- Opowiadanie: Rafael Sanki - Perłopłaz

Perłopłaz

Witajcie! Opowiadanie garściami czerpie ze świata wiecznej ulewy podpatrzonego w grze pol­skie­go stu­dia Ere­mi­te Games “Aga­inst the Storm”, która to gra urze­kła mnie swoim ra­in­pun­ko­wym motywem przewodnim. Prócz umiarkowanego światotwóstwa, będącego tłem dla wydarzeń, staram się w niej skupić na relacji dwóch postaci będących osią opisywanych wydarzeń – harpii Izueli i ropuchy Gronga. 

Być może bę­dzie to po­cząt­kiem cze­goś więk­sze­go, chciał­bym. Rzecz jasna to twór niezależny, nie żaden fragment. 

Na pewno jest moim naj­więk­szym dotąd opo­wia­da­niem, tym, nad któ­rym pra­co­wa­łem od przeszło roku, najwięcej czasu poświęciłem postaciom, ich motywom i relacjom. 

 

W tym miejscu chciałbym też podziękować wszystkim betującym, którzy w wymierny sposób wpłynęli na moje postrzeganie niektórych kwestii fabularnych, a już na pewno techniczną poprawność tekstu. Szczególne podziękowania dla bruce – niestrudzonej, niezachwianie cierpliwej i niezawodnie pomocnej:)

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Outta Sewer, Użytkownicy

Oceny

Perłopłaz

 

Burza była coraz bli­żej. Le­d­wie kilka dni dzie­li­ło ka­ra­wa­nę od spo­tka­nia ze zło­wro­gą siłą, cy­klicz­nie na­wie­dza­ją­cą te zie­mie. Chmu­ry ciem­nia­ły, wiatr zło­śli­wie zrzu­cał kap­tu­ry z głów, a kro­ple mżaw­ki sta­wa­ły się wy­raź­nie cięż­sze. Gęst­nia­ły od prze­ni­ka­ją­cej je, bu­rzo­wej ener­gii. W efek­cie wszech­obec­na, błot­ni­sta breja, zwy­cza­jo­wo sku­tecz­nie prze­ci­na­na przez płozy bło­to­wo­zów, stała się dla ka­ra­wa­ny istot­nym pro­ble­mem. Wy­cień­czo­ne śli­ma­ko­nie coraz czę­ściej sta­wa­ły dęba w wy­ra­zie pro­te­stu i peł­zły ni­czym po­spo­li­te śli­zga­cze, nie zaś po­tęż­ne ogie­ry ze staj­ni samej kró­lo­wej.

Ale było coś jesz­cze. Pie­ką­cy w oczy i draż­nią­cy ślu­zów­kę swąd zgni­li­zny. Dzi­siej­szy deszcz prze­ni­kał do szpi­ku kości. Nie tylko ob­sy­py­wał ciało spa­zma­mi dresz­czy, ale mie­szał w gło­wie, wy­wo­ły­wał sen­ność, roz­draż­nie­nie, nie­kie­dy nawet wro­gość. Nie bez po­wo­du gro­ma­da z na­tu­ry spo­koj­nych bo­brów zło­rze­czy­ła nie­ustan­nie i sma­ga­ła bogu ducha winne śli­ma­ko­nie, po­chra­pu­ją­ce cięż­ko i z wy­raź­nym wy­rzu­tem. W końcu wozy sta­nę­ły, a wraz z nimi cała ka­ra­wa­na.

– Tutaj roz­bi­je­my obóz! – za­krzyk­nął Ka­stor, po­tęż­nie zbu­do­wa­ny i wy­so­ki lis, przed­sta­wi­ciel kró­lew­skiej woli, ko­ron­ny na­miest­nik.

Wska­zał prze­bi­ja­ją­cą się z gę­stej kniei po­la­nę. Na pierw­szy rzut oka, nie wy­glą­da­ła na miej­sce, któ­re­go szu­ka­li od tak wielu go­dzin. Ni­ko­mu nie przy­szło jed­nak do głowy, by pro­te­sto­wać, zło­rze­czyć czy choć­by wąt­pić. Nie tylko z po­wo­du zmę­cze­nia i tę­sk­no­ty za cie­płem ogni­ska. 

Ka­stor był do­sko­na­łym zwia­dow­cą. Znał Las, a Las znał jego. Jak nikt inny po­tra­fił od­na­leźć skra­wek grądu zdol­ne­go przy­jąć i za­trzy­mać żar pa­le­ni­ska. Pod­świa­do­mie wy­czu­wał aurę, zdol­ną ode­przeć na­pie­ra­ją­cą ze­wsząd wodę, za­własz­cza­ją­cą sobie wszyst­ko i wszyst­kich. Ale nie jego. Ka­stor po­jed­nał się z wiecz­ną ulewą, za­sy­mi­lo­wał, do­sto­so­wał. Po­tra­fił mie­sią­ca­mi żyć, jeść i spać otu­lo­ny je­dy­nie pie­rzy­ną nie­usta­ją­cej wil­go­ci. Po­dmu­chy bu­rzo­wej wi­chu­ry ko­ły­sa­ły nim za­le­d­wie, pro­wa­dzi­ły i po­py­cha­ły na­przód. Bły­ska­wi­ce roz­świe­tla­ły drogę w ciem­no­ści.

Wszyst­ko to czy­ni­ło go isto­tą nie­ustra­szo­ną. Jeśli wie­rzyć krą­żą­cym tu i ów­dzie opo­wie­ściom, Ka­stor bez mru­gnię­cia okiem sta­wał na­prze­ciw ogrom­nym gli­no­ryj­com. Po­zo­sta­ło­ści po osa­dach zrów­na­nych z zie­mią przez Ka­ta­klizm, prze­cze­sy­wał, jak gdyby były to zwy­czaj­ne obej­ścia, nie zaś na­wie­dza­ne du­sza­mi udrę­czo­nych ist­nień ruiny. Jako pierw­szy zwia­dow­ca zaś, prze­mierzał naj­mrocz­niej­sze za­kąt­ki Nie­skoń­czo­ne­go Lasu. Ponoć, pod­czas jed­nej z eska­pad, wi­dział nawet Zło­te­go Je­le­nia i, jeśli wie­rzyć plot­kom, do­go­nił go na wła­snych no­gach. In­ny­mi słowy – był ży­ją­cą le­gen­dą. Czy wska­za­ny przez niego spła­che­tek ziemi bę­dzie tym, któ­re­go szu­ka­ją? Ser­cem nowej osady? Wy­star­czył rzut oka na Li­zy­do­ra, dzier­ży­cie­la świę­te­go ognia, by wie­dzieć, że naj­wyż­szy czas wziąć się do pracy.

 

*

 

Izu­ela, skry­ta pod za­sło­ną kap­tu­ra i gir­land spły­wa­ją­cych z niego stru­żek wody, stała nie­ru­cho­mo ni­czym stara wierz­ba, nie mniej od niej po­sęp­na. Ob­rzęd in­au­gu­ra­cji taki był. Za­sie­wał ziar­no no­stal­gii w ży­znej od wspo­mnień pa­mię­ci, wy­bu­chał w umy­śle ty­sią­ca­mi pędów i za­głu­szał wszyst­ko inne, ni­czym chwast. 

Z za­du­my wy­rwał ją po­tęż­ny, jasz­czu­rzy głos. 

– Świę­ty ogniu! Ty, który ogrze­wasz nasze do­mo­stwa, osu­szasz po­ma­za­ne wiecz­nym desz­czem tkan­ki, krze­pisz ducha mocą i świa­tłem! Niech to miej­sce, które sta­nie się domem wielu, przy­nie­sie spo­kój i uko­je­nie w burzy, chwa­łę Wiecz­ne­mu Morzu, do­bro­byt i wiel­kość na­szej matce, kró­lo­wej, a nam, prze­siąk­nię­tym wil­go­cią i zgni­li­zną, da na­dzie­ję na życie w bla­sku słoń­ca. 

Unie­sio­na przez Li­zy­do­ra fiol­ka ema­no­wa­ła czymś cie­płym, przy­jem­nym, da­ją­cym po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Jej płyn­na za­war­tość, do­zo­wa­na cien­ką struż­ką, po­kry­ła nie­mal cały stos bar­dzo sta­ran­nie wy­se­lek­cjo­no­wa­nych szczap, po­cho­dzą­cych z naj­róż­niej­szych drzew i krze­wów. Gdy jasz­czur skoń­czył, wszy­scy zgro­ma­dze­ni wokół niego wznie­śli głowy, in­kan­tu­jąc pieśń. Słowa, choć le­d­wie prze­bi­ja­ją­ce się przez szum wiecz­nego desz­czu, zda­wa­ły się być na­sy­co­ne nie­zwy­kłym za­pa­łem i wiarą. Na­dzieją na zbu­do­wa­nie pro­spe­ru­ją­cej osady, na­dzieją na ła­god­ną burzę, na prze­trwa­nie. Po chwi­li, esen­cja po­kry­wa­ją­ca drwa za­czę­ła skwier­czeć, dymić, by w końcu wy­strze­lić ocho­czym pło­mie­niem ponad głowy zgro­ma­dzo­nych.

– Mó­dl­cie się – za­in­to­no­wał Li­zy­dor, a słowa szyb­ko za­to­nę­ły w desz­czo­wym ło­sko­cie. 

Pierw­si od­po­wie­dzie­li drwa­le, chó­ral­nie re­cy­tu­jąc tra­dy­cyj­ną mo­dli­twę. 

– Wiecz­ny Ogniu! Niech drew­no, które ci do­star­czy­my, pło­nie długo i chwa­leb­nie. Niech Las okaże się ła­ska­wy i to­po­rom przy­chyl­ny… – Niań­ki w sto­li­cy dbały o to, by każdy bóbr znał te słowa, bę­dą­ce swo­istym hym­nem ich ple­mie­nia.

– … a jego gniew omija nas i na­szych po­bra­tym­ców. – Co wy­po­wie­dziaw­szy po­kło­ni­li się Li­zy­do­ro­wi i sto­ją­cej obok Izu­eli. W ge­ście, ma­ją­cym ucho­dzić za uro­czy­sty, do­rzu­ci­li kilka brzo­zo­wych bali do ognia. Drew­no nie­mal na­tych­miast zo­sta­ło po­chło­nię­te przez za­chłan­ne pło­mie­nie.

Zaraz po bo­brzej de­le­ga­cji, z okrę­gu oka­la­ją­ce­go pa­le­ni­sko wy­stą­pił tęgi czło­wiek w szpi­cza­stym, słom­ko­wym ka­pe­lu­szu i dłu­gim płasz­czu ze skóry pi­jaw­ki. Na pierw­szy rzut oka trud­no było okre­ślić jego wiek. Ludz­ka twarz, blada i po­marsz­czo­na od wszech­obec­nej wil­go­ci, nie zdra­dza oznak sta­ro­ści, aż do lat głę­bo­kie­go prze­kwi­tu. Izu­ela wie­dzia­ła jed­nak, że to świe­żak, dziec­ko obec­ne­go cyklu. Kroki sta­wiał nie­pew­nie, cały dy­go­ta­ł, a słowa, wy­do­by­wa­ją­ce się z drżą­cych ust, nie były w sta­nie prze­bić się przez ka­ko­fo­nicz­ny plu­skot. „Tacy naj­szyb­ciej tracą de­ter­mi­na­cję” po­my­śla­ła.

– Ja… ja… pro­szę cię, Ogniu, by plony… eee… duży uro­dzaj żeby na­stał. I pro­szę… – urwał, gwał­tow­nie po­cią­gnię­ty za płaszcz przez in­ne­go przed­sta­wi­cie­la ludz­kie­go szcze­pu. Har­pia roz­po­zna­ła w nim ojca chło­pa­ka, Pio­tra. 

Wpa­tru­jąc się w głę­bo­kie, szyb­ko wy­peł­nia­ją­ce się wodą bruz­dy po bu­tach cią­gnię­te­go, mi­mo­wol­nie wró­ci­ła wspo­mnie­nia­mi do Błot­ni­cy Siód­mej, osady, którą zbu­do­wa­li lata temu, da­le­ko na pół­noc od Go­re­ją­ce­go Mia­sta. Tak się zło­ży­ło, że rów­nież Piotr uczest­ni­czył w jej bu­do­wie. Był wtedy młody, zde­ter­mi­no­wa­ny, a przy tym zwy­czaj­nie głupi. 

Męż­czy­zna za­bie­rał na eks­pe­dy­cję w głąb Lasu całą swoją ro­dzi­nę, z którą trud­no było mu się roz­stać na dłu­gie mie­sią­ce. Mimo tej, zda­wa­ło­by się, świa­do­mej de­cy­zji, od­zna­czał się nie­zwy­kłą wręcz lek­ko­myśl­no­ścią i za­pal­czy­wo­ścią w wy­wi­ja­niu to­por­kiem. A że pod­ów­czas był drwa­lem, nie mogło się to skoń­czyć do­brze. Las nie do­świad­czył go, nie na­uczył po­ko­ry. Do czasu. 

 

Licz lata, licz drze­wa, jak przyj­dzie ulewa, to z tobą za­śpie­wa.

Jeden raz, jedno drze­wo, nie do­się­gniesz mnie, ulewo.

Dwie po­la­ny, dwa kwar­ta­ły, drwal się robi bar­dziej śmia­ły.

Trzy sie­kier­ki, trzy nie­cno­ty na­ro­bi­ły nam kło­po­ty.

Do trzech razy była sztu­ka, Las wziął za­brał komuś wnuka.

Za­brał brata i są­sia­da, to ko­stu­cha przy­szła blada.

Za­brał córkę, i na­dzie­ję, przy­niósł burzę i za­wie­ję.

Las roz­sier­dził się okrut­nie, drew tu wię­cej nikt nie utnie.

Zważ więc z tą sie­kier­ką w dłoni, czy cię Las stąd nie po­go­ni.

 

Znał starą, bo­brzą przy­śpiew­kę, a jakże. Nie sko­rzy­stał jed­nak z ostrze­że­nia pra­dzia­dów, mą­dro­ści ukry­tej w sło­wach dzie­cię­cej wy­li­czan­ki. Ludz­ki umysł nie prze­mógł pod­szep­tów zwod­ni­czych, mrocz­nych sił miesz­ka­ją­cych w le­śnych głę­bi­nach. Piotr, w po­ry­wie nie­kon­tro­lo­wa­ne­go szału, przedarł się przez gęstą knie­ję, prze­bił przez ścia­nę drzew, do­cie­ra­jąc do ogrom­nej, le­śnej kom­na­ty, po­la­ny prze­klę­tej przez Las. Osada nie była go­to­wa. On nie był go­to­wy.

Wody wez­bra­ły, mo­cza­ry zmie­ni­ły się w śmier­tel­ne roz­le­wi­ska, po­to­ki w szpo­ny le­śnej wście­kło­ści. Osada nie prze­trwa­ła, świę­ty ogień pa­le­ni­ska zgasł, a wraz z nim naj­bliż­si Pio­tra, który jako jeden z nie­licz­nych wró­cił do Go­re­ją­ce­go Mia­sta, z za­wi­niąt­kiem w dłoni. Je­dy­nym, co mu zo­sta­ło. Wie­dzie po dziś dzień żywot rol­ni­ka, jak jego ludz­cy pra­dzia­do­wie, wy­rze­ka­jąc się sie­kier­ki, wy­rze­ka­jąc świę­te­go ognia i wiary przod­ków. A jego syn, owo za­wi­niąt­ko, wie­dzie ten po­zba­wio­ny na­dziei żywot razem z nim.

Izu­ela po­machała z re­zy­gna­cją głową. “Gasi w nim tę jasną cząst­kę, tlącą się iskrę” po­my­śla­ła. Ona też była wów­czas wśród oca­la­łych. Wtedy, wśród wa­lą­cej się i to­ną­cej Błot­ni­cy. Wśród zgro­zy zgo­to­wa­nej przez roz­sier­dzo­ny Las. Nie­wy­ja­śnio­nym, ma­gicz­nym wręcz zbie­giem oko­licz­no­ści, od­nalazła wów­czas trzci­no­we czół­no, które ni z tego, ni z owego wy­ło­ni­ło się z czer­nie­ją­cej piany wez­bra­nych wód. “Na­dzie­ja jest za­wsze. Ktoś prze­cież nad nami czuwa” de­kla­mo­wa­ła w za­ci­szu wła­sne­go serca, z mat­czy­ną tro­ską lu­stru­jąc ko­lej­ne ro­ze­dr­ga­ne i nie­pew­ne dusze skła­da­ją­ce ofia­rę ku czci Twór­czy­ni. 

Na sam ko­niec, nie­spiesz­nie i z wła­ści­wą jej po­zy­cji es­ty­mą, do ogni­ska zbli­ży­ła się sama Izu­ela. Jak za­wsze ob­ju­czo­na tu­zi­na­mi toreb, to­boł­ków, bu­te­le­czek, puz­de­rek. Do­by­ła, zda­wa­ło­by się na chy­bił tra­fił, jedno z nich, po czym za­nu­rzy­ła szpo­nia­stą dłoń w jego wnę­trzu. Za­ma­szy­stym ru­chem ci­snę­ła garść błę­kit­ne­go prosz­ku w kie­run­ku pa­le­ni­ska. W tym samym mo­men­cie pło­mie­nie, zwy­cza­jo­wo tań­czą­ce w nie­od­gad­nio­nym ryt­mie wła­snej pie­śni, za­czę­ły po­ru­szać się ryt­micz­nie, sy­me­trycz­nie, two­rząc swo­je­go ro­dza­ju frak­tal­ny spek­takl. Al­che­micz­ka zbli­ży­ła się do nich na tyle, iż szpi­cza­sty kap­tur za­koń­czo­ny dłu­gim we­lo­nem, któ­rym owi­ja­ła się ni­czym sza­lem, buch­nął parą jak roz­grza­ny sil­nik desz­czo­wy.

Przy­szli osad­ni­cy przy­glą­da­li się z czcią, wie­dząc, iż jest to naj­waż­niej­sza część ob­rzę­du. Izu­ela wciąż z wolna po­su­wa­ła się w stro­nę ognia, ten zaś cofał się, kon­cen­trycz­nie obej­mu­jąc har­pię, ni­czym part­ner w go­do­wym tańcu. W mo­men­cie, gdy oba ra­mio­na ogrom­ne­go okrę­gu za­mknę­ły się, har­pia znik­nę­ła w pa­lą­cym uści­sku, a zgro­ma­dze­ni po­chy­li­li głowy cze­ka­jąc na kul­mi­na­cję. Ta na­de­szła po kilku chwi­lach. Pło­mien­na kur­ty­na opa­dła, od­kry­wa­jąc ka­płan­kę świę­te­go ognia, mi­strzynię al­che­mii, ma­tro­nę Domu Har­pii. Izu­ela stała po­środ­ku wy­pa­lo­ne­go w tra­wie okrę­gu, spo­wi­ta bla­do­błę­kit­nym, ja­snym świa­tłem tlą­cym się nie­znacz­nie w trzy­ma­nej prze­zeń, pięk­nie zdo­bio­nej lam­pie.

– Oto boski pło­mień, oto nasza na­dzie­ja, która ogrze­je serca i do­mo­stwa! Tu po­wsta­nie osada na cześć i chwa­łę nie­śmier­tel­nej kró­lo­wej! – Za­krzyk­nął Ka­stor zbli­ża­jąc się do Izu­eli, a w ślad za nim ru­szy­li po­zo­sta­li świad­ko­wie kon­se­kra­cji.

Tylko jedno stwo­rze­nie po­zo­sta­ło w bez­ru­chu, z upior­nym uśmie­chem przy­glą­da­jąc się ca­łe­mu zda­rze­niu.

 

Prze­świ­t

 

Ro­pu­chy, zwane mo­cza­rza­mi lub po­tocz­nie mo­cza­ru­cha­mi, są nacją za­rów­no fa­scy­nu­ją­cą, jak i nie­po­ko­ją­cą. W swoim je­ste­stwie za­szy­te mają coś plu­ga­we­go, coś od­strę­cza­ją­ce­go. Nie są przez to szcze­gól­nie lu­bia­ne przez inne rasy. Co cie­ka­we – wza­jem­nie rów­nież nie darzą się sym­pa­tią, toteż ro­pu­sze grupy, kom­pa­nie czy in­ne­go ro­dza­ju zgro­ma­dze­nia są czymś ra­czej oso­bli­wym. Mo­cza­rze nie są stwo­rze­ni do funk­cjo­no­wa­nia w spo­łe­czeń­stwie, to spo­łe­czeń­stwo nada­ło im zna­cze­nie, dzię­ki któ­re­mu są ak­cep­to­wal­nym ele­men­tem na­szej rze­czy­wi­sto­ści. Ba! Nie­kie­dy stają się istot­ną czę­ścią na­miest­ni­czych pla­nów, nie­jed­no­krot­nie je­dy­nym roz­wią­za­niem tra­pią­cych ko­ro­nę pro­ble­mów. Co czyni ich żywot tak waż­kim? Pre­fe­ren­cje ku­li­nar­ne, a jakże. Ro­pu­chy, jak po­wszech­nie zwy­kło się uwa­żać, żywią się zgni­li­zną, a do­kład­niej jej ro­ja­mi, za­rod­ni­ka­mi zgro­ma­dzo­ny­mi w ze­psu­tej desz­czów­ce. Nie trze­ba chyba do­da­wać, jak po­ży­tecz­ny­mi je to czyni. Jak ich obec­ność na­pę­dza roz­wój tech­no­lo­gii sil­ni­ków desz­czo­wych, które, w za­ło­że­niu prze­cież, zu­ży­wa­jąc wodę desz­czo­wą, two­rzą ide­al­ne śro­do­wi­sko dla ro­dzą­cych plu­ga­we wy­kwi­ty, rojów zgni­li­zny.

Pro­blem w tym, że ro­pu­chy nie­szcze­gól­nie garną się do so­cja­li­za­cji. Stro­nią od to­wa­rzy­stwa, pro­wa­dzą żywot ere­mi­tów i wy­gnań­ców, po­ja­wia­jąc się w Go­re­ją­cym Mie­ście zwy­kle tylko na czas Na­wał­ni­cy. Choć i to nie za­wsze. Cza­sa­mi, naj­zwy­czaj­niej w świe­cie, tracą chęć do dal­szej eg­zy­sten­cji i od­da­ją swoje życia Wiecz­ne­mu Ka­ta­kli­zmo­wi. Na do­miar złego, nie wie­rzą w świę­ty ogień, nie po­trze­bu­ją go, nie pra­gną jego cie­pła. Cenią sobie mokre, za­to­pio­ne w pół­mro­ku miej­sca i tam też two­rzą swoje pu­stel­ni­cze mat­nie, na wpół to hi­ber­nu­jąc, na wpół do­pusz­cza­jąc wy­ry­wa­ją­cy się ku świa­tu me­ta­bo­lizm. Rzecz jasna nie każda ro­pu­cha jest wła­śnie taka. Zda­rza­ją się wy­jąt­ki, jak cho­ciaż­by Grong, ło­trzyk stra­szą­cy swoim po­nu­rym, bez­zęb­nym uśmiesz­kiem. 

Izu­ela nie znała do­brze Gron­ga. Nie znała nie­mal żad­ne­go przed­sta­wi­cie­la jego ga­tun­ku. Choć prze­trwa­ła zgro­zę dwóch Na­wał­nic, za­ło­ży­ła bli­sko dwa tu­zi­ny osad, był do­pie­ro pierw­szym mo­cza­rzem, z jakim przy­szło jej ob­co­wać.

– Macie szczę­ście, dziew­czę­ta. W wa­szym wieku nawet do głowy by mi nie przy­szło, żeby ro­pu­chę spo­tkać. Byłam wręcz prze­ko­na­na, że ich ist­nie­nie to bujda, jak szczu­ry co po­ry­wa­ją dzie­ci albo jasz­czur­ki zie­ją­ce ogniem – żar­to­wa­ła przy pa­le­ni­sku wraz z in­ny­mi har­pia­mi, zmie­nia­jąc cięż­kie, prze­mo­czo­ne odzie­nie.

– Że też Ka­stor go tu przy­wlókł! Nawet śli­ma­ko­nie od niego pierz­cha­ją. Lulek to wierz­gał, niby solą ob­sy­pa­ny, jak mu go na wóz sa­dza­li – po­skar­ży­ła się Ota­via.

– Nie­zła kom­pa­nia, nie ma co. Lis i ro­pu­cha. Jakem żywa, ta­kich cudów to jesz­cze nie było – do­da­ła Ytril, le­gi­ty­mi­zu­jąc skar­gę przy­ja­ciół­ki.

– Daj­cież spo­kój. Ciesz­my się, dziew­czę­ta. Gdy w ko­lej­nym roku Las nagna kilka zgni­łych rojów, po­dzię­ku­je­cie Ka­sto­ro­wi, że go tu ścią­gnął. My­śli­cie, że mo­cza­ru­cha łatwo prze­ko­nać do współ­pra­cy?

– A no nie – po­twier­dzi­ła Ota­via. – Czego on tu wła­ści­wie szuka? – do­da­ła.

Młode har­pie zer­k­nę­ły po sobie, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi jedna przez drugą. W końcu za­wie­si­ły py­ta­ją­cy wzrok na Izu­eli.

– Pew­nie guza – urwa­ła krót­ko ma­tro­na, pró­bu­jąc ukryć wła­sną nie­pew­ność i dys­kom­fort zwią­za­ny z obec­no­ścią bytu tak ob­ce­go, tak in­ne­go, tak istot­ne­go za­ra­zem. Lata stu­diów po­zwo­li­ły jej wy­zbyć się dzie­cię­ce­go prze­ko­na­nia o fan­ta­zyj­nym po­cho­dze­niu pła­zów jego ga­tun­ku. Od­ra­zy, która wy­kieł­ko­wa­ła na po­dat­nym grun­cie ima­gi­na­cji, nie zdo­ła­ła wy­ple­nić. Wraz z barw­ny­mi opi­sa­mi ulu­bio­nych au­to­rów, w efek­cie zgłę­bia­nia ana­to­mii i fi­zjo­lo­gii tych prze­dziw­nych stwo­rzeń, za­ko­rze­nio­na w niej an­ty­pa­tia, miast maleć, rosła. Pod­la­na żół­cią i jadem her­me­tycz­ne­go, har­pie­go śro­do­wi­ska, na­pęcz­nia­ła do rangi cho­ro­by, fobii. Wie­dzia­ła, jak niska i nie­uczci­wa jest to po­sta­wa, jak nie­god­na zaj­mo­wa­nej przez nią po­zy­cji. Nie po­tra­fi­ły jed­nak wy­ma­zać jej z umy­słu ani mądre księ­gi, ani świa­dec­twa współ­cze­śnie ży­ją­cych, świa­tłych istot, do grona któ­rych prze­cież na­le­ża­ła. – Ru­sza­my, trzpiot­ki. Do pracy, bo was burza za­sta­nie. – Mach­nę­ła kil­ku­krot­nie, po­na­gla­jąc nie­za­do­wo­lo­ne pod­opiecz­ne, po czym za­wią­za­ła ostat­ni rze­mień kap­tu­ra, od­wró­ci­ła się i z wro­dzo­nym sobie do­sto­jeń­stwem od­da­li­ła w kie­run­ku na­mio­tu na­miest­ni­ka.

 

*

 

W środ­ku było nie­mal przy­jem­nie. Włók­na wy­głu­sza­ją­ce zmie­nia­ły desz­czo­wy ło­skot w przy­jem­ny szum. Nie­wiel­ka, roz­grza­na do bia­ło­ści koza uzu­peł­nia­ła stłu­mio­ne dźwię­ki nie­re­gu­lar­ny­mi trza­ska­mi pa­lo­ne­go chru­stu, zaś ca­ło­ści do­peł­niał me­lo­dyj­ny, choć nieco chra­pli­wy głos Ka­sto­ra. W lisim spo­so­bie mó­wie­nia było coś nie­uchwyt­ne­go, coś me­ta­licz­ne­go, część wy­ry­wa­ją­ca się do wer­bal­nej ko­mu­ni­ka­cji, która tej moż­li­wo­ści mieć nie po­win­na. Nic dziw­ne­go. Lisi apa­rat mowy, jak i po­zo­sta­łe lisie or­ga­num, to efekt gwał­tow­nej ewo­lu­cji, bę­dą­cej wy­ni­kiem ich sym­bio­tycz­nej re­la­cji z nie­któ­ry­mi for­ma­mi zgni­li­zny. Suche księ­gi mówią wręcz o cza­sach, gdy bobry, lu­dzie i jasz­czu­ry już za­kła­da­li pierw­sze pry­mi­tyw­ne sioła, pod­czas gdy lisy, na wpół dzi­kie, kryły się w swo­ich ziem­nych no­rach. Czemu zwią­za­ły się z pa­so­ży­tem? Nie jest nie­spo­dzian­ką, że licz­ne od­po­wie­dzi na to, jak i wiele in­nych, do­ty­czą­cych tego ple­mie­nia pytań, można okre­ślić je­dy­nie do­my­sła­mi.

Wiele sprzecz­nych in­for­ma­cji na temat li­siej rasy można od­na­leźć w Ob­sy­dia­no­wej Bi­blio­te­ce, a jesz­cze wię­cej w lu­do­wych ba­ja­niach, po­da­niach, le­gen­dach. Na­zy­wa­ni ru­dy­mi, nie­gdyś ki­ta­mi czy ze­psutk­ni­ka­mi, są ple­mie­niem owia­nym nie­zwy­kłą ta­jem­ni­cą. Sam fakt, że zgni­li­zna, która ata­ku­je wy­łącz­nie ma­te­rię nie­oży­wio­ną, na­wią­za­ła więź z isto­ta­mi ży­wy­mi, sta­no­wi po­żyw­kę dla sza­leń­czych nie­kie­dy teo­rii, pod­wa­ża­ją­cych przy­na­leż­ność li­sich do cie­pło­krwi­stych. Eh­bert Kro­ni­karz tak pisał o tym lu­dzie: „lisi po czę­ści mar­twi są, na wpół korą po­kry­ci, w środ­ku sę­ka­ci i chłod­ni jak głaz” oraz „nie znają lisi stra­chu, trosk, ni przy­kro­ści wsze­la­kich, ale i mi­ło­ści, ni dobra. Jak zgni­li­zna, z którą spół­ku­ją, roją się i mnożą bez sen­sa­cji, które krwi­ste isto­ty dzie­lą”. 

Choć Izu­ela znała źró­dło owych wy­my­słów i bajęd, czuła pod­skór­nie, iż ist­nie­je ziar­no praw­dy w tym, co o li­sach zwy­kło się mówić. Sza­no­wa­ła Ka­sto­ra. Lu­bi­ła Te­re­sę, jego żonę. Czy są to jed­nak peł­no­wy­mia­ro­we uczu­cia? Czy może uro­jo­ne w jej gło­wie ni­by-re­la­cje, jakie mo­że­my żywić do sta­re­go krze­sła albo ulu­bio­ne­go płasz­cza, który no­si­my od lat? Za­wsty­dzał ją fakt sta­wia­nia po­dob­nych pytań. Była prze­ko­na­na, że te są efek­tem wpły­wu po­wszech­nej opi­nii, bę­dą­cej w dużej mie­rze po­chod­ną głu­po­ty, za­zdro­ści, nie­wie­dzy. Po­wta­rza­ła to sobie, gdy tylko zdro­wy roz­są­dek wal­czył z jej we­wnętrz­nym, nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nym prze­czu­ciem, że coś z tymi li­sa­mi jest jed­nak nie tak. Wró­ci­ła my­śla­mi do wnę­trza przy­jem­nie cie­płe­go i ci­che­go na­mio­tu ich przy­wód­cy, Ka­sto­ra. 

– Prace zo­sta­ły wstrzy­ma­ne – za­ko­mu­ni­ko­wał Smarc, wy­ży­ma­jąc brodę mie­nią­cą się zie­le­nią desz­czo­wych glo­nów.

Od wielu dni kie­ro­wa­na przez niego bry­ga­da drwa­li prze­bi­ja­ła się przez gęsto po­ro­śnię­ty szkar­łat. For­ma­cja ta, skła­da­ją­ca się głów­nie z wiecz­nie czer­wo­nych je­sio­nów i ja­rzę­bin, była w tym miej­scu wy­jąt­ko­wo zwar­ta. Wszyst­ko za­słu­ga ży­wicz­nego śluzu że­ru­ją­cych tu przez lata ko­wa­li, bę­dą­ce­go swo­istym spo­iwem mię­dzy są­sia­du­ją­cy­mi drze­wa­mi. 

Ka­stor przy­pusz­czał, że zbli­ża­ją się do po­la­ny. Jak pod­po­wia­da­ły mu jego lisie zmy­sły – wy­jąt­ko­wo dużej po­la­ny. 

– Od jutra prze­kie­ro­wu­ję waszą grupę do ko­pal­ni węgla. Do od­wo­ła­nia – rzekł bez­na­mięt­nie, w naj­bar­dziej lisi spo­sób, jaki Izu­ela mogła sobie wy­obra­zić.

Smarc nie miał wąt­pli­wo­ści, że tak wła­śnie się sta­nie. Zbli­ża­ła się burza, a osada bę­dzie po­trze­bo­wa­ła opału. Mimo nie­cier­pią­cych zwło­ki roz­ka­zów kró­lo­wej, na­miest­nik bał się kon­ty­nu­ować wy­cin­kę. Kto wie, jakie licho cze­ka­ło za linią drzew? Burza nie była do­brym cza­sem, by się o tym prze­ko­nać. 

– Czyli prze­są­dzo­ne… – skwi­to­wa­ła har­pia z wy­raź­nym nie­za­do­wo­le­niem.

– Prze­pra­szam cię, matko. Mu­simy dzia­łać szyb­ko. Las wy­da­je się wy­raź­nie po­ru­szo­ny, nie czu­jesz tego? Ry­zy­ko prze­bi­cia jest zbyt duże.

– Do burzy zo­sta­ło kilka dni, ja i moje zie­lar­ki…

– Czy wąt­pisz w de­cy­zje kró­lew­skie­go na­miest­ni­ka? Tak, wiem, po­trze­bu­je­my ziół, kró­lo­wa ich po­trze­bu­je. Szlag trafi wszyst­kie ry­tu­ały i pie­częć w Mo­ro­wym Jarze, ale nie po­dej­mę ry­zy­ka. Nie mamy gwa­ran­cji, że po­la­na odda nam swoje za­so­by. Że nie ześle na nas zmory albo in­ne­go czor­ta. Nie za­ry­zy­ku­ję życia zwia­dow­ców, toż to nie­do­li­ski, kity le­d­wie po­ru­dzia­łe. Fak­to­ria han­dlo­wa do­no­si, że w oko­li­cy kręci się Jor­rick i Mo­kva­ra, nie­ba­wem dotrą do nas. Znaj­dziesz tam to, czego po­trze­bu­jesz. Bursz­ty­nów na wy­mia­nę nam nie bra­ku­je. W razie po­trze­by mamy do­brej ja­ko­ści jesie­ni­nę, a tar­tak pra­cu­je dzień i noc. Drew­no za­wsze jest w cenie.

– Zga­dza się – po­twier­dził Smarc, skry­ty pod kap­tu­rem, z któ­re­go nadal spły­wa­ły cięż­kie kro­ple.

– Co mi po wa­szej je­sie­ni­nie? Po­trze­bu­ję wody. Czy­stej, na­sy­co­nej bu­rzów­ki. Al­che­mia to nie­zwy­kle ener­go­chłon­ny pro­ces. Wszy­scy wi­dzie­li­śmy gej­ze­ry strze­la­ją­ce w górę, tam, za ścia­ną szkar­ła­tu. Ener­gii po­la­na nam nie po­ską­pi, skoro tak bez­tro­sko wy­rzu­ca ją w eter – od­par­ła Izu­ela, nieco zbyt zu­chwa­le. 

Zbli­ża­ła się burza, cysty po­ra­sta­ją­ce jej pra­cow­nię po­wo­li się otwie­ra­ły, nie­po­ko­je w osa­dzie rosły, nie był to od­po­wied­ni czas na kur­tu­azję i roz­my­śla­nie nad kon­se­kwen­cja­mi słów. To czas dzia­ła­nia i do­brych de­cy­zji. Ka­stor zda­wał sobie z tego spra­wę. 

– Prace muszą ru­szyć bez zwło­ki – do­da­ła już nieco spo­koj­niej. – Jed­ne­go po­słań­ca już od­pra­wi­łam z kwit­kiem, drugi nie wróci z pu­sty­mi rę­ka­mi, przyj­dzie tu wraz z kró­lew­skim gnie­wem, a wtedy Las bę­dzie dla nas naj­mniej­szym pro­ble­mem.

Ka­stor chwi­lę wpa­try­wał się w har­pię swoim ob­sy­dia­no­wym wzro­kiem. Za­to­pio­ne w czer­ni źre­ni­ce nie wska­zy­wa­ły na do­kład­ny kie­ru­nek jego spoj­rze­nia, lecz Izu­ela czuła, jak wier­ci w niej dziu­rę. W końcu od­wró­cił głowę w stro­nę Smar­ca, który, nie zwa­ża­jąc na prze­py­chan­ki moż­nych, pykał fajkę skry­ty w cie­niu mo­kre­go kap­tu­ra. 

– Prze­trans­por­tuj­cie sil­nik pod pra­cow­nię al­che­micz­ną. Do przy­by­cia kup­ców wszyst­ko ma być go­to­we. Prze­każ bu­dow­ni­czym, żeby prze­kie­ro­wa­li wszyst­kie linie desz­czo­we z ko­lek­to­rów, weź Igna­ca, niech spraw­dzi, czy sek­cja uzdat­nia­nia jest spraw­na. – Po­now­nie wle­pił wzrok w skon­fun­do­wa­ną Izu­elę. – Damy ci wodę. 

Ka­stor po­tra­fił wy­da­wać roz­ka­zy. Wy­trą­cał ar­gu­men­ty i uci­nał dys­ku­sje ni­czym na­tchnio­ny wo­jow­nik wy­ma­chu­ją­cy lisią spisą. Cel­nie i sku­tecz­nie. Nim Izu­ela zdo­ła­ła wy­krztu­sić z sie­bie słowo, dodał:

– Le­piej za­przy­jaź­nij się z Gron­giem.

 

Po­czą­tek burzy

 

Po­czą­tek burzy za­wsze jest trud­ny. Drob­ne prze­świ­ty słoń­ca giną, zda­wa­ło­by się bez­pow­rot­nie, w oło­wia­nym su­fi­cie cięż­kich, nisko za­wie­szo­nych chmur. Rzę­si­sty deszcz za­ci­na i ośle­pia gra­dem desz­czo­wych kul. Pę­dzo­ny wia­trem, ni­czym mysz za­mknię­ta w pu­deł­ku, miota się bez­ład­nie w pró­bie uciecz­ki z chmur­ne­go wię­zie­nia. Ci­śnie­nie gwał­tow­nie wzra­sta, wil­goć staje się jesz­cze wil­got­niej­sza, chłód doj­mu­ją­cy jak nigdy wcze­śniej, a grzę­za­wi­ska, ponad wszel­ką wąt­pli­wość, bar­dziej zdra­dziec­kie. Na do­miar złego po­ja­wia się ze­psu­cie. 

Zgni­li­zna, do tej pory nie­spiesz­nie i nie­po­strze­że­nie za­własz­cza­ją­ca sobie ko­lej­ne po­ła­cie ma­te­rii tę­że­je, ni­czym ropny wy­sięk, roz­le­wa­jąc się i ujaw­nia­jąc w miej­scach czę­sto naj­mniej spo­dzie­wa­nych. Nie wia­do­mo, co po­wo­du­je ku­mu­la­cję zgni­li­zny w kon­kret­nych miej­scach, co jest ka­ta­li­za­to­rem dla ognisk tej mia­zma­tycz­nej siły. Dla­cze­go wy­kwi­ty po­ja­wi­ły się w sy­pial­ni Chu­pla, przy­pra­wia­jąc o sza­leń­stwo bogu ducha win­ne­go bobra? Czy to przy­pa­dek, że cysty wy­pło­szy­ły więk­szość śli­ma­ko­ni ze staj­ni, które w sza­leń­czej pró­bie uciecz­ki po­to­pi­ły się w ko­ma­rzych ba­gnach? Minie za­pew­ne wiele cykli, nim praw­da zo­sta­nie ob­ja­wio­na.

Izu­ela nie miała wąt­pli­wo­ści, że prze­łom w tej dzie­dzi­nie bę­dzie udzia­łem ro­pu­sze­go szcze­pu. Tylko dla­te­go ak­cep­to­wa­ła pod swoim da­chem za­sie­dzia­łe­go w mo­krej piw­ni­cy Gron­ga. Nie bez wpły­wu na jej to­le­ran­cyj­ny sto­su­nek był też roz­kaz Ka­sto­ra oraz fakt, że mo­czarz, bądź co bądź, chro­nił la­bo­ra­to­rium przed ze­psu­ciem. Za­nu­rzo­ny w wo­dzie, całą po­wierzch­nią swo­je­go pła­zie­go ciała chło­nął zgni­li­znę, fil­tru­jąc wodę wy­ko­rzy­sty­wa­ną póź­niej do za­si­la­nia sil­ni­ków desz­czo­wych. 

Ku obu­rze­niu wszyst­kich człon­kiń cechu al­che­micz­ne­go, mo­czarzowi nie wy­star­czył jed­nak sam fakt re­zy­do­wa­nia w ich pra­cow­ni. Grong miał czel­ność po­ja­wiać się na ko­la­cji, jak gdyby piw­nicz­na uczta nie wy­star­cza­ła mu do za­spo­ko­je­nia swo­ich plu­ga­wych po­trzeb. Przy­cho­dził ubra­ny w pod­nisz­czo­ny, skó­rza­ny wams, bry­cze­sy w po­dob­nej modle uszy­te i po­dob­nie zu­ży­te. Spod ka­fta­na wy­sta­wał weł­nia­ny szal za­sła­nia­ją­cy tłu­sty, ro­pu­szy pod­bró­dek. Pod­czas gdy znacz­ną część ciała skry­wał przed świa­tem, głowy nie okry­wał ni­czym szcze­gól­nym, jak zwy­kli czy­nić jego po­bra­tym­cy, zwy­cza­jo­wo no­szący fil­co­we czep­ce, duże be­re­ty czy nawet maski przy­ozdo­bio­ne tra­dy­cyj­nie rzecz­nym morsz­czy­nem. Grong na­to­miast dum­nie za­cze­sy­wał po­je­dyn­cze źdźbła si­wych wło­sów, za­krę­cał ko­micz­nie wąs i pod­kre­ślał oczy sadzą, ma­ją­cą naj­pew­niej sy­mu­lo­wać po­wie­ki, któ­rych Twór­czy­ni ro­pu­chom po­ską­pi­ła. 

Sta­no­wi­ło to dowód naj­więk­szej bez­czel­no­ści, a już na pewno zło­śli­wo­ści. Miast kryć swoje ob­li­cze po­ora­ne ka­nio­na­mi blizn i le­ja­mi głę­bo­kich porów, lepką skórę i po­zba­wio­ne po­wiek śle­pia, ten dum­nie się z nimi ob­no­sił. Bez krzty taktu, ni em­pa­tii dla współ­bie­siad­ni­ków, psu­jąc wie­cze­rzę i obrzy­dza­jąc po­si­łek. Izu­ela, jako go­spo­dy­ni, nie mogła wprost wy­pro­sić Gron­ga od stołu, nie było ku temu pod­staw. Mo­czarz za­cho­wy­wał się w spo­sób grzecz­ny i uprzej­my. Zgod­nie z do­bry­mi ma­nie­ra­mi jadł, pił, i za­bie­rał głos. Od­po­wia­da­ła mu co praw­da cisza, lecz on nie dawał za wy­gra­ną. Z kon­se­kwen­cją na­trę­ta za­rzu­ca­ł wie­cze­rza­ją­ce przy jed­ny­m stole har­pie ro­pu­szy­mi aneg­do­ta­mi, mą­dro­ścia­mi i dyk­te­ryj­ka­mi, o które nikt nie pro­sił.

 

*

 

– Obłęd­ne szasz­ły­ki. Ostat­ni raz ja­dłem takie, gdy po prze­świ­cie, z okła­dem pół roku trwa­ją­cym, obu­dzi­łem się w Roz­to­kach Tum­me­go. Dru­gich bodaj… może trze­cich? Do dziś nie wiem, jak można tak szyb­ko wio­skę do­pro­wa­dzić do upad­ku. Ach – prze­rwał na mo­ment, za­ta­pia­jąc bez­na­mięt­ny, ro­pu­szy wzrok w ta­le­rzu. – Nie życzę ni­ko­mu ta­kiej po­bud­ki. Nikt się nie ostał. Tylko, ekhm, szasz­ły­ki. – Le­ni­we dra­pa­nie i po­brzę­ki­wa­nie sztuć­ców o ta­le­rze usta­ło. Sły­chać było je­dy­nie cięż­ki od­dech Gron­ga. – Ale te tutaj – na­praw­dę świet­ne. Wy­bor­ne grzy­by! Palce lizać! – Na szczę­ście zgro­ma­dzo­nych, nie ob­li­zał pal­ców. 

Innym razem zaś przy­po­mniał sobie swoje lar­wal­ne czasy.

– Matka moja, stara sa­la­man­dra, jak ją oj­ciec zwykł na­zy­wać, co wcale da­le­kie od praw­dy nie było, za­wsze ma­wia­ła: bli­scy są­sie­dzi, droż­si sercu niż da­le­cy krew­ni. – Jego źre­ni­ce w bły­ska­wicz­nym ruchu prze­su­nę­ły się w męt­nych biał­kach i zwró­ci­ły ku za­pa­trzo­nym we wła­sne ta­le­rze har­piom. – Mo­czy­wo­dy, chyba tak… Nie, nie. Mo­czy­chy. Taaak. Tak się nasza osada ro­dzin­na zwała. W sumie, czy to ważne? Pół wieku już nie ist­nie­je. Jak i ro­dzi­na cała zresz­tą. Istot­ne, że są­sia­dem na­szym był nie kto inny, jak przy­ja­zny har­pi­da, druh mój ser­decz­ny. Czę­sto wie­cze­rza­li­śmy razem, stąd wspo­mnie­nie jakby żyw­sze w gło­wie się zdało. Dobre czasy. – Umilkł, przy­gnie­cio­ny cię­ża­rem ciszy, pa­ra­dok­sal­nie jesz­cze głęb­szej, gdy za­kłó­cał ją swoim beł­ko­tem.

 

*

 

Na całe szczę­ście, po kilku ty­go­dniach, bez słowa, jak gdyby nigdy nic, prze­stał po­ja­wiać się na wspól­nych po­sił­kach. Miast tego po­pro­sił o do­star­cza­nie je­dze­nia do jego piw­nicz­nej matni. Proś­ba była o tyle bez­czel­na, iż ży­cze­nie za­wie­ra­ło wzmian­kę o do­sta­wach na­leż­nych mu po­sił­ków oso­bi­ście przez Izu­elę, matkę al­che­micz­ne­go cechu i głowę har­piej ro­dzi­ny w Go­re­ją­cym Mie­ście. 

Mimo oczy­wi­stych gło­sów sprze­ci­wu, mimo pod­szep­tów o do­sko­na­łym ar­gu­men­cie za po­zby­ciem się ro­pu­chy z pra­cow­ni, mimo ty­sią­ca in­nych po­wo­dów – Izu­ela przy­sta­ła na to. Chcia­ła prze­ko­nać się, w jaką grę gra mo­czarz. Przy oka­zji być może za­spo­ko­i cie­ka­wość? Po­sze­rzy dość ubogą wie­dzę o ro­pu­szym lu­dzie? Do­wie­ się, co on tu do cho­le­ry robi? Przede wszyst­kim czuła, że tak trze­ba. A prze­czu­cie po­win­no­ści nigdy jej nie my­li­ło. 

 

*

 

Woda była przej­rzy­sta, pod­da­na wie­lo­eta­po­we­mu pro­ce­so­wi uzdat­nia­nia. Prze­sy­co­na ener­gią, opa­li­zo­wa­ła i bły­ska­ła ni­czym po­le­ro­wa­na bla­cha, two­rząc w piw­ni­cy istny spek­takl przy­po­mi­na­ją­cy burzę na morzu. Z tą róż­ni­cą, iż w ro­pu­szej matni tafla była nie­mal nie­ru­cho­ma, nie­po­ko­jo­na tylko spo­ra­dycz­nie przez krót­kie spa­zmy Gron­go­we­go ciel­ska, nie­mal w ca­ło­ści za­nu­rzo­ne­go w desz­czów­ce. 

Mimo nie­do­stat­ku świa­tła, Izu­ela bez trud­u prze­brnę­ła przez kręte scho­dy pro­wa­dzą­ce do piw­ni­cy, co, zwa­żyw­szy na fakt jed­no­cze­sne­go dzier­że­nia po­kaź­nych roz­mia­rów tacy, zda­wa­ło się za­da­niem kar­ko­łom­nym. Mi­mo­wol­nie wes­tchnę­ła, wi­dząc w peł­nej kra­sie za­to­pio­ne po­miesz­cze­nie. Hip­no­tycz­na moc świe­tli­stej es­ta­ka­dy od­wra­ca­ła uwagę od rów­nie doj­mu­ją­ce­go swędu zgni­li­zny. Pod­stęp­nie za­kra­da­jący się do re­cep­to­rów czu­cio­wych odór czy­nił z po­wierz­chow­ne­go pięk­na swo­istą przy­nę­tę na nie­świa­do­me ofia­ry ze­psu­cia. 

– Witaj, Izu­elo. – Mo­czarz wy­rwał ją z owej pu­łap­ki. 

Nie tra­cąc re­zo­nu, har­pia za­sy­gna­li­zo­wa­ła to je­dy­nie zo­gni­sko­wa­niem źre­nic i nie­znacz­nym ski­nie­niem głowy, ma­ją­cym ucho­dzić za po­wi­ta­nie. Po­de­szła do dę­bo­wej ławy, usta­wio­nej pod scho­da­mi. Brzdęk tacy wy­peł­nił po­miesz­cze­nie. W tej samej chwi­li usły­sza­ła chlu­pot wody i trzask ener­gii sku­mu­lo­wa­nej w bu­rzów­ce, za­głu­szo­ny dość szyb­ko przez pla­ska­ją­ce na ka­mien­nej po­sadz­ce, ro­pu­sze od­nó­ża. Po jej ple­cach prze­biegł dreszcz. Od­su­nę­ła się na kilka kro­ków w stro­nę scho­dów, by ustą­pić miej­sca Gron­go­wi. Ten, odzia­ny w lekki szla­frok, bły­skał mo­krym tor­sem. Izu­ela nie od­wró­ci­ła wzro­ku. God­ność nie po­zwa­la­ła jej za­cho­wać się jak po­spo­li­ty pa­cho­łek.

“Może trze­ba było scho­wać dumę?” my­śla­ła nieco póź­niej, krztu­sząc się i plu­jąc na samo wspo­mnie­nie tego wi­do­ku. 

Przez szla­frok, nie­mal na­tych­miast, za­czę­ły prze­są­czać się czy­ra­ki zgni­li­zny wy­mie­sza­nej z krwią i ro­pu­szym ślu­zem. Nie­okry­ty tors od­sło­nił świe­że rany i roz­le­głe pęk­nię­cia pła­ziej skóry, do złu­dze­nia przy­po­mi­na­jące ślady po pa­zu­rach dzi­kiej be­stii. Za­krze­pła zgni­li­zna zda­wa­ła się jed­no­cze­śnie koić i ją­trzyć rany. Pod wpły­wem po­wie­trza za­czy­na­ła top­nieć i pły­nąć z wolna, ni­czym ży­wi­ca ma­ka­brycz­ne­go drze­wa. 

Mo­czarz, jak gdyby nigdy nic, chwy­cił bo­chen al­go­we­go chle­ba. Ro­ze­rwał go na dwoje i po­sma­ro­wał po­da­nym przez har­pię ma­zi­dłem. Tak przy­go­to­wa­ny po­si­łek znik­nął w pła­ziej gar­dzie­li nie­mal na­tych­miast. 

– Dzię­ku­ję, Izu­elo. – Usły­sza­ła po cza­sie, nie do końca wie­dząc, jak dłu­gim. 

Ro­pu­sze po­dzię­ko­wa­nie po­spiesz­nie wy­pa­dło z Gron­go­wych ust, nie­zdar­ne i po­ła­ma­ne. Każ­de­mu zła­ma­niu to­wa­rzy­szył zaś trzask pę­ka­ją­ce­go kru­cho me­ta­lu, czy­niąc ca­łość oso­bli­wym i prze­ra­ża­ją­cym. Har­pia po­śpiesz­nie, nieco zbyt po­śpiesz­nie, opu­ści­ła piw­ni­cę.

 

*

 

Choć nie miała w tym wzglę­dzie wiel­kich na­dziei, Izu­ela każ­do­ra­zo­wo sta­ra­ła się po­ło­żyć tacę w spo­sób wy­klu­cza­ją­cy obu­dze­nie po­ten­cjal­nie drze­mią­ce­go mo­cza­rza. Sta­ra­nia te nie miały jed­nak więk­sze­go sensu. Trzask, który mimo wszyst­kich do­stęp­nych środ­ków i wy­tę­żo­nych sta­rań po­wo­do­wa­ła, wy­bu­dził­by hi­ber­nu­ją­ce­go ro­so­roż­ca. Płaz, któ­re­go na­wy­ki senne były dla har­pii za­gad­ką, a jedno licho wie, czy aby ple­mię jego sy­pia­ło w ogóle, wy­da­wał się za­alar­mo­wa­ny już na eta­pie pierw­szych po­dry­gów za­sta­wy na me­ta­lo­wej tacy. 

Nie ina­czej było tym razem, a Grong swoim co­dzien­nym zwy­cza­jem nie­mal na­tych­miast wy­pełzł z opa­li­zu­ją­ce­go ba­jor­ka. Coś się jed­nak zmie­ni­ło. Po­kry­te błot­ni­stym szla­mem stopy prze­świ­ty­wa­ły czymś bru­nat­no–kar­mi­no­wym. Gdy zna­lazł się przy niej, Izu­ela spoj­rza­ła ukrad­ko­wo na po­sadz­kę. 

Zo­ba­czy­ła krwi­ste ślady. Były nie­re­gu­lar­ne, roz­ma­za­ne, po­włó­czy­ste, a od­le­gło­ści mię­dzy nimi wska­zy­wa­ły na wy­raź­ną trud­ność w cho­dze­niu isto­ty, która je zo­sta­wi­ła. Uwagę zwra­cał rów­nież chra­pli­wy i nie­re­gu­lar­ny od­dech Gron­ga, prze­ry­wa­ny kon­wul­sja­mi nud­no­ści i po­wstrzy­my­wa­nych wy­mio­tów. Izu­ela za nic w świe­cie nie chcia­ła być na­ocz­nym świad­kiem tego, co z cze­lu­ści ro­pu­sze­go żo­łąd­ka mogło wy­do­być się na świat. Na całe szczę­ście do­le­gli­wo­ści usta­ły, gdy tylko mo­czarz opadł cięż­ko na drew­nia­ny fotel.

– Prze… prze­pra­szam – wy­beł­ko­tał, z tru­dem ła­piąc od­dech. – To… To…

– Mam wie­dzę, za­pew­ne zioła i me­dy­ka­men­ty rów­nież… – prze­rwa­ła, chcąc przy­nieść ulgę za­rów­no sobie, jak i jemu. Wie­dzia­ła, co po­win­na po­wie­dzieć, ale zwy­czaj­nie się bała, wzdry­ga­ła na samą myśl. Na całe szczę­ście Grong wy­ra­to­wał ją z opre­sji, jak gdyby w re­wan­żu.

– Za­cho­waj je. Nie tur­buj swo­ich myśli sta­rym mo­cza­rzem. Mi się to zda jak świe­ca zwia­dow­cy. 

Mil­cze­li. Oboje nie wie­dzie­li, co dodać, czym za­koń­czyć, jak wy­rwać się z pu­łap­ki tej nie­zręcz­nej chwi­li. Izu­ela nie wy­trzy­ma­ła. 

– Dzię­ku­ję za twoją po­słu­gę. Jeśli mo­gła­bym… Jeśli w jakiś spo­sób… – Za­mil­kła. Wście­kła na sie­bie, plą­cząc się mię­dzy wąt­pli­wą ety­kie­tą, kur­tu­azją, a próbą jak naj­szyb­sze­go wy­mknię­cia się z za­tę­chłej piw­ni­cy, za­sty­gła w bez­ro­zum­nej ciszy. 

Ro­pu­cha nie od­po­wie­dzia­ła. Miast tego uśmiech­nę­ła się i roz­par­ła na krze­śle, wska­zu­jąc jed­no­cze­śnie dru­gie, sto­ją­ce na­prze­ciw­ko sie­dzi­sko. Izu­ela nie drgnę­ła. Usta Gron­ga, choć wciąż no­szą­ce zna­mio­na we­so­ło­ści, zmie­ni­ły cha­rak­ter uśmie­chu na da­le­ce bar­dziej gorz­ki.

– Do czego Wiel­kie Morze stwo­rzy­ło har­pie? – spy­tał w końcu za­gad­ko­wo. Izu­ela nie ode­zwa­ła się, ale Grong nie spo­dzie­wał się od­po­wie­dzi. Miast tego pod­jął próbę dia­lo­gu z samym sobą, ewi­dent­nie na­wy­kły do tego typu sy­tu­acji. – Po­sił­ku­jąc się swoją, nie­wiel­ką wszak­że w skali pod­den­ne­go świa­ta, wie­dzą, muszę stwier­dzić, że akt stwo­rze­nia naj­pew­niej był zu­peł­nie po­zba­wio­ny planu. Cha­otycz­ny i bez­wiedny. Nim obu­rzysz się do szpi­ku, moja droga, uzu­peł­nię, że po­dob­na bez­ce­lo­wość cha­rak­te­ry­zu­je kre­ację ro­puch, bo­brów, ludzi, jasz­czu­rów, sa­la­man­dry­tów czy nawet tych skur­wy­sy­nów, wydr. Czy to nie przy­kre? Być pyłem na wie­trze wiecz­ne­go ka­ta­kli­zmu, na­rzę­dziem kró­lo­wej, prze­mo­czo­nym skraw­kiem ma­te­rii, która roz­pły­nie się, roz­pu­ści w ba­jo­rze hi­sto­rii? Sami mu­si­my po­szu­ki­wać cze­goś, co nada na­sze­mu by­to­wa­niu po­czu­cie istot­no­ści. To nie­zwy­kle trud­ne, jeśli nie nie­moż­li­we. Sama pry­mi­tyw­na po­trze­ba prze­trwa­nia, kur­czo­we­go trzy­ma­nia się tych kilku da­nych nam chwil, szar­pa­nia się z ula­tu­ją­cą rze­czy­wi­sto­ścią nie daje uko­je­nia, praw­da? – Izu­ela nie od­po­wie­dzia­ła, lecz spoj­rza­ła na niego, a w jej spoj­rze­niu po­ja­wi­ło się coś, co za­chłan­na sa­mot­ność Gron­ga przy­ję­ła jako zro­zu­mie­nie.

– Ro­pu­chy od­na­la­zły swój cel. Wieki temu. Nasi pra­dzia­do­wie w swo­ich przed­wiecz­nych sa­dzaw­kach po­sta­no­wi­li prze­ciw­sta­wić się bez­sen­so­wi stwo­rze­nia. I zgni­liź­nie. Wie­rzy­my, że świat opie­ra się na za­sa­dach spe­cy­ficz­nej dy­cho­to­mii. Współ­ist­nie­ją­cych i wza­jem­nie wy­klu­cza­ją­cych się sił. Ro­zu­miesz, do czego zmie­rzam? 

– To bar­dzo szla­chet­ne ze stro­ny wa­sze­go ple­mie­nia. Szla­chet­ne i po­zba­wio­ne sensu, o który tak usil­nie za­bie­ga­cie. 

– Nie­ko­niecz­nie. Mamy prawo przy­pusz­czać, że zgni­li­zna jest skoń­czo­na. Nie roz­wi­ja się, nie mnoży, a z pew­no­ścią nie mi­gru­je. In­ny­mi słowy – można się jej po­zbyć na dobre. Są miej­sca, da­le­ko na Po­łu­dnio­wych Rzę­sa­wi­skach, gdzie ze­psu­cie prak­tycz­nie nie wy­stę­pu­je – prze­rwał, za­no­sząc się kasz­lem tak do­no­śnym, iż Izu­ela mi­mo­wol­nie się sku­li­ła.

Ob­tarł usta, za­le­pio­ne trud­ną do iden­ty­fi­ka­cji wy­dzie­li­ną, po czym, jak gdyby nigdy nic, wzno­wił wy­kład. – Co do szla­chet­no­ści na­szych po­bu­dek… Chciał­bym w nie wie­rzyć. Nasi an­te­na­ci z pew­no­ścią byli lep­szy­mi ro­pu­cha­mi niż my, obec­nie ży­ją­cy. Z cza­sem… No cóż. Wy­star­czy rzec, że zgni­li­zna ma nie­by­wa­łe wła­ści­wo­ści nar­ko­tycz­ne. Za­pew­ne do­my­ślasz się, jaki wpływ na nasz szczep mogła mieć ta mia­zma­tycz­na siła? Do­my­ślasz się i… wi­dzisz. 

Bez wąt­pie­nia skut­ki dłu­go­trwa­łej eks­po­zy­cji na ze­psu­cie były wręcz ka­ta­stro­fal­ne dla ducha, ale to ro­pu­sze fizys sta­no­wi­ło jego zwier­cia­dło, ucie­le­śnie­nie kosz­ma­rów i po­twor­no­ści kry­ją­cych się w naj­ciem­niej­szych za­kąt­kach Lasu.

– To tyle, jeśli cho­dzi o nasze szla­chet­ne po­bud­ki, nasz pier­wot­ny me­sja­nizm. Cóż, chciał­bym wie­rzyć, że coś z niego zo­sta­ło. Że… że ja, że ten cel, że to wszyst­ko… – Nie­spo­dzie­wa­nie głos Gron­ga wszedł w zu­peł­nie inne, za­ska­ku­ją­co chwiej­ne re­je­stry. Gdy mo­czarz po­czął się jąkać, Izu­ela nie cze­ka­ła. 

– Je­ste­śmy wdzięcz­ni, na­praw­dę – ucię­ła bez­ład­ną plą­ta­ni­nę słów. – Nie­świa­do­mie, per­fid­nie i nie­życz­li­wie, ale na­praw­dę je­ste­śmy. Nie­za­leż­nie od po­bu­dek.

Grong uśmiech­nął się sze­ro­ko i pa­skud­nie. Był sa­mot­ny, roz­go­ry­czo­ny, ale nie na­iw­ny. 

– Czy mo­gła­bym jakoś…– Tym razem słowa, które pły­nę­ły z dzio­bo­wa­tych warg, nie były fał­szy­wie uprzej­me, wy­peł­nio­ne gorz­kim po­czu­ciem obo­wiąz­ku. Grong czuł to. Do­ce­niał. 

– Już to zro­bi­łaś, Izu­elo. Dzię­ku­ję. 

 

*

 

Ciche skrzyp­nię­cie drzwi. Oby nie za gło­śne. 

De­li­kat­ne, har­pie kroki. 

Od czasu do czasu szu­ra­nie pa­zu­rów po drew­nia­nych de­skach. 

Zdła­wio­ne prze­kleń­stwo. 

Stu­kot kubka o tacę. “Jasna cho­le­ra by ten kubek!”

Brzdęk tacy o ławę. Ci­chut­ki, nie­znacz­ny, stłu­mio­ny weł­nia­ną wy­ściół­ką, którą to taca zy­ska­ła w ostat­nim cza­sie. 

Głę­bo­ki od­dech. Ulgi? 

Szmer piór. Wy­co­fa­nie. Szyb­kie. Zbyt szyb­kie. 

Nagle coś dźwięcz­ne­go. Nu­ce­nie. Smut­ne, ciche, me­lan­cho­lij­ne. Pięk­ne? 

Słowa. Głę­bo­ki tenor. Fał­szy­we nuty. Za­bu­rzo­na har­mo­nia. Stal, mrok. Ból.

 

O, słod­ka ciem­no­ści, bądź przy mnie, gdzie świa­tło po­zo­stać się wzbra­nia

Ob­darz spo­ko­jem i mę­stwem, jak cie­płym sien­ni­kiem wśród nocy

Iskrą, co nie po­zwa­la wy­pa­lić się życia mocy

Cia­łem jak klat­ką sta­lo­wą, co więzi wolę prze­trwa­nia

Oddal, co zda­rzyć się musi

Zniszcz, co mnie szar­pie i dusi

Ze­drzyj sko­ru­pę do­cze­sną, plu­ga­wą po­wło­kę bo­le­sną

Ukaż skarb głę­bin bez­den­nych, snów owoc, a może kosz­ma­rów sen­nych?

 

Wy­dech. Długi. Wstrzy­my­wa­ny. 

Kroki. Wolne. Wsty­dli­we. Cięż­kie. 

Skrzyp­nię­cie za­my­ka­nych… Nie. Lekko uchy­lo­nych drzwi.

 

*

 

Tego dnia ulewa była na tyle in­ten­syw­na, że opuszczanie laboratorium należało do grona pomysłów skazanych na porażkę. Drogi, place, po­dwór­ka, skwe­ry – wszyst­ko po­chło­nę­ła woda, prze­sy­co­na bu­rzo­wą ener­gią i swę­dem zgni­li­zny ki­piel. Cięż­kie kro­ple, z im­pe­tem drob­nych me­te­orytów spa­da­ją­ce na zie­mię, spra­wia­ły, iż każda po­wierzch­nia przy­po­mi­na­ła wrzą­cy ko­cioł lub na­je­żo­ny ob­ły­mi, ru­chli­wy­mi ko­ra­low­ca­mi atol. Mi­ria­dy plu­ska­ją­cych i wzla­tu­ją­cych ku górze stru­żek to­czy­ły za­żar­ty bój z tymi, zmie­rza­ją­cy­mi ku do­ło­wi. A że star­ciom ich to­wa­rzy­szy­ły licz­ne i nie­kie­dy gwał­tow­ne wy­ła­do­wa­nia, sko­ja­rze­nia z polem bitwy przy­cho­dzi­ły mi­mo­wol­nie. 

Nic dziw­ne­go, iż huk drzwi wej­ścio­wych, pro­wa­dzą­cych do przed­sion­ka la­bo­ra­to­rium, wzbu­dził wśród zgro­ma­dzo­nych w sali głów­nej nie­ma­łą kon­ster­na­cję. Jedna tylko har­pia nie ule­gła zbio­ro­we­mu po­ru­sze­niu. Wie­dzia­ła, kogo licho przy­nio­sło. Czy byle mżaw­ka mogła po­wstrzy­mać zde­ter­mi­no­wa­ne­go lisa? Czy jego le­gen­da, na­pęcz­nia­ła jak opita pi­jaw­ka, prze­trwa­ła­by bez aktów bez­in­te­re­sow­nej i głu­piej bra­wu­ry? Peany same się nie piszą, a nawet naj­bar­dziej ab­sur­dal­ne i wy­myśl­ne ba­ję­dy po­wta­rza­ne po karcz­mach po­trze­bu­ją cze­goś, na czym bar­do­wie, ba­ja­rze czy zwy­kłe dzia­dy wę­drow­ne za­wie­szą uwagę słu­cha­czy. Wi­dząc roz­dzia­wio­ne gęby pod­lot­ków i ma­śla­ne oczy har­pich pa­nien, uśmiech­nę­ła się tylko, z po­li­to­wa­niem krę­cąc głową.

Gdy Ka­stor zrzu­cił z sie­bie płaszcz, młód­ki aż wes­tchnę­ły. Jego futro mi­go­ta­ło sre­brzy­ście, a bla­do­nie­bie­skie nitki wy­ła­do­wań tań­czy­ły po ciele, od­bi­ja­jąc się w toni czar­nych oczu. Boską nie­mal aurę uzu­peł­nia­ły kłęby pary, wzbi­ja­nej z każ­dym ru­chem. Nie wy­po­wie­dział ani słowa na po­wi­ta­nie, w za­mian za to skie­ro­wał się w stro­nę za­sty­głych w bez­ru­chu al­che­mi­czek, ukło­nił grzecz­nie i za­wie­sił wzrok na naj­star­szej z nich. Do­pie­ro wtedy nimb bo­sko­ści nieco zbladł, a po­wie­trze wy­peł­nił doj­mu­ją­cy odór zgni­li­zny i pa­lo­ne­go wło­sia. Lis nie dawał po sobie po­znać, mu­siał być jed­nak po­pa­rzo­ny w spo­sób wy­ma­ga­ją­cy in­ter­wen­cji me­dy­ka. 

– Za­pra­szam do mnie – rze­kła har­pia. – Wra­caj­cie do pracy, dziew­czę­ta. Nie chce­cie chyba, by na­miest­nik po­my­ślał, że mi­trę­ży­my tutaj czas? 

Ga­bi­net Izu­eli był ciem­ny, przy­tul­ny i nad wyraz do­brze wy­głu­szo­ny. Grzmo­ty, raz po raz prze­bi­ja­ją­ce się przez szum desz­czu, nie prze­szka­dza­ły w kon­wer­sa­cji, choć­by i to­czo­nej szep­tem. Głos har­pii, na­wy­kły do wy­tę­żo­nej pracy, brzmiał tu zu­peł­nie ina­czej niż zwy­kle. De­li­kat­nie, ła­god­nie. Ser­decz­nie? 

– Cóż spro­wa­dza do mnie kró­lew­skie­go wy­słan­ni­ka w tak par­szy­wą po­go­dę? Czy mam czuć się winna ranom, któ­rych owa wi­zy­ta nie­chyb­nie ci przy­spo­rzy­ła? – spy­ta­ła har­pia, sa­do­wiąc się za biur­kiem z ład­nie ohe­blo­wa­nych, dę­bo­wych desek po­kry­tych bursz­ty­no­wym la­kie­rem. Wska­za­ła Li­so­wi krze­sło po prze­ciw­nej stro­nie mebla. 

– Nie kło­pocz się nimi, Izu­elo – od­parł bez­na­mięt­nie Ka­stor, nie­zgrab­nie wpa­so­wu­jąc się w sie­dzi­sko, bez wąt­pie­nia stwo­rzo­ne z myślą o isto­tach o nieco wą­tlej­szej bu­do­wie. – Przy­cho­dzę w spra­wie Hupla. A w za­sa­dzie… W tro­sce o bez­pie­czeń­stwo osady. 

– Jak on się czuje?

– Jest źle, a bę­dzie jesz­cze go­rzej. Burza nie ustę­pu­je, a astro­lo­go­wie nie dają nam złu­dzeń – to wy­jąt­ko­wo podły front. Wy­jąt­ko­wo ze­psu­ty. Pa­la­cze zgni­li­zny dzień i noc wal­czą z ko­lej­ny­mi wy­się­ka­mi, czy­ra­ka­mi i wy­kwi­ta­mi. Naj­go­rzej jest w pół­noc­no-wschod­niej czę­ści osady, gdzie spo­ty­ka­ją się dwa po­to­ki, Nitka i Strzał­ka. Coś spra­wia, że to wła­śnie tam zgni­li­zna roi się na po­tę­gę. Prze­sie­dli­śmy część lud­no­ści, ale wa­run­ki nie są sprzy­ja­ją­ce. Po­wiem wprost – Hupel nie bę­dzie ostat­nią ofia­rą.

– Bar­dzo chcia­ła­bym pomóc – za­czę­ła nie­pew­nie ma­tro­na. – I po­mo­gę, wszel­ki­mi do­stęp­ny­mi środ­ka­mi, ale uwi­ja­my się tutaj jak w ukro­pie, sam wiesz. Każda para szpo­nów jest po­trzeb­na w la­bo­ra­to­rium. 

– Wiem – uciął krót­ko lis. – Nie o wasze pre­pa­ra­ty, me­dy­ka­men­ty czy same zie­lar­ki przy­sze­dłem pro­sić. Cho­dzi o ro­pu­chę. 

– Chcesz go… za­brać? 

Izu­ela wi­dzia­ła po­ru­sza­ją­ce się lisie wargi. Do­strze­ga­łą py­ta­ją­cy wzrok i gry­mas zdu­mie­nia, de­for­mu­ją­cy, i tak do­sta­tecz­nie już zde­for­mo­wa­ny, pysk. 

Char­ko­tli­wy głos Ka­sto­ra ugrzązł jed­nak gdzieś z tyłu har­piej głowy. Wy­obra­zi­ła sobie chór en­tu­zja­stycz­nych okrzy­ków w mo­men­cie ogło­sze­nia no­wi­ny pod­czas co­dzien­nej od­pra­wy. Oczy­ma wy­obraź­ni wi­dzia­ła sie­bie wśród szcze­bio­czą­cych la­bo­ran­tek, nie mniej od nich ra­do­sną i bez­tro­ską. Rze­czy­wi­stość jed­nak istot­nie róż­ni­ła się od ima­gi­na­cji. W rze­czy­wi­sto­ści coś stało na dro­dze po­zy­tyw­nym emo­cjom. Po­czu­cie obo­wiąz­ku? In­stynkt sa­mo­za­cho­waw­czy? Do­cie­kli­wość ba­da­cza i na­ukow­ca? Nie, to było coś in­ne­go. Coś, czego Izu­ela nie po­tra­fi­ła, bądź nie chcia­ła na­zwać. 

– Do­brze – prze­rwa­ła w końcu nie­skład­ne roz­my­śla­nia, za­sko­czo­na wła­snym zde­cy­do­wa­niem. – Kiedy chcesz go prze­nieść? 

– Przy­go­to­wa­nia trze­ba za­cząć nie­zwłocz­nie – od­po­wie­dział bez cie­nia na­my­słu lis. Po chwi­li zmie­szał się jed­nak pod cię­ża­rem gro­mią­ce­go wzro­ku al­che­micz­ki, dość jed­no­znacz­nie spo­glą­da­ją­cej na ro­sną­ce, ropne pur­chle na jego dło­niach. 

– Jak tylko minie dzi­siej­sza erup­cja – zre­flek­to­wał się. – Pójdę po­in­for­mo­wać Gron­ga. 

Wstał, ukło­nił się, cicho za­mknął za sobą drzwi, prze­cho­dząc przez które zmu­szo­ny był schy­lić się nie­mal do pasa. 

W ga­bi­ne­cie zro­bi­ło się wy­jąt­ko­wo pusto. 

 

*

 

W małym, przy­po­ko­jo­wym warsz­ta­cie pach­nia­ło in­ten­syw­nie chmie­lem, ru­mian­kiem i czar­ną po­rzecz­ką. Wpraw­ny nos wy­chwy­cił­by też cha­rak­te­ry­stycz­ną woń na­giet­ka, krwaw­ni­ka i świe­żej dę­bo­wej kory. Mniej wpraw­ny z pew­no­ścią od­wró­cił­by się, czu­jąc do­cho­dzą­cy w na­czy­niu ko­agu­lant, ła­piąc nie aro­ma­ty, a po­wie­trze. Za­chłan­nie. I z pew­no­ścią usta­mi. Izu­ela nie po­ża­ło­wa­ła klesz­czo­we­go łoju i ko­wa­lo­we­go le­pisz­cza, które w głów­nej mie­rze od­po­wia­da­ły za przy­kry za­pach.

Ma­zi­dło było go­to­we. Ob­ró­ci­ła kolbę na trój­no­gu bez obawy o zbyt gwał­tow­ne wy­do­sta­nie się sub­stan­cji na ze­wnątrz. Ta spły­wa­ła le­ni­wą, cien­ką struż­ką do umiesz­czo­ne­go pod nią sło­icz­ka. 

– “Na wy­bro­czy­ny”… Nie… “na rany”. Może po pro­stu “na do­le­gli­wo­ści skór­ne”? – za­sta­na­wia­ła się gło­śno nad tre­ścią oklej­ki, zwy­kle słu­żą­cej do opi­sy­wa­nia kolb, alem­bi­ków i pro­bó­wek. Zo­sta­ło “do sma­ro­wa­nia”.

Przy­kry­ła sło­iczek po­kryw­ką, mocno za­krę­ci­ła, po czym po­sta­wi­ła na tacy. Spoj­rza­ła kry­tycz­nie. Wes­tchnę­ła prze­cią­gle krę­cąc przy tym głową, jakby chcia­ła od­pę­dzić stado na­tręt­nych much. Za­ła­ma­ła ręce, gry­ząc się ze sobą w za­ja­dłej walce. 

W końcu ci­snę­ła sło­iczek do kosza i skie­ro­wa­ła się w stro­nę piw­nicz­nych scho­dów. 

 

*

 

Tym razem mo­czarz cze­kał na nią poza lepką od ze­psu­cia wodą. Dłuż­szą chwi­lę mu­siał spę­dzić na po­wierzch­ni, gdyż pa­ru­ją­ca i sy­czą­ca ją­trzą­cy­mi się ra­na­mi skóra zda­wa­ła się sty­gnąć. Sie­dział nie­ru­cho­my, po­tęż­ny, spo­koj­ny, czym budził zarówno ufność, jak i niepokój. 

Nim po­ło­ży­ła tacę, Grong wska­zał jej krze­sło. Tak po pro­stu. Ona zaś, tym razem bez wa­ha­nia i na­my­słu, spo­czę­ła, pod­wi­ja­jąc wstę­gi nie­od­łącz­ne­go szala. Spoj­rza­ła na niego bez wy­rzu­tu, bez ocze­ki­wań i pytań. Po pro­stu chcia­ła usiąść. I trwa­ło­by to tak w nie­skoń­czo­ność, ale Grong chciał rów­nież po­roz­ma­wiać. 

– Czci­god­na – za­czął nad wyraz ofi­cjal­nie. – Na wstę­pie po­zwól, że po­dzię­ku­ję. Za go­ści­nę, za wspól­ny czas, za to tutaj – wska­zał na tacę z ja­dłem – i za po­świę­ce­nie. 

– Nie tobie dzię­ko­wać, a nam. Wszak­że to ty oczysz­czałeś naszą wodę z ze­psu­cia.

Mo­czarz uśmiech­nął się. Ni to w od­po­wie­dzi, ni to do sie­bie. 

– Ach, tak. Dzię­ku­ję rów­nież za nie­za­chwia­ną dys­cy­pli­nę we­wnętrz­ną i ka­mien­ną twarz. Wszak­że prze­by­wa­nie w mojej obec­no­ści, do­świad­cza­nie spe­cy­fi­ki mo­je­go ga­tun­ku, to nie spa­cer po ukwie­co­nej, wio­sen­nej łące. Nie za­prze­czaj, wiem jak wy­glą­dam. Sły­sza­łaś kie­dyś ro­pu­sze po­wie­dze­nie: “Nim po­chy­lisz się nad sa­dzaw­ką, upew­nij się, że woda jest zmą­co­na”? To o mnie – za­śmiał się par­szy­wie, a struż­ka śluzu wy­peł­zła z jego gęby. Otarł ją chust­ką. Po chwi­li pod­jął po­now­nie. 

– Oka­zy­wa­nie emo­cji i spo­ufa­la­nie się z takim po­mio­tem Ty­phu­za jak ja, był, jak mnie­mam, nie­odzow­nym ele­men­tem stra­te­gii prze­trwa­nia. Prze­ży­cia czasu, jaki wspól­nie otrzy­ma­li­śmy. Gra­tu­lu­ję kon­se­kwen­cji i rze­tel­no­ści w re­ali­za­cji planu. 

Ukło­nił się lekko. Ukłon nie zo­stał od­wza­jem­nio­ny. Izu­ela wy­trzy­ma­ła spoj­rze­nie roz­mów­cy. Ze spo­ko­jem ocze­ki­wa­ła na roz­wi­nię­cie roz­wle­czo­nej, ro­pu­szej myśli.

– Wy­bacz to pa­skud­ne uża­la­nie się nad sobą. – Grong zmie­szał się, a w zmie­sza­niu tym był swego ro­dza­ju smu­tek. – Mógł­bym zło­żyć to na zgni­li­znę i jej wpływ na psy­chi­kę, chwi­lo­wą nie­dy­spo­zy­cję emo­cjo­nal­ną, nie­po­trzeb­ne unie­sie­nie, ale… – urwał. Nie­pew­ny, czy aby roz­mów­czy­ni nie ob­da­rzy go spoj­rze­niem, jakim czę­sto, o wiele za czę­sto, bywał ob­da­ro­wy­wa­ny, gdy miał czel­ność uze­wnętrz­niać się. Pod­niósł wzrok, upew­nił się. Nic ta­kie­go się nie wy­da­rzy­ło. 

 

*

 

Owsian­ka była cie­pła i po­żyw­na. Li­zy­dor nie ża­ło­wał sobie ani miodu, ani jagód, ca­łość pod­le­wa­jąc le­d­wie za­uwa­żal­ną ilo­ścią wrząt­ku. Z wie­kiem na­brał prze­ko­na­nia, że im po­si­łek dłuż­szy, tym bar­dziej syty, war­to­ścio­wy, a przy tym zdro­wy. Mełł więc tłu­czo­ne, twar­de ziar­na okra­szo­ne przy­jem­ną sło­dy­czą w bez­zęb­nej pasz­czę­ce. Skry­ty we wnę­trzu ka­pli­cy nie rzu­cał się w oczy, toteż od­wie­dza­ją­cy ją osad­nicy trak­to­wali go jak jesz­cze jedną oso­bli­wość tego świę­te­go miej­sca. Każdy wie­dział, że opie­kun gdzieś tam jest, że ob­ser­wu­je, do­glą­da ognia, pil­nu­je za­cho­wa­nia ob­rzę­dów i ce­re­mo­nia­łów. Takie było zresz­tą jego za­da­nie – jed­no­cze­śnie być, i nie być. Strzec, ale nie na­ru­szać świę­te­go prawa do dys­kret­nej mo­dli­twy w za­ci­szu wła­sne­go serca. Cza­sa­mi zda­rza­ło mu się gło­śniej chrząk­nąć, a jakże. Stuk­nąć starą wierz­bo­wą laską czy nawet skar­cić co po­nie­któ­rych wier­nych, bru­ka­ją­cych bło­tem świę­te płót­na lub za­cho­wu­ją­cych się w spo­sób nie­god­ny. 

Były też dni, jak dzi­siej­szy, gdy świę­ty ogień, nie nie­po­ko­jo­ny żadną mo­dli­twą czy ofia­rą, pło­nął na chwa­łę Wiel­kie­go Nieba i Matki, mając za to­wa­rzy­sza je­dy­nie wie­ko­we­go jasz­czu­ra. Tym więk­sze było zdzi­wie­nie Li­zy­do­ra, gdy póź­nym wie­czo­rem w ka­pli­cy po­ja­wił się gość. “Cóż, po­trze­ba serca po­trze­bą nad­rzęd­ną” z wy­ro­zu­mia­ło­ścią godną do­bre­go pa­ste­rza po­wie­dział sam do sie­bie. I nie po­my­lił się. Ta­jem­ni­cza po­stać uklę­kła w miej­scu do tego prze­zna­czo­nym, wy­ko­na­ła sa­kral­ny gest i za­to­nę­łą w szep­cie zwy­cza­jo­wej mo­dli­twy. Nie trwa­ło jed­nak długo, nim ka­płan usły­szał zna­jo­my głos: 

– Witaj, ojcze – Głos był nie­zwy­kle ser­decz­ny, a przy tym po­waż­ny, wręcz ofi­cjal­ny. – Prze­pra­szam za późną porę, ale… mu­sia­łam przyjść. 

– Ach, Izu­elo, to ty! Nie tur­buj się, pro­szę. Żaden to kło­pot. – Mach­nął zdrę­twia­łą od wie­lo­go­dzin­nej bez­czyn­no­ści dło­nią. – W moim wieku wi­zy­ta sta­re­go przy­ja­cie­la to, nie przy­mie­rza­jąc, jak skwar­kę w kaszy zna­leźć. Ra­dość wiel­ka i łaska z nie­bios! A pora? Burza taka, że trud­no dzień od nocy od­róż­nić. Gdyby nie to, że mam wy­li­czo­ne drwa co do jed­ne­go, to bym nie zgadł, czy to na obiad wo­ła­ją, czy na ko­la­cję. 

Izu­ela cier­pli­wie cze­ka­ła, słu­cha­jąc jasz­czu­ra z mi­mo­wol­nym uśmie­chem. Li­zy­dor był jed­nym z tych sta­rusz­ków, któ­rzy po­kła­dy nie­wy­po­wie­dzia­nych słów ku­mu­lo­wali w sobie ni­czym za­pa­sy na zimę.

 – My­śla­łem, że się cie­bie w tę ulewę nie do­cze­kam…. Praca pracą, kró­lo­wa kró­lo­wą, ale o mo­dli­twie pa­mię­tać trze­ba. Komu jak komu, ale tobie, która świa­dec­twa­mi na bo­skie zwierzch­nic­two mo­gła­by całą osadę ob­dzie­lić, mówić tego nie muszę. 

Har­pia przy­tak­nę­łam tylko, po­chy­la­jąc się nie­znacz­nie. Głę­bo­ko wie­rzy­ła, że łut szczę­ścia nie był je­dy­ną siłą, dzię­ki któ­rej stała dziś w tym miej­scu. Bo­go­wie, z ja­kie­goś po­wo­du, byli jej nie­zwy­kle przy­chyl­ni. Świa­do­mość tego faktu po­zwa­la­ła stać się Izu­eli jed­nym z naj­bar­dziej nie­złom­nych miesz­kań­ców Go­re­ją­ce­go Mia­sta. Da­wa­ła rów­nież po­czu­cie spraw­czo­ści, które przy­gna­ło ją do ka­pli­cy, mimo wciąż obec­nych po­wi­do­ków po wczo­raj­szej, bu­rzo­wej erup­cji. 

– Dzię­ku­ję za zro­zu­mie­nie, ojcze. Czy mo­gła­bym…

– Oczy­wi­ście, oczy­wi­ście! Już mnie nie ma. – Po­wo­li od­wró­cił się, za­mia­ta­jąc ogo­nem roz­mo­kłe li­ście, na­gna­ne wia­trem na bruk oka­la­ją­cy pa­le­ni­sko. – Wiesz, rad je­stem z two­jej wi­zy­ty – rzu­cił na od­chod­ne. – Ogień dziś jest zu­peł­nie inny. Blady, chłod­ny, mar­kot­ny. Tak, tak, on też po­trze­bu­je nas, na­szych mo­dlitw, ofiar. Miłe mu będą twe słowa. 

Jasz­czur od­szedł kry­jąc się w su­chym pod­cie­niu, a Izu­ela zo­sta­ła sam na sam z bo­ga­mi i świę­tym ogniem. Klęk­nę­ła, wsłu­chu­jąc się w pieśń pło­mie­ni. Szu­ka­ła słów. Długo i bez­sku­tecz­nie. Zwy­kle nie miała z tym pro­ble­mu. Zwy­kle po­ma­ga­ło li­tur­gicz­ne oby­cie, wie­dza, utrwa­lo­ne i po­wta­rza­ne jak li­ta­nia for­mu­ły. Tym razem było ina­czej. 

“Na­dzie­ja jest za­wsze. Ktoś prze­cież nad nami czuwa” przy­po­mi­na­ła sobie wła­sne słowa i nagle zro­zu­mia­ła. Nigdy nie mo­dli­ła się za kogoś. Po­czu­ła, jak coś cięż­kie­go na­ra­sta w jej wnętrz­no­ściach, jak peł­znie w górę, ku żo­łąd­ko­wi, i jesz­cze dalej, ewo­lu­ując w nie­przy­jem­ną na­rośl, masę nie­okre­ślo­nej sub­stan­cji w gar­dle. Z tru­dem ła­pa­ła po­wie­trze, oczy na­bie­gły łzami. Czuła pust­kę. Czemu ta wła­śnie teraz ją od­na­la­zła? Dla­cze­go po tylu la­tach, upo­mnia­ła się o swoje? Przy­sia­dła na mo­krym szalu, opu­ści­ła głowę, wpa­tru­jąc się w cie­nie nie­cier­pli­wie wy­cią­ga­ją­ce szpo­ny po jej słowa, de­kla­ra­cje, proś­by. 

– Wsłu­chaj się w ogień. Mo­dli­twa nie za­wsze jest pro­sta, nie za­wsze ma okre­ślo­ną formę. – Słowa do­cho­dzi­ły zni­kąd. Z głowy? Z wiecz­nej ulewy? Od bogów? “Nie” po­my­śla­ła. “Ktoś za­wsze tam jest” po­wtó­rzy­ła i uśmiech­nę­ła się do tej myśli. Rada, którą otrzy­ma­ła, po­mo­gła. Prze­sta­ła sły­szeć swój nie­spo­koj­ny od­dech, stu­kot cięż­kich kro­pel, chlu­pot le­ją­cej się wody. Ogień wy­peł­nił jej umysł zna­jo­mą me­lo­dią. 

Li­zy­dor nad­sta­wił uszu. Ponad desz­czo­wą wrza­wą, ponad trza­skiem strze­la­ją­cych polan, ponad sło­wa­mi ha­ła­śli­wie ko­le­bią­cy­mi się w jego gło­wie i cze­ka­ją­cy­mi na spo­sob­ność do uciecz­ki, usły­szał dziw­ną, nie­zna­ną mu wcze­śniej pieśń. Była smut­na, cicha, me­lan­cho­lij­na. Pięk­na. 

 

*

 

Grong wpa­try­wał się w oczy Izu­eli, łap­czy­wie chło­nąc to, co w nich wi­dział. A wi­dział wiele, coraz wię­cej. Z każ­dym ty­go­dniem, dniem, z każdą roz­mo­wą i każdą wy­mie­nio­ną uprzej­mo­ścią. 

Czas spę­dzo­ny w piw­ni­cy po­zwo­li­ł przy­wyk­nąć do jej wzro­ku, a jed­no­cze­śnie śle­dzić drob­ne zmia­ny, któ­rym har­pie wej­rze­nie bez wąt­pie­nia było pod­da­wa­ne. In­for­ma­cję o zmia­nie lokum i utra­cie tego, co z takim tru­dem wy­pra­co­wał pod­czas po­by­tu w la­bo­ra­to­ryj­nych pod­zie­miach, przyj­mo­wał z nie­kry­tym roz­go­ry­cze­niem. Nawet teraz, po­zor­nie spo­koj­ny, miał ocho­tę trza­snąć pię­ścią w stół, wrza­snąć, ci­snąć czymś w odmęt piw­nicz­ne­go ba­jo­ra. Był ro­pu­chą, nie mógł sobie po­zwo­lić na ten kom­fort. Bał się zra­zić Izu­elę, prze­rwać tę wątłą nić, na któ­rej wi­sia­ła ich za­gad­ko­wa i spe­cy­ficz­na re­la­cja. Wziął głę­bo­ki od­dech, uspo­ko­ił się. Na chwi­lę znik­nął. A potem znik­nął zu­peł­nie. W jego miej­sce po­ja­wi­ła się ro­pu­cha, ja­kiej Izu­ela jesz­cze nie wi­dzia­ła. 

– Wi­dzisz, droga. Ja umie­ram. – Nie śpie­szył się. Mówił z tru­dem. Słowa grzę­zły w gę­stym i lep­kim stra­chu, który za­wład­nął nim ni­czym zgni­li­zna. – Umie­ram i bez wąt­pie­nia umrę. Prę­dzej, niż póź­niej, a już z pew­no­ścią prę­dzej, niż bym chciał. – Głę­bo­ki od­dech, ko­lej­ny, jesz­cze jeden. – Pa­mię­tasz opo­wieść o har­pi­dzie, który miesz­kał ścia­na w ścia­nę z moją nie­od­ża­ło­wa­ną fa­mi­lią? Jak już wcze­śniej wspo­mnia­łem, wierz lub nie, był moim przy­ja­cie­lem. Ale nie tylko. Swo­je­go czasu uczył w uni­wer­sy­te­cie Ytlo. Szko­lił, wy­staw sobie, młode adept­ki i adep­tów al­che­mii. De­sty­la­cji desz­czów­ki, wa­rze­nia de­kok­tów i przy­rzą­dza­nia owsian­ki. Długo po­zo­sta­wał w sto­li­cy, ba­wiąc się w mi­strza, lecz jedną z pod­opiecz­nych wspo­mi­nał nader czę­sto i chęt­nie. Pewną młodą har­pię, nie­zno­śną i rów­nie nie­zdar­ną młodą frygę. Na­zy­wał ją Izi. 

W twa­rzy Izu­eli coś się zmie­ni­ło. Dreszcz prze­szył jej ciało, jak gdyby po­ra­ził ją im­puls po­łą­czeń ner­wo­wych, które nie­ocze­ki­wa­nie dały o sobie znać. Pa­mię­ta­ła. Nie… Przy­po­mnia­ła sobie. Jak mo­gła­by za­po­mnieć? 

– Til­los nie żyje. Zresz­tą – nie żyje od wielu lat. Nie miał ro­dzi­ny, ale miał przy­ja­ciół, a kon­kret­niej stwo­rze­nie sie­dzą­ce wła­śnie na­prze­ciw cie­bie. I miał Izi. Przed śmier­cią miał rów­nież ży­cze­nie, które zdra­dził mi w li­ście. Jedno, pro­ste. Brzmia­ło: “pomóż jej, strzeż ją”.

Cisza, która na­stą­pi­ła po tych sło­wach, była naj­słod­szą ciszą ja­kiej Grong do­świad­czył od dawna. Bar­dzo dawna. Na­sy­co­na emo­cją, na­pię­ciem, a ponad wszyst­ko za­in­te­re­so­wa­niem, po­ru­sze­niem. Nie trwa­ła długo. “Szko­da” po­my­ślał. Oba­wiał się tego, co na­stą­pi po niej. 

– Dla­cze­go tu je­steś, ro­pu­cho? – spy­ta­ła Izu­ela, pró­bu­jąc od­zy­skać rezon i wcze­śniej­szy, bez­na­mięt­ny chłód. Bez­sku­tecz­nie. Wspo­mnie­nia wra­ca­ły, a wraz z nimi ko­lej­ne dresz­cze. Grong uśmiech­nął się wy­zu­tym z ra­do­ści uśmie­chem. 

– Za­wsze tu byłem – roz­po­czął, ale nie spie­szył się z kon­ty­nu­acją. Po­cząt­ko­wy strach za­stą­pi­ło trwoż­ne prze­ko­na­nie, że po­peł­nił błąd. Ogrom­ny, nie­wy­ba­czal­ny. Nie­unik­nio­ny. – Za­wsze po­ma­ga­łem. Sta­ra­łem się. 

Roz­mo­wa, pro­wa­dzo­na w my­ślach ty­sią­ce razy, w rze­czy­wi­sto­ści prze­ro­sła jego umie­jęt­no­ści re­to­rycz­ne, a słowa przy­cho­dzi­ły z naj­wyż­szym tru­dem. 

– Pierw­szy był Hamma. To on po­zwo­lił mi do­łą­czyć do ka­ra­wa­ny, ma­ją­cej za cel roz­bu­do­wę sieci za­opa­trze­nia na wschod­nie mo­kra­dła. Rzecz jasna po­ta­jem­nie. Wi­dzisz… Dzie­ci no­we­go cyklu nie­spe­cjal­nie na­wy­kłe były do wi­do­ku ro­pu­chy, a ro­pu­chy nie da­wa­ły po­wo­dów, by stan ten zmie­nić, gnu­śnie­jąc w swo­ich błot­ni­skach. To było dwa­dzie­ścia lat temu. Nic się od tego czasu nie zmie­ni­ło. – Uśmiech­nął się po­psu­tym, ro­pu­szym uśmie­chem. – Do­łą­czy­łem do wy­pra­wy nie bez przy­czy­ny. Znasz już tę przy­czy­nę. 

Har­pia nie od­po­wie­dzia­ła. Miast tego przy­glą­da­ła się ro­pu­sze, a jej wzrok wcale nie na­le­żał do naj­przy­jem­niej­szych. Ale nie był też obcy, nie­prze­jed­na­ny czy nie­przy­ja­ciel­ski. “To już coś” po­my­ślał Grong. 

– Potem był Nic­las, Kru­glin, Hiop zwany Dłu­gim Ogo­nem. No i Ka­stor. Byłem więc w Krwa­wym Borze, Szcze­żu­jo­wym Wy­kro­cie, pierw­szym i dru­gim, Osa­dzie przy Górze, Osa­dzie za Górą, Kle­istych Ostę­pach Czwar­tych, nawet na tym prze­klę­tym msza­rze, gdzie otwo­rzy­li­śmy za­ka­za­ną kom­na­tę. Jak on się…

– Omsza­ła Mo­gi­ła. Nazwę nada­li­śmy już po po­wro­cie do sto­li­cy – wtrą­ci­ła nie­spo­dzie­wa­nie Izu­ela. Grong, wy­raź­nie za­sko­czo­ny, ale też, skry­cie pod­eks­cy­to­wa­ny, kon­ty­nu­ował z nieco więk­szym ani­mu­szem.

– Nie wszę­dzie była zgni­li­zna. Z braku laku zda­rza­ło mi się od­pę­dzać ko­ma­rzy­dła, zdzi­cza­łe pi­jow­ce albo wo­do­gnil­ce. Raz nawet po­kłu­łem ko­zi­kiem na­puch­nię­tą klesz­czar­kę. Szyb­ko ujaw­ni­ło się źró­dło jej po­kaź­nych roz­mia­rów od­wło­ka i pa­skud­na in­fek­cja. Ten smród, och, bo­go­wie! Mu­sia­łem zmie­nić przy­tul­ne na­mo­rzy­ny i za­paść w mo­cza­ry. Nie wiesz nawet… 

– Wiem. Ba­da­łam to tru­chło – wy­ce­dzi­ła Izu­ela z tru­dem, jak gdyby sy­mul­ta­nicz­nie tłu­ma­czy­ła sta­ro­żyt­ny tekst, dawno za­po­mnia­ny język. – Za­gad­ka ta­jem­ni­czych ran wy­ja­śni­ła się. – Grong w od­po­wie­dzi wy­krzy­wił usta w nie­od­gad­nio­nym gry­ma­sie. Nie pa­no­wał nad twa­rzą. Szyb­ko więc skon­tro­wał wła­sną nie­po­rad­ność i zmie­sza­nie, kon­ty­nu­ując prze­rwa­ną hi­sto­rię. 

– Nie w każ­dym la­bo­ra­to­rium, w któ­rym pra­co­wa­łaś, była piw­ni­ca. Cza­sa­mi kry­łem się w nie­do­stęp­nych szu­wa­rach, po­rzu­co­nych gniaz­dach pi­ja­wek. Raz przy­szło mi ko­czo­wać w zmur­sza­łej sko­ru­pie po­kaź­nych roz­mia­rów śli­zga­cza. Dla ro­pu­chy to nie pro­blem. Ro­pu­cha nie po­trze­bu­je ani świę­te­go, ani żad­ne­go in­ne­go ognia. Cie­pło nas nie do­ty­czy, omija nas, a my uni­ka­my cie­pła. – Jego źre­ni­ce po­wo­li opa­dły. Pa­skud­ne oczy za­bie­li­ły się, zmęt­nia­ły. Jeśli ktoś znał­by pła­zie zwy­cza­je, wie­dział­by, że było to rów­no­waż­ne z za­mknię­ciem po­wiek. Nie­ste­ty, nikt nie znał ro­puch, a co do­pie­ro ich dzi­wactw. 

– Dla­cze­go? – za­skrze­cza­ła nagle Izu­ela. Wszyst­kie “dla­cze­go”, ko­ła­czą­ce się w jej gło­wie, zle­pi­ły się w jedno prze­raź­li­we, obłą­kań­cze “dla­cze­go”. Upo­ka­rza­ją­cy ja­zgot, który z sie­bie wy­da­ła, jesz­cze długo cichł w piw­ni­czej matni. 

– Ja…Ja… – Próba od­po­wie­dzi za­koń­czy­ła się spo­dzie­wa­ną po­raż­ką. Nie pod­da­wał się jed­nak. – Ja… Nie mam nic wię­cej – wy­du­kał, za­chłan­nie ła­piąc od­dech. – Je­stem ro­pu­chą, wiem, ale “nic” to dla mnie za mało. To, co dał mi Til­los, było czymś wię­cej. – Usta Gron­ga fa­lo­wa­ły, drga­ły i wy­krzy­wia­ły się gro­te­sko­wo – Po­cząt­ko­wo był to po pro­stu akt sza­cun­ku, lo­jal­no­ści wobec przy­ja­cie­la. Za­da­nie, które wy­peł­nia­ło pust­kę po jego śmie­ci, ale to się zmie­ni­ło. – Szyb­kie, ukrad­ko­we spoj­rze­nie na Izu­elę. Nie była już tą nie­prze­jed­na­ną ma­tro­ną z po­cząt­ku roz­mo­wy. Była małą dziew­czyn­ką, którą ro­dzi­ce mu­sie­li zo­sta­wić na jakiś czas u da­le­kie­go krew­ne­go. Prze­ję­tą i zdez­o­rien­to­wa­ną isto­tą. 

– Błot­ni­ska… Byłeś tam? To ty…

– Zdo­ła­łem do­pchać do cie­bie czół­no? Tak, choć srogo od­po­ku­to­wa­łem moją mło­dzień­czą za­wzię­tość. Za­pa­dłem w wody na dłu­gie ty­go­dnie. Mu­sia­łem, wy­staw sobie, wra­cać wpław do Go­re­ją­ce­go Mia­sta, pod­czas sza­le­ją­cej burzy. Gdy do­tar­łem tam, cie­bie już nie było. Po­je­cha­łaś… Tama Błę­kit­ne­go Nurtu? Do­brze pa­mię­tam? 

“Do­brze pa­mię­ta, su­kin­syn” po­my­śla­ła. Jej wście­kłość, mimo iż żywa i in­ten­syw­na, była rów­nież roz­chwia­na, kru­cha i efe­me­rycz­na. Taka, która sa­mo­ist­nie roz­pa­da­ła się pod na­po­rem ty­się­cy in­nych uczuć. “To za­wsze był on. Ta czu­wa­ją­ca siła. To była ro­pu­cha. Pa­skud­na ka­ry­ka­tu­ra ist­nie­nia, kłam za­da­ny idei do­sko­na­ło­ści stwo­rze­nia”. 

– Ocze­ku­jąc, liżąc rany i od­zy­sku­jąc siły zro­zu­mia­łem, że tę­sk­nię. Cho­ler­nie tę­sk­nię za świa­do­mo­ścią two­jej obec­no­ści, świa­do­mo­ścią two­je­go bez­pie­czeń­stwa, któ­rej wtedy nie mia­łem. Bałem się. 

“To za­wsze był on. To o niego cho­dzi­ło. Och, Til­lo­sie…”.

Wsta­ła. By­ła­by upa­dła od zbyt gwał­tow­ne­go ruchu i ciem­no­ści, która na mo­ment przy­sło­ni­ła jej wzrok, gdyby nie jego dłoń. Szyb­ko, zde­cy­do­wa­nie zbyt szyb­ko wy­szarp­nę­ła szpon z mięk­kie­go uści­sku. 

Niedługo potem ża­ło­wa­ła swo­jej za­wzię­to­ści, nie­prze­jed­na­ne­go chło­du, gwał­tow­no­ści, ale było już za późno. 

 

*

 

Tego wie­czo­ra Grong nie otrzy­mał ko­la­cji. 

Nie czuł jed­nak głodu. Jak wtedy, w Roz­to­kach Tum­me­go, gdy zo­stał sam z szasz­ły­ka­mi, osła­wio­ny­mi w jego opo­wie­ściach. “Tym razem i to mi ode­bra­li­ście” po­my­ślał, a ów boski żart wpę­dzał go w jesz­cze głęb­sze po­czu­cie bez­na­dziei. Ale śmiał się. Re­cho­tał na całe gar­dło, wpa­tru­jąc się w pusty blat przed sobą. Stał nad ot­chła­nią, a upior­ny śmiech był tylko ko­lej­nym kro­kiem ku jej kra­wę­dzi. Gdy prze­stał, je­dy­nym, co zo­sta­ło w jego gło­wie, była myśl: “oby nikt tego nie usły­szał”. Nie oba­wiał się już pra­wie ni­cze­go. Wsty­du, znie­wa­gi, bólu, nawet sza­leń­stwa. Od­rzu­ce­nie, któ­re­go per­spek­ty­wa mro­zi­ła do dziś każdą ko­mór­kę ciała, już go nie ob­cho­dzi­ło. Ten most już prze­kro­czył. 

Bał się, bo wie­dział, że to, co wy­do­by­wa­ło się z jego trze­wi, było dźwię­kiem po­twor­nym, zdol­nym ob­ro­snąć każdą, nawet naj­bar­dziej plu­ga­wą, le­gen­dą. Nie chciał po­zo­stać takim w pa­mię­ci Izu­eli. Nie za­słu­żył na to. Na­le­ży mu się przy­naj­mniej pa­mięć. 

Spoj­rzał na za­war­tość ro­ze­dr­ga­nych dłoni, na po­ły­sku­ją­cy przed­miot. Przy­ci­snął go do pier­si. Mocno. Do bólu. Ropa są­czą­ca się z otwar­tych ran wy­strze­li­ła jak gej­zer. W końcu opu­ścił zmę­czo­ne ręce. Za­ci­snął szczę­kę, gry­ząc się ze sobą w za­ja­dłej walce. Po dłuż­szej chwi­li pod­dał się. Prze­grał. 

 

*

 

– Zgni­li­zna? 

– Bez wąt­pie­nia. Był chory. Bar­dzo chory – od­po­wie­dzia­ła chłod­no Izu­ela. 

Ka­stor spoj­rzał na har­pię ta­jem­ni­czo. Łowił wę­gla­mi swo­ich ślepi naj­mniej­sze od­ru­chy, mo­gą­ce zdra­dzić to, co dzia­ło się w jej umy­śle. W końcu spy­tał zgod­nie ze swoją lisią na­tu­rą, bez ogró­dek. 

– Ty go za­bi­łaś?

Nie od­po­wie­dzia­ła. Miast tego uśmiech­nę­ła się ża­ło­śnie i bez­sil­nie. Nie miała nic do po­wie­dze­nia. Nic, co mo­gło­by ją uspra­wie­dli­wić. 

– Wy­je­dziesz w ciągu ty­go­dnia. Zaraz po burzy. – W jego gło­sie nie było cie­nia emo­cji. – To łaska, na którą nie muszę, ale mogę sobie po­zwo­lić. Kto za­pła­cze po ro­pu­sze? Kto po­ża­łu­je? Kogo to obej­dzie? Ni­ko­go.

– Wy­ja­dę jutro – prze­rwa­ła. Słu­cha­nie li­siej mowy, choć­by nie­mal cał­ko­wi­cie za­to­pio­nej w bu­rzo­wej ule­wie, było ostat­nim, na co miała teraz ocho­tę. 

– Zo­sta­wił coś? Jakiś list? Dzien­nik? No­tat­kę?

– Nic – skła­ma­ła har­pia bez na­my­słu, pa­trząc na pło­mie­nie łap­czy­wie obej­mu­ją­ce wiel­kie, ro­pu­sze ciel­sko. Jako je­dy­na wśród zgro­ma­dzo­nych nie krzy­wi­ła się, nie od­wra­ca­ła wzro­ku, nie za­kry­wa­ła uszu sły­sząc prze­bi­ja­ją­cy się ponad ulewę syk skwier­czą­cych tka­nek. Nie wzdry­ga­ła się kon­wul­sja­mi mdło­ści po­wo­do­wa­ny­mi odo­rem zgni­li­zny. Sły­sza­ła in­kan­to­wa­ną przez Li­zy­do­ra pieśń ża­łob­ną, z nie­dba­ło­ścią za­kra­wa­ją­cą o pro­fa­na­cję. Za­klę­ła w duchu. 

Po­de­szła bli­żej. Na tyle bli­sko, by blask ucztu­ją­cych na gron­go­wym tru­chle pło­mie­ni roz­świe­tlił jej skry­tą pod kap­tu­rem twarz. 

– Zbyt ta­jem­ni­czo, Til­lo­sie, zbyt ta­jem­ni­czo – szep­nę­ła, wrzu­ca­jąc w pło­mie­nie stary, po­żół­kły list. Czer­nie­ją­cy w ułam­ku se­kun­dy per­ga­min przez chwi­lę jesz­cze do­go­ry­wał, ostat­nim tchnie­niem przy­po­mi­na­jąc:

“PS. Nie po­zwól, by zgnił w sa­mot­no­ści”.

Zaraz potem w pło­mie­niach znik­nął ko­lej­ny wy­peł­nio­ny tek­stem per­ga­min, a wraz z nim je­dy­ny dowód jej nie­win­no­ści.

 

*

 

Brzdęk tacy upusz­czo­nej na ka­mien­ną po­sadz­kę brzmiał jesz­cze długo po tym, jak do­pa­dła do za­nu­rzo­ne­go w wo­dzie ciel­ska. Jak za­wsze zim­ne­go i nie­ru­cho­me­go, jed­nak tym razem jed­no­znacz­nie bez­wład­ne­go i ka­ry­ka­tu­ral­nie opa­da­ją­ce­go z kra­wę­dzi ba­se­nu. Jedno spoj­rze­nie wy­star­czy­ło – oczy Gron­ga za­snu­te były ciem­ną, żółk­ną­cą mgłą, a ją­trzą­ce się zwy­kle rany za­skle­pi­ły się, za­mknę­ły, za­ro­sły. “Zgni­li­zna przej­mu­je nad nim kon­tro­lę, już nie jest żywą isto­tą” wy­wnio­sko­wa­ła z prze­ra­że­niem. 

Usia­dła na tym samym krze­śle, na któ­rym nie tak dawno świad­ko­wa­ła prze­isto­cze­niu plu­ga­wej ro­pu­chy w ta­jem­ni­cze­go przy­ja­cie­la. Przez lata gło­wi­ła się nad iden­ty­fi­ka­cją per­so­ny na­masz­czo­nej przez Til­lo­sa w ostat­niej ko­re­spon­den­cji, którą od niego otrzy­ma­ła. 

“Nie po­zwól, by zgnił w sa­mot­no­ści”. 

Skąd miała wie­dzieć? Jak wy­de­du­ko­wać, po­znać praw­dę? Za­pew­ne har­pi­da był prze­ko­na­ny, iż Grong ujaw­ni się wcze­śniej, na­wią­że współ­pra­cę, może re­la­cję. “Na­iw­ny głup­cze!” chcia­ła za­krzyk­nąć. “Prze­cież to stara, scho­ro­wa­na ro­pu­cha! Zbyt ro­pu­sza w swoim je­ste­stwie, zbyt skry­ta i nie­pew­na, by dać mi wię­cej czasu, odro­bi­nę wię­cej czasu. Odro­bi­nę wię­cej od­po­wie­dzi”.

W za­mian za to otrzy­ma­ła ko­lej­ny list. Leżał na drew­nia­nej ławie, tej, przy któ­rej wie­cze­rzał mo­czarz. 

Otwo­rzy­ła mi­ster­nie za­pa­ko­wa­ną ko­re­spon­den­cję. Czy­ta­ła, sunąc po per­ga­mi­nie roz­dy­go­ta­nym pa­zu­rem, chło­nąc słowa, któ­rych zna­cze­nia nie do końca ro­zu­mia­ła. Za­trzy­ma­ła się. Ten frag­ment znała bar­dzo do­brze. Czy­ta­ła go wcze­śniej wie­lo­krot­nie. W li­ście Til­lo­sa.

”… z przy­ja­cie­lem to nigdy nie wiesz, co ma w sercu na dnie, póki ostrza weń nie wra­zisz”.

“Co mieli na myśli? To jakaś sen­ten­cja? Me­ta­fo­ra? Ich kam­ra­ci okrzyk?” za­pew­ne długo za­sta­na­wia­ła­by się i klęła w duchu mno­żą­ce się ro­pu­sze za­gad­ki, gdyby nie fakt, iż je­dy­nym przed­mio­tem le­żą­cym na stole prócz listu, oka­zał się być długi, my­śliw­ski pu­gi­nał. Po­kry­ty był lep­kim, czar­nym ślu­zem. 

– To nie może być przy­pa­dek – stwier­dzi­ła. Była zde­ter­mi­no­wa­na, zła i zmę­czo­na cią­głą nie­wie­dzą, za­gad­ka­mi i wo­dze­niem za nos. Chwy­ci­ła za nóż i szyb­kim kro­kiem skie­ro­wa­ła się w stro­nę de­na­ta. 

Mimo, iż sztych ostrza wy­da­wał się ostry jak brzy­twa, gruba skóra nie pod­da­ła się łatwo. Setki sek­cji, jakie wy­ko­na­ła w swoim życiu, na nic zdały się w ob­li­czu tego wy­zwa­nia. Nigdy nie ba­da­ła ro­pu­chy. Prze­bi­cie jej trwa­ło wieki, a wy­glą­da­ło ni­czym nie­udol­na próba mordu. Gdy jed­nak ro­pie­ją­ca, czar­no­zie­lo­na fa­sa­da kry­ją­ca wnę­trze mo­cza­rza ustą­pi­ła, ostrze bez naj­mniej­szych pro­ble­mów za­głę­bia­ło się w miej­scu, w któ­rym winno znaj­do­wać się serce każ­de­go zna­ne­go jej stwo­rze­nia. Spo­tka­nie pu­gi­na­łu z mię­śniem za­sygnalizował dzi­wacz­ny dźwięk. Stuk­nię­cie, przy­po­mi­na­ją­ce ude­rze­nie me­ta­lo­we­go dłuta o ka­mień. Cof­nę­ła ostrze, po­no­wi­ła pchnię­cie. Tym razem szty­let za­głę­bił się nieco dalej, to­wa­rzy­szy­ło temu jed­nak prze­cią­głe skrzyp­nię­cie, ha­ła­śli­wy opór. Ostrze utknę­ło. 

Zdu­mio­na Izu­ela wy­cią­gnę­ła je moc­nym po­cią­gnię­ciem, nie­mal wpa­da­jąc do de­sty­lo­wa­nej, ro­ją­cej się od zgni­li­zny sa­dzaw­ki. Nie cze­ka­jąc długo, wy­ko­na­ła ko­lej­ne dwa cię­cia, pro­sto­pa­dłe do po­przed­nie­go. Od­chy­li­ła lepki płat skór­ny, po czym za­nu­rzy­ła uzbro­jo­ne w nóż szpo­ny w ga­la­re­to­wa­tej, tłusz­czo­wej tkan­ce. Zręcz­ne ruchy wpraw­ne­go pro­sek­to­ra nie wy­star­czy­ły, by wy­do­być cel pro­wi­zo­rycz­nej sek­cji. Wśród po­so­ki, czar­nej ni­czym onyks, po­ły­ski­wa­ło nie­na­tu­ral­nej wiel­ko­ści serce. Wy­zie­ra­ją­ce z tka­nek krysz­ta­ły oraz po­kry­wa­ją­ce ko­mo­ry, przed­sion­ki i ar­te­rie na­nie­sie­nia nie tyle prze­ra­ża­ły, co fa­scy­no­wa­ły har­pię. Za­dzi­wia­ła ją moż­li­wość eg­zy­sten­cji z po­dob­ny­mi de­fek­ta­mi. Wy­glą­da­ło to jak ro­dzaj skry­sta­li­zo­wa­nej ma­te­rii, bez wąt­pie­nia po­cho­dzą­cej od ab­sor­bo­wa­ne­go przez ro­pu­szy or­ga­nizm ze­psu­cia. Szyb­ka ana­li­za i do­świad­cze­nie skło­ni­ło ją do pod­ję­cia na­tych­mia­sto­wych, dal­szych oglę­dzin. 

Z ty­ta­nicz­nym tru­dem ob­ró­ci­ła bez­wład­ne ciel­sko, po­szu­ku­jąc wła­ści­we­go miej­sca do wy­ko­na­nia ko­lej­nych cięć. Jej celem były nerki, bez wąt­pie­nia do­tknię­te po­dob­ną dys­funk­cją, co serce ro­pu­chy. Efekt prze­rósł jej naj­śmiel­sze ocze­ki­wa­nia. Ka­mie­nie, które zna­la­zła, zaj­mo­wa­ły nie­mal całą ob­ję­tość ro­pu­sze­go na­rzą­du, ni­czym od­le­wy w or­ga­nicz­nej for­mie. 

Były osza­ła­mia­ją­co pięk­ne, a jed­no­cze­śnie prze­ra­ża­ją­ce. Cięż­kie, choć przy­po­mi­na­ją­ce wy­peł­nio­ną opa­li­zu­ją­cym pły­nem bańkę. Głę­bo­ko czar­ne, a za­ra­zem ema­nu­ją­ce nie­zwy­kłym, po­nu­rym świa­tłem, aurą wiecz­ne­go morza, ko­smicz­ną ener­gią, czymś nie­opi­sa­nym i nie­od­gad­nio­nym. 

Długo wpa­try­wa­ła się w bez­kre­sne wnę­trze mi­ne­ra­łów, ar­cy­krysz­ta­łów trzy­ma­nych w dło­niach, aż w jej gło­wie za­czę­ła ma­ja­czyć zna­jo­ma me­lo­dia. Pięk­na, smut­na, gorz­ka. 

 

Ze­drzyj sko­ru­pę do­cze­sną, plu­ga­wą po­wło­kę bo­le­sną

Ukaż skarb głę­bin bez­den­nych, snów owoc, a może kosz­ma­rów sen­nych?

 

 

 

Koniec

Komentarze

Zjawiam się pobetowo, dziękuję za zaproszenie oraz za miłe słowa. To zawsze dla mnie zaszczyt. :)

Powtórzę:

Zaskakujący tekst, jego postacie oraz świat, namawiam do przeniesienia go w formie rozbudowanej powieści, bo naprawdę warto. :) Wspominasz tu (w wypowiedzi żaby) o rozmaitych etapach i dziejach życia – warto je w powieści opisać szerzej. :) Niezwykłość treści to moim zdaniem główny atut opowiadania obok opisu emocji oraz sylwetek bohaterów. :)

Klikam podwójnie, życząc powodzenia przy nominacjach. :) 

Pecunia non olet

bruce

 

Nie pozostaje mi nic innego niż raz jeszcze podziękować, za pomoc i za podwójnego klika;)

Co do rozbudowania – chęć jest, kolejne odnogi opowieści się tworzą, więc niebawem coś nowego się pojawi. Kto wie, może losy postaci w opisywanym uniwersum jakoś magicznie się połączą w zwięzłą, dłuższą całość;)

Pozdrawiam, Rafaelu, także dziękuję i trzymam kciuki za Piórko. heart

Pecunia non olet

Przykro mi to pisać, Rafaelu, ale opowiadanie znużyło mnie niepomiernie. Nie potrafiłam znaleźć się w deszczowym świecie. Nijak nie potrafiłam wykrzesać w sobie zainteresowania dla poczynań osobliwych istot tam żyjących. Zupełnie nie przypadły mi do gustu dokładne opisy tego co pękało, co wysączało się i co cuchnę na Grongu. Rozumiem, że starałeś się to opisać dokładnie, ale dla mnie było tego zbyt wiele, zwłaszcza jeśli jeszcze dodać inne wzmianki obrazujące paskudztwa i smrody dobywające się z wód i nie tylko.

Na koniec wyznam, że najbardziej zastanowiło mnie, skąd w tym mokrym świecie mieli owsiankę?

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

Pie­ką­cy w oczy i draż­nią­cy ślu­zów­kę swąd zgni­li­zny. → Pie­ką­cy w oczy i draż­nią­cy ślu­zów­kę smród zgni­li­zny.

Swąd to woń spalenizny.

 

Nie tylko ob­sy­py­wał ciało spa­zma­mi dresz­czy… → Dreszczami nie można obsypać.

Proponuję: Nie tylko przenikał ciało spa­zma­mi dresz­czy

 

a jego gniew omija nas… → Zbędna spacja po wielokropku.

 

zo­sta­ło po­chło­nię­te przez za­chłan­ne pło­mie­nie. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …zo­sta­ło po­chło­nię­te przez łapczywe pło­mie­nie.

 

Tu powstanie osada na cześć i chwałę nieśmiertelnej królowej! – Zakrzyknął Kastor… → Tu powstanie osada na cześć i chwałę nieśmiertelnej królowej! – zakrzyknął Kastor

Tu znajdziesz wskazówki jak zapisywać dialogi.

 

w ślad za nim ru­szy­li po­zo­sta­li świad­ko­wie kon­se­kra­cji. → Czy to na pewno byłą konsekracja?

 

W swoim je­ste­stwie za­szy­te mają coś plu­ga­we­go… → Czy zaimek jest konieczny? Czy można mieć coś w cudzym jestestwie?

 

był do­pie­ro pierw­szym mo­cza­rzem, z jakim przy­szło jej ob­co­wać. → …był do­pie­ro pierw­szym mo­cza­rzem, z którym przy­szło jej ob­co­wać.

 

Ka­stor chwi­lę wpa­try­wał się w har­pię swoim ob­sy­dia­no­wym wzro­kiem. → Zbędny zaimek – czy mógł wpatrywać się cudzym wzrokiem?

 

bry­cze­sy w po­dob­nej modle uszy­te… → …bry­cze­sy na podobną modłę uszy­te

 

Miast kryć swoje ob­li­cze po­ora­ne ka­nio­na­mi blizn… → Zbędny zaimek.

 

od rów­nie doj­mu­ją­ce­go swędu zgni­li­zny. → …od rów­nie doj­mu­ją­ce­go smrodu zgni­li­zny.

 

Mi się to zda jak świe­ca zwia­dow­cy. → Mnie się to zda jak świe­ca zwia­dow­cy

Choć zdaję sobie sprawę, że Grong nie musi wyrażać się poprawnie.

mnie czy mi? tobie czy ci? – Słownik języka polskiego PWN

 

lecz spoj­rza­ła na niego, a w jej spoj­rze­niu po­ja­wi­ło się coś… → Czy to celowe powtórzenie?

Proponuję: …lecz spoj­rza­ła na niego, a w jej oczach po­ja­wi­ło się coś

 

– Czy mogłabym jakoś…– Tym razem słowa… → Brak spacji po wielokropku.

 

Prze­sie­dli­śmy część lud­no­ści… → Pewnie miało być: Prze­sie­dlili­śmy część lud­no­ści

 

Przy­kry­ła sło­iczek po­kryw­ką, mocno za­krę­ci­ła… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Przy­kry­ła sło­iczek wieczkiem, mocno za­krę­ci­ła

 

wy­ko­na­ła sa­kral­ny gest i za­to­nę­łą w szep­cie… → Literówka.

 

– My­śla­łem, że się cie­bie w tę ulewę nie do­cze­kam…. → Zbędna kropka po wielokropku. Po wielokropku nie stawia się kropki.

 

Har­pia przy­tak­nę­łam tylko, po­chy­la­jąc się nie­znacz­nie. → Literówka.

 

Jego źre­ni­ce po­wo­li opa­dły. → W jaki sposób opadają źrenice?

 

– JaJa… → Brak spacji po pierwszym wielokropku.

 

z przy­ja­cie­lem to nigdy nie wiesz… → Zbędna spacja po wielokropku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka