- Opowiadanie: GalicyjskiZakapior - gdzie akurat nie patrzysz

gdzie akurat nie patrzysz

Witam.

Przed­sta­wiam ko­lej­ną hi­sto­ryj­kę. W za­mie­rze­niu z tych strasz­nych, ale nie wy­klu­czam, że wy­szło jak zwy­kle.

 

Zdra­dzę, że in­spi­ra­cją był robal ła­żą­cy po twa­rzy. Na szczę­ście nie po mojej, bo cho­dzi o bydlę im­por­to­wa­ne, zu­peł­nie nie­le­gal­nych roz­mia­rów ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Wul­ga­ry­zmów niet.

 

Za­chę­cam, by dać opo­wia­da­niu szan­sę, po­zdra­wiam i z góry dzię­ku­ję za po­świę­co­ny czas.

 

 

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

gdzie akurat nie patrzysz

Cała ta hi­sto­ria, doktorze Arenberg, za­czę­ła się nie­win­nie… a po­wie­dział­bym wręcz, że ko­micz­nie. W pew­nym sen­sie wła­śnie to czyni ją tak prze­ra­ża­ją­cą w po­rów­na­niu z in­ny­mi opo­wie­ścia­mi tego typu – ja nie wzy­wa­łem du­chów, nie spa­ce­ro­wa­łem po cmen­ta­rzu, nie uśmie­cha­łem się do ta­jem­ni­czej dziew­czy­ny z pa­ra­sol­ką, nie wci­ska­łem gu­zi­ków windy w dziw­nej ko­lej­no­ści. Ja nawet, cho­le­ra, ho­ro­sko­pów nie czy­tam!

Ja tylko chcia­łem, żeby ktoś otwo­rzył mi drzwi…

To był zwy­kły, naj­zwy­klej­szy dzień w pracy. Zsze­dłem do ar­chi­wum, żeby zde­po­no­wać tam kilka do­ku­men­tów, a drzwi, wie­dzio­ne hy­drau­licz­nym ra­mie­niem sa­mo­za­my­ka­cza, za­trza­snę­ły się za mną i nie mo­głem ich otwo­rzyć. Nie wiem, co się u licha stało – naj­wy­raź­niej jakiś nie­wi­docz­ny ele­ment me­cha­ni­zmu się urwał, wy­giął albo zła­mał. W każ­dym razie zo­sta­łem uwię­zio­ny mię­dzy za­ku­rzo­ny­mi re­ga­ła­mi i prze­stra­szy­łem się nie na żarty – ar­chi­wum jest po­łą­czo­ne je­dy­nie z pod­ziem­nym par­kin­giem i nie mo­głem wy­klu­czyć, że spę­dził­bym tam kilka go­dzin, zanim zna­la­zł­by mnie ktoś koń­czą­cy zmia­nę.

Jak dziec­ko w skle­pie, przy­ci­sną­łem twarz do nie­wiel­kie­go prze­szkle­nia w drzwiach i ro­zej­rza­łem się po par­kin­gu. Au­to­ma­tycz­ne lampy zdą­ży­ły za­uwa­żyć, że mnie tam nie ma i zga­snąć, a ciem­ność otu­li­ła po­miesz­cze­nie. Je­dy­nie od stro­ny wy­jaz­du do­cie­ra­ła nikła po­świa­ta, od­bi­ta od po­ma­lo­wa­nych na biało ścian tu­ne­lu.

Za­sta­na­wia­łem się, czy nie po­wi­nie­nem za­cząć krzy­czeć, ale god­ność jesz­cze mi na to nie po­zwa­la­ła. I wtedy, za fi­la­rem, w miej­scu, które je­dy­nie z tru­dem mo­głem do­strzec przez małą szyb­kę w drzwiach, zo­ba­czy­łem ruch. Tylko ruch, tuż na kra­wę­dzi pola wi­dze­nia – nie wie­dzia­łem, na kogo pa­trzę i nie do­strze­ga­łem szcze­gó­łów syl­wet­ki, coś jakby pająk czmych­nął nagle do kąta – za­uwa­żo­ny, ale tak na­praw­dę nie­zo­ba­czo­ny. Naj­wy­raź­niej ktoś się wy­mknął na fajkę – po­my­śla­łem.

– Hej! – za­wo­ła­łem. Bez­zwłocz­nie, bo nie chcia­łem stra­cić oka­zji. – Hej, po­dej­dziesz mi otwo­rzyć? Coś się ze­psu­ło i nie mogę stąd wyjść.

Po­stać drgnę­ła, ale nie ode­zwa­ła się. Zdzi­wi­łem się – kto­kol­wiek to był, mu­siał mnie prze­cież sły­szeć.

– Hej, je­stem tu, w ar­chi­wum – za­wo­ła­łem po­now­nie. – Mo­żesz mi otwo­rzyć?

– A ty… ty byś mi otwo­rzył? – do­bie­gło zza drzwi.

Zmarsz­czy­łem brwi w zdzi­wie­niu. Nie mo­głem prze­cież jesz­cze ro­zu­mieć, co stoi za tak dziw­nym py­ta­niem. No i głos – był zde­cy­do­wa­nie ko­bie­cy, cichy i drżą­cy, a jed­nak od­bi­jał się moc­nym echem od ścian par­kin­gu, jakby to nie jedna osoba mó­wi­ła, a wiele. Nie roz­po­zna­łem mó­wią­cej, ale prze­cież w fir­mie pra­co­wa­ło sporo ludzi i nie było w tym nic dziw­ne­go.

– Oczy­wi­ście – od­po­wie­dzia­łem. – Oczy­wi­ście, że bym ci otwo­rzył. A teraz wy­puść mnie stąd, pro­szę, a jeśli te cho­ler­ne drzwi cał­kiem się za­cię­ły, to daj znać kon­ser­wa­to­ro­wi.

Nie­zna­jo­ma za­chi­cho­ta­ła, nie wie­dzieć czemu. Drzwi ustą­pi­ły zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie, a ja, cią­gle z nosem przy­kle­jo­nym do szyby, z tru­dem utrzy­ma­łem rów­no­wa­gę. Wpa­dłem na par­king. Au­to­ma­tycz­ne lampy za­re­ago­wa­ły na ruch. Przez mo­ment byłem jak śle­piec, bo w przy­zwy­cza­jo­nych do ciem­no­ści oczach od­czu­łem nagły zalew bia­łe­go, zim­ne­go świa­tła jak dzie­siąt­ki igie­łek.

– Wiel­kie dzię­ki! Bałem się, że przyj­dzie mi tam sie­dzieć do pią­tej – po­wie­dzia­łem, ale usły­sza­łem tylko od­bi­te od ścian par­kin­gu echo wła­snych słów, a gdy już udało mi się otwo­rzyć oczy, ni­ko­go przy mnie nie było.

Zby­łem ten fakt wzru­sze­niem ra­mion, stwier­dziw­szy, że naj­wy­raź­niej tra­fi­łem na jakąś dzi­wacz­kę. Wró­ci­łem do biur­ka, te­le­fo­nicz­nie dałem znać kon­ser­wa­to­ro­wi o pro­ble­mie z drzwia­mi i – jak gdyby nigdy nic – do­koń­czy­łem pracę, zro­bi­łem za­ku­py i wró­ci­łem do miesz­ka­nia.

Do­pie­ro gdy już le­ża­łem w pie­rzy­nach, do­słow­nie w ostat­niej chwi­li przed od­pły­nię­ciem w mrok, przy­szła mi do głowy dziw­na myśl – dla­cze­go au­to­ma­tycz­ne świa­tła par­kin­gu nie re­ago­wa­ły na tę ko­bie­tę?

*

Obu­dziw­szy się, nie od razu wie­dzia­łem, co wy­rwa­ło mnie ze snu. Po dłuż­szej chwi­li, spę­dzo­nej na prze­wra­ca­niu się z boku na bok, zro­zu­mia­łem, że ktoś upo­rczy­wie puka do drzwi wej­ścio­wych. Przez mo­ment my­śla­łem jesz­cze, że coś mi się musi wy­da­wać, ale nie – stu­ka­nie po­wta­rza­ło się co chwi­lę, za każ­dym razem gło­śniej­sze.

Usia­dłem na łóżku, zu­peł­nie sko­ło­wa­ny i zer­k­ną­łem na ze­ga­rek. Była pra­wie pół­noc.

Aż pod­sko­czy­łem, gdy po­na­gla­ją­ce stu­ka­nie roz­le­gło się po raz ko­lej­ny, jesz­cze do­no­śniej­sze. Na­ma­ca­łem ci­śnię­ty w kąt T-shirt, aby choć tro­chę się okryć i ci­chut­ko, na pa­lusz­kach po­sze­dłem pod drzwi, żeby ukrad­kiem zer­k­nąć przez wi­zjer.

Wstrzy­ma­łem od­dech.

Kto­kol­wiek tam był, mu­siał usły­szeć moje ostroż­ne kroki, bo pu­ka­nie umil­kło. Od­chy­li­łem osłon­kę ju­da­sza i wyj­rza­łem na klat­kę. A ra­czej spró­bo­wa­łem wyj­rzeć, bo w so­czew­ce nie zo­ba­czy­łem ab­so­lut­nie nic – tylko jed­no­li­tą czerń.

– Kto tam? – za­py­ta­łem nie­pew­nie. Sam nie wie­dząc czemu, wstrzy­ma­łem od­dech w ocze­ki­wa­niu. Nikt mi jed­nak nie od­po­wie­dział, noc na po­wrót stała się ciem­na i głu­cha. Nie byłem pewny, czy to żart, czy ma­ja­ki, ale w obu wy­pad­kach naj­lep­szym wyj­ściem było wró­cić do snu.

Gdy tylko od­wró­ci­łem się od drzwi, nowa seria ude­rzeń prze­szy­ła po­wie­trze, jak salwa ar­mat­nia skie­ro­wa­na pro­sto w pod­sta­wę mo­je­go krę­go­słu­pa. Kto­kol­wiek tam był, nie pukał – on walił, okła­dał te drzwi, aż cały przed­po­kój zda­wał się trząść.

– Kto tam?! – wrza­sną­łem tym razem i znowu do­sko­czy­łem do wi­zje­ra. I po­now­nie, choć wy­tę­ża­łem wzrok, jakby miało od tego za­le­żeć moje życie, nie zo­ba­czy­łem tam nic, oprócz do­sko­na­łej ciem­no­ści.

I znowu ude­rze­nie w drzwi – jedno, dru­gie, trze­cie. Teraz nie tylko je sły­sza­łem – tuż obok most­ka od­czu­łem wi­bra­cje, nio­są­ce się od okła­da­nej pię­ścią płyty MDF. W pierw­szym od­ru­chu od­sko­czy­łem od drzwi jak ra­żo­ny prą­dem, ale na­tych­miast wró­ci­łem do wi­zje­ra. Chwy­ci­łem po­krę­tło zamka, gotów otwo­rzyć, wy­sko­czyć na ko­ry­tarz i stłuc żar­tow­ni­sia na kwa­śne jabł­ko.

Za­mar­łem.

Przez chwi­lę, przez uła­mek se­kun­dy, do­strze­głem w ju­da­szu rękę – nie! – łapę! Czar­ną, pę­dzą­cą pro­sto na mnie, aż za­sło­ni­ła całe pole wi­dze­nia i znów wi­zjer wy­peł­ni­ła tylko jed­no­li­ta ciem­ność. Dobry Boże, co to była za ręka! Po­wie­dzieć, że nie mogła na­le­żeć do czło­wie­ka, to nic nie po­wie­dzieć – przy­po­mi­na­ła ra­czej nie­ślub­ne dziec­ko wy­schnię­tych ga­łę­zi i pa­ję­czych od­nó­ży, z grub­sza sple­cio­nych w kształt pal­ców i pa­zu­rów.

– Otwórz mi – ode­zwa­ło się to coś z ko­ry­ta­rza. Od razu roz­po­zna­łem ten głos: wy­so­ki i ro­ze­dr­ga­ny, jakby to nie jedna osoba mó­wi­ła, a wiele. – Otwórz, obie­ca­łeś! – roz­ka­za­ła ko­bie­ta z par­kin­gu, a potem znowu za­ło­mo­ta­ła w drzwi.

Od­sko­czy­łem po­now­nie i zła­pa­łem się za głowę. Ta łapa! To nie mogło dziać się na­praw­dę!

– Otwórz! Otwórz! Otwórz! – po­wta­rzał ko­bie­cy głos, każ­do­ra­zo­wo pod­kre­śla­jąc okrzyk moc­niej­szym niż po­przed­nie wal­nię­ciem. Drzwi w wi­docz­ny spo­sób ugi­na­ły się pod ude­rze­nia­mi. Czu­łem, że za chwi­lę mogą nie wy­trzy­mać. – Otwórz! Obie­ca­łeś! Otwórz!

Nie umiem do­kład­nie opi­sać tego, co czu­łem, gdy tak sta­łem opar­ty o ścia­nę, ze wzro­kiem wbi­tym w trzę­są­ce się drzwi, ata­ko­wa­ny de­cy­be­la­mi coraz gło­śniej­szych krzy­ków i coraz gło­śniej­sze­go wa­le­nia. To było jak pa­ra­liż, stu­por, kom­plet­na dy­so­cja­cja – nawet nie za­uwa­ży­łem, gdy głos się zmie­nił, a nie­ludz­ko silne ude­rze­nia za­stą­pi­ło re­la­tyw­nie kul­tu­ral­ne pu­ka­nie.

– Panie! – wołał głos, w któ­rym roz­po­zna­łem jed­ne­go z są­sia­dów. – Panie, co się tam wy­pra­wia? Tu lu­dzie spać pró­bu­ją!

Na pa­lusz­kach, jakby pod­ło­ga pa­rzy­ła, pod­kra­dłem się do wi­zje­ra. Zer­k­ną­łem… i rze­czy­wi­ście, zo­ba­czy­łem wą­sa­tą twarz Je­rze­go spod czwór­ki. Czym prę­dzej otwo­rzy­łem. Ba – uści­skał­bym go wtedy, gdyby na­tych­miast nie za­czął mnie rugać.

– Panie Pa­weł­ku, no co to ma zna­czyć? Co to za baba się u pana wy­dzie­ra po nocy? Czy ja mam po po­li­cję za­dzwo­nić, czy co ja mam zro­bić?

Przez mo­ment ru­sza­łem usta­mi jak wy­ję­ta z wody ryba, ale w końcu otrzeź­wia­łem odro­bi­nę i udało mi się od­po­wie­dzieć. Nie mo­głem, oczy­wi­ście, wy­znać mu praw­dy.

– To… to nie tak, jak pan myśli. Ja­kieś dzie­cia­ki się wy­dur­nia­ły. Wi­docz­nie ucie­kły, gdy tylko wy­szedł pan na ko­ry­tarz.

Wąs Je­rze­go po­ru­szył się nie­uf­nie, ale naj­wy­raź­niej po­sta­no­wił mi uwie­rzyć.

– Dzie­cia­ki, mówi pan. No, jak tak, to tak. Ska­ra­nie bo­skie z gów­nia­rze­rią.

– Tak, tak – od­po­wie­dzia­łem, ki­wa­jąc głową. – Ska­ra­nie.

– Zatem bra­noc, są­sie­dzie. Może ła­chu­dry już nie wrócą – po­że­gnał się Jerzy i wró­cił do sie­bie, a ja znik­ną­łem we wła­snym miesz­ka­niu i skie­ro­wa­łem kroki do kuch­ni. Drżą­cą ręką na­la­łem sobie setkę. Potem drugą.

Nie wie­dzia­łem, co mam my­śleć. Skąd dziw­na ko­bie­ta mogła mieć mój adres? Jeśli nawet pra­co­wa­ła w fir­mie, to prze­cież pry­wat­ne dane pra­cow­ni­ków nie są tak łatwo do­stęp­ne. Albo była kimś z HR, albo – i ta moż­li­wość nie­po­ko­iła mnie o wiele bar­dziej – mu­sia­ła śle­dzić mój sa­mo­chód, gdy wra­ca­łem z pracy. Nie by­ło­by to takie trud­ne – za­wsze po pią­tej mia­sto jest tak za­kor­ko­wa­ne, że przy odro­bi­nie wy­sił­ku można gonić po­jaz­dy nawet na pie­cho­tę.

Ale waż­niej­sze od py­ta­nia „jak?” było py­ta­nie „po co?” – czy to miał być żart? Jeśli tak, to prze­cież wy­bit­nie wręcz nieśmiesz­ny, ale oprócz tego w grę wcho­dzi­ła chyba tylko cho­ro­ba psy­chicz­na. Prze­łkną­łem ślinę. Czy do­ro­bi­łem się po­rą­ba­nej stal­ker­ki?

Roz­cho­dzą­cy się po krwio­bie­gu gin ukoił nieco moje nerwy, a że do­cho­dzi­ła pierw­sza, pod­ją­łem je­dy­ną ra­cjo­nal­ną de­cy­zję – wy­ko­rzy­stać po­zo­sta­łe kilka go­dzin snu, a zmar­twie­nia zrzu­cić na głowę ju­trzej­sze­go mnie.

Pu­ka­nie wró­ci­ło, gdy tylko zga­si­łem świa­tło. Tym razem nie było to upo­rczy­we okła­da­nie drzwi pię­ścią, a de­li­kat­ne, mia­ro­we stu­ka­nie – puk, puk, puk. Brzmia­ło to, jakby ko­bie­ta z par­kin­gu chcia­ła je­dy­nie przy­po­mnieć mi o swo­jej obec­no­ści… albo jakby w tym stu­ka­niu za­wie­ra­ła się sub­tel­na groź­ba.

Osza­la­ły z wście­kło­ści, w sa­mych bok­ser­kach po­bie­głem do przed­po­ko­ju i gwał­tow­nie otwo­rzy­łem drzwi, nie zwa­ża­jąc wcale – a wręcz mając na­dzie­ję – że mogę sta­ra­no­wać sto­ją­cą za nimi osobę.

Tylko że ni­ko­go tam nie było.

Zimny pot zalał mi kark, gdy zo­rien­to­wa­łem się, że mia­ro­we stu­ka­nie do­bie­ga zza moich ple­ców.

Wol­nym kro­kiem, wstrzy­mu­jąc od­dech, wró­ci­łem do sy­pial­ni. Wbi­łem spoj­rze­nie w prze­suw­ne drzwi wnę­ko­wej szafy. Nie było wąt­pli­wo­ści – stu­ka­nie do­bie­ga­ło ze środ­ka.

Chwy­ci­łem, co mia­łem pod ręką – tra­fi­ło aku­rat na wazon, wąski i po­dłuż­ny, i nawet wy­pro­fi­lo­wa­ny tro­chę jak pałka ba­se­bal­lo­wa. Za­mach­ną­łem się na próbę. Tak: byłem cał­ko­wi­cie zde­cy­do­wa­ny stłuc dzban na gło­wie ko­bie­ty. Być może po­wi­nie­nem się tego wsty­dzić, ale – do cho­le­ry! – ktoś obcy sie­dział mi w sza­fie i stu­kał!

– Wyłaź! Wyłaź, bo dzwo­nię na po­li­cję! – za­wo­ła­łem, ale nie do­cze­ka­łem się żad­nej re­ak­cji. Przy­gry­za­jąc wargi, zbli­ży­łem się do szafy i wy­cią­gną­łem wolną rękę, żeby od­su­nąć drzwi.

Ale za­trzy­ma­łem się w bez­ru­chu; cał­kiem tak, jak moje serce się za­trzy­ma­ło, nagle za­ata­ko­wa­ne wspo­mnie­niem, które – choć było prze­cież zu­peł­nie świe­że – zdą­ży­łem nie­mal wy­przeć ze świa­do­mo­ści: łapa, czar­na łapa z po­skrę­ca­nych, su­chych jak pieprz pną­czy i wło­cha­tych, pa­ję­czych od­nó­ży.

– No otwórz – po­na­glił głos z szafy. – Otwórz! Obie­ca­łeś!

Umysł pod­su­wał ob­ra­zy wy­na­tu­rzo­nych pa­lu­chów za­ci­ska­ją­cych mi się na gar­dle i ciem­ne­go par­kin­gu, na któ­rym był ktoś, na kogo nie re­ago­wa­ły fo­to­ko­mór­ki au­to­ma­tycz­nych lamp. Zro­zu­mia­łem, że za nic nie mogę otwo­rzyć – co­kol­wiek tam sie­dzia­ło, nie było ko­bie­tą i z pew­no­ścią nie dało się tego po­ko­nać szkla­nym na­czy­niem!

Wazon wy­padł mi z ręki i roz­pry­snął się gej­ze­rem setek odłam­ków, ale nawet tego nie za­uwa­ży­łem – sta­łem tylko nie­ru­cho­my jak gad, wpa­trzo­ny w białe, prze­suw­ne drzwi. Stu­ka­nie znowu za­czę­ło na­ra­stać, jego od­głos mie­szał się w moich uszach z osza­la­łym wa­le­niem serca i szu­mem krwi, która mu­sia­ła już co naj­mniej w po­ło­wie skła­dać się z ad­re­na­li­ny.

– No, Paweł? – syk­nę­ło to coś, prze­rwaw­szy na mo­ment pu­ka­nie. – Otwórz. Ja dla cie­bie otwo­rzy­łam!

Nie wy­trzy­ma­łem. Nikt by nie wy­trzy­mał. Po­rwa­łem z szaf­ki port­fel i klu­czy­ki i po­bie­głem pro­sto do sa­mo­cho­du – o mały włos za­po­mniał­bym nawet o wcią­gnię­ciu dżin­sów na tyłek. Pę­dzi­łem pu­sty­mi uli­ca­mi jak sza­lo­ny, po­ga­nia­ny wspo­mnie­niem czar­nej łapy, a wście­kły ryk sil­ni­ka sku­tecz­nie za­głu­szał wszyst­kie myśli. Wje­cha­łem na wy­lo­to­wą, potem na au­to­stra­dę. Sze­ro­kość as­fal­tu za­chę­ci­ła do za­mknię­cia licz­ni­ka – pod­da­łem się tej po­ku­sie. Ow­szem, prze­mknę­ło mi przez myśl, że gdyby po­li­cja za­trzy­ma­ła mnie z dwie­ma set­ka­mi we krwi i szyb­ko­ścio­mie­rzem zbli­ża­ją­cym się do po­dob­nych war­to­ści, pew­nie od razu tra­fił­bym do aresz­tu – ale areszt byłby małą ceną za zna­le­zie­nie się moż­li­wie da­le­ko od czar­nej łapy, stu­ka­nia i ro­ze­dr­ga­ne­go głosu.

Jednak nawet pustą autostradą nie można jechać w nieskończoność. Mi­ga­ją­ca kon­tro­l­ka re­zer­wy bru­tal­nie przy­wo­ła­ła mnie do rze­czy­wi­sto­ści. Za­trzy­ma­łem się na sta­cji, a tan­ku­jąc, cały czas na­słu­chi­wa­łem, czuj­ny jak zając pa­są­cy się w polu – ale nie sły­sza­łem stu­ka­nia, ani ko­bie­ce­go głosu, tylko szum wia­tru i oka­zjo­nal­nie prze­jeż­dża­ją­ce sa­mo­cho­dy. Ro­zej­rza­łem się, a mój wzrok padł na szyld mo­te­lu.

Czemu nie? – uzna­łem. Mu­sia­łem w końcu przy­sta­nąć i ze­brać myśli, mu­sia­łem się za­sta­no­wić, co dalej – po­wi­nie­nem we­zwać po­li­cję? Może eg­zor­cy­stę? Nie mia­łem pew­no­ści, czy Ko­ściół zaj­mu­je się wy­su­szo­ny­mi, wło­cha­ty­mi łap­ska­mi zza drzwi… ale jeśli nie oni, to kto? In­spek­to­rat We­te­ry­na­rii?

Mo­te­lik był ob­skur­ny, ele­wa­cja sy­pa­ła się ze ścian jak łu­pież – ale mieli wolne po­ko­je i przy­naj­mniej cena od­po­wia­da­ła ja­ko­ści.

– Płaci pan kartą czy go­tów­ką? – Głos re­cep­cjo­nist­ki wy­rwał mnie z za­my­śle­nia.

– Kar… – Za­wa­ha­łem się. Elek­tro­nicz­ną płat­ność można prze­cież śle­dzić. Wciąż nie byłem pe­wien co do na­tu­ry noc­ne­go wi­dzia­dła, ale wo­la­łem nie ry­zy­ko­wać. – Go­tów­ką. Go­tów­ką, oczy­wi­ście.

Re­cep­cjo­nist­ka po­pa­trzy­ła na mnie spode łba, jakby do­my­śli­ła się, co przy­szło mi do głowy – ale przy­ję­ła pie­nią­dze i wy­da­ła klu­cze. W takim miej­scu na pewno czę­sto po­ja­wia­li się go­ście, któ­rzy z tego czy in­ne­go po­wo­du nie chcie­li, by wid­nia­ło ono w hi­sto­rii płat­no­ści.

Po­ko­ik był cia­sny, ale – co przy­ją­łem z za­do­wo­le­niem – czy­sty, a na odra­pa­nym łóżku cze­ka­ła po­ściel może nieco po­żół­kła, ale – są­dząc po za­pa­chu – świe­ża. Je­dy­ny­mi me­bla­mi były sto­lik nocny i szafa wnę­ko­wa… nie­po­ko­ją­co po­dob­na do tej w mojej wła­snej sy­pial­ni. Na szczę­ście drzwi nie za­mknię­to. Zaj­rza­łem do niej, nie­pew­nie, jakby coś miało w każ­dej chwi­li z niej wy­sko­czyć, ale w środ­ku było tylko kilka po­ła­ma­nych wie­sza­ków. Spoj­rza­łem na drzwi pro­wa­dzą­ce na ko­ry­tarz.

Prze­mknę­ło mi przez myśl, że nie po­wi­nie­nem ich za­my­kać. Może się to wy­da­wać ab­sur­dal­ne i mnie też się takie wy­da­ło – ale w gło­wie ko­ła­tał mi się ro­ze­dr­ga­ny głos, wo­ła­ją­cy „Otwórz! Otwórz!”. Gdyby ko­bie­ta z par­kin­gu chcia­ła po pro­stu mnie skrzyw­dzić, to po co wła­zi­ła­by do szafy? Nie było w tym żad­ne­go sensu, mogła zwy­czaj­nie wbić mi pa­zu­ry w kark. Nie wie­dzia­łem, kto – albo co – tak na­praw­dę wy­gna­ło mnie z miesz­ka­nia, ale nie­za­leż­nie, czy była to jakaś wa­riat­ka ze zde­for­mo­wa­ny­mi koń­czy­na­mi, czy nie­ma­te­rial­na i nie­czy­sta siła, naj­wy­raź­niej sam akt otwar­cia drzwi miał dla niej ja­kieś zna­cze­nie.

Nie wiem, ile czasu spę­dzi­łem jak ten głupi, z ręką na klam­ce, za­trzy­ma­ny w pół ruchu. Mu­sia­łem bić się z my­śla­mi dość długo, bo zdą­ży­ło za­schnąć mi w ustach. Na zmia­nę wy­po­mi­na­łem sobie wiarę w nie­ist­nie­ją­ce dzi­wa­dła i nie da­ją­cy się w obec­nej sy­tu­acji uspra­wie­dli­wić scep­ty­cyzm.

Wresz­cie – bo­le­śnie świa­do­my, że mogę ża­ło­wać tej de­cy­zji – zo­sta­wi­łem je lekko uchy­lo­ne.

Po­ło­ży­łem się, nie po­ście­liw­szy nawet łóżka i nie zdjąw­szy ubra­nia, oprócz butów. Na moje szczę­ście fir­mo­we­go lap­to­pa zwy­kłem wozić w sa­mo­cho­dzie – ow­szem, sze­fo­stwo sar­ka­ło na taką prak­ty­kę, ale to była je­dy­na opcja, która da­wa­ła gwa­ran­cję, że nie za­po­mnę go za­brać rano.

Wkli­ka­łem do sys­te­mu in­for­ma­cję o L4 – nie wy­obra­ża­łem sobie, że miał­bym po­ja­wić się w pracy – po czym za­czą­łem wpi­sy­wać do wy­szu­ki­war­ki ko­lej­ne hasła: „czar­na ręka”, „otwórz”, „pu­ka­nie w nocy”, „ko­bie­ta z par­kin­gu”, „co zro­bić, jeśli moją szafę na­wie­dza po­twór”, „czy duch bę­dzie mnie ści­gał”.

Moja wiara, że w od­mę­tach In­ter­ne­tu znaj­dę ja­ką­kol­wiek wska­zów­kę, szyb­ko top­nia­ła: tra­fia­łem je­dy­nie na wszel­kie­go ro­dza­ju cre­epy­pa­sty, wy­zna­nia ludzi o pa­ra­nor­mal­nych do­świad­cze­niach, nawet – o zgro­zo! – na linki do wy­jąt­ko­wo obrzy­dli­wej por­no­gra­fii.

Przy­gry­za­jąc wargę, prze­wi­ja­łem ko­lej­ne ki­lo­me­try pseu­do­ezo­te­rycz­ne­go beł­ko­tu. Obej­rza­łem in­struk­cję wy­ko­na­nia asy­ryj­skie­go amu­le­tu pro­tek­cji i pra­sta­re­go ry­tu­ału wy­gna­nia, za­pi­sa­łem w te­le­fo­nie numer do kurii, na wy­pa­dek, gdy­bym fak­tycz­nie zde­cy­do­wał się na pomoc eg­zor­cy­sty. Nie tra­fi­łem na nic, co od­no­si­ło­by się wprost do pu­ka­ją­ce­go po­two­ra z par­kin­gu. Nie mia­łem, oczy­wi­ście, w tych spra­wach żad­ne­go do­świad­cze­nia i kie­ro­wa­łem się je­dy­nie in­tu­icją, ale więk­szość ar­ty­ku­łów i fil­mi­ków wy­glą­da­ła mi na kom­plet­ne bzdu­ry, a wiele porad su­ge­ro­wa­ło rze­czy, do któ­rych nigdy nie był­bym skłon­ny się po­su­nąć i o któ­rych nie za­mie­rzam nawet pisać.

Czu­jąc, że nie­prze­spa­na noc za­czy­na się o mnie upo­mi­nać i nie wy­trzy­mam długo z otwar­ty­mi ocza­mi, wy­grze­ba­łem z torby mar­ke­ra i pod­sze­dłem do drzwi, by wy­ma­lo­wać na nich ochron­ne sym­bo­le – a przy­naj­mniej sym­bo­le, o któ­rych po­tęż­nej mocy za­pew­niał mnie In­ter­net.

W sku­pie­niu, sta­ra­jąc się prze­ko­nać sa­me­go sie­bie, że to fak­tycz­nie może coś dać, kre­śli­łem na drew­nie wy­myśl­ne znaki.

I wtedy znów usły­sza­łem pu­ka­nie. Ci­chut­kie, jakby ko­bie­ta z par­kin­gu się ze mną draż­ni­ła. Strach oplótł mi serce i trze­wa zim­ny­mi mac­ka­mi. Ale skąd, gdzie? Sta­łem do­kład­nie mię­dzy drzwia­mi wej­ścio­wy­mi a szafą – jedno i dru­gie było prze­cież otwar­te!

Od­wró­ci­łem się po­wo­li. Palce, które za­ci­ska­łem na wy­cią­gnię­tym przed sie­bie mar­ke­rze, po­bie­la­ły mi z wy­sił­ku.

– Paweł! – do­bie­gło mnie wście­kłe syk­nię­cie. – Otwórz wresz­cie! Mu­sisz otwo­rzyć, obie­ca­łeś.

Mój wzrok za­trzy­mał się na sto­ją­cym obok łóżka sto­li­ku noc­nym, na ma­leń­kiej szu­fla­dzie pod bla­tem. Prze­ra­ża­ją­ce od­gło­sy do­bie­ga­ły wła­śnie z niej. Za­krę­ci­ło mi się w gło­wie – prze­cież ona ab­so­lut­nie nie mogła tam wleźć!

– Paweł! – krzyk­nę­ła moja prze­śla­dow­czy­ni, tak gło­śno, że sto­lik aż pod­sko­czył. – Otwórz!

– Zo­staw mnie! – jęk­ną­łem w bez­sil­nej proś­bie. – Czego ty chcesz?

– Chcę tylko, żebyś mi otwo­rzył. Tak, jak obie­ca­łeś.

Prze­tar­łem oczy i skro­nie. To wszyst­ko nie mogło się prze­cież dziać na­praw­dę! Gdy na­ra­sta­ją­ce stu­ka­nie zmu­si­ło mnie do po­now­ne­go spoj­rze­nia na sto­lik, mu­sia­łem za­sło­nić usta, by po­wstrzy­mać się od krzy­ku.

Szu­flad­ka miała nie­wiel­ką dziur­kę na klu­czyk – i wła­śnie z tego otwo­ru po­wo­li wy­su­nął się czar­ny, pa­ty­ko­wa­ty kształt. Za­kwi­li­łem jak mała dziew­czyn­ka na widok nie­na­tu­ral­nych, prze­ry­wa­nych ru­chów. Kształt szyb­ko oka­zał się o wiele dłuż­szy niż ludz­ki palec – się­gnął pod­ło­gi, po­wo­li zba­dał ją, stu­ka­jąc w li­no­leum, po czym zgiął się w nie­moż­li­wy spo­sób i wy­son­do­wał blat sto­li­ka. Na mo­ment za­trzy­mał się na lap­to­pie.

– Paweł – roz­le­gło się prze­cią­głe, ro­ze­dr­ga­ne wo­ła­nie. – Pa­aaweł, gdzie je­steś? Chodź tu i otwórz mi, jak obie­ca­łeś!

Tego było zde­cy­do­wa­nie zbyt wiele – rzu­ci­łem się do uciecz­ki. Tym razem na szczę­ście mia­łem klu­czy­ki w kie­sze­ni. Nie wiem, czy po­tra­fił­bym się zbli­żyć do tego prze­klę­te­go sto­li­ka, by je za­brać – lap­to­pa bez za­sta­no­wie­nia spi­sa­łem na stra­ty.

Bie­głem przez ko­ry­tarz jak opę­ta­ny. Scho­dy po­ko­na­łem, ska­cząc co dwa, albo i wię­cej stop­ni. Cudem nie skrę­ci­łem kost­ki. W sieni za­wa­dzi­łem o sto­ją­cy przy ścia­nie wie­szak na ubra­nia – prze­wró­cił się z ło­sko­tem.

– Ej, co pan?! – wrza­snę­ła re­cep­cjo­nist­ka, gdy pró­bo­wa­łem wy­plą­tać się z płasz­czy i sza­li­ków, które skrę­po­wa­ły mi nogi jak sidła. – Co pan?

– Prze­pra­szam – wy­stę­ka­łem. Chcia­łem się le­piej wy­tłu­ma­czyć, ale nic nie przy­szło mi do głowy. Oswo­bo­dzi­łem stopy i wy­bie­głem za drzwi, w noc, pro­sto do cze­ka­ją­ce­go na par­kin­gu sa­mo­cho­du. Re­cep­cjo­nist­ka krzy­cza­ła coś jesz­cze za moimi ple­ca­mi, ale nie zwra­ca­łem uwagi. Pra­gną­łem tylko od­je­chać i zna­leźć się jak naj­da­lej od tego prze­klę­te­go mo­te­lu. Ulga, którą od­czu­łem na widok czer­wo­nej Hondy, była wręcz nie­wy­sło­wio­na… Szko­da, że trwa­ła tak krót­ko.

Z da­le­ka zo­ba­czy­łem, że coś jest nie tak, choć ciem­no­ści nie po­zwo­li­ły mi do­strzec, o co tak na­praw­dę cho­dzi. Do­pie­ro w od­le­gło­ści kilku kro­ków od auta sta­ną­łem jak wryty.

Szyby były cał­ko­wi­cie za­pa­ro­wa­ne, jakby ktoś za­mon­to­wał w środ­ku prysz­nic. Mo­zai­ka drob­niut­kich kro­pli two­rzy­ła nie­prze­nik­nio­ną za­po­rę.

Nie roz­ma­wia­łem ze Stwór­cą chyba od pierw­szej ko­mu­nii, ale w tam­tym mo­men­cie mo­dli­łem się, bym nie miał racji – do­my­śla­łem się prze­cież, kto jest w Hon­dzie.

Ciem­na plam­ka po­ja­wi­ła się na szy­bie od stro­ny kie­row­cy. Po chwi­li uro­sła, by stać się wy­gię­tą kre­ską, na tyle sze­ro­ką, że wy­raź­nie zo­ba­czy­łem czar­ny, szpi­cza­sty szpon i cią­gną­cą za nim ka­ry­ka­tu­rę ludz­kiej dłoni, po­skrę­ca­ną z wy­su­szo­nych, pa­ją­ko­wa­tych witek.

Kre­ska do­mknę­ła się, two­rząc li­te­rę „O”. Obok niej za­czę­ła po­ja­wiać się ko­lej­na, tym razem po­zio­ma – od razu zro­zu­mia­łem, że bę­dzie to „T”.

Nagły trzask prze­rwał nocną ciszę – to ja po­trak­to­wa­łem się siar­czy­stym po­licz­kiem. Po­pra­wi­łem z dru­giej stro­ny. Ból otrzeź­wił mnie nieco, ale li­te­ry na szy­bie nie zni­kły. Ru­szy­łem przed sie­bie, bez­myśl­nie, pie­szo. Naj­pierw ser­wi­sów­ką wzdłuż au­to­stra­dy, potem skrę­ci­łem w las.

Śmia­łem się – tak, śmia­łem się w głos, ma­sze­ru­jąc po ciem­ku mię­dzy drze­wa­mi. Mój umysł mu­siał być na kra­wę­dzi i cze­piał się ostat­niej me­to­dy roz­ła­do­wa­nia na­pię­cia, która mu zo­sta­ła. To był ata­wi­stycz­ny, nie­kon­tro­lo­wa­ny od­ruch i w jakiś spo­sób było mi wstyd, że po­czu­łem się od tego ciut le­piej.

– Tak – po­wie­dzia­łem. Po­dob­no mó­wie­nie do sie­bie jest ozna­ką zdro­wej psy­chi­ki… ja bym kwe­stio­no­wał takie sta­no­wi­sko. – Tak – po­wtó­rzy­łem. – Zo­sta­nę tu, w lesie, gdzie nie ma żad­nych drzwi, żad­nych sto­li­ków, żad­nych sa­mo­cho­dów i w ogóle nic, co można by otwo­rzyć! Zo­sta­nę tu, aż to cho­ler­stwo się znu­dzi, albo na za­wsze, jeśli bę­dzie trze­ba!

Ab­surd tej myśli roz­ba­wił mnie jesz­cze bar­dziej. Ale po chwi­li, jakby jakiś prze­łącz­nik w mojej gło­wie po­trze­bo­wał se­kun­dy, żeby za­sko­czyć, wy­da­ła mi się ona cał­kiem roz­sąd­ną – ba, oczy­wi­stą! Mu­sia­łem ukryć się jak naj­da­lej od wszel­kich drzwi, bram i drzwi­czek! Las był jak sank­tu­arium!

Prze­sze­dłem jesz­cze ka­wa­łek, aż do­bie­ga­ją­cy od au­to­stra­dy szum sa­mo­cho­dów prze­stał do mnie do­cie­rać, roz­sia­dłem się pod drze­wem i roz­ko­szo­wa­łem ciszą. Choć od mo­men­tu, w któ­rym moje miesz­ka­nie na­wie­dzi­ła ko­bie­ta z par­kin­gu, mi­nę­ło rap­tem kilka go­dzin, mia­łem wra­że­nie, że po raz pierw­szy od wie­ków mogę czuć się bez­piecz­nie.

Nawet nie wiem, kiedy za­sną­łem.

*

Obu­dzi­łem się skost­nia­ły, otę­pia­ły i z bo­lą­cą głową. Nie pa­mię­ta­łem, gdzie je­stem, więc w na­tu­ral­nym od­ru­chu prze­krę­ci­łem się na drugi bok, tylko po to, by stłuc sobie bio­dro o wy­sta­ją­cy z ziemi ko­rzeń.

Pod wciąż za­ci­śnię­tą po­wie­ką, po­czu­łem nie­zno­śne dra­pa­nie – uczu­cie, jakby rzęsa wpa­dła mi do oka i draż­ni­ła de­li­kat­ne biał­ko… tylko po­mno­żo­ne dzie­sięć razy.

Serce wsko­czy­ło mi na mak­sy­mal­ne ob­ro­ty, gdy po­wtó­rzy­ło się to na dru­gim oku.

– Paweł… Paweł, otwórz! – roz­le­gła się wy­da­na ro­ze­dr­ga­nym gło­sem ko­men­da. – Otwórz oczy, Paweł!

– Nie – jęk­ną­łem. – Nie!

Za­ci­sną­łem po­wie­ki aż do bólu, naj­moc­niej, jak tylko po­tra­fi­łem. Skro­ba­nie nie usta­ło – prze­ciw­nie, na­si­la­ło się z każdą se­kun­dą, jakby upiór, mon­strum, czym do cho­le­ry ona była, tylko się roz­sier­dził. De­spe­rac­ko wy­cią­gną­łem ręce, żeby zrzu­cić z sie­bie ko­bie­tę z par­kin­gu… ale moje dło­nie tra­fi­ły je­dy­nie w po­wie­trze! Prze­tar­łem nimi twarz – nic! Wy­raź­nie czu­łem od­nó­ża pró­bu­ją­ce ro­ze­wrzeć mi po­wie­ki, wy­raź­nie czu­łem kłu­ją­ce wło­ski, wbi­ja­ją­ce się w źre­ni­ce, ale ni­cze­go tam nie było!

– No otwórz, Paweł! Obie­ca­łeś mi otwo­rzyć! – ogłu­sza­ją­co wył ko­bie­cy głos.

Pa­ni­ka się­gnę­ła ze­ni­tu. Skoro nawet leśne ostę­py nie gwa­ran­to­wa­ły bez­pie­czeń­stwa i skoro nie dało się choć­by do­tknąć mojej prze­śla­dow­czy­ni, to co mo­głem zro­bić?

Wie­dzia­łem tylko, że jest jedna rzecz, któ­rej ab­so­lut­nie zro­bić nie mogę.

Wsta­łem z tru­dem, cały czas przy­ci­ska­jąc dło­nie do oczu. Po raz ko­lej­ny rzu­ci­łem się do sza­leń­czej uciecz­ki. Nie za­sta­na­wia­łem się, po co to robię, skoro upiór naj­wy­raź­niej po­dą­żał za mną wszę­dzie – to był im­puls, in­stynkt, au­to­ma­tycz­na re­ak­cja osa­czo­ne­go zwie­rzę­cia. Byłem jak spło­szo­na sarna, która rzuca się do uciecz­ki na widok wie­lo­krot­nie mniej­sze­go od sie­bie psa, tylko po to, by skrę­cić kark na dru­cia­nym pło­cie.

I – jak łatwo się do­my­ślić – bie­ga­nie na ślepo po lesie skoń­czy­ło się dość po­dob­nie. Nie pa­mię­tam mo­men­tu, w któ­rym wy­rżną­łem czo­łem w coś twar­de­go – w jed­nej se­kun­dzie ucie­ka­łem, w dru­giej ta­rza­łem się w ściół­ce z pę­ka­ją­cą czasz­ką. Chyba tylko cud po­wstrzy­mał mnie przed otwo­rze­niem oczu. Wło­cha­te od­nó­ża wci­ska­ły się głę­bo­ko pod po­wie­ki i mia­łem wra­że­nie, że za chwi­lę ominą wil­got­ne gałki oczne i się­gną głę­biej, wzdłuż nerwu, pro­sto do tka­nek mózgu.

– No, Paweł – głos ko­bie­ty brzmiał ina­czej. Jakby od­zy­wa­ła się w nim nuta trium­fu. – Dajże już spo­kój i otwórz!

Mówią, że to­ną­cy brzy­twy się chwy­ta – ja też się czu­łem, jakby za mo­ment miała mnie po­chło­nąć toń oce­anu. Bez­wied­nie son­du­ją­ca ściół­kę ręka na­tra­fi­ła na uła­ma­ną gałąź. Chwy­ci­łem ją jak oręż i za­czą­łem wy­ma­chi­wać przed sobą w kie­run­ku, z któ­re­go zda­wał się do­bie­gać głos, ale poza ury­wa­nym świ­stem nie dało to żad­ne­go efek­tu.

– Paweł, Paweł, Paweł. – Be­stia brzmia­ła na roz­ba­wio­ną. – Nie skrzyw­dzisz mnie kij­kiem. Otwórz oczy i miej­my to za sobą. Przy­po­mi­nam: obie­ca­łeś mi to!

Zro­zu­mia­łem, że ma rację.

Jej nie mo­głem skrzyw­dzić.

Zła­pa­łem gałąź moc­niej i pchną­łem zde­cy­do­wa­nym ru­chem.

Wrza­sną­łem prze­raź­li­wie, gdy uła­ma­ny ko­niec roz­orał mi oko. Krew zmie­sza­na z wod­ni­sty­mi glu­ta­mi spły­nę­ła po po­licz­ku. Nigdy nie czu­łem ta­kie­go bólu – ale wie­dzia­łem, że muszę wy­trzy­mać go jesz­cze raz.

*

Resz­tę hi­sto­rii zna­cie. Grzy­bia­rze zna­leź­li mnie zzięb­nię­te­go, śle­pe­go, we krwi. Chyba nawet byłem przy­tom­ny – do końca nie pa­mię­tam. W każ­dym razie we­zwa­li po­li­cję, a mili pa­no­wie w mun­du­rach przy­sła­li mnie do was.

Tak że, za­pew­niam – nie będę spra­wiał kło­po­tów. Zjem każdą pa­styl­kę, którą mi dacie, grzecz­nie na­si­kam do ku­becz­ka, mo­że­cie mnie nawet za­wi­nąć w ka­ftan i wrzu­cić do mi­łe­go po­ko­iku z mięk­ki­mi ścia­na­mi. Nie ma naj­mniej­sze­go pro­ble­mu. Pro­szę was tylko o dwie rze­czy.

Po pierw­sze, prze­każ­cie tę hi­sto­rię dalej. Trze­ba wresz­cie za­cząć gło­śno mówić o rze­czach cza­ją­cych się w cie­niu. Do­pó­ki bę­dzie­my uda­wać, że z naszą rze­czy­wi­sto­ścią wszyst­ko jest w po­rząd­ku, że da się ją po­znać szkieł­kiem i okiem, do­pó­ty bę­dzie­my bez­bron­ni. Lu­dzie muszą wie­dzieć! To prze­cież mogło się zda­rzyć każ­de­mu!

I druga spra­wa, dla mnie o wiele waż­niej­sza: bła­gam, pa­no­wie. Za­kli­nam was! Nie za­my­kaj­cie tych drzwi!

Koniec

Komentarze

Cześć, GalicyjskiZakapiorze!

Tego mi było trzeba. Często gęsto zaglądam do horrorów i tu miałem straszka, co jest zjawiskiem u mnie rzadkim. Najlepsze wrażenie było za pierwszym razem. No i świetny motyw w motelu z tej szufladki, gdy patyko odnóżo palec wyłaził. Przypomniał mi się też Palec, S. Kinga. 

Troszkę zepsułeś to końcówką, bo chłop wylądował w psychiatryku, dlatego możesz mieć zażalenia w postaci pt. gdzie tu fantastyka, jeśli pacjent był chory, ale wydaje mi się, że opowiadanie nie traci zbyt wiele mocy z tego tytułu.

Super horrorek. 

Klik 

Pozdrawiam

Witam :]

 

Tego mi było trzeba. Często gęsto zaglądam do horrorów i tu miałem straszka, co jest zjawiskiem u mnie rzadkim. Najlepsze wrażenie było za pierwszym razem.

Bardzo mi miło :)

 

Przypomniał mi się też Palec, S. Kinga. 

Nie czytałem, ale zerknę.

 

Troszkę zepusłeś to końcówką, bo chłop wylądował w psychiatryku, dlatego możesz mieć zażalenia w postaci pt. gdzie tu fantastyka, jeśli pacjent był chory

Hmmm raczej typowym motywem w horrorze jest, że nikt bohaterowi nie wierzy i ląduje on w psychiatryku, przynajmniej tymczasowo.

 

Dzięki za wizytę i pozdrawiam również

 

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

No tak, ale w tym przypadku wierzę bohaterowi. Chętnie przeczytałbym rozwinięcie opowiadania. Najlepiej, gdyby akcja działa się w psychiatryku.

To zbieg okoliczności, ale akurat mam na warsztacie opowiadanie, które rozpoczyna się sceną w szpitalu psychiatrycznym, z tym że bohaterem głównym jest sanitariusz.

Pozdrawiam

Witaj. :)

Baaardzo dobry horror. ;) Piszesz tak, że musimy wczuć się w rolę głównego bohatera, uciekać z nim i podobnie myśleć, nie ma innej opcji. :) 

Parę razy zatrzymał mnie dialog, np. tu:

Czułem, że za chwilę mogą nie wytrzymać – Otwórz! Obiecałeś! Otwórz!

 

Były też nieliczne powtórzenia, a tu jest literówka:

Obejrzałem instrukcję wykonania asyryjskiego amuletu protekcji i prastarego rytuału wygania, zapisałem w telefonie numer do kurii, na wypadek, gdybym faktycznie zdecydował się na pomoc egzorcysty.

 

Jest groza, rosnąca co chwila i nieustanna, lecz jest również znakomity humor. ;) 

Brawka, klik, pozdrawiam serdecznie. ;) 

Pecunia non olet

No tak, ale w tym przypadku wierzę bohaterowi.

No, bo on mówi prawdę, tylko doktóry mu nie wierzą :)

 


bruce,

 

Baaardzo dobry horror. ;) Piszesz tak, że musimy wczuć się w rolę głównego bohatera, uciekać z nim i podobnie myśleć, nie ma innej opcji. :) 

 

Bardzo mi miło :) Pozdrawiam również

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Przeczytałem jednym haustem, świetny tekst z bardzo dobrym wyczuciem tempa i stopniowaniem dramaturgii. Również klikam.

Dzięks, pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Przeczytałem jednym haustem, świetny tekst z bardzo dobrym wyczuciem tempa i stopniowaniem dramaturgii. Również klikam.

Dzięki za wizytę, kronos i cieszy mnie taka opinia :)

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Serwus, GZ

Moim zdaniem porwałeś się na najtrudniejszy gatunek beletrystyki – horror. O ile w filmie stosunkowo łatwo wzbudzić poczucie grozy obrazem i dźwiękiem, o tyle w słowie pisanym to zadanie znacznie trudniejsze.

Tobie jednak się udało. Bardzo dobry pomysł na fabułę i sprawne wykonanie. Doceniam, że wybrałeś drogę bez krwi, flaków i innych ekstremalnych atrakcji. Budowanie strachu poprzez niedopowiedzenia i niepewność to skuteczny zabieg.

Podobnie jak Bruce zauważyłem w tekście kilka drobnych „humorków”. Nie wiem, czy to celowy zabieg, czy wyszło mimochodem (stawiam na to pierwsze). Dla mnie to jedyny drobny minus. Nawet lekki uśmiech w opowiadaniu grozy potrafi rozładować starannie budowane napięcie.

Fakt, że bohater wylądował w psychiatryku, moim zdaniem nie odbiera tekstowi znamion fantastyki czy horroru. Samo to, że bohater w to wierzył – niezależnie od tego, czy coś rzeczywiście się wydarzyło – już wprowadza element fantastyczny.

 

Bardzo dobre opowiadanie. Pozdroklik.

rr

Witam Robercie :)

 

Tobie jednak się udało. Bardzo dobry pomysł na fabułę i sprawne wykonanie. Doceniam, że wybrałeś drogę bez krwi, flaków i innych ekstremalnych atrakcji. Budowanie strachu poprzez niedopowiedzenia i niepewność to skuteczny zabieg.

Bardzo mi miło :0

 

Podobnie jak Bruce zauważyłem w tekście kilka drobnych „humorków”. Nie wiem, czy to celowy zabieg, czy wyszło mimochodem (stawiam na to pierwsze). Dla mnie to jedyny drobny minus. Nawet lekki uśmiech w opowiadaniu grozy potrafi rozładować starannie budowane napięcie.

Hmmm wezmę to sobie do serca. Starałem się tu ograniczyć dowcip i zostawić tylko trochę, ale może faktycznie trzeba by go całkiem wyciąć.

 

Pozdrawiam i dzięki za wizytę

 

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Hej! Twoich tekstów jeszcze nie skomentowałem bo niestety bardzo szybko dostajesz plusy, nie dziwiota zresztą, zwłaszcza, że teksty masz naprawdę mocne.

 

Tak też, jest i tym razem :) Osobiście uważam, jak Robert, że beletrystyka i horor w parze idą rzadko bo i trudno coś takiego oddać i opisać grozę w formie 1-os. Nie mniej w mojej opinii sam twist z psychiatrykiem mi się podobał, bo lekko się spodziewałem zakończenia bardziej klasycznego to tym mnie zaskoczyłeś, a ja takowe bardzo twisty lubią. Ja osobiście nie jestem przekonany, że to odbiera fantastykę. Nie wiemy tego, czy to była prawda czy nie. Czy lekarz psychiatryk oceni i wydaje decyzje czy to co widział i przeżył byłą prawdą? Nie.

 

Humorki też wyłapałem, ale moim zdaniem nie odbiera walorów tego tekstu. 

Natomiast uważam, że tekst byłby znacznie lepszy gdybyś napisał go jednak w formie narracyjnej. Historia jest bardzo fajna i mógłbyś pokusić się wtedy na dodatkowe niedopowiedzenie na końcu psychiatryka. Lecz to nie mi decydować i radzić:)

 

 

Klik :) 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :)

Twoich tekstów jeszcze nie skomentowałem bo niestety bardzo szybko dostajesz plusy

Suffering from Success – Wikipedia

 

Natomiast uważam, że tekst byłby znacznie lepszy gdybyś napisał go jednak w formie narracyjnej.

Właśnie nie chciał mi ten tekst wyjść w 3os. Po części pewnie dlatego, że jakoś się nie mogę nauczyć pisać w 3os, mimo prób usilnych, ale też teraz ma taki vibe “found-footage”, który tu chyba był trochę potrzebny.

 

Dzięki za wizytę i pozdrawiam

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Ja nawet, cholera, horoskopów nie czytam!

Ja tylko chciałem, żeby ktoś mi otworzył drzwi…

Jajoza wyszła;)

Ponieważ w języku polskim skoro biłem, piłem, i kupię to ewidentnie ja, więc używamy tylko do wyjątkowego wzmocnienia. 

 

Automatyczne lampy zdążyły zauważyć, że mnie tam nie ma, zdecydowały się zgasnąć i ciemność otuliła pomieszczenie.

Nie wiem czy ta personifikacja lamp ma jakieś znaczenie dla reszty tekstu, ale brzmi dziwacznie. Jakby lodówka zdecydowała się schłodzić mięso. 

 

zobaczyłem ruch. Tylko ruch

Warto unikać bliskich powtórzeń. 

 

Fajny klimat. Horror najstraszniejszy, ze strasznych bo zwyczajny. 

Nieślubne dziecko słodkie. 

 

delulu managment

Witam :)

 

Ponieważ w języku polskim skoro biłem, piłem, i kupię to ewidentnie ja, więc używamy tylko do wyjątkowego wzmocnienia. 

Hm no ale o to tu chodziło. Narrator sugeruje: ja nie robiłem takich rzeczy (ale inni, być może, je robią i mogą sobie w ten sposób napytać biedy).

 

Nie wiem czy ta personifikacja lamp ma jakieś znaczenie dla reszty tekstu, ale brzmi dziwacznie. Jakby lodówka zdecydowała się schłodzić mięso.

Nie ma, lubię trochę personifikować, ale może faktycznie przegiąłem z tym zdecydowaniem xd Zmienię.

 

Horror najstraszniejszy, ze strasznych bo zwyczajny. 

Dziękuję bardzo. Taki był zamysł :)

 

Dzięki za wizytę i pozdrawiam

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Hejka!

Świetnie zbudowane napięcie, od zwyczajnego zatrzaśnięcia drzwi do zupełnego szaleństwa. 

Motyw obietnicy, która ostatecznie staje się wyrokiem dla bohatera, potęguje grozę z każdym kolejnym zdaniem. Słowo “otwórz” im więcej razy wypowiedziane, brzmi coraz bardziej niepokojąco, co trzyma w narastającym napięciu. Finału zupełnie się nie spodziewałam, a jego brutalność i hmm konsekwencja jest prawdziwą wisienką na torcie. Bardzo dobre opowiadanie.

Pozdrawiam. 

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Witam :)

 

Świetnie zbudowane napięcie, od zwyczajnego zatrzaśnięcia drzwi do zupełnego szaleństwa. 

Finału zupełnie się nie spodziewałam, a jego brutalność i hmm konsekwencja jest prawdziwą wisienką na torcie.

Taki właśnie był plan, żeby zacząć z niczego i skończyć wysokim “C”.

 

Dziękuję za wizytę, cieszę się, że się podobało i pozdrawiam

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Jest i strasznie, i śmiesznie, czyli tak jak lubię. Opowiadanie ma dystans wobec samego siebie, dobrze się czyta, i choć gag/strach jest powtarzany, to i tak byłem ciekawy, co stanie się dalej. Dla mnie dowód, że dobry autor nie potrzebuje wiele, żeby przyciągnąć uwagę czytelnika. Dobrze się bawiłem i miałem poczucie, że taka “lekkość” towarzyszyła również pisaniu (choć może się mylę i tekst powstawał w pocie czoła :) ).

Jest nawet morał – dotrzymywać obietnic!

choć może się mylę i tekst powstawał w pocie czoła :)

W pocie to może nie, ale męka twórcza trochę była obecna. Trudno pisać o potworze, którego widać tylko kawałek, który w kółko gada to samo i z którym bohater nie może się w żaden sposób skonfrontować… ale jakby w tym właśnie była cała rzecz.

i tak byłem ciekawy, co stanie się dale

Cieszy mnie to :)

 

Dzięki za wizytę i pozdrawiam!

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Nie wiem, co przydarzyło się Pawłowi, ale to, co go spotkało, było horrorem najwyższej jakości, skoro w tak krótkim czasie doprowadziło bohatera do tak drastycznych, desperackich i ostatecznych kroków. A najbardziej podoba mi się, ze potwora jest tak niewiele, w dodatku niewiele mówi, jednak stwarza aurę nad wyraz paskudnej grozy.

Zakapiorze, mam nadzieję, że poprawisz usterki, bo chciałabym doklikać Bibliotekę. :)

 

– Wiel­kie dzię­ki! Bałem się, że przyj­dzie mi tam sie­dzieć do pią­tej – po­wie­dzia­łem, ale od­po­wie­dzia­ło tylko echo… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: – Wiel­kie dzię­ki! Bałem się, że przyj­dzie mi tam sie­dzieć do pią­tej – po­wie­dzia­łem, ale usłyszałem tylko echo własnych słów

 

Na­ma­ca­łem ci­śnię­ty w kąt ti­szert, żeby choć tro­chę się okryć i na pa­lusz­kach pod­kra­dłem się pod drzwi, żeby ukrad­kiem… → Nie brzmi to najlepiej

Proponuję: Na­ma­ca­łem ci­śnię­ty w kąt T-shirt, aby choć tro­chę się okryć i cichutko, na pa­lusz­kach podszedłem pod drzwi, żeby ukrad­kiem

 

Ska­ra­nie bo­skie z gów­na­że­rią. → Ska­ra­nie bo­skie z gówniarzerią.

 

prze­cież wy­bit­nie wręcz nie śmiesz­ny… → …prze­cież wy­bit­nie wręcz nieśmiesz­ny

 

Po­ło­ży­łem się, nie po­ście­liw­szy nawet łóżka i nie zdjąw­szy ubrań… → Po­ło­ży­łem się, nie po­ście­liw­szy nawet łóżka i nie zdjąw­szy ubrania

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, którą ktoś ma na sobie to ubranie.

 

Żując wargę, prze­wi­ja­łem ko­lej­ne ki­lo­me­try… → Można przygryźć/ przygryzać wargę, ale obawiam się, że nie można wargi żuć.

Za SJP PWN: żuć «gryźć coś powoli, obracając w ustach»

 

Nie roz­ma­wia­łem ze Stwór­cą chyba od Pierw­szej Ko­mu­nii… → Nie roz­ma­wia­łem ze Stwór­cą chyba od pierw­szej ko­mu­nii

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witam, Reg :)

 

A najbardziej podoba mi się, ze potwora jest tak niewiele, w dodatku niewiele mówi, jednak stwarza aurę nad wyraz paskudnej grozy.

Cieszy mnie taka opinia, bo właśnie taki mniej więcej efekt miałem na myśli. Podzielam popularną chyba opinię, że najlepszy potwór to taki, którego mało widać i na tym założeniu tekst jest w dużej mierze oparty.

 

Usterki oczywiście poprawiłem i za wskazanie dziękuję yes Zaskoczyła mnie w pierwszej chwili pisownia słowa “gówniarzeria”… ale w sumie oczywiste, że pisze się to jak “gówniarz” a nie jak “menażeria”.

 

Dzięki za wizytę i pozdrawiam!

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Bardzo proszę, Zakapiorze. Teraz pędzę do klikarni. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dopiero gdy już leżałem w pierzynach

Namacałem ciśnięty w kąt T-Shirt

T-shirt.

Brzmiało to, jakby kobieta z parkingu chciała jedynie przypomnieć mi o swojej obecności

Chyba zbędny ten przecinek.

 

Szkoda, że nie opublikowałeś na konkurs “weirdzarro” – tekst wpasowałby się idealnie.

Powtórzyłeś luźny, gawędziarski styl narracji niczym na przesłuchaniu, z nutką ironii i humoru – tym razem wyszło jeszcze naturalniej. Już wcześniej podobał mi się ten zabieg, teraz tym bardziej.

Przez moment miałem wrażenie, że użyjesz motywu ze starej pasty, że bohater widzi zupełną ciemność przez judasza, bo bestia ma jednolicie czarne oczy i tak naprawdę patrzą w wizjer w tym samym momencie. Jak byłem dzieciakiem pamiętam, że ta historia mnie bardzo przestraszyła.

Doceniam, że nie poszedłeś w najbardziej nasuwające się zakończenie, ale nadal jestem ciekaw co by się stało, gdyby w końcu łaskawie otworzył. 

Nie wiem czy podoba mi się finał, czy nie, widzę, że są zwolennicy i przeciwnicy. Ja stoję tak po środku. Nie dlatego, że odbiera fantastyki, po prostu nie zaspokoił mnie i mojego wielkiego zainteresowania podczas lektury. 

Ogólnie ciekawe, dobrze, luźno napisane. Pomysł oryginalny, a “potwór” intrygujący, bardzo lubię, kiedy zjawa ma swój tekścik, który używa nagminnie. 

Fantomowy klik, zastanowię się jeszcze nad nominacją, bo zrobiło na mnie może nie aż takie wrażenie jak “Czarna Haoma”, ale bardzo dobre. Z drugiej strony nie powinno się porównywać w ten sposób. No nic, przemyślę.

Pozdrawiam, dzięki za dobrą lekturę.

You cannot petition the Lord with prayer!

Dopiero gdy już leżałem w pierzynach

Namacałem ciśnięty w kąt T-Shirt

T-shirt.

Brzmiało to, jakby kobieta z parkingu chciała jedynie przypomnieć mi o swojej obecności

Chyba zbędny ten przecinek.

 

Szkoda, że nie opublikowałeś na konkurs “weirdzarro” – tekst wpasowałby się idealnie.

Powtórzyłeś luźny, gawędziarski styl narracji niczym na przesłuchaniu, z nutką ironii i humoru – tym razem wyszło jeszcze naturalniej. Już wcześniej podobał mi się ten zabieg, teraz tym bardziej.

Przez moment miałem wrażenie, że użyjesz motywu ze starej pasty, że bohater widzi zupełną ciemność przez judasza, bo bestia ma jednolicie czarne oczy i tak naprawdę patrzą w wizjer w tym samym momencie. Jak byłem dzieciakiem pamiętam, że ta historia mnie bardzo przestraszyła.

Doceniam, że nie poszedłeś w najbardziej nasuwające się zakończenie, ale nadal jestem ciekaw co by się stało, gdyby w końcu łaskawie otworzył. 

Nie wiem czy podoba mi się finał, czy nie, widzę, że są zwolennicy i przeciwnicy. Ja stoję tak po środku. Nie dlatego, że odbiera fantastyki, po prostu nie zaspokoił mnie i mojego wielkiego zainteresowania podczas lektury. 

Ogólnie ciekawe, dobrze, luźno napisane. Pomysł oryginalny, a “potwór” intrygujący, bardzo lubię, kiedy zjawa ma swój tekścik, który używa nagminnie. 

Fantomowy klik, zastanowię się jeszcze nad nominacją, bo zrobiło na mnie może nie aż takie wrażenie jak “Czarna Haoma”, ale bardzo dobre. Z drugiej strony nie powinno się porównywać w ten sposób. No nic, przemyślę.

Pozdrawiam, dzięki za dobrą lekturę.

You cannot petition the Lord with prayer!

Witam :]

 

Szkoda, że nie opublikowałeś na konkurs “weirdzarro” – tekst wpasowałby się idealnie.

To o taki weird chodziło w tamtym konkursie? To ja chyba nie zrozumiałem założeń…

 

Przez moment miałem wrażenie, że użyjesz motywu ze starej pasty, że bohater widzi zupełną ciemność przez judasza, bo bestia ma jednolicie czarne oczy i tak naprawdę patrzą w wizjer w tym samym momencie. Jak byłem dzieciakiem pamiętam, że ta historia mnie bardzo przestraszyła.

Tam chyba czerwone były :D

 

Fantomowy klik, zastanowię się jeszcze nad nominacją, bo zrobiło na mnie może nie aż takie wrażenie jak “Czarna Haoma”, ale bardzo dobre.

Cieszy mnie choćby fantomowy :)

 

Dzięki za wizytę i pozdrawiam

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

To o taki weird chodziło w tamtym konkursie? To ja chyba nie zrozumiałem założeń…

Mam wrażenie, że nie rozumiałem założeń konkursu od początku, a teraz nie rozumiem ich jeszcze bardziej po czasie. Ale teksty mi się podobały :D

Tam chyba czerwone były :D

Tak, tak. Po prostu jakoś miałem to skojarzenie czytając.

 

 

You cannot petition the Lord with prayer!

Jedną z największych zalet opowiadania jest moim zdaniem sposób narracji. Bardzo mi się podobało, że znalazło się w nim trochę humoru, daje to fajny kontrast z napięciem i grozą. Dystans i poczucie humoru głównego bohatera bardzo ciekawie łączą się z zakończeniem.

Samo zakończenie mnie po prostu urzekło. Czuć w nim i desperację i odwagę bohatera.

Jeśli musiałabym się czegoś doczepić, to mam wrażenie, że znalazło się kilka przesadnie rozbudowanych zdań, ale możliwe, że to tylko moje odczucia.

Pozdrawiam.

Przybyłam Was nawiedzać

Witam L.Keller :) Miło mi, że się podobało

 

 

Jedną z największych zalet opowiadania jest moim zdaniem sposób narracji.

Cieszę się :)

 

Jeśli musiałabym się czegoś doczepić, to mam wrażenie, że znalazło się kilka przesadnie rozbudowanych zdań, ale możliwe, że to tylko moje odczucia.

Nie wykluczam, na pewno zdarza mi się rozpędzić nad miarę. Szkoda, że nie wskazałaś, o które na przykład chodzi, może dałbym radę je pociachać.

 

Dzięki za wizytę i pozdrawiam!

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Fajnie się to czytało :) Jest super, mnie to nie wystraszyło, ale (tak mi się wydaje) lekka ironia, z którą opisuje swoje zmagania bohater jest ekstra. Język opisu i fakty, które ten język opisuje zupełnie do siebie nie pasują, a jednak idą zupełnie ze sobą w parze. 

Sam pomysł – oryginalny do cna (chyba!) i wykonanie jest świetne. Przeczytane między wstawieniem kaszy, a jej wyciągnięciem. Trochę szkoda, że nie było dłuższe… ale rozumiem, że ta forma to dobra forma. Dzięki za to!

Drake

Szkoda że na początku piszesz o horrorze to od razu rozładowuje napięcie

używasz też wyświechtanych zwrotów co psuje odbiór

jak dla mnie za dużo opowiadania a za mało pokazywania jak na horror

Hej TheGuru, dzięki za wizytę!

 

używasz też wyświechtanych zwrotów co psuje odbiór

Hmm przyznam, że nigdy specjalnie nie zastanawiałem się nad tym, czy moje zwroty są często używane. Będę musiał zacząć zwracać uwagę.

 

Pozdrawiam!


Hej Draeke6!

 

Miło mi że się podobało.

 

Sam pomysł – oryginalny do cna (chyba!)

Czy ja wiem…? Na pewno koncepcja stwora, który objawia się głównie odgłosami nie jest niczym nowym, podobnie jak bohater prześladowany przez “złe” aż do utraty zmysłów. A domaganie się wpuszczenia to już klasyka – motyw pewnie jeszcze ze starożytnych mitów wampirycznych, a jeśli nawet nie, to w popkulturze obecny od jej zarania.

Chciałbym myśleć, że udało się te rzeczy w oryginalny sposób połączyć.

 

Pozdrawiam również!

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Przyjemny horrorek.

Ciekawiło mnie, co by się stało, gdyby bohater otworzył jakoś na wczesnym etapie. W końcu umów należy dotrzymywać, więc może nic złego…

Dlaczego tytuł małą literą?

Babska logika rządzi!

Hej Finkla!

 

Przyjemny horrorek.

Miło mi :)

 

Ciekawiło mnie, co by się stało, gdyby bohater otworzył jakoś na wczesnym etapie. W końcu umów należy dotrzymywać, więc może nic złego…

Szczerze? Sam nie wiem.

 

Dlaczego tytuł małą literą?

Koncepcja była taka, żeby wyglądał na wycięty ze środka zdania i czytelnik się zastanawiał, co “gdzie akurat nie patrzysz”. Czy komukolwiek to przyszło do głowy, nie wiem xd

 

Dzięki za wizytę!

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Podumałem, opowiadanie zostało mi w głowie, więc z czystym sercem mogę nominować. 

Pozdrawiam.

You cannot petition the Lord with prayer!

Hejka!

Po krótkiej naradzie z samą sobą, wracam i obwieszczam, że opowiadanie zasługuje na nominację, więc lecę kliknąć!

Pozdrawiam!

 

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Bardzo mi miło :)

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Hej, 

przyznam, że trochę się bałam… ale i wyśmienicie bawiłam! Podoba mi się jak początkowo narrator jest taki… delikatny (?). Używa zwrotów jak: “dziesiątki igiełek”, “cichutko, na paluszkach”, a potem przeistocza się w biegającego po lesie Rambo, bierze patyk i…

.

 

Też naiwnie pomyślałam, że w lesie jest bezpieczny… Mogłam się spodziewać, że jako autor mu tak łatwo nie odpuścisz. Otwieranie oczu było fajnym twistem. :) 

 

Jednak to nie ostatnia scena według mnie była najstraszniejsza. Najbardziej do wyobraźni przemawia ten fragment: 

Szufladka miała niewielką dziurkę na kluczyk – i właśnie z tego otworu powoli wysunął się czarny, patykowaty kształt. Zakwiliłem jak mała dziewczynka na widok nienaturalnych, przerywanych ruchów. Kształt szybko okazał się o wiele dłuższy, niż ludzki palec – sięgnął podłogi, powoli zbadał ją, stukając w linoleum, po czym zgiął się w niemożliwy sposób i wysondował blat stolika. Na moment zatrzymał się na laptopie.

O, ble! Świetne! 

 

Spóźniłam się na klika, ale z przyjemnością nominuję, bo chociaż horrory zazwyczaj mnie nie wciągają, tutaj szybko się wkręciłam w tę historię. 

 

Pozdrawiam! :) 

Podążaj za białym królikiem.

Witam, witam :)

 

przyznam, że trochę się bałam… ale i wyśmienicie bawiłam!

Czyli pełen sukces :D

 

Podoba mi się jak początkowo narrator jest taki… delikatny (?). Używa zwrotów jak: “dziesiątki igiełek”, “cichutko, na paluszkach”,

OMG, chyba mi własna maniera językowa znowu przeciekła do opowiadania… ale jakby co, to tak specjalnie.

 

Spóźniłam się na klika, ale z przyjemnością nominuję, bo chociaż horrory zazwyczaj mnie nie wciągają, tutaj szybko się wkręciłam w tę historię. 

Bardzo mi miło, pozdrawiam również!

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Moja pamięć nie potrafi zapomnieć klimatu Twojego opowiadania, który uparcie daje znać o sobie, a zatem – nie mam wyjścia – także drugi kliczek. :)

Powodzenia. :) 

Pecunia non olet

Niezmiernie mi miło, bruce :) Cieszę się, że opowiadanie zapada w pamięć.

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Czytać świetny horror, to niezmierna przyjemność, pozdrawiam. :) 

Pecunia non olet

Hej :)

 

No historia jest dobra. Końcówka robi robotę. Muszę się jednak przyczepić do konstrukcji. 

 

Paweł jest na parkingu – do tego momentu masz czytelnika :)

Jest w domu – pierwsze pukanie. Masz czytelnika jak diabli :)

Paweł jedzie – spadek napięcia i ok zostajemy z myślami Pawła :)

Paweł w motelu – no tu już chcemy wracać do akcji i dostajemy ją ale jest taka sama jak przy pierwszym pukaniu :) 

Paweł ucieka – samochód :)

Paweł znowu ucieka – las :)

Koniec – który robi robotę :)

 

Między Paweł jedzie a Paweł znów ucieka jest luka. Ta luka zostawia nas z myślami Pawła. Jest też powtarzalność akcji. Paweł wybiera ucieczkę za każdym razem. Wiem, że wybiera ją też na samym końcu i to jest konsekwentne. Ale zamiast w kółko pokazywać panikę Pawła trzeba było wprowadzić próbę konfrontacji. Oczywiście nie otwarcia – bo to by się kłóciło z końcówką – ale jakiegoś innego działania, które by złamało powtarzalność scen :). 

 

Opowiadanie i tak jest świetne :). Ale może moja uwaga przyda się na przyszłość :) 

 

Pozdrawiam :)  

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Witam :)

 

Oczywiście nie otwarcia – bo to by się kłóciło z końcówką – ale jakiegoś innego działania, które by złamało powtarzalność scen :). 

 

Opowiadanie i tak jest świetne :). Ale może moja uwaga przyda się na przyszłość :) 

Uwaga jest oczywiście w dużej mierze słuszna, jest tu pewna powtarzalność. Wydawało mi się, że każda próba konfrontacji pogorszyłaby sprawę, “urok” kobiety z parkingu jest po części właśnie w tym, że trudno się z nią skonfrontować (albo przynajmniej taki był zamiar xdd).

Ale absolutnie nie wykluczam, że po prostu nie myślałem nad tym dostatecznie długo.

 

Cieszę się, że się podobało, pozdrawiam :)

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Cześć, Zakapiorze!

Przeczytałem z przyjemnością, prawie jednym tchem, aż musiałem się upewnić, czy to naprawdę ponad 25 tysięcy znaków. Opisy są szczegółowe, plastyczne, przemawiające do wyobraźni, jak zresztą zwykle u Ciebie, w tym względzie masz bardzo dobry warsztat. Wiedziałem, że niebezpieczeństwo Pawła jakoś w lesie doścignie, ale nie wpadłem na to rozwiązanie, taki bystry pomysł z całą pewnością zasługiwał na realizację w formie opowiadania.

Jak już wiesz, pod kątem głosowań piórkowych jestem dość wybredny, staram się, żeby tę nagrodę otrzymywały utwory rzeczywiście “najlepsze na Portalu”, wyjątkowo dobre, jeżeli nie wybitne. I tutaj nie jestem do końca przekonany, ponieważ cała konstrukcja wydaje mi się schematyczna (bohatera prześladuje zjawisko nadprzyrodzone czy halucynacje i popada w szaleństwo ze strachu, nie sprawdzając realności zagrożenia), służąca głównie doprowadzeniu do błyskotliwego finału. Gdybym miał pomóc ulepszyć tekst, pewnie proponowałbym położyć większy nacisk na metaforyczne odniesienie tej fabuły do typowych doświadczeń życiowych trwania w uporze, jak pierwotnie mało ważna decyzja czy odmówienie drobnej prośbie może powracać z konsekwencjami i eskalować w czyimś umyśle, aż zniszczy całe jego funkcjonowanie, choć teoretycznie wciąż mógłby się z niej wycofać, ale zakotwiczył się mentalnie tak bardzo, że już mu to nie przyjdzie do głowy. Absolutnie jednak nie twierdzę, że sam potrafiłbym to lepiej napisać!

Językowo potykałem się na drobiazgach typu:

Brzmiało to, jakby kobieta z parkingu chciała jedynie przypomnieć mi o swojej obecności…

Zdanie podrzędne.

Umysł podsuwał mi obrazy wynaturzonych paluchów zaciskających mi się na gardle

Usunąłbym jeden z dwóch zaimków “mi”.

Porwałem z szafki portfel i kluczyki(-,) i pobiegłem prosto do samochodu

“I” pełnią różne role składniowe, więc nie traktujemy tego jak powtórzonego spójnika.

– Płaci pan kartą(-,) czy gotówką?

Niepowtórzona partykuła pytajna.

Kształt szybko okazał się o wiele dłuższy(-,) niż ludzki palec

Brak odrębnych orzeczeń.

 

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak

Cześć Ślimaku!

 

Przeczytałem z przyjemnością, prawie jednym tchem, aż musiałem się upewnić, czy to naprawdę ponad 25 tysięcy znaków.

Cieszy mnie to szczerze!

 

Wiedziałem, że niebezpieczeństwo Pawła jakoś w lesie doścignie, ale nie wpadłem na to rozwiązanie, taki bystry pomysł z całą pewnością zasługiwał na realizację w formie opowiadania.

Nieskromnie, być może, przyznam, że podzielam tę opinię. Jak skojarzyło mi się otwarcie oczu z otwarciem drzwi to wiedziałem, że coś musi powstać.

 

Jak już wiesz, pod kątem głosowań piórkowych jestem dość wybredny, staram się, żeby tę nagrodę otrzymywały utwory rzeczywiście “najlepsze na Portalu”, wyjątkowo dobre, jeżeli nie wybitne

Tak trzeba! Jedyną (a przynajmniej dalece najważniejszą) wartością piórka jest tak naprawdę to, że trudno je dostać. Trochę jak z pieniądzem fiducjarnym.

 

Gdybym miał pomóc ulepszyć tekst, pewnie proponowałbym położyć większy nacisk na metaforyczne odniesienie tej fabuły do typowych doświadczeń życiowych trwania w uporze

Wydaje mi się, że nadając jakiekolwiek dające się odczytać metaforyczne znaczenie niepotrzebnie przypomniałbym czytelnikowi o istnieniu autora – pisałem już, z lepszym lub gorszym skutkiem, teksty o metaforycznym znaczeniu, mądrzejszym lub głupszym, ale tym razem chciałem głównie, żeby czytelnik przy następnej przelotnej interakcji z nieznajomym na ciemnym parkingu być może przypomniał sobie na chwilę o tekście.

 

Aczkolwiek pomyślę o tym jeszcze, jeśli nie na rzecz tego tekstu, to przyszłych – być może ta dychotomia jest tylko w mojej głowie, bo czy taki Władca Pierścieni zyskałby na imersji, gdyby wywalić głębokie metaforyczne znaczenia?

 

Niepowtórzona partykuła pytajna.

Brak odrębnych orzeczeń.

Ach, powinienem już naprawdę do tej pory zapamiętać te reguły.

 

Dzięki za wizytę i pozdrawiam również!

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Hej, Zakapiorze, jestem i czytam! :)

 

W pewnym sensie właśnie to czyni ją tak przerażającą w porównaniu z innymi opowieściami tego typu

Tutaj pomyślałam: ej, ale przecież jeśli chcemy pisać coś strasznego to nie piszemy, że to jest straszne – to psuje niespodziankę! I jest wtedy mniej straszne! 

Poza tym zaczyna się fajnie. Narracja pierwszoosobowa dobrze tu działa – śledzimy poczynania bohatera, kibicujemy mu, bo znamy od razu jego myśli i motywacje.

Co to za archiwum połączone jedynie z podziemnym parkingiem? :D No, ale przyjmuję na wiarę, z całą resztą, że to nie było ważne archiwum… 

 

Szerokość asfaltu zachęciła do zamknięcia licznika – poddałem się tej pokusie.

Tego po prostu nie znam – czy zamknięcie licznika oznacza jakąś dużą prędkość? Nie spotkałam się z tym określeniem…

 

Dalej już bez uwag, bo czytanie wciągnęło i obawiam się, że nie zwracałam takiej uwagi na sprawy językowe, jak powinnam. :D 

Bardzo interesująco się to czyta. Jest ucieczka, która jest niemożliwa – ten schemat horrorów dobrze się sprawdza – jest napięcie, jest nieznana istota/duch, domagająca się czegoś. Wprawdzie w którymś momencie pomyślałam, że przecież mógł jej otworzyć wreszcie i zobaczyć, co się stanie, a nie pozbawiać się oczu, ale rozumiem, że pozostanie w konwencji wymagało takiego zabiegu. Końcówka bardzo sprawna, lecz to, że bohater kończy w zakładzie psychiatrycznym, nieco mnie rozczarowało – znowu mam wrażenie, że tego wymagał schemat. 

Bardzo trudno napisać dobry horror, taki, który przeraża. Tobie właściwie się udało – to jest dobry tekst, od którego nie można się oderwać. Chylę czoła przed dobrym warsztatem i wyobraźnią. Mam jednak wrażenie, że już to czytałam, w innych opowiadaniach z innymi rekwizytami. 

Piórkowo będę na nie i będę czekać na przełamujące schematy teksty, którymi na pewno nas jeszcze uraczysz. Biorąc pod uwagę, jak piszesz, nie będę czekać długo! 

Pozdrawiam cieplutko! :)

Witam :]

 

Co to za archiwum połączone jedynie z podziemnym parkingiem? :D No, ale przyjmuję na wiarę, z całą resztą, że to nie było ważne archiwum… 

Hmm wydaje mi się normalne, że archiwum jest w najgorszym pomieszczeniu w całym budynku, poza składzikiem na miotły może…

 

Tego po prostu nie znam – czy zamknięcie licznika oznacza jakąś dużą prędkość? Nie spotkałam się z tym określeniem…

Tak. Wydawało mi się, że to popularne określenie.

 

Tobie właściwie się udało – to jest dobry tekst, od którego nie można się oderwać.

Miło mi :)

 

Mam jednak wrażenie, że już to czytałam, w innych opowiadaniach z innymi rekwizytami. 

Być może. Chciałbym myśleć, że ze dwie oryginalne rzeczy tu są, ale jak pisałem wyżej, marzył mi się prosty straszak.

 

Piórkowo będę na nie i będę czekać na przełamujące schematy teksty, którymi na pewno nas jeszcze uraczysz. Biorąc pod uwagę, jak piszesz, nie będę czekać długo! 

Też mam taką nadzieję :)

 

Pozdrawiam i dzięki za wizytę!

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Dziń dybry,

 

Zdradzę, że inspiracją był robal łażący po twarzy. Na szczęście nie po mojej, bo chodzi o bydlę importowane, zupełnie nielegalnych rozmiarów ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Nieeee no, na Odyna, już się boję…

 

Ja tylko chciałem, żeby ktoś mi otworzył drzwi…

Szyk:

 Ja tylko chciałem, żeby ktoś otworzył mi drzwi…

 

Przez chwilę, przez ułamek sekundy, dostrzegłem w judaszu rękę – nie! – łapę! Czarną, pędzącą prosto na mnie, aż zasłoniła całe pole widzenia i znów wizjer wypełniła tylko jednolita ciemność.

W jaki sposób mógł zauważyć łapę, skoro na korytarzu była tylko, cytując: jednolita czerń?

 

a że dochodziła pierwsza, podjąłem jedyną racjonalną decyzję – wykorzystać pozostałe kilka godzin snu, a zmartwienia zrzucić na głowę jutrzejszego mnie.

Ładne.

 

z pewnością nie dało się tego pokonać ciosem szklanego naczynia!

→ z pewnością nie dało się tego pokonać szklanym naczyniem!

 

Stukanie znowu zaczęło narastać, jego odgłos mieszał się w moich uszach z oszalałym waleniem serca i szumem krwi, która musiała już co najmniej w połowie składać się z adrenaliny.

Zbędne, zrobiło się już zbyt szczegółowo, a przecież akcja przyspieszyła i napięcie sięga zenitu.

 

Nie wytrzymałem. Nikt by nie wytrzymał. Porwałem z szafki portfel i kluczyki i pobiegłem prosto do samochodu – o mały włos zapomniałbym nawet o wciągnięciu dżinsów na tyłek.

Ja bym na jego miejscu była tak przestraszona, że nie szukałabym spodni. Ale to ja ;p

 

Pędziłem pustymi ulicami jak szalony, poganiany wspomnieniem czarnej łapy, a wściekły ryk silnika skutecznie zagłuszał wszystkie myśli.

To musi mieć niezły silnik. Myślę, że w takiej sytuacji nic by nie było w stanie zagłuszyć myśli.

 

Owszem, przemknęło mi przez myśl, że gdyby policja zatrzymała mnie z dwiema setkami we krwi i szybkościomierzem zbliżającym się do podobnych wartości, pewnie od razu trafiłbym do aresztu – ale areszt byłby małą ceną za znalezienie się możliwie daleko od czarnej łapy, stukania i rozedrganego głosu.

Całkowicie zbędny ten fragment. Rozsądek, racjonalizacja i analiza nie pasują w tym momencie. Przecież to oczywiste, że lepiej jest wylądować w areszcie niż w łapskach pajęczego demona.

 

Nawet pustą autostradą nie można jednak jechać w nieskończoność.

Szyk:

Jednak nawet pustą autostradą nie można jechać w nieskończoność.

 

Podobno mówienie do siebie jest oznaką zdrowej psychiki… ja bym kwestionował takie stanowisko.

Czemu ja z małej?

 

– Tak – powiedziałem. Podobno mówienie do siebie jest oznaką zdrowej psychiki… ja bym kwestionował takie stanowisko. – Tak – powtórzyłem. – Zostanę tu, w lesie, gdzie nie ma żadnych drzwi, żadnych stolików, żadnych samochodów i w ogóle nic, co można by otworzyć! Zostanę tu, aż to cholerstwo się znudzi, albo na zawsze, jeśli będzie trzeba!

Absurd tej myśli rozbawił mnie jeszcze bardziej. Ale po chwili, jakby jakiś przełącznik w mojej głowie potrzebował sekundy, żeby zaskoczyć, wydała mi się ona całkiem rozsądną – ba, oczywistą! Musiałem ukryć się jak najdalej od wszelkich drzwi, bram i drzwiczek! Las był jak sanktuarium!

Przecież dosłownie przed chwilą to postanowił. Czemu postanowił o tym jeszcze raz?

 

Pod wciąż zaciśniętą powieką, poczułem nieznośne drapanie

→ Pod wciąż zaciśniętą powieką poczułem nieznośne drapanie

 

Ostatni fragment mi się nie podoba, bo okazuje się, że cały czas historia była opowiadana przez pacjenta w psychiatryku i kierowana do pracowników szpitala. Bardzo nieprzyjemnie mi to zazgrzytało. Gdybyś na samym początku dał jakąkolwiek wskazówkę, że jest to opowieść obłąkanego, opowiadanie zyskałoby ładną i logiczną klamrę.

 

Na początku klimat był zbudowany świetnie i historia wciągnęła mnie całkowicie. Potem jednak z kolejnymi fragmentami napięcie ze mnie opadało, ustępując lekkiej irytacji. Moim zdaniem zacząłeś za dużo tłumaczyć, racjonalizować i szczegółowo omawiać taktykę obronną bohatera. Przedstawiłeś wszystkie za i przeciw, co Paweł powinien zrobić, a czego nie, a to brutalnie zniszczyło napięcie, które na początku było wyśmienicie zbudowane. Nie wydaje mi się, żeby horrory wymagały aż takiej szczegółowości.

 

No nic, przejdźmy do oceny Piórkowej:

 

 

Mamy 4 TAKi i 5 NIEtów, więc wychodzi NIE.

 

Nie zmienia to jednak faktu, że opowiadanie jest napisane wyśmienitym językiem, przez tekst się po prostu płynie. Przemyślałabym jednak na przyszłość skuteczniejsze odsiewanie zbędnych szczegółów, które spowalniają fabułę, zwłaszcza w tego typu opowiadaniach, gdzie napięcie i akcja są najważniejsze.

 

Pozdrawiam serdecznie i czekam z niecierpliwością na kolejne Twoje wyśmienite teksty!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

No hej :D

 

W jaki sposób mógł zauważyć łapę, skoro na korytarzu była tylko, cytując: jednolita czerń?

Hmmm chodziło o to, że ta czerń to była łapa zasłaniająca judasza i tym razem zdążył ją na chwilę zobaczyć.

 

Czemu ja z małej?

Ten wielokropek tam był tylko jako takie zawieszenie głosu pomyślany. Dałbym myślnik normalnie, ale nie chciałem, bo dialog. Chyba tak można?

 

Przecież dosłownie przed chwilą to postanowił. Czemu postanowił o tym jeszcze raz?

Za pierwszym razem on nie postanowił, tylko ironicznie gadał, że postanowił :P

 

Przecież to oczywiste, że lepiej jest wylądować w areszcie niż w łapskach pajęczego demona.

Ale on nie wie nawet, czy ten demon go goni. A jeśli by go gonił, to przecież może go dopaść w areszcie. Wydaje mi się, że po przejechaniu x kilometrów całkiem logiczne, że mózg zaczyna z powrotem myśleć.

 

Gdybyś na samym początku dał jakąkolwiek wskazówkę, że jest to opowieść obłąkanego, opowiadanie zyskałoby ładną i logiczną klamrę.

Noo… tylko to nie jest opowieść obłąkanego :P

 

Moim zdaniem zacząłeś za dużo tłumaczyć, racjonalizować i szczegółowo omawiać taktykę obronną bohatera. Przedstawiłeś wszystkie za i przeciw, co Paweł powinien zrobić, a czego nie, a to brutalnie zniszczyło napięcie, które na początku było wyśmienicie zbudowane.

Możesz mieć całkowitą rację.

Nie zmienia to jednak faktu, że opowiadanie jest napisane wyśmienitym językiem, przez tekst się po prostu płynie.

Bardzo mi miło :)

 

Moim zdaniem zacząłeś za dużo tłumaczyć, racjonalizować i szczegółowo omawiać taktykę obronną bohatera.

Przemyślałabym jednak na przyszłość skuteczniejsze odsiewanie zbędnych szczegółów, które spowalniają fabułę, zwłaszcza w tego typu opowiadaniach, gdzie napięcie i akcja są najważniejsze.

Na pewno wezmę to pod uwagę. Tutaj chciałem mieć taki efekt że on nie wie do końca, jak bardzo ma się bać – ostatecznie do przedostatniej sceny ten stwór nic mu nie robi, tylko sobie stuka. Całkiem możliwe, że to nie wyszło do końca (albo wcale), albo że pomysł jest ogólnie zły i trzeba bohatera straszyć mimo wszystko.

 

Pozdrawiam serdecznie i czekam z niecierpliwością na kolejne Twoje wyśmienite teksty!

Pozdrawiam również!

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Jeszcze wtrącę, jeśli można, bo zauważyłam dopiero teraz, że we wcześniejszej dyskusji były przytoczone moje słowa o znakomitym humorze. Podkreślę zatem wyraźnie, że humor jest tu doskonały i absolutnie nie traktuję go jako wady, a nawet wręcz przeciwnie. :) Jestem od niepamiętnych czasów wielbicielką horrorów i zamieszczone w nich żarty odbieram zdecydowanie jako przysłowiową “wyższą półkę”. :) Umieć tak skonstruować opowieść grozy, aby wybrzmiał też wpleciony weń dowcip – to dopiero sztuka! yessmiley 

W moim odczuciu humor w horrorze to wisienka na torcie. Rzecz jasna – nie do każdej fabuły on pasuje, lecz do tej – a jakże! :) 

 

Pozdrawiam serdecznie Autora oraz Komentatorów. heart

Pecunia non olet

Hmmm chodziło o to, że ta czerń to była łapa zasłaniająca judasza i tym razem zdążył ją na chwilę zobaczyć.

No tak, ale wcześniej już była ta czerń, więc jak nowa czerń mogła przysłonić starą czerń? ;p

 

Ten wielokropek tam był tylko jako takie zawieszenie głosu pomyślany. Dałbym myślnik normalnie, ale nie chciałem, bo dialog. Chyba tak można?

No właśnie nie jestem pewna, ekspertką od zapisu dialogów nie jestem, sama popełniam błędy w tej materii.

 

Za pierwszym razem on nie postanowił, tylko ironicznie gadał, że postanowił :P

Acha, hm, dobrze, może tylko ja to tak odebrałam.

 

Ale on nie wie nawet, czy ten demon go goni. A jeśli by go gonił, to przecież może go dopaść w areszcie. Wydaje mi się, że po przejechaniu x kilometrów całkiem logiczne, że mózg zaczyna z powrotem myśleć.

Może i racja.

 

Noo… tylko to nie jest opowieść obłąkanego :P

W cudzysłowie obłąkanego.

 

Na pewno wezmę to pod uwagę. Tutaj chciałem mieć taki efekt że on nie wie do końca, jak bardzo ma się bać – ostatecznie do przedostatniej sceny ten stwór nic mu nie robi, tylko sobie stuka. Całkiem możliwe, że to nie wyszło do końca (albo wcale), albo że pomysł jest ogólnie zły i trzeba bohatera straszyć mimo wszystko.

Ja też nie jestem specjalistką od horrorów, to tylko moja opinia. Może w taki sposób się robi suspens, a dont noł. Dla mnie to bardzo spowalniało akcję, ale może inni kochają właśnie taką szczegółowość.

 

 

bruce, nie wiem, jak bez Ciebie ten Portal by wyglądał. Jeśli chodzi o ilość przeczytanych tekstów, to przebija Cię chyba tylko regulatorzy. A potem jeszcze wracasz do tych opowiadań, nie porzucasz ich, opiekujesz się wręcz autorami i ich dziełami. Jesteś prawdziwą Opiekunką Portalu heart

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Podkreślę zatem wyraźnie, że humor jest tu doskonały i absolutnie nie traktuję go jako wady, a nawet wręcz przeciwnie. :) Jestem od niepamiętnych czasów wielbicielką horrorów i zamieszczone w nich żarty odbieram zdecydowanie jako przysłowiową “wyższą półkę”. :)

W dużej mierze się z Tobą zgadzam (no, może nie w tym, że mój humor jest doskonały. Ale dzięki za to :) ). Sam lubię, kiedy narrator i postaci wykazują się poczuciem humoru, ironia i ogólnie elokwencją, nawet w horrorze i nawet kosztem jakiegoś realizmu.

 

Aczkolwiek widzę też, po pewnym namyśle, że kogoś może to wytrącać z imersji. Żarcik, choćby sprytnie wpleciony w narrację, może niepotrzebnie przypominać o istnieniu autora – a w pewnym sensie, im sprytniej wpleciony, tym bardziej może przypominać.

 


No tak, ale wcześniej już była ta czerń, więc jak nowa czerń mogła przysłonić starą czerń? ;p

No zabrał łapę na chwilę.

 

Ja też nie jestem specjalistką od horrorów, to tylko moja opinia. Może w taki sposób się robi suspens, a dont noł. Dla mnie to bardzo spowalniało akcję, ale może inni kochają właśnie taką szczegółowość.

Nie no – ja absolutnie widzę, dlaczego to mogło się nie podobać. Bard też na podobną sprawę zwracał uwagę, a może i na tę samą, tylko innymi słowy.

 

W cudzysłowie obłąkanego.

Mhm, czyli w sensie sam fakt, że on opowiada to komuś od początku i jest to ujawnione z zaskoczenia na koniec Ci się nie podoba?

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Mhm, czyli w sensie sam fakt, że on opowiada to komuś od początku i jest to ujawnione z zaskoczenia na koniec Ci się nie podoba?

Może nie, że nie podoba, tylko nieprzyjemnie zaskoczyło. Ciągle miałam w głowie, że on nie opowiada tego komuś konkretnemu, a na końcu się okazuje, że jednak i do tego jest jeszcze w szpitalu. I tak sobie myślę, że pewnie niektórym mogłoby się to spodobać, bo czytelnik jest zaskoczony na samym końcu i jest to swego rodzaju ciekawy plot twist. Jednak moim skromnym zdaniem korzystniej by to wybrzmiało, gdyby zasugerowano czytelnikowi już na początku, że znajduje się tam, gdzie się znajduje.

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Jednak moim skromnym zdaniem korzystniej by to wybrzmiało, gdyby zasugerowano czytelnikowi już na początku, że znajduje się tam, gdzie się znajduje.

Hmmm wydaje mi się, że to nie może być jasno powiedziane na początku, bo czytelnik się zasugeruje, że to są wszystko opowieści szaleńca.

 

Ale rozumiem, o co ci chodzi – takie zaskoczenie znienacka na końcu też może czytelnika wytrącić z równowagi.

 

Może gdyby on na początku powiedział coś w stylu “A więc to było tak, doktorze Stivenson…”, żeby się całość spięła, a żeby nie było jasne, że to psychiatryk?

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

O, widzisz i to jest fajne wyjście z sytuacji, bo wiemy od razu, że historia jest opowiadana komuś konkretnemu, ale też nie odkrywa od razu wszystkich kart.

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Nowa Fantastyka