko­smicz­nych,, jak też w osa­dach na ma­łych pla­ne­tach. Co do od­le­gło­ści do gwiazd, to je­stem jej świa­dom. Pla­ne­ty Wiel­kiej Rze­szy są roz­rzu­co­ne po ga­lak­ty­ce dość sze­ro­ko, ale hi­per­na­pęd po­zwa­la w miarę szyb­ko do­cie­rać do każ­dej. Co do śre­dnio­wie­cza, cóż, przy­wró­co­ne śre­dnio­wie­cze jest za­sad­ni­czą cechą mo­je­go uni­wer­sum. Swego ro­dza­ju za­bie­giem, chro­nią­cym ludz­kość przed de­ge­ne­ra­cją, zwaną po­stę­pem. Po­zdra­wiam

OK, cie­ka­wy świat, ale mam wra­że­nie, że to frag­ment – chyba żaden wątek nie zo­stał do­mknię­ty. Nie­szczę­śli­wa mi­łość hra­bie­go praw­do­po­dob­nie znaj­dzie happy end, ale pew­no­ści nie ma. Re­ak­tor nie­do­koń­czo­ny. Baron wy­grał wy­ścig, ale nic z tego nie wy­ni­ka.

Dużo opi­sów, które po­zwa­la­ją po­ka­zać świat, sto­sun­ko­wo mało więzi mię­dzy nimi.

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

Fin­klo, dzię­ki za do­tar­cie. Ge­ne­ral­nie się z Tobą zga­dzam. Nie po­tra­fię pisać za­mknię­tych opo­wia­dań. Są to w za­sa­dzie puz­zle, które można roz­pa­try­wać osob­no, a można po­łą­czyć w jedną ca­łość. Pla­nu­je stwo­rze­nie ta­kie­go cyklu mo­zai­ko­we­go. Ro­bo­koń jest po­wią­za­ny z trze­ma in­ny­mi opo­wia­da­nia­mi.

Nowa Fantastyka