Szanowni. Prezentuję opowiadanie, które w konkursie NF nie dostało się nawet do finału. Mam nadzieję, że mimo wszystko Wam się spodoba. Pozdrawiam.
Szanowni. Prezentuję opowiadanie, które w konkursie NF nie dostało się nawet do finału. Mam nadzieję, że mimo wszystko Wam się spodoba. Pozdrawiam.
Wszyscy zdechniecie. Jak psy.
Nienawidzę swojego życia.
Ale nie, że ja go nienawidzę, po prostu…
N i e n a w i d z ę.
Codziennie, po wybudzeniu się z głębokiego, czarnego, pozbawionego jakichkolwiek snów snu, patrzę w zawieszone nad umywalką lustro, z całych sił gardząc typem znajdującym się po jego drugiej stronie.
Jestem nikim.
Czy to moja wina? Nie wiem. Wiem tylko, że znów muszę wyruszyć do mojej skurwiałej, bezsensownej, monotonnej jak cholera roboty, odbębnić osiem godzin, by wraz z wybiciem szesnastej jak najszybciej z niej wypierdolić i choć na kilka chwil zapomnieć, że jutro czeka mnie dokładnie to samo.
I pojutrze.
I po pojutrze…
Żyję od weekendu do weekendu, zapominając czasami, że to przecież tylko dwa ulotne, krótkie jak chuj (ale nie mój!) dni. Nie szkodzi. Myśl o chłodnych, orzeźwiających browarach, w których będę się mógł w piątek utopić, pozwala jakoś przetrwać katastrofę, powszechnie nazywaną etatem w korporacji.
Mało śpię. Zresztą, nawet kiedy już zasnę i tak nigdy nic mi się nie śni. Żadnych przygód, żadnych niestworzonych historii, żadnych lasek, przy których kutas twardniałby na zawołanie. Nic. Tylko pustka. Przenikająca wszystko, wwiercająca się aż pod fundamenty mojego mózgu, czarniejsza od wylewanego na nowo powstające ulice asfaltu pustka.
Tak właśnie wygląda moje życie.
Dobrze, że chociaż mam konsolę. Dzięki niej czasami wydaje mi się, że robię coś ważnego, na przykład ratując Tsushimę jako Sakai, albo powstrzymując siły Mordoru w skórze Taliona. Dlaczego rzeczywistość nie może właśnie tak wyglądać? Dlaczego wszystko jest tak na wskroś chujowe?
Nie wiem.
Muszę wstać, co też po chwili namysłu i kilku ostatnich ziewnięciach czynię. Całą siłą woli powstrzymuję się, by nie rozkurwić drącego się iphone'a o ścianę, a następnie wlokę do łazienki, by znów powitać gościa, którego darzę szczerą, płynącą prosto z serca pogardą. Spogląda na mnie z lustra zmęczonym, podobnym do zbitego psa wzrokiem, po chwili sięga do kubka ze szczoteczkami, nakłada pastę.
Myję zęby. Cienkie, białe włókno odrywa się od główki zielonej szczoteczki i złośliwie wbija w dolne dziąsło.
– Kurwa.
Wygrzebuję je jakoś wykałaczką. Przepłukuję japę.
Typ w lustrze zdaje się być w coraz podlejszym nastroju. Wcale mu się nie dziwię.
Psikam się tanimi, szybko niknącymi perfumami z najpodlejszej drogerii, układam włosy nacierając je twardą, klejącą dłonie pastą.
Nie mam czasu ani na śniadanie, ani tym bardziej na kawę. Jebać. Wypiję w robocie. Wychodzę.
Klatka – jak normalnie – cuchnie stęchlizną, wilgocią i mieszkającymi pode mną żulami. Mijam zawieszone na ścianach obrazy tak absurdalnie wyglądające na tle pożółkłego, zagrzybionego, odpadającego z cichymi plaśnięciami tynku.
Skąd w ogóle się tu wzięły?
Czekający na tramwaj ludzie, goście ubrani w sztywne, ciasno zapięte koszule z kołnierzami i typiary w krótkich, zawijających im się prawie nad tyłki spódniczkach, wyglądają na równie kochających swą codzienność, co facet z mojej łazienki. Uśmiecham się pod nosem.
Dobrze wiedzieć, że nie tylko ja mam przejebane.
W dodatku pada. Leje jak z pierdolonego cebra. Tłoczymy się na obdartym, wybazgranym graffiti i zaklejonym plakatami przystanku, za wszelką cenę próbując się nie dotykać, co okazuje się bardzo trudne, bo jest nas zdecydowanie więcej niż miejsca pod wąskim dachem, co gorsza z jakimś obsikanym pijakiem, chrapiącym głośno na zajebanej butelkami po małpkach ławce.
Te plakaty to też ciekawa historia. Wiszą tu od zeszłych wyborów, czyli już ponad cztery miesiące. Dalej nikt nie posprzątał tych nieszczerych, obrzydliwych mord, patrzących na człowieka szklanym, rybim wzrokiem, wyrażającym niemą obietnicę znacznych podwyżek, tańszych przedszkoli, krótszych kolejek do lekarza i całego tego bezsensownego syfu, którym bezczelnie kupują tępaków na nich głosujących.
– Mają was wszystkich w dupie – mamroczę do siebie trochę za głośno, bo jakaś stara baba, dźwigająca wyładowane mięsem zza lady siaty, łypie na mnie podejrzliwie, zupełnie jak gdyby właśnie zobaczyła dzieciaka z piłką do nogi pod pachą, rozkładającego z kumplami plecaki przed jej idealnie zadbanym ogródkiem.
Odwracam wzrok, starając się nie myśleć, jak bardzo nią gardzę. Ona mną pewno też. I dobrze. Skoro nie może nas połączyć zwykła, ludzka życzliwość, niech chociaż rozdzieli nienawiść, jak to ma w zwyczaju, odkąd jakiś debil wpadł na pomysł, żeby stworzyć coś tak karykaturalnego jak ten nasz popierdolony świat.
A może kosmos to ślepy przypadek? Diabli wiedzą. Te wszystkie mędrki: Hawkingi, Dawkinsy i inne Dennety uważają, że rzeczywistość mogła zaistnieć bez nijakiej przyczyny. Za dzieciaka wmawiali mi, że po coś się urodziłem, teraz coraz częściej jednak myślę, że to gówno prawda. Żyję tylko po to, żeby łazić dzień w dzień do roboty, której nienawidzę. Podobnie zresztą jak wszyscy inni. Mają to wypisane na swych ponurych obliczach.
No, może poza idiotami traktującymi etat, kartę z debetem i kredyt na dwupokojowe mieszkanie jak szczyt swoich pierdolonych marzeń. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby naprawdę tak myśleli. Mam dla nich jeszcze więcej szacunku niż dla tej starej baby, taszczącej wyładowane mięchem zza lady siaty. Przy nich wydaje mi się ona nawet sympatyczna. Kiedy nadjeżdża tramwaj pomagam jej z torbami. Nazywa mnie „uprzejmym młodzieńcem”.
Kurwa, ale mam dziś dobry humor – myślę, siadając na obdartym, gubiącym gąbkę miejscu przy oknie.
Deszcz bębni głucho w szyby, spływając po nich cienkimi, meandrującymi strużkami. Kłębiaste, czarne od smogu chmury suną apatyczne w tylko sobie znanych kierunkach, obojętne na los tysięcy istot, toczących pod nimi swoje nic niewarte wojenki starań i wysiłków.
– Wszyscy zdechniecie. Jak psy – zdają się wrzeszczeć błyskawice walących nad nami gromów.
Wciskam słuchawki do uszu, wyszukuję na spotify swoją ulubioną playlistę z dobrym, czarnym rapem z lat dziewięćdziesiątych.
Biggie, Nas, 2Pac, Mobb Deep… To było coś. Odpalam „Shook Ones, Part II”, myśląc o gównie słuchanym przez dzisiejszą młodzież.
Zaraz. Czy moi starzy dokładnie tego samego nie sądzili kiedyś o mojej muzyce?
– Znowu włączyłeś tych gibających się błaznów? – przypomina mi się głos ojca.
Pierdolone koło toczącej się jak kula śnieżna historii. Jesteśmy tacy sami. Uważamy się za lepszych, podczas gdy nasze wyobrażenia, pragnienia i upodobania mają zawsze dokładnie tyle samo sensu, co umierający gdzieś w głębinach, rozrywany przez rekiny wieloryb.
Dlaczego pomyślałem akurat o wielorybie?
Niedługo wysiadam. Dobrze, że chociaż się już rozbudziłem. Może jakoś uda przeżyć się dzisiejszy dzień bez zarażenia absolutnym cringem. Chociaż ostatnio podczas team buildingu kazali nam się dobrać w pary, związać nogi i skakać jak kretyni nad krzesłami z biura, więc kto wie?
– Dalej, dalej, ćwiczymy pracę zespołową! – przypomina mi się głos podnieconej szefowej, z tym jej przesadnie słodkim, upudrowanym uśmieszkiem na pulchnym ryju.
Jej też nienawidzę.
Wysiadam.
Deszcz pada mi na głowę.
Z chęcią rozłożyłbym parasol, ale dwa dni temu zostawiłem go w autobusie i cholera wie, co się z nim teraz działo. Na facebooku, w grupie „zgubione/znalezione”, nikt nic o nim nie pisał. Nie mogę mieć pretensji. Gdybym to ja znalazł czyjąś parasolkę w komunikacji miejskiej, również bym jej nie oddał.
Przemykam jakoś między kroplami, widząc przed sobą zamazany budynek mojej korporacji z wielkim, neonowym, migocącym na dachu napisem. Wygląda zupełnie jak wypluta z ksero fotokopia jakiejś chujowej rzeczywistości. Rzygać mi się chce.
Wchodzę jeszcze do sklepu, by kupić sobie kawę i jakieś bułki na śniadanie. Są całkiem twarde, ale czego się spodziewać po zwykłej, bezdusznej sieciówce? Kiedyś obok działała mała piekarnia prowadzona przez starszego pana, ale niestety nie wytrzymała konkurencji zalewającego wszystko szamba. Cóż, należy zadowolić się kamiennym, praktycznie pozbawionym nadzienia croissantem, reklamowanym przy wejściu jako najlepsze, co może człowieka w życiu spotkać.
Wygrzebuję z plecaka kartę dostępu, przechodzę przez obrotową bramkę. W korytarzu czekają już inni, równie jak ja podekscytowani kolejnym dniem pełnym wrażeń. Żadnego „siema”, żadnego „cześć”. Po prostu cisza.
I dobrze.
W windzie czuję się jak ściśnięta w puszcze sardynka. Oddycham z ulgą, wybiegając z niej na siódmym piętrze.
Większość osób zazwyczaj pracuje z chaty, lecz, jako że to dopiero poniedziałek, biuro aż brzęczy od przyciszonych głosów. Ludzie gapią się tępo w falujące przed nimi monitory, wszędzie słychać kliknięcia myszek, stuknięcia klawiatur.
Symfonia współczesnej fabryki.
Siadam przy swoim biurku. Na szczęście ustawiono je w samym kącie wyścielonej dywanami sali, więc nie muszę się do nikogo odzywać. Zresztą i tak prawie nikogo tu nie znam.
Dla góry jesteśmy tylko numerkami.
Dla siebie nawzajem też.
Popijam kupioną w sklepie kawę. Normalnie przygotowałbym ją sobie w firmowym ekspresie, ale ostatnio jak gdyby straciła cały i tak już beznadziejny smak. Nawet z tonami wsypanego do kubka cukru nie da się tego pić. Obrzydlistwo.
Prawie łamię sobie ząb na croissancie, rozkoszuję się odnalezioną w środku kapką wiśniowej masy.
Włączam komputer, loguję się.
– Co jest?
Czyżbym zapomniał w piątek o zablokowaniu systemu i jakiś dowcipniś podmienił mi tapetę?
Zamiast generycznego, windowsowskiego krajobrazu, z ekranu coś na mnie spogląda.
A raczej ktoś.
Jakby elf? Anglosasi użyliby słowa she-elf. Wiem, bo muszę na co dzień posługiwać się ich obrzydliwym językiem, bez którego znajomości roboty dzisiaj nie dostaniesz. O ile oczywiście, jak ostatni naiwniak, poszedłeś na bezużyteczne studia, dzięki którym – tak jak ja – nic konkretnego teraz nie potrafisz.
Uważnie przyglądam się istocie z tapety. Świeci jak gdyby słoneczną poświatą, a zza pleców wyrasta jej para przezroczystych, ważkowych skrzydełek. Ma długie, złociste włosy i duże, trochę za duże jak na jej miniaturowy rozmiar cycki. Nie dziwi mnie to wcale. Takie czasy I guess. Przypomina nieco tę małą wróżkę z „Piotrusia Pana”, zaraz, jak jej było?
– Długo się tak jeszcze będziesz wgapiać? – słyszę dochodzący z komputera głos.
Całe szczęście zdążyłem założyć słuchawki. Prywatne rozmowy w czasie pracy są absolutnie zakazane, nie wiem jakbym się miał z tego wytłumaczyć.
Istotka podciąga sukienkę pod szyję, zakrywając gorsetem dolinę swojego obfitego dekoltu. Patrzę na nią zastanawiając się czy to jakiś żart, czy może towar, który ostatnio kupiłem od nowego typa na mieście, był jednak czymś zanieczyszczony.
– Myślałam, że już nigdy mnie nie zauważysz – przysiada na pniu zwalonego, pikselowego drzewa i zarzuca małą nóżkę na kolano.
Coś się ze mną dzieje. Musiałem zasnąć, albo… Sam już nie wiem. Rozglądam się wokół. Mrugające ekrany połyskują w szkłach okularów wpatrzonych w nie ludzi. Nikt mnie nie zauważa. I dobrze. Mogę z tym czymś w spokoju porozmawiać. Najwyżej powiem, że mam spotkanie na teamsach.
– A powinienem? – pytam po chwili.
– No raczej. Sama się, do cholery, nie uwolnię – wyciąga małe lustereczko, kredkę i szminkę, zaczyna się malować.
– Kim jesteś? – opieram podbródek na pięściach, nachylam się bliżej.
– Damą w opałach. Możesz mi mówić Dzwoneczek. Zdaje się, że to właśnie o niej pomyślałeś, kiedy mnie w końcu dostrzegłeś.
O widzisz! Ta wróżka z „Piotrusia Pana” miała na imię Dzwoneczek. Rozcieram oczy, potrząsam głową. Elfka nadal tam tkwi, podkreślając właśnie pomadką swoje malutkie, różowe usta.
– Co robisz w moim komputerze?
– Próbuję zwrócić twoją uwagę i nareszcie mi się udało.
– Jak to?
– Uwięzili mnie tu i tylko ty możesz mnie uratować.
– Uwięzili cię? Kto?
– No, oni. Wszyscy. Rzeczywistość wcale nie jest tym, na co wygląda.
Tego akurat zdążyłem się sam domyślić. Żałosny teatrzyk konwenansów, pustych uprzejmości, nieszczerych słówek, w jakiejś niepisanej umowie odstawiany przez każdego wkoło, irytował mnie odkąd tylko pamiętam. Wątpię jednak, że właśnie to mała miała na myśli.
– Rozejrzyj się – powiedziała, mącąc przedłużającą się ciszę.
Nauczony życiowym doświadczeniem, wgrywanym we mnie już od czasów szkolnych, posłusznie i bez zastanowienia wykonuję jej polecenie.
Łapię wzrok swojej szefowej, wiecznie uśmiechniętej, przysadzistej, seksownej czterdziestki wanna be, uciekającej rozpaczliwie przed tykającym nieubłaganie zegarem biologicznym. Patrzy na mnie zza – oklejonego różowymi plakatami z kotami i innymi kretyństwami dla samotnych bab – biurka, ssąc ustami końcówkę swego puchatego długopisu.
Z obrzydzeniem kieruję wzrok w przeciwną stronę, zatrzymując się dłużej na typie z osiwiałymi po bokach włosami, starym nerdzie, pierdolącym ciągle każdemu, kto tylko zechce go słuchać o grach i swojej konsoli, na którą wiecznie nie ma czasu. Również i teraz z kimś gada, energicznie gestykulując okrytymi durnowatą, nigdy niewymienianą koszulą flanelową rękoma.
– Widzisz już? – cieniutki, piskliwy głosik w słuchawkach.
– Co niby mam widzieć? – powoli się irytuję.
Myślę, że restart załatwiłby sprawę nieproszonego gościa, lecz nie chcę sobie zbyt pochopnie odbierać tej szczypty ekscytacji, tak bardzo w mojej szarej codzienności obcej.
– Spójrz jeszcze raz.
Wzdycham ciężko, rozmyślając nad swoją głupotą. Wpojone mi mechanizmy posłuszeństwa znów jednak trybią i po chwili rozglądam się zgodnie z jej rozkazem.
– Co, do kurwy…
Szefowa, uganiająca się za utraconą bezpowrotnie młodością samotna czterdziestka, przeistacza się nie wiedzieć jakim sposobem w wielką, przypominającą starą ropuchę poczwarę. Jej kilka podbródków faluje w rytm wciąganego powietrza, a długi, żmijowy jęzor co jakiś czas wysuwa się błyskawicznie spomiędzy galaretowatych ust, obryzgując ociężałe piersi oleistą, żółtą mazią.
Rozcieram oczy.
Ropucha nadal tam jest. Gapi się na mnie znad olbrzymich, absurdalnych okularów połówek, spoczywających na jej gadzim, dyszącym dwoma cienkimi szparkami nosie.
Uciekam wzrokiem. Biuro zmienia się nagle z rozbrzmiewającego kliknięciami myszek i klawiatur pokoju w powyginany, groteskowo wyglądający świat, zdominowany przez szkarłatne, upiorne kolory, dziwne, jak gdyby gotyckie kształty i głośne, chyba wulkaniczne wybuchy.
Podstarzały nerd o przyprószonych siwizną włosach, rozmawiający dotychczas z nieznanym mi typem, powoli, jak na zwolnionym tempie, upada, a z jego karku wyłania się tłusty, oślizgły wąż o tysiącu płonących niegasnącą lawą ślepiów. Syczy wściekle, ukazując parę ostrych jak noże, ociekających zielonym jadem kłów.
Jaranie musiało być znacznie gorsze niż to na początku zakładałem. Tak już niestety jest, gdy człowiek da się skusić promocyjną ceną.
– Kurwa, to się nie dzieje naprawdę – mamroczę do siebie, mrużąc aż do bólu powieki.
– A właśnie, że dzieje. I to od dawna – słyszę znów w słuchawkach cienki głosik Dzwoneczka. – Po prostu wolałeś być ślepym.
Wszędzie snują się przerażające postacie warczących jak zdziczałe psy demonów. Towarzyszący im smród jest prawdziwie nie do zniesienia i przypomina trochę podgrzane przez słońce, rozkładające się niespiesznie pod moim blokiem śmieci.
Szlag by to, WTF?
Przechodzące obok mego biurka potwory, na szczęście nie zwracając na mnie najmniejszej uwagi, śmieją się z czegoś, wpatrzone w ekran smartfona jednego z nich. Znikają za drzwiami męskiej toalety.
– Nie ma czasu do stracenia – ponagla mnie wróżka, chowając w staniku małe lustereczko i różową pomadkę. – Musisz mnie uwolnić, a przy okazji siebie, nim będzie za późno.
– O czym ty do diabła mówisz? – pytam trochę zbyt głośno.
Szefowa – ropucha rzuca mi podejrzliwie spojrzenie, łapiąc na swój długi jęzor przelatującą obok, gigantyczną muchę.
– Jeśli czegoś nie zrobisz, również zamienisz się w takiego upiora – wyjaśnia spokojnie elfka, podlatując bliżej szklanego monitora. – Całe szczęście, że mnie nareszcie zauważyłeś. Mogę ci pomóc. Jeśli oczywiście chcesz.
Gdyby nie fakt, że nigdy nic mi się nie śniło, pomyślałbym teraz, że to na pewno sen. Kiwam jednak powoli głową.
– Nie chcę stać się demonem.
– Wybornie – cieszy się Dzwoneczek, a ja czuję w dłoni coś zimnego i ciężkiego jednocześnie. Jak gdyby gałka zmiany biegów w samochodzie?
Tym czymś okazuje się niewielki, świecący na niebiesko pistolet, właściwie bardziej blaster, jaki można zobaczyć w wielu filmach science fiction, takich jak „Pitch Black” czy „Gwiezdne Wojny”. Broń wydaje się wręcz wyrywać z mojej garści, a delikatny, całkiem jakimś sposobem przystosowany specjalnie do mojego palca wskazującego spust, sam naciska się nieśmiało, tylko wyczekując mego najmniejszego nawet ruchu.
– I co ja mam z tym niby zrobić? – zadaję najbardziej kretyńskie pytanie, jakie tylko mógłbym w takim momencie zadać.
– Najpierw zniszcz ten komputer – tłumaczy cierpliwie wróżka, jak motyl trzepocąc przezroczystymi skrzydełkami. – Nie musisz koniecznie używać do tego broni, którą ci podarowałam. Możesz po prostu rozgnieść go butami, ewentualnie rozwalić pięściami. Jak wolisz. Pamiętaj jednak, że kiedy tylko zaczniesz to robić, potwory rzucą się na ciebie, więc musisz być gotowy je wszystkie powybijać.
– Tak po prostu? Przecież to są ludzie…
– Nie bądź śmieszny. Nic ludzkiego w nich już nie ma, co sam zresztą widzisz na pewno wyraźnie.
– A co stanie się z tobą? W końcu jesteś zaklęta po drugiej stronie ekranu.
– Będę nareszcie wolna! – okręca się w powietrzu, klaszcząc radośnie w małe rączki. – Spotkamy się na dole, przy wyjściu, kiedy już cały ten bajzel puścisz z dymem.
– Puszczę z dy…
– Tak. Po zlikwidowaniu wszystkich demonów karabin zamieni się w miotacz ognia. Spal wszystko. Musisz to zrobić bardzo dokładnie, inaczej nigdy stąd nie wyjdziesz, zrozumiano? No, a teraz do roboty. Widzimy się przed wyjściem.
Znika z cichym pyknięciem, pozostawiając na tapecie kojący, górski krajobraz, chlupocący cicho krystalicznym strumieniem, wijącym się serpentynową wstęgą pośród wzgórz i dolin.
Przez chwilę nie wiem co robić. W dłoni nadal ściskam broń, a biuro wciąż wygląda jak najgłębsze otchłanie piekła. Dookoła mnie siedzą, chodzą i rozmawiają gardłowo obce istoty, których nigdy dotąd nie widziałem. Przypominają trochę maszkary z „Dooma”, w którego gram namiętnie wieczorami, chcąc wyładować na czymś swoje wieczne, niedające się przegonić wkurwienie.
A co mi tam? Przecież i tak nienawidzę swojego życia!
Wstaję. Chwytam w wolną dłoń monitor komputera i z rozkosznym rykiem na ustach ciskam nim w uchylone nieopodal okno.
Czuję satysfakcję, radość, ekstatyczne, mistyczne wręcz uniesienie.
Adrenalina zaczyna buzować mi w żyłach, w sercu, pod policzkami, rozpływa się od czaszki aż po same czubki dużych palców schowanych w sportowych adidasach stóp.
Wszystkie upiory, jak jeden mąż, odwracają się w moim kierunku. Ich gorejące czerwienią oczy kopcą jak palone przez kiboli na stadionach race. Uderzenie serca później, jakby aktywowane przyciskiem jakiegoś upiornego pilota, rzucają się z piskiem w mą stronę, taranując po drodze krzesła, biurka, nawet ściany.
Kurtyna opada. Pracujący dotychczas w spokoju ludzie gwałtownie zrywają się ze swoich miejsc, chcąc dopaść mnie za wszelką cenę, dlatego tylko, że ważyłem się rozjebać jeden z tych ich drogocennych, pierdolonych komputerów.
Zaraz… Ludzie?
Nie, to potwory. Krwiożercze, złowrogie istoty, niemogące znieść myśli, że ktoś wyswobodził się z tego straszliwego czaru, zamieniającego wszystkich codziennie w pozbawione życia zombiaki.
A może to jednak ze mną jest coś nie tak? Czy naprawdę już za kilka chwil stanę się mordercą?
Bzdury. W zasięgu wzroku mam tylko zbliżające się do mnie zjawy, popychane jakąś ślepą, niepowstrzymaną siłą.
Trzeba się ich pozbyć.
Naciskam spust. Naboje zaczynają szaleć jak krople zacinającego za oknami deszczu. Trup ściele się gęsto.
Podniecenie wprost rozsadza mnie od środka.
Rozwścieczone w klatce piersiowej serce pompuje w moje żyły wrzątek zagotowanej hormonami krwi.
Tak dobrze nie czułem się od…
Nigdy tak dobrze się nie czułem.
Ropucha – szefowa skacze ku mnie jak sprężyna. Wrzeszczy coś, nie wiem co. Chwytam jej ociekający śliną język, przystawiam lufę blastera do trzech rozkołysanych podbródków, z satysfakcją rozwalam. Tryskająca z jej tętnicy, dymiąca gęsto jucha oblewa mnie niczym niesiony wiatrem strumień z fontanny na rynku. Patrzę na rozedrgane pode mną truchło. Z bliska jest jeszcze obrzydliwsza.
Ruszam dalej, po drodze unieszkodliwiając wyłonionego z karku starego nerda węża. Oślizgłe cielsko bestii upada na zaciągniętą dywanami podłogę, nieruchomieje po chwili.
Zatrzymuję się. Wyjmuję z kieszeni iphone'a, odnajduję na spotify playlistę z trackami z mojej ulubionej części „Devil May Cry”. Zakładam słuchawki, wciskam play.
Chce się poczuć jak Dante.
Bestie są wszędzie. Całymi hordami wypełzają z podziemi. Słyszę, jak przeciskają się wentylacją nad sufitem. Unoszę broń, otwieram z okrzykiem ogień.
Sklepienie naszego piętra zawala się. Przez powstały otwór wpadają potwory z ósmego poziomu, równie paskudne, co pracujące w moim dziale szkarady.
Walę do nich bez miłosierdzia.
Na słuchawkach leci jakiś zajebisty kawałek metalowy. Nie znam go. Muszę ogarnąć później tytuł.
Pracuję sumiennie i bez wytchnienia. Nie ma opierdalania się, ani czasu na przerwę lunchową. Robota musi być wykonana. W końcu czuję, że robię coś pożytecznego.
Wchodzę do kibla, natrafiam na parę przylepionych do siebie paskud. Parzą się jak pies i suka. Obojgu odstrzeliwuję łby. Chwilę przyglądam się ich nagim, pozbawionym skóry mięśniom i ścięgnom, oblezionym przez białe, wijące się upiornie robactwo.
Przypominam sobie o słowach Dzwoneczka, tych o miotaczu ognia.
Zamykam oczy.
Kiedy po chwili je otwieram, w ręku odnajduję podłużną, walcowatą bryłę, znacznie większą i cięższą od pierwszej zabawki. Zaprasza mnie do działania.
Ze skupieniem rozsiewam ogień po całym biurze, pamiętając nawet o komórce na środki czystości i drukarni. Mgnienie oka później wszystko płonie.
Cudowne trzaski węglącego się wieżowca przyjemnie łechcą mój słuch. Czas wypierdalać z tego kurwidołka.
Zerkam na zegarek. Jest dopiero jedenasta dwadzieścia osiem. Za opuszczenie stanowiska przed czasem grozi dyscyplinarka.
Śmieję się na głos.
Windy nie działają, ruszam więc po schodach. Pędzę, ścigany przez rosnące z każdą sekundą płomienie. Ich tańczące jęzory sięgają po mnie swymi monstrualnymi, szkarłatnymi łapskami. Nie dam się!
Cholera, nie przemyślałem tego. Trzeba było podpalić ten grajdół na parterze. Całość tak czy srak w końcu musiałaby się zająć.
Biegnę na złamanie karku. Na trzecim piętrze natrafiam na prawdziwe gniazdo harpii, rano będące jeszcze poziomem dyrekcji działającej pod nami korporacji, której nazwy nawet nie pamiętam.
Znów śmieję się jak szaleniec. Czołgające się w mym kierunku potwory o wielkich, brudno żółtych szponach i łysych, pokrytych nabrzmiałymi guzami głowach częstuję porcją gorącej, specjalnie im przeznaczonej śmierci. Zdychają spowite swądem palonego ścierwa.
W końcu docieram na sam dół. Portier patrzy na mnie z przerażeniem, trzymając przy uchu słuchawkę telefonu stacjonarnego.
– Pożar, niech pan stąd ucieka – krzyczy, próbując wybrać roztrzęsionymi parkinsonem palcami odpowiedni numer. – Wezwałem już straż, teraz dzwonię po karetkę.
– Ty też musisz stąd uciekać, dziadku – odpowiadam. – Na górze są całe stada bestii.
Wytrzeszcza oczy, a jego pokryte starczymy plamami czoło w jednej chwili perli się od potu.
– Bestii?
– A co, do kościoła nie chodzisz?
Z tego co wiem, ludzie w jego wieku, z braku lepszych zajęć, zazwyczaj jeszcze zaszczycają swą obecnością opustoszałe katedry i kaplice, w których coraz częściej organizuje się knajpy albo hotele. Przynajmniej tak robiła moja babcia, dopóki nie zabrał jej nowotwór.
– Chodzę – odpowiada w końcu, walcząc z klawiszami telefonu.
– No to w apokalipsę powinieneś wierzyć.
Odrzucam miotacz płomieni na bok. Wychodzę przez obrotową bramkę, kieruję kroki ku drzwiom.
Przestało padać. Wymierzam sobie siarczysty policzek.
Czyżbym już do reszty zwariował?
Brudne, betonowe zabudowania miejskie zniknęły ustępując rozległym, porośniętym białymi kwiatami wzgórzom, gdzieniegdzie poznaczonym ciemnymi wyspami iglastych zagajników i małych, rajsko lazurowych jeziorek. Widniejące w oddali góry, piękne i surowe zarazem, bielą swe niedostępne, zaśnieżone szczyty w blasku prażącego mocno słońca, a płynący doliną strumień migoce miriadą odbijających się w nim promyczków, przypominających nieco gwiazdy aksamitnie czarnego, wiejskiego nieba.
Cały czas stoję nad progiem, nie mogąc znaleźć w sobie odwagi, by nareszcie go przestąpić.
Nagle pojawia się przede mną dostojna, świetlista postać, emanująca złotą, anielską wręcz poświatą. Kroczy boso wśród wysokich traw i błyszczących od rosy mchów, a za nią podąża całe stadko królików, wiewiórek, jeży i innych zwierzątek leśnych, piszczących w wielkim podekscytowaniu.
Nawet nie próbuję odpowiedzieć na pytanie, co się właściwie wydarzyło i co nadal się dzieje, jednak głęboko odetchnąwszy robię krok naprzód, zostawiając za plecami trawiony przez ognie budynek.
Targające mną emocje powoli ustępują błogiemu spokojowi. Gdzieś w oddali słyszę syreny nadjeżdżających wozów strażackich i karetek.
Już mnie to nie obchodzi.
Tamto życie nieodwracalnie się skończyło.
Liczy się tylko ta cudowna istota, na mych oczach z własnych łez tkająca rozciągającą się na błękitnym niebie tęczę.
Ruszam w nieznane.
Witam.
Pierwsze trzy linijki mnie urzekły, niestety opowiadanie szybko zaczęło tracić moją uwagę. Bardzo długo się rozkręca. Sądzę, że opis dnia głównego bohatera, przed rozpoczęciem pracy naprawdę mógł zostać skrócony. Natomiast podobał mi się motyw zapętlonych przemyśleń o nienawiści i zakończenie opowiadania.
z własnych łez tkająca
W szczególności mnie jakoś urzekło.
Ostatnio szukam tytułów, w których główny bohater nie jest pozytywną postacią, więc cieszę się, że trafiłam na to opowiadanie.
Co do bardziej technicznych uwag, rzuciło mi się w oczy kilka rzeczy.
Nie ma potrzeby powtarzać tytułu w treści opowiadania (nawet tak przyciągającego uwagę tytułu).
pozbawionego jakichkolwiek snów snu
Nie brzmi to najlepiej.
przez rekiny
Z tego co pamiętam, to orki są znane z polowań na wieloryby. Możliwe, że się czepiam.
Osobiście uwielbiam dynamikę, jaką językowi nadają wulgaryzmy, ale warto je oznaczyć w tagach. W szczególności tak hojną ilość.
Groteskę jak najbardziej widzę, ale niekoniecznie grozę. Napięcia też mi brakowało. Jednak warto, aby w tej kwestii wypowiedziały się ktoś inny.
Pozdrawiam.
Przybyłam Was nawiedzać
Hej,
niestety ale liczba wulgaryzmów skutecznie mnie powstrzymała. Niestety nie to jest największym mankamentem. Początek daje nam obraz bohatera, który szczerze nienawidzi siebie i otoczenia. I ok. Ale robi to tak nachalnie, że przestaje być wiarygodny. Bardziej przypomina nastolatka, który myśli, że nic nie ma sensu niż osobę, która ma poważny powód do bycia wykolejeńcem.
Wulgaryzmy są ok, gdy używamy ich rozsądnie do podkreślenia sytuacji. Tu służą do podkreślenia jak bohater jest zły na wszystko, a najbardziej na siebie – ale to już wiemy po:
“Nienawidzę swojego życia.
Ale nie, że ja go nienawidzę, po prostu…
N i e n a w i d z ę.”
Proponuję NIENAWIDZĘ lepiej działa, a wszystko co jest po tym można wyciąć, do wyjścia z domu. Przydało by się też wrzucić jakieś zaczepienie, czemu tak bardzo się nie lubi – nie tłumaczyć wszystkiego, ale dać haczyk.
Polecam betę na portalu, czytanie innych opowiadań by nauczyć się jak sprawnie opowiedzieć historię.
I na koniec, nie bierz do siebie uwag, każdy kto tu zaczynał nie raz musiał się zderzyć z prawdą o tekście. Ale to wszystko jest do wypracowania.
Pozdrawiam :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."