Cała historia zaczęła się niewinnie, a powiedziałbym wręcz, że komicznie. W pewnym sensie właśnie to czyni ją tak przerażającą w porównaniu z innymi opowieściami tego typu – ja nie wzywałem duchów, nie spacerowałem po cmentarzu, nie uśmiechałem się do tajemniczej dziewczyny z parasolką, nie wciskałem guzików windy w dziwnej kolejności. Ja nawet, cholera, horoskopów nie czytam!
Ja tylko chciałem, żeby ktoś mi otworzył drzwi…
To był zwykły, najzwyklejszy dzień w pracy. Zszedłem do archiwum, żeby zdeponować tam kilka dokumentów, a drzwi, wiedzione hydraulicznym ramieniem samozamykacza, zatrzasnęły się za mną i nie mogłem ich otworzyć. Nie wiem, co się u licha stało – najwyraźniej jakiś niewidoczny element mechanizmu się urwał, wygiął albo złamał. W każdym razie zostałem uwięziony między zakurzonymi regałami i przestraszyłem się nie na żarty – archiwum jest połączone jedynie z podziemnym parkingiem i nie mogłem wykluczyć, że spędziłbym tam kilka godzin, zanim znalazłby mnie ktoś kończący zmianę.
Jak dziecko w sklepie, przycisnąłem twarz do niewielkiego przeszklenia w drzwiach i rozejrzałem się po parkingu. Automatyczne lampy zdążyły zauważyć, że mnie tam nie ma, zdecydowały się zgasnąć i ciemność otuliła pomieszczenie. Jedynie od strony wyjazdu docierała nikła poświata, odbita od pomalowanych na biało ścian tunelu.
Zastanawiałem się, czy nie powinienem zacząć krzyczeć, ale godność jeszcze mi na to nie pozwalała. I wtedy, za filarem, w miejscu, które jedynie z trudem mogłem dostrzec przez małą szybkę w drzwiach, zobaczyłem ruch. Tylko ruch, tuż na krawędzi pola widzenia – nie wiedziałem, na kogo patrzę i nie dostrzegałem szczegółów sylwetki, coś jakby pająk czmychnął nagle do kąta – zauważony, ale tak naprawdę niezobaczony. Najwyraźniej ktoś się wymknął na fajkę – pomyślałem.
– Hej! – zawołałem. Bezzwłocznie, bo nie chciałem stracić okazji. – Hej, podejdziesz mi otworzyć? Coś się zepsuło i nie mogę stąd wyjść.
Postać drgnęła, ale nie odezwała się. Zdziwiłem się – ktokolwiek to był, musiał mnie przecież słyszeć.
– Hej, jestem tu, w archiwum – zawołałem ponownie. – Możesz mi otworzyć?
– A ty… ty byś mi otworzył? – dobiegło zza drzwi.
Zmarszczyłem brwi w zdziwieniu. Nie mogłem przecież jeszcze rozumieć, co stoi za tak dziwnym pytaniem. No i głos – był zdecydowanie kobiecy, cichy i drżący, a jednak odbijał się mocnym echem od ścian parkingu, jakby to nie jedna osoba mówiła, a wiele. Nie rozpoznałem mówiącej, ale przecież w firmie pracowało sporo ludzi i nie było w tym nic dziwnego.
– Oczywiście – odpowiedziałem. – Oczywiście, że bym ci otworzył. A teraz wypuść mnie stąd, proszę, a jeśli te cholerne drzwi całkiem się zacięły, to daj znać konserwatorowi.
Nieznajoma zachichotała, nie wiedzieć czemu. Drzwi ustąpiły zupełnie niespodziewanie, a ja, ciągle z nosem przyklejonym do szyby, z trudem utrzymałem równowagę. Wpadłem na parking. Automatyczne lampy zareagowały na ruch. Przez moment byłem jak ślepiec, bo w przyzwyczajonych do ciemności oczach odczułem nagły zalew białego, zimnego światła jak dziesiątki igiełek.
– Wielkie dzięki! Bałem się, że przyjdzie mi tam siedzieć do piątej – powiedziałem, ale odpowiedziało tylko echo odbite od ścian parkingu, a gdy już udało mi się otworzyć oczy, nikogo przy mnie nie było.
Zbyłem ten fakt wzruszeniem ramion, stwierdziwszy, że najwyraźniej trafiłem na jakąś dziwaczkę. Wróciłem do biurka, telefonicznie dałem znać konserwatorowi o problemie z drzwiami i – jak gdyby nigdy nic – dokończyłem pracę, zrobiłem zakupy i wróciłem do mieszkania.
Dopiero gdy już leżałem w pierzynach, dosłownie w ostatniej chwili przed odpłynięciem w mrok, przyszła mi do głowy dziwna myśl – dlaczego automatyczne światła parkingu nie reagowały na tę kobietę?
*
Obudziwszy się, nie od razu wiedziałem, co wyrwało mnie ze snu. Po dłuższej chwili, spędzonej na przewracaniu się z boku na bok, zrozumiałem, że ktoś uporczywie puka do drzwi wejściowych. Przez moment myślałem jeszcze, że coś mi się musi wydawać, ale nie – stukanie powtarzało się co chwilę, za każdym razem głośniejsze.
Usiadłem na łóżku, zupełnie skołowany i zerknąłem na zegarek. Była prawie północ.
Aż podskoczyłem, gdy ponaglające stukanie rozległo się po raz kolejny, jeszcze donośniejsze. Namacałem ciśnięty w kąt tiszert, żeby choć trochę się okryć i na paluszkach podkradłem się pod drzwi, żeby ukradkiem zerknąć przez wizjer.
Wstrzymałem oddech.
Ktokolwiek tam był, musiał usłyszeć moje ostrożne kroki, bo pukanie umilkło. Odchyliłem osłonkę judasza i wyjrzałem na klatkę. A raczej spróbowałem wyjrzeć, bo w soczewce nie zobaczyłem absolutnie nic – tylko jednolitą czerń.
– Kto tam? – zapytałem niepewnie. Sam nie wiedząc czemu, wstrzymałem oddech w oczekiwaniu. Nikt mi jednak nie odpowiedział, noc na powrót stała się ciemna i głucha. Nie byłem pewny, czy to żart, czy majaki, ale w obu wypadkach najlepszym wyjściem było wrócić do snu.
Gdy tylko odwróciłem się od drzwi, nowa seria uderzeń przeszyła powietrze, jak salwa armatnia skierowana prosto w podstawę mojego kręgosłupa. Ktokolwiek tam był, nie pukał – on walił, okładał te drzwi, aż cały przedpokój zdawał się trząść.
– Kto tam?! – wrzasnąłem tym razem i znowu doskoczyłem do wizjera. I ponownie, choć wytężałem wzrok, jakby miało od tego zależeć moje życie, nie zobaczyłem tam nic, oprócz doskonałej ciemności.
I znowu uderzenie w drzwi – jedno, drugie, trzecie. Teraz nie tylko je słyszałem – tuż obok mostka odczułem wibracje, niosące się od okładanej pięścią płyty MDF. W pierwszym odruchu odskoczyłem od drzwi jak rażony prądem, ale natychmiast wróciłem do wizjera. Chwyciłem pokrętło zamka, gotów otworzyć, wyskoczyć na korytarz i stłuc żartownisia na kwaśne jabłko.
Zamarłem.
Przez chwilę, przez ułamek sekundy, dostrzegłem w judaszu rękę – nie! – łapę! Czarną, pędzącą prosto na mnie, aż zasłoniła całe pole widzenia i znów wizjer wypełniła tylko jednolita ciemność. Dobry Boże, co to była za ręka! Powiedzieć, że nie mogła należeć do człowieka, to nic nie powiedzieć – przypominała raczej nieślubne dziecko wyschniętych gałęzi i pajęczych odnóży, z grubsza splecionych w kształt palców i pazurów.
– Otwórz mi – odezwało się to coś z korytarza. Od razu rozpoznałem ten głos: wysoki i rozedrgany, jakby to nie jedna osoba mówiła, a wiele. – Otwórz, obiecałeś! – rozkazała kobieta z parkingu, a potem znowu załomotała w drzwi.
Odskoczyłem ponownie i złapałem się za głowę. Ta łapa! To nie mogło dziać się naprawdę!
– Otwórz! Otwórz! Otwórz! – powtarzał kobiecy głos, każdorazowo podkreślając okrzyk mocniejszym niż poprzednie walnięciem. Drzwi w widoczny sposób uginały się pod uderzeniami. Czułem, że za chwilę mogą nie wytrzymać. – Otwórz! Obiecałeś! Otwórz!
Nie umiem dokładnie opisać tego, co czułem, gdy tak stałem oparty o ścianę, ze wzrokiem wbitym w trzęsące się drzwi, atakowany decybelami coraz głośniejszych krzyków i coraz głośniejszego walenia. To było jak paraliż, stupor, kompletna dysocjacja – nawet nie zauważyłem, gdy głos się zmienił, a nieludzko silne uderzenia zastąpiło relatywnie kulturalne pukanie.
– Panie! – wołał głos, w którym rozpoznałem jednego z sąsiadów. – Panie, co się tam wyprawia? Tu ludzie spać próbują!
Na paluszkach, jakby podłoga parzyła, podkradłem się do wizjera. Zerknąłem… i rzeczywiście, zobaczyłem wąsatą twarz Jerzego spod czwórki. Czym prędzej otworzyłem. Ba – uściskałbym go wtedy, gdyby natychmiast nie zaczął mnie rugać.
– Panie Pawełku, no co to ma znaczyć? Co to za baba się u pana wydziera po nocy? Czy ja mam po policję zadzwonić, czy co ja mam zrobić?
Przez moment ruszałem ustami jak wyjęta z wody ryba, ale w końcu otrzeźwiałem odrobinę i udało mi się odpowiedzieć. Nie mogłem, oczywiście, wyznać mu prawdy.
– To… to nie tak, jak pan myśli. Jakieś dzieciaki się wydurniały. Widocznie uciekły, gdy tylko wyszedł pan na korytarz.
Wąs Jerzego poruszył się nieufnie, ale najwyraźniej postanowił mi uwierzyć.
– Dzieciaki, mówi pan. No, jak tak, to tak. Skaranie boskie z gównażerią.
– Tak, tak – odpowiedziałem, kiwając głową. – Skaranie.
– Zatem branoc, sąsiedzie. Może łachudry już nie wrócą – pożegnał się Jerzy i wrócił do siebie, a ja zniknąłem we własnym mieszkaniu i skierowałem kroki do kuchni. Drżącą ręką nalałem sobie setkę. Potem drugą.
Nie wiedziałem, co mam myśleć. Skąd dziwna kobieta mogła mieć mój adres? Jeśli nawet pracowała w firmie, to przecież prywatne dane pracowników nie są tak łatwo dostępne. Albo była kimś z HR, albo – i ta możliwość niepokoiła mnie o wiele bardziej – musiała śledzić mój samochód, gdy wracałem z pracy. Nie byłoby to takie trudne – zawsze po piątej miasto jest tak zakorkowane, że przy odrobinie wysiłku można gonić pojazdy nawet na piechotę.
Ale ważniejsze od pytania „jak?” było pytanie „po co?” – czy to miał być żart? Jeśli tak, to przecież wybitnie wręcz nie śmieszny, ale oprócz tego w grę wchodziła chyba tylko choroba psychiczna. Przełknąłem ślinę. Czy dorobiłem się porąbanej stalkerki?
Rozchodzący się po krwiobiegu gin ukoił nieco moje nerwy, a że dochodziła pierwsza, podjąłem jedyną racjonalną decyzję – wykorzystać pozostałe kilka godzin snu, a zmartwienia zrzucić na głowę jutrzejszego mnie.
Pukanie wróciło, gdy tylko zgasiłem światło. Tym razem nie było to uporczywe okładanie drzwi pięścią, a delikatne, miarowe stukanie – puk, puk, puk. Brzmiało to, jakby kobieta z parkingu chciała jedynie przypomnieć mi o swojej obecności… albo jakby w tym stukaniu zawierała się subtelna groźba.
Oszalały z wściekłości, w samych bokserkach pobiegłem do przedpokoju i gwałtownie otworzyłem drzwi, nie zważając wcale – a wręcz mając nadzieję – że mogę staranować stojącą za nimi osobę.
Tylko że nikogo tam nie było.
Zimny pot zalał mi kark, gdy zorientowałem się, że miarowe stukanie dobiega zza moich pleców.
Wolnym krokiem, wstrzymując oddech, wróciłem do sypialni. Wbiłem spojrzenie w przesuwne drzwi wnękowej szafy. Nie było wątpliwości – stukanie dobiegało ze środka.
Chwyciłem, co miałem pod ręką – trafiło akurat wazon, wąski i podłużny, i nawet wyprofilowany trochę jak pałka baseballowa. Zamachnąłem się na próbę. Tak: byłem całkowicie zdecydowany stłuc dzban na głowie kobiety. Być może powinienem się tego wstydzić, ale – do cholery! – ktoś obcy siedział mi w szafie i stukał!
– Wyłaź! Wyłaź, bo dzwonię na policję! – zawołałem, ale nie doczekałem się żadnej reakcji. Przygryzając wargi, zbliżyłem się do szafy i wyciągnąłem wolną rękę, żeby odsunąć drzwi.
Ale zatrzymałem się w bezruchu; całkiem tak, jak moje serce się zatrzymało, nagle zaatakowane wspomnieniem, które – choć było przecież zupełnie świeże – zdążyłem niemal wyprzeć ze świadomości: łapa, czarna łapa z poskręcanych, suchych jak pieprz pnączy i włochatych, pajęczych odnóży.
– No otwórz – ponaglił głos z szafy. – Otwórz! Obiecałeś!
Umysł podsuwał mi obrazy wynaturzonych paluchów zaciskających mi się na gardle i ciemnego parkingu, na którym był ktoś, na kogo nie reagowały fotokomórki automatycznych lamp. Zrozumiałem, że za nic nie mogę otworzyć – cokolwiek tam siedziało, nie było kobietą i z pewnością nie dało się tego pokonać ciosem szklanego naczynia!
Wazon wypadł mi z ręki i rozprysnął się gejzerem setek odłamków, ale nawet tego nie zauważyłem – stałem tylko nieruchomy jak gad, wpatrzony w białe, przesuwne drzwi. Stukanie znowu zaczęło narastać, jego odgłos mieszał się w moich uszach z oszalałym waleniem serca i szumem krwi, która musiała już co najmniej w połowie składać się z adrenaliny.
– No, Paweł? – syknęło to coś, przerwawszy na moment pukanie. – Otwórz. Ja dla ciebie otworzyłam!
Nie wytrzymałem. Nikt by nie wytrzymał. Porwałem z szafki portfel i kluczyki, i pobiegłem prosto do samochodu – o mały włos zapomniałbym nawet o wciągnięciu dżinsów na tyłek. Pędziłem pustymi ulicami jak szalony, poganiany wspomnieniem czarnej łapy, a wściekły ryk silnika skutecznie zagłuszał wszystkie myśli. Wjechałem na wylotową, potem na autostradę. Szerokość asfaltu zachęciła do zamknięcia licznika – poddałem się tej pokusie. Owszem, przemknęło mi przez myśl, że gdyby policja zatrzymała mnie z dwiema setkami we krwi i szybkościomierzem zbliżającym się do podobnych wartości, pewnie od razu trafiłbym do aresztu – ale areszt byłby małą ceną za znalezienie się możliwie daleko od czarnej łapy, stukania i rozedrganego głosu.
Nawet pustą autostradą nie można jednak jechać w nieskończoność. Migająca kontrolka rezerwy brutalnie przywołała mnie do rzeczywistości. Zatrzymałem się na stacji, a tankując, cały czas nasłuchiwałem, czujny jak zając pasący się w polu – ale nie słyszałem stukania, ani kobiecego głosu, tylko szum wiatru i okazjonalnie przejeżdżające samochody. Rozejrzałem się, a mój wzrok padł na szyld motelu.
Czemu nie? – uznałem. Musiałem w końcu przystanąć i zebrać myśli, musiałem się zastanowić, co dalej – powinienem wezwać policję? Może egzorcystę? Nie miałem pewności, czy Kościół zajmuje się wysuszonymi, włochatymi łapskami zza drzwi… ale jeśli nie oni, to kto? Inspektorat Weterynarii?
Motelik był obskurny, elewacja sypała się ze ścian jak łupież – ale mieli wolne pokoje i przynajmniej cena odpowiadała jakości.
– Płaci pan kartą, czy gotówką? – Głos recepcjonistki wyrwał mnie z zamyślenia.
– Kar… – Zawahałem się. Elektroniczną płatność można przecież śledzić. Wciąż nie byłem pewien co do natury nocnego widziadła, ale wolałem nie ryzykować. – Gotówką. Gotówką, oczywiście.
Recepcjonistka popatrzyła na mnie spode łba, jakby domyśliła się, co przyszło mi do głowy – ale przyjęła pieniądze i wydała klucze. W takim miejscu na pewno często pojawiali się goście, którzy z tego czy innego powodu nie chcieli, by widniało ono w historii płatności.
Pokoik był ciasny, ale – co przyjąłem z zadowoleniem – czysty, a na odrapanym łóżku czekała pościel może nieco pożółkła, ale – sądząc po zapachu – świeża. Jedynymi meblami były stolik nocny i szafa wnękowa… niepokojąco podobna do tej w mojej własnej sypialni. Na szczęście drzwi nie zamknięto. Zajrzałem do niej, niepewnie, jakby coś miało w każdej chwili z niej wyskoczyć, ale w środku było tylko kilka połamanych wieszaków. Spojrzałem na drzwi prowadzące na korytarz.
Przemknęło mi przez myśl, że nie powinienem ich zamykać. Może się to wydawać absurdalne i mnie też się takie wydało – ale w głowie kołatał mi się rozedrgany głos, wołający „Otwórz! Otwórz!”. Gdyby kobieta z parkingu chciała po prostu mnie skrzywdzić, to po co właziłaby do szafy? Nie było w tym żadnego sensu, mogła zwyczajnie wbić mi pazury w kark. Nie wiedziałem, kto – albo co – tak naprawdę wygnało mnie z mieszkania, ale niezależnie, czy była to jakaś wariatka ze zdeformowanymi kończynami, czy niematerialna i nieczysta siła, najwyraźniej sam akt otwarcia drzwi miał dla niej jakieś znaczenie.
Nie wiem, ile czasu spędziłem jak ten głupi, z ręką na klamce, zatrzymany w pół ruchu. Musiałem bić się z myślami dość długo, bo zdążyło zaschnąć mi w ustach. Na zmianę wypominałem sobie wiarę w nieistniejące dziwadła i nie dający się w obecnej sytuacji usprawiedliwić sceptycyzm.
Wreszcie – boleśnie świadomy, że mogę żałować tej decyzji – zostawiłem je lekko uchylone.
Położyłem się, nie pościeliwszy nawet łóżka i nie zdjąwszy ubrań, oprócz butów. Na moje szczęście firmowego laptopa zwykłem wozić w samochodzie – owszem, szefostwo sarkało na taką praktykę, ale to była jedyna opcja, która dawała gwarancję, że nie zapomnę go zabrać rano.
Wklikałem do systemu informację o L4 – nie wyobrażałem sobie, że miałbym pojawić się w pracy – po czym zacząłem wpisywać do wyszukiwarki kolejne hasła: „czarna ręka”, „otwórz”, „pukanie w nocy”, „kobieta z parkingu”, „co zrobić, jeśli moją szafę nawiedza potwór”, „czy duch będzie mnie ścigał”.
Moja wiara, że w odmętach Internetu znajdę jakąkolwiek wskazówkę, szybko topniała: trafiałem jedynie na wszelkiego rodzaju creepypasty, wyznania ludzi o paranormalnych doświadczeniach, nawet – o zgrozo! – na linki do wyjątkowo obrzydliwej pornografii.
Żując wargę, przewijałem kolejne kilometry pseudoezoterycznego bełkotu. Obejrzałem instrukcję wykonania asyryjskiego amuletu protekcji i prastarego rytuału wygnania, zapisałem w telefonie numer do kurii, na wypadek, gdybym faktycznie zdecydował się na pomoc egzorcysty. Nie trafiłem na nic, co odnosiłoby się wprost do pukającego potwora z parkingu. Nie miałem, oczywiście, w tych sprawach żadnego doświadczenia i kierowałem się jedynie intuicją, ale większość artykułów i filmików wyglądała mi na kompletne bzdury, a wiele porad sugerowało rzeczy, do których nigdy nie byłbym skłonny się posunąć i o których nie zamierzam nawet pisać.
Czując, że nieprzespana noc zaczyna się o mnie upominać i nie wytrzymam długo z otwartymi oczami, wygrzebałem z torby markera i podszedłem do drzwi, by wymalować na nich ochronne symbole – a przynajmniej symbole, o których potężnej mocy zapewniał mnie Internet.
W skupieniu, starając się przekonać samego siebie, że to faktycznie może coś dać, kreśliłem na drewnie wymyślne znaki.
I wtedy znów usłyszałem pukanie. Cichutkie, jakby kobieta z parkingu się ze mną drażniła. Strach oplótł mi serce i trzewa zimnymi mackami. Ale skąd, gdzie? Stałem dokładnie między drzwiami wejściowymi a szafą – jedno i drugie było przecież otwarte!
Odwróciłem się powoli. Palce, które zaciskałem na wyciągniętym przed siebie markerze, pobielały mi z wysiłku.
– Paweł! – dobiegło mnie wściekłe syknięcie. – Otwórz wreszcie! Musisz otworzyć, obiecałeś.
Mój wzrok zatrzymał się na stojącym obok łóżka stoliku nocnym, na maleńkiej szufladzie pod blatem. Przerażające odgłosy dobiegały właśnie z niej. Zakręciło mi się w głowie – przecież ona absolutnie nie mogła tam wleźć!
– Paweł! – krzyknęła moja prześladowczyni, tak głośno, że stolik aż podskoczył. – Otwórz!
– Zostaw mnie! – jęknąłem w bezsilnej prośbie. – Czego ty chcesz?
– Chcę tylko, żebyś mi otworzył. Tak, jak obiecałeś.
Przetarłem oczy i skronie. To wszystko nie mogło się przecież dziać naprawdę! Gdy narastające stukanie zmusiło mnie do ponownego spojrzenia na stolik, musiałem zasłonić usta, by powstrzymać się od krzyku.
Szufladka miała niewielką dziurkę na kluczyk – i właśnie z tego otworu powoli wysunął się czarny, patykowaty kształt. Zakwiliłem jak mała dziewczynka na widok nienaturalnych, przerywanych ruchów. Kształt szybko okazał się o wiele dłuższy, niż ludzki palec – sięgnął podłogi, powoli zbadał ją, stukając w linoleum, po czym zgiął się w niemożliwy sposób i wysondował blat stolika. Na moment zatrzymał się na laptopie.
– Paweł – rozległo się przeciągłe, rozedrgane wołanie. – Paaaweł, gdzie jesteś? Chodź tu i otwórz mi, jak obiecałeś!
Tego było zdecydowanie zbyt wiele – rzuciłem się do ucieczki. Tym razem na szczęście miałem kluczyki w kieszeni. Nie wiem, czy potrafiłbym się zbliżyć do tego przeklętego stolika, by je zabrać – laptopa bez zastanowienia spisałem na straty.
Biegłem przez korytarz jak opętany. Schody pokonałem, skacząc co dwa, albo i więcej stopni. Cudem nie skręciłem kostki. W sieni zawadziłem o stojący przy ścianie wieszak na ubrania – przewrócił się z łoskotem.
– Ej, co pan?! – wrzasnęła recepcjonistka, gdy próbowałem wyplątać się z płaszczy i szalików, które skrępowały mi nogi jak sidła. – Co pan?
– Przepraszam – wystękałem. Chciałem się lepiej wytłumaczyć, ale nic nie przyszło mi do głowy. Oswobodziłem stopy i wybiegłem za drzwi, w noc, prosto do czekającego na parkingu samochodu. Recepcjonistka krzyczała coś jeszcze za moimi plecami, ale nie zwracałem uwagi. Pragnąłem tylko odjechać i znaleźć się jak najdalej od tego przeklętego motelu. Ulga, którą odczułem na widok czerwonej Hondy, była wręcz niewysłowiona… Szkoda, że trwała tak krótko.
Z daleka zobaczyłem, że coś jest nie tak, choć ciemności nie pozwoliły mi dostrzec, o co tak naprawdę chodzi. Dopiero w odległości kilku kroków od auta stanąłem jak wryty.
Szyby były całkowicie zaparowane, jakby ktoś zamontował w środku prysznic. Mozaika drobniutkich kropli tworzyła nieprzeniknioną zaporę.
Nie rozmawiałem ze Stwórcą chyba od Pierwszej Komunii, ale w tamtym momencie modliłem się, bym nie miał racji – domyślałem się przecież, kto jest w Hondzie.
Ciemna plamka pojawiła się na szybie od strony kierowcy. Po chwili urosła, by stać się wygiętą kreską, na tyle szeroką, że wyraźnie zobaczyłem czarny, szpiczasty szpon i ciągnącą za nim karykaturę ludzkiej dłoni, poskręcaną z wysuszonych, pająkowatych witek.
Kreska domknęła się, tworząc literę „O”. Obok niej zaczęła pojawiać się kolejna, tym razem pozioma – od razu zrozumiałem, że będzie to „T”.
Nagły trzask przerwał nocną ciszę – to ja potraktowałem się siarczystym policzkiem. Poprawiłem z drugiej strony. Ból otrzeźwił mnie nieco, ale litery na szybie nie znikły. Ruszyłem przed siebie, bezmyślnie, pieszo. Najpierw serwisówką wzdłuż autostrady, potem skręciłem w las.
Śmiałem się – tak, śmiałem się w głos, maszerując po ciemku między drzewami. Mój umysł musiał być na krawędzi i czepiał się ostatniej metody rozładowania napięcia, która mu została. To był atawistyczny, niekontrolowany odruch i w jakiś sposób było mi wstyd, że poczułem się od tego ciut lepiej.
– Tak – powiedziałem. Podobno mówienie do siebie jest oznaką zdrowej psychiki… ja bym kwestionował takie stanowisko. – Tak – powtórzyłem. – Zostanę tu, w lesie, gdzie nie ma żadnych drzwi, żadnych stolików, żadnych samochodów i w ogóle nic, co można by otworzyć! Zostanę tu, aż to cholerstwo się znudzi, albo na zawsze, jeśli będzie trzeba!
Absurd tej myśli rozbawił mnie jeszcze bardziej. Ale po chwili, jakby jakiś przełącznik w mojej głowie potrzebował sekundy, żeby zaskoczyć, wydała mi się ona całkiem rozsądną – ba, oczywistą! Musiałem ukryć się jak najdalej od wszelkich drzwi, bram i drzwiczek! Las był jak sanktuarium!
Przeszedłem jeszcze kawałek, aż dobiegający od autostrady szum samochodów przestał do mnie docierać, rozsiadłem się pod drzewem i rozkoszowałem ciszą. Choć od momentu, w którym moje mieszkanie nawiedziła kobieta z parkingu, minęło raptem kilka godzin, miałem wrażenie, że po raz pierwszy od wieków mogę czuć się bezpiecznie.
Nawet nie wiem, kiedy zasnąłem.
*
Obudziłem się skostniały, otępiały i z bolącą głową. Nie pamiętałem, gdzie jestem, więc w naturalnym odruchu przekręciłem się na drugi bok, tylko po to, by stłuc sobie biodro o wystający z ziemi korzeń.
Pod wciąż zaciśniętą powieką, poczułem nieznośne drapanie – uczucie, jakby rzęsa wpadła mi do oka i drażniła delikatne białko… tylko pomnożone dziesięć razy.
Serce wskoczyło mi na maksymalne obroty, gdy powtórzyło się to na drugim oku.
– Paweł… Paweł, otwórz! – rozległa się wydana rozedrganym głosem komenda. – Otwórz oczy, Paweł!
– Nie – jęknąłem. – Nie!
Zacisnąłem powieki aż do bólu, najmocniej, jak tylko potrafiłem. Skrobanie nie ustało – przeciwnie, nasilało się z każdą sekundą, jakby upiór, monstrum, czym do cholery ona była, tylko się rozsierdził. Desperacko wyciągnąłem ręce, żeby zrzucić z siebie kobietę z parkingu… ale moje dłonie trafiły jedynie w powietrze! Przetarłem nimi twarz – nic! Wyraźnie czułem odnóża próbujące rozewrzeć mi powieki, wyraźnie czułem kłujące włoski, wbijające się w źrenice, ale niczego tam nie było!
– No otwórz, Paweł! Obiecałeś mi otworzyć! – ogłuszająco wył kobiecy głos.
Panika sięgnęła zenitu. Skoro nawet leśne ostępy nie gwarantowały bezpieczeństwa i skoro nie dało się choćby dotknąć mojej prześladowczyni, to co mogłem zrobić?
Wiedziałem tylko, że jest jedna rzecz, której absolutnie zrobić nie mogę.
Wstałem z trudem, cały czas przyciskając dłonie do oczu. Po raz kolejny rzuciłem się do szaleńczej ucieczki. Nie zastanawiałem się, po co to robię, skoro upiór najwyraźniej podążał za mną wszędzie – to był impuls, instynkt, automatyczna reakcja osaczonego zwierzęcia. Byłem jak spłoszona sarna, która rzuca się do ucieczki na widok wielokrotnie mniejszego od siebie psa, tylko po to, by skręcić kark na drucianym płocie.
I – jak łatwo się domyślić – bieganie na ślepo po lesie skończyło się dość podobnie. Nie pamiętam momentu, w którym wyrżnąłem czołem w coś twardego – w jednej sekundzie uciekałem, w drugiej tarzałem się w ściółce z pękającą czaszką. Chyba tylko cud powstrzymał mnie przed otworzeniem oczu. Włochate odnóża wciskały się głęboko pod powieki i miałem wrażenie, że za chwilę ominą wilgotne gałki oczne i sięgną głębiej, wzdłuż nerwu, prosto do tkanek mózgu.
– No, Paweł – głos kobiety brzmiał inaczej. Jakby odzywała się w nim nuta triumfu. – Dajże już spokój i otwórz!
Mówią, że tonący brzytwy się chwyta – ja też się czułem, jakby za moment miała mnie pochłonąć toń oceanu. Bezwiednie sondująca ściółkę ręka natrafiła na ułamaną gałąź. Chwyciłem ją jak oręż i zacząłem wymachiwać przed sobą w kierunku, z którego zdawał się dobiegać głos, ale poza urywanym świstem nie dało to żadnego efektu.
– Paweł, Paweł, Paweł. – Bestia brzmiała na rozbawioną. – Nie skrzywdzisz mnie kijkiem. Otwórz oczy i miejmy to za sobą. Przypominam: obiecałeś mi to!
Zrozumiałem, że ma rację.
Jej nie mogłem skrzywdzić.
Złapałem gałąź mocniej i pchnąłem zdecydowanym ruchem.
Wrzasnąłem przeraźliwie, gdy ułamany koniec rozorał mi oko. Krew zmieszana z wodnistymi glutami spłynęła po policzku. Nigdy nie czułem takiego bólu – ale wiedziałem, że muszę wytrzymać go jeszcze raz.
*
Resztę historii znacie. Grzybiarze znaleźli mnie zziębniętego, ślepego, we krwi. Chyba nawet byłem przytomny – do końca nie pamiętam. W każdym razie wezwali policję, a mili panowie w mundurach przysłali mnie do was.
Tak że, zapewniam – nie będę sprawiał kłopotów. Zjem każdą pastylkę, którą mi dacie, grzecznie nasikam do kubeczka, możecie mnie nawet zawinąć w kaftan i wrzucić do miłego pokoiku z miękkimi ścianami. Nie ma najmniejszego problemu. Proszę was tylko o dwie rzeczy.
Po pierwsze, przekażcie tę historię dalej. Trzeba wreszcie zacząć głośno mówić o rzeczach czających się w cieniu. Dopóki będziemy udawać, że z naszą rzeczywistością wszystko jest w porządku, że da się ją poznać szkiełkiem i okiem, dopóty będziemy bezbronni. Ludzie muszą wiedzieć! To przecież mogło się zdarzyć każdemu!
I druga sprawa, dla mnie o wiele ważniejsza: błagam, panowie. Zaklinam was! Nie zamykajcie tych drzwi!