Słońce wisiało już nisko, malując korony drzew na intensywny pomarańcz, gdy stanęłam na skraju Jeziora Szmaragdowego – tam, gdzie ścieżka nagle ustępowała miejsca turkusowej tafli. Wieczorne powietrze zgęstniało, ciężkie od zapachu wilgotnej ziemi i butwiejących liści, a cienie wydłużały się nienaturalnie, zakrzywione tak, jakby chciały dotknąć wody. Powierzchnia jeziora drżała leniwie, a tuż pod nią coś się poruszało, niewidoczne z brzegu. Czułam jednak, że to coś obserwuje mnie uważnie.
Zrobiłam krok, a ziemia pod butem ugięła się z cichym mlaskiem. Przez głowę przemknęła mi myśl, że mogłam założyć stare adidasy, bo na nowych zostanie brzydka plama. Mimo wszystko podeszłam odrobinę bliżej i właśnie wtedy usłyszałam śpiew – albo raczej smutne zawodzenie. Dźwięk sączył się spod wody, cichy i hipnotyzujący. Z każdym uderzeniem serca nabierałam pewności, że jeśli zrobię jeszcze jeden krok, zrozumiem wszystko, co chciałby mi przekazać.
Spojrzałam w głąb jeziora i zobaczyłam cień – zbyt ludzki, aby być rybą, ale zbyt złowrogi, aby należał do świata żywych. Na sekundę zatrzymał się dokładnie pod moim odbiciem, jakby mierzył mnie wzrokiem i zastanawiał się, czy jestem w ogóle warta wysiłku wynurzenia.
W końcu przebił taflę szponiastą dłonią, w której migotały drobne szafiry, rubiny, szmaragdy i diamenty. W tej chwili nie myślałam już samodzielnie, tylko chłonęłam ten obezwładniający widok i coraz bardziej otwierałam się na szept w mojej głowie, który zawodził: sięgnij po nie, sięgnij głębiej, połącz się ze mną.
Podążałam za głosem i stopniowo zanurzałam się w turkusowej wodzie. Była lodowata, lecz jej zimno nie zatrzymywało się na skórze, ale wpełzało dużo głębiej. Miałam wrażenie, że obmywa mnie z ciężaru ostatnich miesięcy. Nieudane małżeństwo przestało mieć znaczenie, tak samo, jak i niepowodzenia w pracy. Liczyło się tylko tu i teraz, które niosło za sobą dziwną ulgę.
Głos w głowie stawał się coraz bardziej natarczywy, podszyty niecierpliwością i obezwładniającą samotnością. Nie używał już słów i wrócił do smętnego zawodzenia. Było w nim coś pierwotnego, głodnego i spragnionego. Wciągał mnie głębiej, krok po kroku, aż zimna woda zaczęła oplatać uda i brzuch niczym kajdany.
Traciłam powoli władzę nad ciałem, mięśnie odmawiały posłuszeństwa i stawałam się bezwolną marionetką w czyichś dłoniach. Woda wokół zdawała się pulsować własnym rytmem, jak gdyby czekając na moje całkowite poddanie. Poza nią zostały już tylko chłodne powietrze, rdzawy posmak wilgoci w ustach i te oczy – lodowate, turkusowe i nieludzkie. Nie było w nich gniewu ani litości, wyłącznie pradawna obojętność czegoś, co widziało setki takich nieszczęśników jak ja. I wtedy zrozumiałam, że już od miesięcy zbyt długo wpatrywałam się w otchłań beznadziei, więc ta musiała w końcu odwzajemnić spojrzenie.
Sylwetka z głębin zarysowała się dokładniej – była człekopodobna, ale zniekształcona przez wodę i czas. Kontury ciała rozmywały się jak dym w powietrzu, lecz obecność nieznanej siły stała się teraz bardziej namacalna i wypełniała mój umysł obrazami, których nie chciałam widzieć. Oglądałam twarze bez oczu, ręce wyrastające z rozmiękłej ziemi i bezkresne korytarze zalane wodą.
Stwór podniósł dłoń w moją stronę – nienaturalnie długą, z wykrzywionymi palcami i ostrymi pazurami. Skóra miała zielonkawy odcień, półprzezroczysty, poprzetykany drobnymi żyłkami. W mgnieniu oka jezioro wokół mnie zabulgotało i rozświetliło się upiornym światłem, a ja poczułam, jak obca siła przenika całe moje ciało. Jeden gwałtowny ruch i znalazłam się pod wodą. Próbowałam krzyknąć, lecz z ust wydobył się tylko pęcherzyk powietrza, który uciekł ku górze.
– Na zawsze – wyszeptał głos wprost do mojego ucha, zanim stwór pociągnął mnie jeszcze głębiej.
Nacisk na moją klatkę piersiową stawał się coraz większy, odbierając mi ostatnie resztki powietrza i nadziei. Wiedziałam, że już nigdy nie wrócę na powierzchnię. Światło z góry rozpłynęło się w ciemnoniebieskiej toni, jakby ktoś powoli zamykał nade mną wieko trumny.