Burza była coraz bliżej. Ledwie kilka dni dzieliło karawanę od spotkania ze złowrogą siłą, cyklicznie nawiedzającą te ziemie. Chmury ciemniały, wiatr złośliwie zrzucał kaptury z głów, a krople mżawki stawały się wyraźnie cięższe. Gęstniały od przenikającej je, burzowej energii. W efekcie wszechobecna, błotnista breja, zwyczajowo skutecznie przecinana przez płozy błotowozów, stała się dla karawany istotnym problemem. Wycieńczone ślimakonie coraz częściej stawały dęba w wyrazie protestu i pełzły niczym pospolite ślizgacze, nie zaś potężne ogiery ze stajni samej królowej.
Ale było coś jeszcze. Piekący w oczy i drażniący śluzówkę swąd zgnilizny. Dzisiejszy deszcz przenikał do szpiku kości. Nie tylko obsypywał ciało spazmami dreszczy, ale mieszał w głowie, wywoływał senność, rozdrażnienie, niekiedy nawet wrogość. Nie bez powodu gromada z natury spokojnych bobrów złorzeczyła nieustannie i smagała bogu ducha winne ślimakonie, pochrapujące ciężko i z wyraźnym wyrzutem. W końcu wozy stanęły, a wraz z nimi cała karawana.
– Tutaj rozbijemy obóz! – zakrzyknął Kastor, potężnie zbudowany i wysoki lis, przedstawiciel królewskiej woli, koronny namiestnik.
Wskazał przebijającą się z gęstej kniei polanę. Na pierwszy rzut oka, nie wyglądała na miejsce, którego szukali od tak wielu godzin. Nikomu nie przyszło jednak do głowy, by protestować, złorzeczyć czy choćby wątpić. Nie tylko z powodu zmęczenia i tęsknoty za ciepłem ogniska.
Kastor był doskonałym zwiadowcą. Znał Las, a Las znał jego. Jak nikt inny potrafił odnaleźć skrawek grądu zdolnego przyjąć i zatrzymać żar paleniska. Podświadomie wyczuwał aurę, zdolną odeprzeć napierającą zewsząd wodę, zawłaszczającą sobie wszystko i wszystkich. Ale nie jego. Kastor pojednał się z wieczną ulewą, zasymilował, dostosował. Potrafił miesiącami żyć, jeść i spać otulony jedynie pierzyną nieustającej wilgoci. Podmuchy burzowej wichury kołysały nim zaledwie, prowadziły i popychały naprzód. Błyskawice rozświetlały drogę w ciemności.
Wszystko to czyniło go istotą nieustraszoną. Jeśli wierzyć krążącym tu i ówdzie opowieściom, Kastor bez mrugnięcia okiem stawał naprzeciw ogromnym glinoryjcom. Pozostałości po osadach zrównanych z ziemią przez Kataklizm, przeczesywał, jak gdyby były to zwyczajne obejścia, nie zaś nawiedzane duszami udręczonych istnień ruiny. Jako pierwszy zwiadowca zaś, przemierzał najmroczniejsze zakątki Nieskończonego Lasu. Ponoć, podczas jednej z eskapad, widział nawet Złotego Jelenia i, jeśli wierzyć plotkom, dogonił go na własnych nogach. Innymi słowy – był żyjącą legendą. Czy wskazany przez niego spłachetek ziemi będzie tym, którego szukają? Sercem nowej osady? Wystarczył rzut oka na Lizydora, dzierżyciela świętego ognia, by wiedzieć, że najwyższy czas wziąć się do pracy.
*
Izuela, skryta pod zasłoną kaptura i girland spływających z niego strużek wody, stała nieruchomo niczym stara wierzba, nie mniej od niej posępna. Obrzęd inauguracji taki był. Zasiewał ziarno nostalgii w żyznej od wspomnień pamięci, wybuchał w umyśle tysiącami pędów i zagłuszał wszystko inne, niczym chwast.
Z zadumy wyrwał ją potężny, jaszczurzy głos.
– Święty ogniu! Ty, który ogrzewasz nasze domostwa, osuszasz pomazane wiecznym deszczem tkanki, krzepisz ducha mocą i światłem! Niech to miejsce, które stanie się domem wielu, przyniesie spokój i ukojenie w burzy, chwałę Wiecznemu Morzu, dobrobyt i wielkość naszej matce, królowej, a nam, przesiąkniętym wilgocią i zgnilizną, da nadzieję na życie w blasku słońca.
Uniesiona przez Lizydora fiolka emanowała czymś ciepłym, przyjemnym, dającym poczucie bezpieczeństwa. Jej płynna zawartość, dozowana cienką strużką, pokryła niemal cały stos bardzo starannie wyselekcjonowanych szczap, pochodzących z najróżniejszych drzew i krzewów. Gdy jaszczur skończył, wszyscy zgromadzeni wokół niego wznieśli głowy, inkantując pieśń. Słowa, choć ledwie przebijające się przez szum wiecznego deszczu, zdawały się być nasycone niezwykłym zapałem i wiarą. Nadzieją na zbudowanie prosperującej osady, nadzieją na łagodną burzę, na przetrwanie. Po chwili, esencja pokrywająca drwa zaczęła skwierczeć, dymić, by w końcu wystrzelić ochoczym płomieniem ponad głowy zgromadzonych.
– Módlcie się – zaintonował Lizydor, a słowa szybko zatonęły w deszczowym łoskocie.
Pierwsi odpowiedzieli drwale, chóralnie recytując tradycyjną modlitwę.
– Wieczny Ogniu! Niech drewno, które ci dostarczymy, płonie długo i chwalebnie. Niech Las okaże się łaskawy i toporom przychylny… – Niańki w stolicy dbały o to, by każdy bóbr znał te słowa, będące swoistym hymnem ich plemienia.
– … a jego gniew omija nas i naszych pobratymców. – Co wypowiedziawszy pokłonili się Lizydorowi i stojącej obok Izueli. W geście, mającym uchodzić za uroczysty, dorzucili kilka brzozowych bali do ognia. Drewno niemal natychmiast zostało pochłonięte przez zachłanne płomienie.
Zaraz po bobrzej delegacji, z okręgu okalającego palenisko wystąpił tęgi człowiek w szpiczastym, słomkowym kapeluszu i długim płaszczu ze skóry pijawki. Na pierwszy rzut oka trudno było określić jego wiek. Ludzka twarz, blada i pomarszczona od wszechobecnej wilgoci, nie zdradza oznak starości, aż do lat głębokiego przekwitu. Izuela wiedziała jednak, że to świeżak, dziecko obecnego cyklu. Kroki stawiał niepewnie, cały dygotał, a słowa, wydobywające się z drżących ust, nie były w stanie przebić się przez kakofoniczny pluskot. „Tacy najszybciej tracą determinację” pomyślała.
– Ja… ja… proszę cię, Ogniu, by plony… eee… duży urodzaj żeby nastał. I proszę… – urwał, gwałtownie pociągnięty za płaszcz przez innego przedstawiciela ludzkiego szczepu. Harpia rozpoznała w nim ojca chłopaka, Piotra.
Wpatrując się w głębokie, szybko wypełniające się wodą bruzdy po butach ciągniętego, mimowolnie wróciła wspomnieniami do Błotnicy Siódmej, osady, którą zbudowali lata temu, daleko na północ od Gorejącego Miasta. Tak się złożyło, że również Piotr uczestniczył w jej budowie. Był wtedy młody, zdeterminowany, a przy tym zwyczajnie głupi.
Mężczyzna zabierał na ekspedycję w głąb Lasu całą swoją rodzinę, z którą trudno było mu się rozstać na długie miesiące. Mimo tej, zdawałoby się, świadomej decyzji, odznaczał się niezwykłą wręcz lekkomyślnością i zapalczywością w wywijaniu toporkiem. A że podówczas był drwalem, nie mogło się to skończyć dobrze. Las nie doświadczył go, nie nauczył pokory. Do czasu.
Licz lata, licz drzewa, jak przyjdzie ulewa, to z tobą zaśpiewa.
Jeden raz, jedno drzewo, nie dosięgniesz mnie, ulewo.
Dwie polany, dwa kwartały, drwal się robi bardziej śmiały.
Trzy siekierki, trzy niecnoty narobiły nam kłopoty.
Do trzech razy była sztuka, Las wziął zabrał komuś wnuka.
Zabrał brata i sąsiada, to kostucha przyszła blada.
Zabrał córkę, i nadzieję, przyniósł burzę i zawieję.
Las rozsierdził się okrutnie, drew tu więcej nikt nie utnie.
Zważ więc z tą siekierką w dłoni, czy cię Las stąd nie pogoni.
Znał starą, bobrzą przyśpiewkę, a jakże. Nie skorzystał jednak z ostrzeżenia pradziadów, mądrości ukrytej w słowach dziecięcej wyliczanki. Ludzki umysł nie przemógł podszeptów zwodniczych, mrocznych sił mieszkających w leśnych głębinach. Piotr, w porywie niekontrolowanego szału, przedarł się przez gęstą knieję, przebił przez ścianę drzew, docierając do ogromnej, leśnej komnaty, polany przeklętej przez Las. Osada nie była gotowa. On nie był gotowy.
Wody wezbrały, moczary zmieniły się w śmiertelne rozlewiska, potoki w szpony leśnej wściekłości. Osada nie przetrwała, święty ogień paleniska zgasł, a wraz z nim najbliżsi Piotra, który jako jeden z nielicznych wrócił do Gorejącego Miasta, z zawiniątkiem w dłoni. Jedynym, co mu zostało. Wiedzie po dziś dzień żywot rolnika, jak jego ludzcy pradziadowie, wyrzekając się siekierki, wyrzekając świętego ognia i wiary przodków. A jego syn, owo zawiniątko, wiedzie ten pozbawiony nadziei żywot razem z nim.
Izuela pomachała z rezygnacją głową. “Gasi w nim tę jasną cząstkę, tlącą się iskrę” pomyślała. Ona też była wówczas wśród ocalałych. Wtedy, wśród walącej się i tonącej Błotnicy. Wśród zgrozy zgotowanej przez rozsierdzony Las. Niewyjaśnionym, magicznym wręcz zbiegiem okoliczności, odnalazła wówczas trzcinowe czółno, które ni z tego, ni z owego wyłoniło się z czerniejącej piany wezbranych wód. “Nadzieja jest zawsze. Ktoś przecież nad nami czuwa” deklamowała w zaciszu własnego serca, z matczyną troską lustrując kolejne rozedrgane i niepewne dusze składające ofiarę ku czci Twórczyni.
Na sam koniec, niespiesznie i z właściwą jej pozycji estymą, do ogniska zbliżyła się sama Izuela. Jak zawsze objuczona tuzinami toreb, tobołków, buteleczek, puzderek. Dobyła, zdawałoby się na chybił trafił, jedno z nich, po czym zanurzyła szponiastą dłoń w jego wnętrzu. Zamaszystym ruchem cisnęła garść błękitnego proszku w kierunku paleniska. W tym samym momencie płomienie, zwyczajowo tańczące w nieodgadnionym rytmie własnej pieśni, zaczęły poruszać się rytmicznie, symetrycznie, tworząc swojego rodzaju fraktalny spektakl. Alchemiczka zbliżyła się do nich na tyle, iż szpiczasty kaptur zakończony długim welonem, którym owijała się niczym szalem, buchnął parą jak rozgrzany silnik deszczowy.
Przyszli osadnicy przyglądali się z czcią, wiedząc, iż jest to najważniejsza część obrzędu. Izuela wciąż z wolna posuwała się w stronę ognia, ten zaś cofał się, koncentrycznie obejmując harpię, niczym partner w godowym tańcu. W momencie, gdy oba ramiona ogromnego okręgu zamknęły się, harpia zniknęła w palącym uścisku, a zgromadzeni pochylili głowy czekając na kulminację. Ta nadeszła po kilku chwilach. Płomienna kurtyna opadła, odkrywając kapłankę świętego ognia, mistrzynię alchemii, matronę Domu Harpii. Izuela stała pośrodku wypalonego w trawie okręgu, spowita bladobłękitnym, jasnym światłem tlącym się nieznacznie w trzymanej przezeń, pięknie zdobionej lampie.
– Oto boski płomień, oto nasza nadzieja, która ogrzeje serca i domostwa! Tu powstanie osada na cześć i chwałę nieśmiertelnej królowej! – Zakrzyknął Kastor zbliżając się do Izueli, a w ślad za nim ruszyli pozostali świadkowie konsekracji.
Tylko jedno stworzenie pozostało w bezruchu, z upiornym uśmiechem przyglądając się całemu zdarzeniu.
Prześwit
Ropuchy, zwane moczarzami lub potocznie moczaruchami, są nacją zarówno fascynującą, jak i niepokojącą. W swoim jestestwie zaszyte mają coś plugawego, coś odstręczającego. Nie są przez to szczególnie lubiane przez inne rasy. Co ciekawe – wzajemnie również nie darzą się sympatią, toteż ropusze grupy, kompanie czy innego rodzaju zgromadzenia są czymś raczej osobliwym. Moczarze nie są stworzeni do funkcjonowania w społeczeństwie, to społeczeństwo nadało im znaczenie, dzięki któremu są akceptowalnym elementem naszej rzeczywistości. Ba! Niekiedy stają się istotną częścią namiestniczych planów, niejednokrotnie jedynym rozwiązaniem trapiących koronę problemów. Co czyni ich żywot tak ważkim? Preferencje kulinarne, a jakże. Ropuchy, jak powszechnie zwykło się uważać, żywią się zgnilizną, a dokładniej jej rojami, zarodnikami zgromadzonymi w zepsutej deszczówce. Nie trzeba chyba dodawać, jak pożytecznymi je to czyni. Jak ich obecność napędza rozwój technologii silników deszczowych, które, w założeniu przecież, zużywając wodę deszczową, tworzą idealne środowisko dla rodzących plugawe wykwity, rojów zgnilizny.
Problem w tym, że ropuchy nieszczególnie garną się do socjalizacji. Stronią od towarzystwa, prowadzą żywot eremitów i wygnańców, pojawiając się w Gorejącym Mieście zwykle tylko na czas Nawałnicy. Choć i to nie zawsze. Czasami, najzwyczajniej w świecie, tracą chęć do dalszej egzystencji i oddają swoje życia Wiecznemu Kataklizmowi. Na domiar złego, nie wierzą w święty ogień, nie potrzebują go, nie pragną jego ciepła. Cenią sobie mokre, zatopione w półmroku miejsca i tam też tworzą swoje pustelnicze matnie, na wpół to hibernując, na wpół dopuszczając wyrywający się ku światu metabolizm. Rzecz jasna nie każda ropucha jest właśnie taka. Zdarzają się wyjątki, jak chociażby Grong, łotrzyk straszący swoim ponurym, bezzębnym uśmieszkiem.
Izuela nie znała dobrze Gronga. Nie znała niemal żadnego przedstawiciela jego gatunku. Choć przetrwała zgrozę dwóch Nawałnic, założyła blisko dwa tuziny osad, był dopiero pierwszym moczarzem, z jakim przyszło jej obcować.
– Macie szczęście, dziewczęta. W waszym wieku nawet do głowy by mi nie przyszło, żeby ropuchę spotkać. Byłam wręcz przekonana, że ich istnienie to bujda, jak szczury co porywają dzieci albo jaszczurki ziejące ogniem – żartowała przy palenisku wraz z innymi harpiami, zmieniając ciężkie, przemoczone odzienie.
– Że też Kastor go tu przywlókł! Nawet ślimakonie od niego pierzchają. Lulek to wierzgał, niby solą obsypany, jak mu go na wóz sadzali – poskarżyła się Otavia.
– Niezła kompania, nie ma co. Lis i ropucha. Jakem żywa, takich cudów to jeszcze nie było – dodała Ytril, legitymizując skargę przyjaciółki.
– Dajcież spokój. Cieszmy się, dziewczęta. Gdy w kolejnym roku Las nagna kilka zgniłych rojów, podziękujecie Kastorowi, że go tu ściągnął. Myślicie, że moczarucha łatwo przekonać do współpracy?
– A no nie – potwierdziła Otavia. – Czego on tu właściwie szuka? – dodała.
Młode harpie zerknęły po sobie, wzruszając ramionami jedna przez drugą. W końcu zawiesiły pytający wzrok na Izueli.
– Pewnie guza – urwała krótko matrona, próbując ukryć własną niepewność i dyskomfort związany z obecnością bytu tak obcego, tak innego, tak istotnego zarazem. Lata studiów pozwoliły jej wyzbyć się dziecięcego przekonania o fantazyjnym pochodzeniu płazów jego gatunku. Odrazy, która wykiełkowała na podatnym gruncie imaginacji, nie zdołała wyplenić. Wraz z barwnymi opisami ulubionych autorów, w efekcie zgłębiania anatomii i fizjologii tych przedziwnych stworzeń, zakorzeniona w niej antypatia, miast maleć, rosła. Podlana żółcią i jadem hermetycznego, harpiego środowiska, napęczniała do rangi choroby, fobii. Wiedziała, jak niska i nieuczciwa jest to postawa, jak niegodna zajmowanej przez nią pozycji. Nie potrafiły jednak wymazać jej z umysłu ani mądre księgi, ani świadectwa współcześnie żyjących, światłych istot, do grona których przecież należała. – Ruszamy, trzpiotki. Do pracy, bo was burza zastanie. – Machnęła kilkukrotnie, ponaglając niezadowolone podopieczne, po czym zawiązała ostatni rzemień kaptura, odwróciła się i z wrodzonym sobie dostojeństwem oddaliła w kierunku namiotu namiestnika.
*
W środku było niemal przyjemnie. Włókna wygłuszające zmieniały deszczowy łoskot w przyjemny szum. Niewielka, rozgrzana do białości koza uzupełniała stłumione dźwięki nieregularnymi trzaskami palonego chrustu, zaś całości dopełniał melodyjny, choć nieco chrapliwy głos Kastora. W lisim sposobie mówienia było coś nieuchwytnego, coś metalicznego, część wyrywająca się do werbalnej komunikacji, która tej możliwości mieć nie powinna. Nic dziwnego. Lisi aparat mowy, jak i pozostałe lisie organum, to efekt gwałtownej ewolucji, będącej wynikiem ich symbiotycznej relacji z niektórymi formami zgnilizny. Suche księgi mówią wręcz o czasach, gdy bobry, ludzie i jaszczury już zakładali pierwsze prymitywne sioła, podczas gdy lisy, na wpół dzikie, kryły się w swoich ziemnych norach. Czemu związały się z pasożytem? Nie jest niespodzianką, że liczne odpowiedzi na to, jak i wiele innych, dotyczących tego plemienia pytań, można określić jedynie domysłami.
Wiele sprzecznych informacji na temat lisiej rasy można odnaleźć w Obsydianowej Bibliotece, a jeszcze więcej w ludowych bajaniach, podaniach, legendach. Nazywani rudymi, niegdyś kitami czy zepsutknikami, są plemieniem owianym niezwykłą tajemnicą. Sam fakt, że zgnilizna, która atakuje wyłącznie materię nieożywioną, nawiązała więź z istotami żywymi, stanowi pożywkę dla szaleńczych niekiedy teorii, podważających przynależność lisich do ciepłokrwistych. Ehbert Kronikarz tak pisał o tym ludzie: „lisi po części martwi są, na wpół korą pokryci, w środku sękaci i chłodni jak głaz” oraz „nie znają lisi strachu, trosk, ni przykrości wszelakich, ale i miłości, ni dobra. Jak zgnilizna, z którą spółkują, roją się i mnożą bez sensacji, które krwiste istoty dzielą”.
Choć Izuela znała źródło owych wymysłów i bajęd, czuła podskórnie, iż istnieje ziarno prawdy w tym, co o lisach zwykło się mówić. Szanowała Kastora. Lubiła Teresę, jego żonę. Czy są to jednak pełnowymiarowe uczucia? Czy może urojone w jej głowie niby-relacje, jakie możemy żywić do starego krzesła albo ulubionego płaszcza, który nosimy od lat? Zawstydzał ją fakt stawiania podobnych pytań. Była przekonana, że te są efektem wpływu powszechnej opinii, będącej w dużej mierze pochodną głupoty, zazdrości, niewiedzy. Powtarzała to sobie, gdy tylko zdrowy rozsądek walczył z jej wewnętrznym, niezidentyfikowanym przeczuciem, że coś z tymi lisami jest jednak nie tak. Wróciła myślami do wnętrza przyjemnie ciepłego i cichego namiotu ich przywódcy, Kastora.
– Prace zostały wstrzymane – zakomunikował Smarc, wyżymając brodę mieniącą się zielenią deszczowych glonów.
Od wielu dni kierowana przez niego brygada drwali przebijała się przez gęsto porośnięty szkarłat. Formacja ta, składająca się głównie z wiecznie czerwonych jesionów i jarzębin, była w tym miejscu wyjątkowo zwarta. Wszystko zasługa żywicznego śluzu żerujących tu przez lata kowali, będącego swoistym spoiwem między sąsiadującymi drzewami.
Kastor przypuszczał, że zbliżają się do polany. Jak podpowiadały mu jego lisie zmysły – wyjątkowo dużej polany.
– Od jutra przekierowuję waszą grupę do kopalni węgla. Do odwołania – rzekł beznamiętnie, w najbardziej lisi sposób, jaki Izuela mogła sobie wyobrazić.
Smarc nie miał wątpliwości, że tak właśnie się stanie. Zbliżała się burza, a osada będzie potrzebowała opału. Mimo niecierpiących zwłoki rozkazów królowej, namiestnik bał się kontynuować wycinkę. Kto wie, jakie licho czekało za linią drzew? Burza nie była dobrym czasem, by się o tym przekonać.
– Czyli przesądzone… – skwitowała harpia z wyraźnym niezadowoleniem.
– Przepraszam cię, matko. Musimy działać szybko. Las wydaje się wyraźnie poruszony, nie czujesz tego? Ryzyko przebicia jest zbyt duże.
– Do burzy zostało kilka dni, ja i moje zielarki…
– Czy wątpisz w decyzje królewskiego namiestnika? Tak, wiem, potrzebujemy ziół, królowa ich potrzebuje. Szlag trafi wszystkie rytuały i pieczęć w Morowym Jarze, ale nie podejmę ryzyka. Nie mamy gwarancji, że polana odda nam swoje zasoby. Że nie ześle na nas zmory albo innego czorta. Nie zaryzykuję życia zwiadowców, toż to niedoliski, kity ledwie porudziałe. Faktoria handlowa donosi, że w okolicy kręci się Jorrick i Mokvara, niebawem dotrą do nas. Znajdziesz tam to, czego potrzebujesz. Bursztynów na wymianę nam nie brakuje. W razie potrzeby mamy dobrej jakości jesieninę, a tartak pracuje dzień i noc. Drewno zawsze jest w cenie.
– Zgadza się – potwierdził Smarc, skryty pod kapturem, z którego nadal spływały ciężkie krople.
– Co mi po waszej jesieninie? Potrzebuję wody. Czystej, nasyconej burzówki. Alchemia to niezwykle energochłonny proces. Wszyscy widzieliśmy gejzery strzelające w górę, tam, za ścianą szkarłatu. Energii polana nam nie poskąpi, skoro tak beztrosko wyrzuca ją w eter – odparła Izuela, nieco zbyt zuchwale.
Zbliżała się burza, cysty porastające jej pracownię powoli się otwierały, niepokoje w osadzie rosły, nie był to odpowiedni czas na kurtuazję i rozmyślanie nad konsekwencjami słów. To czas działania i dobrych decyzji. Kastor zdawał sobie z tego sprawę.
– Prace muszą ruszyć bez zwłoki – dodała już nieco spokojniej. – Jednego posłańca już odprawiłam z kwitkiem, drugi nie wróci z pustymi rękami, przyjdzie tu wraz z królewskim gniewem, a wtedy Las będzie dla nas najmniejszym problemem.
Kastor chwilę wpatrywał się w harpię swoim obsydianowym wzrokiem. Zatopione w czerni źrenice nie wskazywały na dokładny kierunek jego spojrzenia, lecz Izuela czuła, jak wierci w niej dziurę. W końcu odwrócił głowę w stronę Smarca, który, nie zważając na przepychanki możnych, pykał fajkę skryty w cieniu mokrego kaptura.
– Przetransportujcie silnik pod pracownię alchemiczną. Do przybycia kupców wszystko ma być gotowe. Przekaż budowniczym, żeby przekierowali wszystkie linie deszczowe z kolektorów, weź Ignaca, niech sprawdzi, czy sekcja uzdatniania jest sprawna. – Ponownie wlepił wzrok w skonfundowaną Izuelę. – Damy ci wodę.
Kastor potrafił wydawać rozkazy. Wytrącał argumenty i ucinał dyskusje niczym natchniony wojownik wymachujący lisią spisą. Celnie i skutecznie. Nim Izuela zdołała wykrztusić z siebie słowo, dodał:
– Lepiej zaprzyjaźnij się z Grongiem.
Początek burzy
Początek burzy zawsze jest trudny. Drobne prześwity słońca giną, zdawałoby się bezpowrotnie, w ołowianym suficie ciężkich, nisko zawieszonych chmur. Rzęsisty deszcz zacina i oślepia gradem deszczowych kul. Pędzony wiatrem, niczym mysz zamknięta w pudełku, miota się bezładnie w próbie ucieczki z chmurnego więzienia. Ciśnienie gwałtownie wzrasta, wilgoć staje się jeszcze wilgotniejsza, chłód dojmujący jak nigdy wcześniej, a grzęzawiska, ponad wszelką wątpliwość, bardziej zdradzieckie. Na domiar złego pojawia się zepsucie.
Zgnilizna, do tej pory niespiesznie i niepostrzeżenie zawłaszczająca sobie kolejne połacie materii tężeje, niczym ropny wysięk, rozlewając się i ujawniając w miejscach często najmniej spodziewanych. Nie wiadomo, co powoduje kumulację zgnilizny w konkretnych miejscach, co jest katalizatorem dla ognisk tej miazmatycznej siły. Dlaczego wykwity pojawiły się w sypialni Chupla, przyprawiając o szaleństwo bogu ducha winnego bobra? Czy to przypadek, że cysty wypłoszyły większość ślimakoni ze stajni, które w szaleńczej próbie ucieczki potopiły się w komarzych bagnach? Minie zapewne wiele cykli, nim prawda zostanie objawiona.
Izuela nie miała wątpliwości, że przełom w tej dziedzinie będzie udziałem ropuszego szczepu. Tylko dlatego akceptowała pod swoim dachem zasiedziałego w mokrej piwnicy Gronga. Nie bez wpływu na jej tolerancyjny stosunek był też rozkaz Kastora oraz fakt, że moczarz, bądź co bądź, chronił laboratorium przed zepsuciem. Zanurzony w wodzie, całą powierzchnią swojego płaziego ciała chłonął zgniliznę, filtrując wodę wykorzystywaną później do zasilania silników deszczowych.
Ku oburzeniu wszystkich członkiń cechu alchemicznego, moczarzowi nie wystarczył jednak sam fakt rezydowania w ich pracowni. Grong miał czelność pojawiać się na kolacji, jak gdyby piwniczna uczta nie wystarczała mu do zaspokojenia swoich plugawych potrzeb. Przychodził ubrany w podniszczony, skórzany wams, bryczesy w podobnej modle uszyte i podobnie zużyte. Spod kaftana wystawał wełniany szal zasłaniający tłusty, ropuszy podbródek. Podczas gdy znaczną część ciała skrywał przed światem, głowy nie okrywał niczym szczególnym, jak zwykli czynić jego pobratymcy, zwyczajowo noszący filcowe czepce, duże berety czy nawet maski przyozdobione tradycyjnie rzecznym morszczynem. Grong natomiast dumnie zaczesywał pojedyncze źdźbła siwych włosów, zakręcał komicznie wąs i podkreślał oczy sadzą, mającą najpewniej symulować powieki, których Twórczyni ropuchom poskąpiła.
Stanowiło to dowód największej bezczelności, a już na pewno złośliwości. Miast kryć swoje oblicze poorane kanionami blizn i lejami głębokich porów, lepką skórę i pozbawione powiek ślepia, ten dumnie się z nimi obnosił. Bez krzty taktu, ni empatii dla współbiesiadników, psując wieczerzę i obrzydzając posiłek. Izuela, jako gospodyni, nie mogła wprost wyprosić Gronga od stołu, nie było ku temu podstaw. Moczarz zachowywał się w sposób grzeczny i uprzejmy. Zgodnie z dobrymi manierami jadł, pił, i zabierał głos. Odpowiadała mu co prawda cisza, lecz on nie dawał za wygraną. Z konsekwencją natręta zarzucał wieczerzające przy jednym stole harpie ropuszymi anegdotami, mądrościami i dykteryjkami, o które nikt nie prosił.
*
– Obłędne szaszłyki. Ostatni raz jadłem takie, gdy po prześwicie, z okładem pół roku trwającym, obudziłem się w Roztokach Tummego. Drugich bodaj… może trzecich? Do dziś nie wiem, jak można tak szybko wioskę doprowadzić do upadku. Ach – przerwał na moment, zatapiając beznamiętny, ropuszy wzrok w talerzu. – Nie życzę nikomu takiej pobudki. Nikt się nie ostał. Tylko, ekhm, szaszłyki. – Leniwe drapanie i pobrzękiwanie sztućców o talerze ustało. Słychać było jedynie ciężki oddech Gronga. – Ale te tutaj – naprawdę świetne. Wyborne grzyby! Palce lizać! – Na szczęście zgromadzonych, nie oblizał palców.
Innym razem zaś przypomniał sobie swoje larwalne czasy.
– Matka moja, stara salamandra, jak ją ojciec zwykł nazywać, co wcale dalekie od prawdy nie było, zawsze mawiała: bliscy sąsiedzi, drożsi sercu niż dalecy krewni. – Jego źrenice w błyskawicznym ruchu przesunęły się w mętnych białkach i zwróciły ku zapatrzonym we własne talerze harpiom. – Moczywody, chyba tak… Nie, nie. Moczychy. Taaak. Tak się nasza osada rodzinna zwała. W sumie, czy to ważne? Pół wieku już nie istnieje. Jak i rodzina cała zresztą. Istotne, że sąsiadem naszym był nie kto inny, jak przyjazny harpida, druh mój serdeczny. Często wieczerzaliśmy razem, stąd wspomnienie jakby żywsze w głowie się zdało. Dobre czasy. – Umilkł, przygnieciony ciężarem ciszy, paradoksalnie jeszcze głębszej, gdy zakłócał ją swoim bełkotem.
*
Na całe szczęście, po kilku tygodniach, bez słowa, jak gdyby nigdy nic, przestał pojawiać się na wspólnych posiłkach. Miast tego poprosił o dostarczanie jedzenia do jego piwnicznej matni. Prośba była o tyle bezczelna, iż życzenie zawierało wzmiankę o dostawach należnych mu posiłków osobiście przez Izuelę, matkę alchemicznego cechu i głowę harpiej rodziny w Gorejącym Mieście.
Mimo oczywistych głosów sprzeciwu, mimo podszeptów o doskonałym argumencie za pozbyciem się ropuchy z pracowni, mimo tysiąca innych powodów – Izuela przystała na to. Chciała przekonać się, w jaką grę gra moczarz. Przy okazji być może zaspokoi ciekawość? Poszerzy dość ubogą wiedzę o ropuszym ludzie? Dowie się, co on tu do cholery robi? Przede wszystkim czuła, że tak trzeba. A przeczucie powinności nigdy jej nie myliło.
*
Woda była przejrzysta, poddana wieloetapowemu procesowi uzdatniania. Przesycona energią, opalizowała i błyskała niczym polerowana blacha, tworząc w piwnicy istny spektakl przypominający burzę na morzu. Z tą różnicą, iż w ropuszej matni tafla była niemal nieruchoma, niepokojona tylko sporadycznie przez krótkie spazmy Grongowego cielska, niemal w całości zanurzonego w deszczówce.
Mimo niedostatku światła, Izuela bez trudu przebrnęła przez kręte schody prowadzące do piwnicy, co, zważywszy na fakt jednoczesnego dzierżenia pokaźnych rozmiarów tacy, zdawało się zadaniem karkołomnym. Mimowolnie westchnęła, widząc w pełnej krasie zatopione pomieszczenie. Hipnotyczna moc świetlistej estakady odwracała uwagę od równie dojmującego swędu zgnilizny. Podstępnie zakradający się do receptorów czuciowych odór czynił z powierzchownego piękna swoistą przynętę na nieświadome ofiary zepsucia.
– Witaj, Izuelo. – Moczarz wyrwał ją z owej pułapki.
Nie tracąc rezonu, harpia zasygnalizowała to jedynie zogniskowaniem źrenic i nieznacznym skinieniem głowy, mającym uchodzić za powitanie. Podeszła do dębowej ławy, ustawionej pod schodami. Brzdęk tacy wypełnił pomieszczenie. W tej samej chwili usłyszała chlupot wody i trzask energii skumulowanej w burzówce, zagłuszony dość szybko przez plaskające na kamiennej posadzce, ropusze odnóża. Po jej plecach przebiegł dreszcz. Odsunęła się na kilka kroków w stronę schodów, by ustąpić miejsca Grongowi. Ten, odziany w lekki szlafrok, błyskał mokrym torsem. Izuela nie odwróciła wzroku. Godność nie pozwalała jej zachować się jak pospolity pachołek.
“Może trzeba było schować dumę?” myślała nieco później, krztusząc się i plując na samo wspomnienie tego widoku.
Przez szlafrok, niemal natychmiast, zaczęły przesączać się czyraki zgnilizny wymieszanej z krwią i ropuszym śluzem. Nieokryty tors odsłonił świeże rany i rozległe pęknięcia płaziej skóry, do złudzenia przypominające ślady po pazurach dzikiej bestii. Zakrzepła zgnilizna zdawała się jednocześnie koić i jątrzyć rany. Pod wpływem powietrza zaczynała topnieć i płynąć z wolna, niczym żywica makabrycznego drzewa.
Moczarz, jak gdyby nigdy nic, chwycił bochen algowego chleba. Rozerwał go na dwoje i posmarował podanym przez harpię mazidłem. Tak przygotowany posiłek zniknął w płaziej gardzieli niemal natychmiast.
– Dziękuję, Izuelo. – Usłyszała po czasie, nie do końca wiedząc, jak długim.
Ropusze podziękowanie pospiesznie wypadło z Grongowych ust, niezdarne i połamane. Każdemu złamaniu towarzyszył zaś trzask pękającego krucho metalu, czyniąc całość osobliwym i przerażającym. Harpia pośpiesznie, nieco zbyt pośpiesznie, opuściła piwnicę.
*
Choć nie miała w tym względzie wielkich nadziei, Izuela każdorazowo starała się położyć tacę w sposób wykluczający obudzenie potencjalnie drzemiącego moczarza. Starania te nie miały jednak większego sensu. Trzask, który mimo wszystkich dostępnych środków i wytężonych starań powodowała, wybudziłby hibernującego rosorożca. Płaz, którego nawyki senne były dla harpii zagadką, a jedno licho wie, czy aby plemię jego sypiało w ogóle, wydawał się zaalarmowany już na etapie pierwszych podrygów zastawy na metalowej tacy.
Nie inaczej było tym razem, a Grong swoim codziennym zwyczajem niemal natychmiast wypełzł z opalizującego bajorka. Coś się jednak zmieniło. Pokryte błotnistym szlamem stopy prześwitywały czymś brunatno–karminowym. Gdy znalazł się przy niej, Izuela spojrzała ukradkowo na posadzkę.
Zobaczyła krwiste ślady. Były nieregularne, rozmazane, powłóczyste, a odległości między nimi wskazywały na wyraźną trudność w chodzeniu istoty, która je zostawiła. Uwagę zwracał również chrapliwy i nieregularny oddech Gronga, przerywany konwulsjami nudności i powstrzymywanych wymiotów. Izuela za nic w świecie nie chciała być naocznym świadkiem tego, co z czeluści ropuszego żołądka mogło wydobyć się na świat. Na całe szczęście dolegliwości ustały, gdy tylko moczarz opadł ciężko na drewniany fotel.
– Prze… przepraszam – wybełkotał, z trudem łapiąc oddech. – To… To…
– Mam wiedzę, zapewne zioła i medykamenty również… – przerwała, chcąc przynieść ulgę zarówno sobie, jak i jemu. Wiedziała, co powinna powiedzieć, ale zwyczajnie się bała, wzdrygała na samą myśl. Na całe szczęście Grong wyratował ją z opresji, jak gdyby w rewanżu.
– Zachowaj je. Nie turbuj swoich myśli starym moczarzem. Mi się to zda jak świeca zwiadowcy.
Milczeli. Oboje nie wiedzieli, co dodać, czym zakończyć, jak wyrwać się z pułapki tej niezręcznej chwili. Izuela nie wytrzymała.
– Dziękuję za twoją posługę. Jeśli mogłabym… Jeśli w jakiś sposób… – Zamilkła. Wściekła na siebie, plącząc się między wątpliwą etykietą, kurtuazją, a próbą jak najszybszego wymknięcia się z zatęchłej piwnicy, zastygła w bezrozumnej ciszy.
Ropucha nie odpowiedziała. Miast tego uśmiechnęła się i rozparła na krześle, wskazując jednocześnie drugie, stojące naprzeciwko siedzisko. Izuela nie drgnęła. Usta Gronga, choć wciąż noszące znamiona wesołości, zmieniły charakter uśmiechu na dalece bardziej gorzki.
– Do czego Wielkie Morze stworzyło harpie? – spytał w końcu zagadkowo. Izuela nie odezwała się, ale Grong nie spodziewał się odpowiedzi. Miast tego podjął próbę dialogu z samym sobą, ewidentnie nawykły do tego typu sytuacji. – Posiłkując się swoją, niewielką wszakże w skali poddennego świata, wiedzą, muszę stwierdzić, że akt stworzenia najpewniej był zupełnie pozbawiony planu. Chaotyczny i bezwiedny. Nim oburzysz się do szpiku, moja droga, uzupełnię, że podobna bezcelowość charakteryzuje kreację ropuch, bobrów, ludzi, jaszczurów, salamandrytów czy nawet tych skurwysynów, wydr. Czy to nie przykre? Być pyłem na wietrze wiecznego kataklizmu, narzędziem królowej, przemoczonym skrawkiem materii, która rozpłynie się, rozpuści w bajorze historii? Sami musimy poszukiwać czegoś, co nada naszemu bytowaniu poczucie istotności. To niezwykle trudne, jeśli nie niemożliwe. Sama prymitywna potrzeba przetrwania, kurczowego trzymania się tych kilku danych nam chwil, szarpania się z ulatującą rzeczywistością nie daje ukojenia, prawda? – Izuela nie odpowiedziała, lecz spojrzała na niego, a w jej spojrzeniu pojawiło się coś, co zachłanna samotność Gronga przyjęła jako zrozumienie.
– Ropuchy odnalazły swój cel. Wieki temu. Nasi pradziadowie w swoich przedwiecznych sadzawkach postanowili przeciwstawić się bezsensowi stworzenia. I zgniliźnie. Wierzymy, że świat opiera się na zasadach specyficznej dychotomii. Współistniejących i wzajemnie wykluczających się sił. Rozumiesz, do czego zmierzam?
– To bardzo szlachetne ze strony waszego plemienia. Szlachetne i pozbawione sensu, o który tak usilnie zabiegacie.
– Niekoniecznie. Mamy prawo przypuszczać, że zgnilizna jest skończona. Nie rozwija się, nie mnoży, a z pewnością nie migruje. Innymi słowy – można się jej pozbyć na dobre. Są miejsca, daleko na Południowych Rzęsawiskach, gdzie zepsucie praktycznie nie występuje – przerwał, zanosząc się kaszlem tak donośnym, iż Izuela mimowolnie się skuliła.
Obtarł usta, zalepione trudną do identyfikacji wydzieliną, po czym, jak gdyby nigdy nic, wznowił wykład. – Co do szlachetności naszych pobudek… Chciałbym w nie wierzyć. Nasi antenaci z pewnością byli lepszymi ropuchami niż my, obecnie żyjący. Z czasem… No cóż. Wystarczy rzec, że zgnilizna ma niebywałe właściwości narkotyczne. Zapewne domyślasz się, jaki wpływ na nasz szczep mogła mieć ta miazmatyczna siła? Domyślasz się i… widzisz.
Bez wątpienia skutki długotrwałej ekspozycji na zepsucie były wręcz katastrofalne dla ducha, ale to ropusze fizys stanowiło jego zwierciadło, ucieleśnienie koszmarów i potworności kryjących się w najciemniejszych zakątkach Lasu.
– To tyle, jeśli chodzi o nasze szlachetne pobudki, nasz pierwotny mesjanizm. Cóż, chciałbym wierzyć, że coś z niego zostało. Że… że ja, że ten cel, że to wszystko… – Niespodziewanie głos Gronga wszedł w zupełnie inne, zaskakująco chwiejne rejestry. Gdy moczarz począł się jąkać, Izuela nie czekała.
– Jesteśmy wdzięczni, naprawdę – ucięła bezładną plątaninę słów. – Nieświadomie, perfidnie i nieżyczliwie, ale naprawdę jesteśmy. Niezależnie od pobudek.
Grong uśmiechnął się szeroko i paskudnie. Był samotny, rozgoryczony, ale nie naiwny.
– Czy mogłabym jakoś…– Tym razem słowa, które płynęły z dziobowatych warg, nie były fałszywie uprzejme, wypełnione gorzkim poczuciem obowiązku. Grong czuł to. Doceniał.
– Już to zrobiłaś, Izuelo. Dziękuję.
*
Ciche skrzypnięcie drzwi. Oby nie za głośne.
Delikatne, harpie kroki.
Od czasu do czasu szuranie pazurów po drewnianych deskach.
Zdławione przekleństwo.
Stukot kubka o tacę. “Jasna cholera by ten kubek!”
Brzdęk tacy o ławę. Cichutki, nieznaczny, stłumiony wełnianą wyściółką, którą to taca zyskała w ostatnim czasie.
Głęboki oddech. Ulgi?
Szmer piór. Wycofanie. Szybkie. Zbyt szybkie.
Nagle coś dźwięcznego. Nucenie. Smutne, ciche, melancholijne. Piękne?
Słowa. Głęboki tenor. Fałszywe nuty. Zaburzona harmonia. Stal, mrok. Ból.
O, słodka ciemności, bądź przy mnie, gdzie światło pozostać się wzbrania
Obdarz spokojem i męstwem, jak ciepłym siennikiem wśród nocy
Iskrą, co nie pozwala wypalić się życia mocy
Ciałem jak klatką stalową, co więzi wolę przetrwania
Oddal, co zdarzyć się musi
Zniszcz, co mnie szarpie i dusi
Zedrzyj skorupę doczesną, plugawą powłokę bolesną
Ukaż skarb głębin bezdennych, snów owoc, a może koszmarów sennych?
Wydech. Długi. Wstrzymywany.
Kroki. Wolne. Wstydliwe. Ciężkie.
Skrzypnięcie zamykanych… Nie. Lekko uchylonych drzwi.
*
Tego dnia ulewa była na tyle intensywna, że opuszczanie laboratorium należało do grona pomysłów skazanych na porażkę. Drogi, place, podwórka, skwery – wszystko pochłonęła woda, przesycona burzową energią i swędem zgnilizny kipiel. Ciężkie krople, z impetem drobnych meteorytów spadające na ziemię, sprawiały, iż każda powierzchnia przypominała wrzący kocioł lub najeżony obłymi, ruchliwymi koralowcami atol. Miriady pluskających i wzlatujących ku górze strużek toczyły zażarty bój z tymi, zmierzającymi ku dołowi. A że starciom ich towarzyszyły liczne i niekiedy gwałtowne wyładowania, skojarzenia z polem bitwy przychodziły mimowolnie.
Nic dziwnego, iż huk drzwi wejściowych, prowadzących do przedsionka laboratorium, wzbudził wśród zgromadzonych w sali głównej niemałą konsternację. Jedna tylko harpia nie uległa zbiorowemu poruszeniu. Wiedziała, kogo licho przyniosło. Czy byle mżawka mogła powstrzymać zdeterminowanego lisa? Czy jego legenda, napęczniała jak opita pijawka, przetrwałaby bez aktów bezinteresownej i głupiej brawury? Peany same się nie piszą, a nawet najbardziej absurdalne i wymyślne bajędy powtarzane po karczmach potrzebują czegoś, na czym bardowie, bajarze czy zwykłe dziady wędrowne zawieszą uwagę słuchaczy. Widząc rozdziawione gęby podlotków i maślane oczy harpich panien, uśmiechnęła się tylko, z politowaniem kręcąc głową.
Gdy Kastor zrzucił z siebie płaszcz, młódki aż westchnęły. Jego futro migotało srebrzyście, a bladoniebieskie nitki wyładowań tańczyły po ciele, odbijając się w toni czarnych oczu. Boską niemal aurę uzupełniały kłęby pary, wzbijanej z każdym ruchem. Nie wypowiedział ani słowa na powitanie, w zamian za to skierował się w stronę zastygłych w bezruchu alchemiczek, ukłonił grzecznie i zawiesił wzrok na najstarszej z nich. Dopiero wtedy nimb boskości nieco zbladł, a powietrze wypełnił dojmujący odór zgnilizny i palonego włosia. Lis nie dawał po sobie poznać, musiał być jednak poparzony w sposób wymagający interwencji medyka.
– Zapraszam do mnie – rzekła harpia. – Wracajcie do pracy, dziewczęta. Nie chcecie chyba, by namiestnik pomyślał, że mitrężymy tutaj czas?
Gabinet Izueli był ciemny, przytulny i nad wyraz dobrze wygłuszony. Grzmoty, raz po raz przebijające się przez szum deszczu, nie przeszkadzały w konwersacji, choćby i toczonej szeptem. Głos harpii, nawykły do wytężonej pracy, brzmiał tu zupełnie inaczej niż zwykle. Delikatnie, łagodnie. Serdecznie?
– Cóż sprowadza do mnie królewskiego wysłannika w tak parszywą pogodę? Czy mam czuć się winna ranom, których owa wizyta niechybnie ci przysporzyła? – spytała harpia, sadowiąc się za biurkiem z ładnie oheblowanych, dębowych desek pokrytych bursztynowym lakierem. Wskazała Lisowi krzesło po przeciwnej stronie mebla.
– Nie kłopocz się nimi, Izuelo – odparł beznamiętnie Kastor, niezgrabnie wpasowując się w siedzisko, bez wątpienia stworzone z myślą o istotach o nieco wątlejszej budowie. – Przychodzę w sprawie Hupla. A w zasadzie… W trosce o bezpieczeństwo osady.
– Jak on się czuje?
– Jest źle, a będzie jeszcze gorzej. Burza nie ustępuje, a astrologowie nie dają nam złudzeń – to wyjątkowo podły front. Wyjątkowo zepsuty. Palacze zgnilizny dzień i noc walczą z kolejnymi wysiękami, czyrakami i wykwitami. Najgorzej jest w północno-wschodniej części osady, gdzie spotykają się dwa potoki, Nitka i Strzałka. Coś sprawia, że to właśnie tam zgnilizna roi się na potęgę. Przesiedliśmy część ludności, ale warunki nie są sprzyjające. Powiem wprost – Hupel nie będzie ostatnią ofiarą.
– Bardzo chciałabym pomóc – zaczęła niepewnie matrona. – I pomogę, wszelkimi dostępnymi środkami, ale uwijamy się tutaj jak w ukropie, sam wiesz. Każda para szponów jest potrzebna w laboratorium.
– Wiem – uciął krótko lis. – Nie o wasze preparaty, medykamenty czy same zielarki przyszedłem prosić. Chodzi o ropuchę.
– Chcesz go… zabrać?
Izuela widziała poruszające się lisie wargi. Dostrzegałą pytający wzrok i grymas zdumienia, deformujący, i tak dostatecznie już zdeformowany, pysk.
Charkotliwy głos Kastora ugrzązł jednak gdzieś z tyłu harpiej głowy. Wyobraziła sobie chór entuzjastycznych okrzyków w momencie ogłoszenia nowiny podczas codziennej odprawy. Oczyma wyobraźni widziała siebie wśród szczebioczących laborantek, nie mniej od nich radosną i beztroską. Rzeczywistość jednak istotnie różniła się od imaginacji. W rzeczywistości coś stało na drodze pozytywnym emocjom. Poczucie obowiązku? Instynkt samozachowawczy? Dociekliwość badacza i naukowca? Nie, to było coś innego. Coś, czego Izuela nie potrafiła, bądź nie chciała nazwać.
– Dobrze – przerwała w końcu nieskładne rozmyślania, zaskoczona własnym zdecydowaniem. – Kiedy chcesz go przenieść?
– Przygotowania trzeba zacząć niezwłocznie – odpowiedział bez cienia namysłu lis. Po chwili zmieszał się jednak pod ciężarem gromiącego wzroku alchemiczki, dość jednoznacznie spoglądającej na rosnące, ropne purchle na jego dłoniach.
– Jak tylko minie dzisiejsza erupcja – zreflektował się. – Pójdę poinformować Gronga.
Wstał, ukłonił się, cicho zamknął za sobą drzwi, przechodząc przez które zmuszony był schylić się niemal do pasa.
W gabinecie zrobiło się wyjątkowo pusto.
*
W małym, przypokojowym warsztacie pachniało intensywnie chmielem, rumiankiem i czarną porzeczką. Wprawny nos wychwyciłby też charakterystyczną woń nagietka, krwawnika i świeżej dębowej kory. Mniej wprawny z pewnością odwróciłby się, czując dochodzący w naczyniu koagulant, łapiąc nie aromaty, a powietrze. Zachłannie. I z pewnością ustami. Izuela nie pożałowała kleszczowego łoju i kowalowego lepiszcza, które w głównej mierze odpowiadały za przykry zapach.
Mazidło było gotowe. Obróciła kolbę na trójnogu bez obawy o zbyt gwałtowne wydostanie się substancji na zewnątrz. Ta spływała leniwą, cienką strużką do umieszczonego pod nią słoiczka.
– “Na wybroczyny”… Nie… “na rany”. Może po prostu “na dolegliwości skórne”? – zastanawiała się głośno nad treścią oklejki, zwykle służącej do opisywania kolb, alembików i probówek. Zostało “do smarowania”.
Przykryła słoiczek pokrywką, mocno zakręciła, po czym postawiła na tacy. Spojrzała krytycznie. Westchnęła przeciągle kręcąc przy tym głową, jakby chciała odpędzić stado natrętnych much. Załamała ręce, gryząc się ze sobą w zajadłej walce.
W końcu cisnęła słoiczek do kosza i skierowała się w stronę piwnicznych schodów.
*
Tym razem moczarz czekał na nią poza lepką od zepsucia wodą. Dłuższą chwilę musiał spędzić na powierzchni, gdyż parująca i sycząca jątrzącymi się ranami skóra zdawała się stygnąć. Siedział nieruchomy, potężny, spokojny, czym budził zarówno ufność, jak i niepokój.
Nim położyła tacę, Grong wskazał jej krzesło. Tak po prostu. Ona zaś, tym razem bez wahania i namysłu, spoczęła, podwijając wstęgi nieodłącznego szala. Spojrzała na niego bez wyrzutu, bez oczekiwań i pytań. Po prostu chciała usiąść. I trwałoby to tak w nieskończoność, ale Grong chciał również porozmawiać.
– Czcigodna – zaczął nad wyraz oficjalnie. – Na wstępie pozwól, że podziękuję. Za gościnę, za wspólny czas, za to tutaj – wskazał na tacę z jadłem – i za poświęcenie.
– Nie tobie dziękować, a nam. Wszakże to ty oczyszczałeś naszą wodę z zepsucia.
Moczarz uśmiechnął się. Ni to w odpowiedzi, ni to do siebie.
– Ach, tak. Dziękuję również za niezachwianą dyscyplinę wewnętrzną i kamienną twarz. Wszakże przebywanie w mojej obecności, doświadczanie specyfiki mojego gatunku, to nie spacer po ukwieconej, wiosennej łące. Nie zaprzeczaj, wiem jak wyglądam. Słyszałaś kiedyś ropusze powiedzenie: “Nim pochylisz się nad sadzawką, upewnij się, że woda jest zmącona”? To o mnie – zaśmiał się parszywie, a strużka śluzu wypełzła z jego gęby. Otarł ją chustką. Po chwili podjął ponownie.
– Okazywanie emocji i spoufalanie się z takim pomiotem Typhuza jak ja, był, jak mniemam, nieodzownym elementem strategii przetrwania. Przeżycia czasu, jaki wspólnie otrzymaliśmy. Gratuluję konsekwencji i rzetelności w realizacji planu.
Ukłonił się lekko. Ukłon nie został odwzajemniony. Izuela wytrzymała spojrzenie rozmówcy. Ze spokojem oczekiwała na rozwinięcie rozwleczonej, ropuszej myśli.
– Wybacz to paskudne użalanie się nad sobą. – Grong zmieszał się, a w zmieszaniu tym był swego rodzaju smutek. – Mógłbym złożyć to na zgniliznę i jej wpływ na psychikę, chwilową niedyspozycję emocjonalną, niepotrzebne uniesienie, ale… – urwał. Niepewny, czy aby rozmówczyni nie obdarzy go spojrzeniem, jakim często, o wiele za często, bywał obdarowywany, gdy miał czelność uzewnętrzniać się. Podniósł wzrok, upewnił się. Nic takiego się nie wydarzyło.
*
Owsianka była ciepła i pożywna. Lizydor nie żałował sobie ani miodu, ani jagód, całość podlewając ledwie zauważalną ilością wrzątku. Z wiekiem nabrał przekonania, że im posiłek dłuższy, tym bardziej syty, wartościowy, a przy tym zdrowy. Mełł więc tłuczone, twarde ziarna okraszone przyjemną słodyczą w bezzębnej paszczęce. Skryty we wnętrzu kaplicy nie rzucał się w oczy, toteż odwiedzający ją osadnicy traktowali go jak jeszcze jedną osobliwość tego świętego miejsca. Każdy wiedział, że opiekun gdzieś tam jest, że obserwuje, dogląda ognia, pilnuje zachowania obrzędów i ceremoniałów. Takie było zresztą jego zadanie – jednocześnie być, i nie być. Strzec, ale nie naruszać świętego prawa do dyskretnej modlitwy w zaciszu własnego serca. Czasami zdarzało mu się głośniej chrząknąć, a jakże. Stuknąć starą wierzbową laską czy nawet skarcić co poniektórych wiernych, brukających błotem święte płótna lub zachowujących się w sposób niegodny.
Były też dni, jak dzisiejszy, gdy święty ogień, nie niepokojony żadną modlitwą czy ofiarą, płonął na chwałę Wielkiego Nieba i Matki, mając za towarzysza jedynie wiekowego jaszczura. Tym większe było zdziwienie Lizydora, gdy późnym wieczorem w kaplicy pojawił się gość. “Cóż, potrzeba serca potrzebą nadrzędną” z wyrozumiałością godną dobrego pasterza powiedział sam do siebie. I nie pomylił się. Tajemnicza postać uklękła w miejscu do tego przeznaczonym, wykonała sakralny gest i zatonęłą w szepcie zwyczajowej modlitwy. Nie trwało jednak długo, nim kapłan usłyszał znajomy głos:
– Witaj, ojcze – Głos był niezwykle serdeczny, a przy tym poważny, wręcz oficjalny. – Przepraszam za późną porę, ale… musiałam przyjść.
– Ach, Izuelo, to ty! Nie turbuj się, proszę. Żaden to kłopot. – Machnął zdrętwiałą od wielogodzinnej bezczynności dłonią. – W moim wieku wizyta starego przyjaciela to, nie przymierzając, jak skwarkę w kaszy znaleźć. Radość wielka i łaska z niebios! A pora? Burza taka, że trudno dzień od nocy odróżnić. Gdyby nie to, że mam wyliczone drwa co do jednego, to bym nie zgadł, czy to na obiad wołają, czy na kolację.
Izuela cierpliwie czekała, słuchając jaszczura z mimowolnym uśmiechem. Lizydor był jednym z tych staruszków, którzy pokłady niewypowiedzianych słów kumulowali w sobie niczym zapasy na zimę.
– Myślałem, że się ciebie w tę ulewę nie doczekam…. Praca pracą, królowa królową, ale o modlitwie pamiętać trzeba. Komu jak komu, ale tobie, która świadectwami na boskie zwierzchnictwo mogłaby całą osadę obdzielić, mówić tego nie muszę.
Harpia przytaknęłam tylko, pochylając się nieznacznie. Głęboko wierzyła, że łut szczęścia nie był jedyną siłą, dzięki której stała dziś w tym miejscu. Bogowie, z jakiegoś powodu, byli jej niezwykle przychylni. Świadomość tego faktu pozwalała stać się Izueli jednym z najbardziej niezłomnych mieszkańców Gorejącego Miasta. Dawała również poczucie sprawczości, które przygnało ją do kaplicy, mimo wciąż obecnych powidoków po wczorajszej, burzowej erupcji.
– Dziękuję za zrozumienie, ojcze. Czy mogłabym…
– Oczywiście, oczywiście! Już mnie nie ma. – Powoli odwrócił się, zamiatając ogonem rozmokłe liście, nagnane wiatrem na bruk okalający palenisko. – Wiesz, rad jestem z twojej wizyty – rzucił na odchodne. – Ogień dziś jest zupełnie inny. Blady, chłodny, markotny. Tak, tak, on też potrzebuje nas, naszych modlitw, ofiar. Miłe mu będą twe słowa.
Jaszczur odszedł kryjąc się w suchym podcieniu, a Izuela została sam na sam z bogami i świętym ogniem. Klęknęła, wsłuchując się w pieśń płomieni. Szukała słów. Długo i bezskutecznie. Zwykle nie miała z tym problemu. Zwykle pomagało liturgiczne obycie, wiedza, utrwalone i powtarzane jak litania formuły. Tym razem było inaczej.
“Nadzieja jest zawsze. Ktoś przecież nad nami czuwa” przypominała sobie własne słowa i nagle zrozumiała. Nigdy nie modliła się za kogoś. Poczuła, jak coś ciężkiego narasta w jej wnętrznościach, jak pełznie w górę, ku żołądkowi, i jeszcze dalej, ewoluując w nieprzyjemną narośl, masę nieokreślonej substancji w gardle. Z trudem łapała powietrze, oczy nabiegły łzami. Czuła pustkę. Czemu ta właśnie teraz ją odnalazła? Dlaczego po tylu latach, upomniała się o swoje? Przysiadła na mokrym szalu, opuściła głowę, wpatrując się w cienie niecierpliwie wyciągające szpony po jej słowa, deklaracje, prośby.
– Wsłuchaj się w ogień. Modlitwa nie zawsze jest prosta, nie zawsze ma określoną formę. – Słowa dochodziły znikąd. Z głowy? Z wiecznej ulewy? Od bogów? “Nie” pomyślała. “Ktoś zawsze tam jest” powtórzyła i uśmiechnęła się do tej myśli. Rada, którą otrzymała, pomogła. Przestała słyszeć swój niespokojny oddech, stukot ciężkich kropel, chlupot lejącej się wody. Ogień wypełnił jej umysł znajomą melodią.
Lizydor nadstawił uszu. Ponad deszczową wrzawą, ponad trzaskiem strzelających polan, ponad słowami hałaśliwie kolebiącymi się w jego głowie i czekającymi na sposobność do ucieczki, usłyszał dziwną, nieznaną mu wcześniej pieśń. Była smutna, cicha, melancholijna. Piękna.
*
Grong wpatrywał się w oczy Izueli, łapczywie chłonąc to, co w nich widział. A widział wiele, coraz więcej. Z każdym tygodniem, dniem, z każdą rozmową i każdą wymienioną uprzejmością.
Czas spędzony w piwnicy pozwolił przywyknąć do jej wzroku, a jednocześnie śledzić drobne zmiany, którym harpie wejrzenie bez wątpienia było poddawane. Informację o zmianie lokum i utracie tego, co z takim trudem wypracował podczas pobytu w laboratoryjnych podziemiach, przyjmował z niekrytym rozgoryczeniem. Nawet teraz, pozornie spokojny, miał ochotę trzasnąć pięścią w stół, wrzasnąć, cisnąć czymś w odmęt piwnicznego bajora. Był ropuchą, nie mógł sobie pozwolić na ten komfort. Bał się zrazić Izuelę, przerwać tę wątłą nić, na której wisiała ich zagadkowa i specyficzna relacja. Wziął głęboki oddech, uspokoił się. Na chwilę zniknął. A potem zniknął zupełnie. W jego miejsce pojawiła się ropucha, jakiej Izuela jeszcze nie widziała.
– Widzisz, droga. Ja umieram. – Nie śpieszył się. Mówił z trudem. Słowa grzęzły w gęstym i lepkim strachu, który zawładnął nim niczym zgnilizna. – Umieram i bez wątpienia umrę. Prędzej, niż później, a już z pewnością prędzej, niż bym chciał. – Głęboki oddech, kolejny, jeszcze jeden. – Pamiętasz opowieść o harpidzie, który mieszkał ściana w ścianę z moją nieodżałowaną familią? Jak już wcześniej wspomniałem, wierz lub nie, był moim przyjacielem. Ale nie tylko. Swojego czasu uczył w uniwersytecie Ytlo. Szkolił, wystaw sobie, młode adeptki i adeptów alchemii. Destylacji deszczówki, warzenia dekoktów i przyrządzania owsianki. Długo pozostawał w stolicy, bawiąc się w mistrza, lecz jedną z podopiecznych wspominał nader często i chętnie. Pewną młodą harpię, nieznośną i równie niezdarną młodą frygę. Nazywał ją Izi.
W twarzy Izueli coś się zmieniło. Dreszcz przeszył jej ciało, jak gdyby poraził ją impuls połączeń nerwowych, które nieoczekiwanie dały o sobie znać. Pamiętała. Nie… Przypomniała sobie. Jak mogłaby zapomnieć?
– Tillos nie żyje. Zresztą – nie żyje od wielu lat. Nie miał rodziny, ale miał przyjaciół, a konkretniej stworzenie siedzące właśnie naprzeciw ciebie. I miał Izi. Przed śmiercią miał również życzenie, które zdradził mi w liście. Jedno, proste. Brzmiało: “pomóż jej, strzeż ją”.
Cisza, która nastąpiła po tych słowach, była najsłodszą ciszą jakiej Grong doświadczył od dawna. Bardzo dawna. Nasycona emocją, napięciem, a ponad wszystko zainteresowaniem, poruszeniem. Nie trwała długo. “Szkoda” pomyślał. Obawiał się tego, co nastąpi po niej.
– Dlaczego tu jesteś, ropucho? – spytała Izuela, próbując odzyskać rezon i wcześniejszy, beznamiętny chłód. Bezskutecznie. Wspomnienia wracały, a wraz z nimi kolejne dreszcze. Grong uśmiechnął się wyzutym z radości uśmiechem.
– Zawsze tu byłem – rozpoczął, ale nie spieszył się z kontynuacją. Początkowy strach zastąpiło trwożne przekonanie, że popełnił błąd. Ogromny, niewybaczalny. Nieunikniony. – Zawsze pomagałem. Starałem się.
Rozmowa, prowadzona w myślach tysiące razy, w rzeczywistości przerosła jego umiejętności retoryczne, a słowa przychodziły z najwyższym trudem.
– Pierwszy był Hamma. To on pozwolił mi dołączyć do karawany, mającej za cel rozbudowę sieci zaopatrzenia na wschodnie mokradła. Rzecz jasna potajemnie. Widzisz… Dzieci nowego cyklu niespecjalnie nawykłe były do widoku ropuchy, a ropuchy nie dawały powodów, by stan ten zmienić, gnuśniejąc w swoich błotniskach. To było dwadzieścia lat temu. Nic się od tego czasu nie zmieniło. – Uśmiechnął się popsutym, ropuszym uśmiechem. – Dołączyłem do wyprawy nie bez przyczyny. Znasz już tę przyczynę.
Harpia nie odpowiedziała. Miast tego przyglądała się ropusze, a jej wzrok wcale nie należał do najprzyjemniejszych. Ale nie był też obcy, nieprzejednany czy nieprzyjacielski. “To już coś” pomyślał Grong.
– Potem był Niclas, Kruglin, Hiop zwany Długim Ogonem. No i Kastor. Byłem więc w Krwawym Borze, Szczeżujowym Wykrocie, pierwszym i drugim, Osadzie przy Górze, Osadzie za Górą, Kleistych Ostępach Czwartych, nawet na tym przeklętym mszarze, gdzie otworzyliśmy zakazaną komnatę. Jak on się…
– Omszała Mogiła. Nazwę nadaliśmy już po powrocie do stolicy – wtrąciła niespodziewanie Izuela. Grong, wyraźnie zaskoczony, ale też, skrycie podekscytowany, kontynuował z nieco większym animuszem.
– Nie wszędzie była zgnilizna. Z braku laku zdarzało mi się odpędzać komarzydła, zdziczałe pijowce albo wodognilce. Raz nawet pokłułem kozikiem napuchniętą kleszczarkę. Szybko ujawniło się źródło jej pokaźnych rozmiarów odwłoka i paskudna infekcja. Ten smród, och, bogowie! Musiałem zmienić przytulne namorzyny i zapaść w moczary. Nie wiesz nawet…
– Wiem. Badałam to truchło – wycedziła Izuela z trudem, jak gdyby symultanicznie tłumaczyła starożytny tekst, dawno zapomniany język. – Zagadka tajemniczych ran wyjaśniła się. – Grong w odpowiedzi wykrzywił usta w nieodgadnionym grymasie. Nie panował nad twarzą. Szybko więc skontrował własną nieporadność i zmieszanie, kontynuując przerwaną historię.
– Nie w każdym laboratorium, w którym pracowałaś, była piwnica. Czasami kryłem się w niedostępnych szuwarach, porzuconych gniazdach pijawek. Raz przyszło mi koczować w zmurszałej skorupie pokaźnych rozmiarów ślizgacza. Dla ropuchy to nie problem. Ropucha nie potrzebuje ani świętego, ani żadnego innego ognia. Ciepło nas nie dotyczy, omija nas, a my unikamy ciepła. – Jego źrenice powoli opadły. Paskudne oczy zabieliły się, zmętniały. Jeśli ktoś znałby płazie zwyczaje, wiedziałby, że było to równoważne z zamknięciem powiek. Niestety, nikt nie znał ropuch, a co dopiero ich dziwactw.
– Dlaczego? – zaskrzeczała nagle Izuela. Wszystkie “dlaczego”, kołaczące się w jej głowie, zlepiły się w jedno przeraźliwe, obłąkańcze “dlaczego”. Upokarzający jazgot, który z siebie wydała, jeszcze długo cichł w piwniczej matni.
– Ja…Ja… – Próba odpowiedzi zakończyła się spodziewaną porażką. Nie poddawał się jednak. – Ja… Nie mam nic więcej – wydukał, zachłannie łapiąc oddech. – Jestem ropuchą, wiem, ale “nic” to dla mnie za mało. To, co dał mi Tillos, było czymś więcej. – Usta Gronga falowały, drgały i wykrzywiały się groteskowo – Początkowo był to po prostu akt szacunku, lojalności wobec przyjaciela. Zadanie, które wypełniało pustkę po jego śmieci, ale to się zmieniło. – Szybkie, ukradkowe spojrzenie na Izuelę. Nie była już tą nieprzejednaną matroną z początku rozmowy. Była małą dziewczynką, którą rodzice musieli zostawić na jakiś czas u dalekiego krewnego. Przejętą i zdezorientowaną istotą.
– Błotniska… Byłeś tam? To ty…
– Zdołałem dopchać do ciebie czółno? Tak, choć srogo odpokutowałem moją młodzieńczą zawziętość. Zapadłem w wody na długie tygodnie. Musiałem, wystaw sobie, wracać wpław do Gorejącego Miasta, podczas szalejącej burzy. Gdy dotarłem tam, ciebie już nie było. Pojechałaś… Tama Błękitnego Nurtu? Dobrze pamiętam?
“Dobrze pamięta, sukinsyn” pomyślała. Jej wściekłość, mimo iż żywa i intensywna, była również rozchwiana, krucha i efemeryczna. Taka, która samoistnie rozpadała się pod naporem tysięcy innych uczuć. “To zawsze był on. Ta czuwająca siła. To była ropucha. Paskudna karykatura istnienia, kłam zadany idei doskonałości stworzenia”.
– Oczekując, liżąc rany i odzyskując siły zrozumiałem, że tęsknię. Cholernie tęsknię za świadomością twojej obecności, świadomością twojego bezpieczeństwa, której wtedy nie miałem. Bałem się.
“To zawsze był on. To o niego chodziło. Och, Tillosie…”.
Wstała. Byłaby upadła od zbyt gwałtownego ruchu i ciemności, która na moment przysłoniła jej wzrok, gdyby nie jego dłoń. Szybko, zdecydowanie zbyt szybko wyszarpnęła szpon z miękkiego uścisku.
Niedługo potem żałowała swojej zawziętości, nieprzejednanego chłodu, gwałtowności, ale było już za późno.
*
Tego wieczora Grong nie otrzymał kolacji.
Nie czuł jednak głodu. Jak wtedy, w Roztokach Tummego, gdy został sam z szaszłykami, osławionymi w jego opowieściach. “Tym razem i to mi odebraliście” pomyślał, a ów boski żart wpędzał go w jeszcze głębsze poczucie beznadziei. Ale śmiał się. Rechotał na całe gardło, wpatrując się w pusty blat przed sobą. Stał nad otchłanią, a upiorny śmiech był tylko kolejnym krokiem ku jej krawędzi. Gdy przestał, jedynym, co zostało w jego głowie, była myśl: “oby nikt tego nie usłyszał”. Nie obawiał się już prawie niczego. Wstydu, zniewagi, bólu, nawet szaleństwa. Odrzucenie, którego perspektywa mroziła do dziś każdą komórkę ciała, już go nie obchodziło. Ten most już przekroczył.
Bał się, bo wiedział, że to, co wydobywało się z jego trzewi, było dźwiękiem potwornym, zdolnym obrosnąć każdą, nawet najbardziej plugawą, legendą. Nie chciał pozostać takim w pamięci Izueli. Nie zasłużył na to. Należy mu się przynajmniej pamięć.
Spojrzał na zawartość rozedrganych dłoni, na połyskujący przedmiot. Przycisnął go do piersi. Mocno. Do bólu. Ropa sącząca się z otwartych ran wystrzeliła jak gejzer. W końcu opuścił zmęczone ręce. Zacisnął szczękę, gryząc się ze sobą w zajadłej walce. Po dłuższej chwili poddał się. Przegrał.
*
– Zgnilizna?
– Bez wątpienia. Był chory. Bardzo chory – odpowiedziała chłodno Izuela.
Kastor spojrzał na harpię tajemniczo. Łowił węglami swoich ślepi najmniejsze odruchy, mogące zdradzić to, co działo się w jej umyśle. W końcu spytał zgodnie ze swoją lisią naturą, bez ogródek.
– Ty go zabiłaś?
Nie odpowiedziała. Miast tego uśmiechnęła się żałośnie i bezsilnie. Nie miała nic do powiedzenia. Nic, co mogłoby ją usprawiedliwić.
– Wyjedziesz w ciągu tygodnia. Zaraz po burzy. – W jego głosie nie było cienia emocji. – To łaska, na którą nie muszę, ale mogę sobie pozwolić. Kto zapłacze po ropusze? Kto pożałuje? Kogo to obejdzie? Nikogo.
– Wyjadę jutro – przerwała. Słuchanie lisiej mowy, choćby niemal całkowicie zatopionej w burzowej ulewie, było ostatnim, na co miała teraz ochotę.
– Zostawił coś? Jakiś list? Dziennik? Notatkę?
– Nic – skłamała harpia bez namysłu, patrząc na płomienie łapczywie obejmujące wielkie, ropusze cielsko. Jako jedyna wśród zgromadzonych nie krzywiła się, nie odwracała wzroku, nie zakrywała uszu słysząc przebijający się ponad ulewę syk skwierczących tkanek. Nie wzdrygała się konwulsjami mdłości powodowanymi odorem zgnilizny. Słyszała inkantowaną przez Lizydora pieśń żałobną, z niedbałością zakrawającą o profanację. Zaklęła w duchu.
Podeszła bliżej. Na tyle blisko, by blask ucztujących na grongowym truchle płomieni rozświetlił jej skrytą pod kapturem twarz.
– Zbyt tajemniczo, Tillosie, zbyt tajemniczo – szepnęła, wrzucając w płomienie stary, pożółkły list. Czerniejący w ułamku sekundy pergamin przez chwilę jeszcze dogorywał, ostatnim tchnieniem przypominając:
“PS. Nie pozwól, by zgnił w samotności”.
Zaraz potem w płomieniach zniknął kolejny wypełniony tekstem pergamin, a wraz z nim jedyny dowód jej niewinności.
*
Brzdęk tacy upuszczonej na kamienną posadzkę brzmiał jeszcze długo po tym, jak dopadła do zanurzonego w wodzie cielska. Jak zawsze zimnego i nieruchomego, jednak tym razem jednoznacznie bezwładnego i karykaturalnie opadającego z krawędzi basenu. Jedno spojrzenie wystarczyło – oczy Gronga zasnute były ciemną, żółknącą mgłą, a jątrzące się zwykle rany zasklepiły się, zamknęły, zarosły. “Zgnilizna przejmuje nad nim kontrolę, już nie jest żywą istotą” wywnioskowała z przerażeniem.
Usiadła na tym samym krześle, na którym nie tak dawno świadkowała przeistoczeniu plugawej ropuchy w tajemniczego przyjaciela. Przez lata głowiła się nad identyfikacją persony namaszczonej przez Tillosa w ostatniej korespondencji, którą od niego otrzymała.
“Nie pozwól, by zgnił w samotności”.
Skąd miała wiedzieć? Jak wydedukować, poznać prawdę? Zapewne harpida był przekonany, iż Grong ujawni się wcześniej, nawiąże współpracę, może relację. “Naiwny głupcze!” chciała zakrzyknąć. “Przecież to stara, schorowana ropucha! Zbyt ropusza w swoim jestestwie, zbyt skryta i niepewna, by dać mi więcej czasu, odrobinę więcej czasu. Odrobinę więcej odpowiedzi”.
W zamian za to otrzymała kolejny list. Leżał na drewnianej ławie, tej, przy której wieczerzał moczarz.
Otworzyła misternie zapakowaną korespondencję. Czytała, sunąc po pergaminie rozdygotanym pazurem, chłonąc słowa, których znaczenia nie do końca rozumiała. Zatrzymała się. Ten fragment znała bardzo dobrze. Czytała go wcześniej wielokrotnie. W liście Tillosa.
”… z przyjacielem to nigdy nie wiesz, co ma w sercu na dnie, póki ostrza weń nie wrazisz”.
“Co mieli na myśli? To jakaś sentencja? Metafora? Ich kamraci okrzyk?” zapewne długo zastanawiałaby się i klęła w duchu mnożące się ropusze zagadki, gdyby nie fakt, iż jedynym przedmiotem leżącym na stole prócz listu, okazał się być długi, myśliwski puginał. Pokryty był lepkim, czarnym śluzem.
– To nie może być przypadek – stwierdziła. Była zdeterminowana, zła i zmęczona ciągłą niewiedzą, zagadkami i wodzeniem za nos. Chwyciła za nóż i szybkim krokiem skierowała się w stronę denata.
Mimo, iż sztych ostrza wydawał się ostry jak brzytwa, gruba skóra nie poddała się łatwo. Setki sekcji, jakie wykonała w swoim życiu, na nic zdały się w obliczu tego wyzwania. Nigdy nie badała ropuchy. Przebicie jej trwało wieki, a wyglądało niczym nieudolna próba mordu. Gdy jednak ropiejąca, czarnozielona fasada kryjąca wnętrze moczarza ustąpiła, ostrze bez najmniejszych problemów zagłębiało się w miejscu, w którym winno znajdować się serce każdego znanego jej stworzenia. Spotkanie puginału z mięśniem zasygnalizował dziwaczny dźwięk. Stuknięcie, przypominające uderzenie metalowego dłuta o kamień. Cofnęła ostrze, ponowiła pchnięcie. Tym razem sztylet zagłębił się nieco dalej, towarzyszyło temu jednak przeciągłe skrzypnięcie, hałaśliwy opór. Ostrze utknęło.
Zdumiona Izuela wyciągnęła je mocnym pociągnięciem, niemal wpadając do destylowanej, rojącej się od zgnilizny sadzawki. Nie czekając długo, wykonała kolejne dwa cięcia, prostopadłe do poprzedniego. Odchyliła lepki płat skórny, po czym zanurzyła uzbrojone w nóż szpony w galaretowatej, tłuszczowej tkance. Zręczne ruchy wprawnego prosektora nie wystarczyły, by wydobyć cel prowizorycznej sekcji. Wśród posoki, czarnej niczym onyks, połyskiwało nienaturalnej wielkości serce. Wyzierające z tkanek kryształy oraz pokrywające komory, przedsionki i arterie naniesienia nie tyle przerażały, co fascynowały harpię. Zadziwiała ją możliwość egzystencji z podobnymi defektami. Wyglądało to jak rodzaj skrystalizowanej materii, bez wątpienia pochodzącej od absorbowanego przez ropuszy organizm zepsucia. Szybka analiza i doświadczenie skłoniło ją do podjęcia natychmiastowych, dalszych oględzin.
Z tytanicznym trudem obróciła bezwładne cielsko, poszukując właściwego miejsca do wykonania kolejnych cięć. Jej celem były nerki, bez wątpienia dotknięte podobną dysfunkcją, co serce ropuchy. Efekt przerósł jej najśmielsze oczekiwania. Kamienie, które znalazła, zajmowały niemal całą objętość ropuszego narządu, niczym odlewy w organicznej formie.
Były oszałamiająco piękne, a jednocześnie przerażające. Ciężkie, choć przypominające wypełnioną opalizującym płynem bańkę. Głęboko czarne, a zarazem emanujące niezwykłym, ponurym światłem, aurą wiecznego morza, kosmiczną energią, czymś nieopisanym i nieodgadnionym.
Długo wpatrywała się w bezkresne wnętrze minerałów, arcykryształów trzymanych w dłoniach, aż w jej głowie zaczęła majaczyć znajoma melodia. Piękna, smutna, gorzka.
Zedrzyj skorupę doczesną, plugawą powłokę bolesną
Ukaż skarb głębin bezdennych, snów owoc, a może koszmarów sennych?