- Opowiadanie: Caern - Gdy zostanę lepszym człowiekiem

Gdy zostanę lepszym człowiekiem

Flo­ria­na ma dwa­na­ście lat i marzy o tym, aby wsiąść na po­kład ra­kie­ty ko­smicz­nej. Jeden z miej­skich mo­stów daje wspa­nia­ły widok na od­le­gły ko­smo­drom, dzię­ki czemu dziew­czy­na może po­dzi­wiać czę­ste star­ty stat­ków ko­smicz­nych. Wy­obra­ża sobie wtedy, że umie czy­tać i pisać, że jest jedną z tych lep­szych ludzi, któ­rzy la­ta­ją w ko­smos. Na razie jed­nak musi pil­no­wać, by nie spóź­nić się do pracy w pral­ni.

Opo­wia­da­nie na kon­kurs “Mię­dzy płót­nem a sło­wem” in­spi­ro­wa­ne ob­ra­zem Anny Słoncz pt. “Tam, gdzie za­czy­na się pie­kło".

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Gdy zostanę lepszym człowiekiem

1.

Nad linią ho­ry­zon­tu uniósł się świe­tli­sty szty­let. Zro­bił to z ocią­ga­niem, jakby chciał, aby wszy­scy wokół ob­ser­wo­wa­li jego po­wol­ną wspi­nacz­kę. Zo­sta­wił za sobą ja­sno­sza­rą bruz­dę, która wy­raź­nie ry­so­wa­ła się na bla­do­nie­bie­skim tle. Po kwa­dran­sie z pło­mie­ni­ste­go ostrza zo­sta­ła już tylko ja­skra­wa krop­ka, która mi­go­ta­ła wy­so­ko mię­dzy chmu­ra­mi.

Wzdłuż ka­na­łu po­pły­nął dud­nią­cy łomot, który za­trząsł szy­ba­mi w ka­mie­ni­cach i roz­bu­jał roz­cią­gnię­te mię­dzy bu­dyn­ka­mi kable. Flo­ria­na miała z mostu Santa Tri­ni­tia do­sko­na­ły widok na od­le­gły ko­smo­drom. Do­li­na Arno wy­glą­da­ła jak pod­ło­ga dzie­cię­ce­go po­ko­ju z roz­rzu­co­ny­mi kloc­ka­mi i po­wty­ka­ny­mi w kar­ton pa­ty­ka­mi po li­za­kach.

Flo­ria­na czuła, że nie ma na świe­cie nic bar­dziej nie­sa­mo­wi­te­go, niż star­tu­ją­ca ra­kie­ta. Wy­obra­ża­ła sobie, że lu­dzie, któ­rzy nią po­dró­żu­ją, są isto­ta­mi lep­sze­go ro­dza­ju, które stą­pa­ją po ziemi tylko po to, żeby je po­dzi­wiać. Sama ra­kie­ta rów­nież nie na­le­ża­ła do tej rze­czy­wi­sto­ści. Była two­rem wy­jąt­ko­wych, oświe­co­nych umy­słów, które po­tra­fią o wiele wię­cej, niż lu­dzie z Ol­tar­no.

Dziew­czy­na za każ­dym razem, gdy na­tknę­ła się na mo­ment star­tu, po­zwa­la­ła sobie na chwi­lę za­chwy­tu. Czę­sto spóź­nia­ła się przez to do pracy, ale po­ku­sa była tak silna, że żadna kara nie mogła jej wybić tego z głowy. Dzi­siaj Flo­ria­na mogła spę­dzić tyle czasu, ile chcia­ła, bo skoń­czy­ła nocną zmia­nę w pral­ni, więc żadne kon­se­kwen­cje jej nie gro­zi­ły. Nie śpie­szy­ła się, bo po­wrót do domu nie za­po­wia­dał ni­cze­go do­bre­go. Ro­dzi­ce Flory mieli jeden pokój w miesz­ka­niu, które dzie­li­li z dwie­ma in­ny­mi ro­dzi­na­mi. Nada­wa­ło się to do spa­nia, ale do ni­cze­go wię­cej, dla­te­go dziew­czy­na wo­la­ła stać na mo­ście i cze­kać na ko­lej­ny sta­tek ko­smicz­ny.

– Ej! Ra­kie­ta! Uwa­żaj, bo od­le­cisz w ko­smos!

W są­sied­niej ulicz­ce wy­buchł dzie­cię­cy śmiech. To ko­le­żan­ki z pral­ni szły na po­ran­ną zmia­nę.

– Wal­cie się! – krzyk­nę­ła Flora i po­ka­za­ła pracz­kom środ­ko­wy palec.

Dziew­czy­ny nie po raz pierw­szy na­zwa­ły ją „Ra­kie­tą”. Nie­raz na­śmie­wa­ły się z jej ma­rzy­ciel­stwa. Na szczę­ście dzi­siaj była z nimi kie­row­nicz­ka zmia­ny, pani Russo, która uci­szy­ła to­wa­rzy­stwo. Ka­za­ła im ma­sze­ro­wać dalej, a sama we­szła na most. Przy każ­dym kroku jej nogi po­stu­ki­wa­ły pla­sti­ko­wy­mi ele­men­ta­mi. Ryt­micz­ne kle­ko­ta­nie umil­kło, gdy Russo sta­nę­ła na mo­ście. Przez krót­ką chwi­lę wpa­try­wa­ła się w nik­ną­cy w chmu­rach obiekt.

– Kie­dyś też o tym ma­rzy­łam, wiesz? – po­wie­dzia­ła z uśmie­chem. – Ale je­stem tu. Ol­tar­no to nasz dom.

– To nie jest dobry dom – od­par­ła Flora.

– Lep­sze­go nie mamy.

– Ja kie­dyś będę miała.

– Masz do­pie­ro dwa­na­ście lat. Wszyst­ko przed tobą.

Niebo ob­la­ło się żół­tym ru­mień­cem. Przy po­łu­dnio­wym krań­cu ko­smo­dro­mu obu­dzi­ła się wiel­ka spa­lar­nia śmie­ci. Nad cy­lin­drycz­ny­mi zbior­ni­ka­mi peł­za­ły po­ma­rań­czo­we ję­zo­ry po­chod­ni. Ryt­micz­ny wy­ziew ko­mi­nów po­wo­do­wał, że po­wie­trze po­wo­li na­bie­ra­ło kwa­śne­go za­pa­chu.

– Idź już do domu – po­le­ci­ła kie­row­nicz­ka i wci­snę­ła pod­opiecz­nej tubkę z musem owo­co­wym. – Flora, nie prze­wra­caj ocza­mi, tylko słu­chaj star­szej ko­bie­ty.

Była jedna rzecz, która za­chę­ca­ła do po­wro­tu – do­stęp do mi­ga­cza. Flora uwiel­bia­ła pła­skie, lu­strza­ne urzą­dze­nie, pełne prze­pięk­nych ko­lo­rów. Mi­ga­cze miały w sobie mnó­stwo magii, pew­nie dla­te­go, że bu­do­wa­ły je te same, wiel­kie umy­sły, co ra­kie­ty. Ikony, emot­ki i gu­zi­ki tak pięk­nie się ani­mo­wa­ły, że trud­no było ode­rwać od nich wzrok. A dzi­siaj udało się Flo­ria­nie urwać kilka drob­nia­ków z ty­go­dniów­ki i kupić w kio­sku to­ke­ny na gry. Dziew­czy­na naj­bar­dziej lu­bi­ła te, w któ­rych można było za­ło­żyć ogród i upra­wiać ro­śli­ny, a szcze­gól­nie jabł­ka. Dla­cze­go aku­rat jabł­ka, tego nie wie­dzia­ła. Nigdy nie jadła praw­dzi­we­go owocu, tylko te papki ze skó­rek, które po­dob­no są naj­zdrow­sze. W grze można było przy­naj­mniej pa­trzeć, jak czer­wo­no-żół­te bomb­ki pęcz­nia­ły na ga­łę­ziach ja­bło­ni, które potem ener­gicz­ny ogrod­nik zbie­rał do kosza. Flora wy­obra­ża­ła sobie, że gdyby mogła sta­nąć na innej pla­ne­cie, to stwo­rzy­ła­by tam ogród tak pięk­ny, że nawet ci lepsi lu­dzie do­ce­ni­li­by jej wy­si­łek.

W ka­mie­ni­cy po­wo­li bu­dzi­ło się życie. Bez­ro­bot­ni wy­ru­sza­li, by usta­wić się w ko­lej­ce po je­dze­nie. Nie­mow­lę­ta pła­ka­ły, a głod­ne psy uja­da­ły. Ci, któ­rzy miesz­ka­li na ko­ry­ta­rzach, zwi­ja­li nocne po­sła­nia, żeby zro­bić przej­ście dla są­sia­dów. Z pierw­sze­go pię­tra do­cho­dzi­ły od­gło­sy awan­tu­ry. Flo­ria­na od razu po­zna­ła głosy ro­dzi­ców. Wśli­zgnę­ła się do po­ko­ju i usia­dła w kącie na ma­te­ra­cu. Za­cią­gnę­ła za­sło­nę, którą oj­ciec zro­bił ze skraw­ków folii. W ta­kiej at­mos­fe­rze nie śmia­ła pro­sić o do­stęp do mi­ga­cza. Oj­ciec wście­kał się na matkę i wy­ma­chi­wał urzą­dze­niem, jakby opę­dzał się od much.

– Zgło­si­łaś ją? – war­czał. – Po­gię­ło cię, Fran­ce­sca?

Matka nie na­le­ża­ła do po­tul­nych ko­biet, więc od­po­wia­da­ła rów­nie aro­ganc­ko. Do wrza­sków do­łą­czył chra­pli­wy krzyk są­sia­da zza ścia­ny, któ­re­mu kłót­nia na­tu­ral­nie prze­szka­dza­ła. 

– Za­pła­cą nam tyle, że bę­dzie­my mogli wy­ku­pić kilka lat nor­mal­ne­go miesz­ka­nia – ar­gu­men­to­wa­ła Fran­ce­sca. – Może nawet na­uczą ją czy­tać?

– Ty zi­dio­cia­ła babo! Chcesz, żeby nasza Flor­ka da­wa­ła…

– Nie rób ze mnie idiot­ki, Ric­car­do! Nie o to cho­dzi. To są ja­kieś na­uko­we spra­wy. Ro­zu­miesz?

Oj­ciec jesz­cze długo nie chciał wy­ra­zić zgody. A ta naj­wy­raź­niej była po­trzeb­na, żeby Flo­ria­na mogła robić coś, za co ro­dzi­ce mieli do­stać dużo pie­nię­dzy. Do­pie­ro pod wie­czór przy­ło­żył kciuk do po­wierzch­ni mi­ga­cza, na co ten za­re­ago­wał we­so­łym po­mru­kiem. W zie­lo­nej po­świa­cie ekra­nu po­ja­wi­ła się twarz przy­stoj­ne­go męż­czy­zny, który oznaj­mił, że nie­dłu­go ich od­wie­dzi.

*

Ta­kich ludzi, jak ten, Flo­ria­na wi­dy­wa­ła rzad­ko. Mó­wi­ło się o nich „przed­sta­wi­cie­le”, ale nie wie­dzia­ła, kogo lub co mieli re­pre­zen­to­wać. Gdy zja­wia­li się w pral­ni, zwy­kle grzmie­li w ner­wo­wym unie­sie­niu, że pra­cow­ni­cy to nie­ro­by i dar­mo­zja­dy, któ­rych za­stą­pi­li­by ro­bo­ta­mi, gdyby nie idio­tycz­ne prawo. Jed­nak ten tutaj nie krzy­czał, nie był wul­gar­ny i ni­ko­mu nie gro­ził. Przy­le­ciał błysz­czą­cym po­jaz­dem, który oznaj­mił swą obec­ność ry­kiem wir­ni­ków i chmu­rą gry­zą­ce­go pyłu.

Ro­dzi­ce przy­wi­ta­li męż­czy­znę na dachu, gdzie wy­sta­wi­li stół i krze­sła, bo wsty­dzi­li się po­ko­ju, w któ­rym gnieź­dzi­li się od tylu lat. Nie mieli ni­cze­go wię­cej do za­ofe­ro­wa­nia prócz szklan­ki wody, ale przed­sta­wi­ciel grzecz­nie po­dzię­ko­wał i od razu prze­szedł do rze­czy. Flo­ria­na ob­ser­wo­wa­ła go zza budki wen­ty­la­to­rów. Miał śnież­no­bia­łe zęby i wy­stu­dio­wa­ny uśmiech. Per­fek­cyj­nie przy­cię­ty za­rost nada­wał jego twa­rzy geo­me­trycz­ne­go kształ­tu. Na szcze­gól­ną uwagę za­słu­gi­wa­ło ubra­nie czło­wie­ka. Gar­ni­tur przy­le­gał do syl­wet­ki z nie­po­ko­ją­cą pre­cy­zją. Linia ra­mion była ostra, talia za­ry­so­wa­na bez cie­nia fałdy, a rę­ka­wy opa­da­ły z ide­al­nie wy­wa­żo­ną de­li­kat­no­ścią. Po­wierzch­nia tka­ni­ny mie­ni­ła się drob­ną, hek­sa­go­nal­ną fak­tu­rą, wy­raź­ną w ostrym świe­tle.

Męż­czy­zna ewi­dent­nie na­le­żał do rasy ludzi ide­al­nych, któ­rych umy­sły były tak da­le­ce za­awan­so­wa­ne, że po­tra­fi­ły bu­do­wać ra­kie­ty i słać je w ko­smos. Flora nie­wie­le po­ję­ła z tego, co oma­wiał z ro­dzi­ca­mi. Temat roz­mo­wy or­bi­to­wał wokół badań i eks­pe­ry­men­tów, ry­zy­ka i po­no­sze­nia kosz­tów. Ro­dzi­ce po­ta­ki­wa­li, a matka cza­sem nawet za­da­ła py­ta­nie. Pod ko­niec oj­ciec po­le­cił córce, żeby się zbli­ży­ła, ale ona się prze­stra­szy­ła i ucie­kła. Zanim znik­nę­ła na klat­ce scho­do­wej, po­chwy­ci­ła krót­kie spoj­rze­nie przed­sta­wi­cie­la. W jego oczach mie­ni­ło się złoto i ka­mie­nie szla­chet­ne. Była tam rów­nież cie­ka­wość i wręcz nie­ludz­ka do­broć. Wzrok męż­czy­zny prze­świe­tlił dziec­ko i od­czy­tał każdą jej myśl. Dziew­czy­na nie po­tra­fi­ła znieść myśli, że mu­sia­ła­by ze­sta­wić swoją prze­cięt­ność z kimś tak do­sko­na­łym, dla­te­go ucie­kła. Do­bie­gła do Ponte Santa Tri­ni­tia i opar­ła się o balustradę. Po­trze­bo­wa­ła dużo czasu, by opa­no­wać od­dech.

Tego dnia niebo się za­chmu­rzy­ło, a po­wie­trze wy­peł­ni­ły nie­sfor­ne dro­bi­ny wil­go­ci. Deszcz był drob­ny, nie­mal sypki. Tafla ka­na­łu stała się ziar­ni­sta, na­kra­pia­na ty­sią­cem pul­su­ją­cych punk­tów. Od­bi­cia okien i mo­sto­wych łuków po­frag­men­to­wa­ły się w ru­cho­me mo­zai­ki, żół­cie po­ciem­nia­ły, zie­le­nie przy­bra­ły głę­bię mo­kre­go mchu, a ce­gla­ne czer­wie­nie roz­pa­dły się na drżą­ce plamy. Przy ta­kiej po­go­dzie nie na­le­ża­ło ocze­ki­wać star­tu ra­kie­ty, a jed­nak Flo­ria­na po cichu mo­dli­ła się o ko­lej­ne wi­do­wi­sko. Pra­gnę­ła zo­ba­czyć błysz­czą­cy po­cisk, który wbija się w ciem­no­nie­bie­skie niebo i za­bie­ra na po­kład wstyd dziew­czy­ny.

– Twoi ro­dzi­ce po­wie­dzie­li mi, gdzie cię zna­leźć.

Głos brzmiał, jak za­gra­ny na per­fek­cyj­nie na­stro­jo­nej gi­ta­rze ba­so­wej. Niski ton lekko wi­bro­wał, na­da­jąc każ­de­mu zda­niu więk­szej wagi.

– Na­zy­wam się Ti­be­rius Ca­sius Or­san­ti.

Flora mil­cza­ła, z upo­rem wbi­ja­jąc wzrok w ciem­no­sza­rą ko­pu­łę nieba, która oka­la­ła ka­mie­ni­ce i mętną wodę ka­na­łu.

– We­dług ro­dzi­ców, lu­bisz ob­ser­wo­wać ra­kie­ty – mówił dalej. – Mo­że­my po­cze­kać razem. Na dzi­siaj za­pla­no­wa­ny jest start ser­wi­so­wy. Na jed­nej ze sta­cji or­bi­tal­nych do­szło do awa­rii i trze­ba wy­słać czę­ści za­pa­so­we. Ale na po­kła­dzie nie bę­dzie ludzi. Wszyst­ko jest zauto­ma­ty­zo­wa­ne.

– Czyli w ra­kie­tach nie ma ludzi?

– Wręcz prze­ciw­nie. Zwy­kle na po­kła­dzie jest kilka osób, cza­sem kil­ka­na­ście. Na­ukow­cy, in­ży­nie­ro­wie, żoł­nie­rze, a nawet tu­ry­ści. Chcia­ła­byś kie­dyś po­le­cieć z nimi?

Zmę­cze­nie po całym ty­go­dniu pracy na­tych­miast wy­pa­ro­wa­ło. Flo­ria­na dziel­nie znio­sła ła­god­ne, choć świ­dru­ją­ce spoj­rze­nie przed­sta­wi­cie­la. Pło­mien­na na­dzie­ja, jaką wy­czy­tał z jej twa­rzy, wy­star­czy­ła za od­po­wiedź.

– To jest moż­li­we. Mo­żesz zo­stać astro­naut­ką.

– A dziew­czy­ny mogą latać w ko­smos?

– Oczy­wi­ście. Sta­no­wią więk­szość per­so­ne­lu na­uko­we­go.

Flora się za­smu­ci­ła. Nie znała liter i nigdy ich nie po­trze­bo­wa­ła. Nawet gry na mi­ga­czu nie wy­ma­ga­ły umie­jęt­no­ści czy­ta­nia i pi­sa­nia, zresz­tą jak cały sys­tem ope­ra­cyj­ny urzą­dze­nia. Ale ba­da­nia i od­kry­cia? Bycie na­ukow­cem uwa­ża­ła za rów­nie osią­gal­ne, co spa­cer po innej pla­ne­cie. To zde­cy­do­wa­nie do­me­na ludzi ta­kich, jak Ti­be­rius.

– Ja tylko prać umiem – przy­zna­ła ze smut­kiem.

– Je­steś jesz­cze młoda, twój umysł jest pla­stycz­ny. Mo­żesz się wszyst­kie­go na­uczyć. Chcia­ła­byś?

– Czy będę lep­sza, jak ci lu­dzie z ra­kiet? Jak pan?

– Celem pro­gra­mu jest ba­da­nie moż­li­wo­ści do­sto­so­wa­nia ludz­kie­go ciała do wy­mo­gów pro­gra­mu ko­smicz­ne­go.

– W takim razie chcę.

– Do­sko­na­le. Wła­śnie ta­kich dzie­ci po­szu­ku­je­my. Mu­sisz jed­nak wie­dzieć, że wiąże się to z ry­zy­kiem. W trak­cie badań mogą wy­stą­pić kom­pli­ka­cje. Mogą za­gro­zić two­je­mu zdro­wiu.

Pew­ność sie­bie za­sty­gła we Flo­ria­nie i stward­nia­ła na ka­mień, któ­re­go nie dało się po­ru­szyć. Przed dziew­czy­ną po­ja­wi­ła się szan­sa, żeby zo­stać lep­szym czło­wie­kiem, wejść na po­kład ra­kie­ty i zo­ba­czyć od­le­głe świa­ty. W tej sy­tu­acji ry­zy­ko nie miało zna­cze­nia.

– Co muszę zro­bić?

– Twoi ro­dzi­ce wy­ra­zi­li już od­po­wied­nie zgody, więc for­mal­no­ści mamy z głowy. Za parę dni zgło­si się jed­nost­ka me­dycz­na i roz­pocz­ną się ba­da­nia.

2.

W domu zro­bi­ło się lekko, jakby po mie­sią­cach za­du­chu ktoś uprał fi­ran­ki, otwo­rzył okna i prze­wie­trzył za­dy­mio­ne wnę­trze. Ro­dzi­ce zrzu­ci­li szare maski zmę­czo­nych ludzi. Mu­sie­li już do­stać ja­kieś pie­nią­dze, bo na­stęp­ne­go dnia po wi­zy­cie Ti­be­riu­sa za­bra­li córkę do skle­pu i ku­pi­li nowe ubra­nia. Jakby tego było mało, w dro­dze po­wrot­nej wstą­pi­li do cu­kier­ni i po­zwo­li­li sobie na mig­da­ło­we can­tuc­ci­ni. Pierw­szy kęs ciast­ka spo­wo­do­wał, że Flo­ria­na nie­mal się roz­pła­ka­ła. W ustach roz­la­ła się sło­dycz tak in­ten­syw­na, że za­pie­kło ją pod­nie­bie­nie.

Zgod­nie ze sło­wa­mi Ti­be­riu­sa, na dachu ka­mie­ni­cy wy­lą­do­wał me­dycz­ny kon­te­ner. Na jego widok Flo­ria­na się uśmiech­nę­ła, bo ozdo­bio­ny brą­zo­wy­mi pa­sa­mi pę­ka­ty po­jazd przy­po­mi­nał rurkę z kre­mo­wym ti­ra­mi­su. Ste­ryl­ne wnę­trze wy­glą­da­ło jak pra­cow­nia cza­ro­dzie­ja, w któ­rej róż­ne­go ro­dza­ju urzą­dze­nia mi­go­ta­ły ko­lo­ro­wy­mi krysz­ta­ła­mi. Szum apa­ra­tu­ry pul­so­wał jak od­dech śpią­ce­go smoka. Wszyst­kim za­rzą­dzał robot, któ­re­go pla­sti­ko­wa twarz przy­ję­ła po­god­ny wyraz na widok dziec­ka.

– Witaj Flo­ria­no. Je­stem jed­nost­ką me­dycz­no-eks­pe­ry­men­tal­ną z serii Aures In­fant. – Żeń­ski głos ro­bo­ta otu­lił dziew­czy­nę cie­płem i po­czu­ciem bez­pie­czeń­stwa. – Na imię mam Au­re­lia.

Au­re­lia za­pro­si­ła pa­cjent­kę na fotel i włą­czy­ła kilka mi­ga­czy, które ob­la­ły am­bu­la­to­rium przy­jem­nym, zie­lo­nym świa­tłem. Na ekra­nach po­ja­wi­ły się róż­ne­go ro­dza­ju ry­sun­ki, na­pi­sy i ani­mo­wa­ne ele­men­ty jak w zwy­kłej grze, cho­ciaż wcale nie wy­glą­da­ły na za­baw­ne.

– Roz­pocz­nę teraz ba­da­nie, dzię­ki któ­re­mu po­zna­my twój stan zdro­wia – po­in­for­mo­wa­ła Au­re­lia.

– Czy to bę­dzie bo­la­ło?

– Ani tro­chę.

Pierw­sze ba­da­nie po­le­ga­ło na przy­kła­da­niu dłoni, z któ­rych pły­nę­ło przy­jem­ne cie­pło. Za każ­dym do­tknię­ciem na mi­ga­czach po­ja­wia­ły się prze­świe­tlo­ne czę­ści ciała, które pro­gram roz­kła­dał na ko­lej­ne war­stwy. Flo­ria­na ob­ser­wo­wa­ła z fa­scy­na­cją, któ­rej wcale nie prze­szka­dzał brak zro­zu­mie­nia. Jed­nost­ka me­dycz­na tłu­ma­czy­ła wszyst­ko na bie­żą­co. Z za­pro­gra­mo­wa­ną eks­cy­ta­cją opo­wia­da­ła o na­rzą­dach we­wnętrz­nych, ukła­dach krwio­no­śnym oraz od­de­cho­wym. Co i rusz chwa­li­ła dziew­czy­nę za od­wa­gę.

– Je­steś moją ulu­bio­ną pa­cjent­ką. A teraz uwa­żaj. To bę­dzie je­dy­ny raz, kiedy po­czu­jesz lek­kie ukłu­cie. Je­steś go­to­wa?

– Tak – rze­kła Flora, ale nie wcale się tak nie czuła. Zanim zdą­ży­ła za­py­tać, jak du­że­go bólu po­win­na się spo­dzie­wać, było po wszyst­kim.

– Po­bra­łam odro­bi­nę krwi, aby kom­pu­ter zba­dał skład two­jej krwi, a także zse­kwen­cjo­no­wał twoje DNA. Wiesz, co to jest?

– No, jasne, że wiem – skła­ma­ła dziew­czy­na, ale Au­re­lia nie dała się oszu­kać i zaraz pod­ję­ła się tłu­ma­cze­nia roli kwasu de­ok­sy­ry­bo­nu­kle­ino­we­go. Potem prze­szła do ko­lej­ne­go ba­da­nia. Tym razem za­ło­ży­ła Flo­ria­nie przy­ciem­nia­ne oku­la­ry, któ­rych mięk­kie opraw­ki opi­na­ły głowę na około.

– To urzą­dze­nie zbada twój wzrok. Ale to nie bę­dzie po­wierz­chow­ne ba­da­nie, jak u oku­li­sty. Po­zna­my do­kład­ną bu­do­wę two­ich oczu, co do po­je­dyn­cze­go czop­ka.

Nie trwa­ło to długo. Przez kilka minut Flora oglą­da­ła płyn­ne plamy ko­lo­rów, cza­sem ja­skra­we punk­ty, a cza­sem głę­bo­kie ciem­no­ści. Au­re­lia nadal opo­wia­da­ła o wszyst­kim, co ro­bi­ła i o wy­ni­kach badań. Naj­wię­cej trud­nych słów wy­po­wie­dzia­ła, gdy kom­pu­ter za­koń­czył ba­da­nie krwi. Wtedy po­ja­wi­ły się krwin­ki, płyt­ki i lim­fo­cy­ty, a potem do spa­ni­ko­wa­ne­go umy­słu pa­cjent­ki wci­snę­ły się jesz­cze geny, eks­pre­sje, te­lo­me­ry i inne, obce po­ję­cia, któ­rych zna­cze­nie kryło się w słow­ni­ku ję­zy­ka ludzi z lep­sze­go świa­ta.

– Zro­bi­li­śmy mię­dzy in­ny­mi pe­ry­me­trię i optycz­ną ko­he­rent­ną to­mo­gra­fię, neu­ro­map­ping, bio­dy­na­micz­ną ana­li­zę re­cep­to­rów i stwo­rzy­li­śmy neu­ro­in­ter­fejs opto­ge­ne­tycz­ny. To eks­cy­tu­ją­ce, praw­da?

– Tak, oczy­wi­ście.

– Teraz po­roz­ma­wia­my o za­le­ce­niach. Aby roz­po­cząć pro­ces mo­dy­fi­ka­cji, mu­sisz przyj­mo­wać spe­cjal­ne leki. Za­ło­żę ci in­iek­tor, który bę­dzie po­da­wał dawki w od­po­wied­nich po­rach. Mu­sisz tylko pa­mię­tać, żeby co­dzien­nie rano wy­mie­nić pa­kiet mo­dy­fi­ka­to­rów. To są te małe kółka, które wkła­dasz do tego slotu, wi­dzisz?

Au­re­lia z chi­rur­gicz­ną pre­cy­zją przy­kle­iła do pod­brzu­sza Flory pasek z mięk­kie­go pla­sti­ku, który przy­ssał się do skóry o wiele moc­niej niż zwy­kły pla­ster. Znaj­do­wa­ła się w nim klap­ka, pod którą wsu­wa­ło się okrą­głe na­klej­ki.

– Nie mu­sisz ni­cze­go wy­cią­gać. Wkład skła­da się z sub­stan­cji, które cał­kiem się roz­pusz­cza­ją.

Jed­nost­ka me­dycz­na po­dzię­ko­wa­ła za dzi­siej­szą współ­pra­cę i pro­stym za­klę­ciem spra­wi­ła, że drzwi am­bu­la­to­rium się uchy­li­ły. Flo­ria­na za­trzy­ma­ła się przed wyj­ściem i po krót­kim za­sta­no­wie­niu zwró­ci­ła się do ro­bo­ta.

– Nie śmiej się ze mnie, ale nic nie zro­zu­mia­łam z tego, co opo­wia­da­łaś – przy­zna­ła się – ale Ti­be­rius mi obie­cał, że mnie wszyst­kie­go na­uczy. I wtedy po­le­cę w ko­smos.

– Do­sko­na­le – od­parł robot en­tu­zja­stycz­nie. – Gdy już bę­dziesz go­to­wa, po­roz­ma­wia­my o fi­zjo­lo­gii czło­wie­ka w sta­nie nie­waż­ko­ści.

*

Nowe ubra­nia tra­fia­ły do pral­ni w spo­sób cał­ko­wi­cie zauto­ma­ty­zo­wa­ny. Nad da­chem ka­mie­ni­cy za­trzy­my­wał się dron i zrzu­cał pacz­kę do zsypu. Pę­ka­ty worek zjeż­dżał aż do su­te­re­ny, gdzie ktoś z bie­żą­cej zmia­ny po­twier­dzał od­biór i za­bie­rał się do sor­to­wa­nia odzie­ży. To była ważna część pro­ce­su, po­nie­waż jeśli ja­kieś ubra­nie tra­fi­ło do nie­wła­ści­wej pral­ki, mogło zo­stać uszko­dzo­ne. A to ozna­cza­ło po­trą­ce­nie jego war­to­ści z ty­go­dniów­ki ca­łe­go ze­spo­łu.

Pacz­ka prze­bi­ła się przez gu­mo­wą błonę zsypu jak nowo na­ro­dzo­ne dziec­ko i wpa­dła w ob­ję­cia Flory. Wbrew im­po­nu­ją­cej ob­ję­to­ści, worek nie był cięż­ki. Ubra­nia bo­ga­tych ludzi szyto z nie­zwy­kle cien­kich i lek­kich tka­nin. Nie­któ­re z nich były tak de­li­kat­ne, że do pra­nia nie uży­wa­ło się wody, a je­dy­nie sprę­żo­nego, wil­got­nego po­wie­trz.

Teraz Flo­ria­na miała chwi­lę dla sie­bie. Sor­to­wa­nie zwy­kle trwa­ło około go­dzi­ny, więc można było urwać z har­mo­no­gra­mu parę minut. Nie ona jedna z tego ko­rzy­sta­ła. Star­sze dziew­czy­ny czę­sto za­my­ka­ły się na dole, żeby palić pa­pie­ro­sy. A że dzien­nie zda­rza­ło się to nawet i dwa­dzie­ścia razy, to chęt­nych do od­bio­ru ubrań za­wsze było dużo.

Flora usia­dła obok stery spodni i wy­cią­gnę­ła z torby mi­ga­cza. Jesz­cze mie­siąc wcze­śniej nawet sobie nie wy­obra­ża­ła, że kie­dy­kol­wiek bę­dzie miała wła­sne­go. A jed­nak. W ostat­nią so­bo­tę oj­ciec wró­cił po pracy z pu­deł­kiem pod pachą i wrę­czył córce nie­sa­mo­wi­ty pre­zent. Po od­pa­ko­wa­niu urzą­dze­nia dziew­czy­na roz­pła­ka­ła się ze szczę­ścia i pierw­szy raz od mie­się­cy wy­ści­ska­ła tatę. A potem scho­wa­ła się w kącie za folią i wstą­pi­ła do świa­ta ko­lo­rów. Od tam­tej pory każdą wolną chwi­lę spę­dza­ła na gra­niu, po­nie­waż w pa­kie­cie z urzą­dze­niem do­sta­ła też kilka ty­się­cy to­ke­nów, które mogły star­czyć na gry przez rok albo i dłu­żej.

Twarz Flory to­nę­ła w tę­czo­wym świe­tle ekra­nu. Sku­pia­ła się na roz­bu­do­wie sadu, w któ­rym rosły jej uko­cha­ne jabł­ka. Zie­leń skó­rek była nieco wy­bla­kła, ale prze­cież owoce po­trze­bo­wa­ły czasu, aby doj­rzeć. I wtedy spadł pierw­szy cios, który po­zba­wił dziew­czy­nę tchu. Po dru­gim kop­nię­ciu upa­dła na ster­tę dam­skich blu­zek. Gdy się od­wró­ci­ła, na­po­tka­ła kar­cą­ce spoj­rze­nie Chia­ry, naj­star­szej dziew­czy­ny z dzien­nej zmia­ny. Wokół niej ze­bra­ło się kilka młod­szych pra­czek.

– Ra­kie­ta daje dupy! Ra­kie­ta daje dupy! – skan­do­wa­ły. Oto­czy­ły ofia­rę jak hieny, ale za­miast gryźć, wy­ty­ka­ły ją pal­ca­mi. Naj­młod­sze z nich mgli­ście poj­mo­wa­ły zna­cze­nie obe­lgi. Miały tylko głę­bo­kie prze­ko­na­nie, że da­wa­nie dupy to coś nie­przy­zwo­ite­go i robią to lu­dzie bez­wstyd­ni. Je­dy­nie Chia­ra wie­dzia­ła, o co cho­dzi, po­nie­waż odkąd skoń­czy­ła czter­na­ście lat, mu­sia­ła ob­słu­gi­wać wujka i szwa­gra. Dla­te­go przy­szła na­pom­po­wa­na obrzy­dze­niem i zło­ścią na pusz­czal­ską smar­ku­lę, która ro­bi­ła to samo, co ona, tylko że w za­mian do­sta­wa­ła pie­nią­dze.

– Zdzi­ra! – krzyk­nę­ła i ude­rzy­ła. Flora nie miała za­mia­ru zo­stać bier­ną ofia­rą i po­tul­nie zno­sić ciosy. Rzu­ci­ła się z krzy­kiem do walki. Tłu­kła, gdzie po­pad­nie, gry­zła i dra­pa­ła. Była mniej­sza i słab­sza, ale za­ata­ko­wa­ła z furią, któ­rej nikt się nie spo­dzie­wał po nie­po­zor­nej ma­rzy­ciel­ce. A po­zo­sta­łe dziew­czy­ny chło­nę­ły wi­do­wi­sko. Gło­śno do­pin­go­wa­ły sple­cio­ne we wście­kłych ob­ję­ciach za­pa­śnicz­ki.

– Wal ją, Ra­kie­ta!

– Za­łatw ją, Chia­ra!

Dziew­czy­ny na chwi­lę się ro­ze­szły. Żadna nie zdo­by­ła prze­wa­gi, co naj­wy­żej kilka si­nia­ków. Po­tłu­czo­ne po­licz­ki szyb­ko czer­wie­nia­ły, a z nosów cie­kła krew.

– Śmier­dzą­ca dziw­ka! – Chia­ra pa­trzy­ła na Ra­kie­tę z nie­na­wi­ścią na­sto­lat­ki, która nie znała kom­pro­mi­sów, dla któ­rej każda emo­cja była osta­tecz­na i prze­ło­mo­wa. Wy­da­wa­ło jej się, że młod­sza pracz­ka bę­dzie ła­twym celem, na któ­rym wy­ła­du­je złość. A tu, za­miast wiel­kie­go trium­fu, skom­pro­mi­to­wa­ła się w oczach po­zo­sta­łych.

– Sama śmier­dzisz! – od­par­ła Flora. – Wszyst­kie śmier­dzi­cie! Ale już nie­dłu­go nie będę wa­sze­go smro­du zno­sić. Będę lep­sza od was! Będę ład­niej­sza i mą­drzej­sza. Pa­trz­cie!

Flora unio­sła brzeg ko­szul­ki i po­ka­za­ła in­iek­tor przy­mo­co­wa­ny do pod­brzu­sza.

– Wi­dzi­cie, dziw­ki? Ja już się zmie­niam i nie­dłu­go to wy bę­dzie­cie prać moje ubra­nia.

– Dość tego!

Pani Russo wkro­czy­ła, zanim roz­po­czę­ła się druga runda. Chia­ra miała ocho­tę na re­wanż, a dziew­czy­ny li­czy­ły na kon­ty­nu­ację po­je­dyn­ku, jed­nak ro­ze­szły się nie­chęt­nie.

– Flora, za­cze­kaj. Co tam masz?

Flo­ria­na po­ka­za­ła żółty pasek. Chcia­ła zro­bić hardą minę, ale spły­wa­ją­ce po twa­rzy łzy i rzad­kie smar­ki, które ob­fi­cie ucie­ka­ły z nosa psuły efekt. Russo nie­zdar­nie kuc­nę­ła obok wzbu­dza­jąc do stu­ko­tu pla­sti­ko­we stawy. Z po­mo­cą chu­s­te­czek do­pro­wa­dzi­ła twarz dziew­czy­ny do po­rząd­ku.

– Twoi ro­dzi­ce za­pi­sa­li cię do pro­gra­mu me­dycz­ne­go, tak? Dla­te­go masz swo­je­go mi­ga­cza.

– Nie­dłu­go będę miała wszyst­ko swoje – hardo od­par­ła Flora.

Na zwy­kle po­god­nej twa­rzy kie­row­nicz­ki od­ma­lo­wa­ły się szare od­cie­nie zmar­twie­nia.

– Jak się czu­jesz?

– No, tu mnie boli ło­kieć i po­li­czek.

– Nie o to pytam. Czy od tych badań coś się zmie­ni­ło? Czu­jesz się go­rzej niż zwy­kle?

– Czuję się le­piej – orze­kła Flora. – Każ­de­go dnia je­stem lep­sza.

Kie­row­nicz­ka wsta­ła i po­ło­ży­ła dło­nie na ra­mio­nach pod­opiecz­nej, jakby wła­śnie wszyst­ko zro­zu­mia­ła i teraz chcia­ła się po­dzie­lić jakąś wiel­ką mą­dro­ścią. W jej oczach po­ły­ski­wa­ło współ­czu­cie.

– Wra­caj do domu. Opo­wiedz ro­dzi­com, co tu się wy­da­rzy­ło, a potem bła­gaj ich, żeby cię z tego pro­gra­mu wy­pi­sa­li. Zro­zu­mia­łaś?

– Pani żar­tu­je? Dla­cze­go?

– Po pro­stu zrób, o co cię pro­szę.

Flo­ria­na chcia­ła pro­te­sto­wać, ale zanim ubra­ła sprze­ciw w słowa, kie­row­nicz­ka bez dys­ku­sji wy­pchnę­ła ją z za­kła­du. Mu­sia­ła pło­nąć z za­zdro­ści, po­my­śla­ła Flora.

*

Otar­cia po­kry­ły się kru­chy­mi stru­pa­mi, a si­nia­ki uro­sły i na­bra­ły ko­lo­rów jak kwia­ty na wio­snę. Au­re­lia zba­da­ła obo­la­łe miej­sca i uzna­ła, że nie sta­no­wią za­gro­że­nia, mogą co naj­wy­żej po­wo­do­wać dys­kom­fort.

– Czy mam zgło­sić in­cy­dent na po­li­cję?

– Pro­szę, nie – po­wie­dzia­ła Flora prze­stra­szo­nym gło­sem. – Po­li­zia Mu­ni­ci­pa­le zrobi z tego aferę, a nic się nie stało. Jesz­cze po­bi­ją dziew­czy­ny albo wsa­dzą do wię­zie­nia. A prze­cież one tylko mi za­zdro­ści­ły mi­ga­cza. Ja to ro­zu­miem. Też bym za­zdro­ści­ła. Ale wiesz, Au­re­lia? Jak po­le­cę w ko­smos, to kupię wszyst­kim dziew­czy­nom po mi­ga­czu i każda bę­dzie miała swój. I będą szczę­śli­we.

– Je­steś bar­dzo hojną osobą – po­chwa­li­ła jed­nost­ka me­dycz­na. – A teraz pokaż mi in­iek­tor. Spraw­dzi­my stan urzą­dze­nia.

– Wszyst­ko idzie, jak trze­ba?

– Idzie świet­nie. Twoje wy­ni­ki są bar­dzo obie­cu­ją­ce.

– Dla­cze­go pani Russo mó­wi­ła, żebym zre­zy­gno­wa­ła z badań? Po co mam re­zy­gno­wać z oka­zji, żebym była lep­sza?

Na uła­mek se­kun­dy Au­re­lia za­mar­ła, po czym pod­nio­sła się i od­su­nę­ła od pa­cjent­ki. Po chwi­li na są­sied­nim mi­ga­czu po­ja­wi­ła się fo­rem­na twarz Ti­be­riu­sa Ca­siu­sa Or­san­ti.

– Witaj, Flo­ria­no. Au­re­lia po­in­for­mo­wa­ła mnie, że masz py­ta­nie, na które mógł­bym ci od­po­wie­dzieć.

Widok przed­sta­wi­cie­la ucie­szył i uspo­ko­ił dziew­czy­nę. Z peł­nym za­ufa­niem opo­wie­dzia­ła o całym zaj­ściu w pral­ni.

– I ja nie ro­zu­miem, dla­cze­go mia­ła­bym o to pro­sić ro­dzi­ców? Prze­cież to bez sensu, praw­da?

Or­san­ti przez chwi­lę wpa­try­wał się w coś poza ekra­nem. Przez jego twarz prze­wi­ja­ły się świe­tli­ste paski i krop­ki.

– Russo… Ma­nu­ela Russo, mam – mru­czał pod nosem. – Z tego, co tu widzę, pani Russo uczest­ni­czy­ła w tym samym pro­gra­mie, co ty, Flo­ria­no, pięt­na­ście lat temu. Do­sto­so­wa­nie pół­au­to­no­micz­nej pro­te­zy do ukła­du ner­wo­we­go i kost­ne­go, wynik po­ni­żej prze­cięt­nej, ostra re­ak­cja im­mu­no­lo­gicz­na. Pro­ces prze­rwa­ny.

– Prze­rwa­ny? Dla­te­go nie po­le­cia­ła w ko­smos?

– Nie po­le­cia­ła w ko­smos, bo jej ciało oka­za­ło się zbyt słabe. Na do­da­tek nie mogła li­czyć na re­kom­pen­sa­tę z ubez­pie­cze­nia, bo zła­ma­ła za­sa­dy po­uf­no­ści umowy.

– Ja ni­cze­go nie zła­mię. Na pewno!

– Wie­rzę ci. Ty rów­nież nie mo­żesz ni­ko­mu opo­wia­dać o tym, co tu ro­bi­my. To bar­dzo ważne, bo w razie nie­po­myśl­ne­go wy­ni­ku badań, twoi ro­dzi­ce nie do­sta­ną wię­cej pie­nię­dzy.

– Prze­cież ja się sta­ram! Co­dzien­nie wy­mie­niam wkład w in­mik­to­rze i jem wszyst­ko, co mam na­pi­sa­ne, żeby zja­dać.

– Pa­cjent­ka jest za­an­ga­żo­wa­na w pro­ces i w ciągu ostat­nich ty­go­dni prze­strze­ga­ła za­le­ceń wzo­ro­wo – wy­ja­śni­ła Au­re­lia. – To moja ulu­bio­na pod­opiecz­na.

– Do­sko­na­le. – Ti­be­rius wy­raź­nie się ucie­szył.

– Czy teraz już będę mogła za­cząć się uczyć? Chcia­ła­bym umieć le­piej czy­tać.

– Je­ste­śmy coraz bli­żej fi­na­łu. Mam na­dzie­ję, że wszyst­ko pój­dzie do­brze. Do zo­ba­cze­nia nie­dłu­go.

Or­san­ti za­koń­czył roz­mo­wę. Za­do­wo­lo­na z jej wy­ni­ku Flo­ria­na sku­pi­ła się na są­sied­nich mi­ga­czach, na któ­rych prze­wi­ja­ły się nie­zro­zu­mia­łe znaki i wy­kre­sy.

– Co zna­czą te kre­ski?

– Czy wy­ra­żasz ży­cze­nie, abym wy­ja­śni­ła ci ak­tu­al­ny sta­tus badań?

– Tak, chyba ten, no, wy­ra­żam.

Au­re­lia od­po­wie­dzia­ła tak skru­pu­lat­nie, jakby ukła­da­ła wzory z dro­bin pia­sku. Wszyst­kie szcze­gó­ły miały swoje miej­sca i do­pie­ro w ca­ło­ści mogły przy­jąć roz­po­zna­wal­ny kształt. W tłu­ma­cze­niu ro­bo­ta prze­wa­ża­ły in­for­ma­cje o eks­pre­sji genów i ko­lej­no­ści prze­pro­gra­mo­wa­nia czop­ków optycz­nych, co miało do­pro­wa­dzić do zmia­ny pro­cen­to­we­go udzia­łu ba­zo­wych ko­lo­rów. Robot z en­tu­zja­zmem wy­pluł z sie­bie potok słów, lecz ani jedno nie przy­po­mi­na­ło ludz­kiej mowy. Flora się tym nie prze­ję­ła.

3.

Pani Russo zmo­dy­fi­ko­wa­ła har­mo­no­gram tak, aby Chia­ra nie pra­co­wa­ła na tej samej zmia­nie co Flora. At­mos­fe­ra w pral­ni prze­sta­ła przy­po­mi­nać wnę­trze roz­grza­ne­go pie­kar­ni­ka, więc dziew­czy­ny wró­ci­ły do co­dzien­nej ru­ty­ny. Zresz­tą pracy było bar­dzo dużo, bo dwie pracz­ki zmar­ły w ze­szłym ty­go­dniu na odrę. Ni­ko­go to spe­cjal­nie nie za­sko­czy­ło. W tym roku cho­ro­by za­bra­ły pani Russo już dwu­dziest­kę dzie­ci. Od­by­ły się ciche kre­ma­cje, na które Flora po­szła z ro­dzi­ca­mi, ale wo­la­ła że­gnać ko­le­żan­ki sama. Nie po­do­ba­ło jej się to, że tata ob­no­sił się z no­wy­mi ubra­nia­mi, przez co są­sie­dzi pa­trzy­li na nich z ukosa.

Flora wkła­da­ła do bębna czer­wo­ne ko­szul­ki i za­sta­na­wia­ła się, czy mo­gła­by po­pro­sić Au­re­lię, aby przy­wio­zła do Ol­tar­no tro­chę le­karstw, żeby jej ko­le­żan­ki nie mu­sia­ły umie­rać. Wy­obra­ża­ła sobie, że tam, gdzie miesz­ka­li lepsi lu­dzie, nikt nie umie­rał z po­wo­du gruź­li­cy albo ró­życz­ki. 

Roz­my­śla­nia prze­rwał dźwięk są­sied­niej pral­ki, która skoń­czy­ła ro­bo­tę. Mokre ubra­nia trze­ba było szyb­ko wyjąć i prze­ło­żyć do su­szar­ki, za­ła­do­wać na­stęp­ny bęben i usta­wić od­po­wied­ni pro­gram. Potem wy­cią­gnąć odzież z po­przed­niej i włą­czyć ko­lej­ną. I tak w kółko. W jed­nym cyklu Flora ob­słu­gi­wa­ła osiem pra­lek, ale dzi­siaj przy­cho­dzi­ło to jej z tru­dem. Czuła się zmę­czo­na, bo­la­ły ją mię­śnie, a ja­skra­we świa­tło lamp zmu­sza­ło do mru­że­nia oczu. Za oknem pa­no­wa­ła przy­gnę­bia­ją­ca sza­ru­ga, któ­rej wil­got­ne smugi utrud­nia­ły pracę. Na szczę­ście zmia­na po­wo­li do­bie­ga­ła końca.

– Idziesz dzi­siaj na most? – za­py­ta­ła kie­row­nicz­ka, kiedy przy­nio­sła ze zsypu ko­lej­ną pacz­kę po­sor­to­wa­nych ubrań.

– W taką po­go­dę to nie. Jest smut­no, po­chmur­no i w ogóle ble.

Russo wbiła w pracz­kę ba­daw­cze spoj­rze­nie.

– Dziec­ko, co ty opo­wia­dasz? Jest ładne, czy­ste niebo. Jed­nej chmur­ki na nie­bie nie było od mie­sią­ca.

Pral­ka z czer­wo­ny­mi ko­szul­ka­mi wtrą­ci­ła się do roz­mo­wy gło­śnym pik­nię­ciem. Kie­row­nicz­ka zwol­ni­ła blo­ka­dę, otwo­rzy­ła drzwi i wes­tchnę­ła, gdy wy­cią­gnę­ła pra­nie.

– Cór­cia, coś ty na­ro­bi­ła?

Flora nie od razu po­ję­ła, w czym był pro­blem.

– Wło­ży­łaś białe do czer­wo­nych – jęk­nę­ła kie­row­nicz­ka.

– Jak to? Co pani opo­wia­da? Prze­cież te były ró­żo­we.

– Teraz są ró­żo­we. Nie wi­dzisz ozna­czeń?

Flora wi­dzia­ła li­te­ry, ale ich nie znała. Za­wsze sor­to­wa­ła odzież we­dług tka­nin i ko­lo­rów, a do tego al­fa­bet nie był po­trzeb­ny.

– Jak to? Prze­cież były wy­raź­nie ró­żo­we.

Za­ła­ma­na Russo rzu­ci­ła ko­szul­ki na po­sadz­kę i zre­se­to­wa­ła są­sied­nią pral­kę, aby spraw­dzić jej za­war­tość. W środ­ku zna­la­zła po­mie­sza­ne ko­lo­ry czar­ny z nie­bie­ski­mi. Po wy­łą­cze­niu wszyst­kich ma­szyn oka­za­ło się, że tylko w jed­nym bęb­nie ko­tło­wa­ły się do­brze do­bra­ne czer­wo­ne spód­ni­ce.

– Czy ty wiesz, ile to nas bę­dzie kosz­to­wa­ło?

Oczy dziew­czy­ny zro­bi­ły się mokre. Nie wy­du­si­ła z sie­bie ani słowa. Wpa­try­wa­ła się w swoje dzie­ło i nie ro­zu­mia­ła. Prze­cież wi­dzia­ła do­brze, wszyst­kie ko­lo­ry do sie­bie pa­so­wa­ły. Pani Russo mu­sia­ła zmy­ślać, ale szyb­ko się oka­za­ło, że wcale tak nie było. Do ko­mo­ry we­szła Ju­liet­ta z wor­kiem no­wych ubrań, a gdy zo­ba­czy­ła, co się stało, za­mar­ła tak samo, jak kie­row­nicz­ka.

Prze­ra­żo­na Flora zła­pa­ła jedną z za­far­bo­wa­nych ko­szu­lek i spró­bo­wa­ła ze­trzeć ró­żo­wą barwę. Ner­wo­we po­cie­ra­nie o wła­sną bluzę nic nie dało, szo­ro­wa­nie gu­mo­wą gąbką też nie. I gdy pa­nicz­na walka ze zdra­dziec­kim ko­lo­rem trwa­ła w naj­lep­sze, na progu po­ko­ju ze­bra­ła się wścib­ska wi­dow­nia. Kilka dziew­czyn wpa­try­wa­ło się we Florę ocza­mi wiel­ki­mi jak let­nie słoń­ce.

– Ra­kie­ta już cał­kiem od­le­cia­ła – sko­men­to­wa­ła któ­raś. Tego Flora nie wy­trzy­ma­ła i ucie­kła.

Ulice zro­bi­ły się nie­przy­jem­nie ciem­ne i wy­bla­kłe. Dachy od­le­głych ka­mie­nic tra­ci­ły za­ry­sy i zle­wa­ły się w jed­no­li­tą, szarą maź, w któ­rej Flora ledwo roz­po­zna­wa­ła kształ­ty. Gdy bie­gła prze­ra­żo­na, py­ta­ła samą sie­bie, dla­cze­go te prze­klę­te la­tar­nie jesz­cze nie świe­cą, skoro zro­bi­ło się tak ciem­no?

Na mo­ście Santa Tri­ni­tia grupa na­sto­lat­ków po­pi­ja­ła tanie wina. Flora wbie­gła mię­dzy chło­pa­ków i po­trą­ci­ła kilku z nich. Nie zwró­ci­ła uwagi na krzy­ki obu­rze­nia, tylko opar­ła się o mur i wpa­trzy­ła w od­le­głą Do­li­nę Arno. Port ko­smicz­ny ledwo się ry­so­wał na tle po­ma­rań­czo­wych wzgórz. Nad kra­jo­bra­zem uno­sił się ja­skra­wy punkt, który cią­gnął za sobą ró­żo­wą smugę. Ra­kie­ta świe­ci­ła tak mocno, że Flora mu­sia­ła zmru­żyć oczy. To nie był jej uko­cha­ny, co­dzien­ny widok. To był obraz wy­ję­ty z sen­ne­go kosz­ma­ru, w któ­rym de­mo­nicz­ny ar­ty­sta zmie­lił wszel­kie kształ­ty i za­to­pił w ja­skra­wej, mar­chew­ko­wej far­bie.

– Co się dzie­je? – jęk­nę­ła.

– E, Ra­kie­ta! Może byś tro­chę wy­lu­zo­wa­ła? – za­wo­łał jeden z chło­pa­ków.

Lekko się już za­ta­czał, a po­nie­waż rosła w nim fan­ta­zja, to na­brał ocho­tę na za­czep­ki. My­ślał sobie, że mimo opi­nii dzi­wacz­ki, z tej Ra­kie­ty była cał­kiem ładna dziew­czy­na. Pod­szedł więc bli­żej i po­ło­żył na jej ra­mie­niu rękę. Jed­nak dzi­siaj urok oso­bi­sty go za­wiódł. Chło­pak do­stał w twarz tak mocno, że za­to­czył się i upadł. Kum­ple za­re­ago­wa­li śmie­chem i pod­nie­śli wiwat.

– Ra­kie­ta łamie serca!

– I wy­bi­ja zęby!

Flo­ria­na nie czuła sa­tys­fak­cji. Zo­sta­wi­ła roz­ba­wio­nych chło­pa­ków za sobą. Po­bie­gła do domu, wbie­gła klat­ką scho­do­wą na dach i do­pa­dła do uśpio­ne­go kon­te­ne­ra. Nie­ste­ty właz po­zo­stał za­mknię­ty i nie po­mo­gło wie­lo­krot­ne przy­kła­da­nie karty ma­gne­tycz­nej.

– W dniu dzi­siej­szym am­bu­la­to­rium eks­pe­ry­men­tal­ne nie pro­wa­dzi badań – po­in­for­mo­wał głos Au­re­lii.

Tłu­cze­nie w obu­do­wę kon­te­ne­ra nic nie dało. Me­ta­licz­ny łomot je­dy­nie prze­pę­dził stado go­łę­bi.

– Bła­gam, wpuść mnie! Wpuść mnie!

Flora po­wtó­rzy­ła proś­bę jesz­cze sie­dem­na­ście razy. Przy osiem­na­stym opa­dła z sił i osu­nę­ła się na pod­ło­gę. Zo­sta­ła tam na długo, aż zna­lazł ją oj­ciec i za­pro­wa­dził do domu. Za­py­ta­na o powód roz­pa­czy, opo­wie­dzia­ła o wszyst­kim, co się zda­rzy­ło. Uspo­ko­iła się do­pie­ro, gdy przy­tu­li­ła ją matka. Tego wie­czo­ra nie sko­rzy­sta­ła z wody ani mydła, nie po­szła też do ła­zien­ki lo­ka­tor­skiej na ko­ry­ta­rzu i nie wzię­ła prysz­ni­ca, który na­le­żał się jej od przy­naj­mniej mie­sią­ca. Do tej pory ko­rzy­sta­ła z za­so­bów am­bu­la­to­rium, bo Au­re­lia po­zwa­la­ła pod­opiecz­nej umyć się w ka­bi­nie prysz­ni­co­wej.

Ro­dzi­ce byli obu­rze­ni. Ric­car­do w kółko po­wta­rzał, że to ście­ma, a Fran­ce­sca wy­wnio­sko­wa­ła, że wła­ści­cie­le pral­ni będą pró­bo­wa­li na­cią­gnąć ich na od­szko­do­wa­nie. Flora nie sły­sza­ła wszyst­kie­go, bo roz­mo­wa to­czy­ła się na klat­ce scho­do­wej, ale cie­szy­ła się, że ro­dzi­ce nie zru­ga­li jej za nie­umyśl­ne wy­stęp­ki. Na do­da­tek naj­wy­raź­niej mar­twi­li się zdro­wiem córki.

– Dzwoń do tego ca­łe­go Ti­be­riu­sa – po­le­ci­ła Fran­ce­sca.

Tej roz­mo­wy Flo­ria­na też nie sły­sza­ła do­kład­nie. Ti­be­rius po­słu­gi­wał się tym samym obcym ję­zy­kiem, co Au­re­lia, kiedy ob­ja­śnia­ła po­stę­py badań. Tym razem dużo było o wy­ga­sza­niu czop­ków, dłu­gich fa­lach i mu­ta­cjach. Z uryw­ków zdań Flora wy­wnio­sko­wa­ła, że ro­dzi­ce mieli się tego spo­dzie­wać i wy­ra­zi­li zgodę. Ric­car­do pró­bo­wał dys­ku­to­wać, ale jedno ostrze­że­nie Ti­be­riu­sa wy­star­czy­ło, aby za­milkł.

*

– Nie mu­sisz już cho­dzić do pracy – oznaj­mił Ric­car­do. – Teraz wy­star­czy moja pen­sja ze spa­lar­ni i mamy pre­mia z mar­ke­tu.

– I co będę robić? – za­py­ta­ła Flora. Sie­dzia­ła w kącie za folią jak spa­ni­ko­wa­ne zwie­rzę w klat­ce. Coś w jej brzu­chu drża­ło, jakby zaraz miało na­piąć się do gra­nic wy­trzy­ma­ło­ści i pęk­nąć. Kur­czo­wo ści­ska­ła mi­ga­cza, ale w miej­scu ekra­nu wi­dzia­ła tylko ja­skra­wą, pul­su­ją­cą plamę czer­wie­ni, z któ­rej wy­cię­to czar­ne kształ­ty ikon.

– My­śle­li­śmy z mamą, żebyś po­szła do szko­ły. Bo, wiesz, to nie jest obo­wią­zek. Prawo daje nam wybór. Tak sobie my­śli­my, że teraz nas stać, wiesz, dzię­ki tobie. No to tak wy­bra­li­śmy. Zde­cy­do­wa­li­śmy, że pój­dziesz się uczyć.

Ric­car­do pod­skór­nie czuł, że wy­da­rzy­ło się coś złego, że coś prze­ga­pił albo nawet stra­cił. Wo­lał­by, żeby wszyst­ko zo­sta­ło nie­skom­pli­ko­wa­ne, ale to się już nie­ste­ty skoń­czy­ło. Dla­te­go się tłu­ma­czył.

– Mu­sisz pójść do pracy i na­grać wy­po­wie­dze­nie. Takie jest prawo, że wiesz, że trze­ba oso­bi­ście.

Flora po­słusz­nie przy­tak­nę­ła i wsta­ła. Nie była w sta­nie sama do­trzeć do pral­ni, więc oj­ciec ją za­pro­wa­dził. W dro­dze ści­skał dłoń córki moc­niej, niż było to ko­niecz­ne. Scho­dzi­li w stro­nę pral­ni wąską ulicą Ol­tar­no, a on co chwi­lę zer­kał na Florę i rosła w nim pa­ni­ka. Za­uwa­żył, że córka nie pa­trzy­ła tam, gdzie po­win­na. Jej wzrok sunął po mu­rach i da­chach, jakby cze­goś szu­ka­ła.

– Pój­dzie­my na mój most?

Ric­car­do się zgo­dził i po­pro­wa­dził wąską ulicą na Santa Tri­ni­tia. Ka­mie­ni­ce po obu stro­nach ka­na­łu stały jak wy­cię­te z węgla bryły, po­zba­wio­ne fak­tu­ry i de­ta­lu, zlane w cięż­ką ścia­nę czer­ni. Okna były mar­twy­mi oczo­do­ła­mi bez świa­tła. Mię­dzy da­cha­mi zwie­sza­ły się rdza­we kable, jak żyły roz­cią­gnię­te nad wodą. Kanał nie od­bi­jał już zło­tych świa­teł ani pa­ste­lo­wych ele­wa­cji. Był gład­ką, krwi­sto­czer­wo­ną taflą, w któ­rej to­nę­ły wszel­kie kształ­ty. Tylko niebo żyło. Pło­nę­ło na­sy­co­ną czer­wie­nią o wielu od­cie­niach. Pul­so­wa­ło ró­żo­wy­mi koł­tu­na­mi, które pły­nę­ły znad spa­lar­ni.

– Wszyst­ko znik­nę­ło – szep­nę­ła Flora.

*

Drzwi pral­ni ja­rzy­ły się czer­wo­ną diodą czyt­ni­ka kart. Małe, drżą­ce serce w ciem­no­ści to je­dy­ny punkt, który Flora wi­dzia­ła wy­raź­nie. Resz­ta ka­mie­ni­cy to­nę­ła w czer­ni, jakby ktoś wy­ciął ją z nocy i po­sta­wił w środ­ku dnia.

– Wejdź­my – za­pro­po­no­wał oj­ciec. Flora ski­nę­ła głową. Jej oczy znowu błą­dzi­ły w czer­ni, szu­ka­jąc cze­goś, co za­pło­nę­ło­by czer­wie­nią i po­twier­dzi­ło, że świat jesz­cze ist­nie­je.

W pral­ni przy­ję­ła ich pani Russo. Z jej po­mo­cą Flora na­gra­ła na mi­ga­czu oświad­cze­nie o za­koń­cze­niu umowy o pracę i to w za­sa­dzie był ko­niec for­mal­no­ści. Nor­mal­nie dziec­ko mu­sia­ło­by od­pra­co­wać mie­siąc okre­su wy­po­wie­dze­nia, ale po­nie­waż Flora brała udział w pro­gra­mie ba­daw­czym, jej de­cy­zja miała sku­tek na­tych­mia­sto­wy.

– Ładna kurt­ka – za­uwa­ży­ła Russo, gdy Ric­car­do zbie­rał się do wyj­ścia. – Kupił ją pan z pie­nię­dzy na córkę?

– O co pani cho­dzi?

W od­po­wie­dzi kie­row­nicz­ka pod­cią­gnę­ła spód­ni­cę i po­sta­wi­ła stopę na poręczy fo­te­la. Syn­te­tycz­ne stawy za­kle­ko­ta­ły przy gwał­tow­nym ruchu, a pla­sti­ko­we po­kry­wy po­otwie­ra­ły się, od­sła­nia­jąc me­cha­nizm suw­nic i prze­kład­ni.

– Moim ro­dzi­com pie­nią­dze się skoń­czy­ły, gdy mia­łam pięt­na­ście lat. A potem mu­sia­łam sama za­ro­bić na re­ha­bi­li­ta­cję i wy­mia­nę czę­ści. Zo­sta­łam z tym na całe życie, ro­zu­miesz pan?

– Daj mi pani spo­kój.

Russo zła­pa­ła Ric­car­do za kurt­kę i szarp­nę­ła gwał­tow­nie.

– Sprze­da­łeś wła­sną córkę tym skur­wie­lom. Nie wstyd ci?

– Prze­cież to wszyst­ko dla niej. Żeby miała lep­sze życie. Pój­dzie nawet do szko­ły i na­uczy się czy­tać!

Russo za­śmia­ła się szy­der­czo i pu­ści­ła Ric­car­do z miną, jakby wy­rzu­ca­ła do kosza coś ob­le­śne­go.

– Nie ro­zu­miesz, czło­wie­ku? Nie do­sta­niesz wy­pła­ty. Do­sta­niesz rentę na nie­peł­no­spraw­ne dziec­ko!

– Co pani opo­wia­dasz? Po co mie­li­by oka­le­czyć takie dziec­ko?

– Je­steś głupi. Na­iw­ny. Robią, co tylko chcą. A wiesz dla­cze­go? Bo mogą. A my im po­zwa­la­my.

– Bzdu­ra.

– Le­piej od­kła­daj­cie te drob­nia­ki na przy­szłość.

Russo za­trza­snę­ła za sobą drzwi od kan­tor­ka, a Ric­car­do spu­ścił głowę i za­pro­wa­dził córkę do domu.

*

Mimo gło­śnych pro­te­stów ojca, Au­re­lia wpu­ści­ła do am­bu­la­to­rium tylko Florę. Gdy właz się za­trza­snął, za­pła­ka­na dziew­czy­na przy­tu­li­ła się do chłod­ne­go kor­pu­su ro­bo­ta.

– Jest ze mną bar­dzo źle – wy­du­ka­ła. – Po­mo­żesz mi, praw­da?

Au­re­lia z iście mat­czy­ną czu­ło­ścią de­li­kat­nie usa­dzi­ła pa­cjent­kę na fo­te­lu.

– Moja ko­cha­na, wcale nie jest z tobą źle – po­cie­szy­ła swoim zwy­kłym, cie­płym gło­sem. Na­su­nę­ła dziec­ku na oczy gogle, pod­łą­czy­ła sen­so­ry do skro­ni, klat­ki pier­sio­wej i prze­gu­bów, a jed­no­cze­śnie cały czas tłu­ma­czy­ła, że wszyst­ko po­szło zgod­nie z pla­nem. Mo­dy­fi­ka­cja na po­zio­mie ge­ne­tycz­nym przy­nio­sła ocze­ki­wa­ną zmia­nę mor­fo­lo­gicz­ną w ak­tyw­no­ści czop­ków, dzię­ki czemu Flora le­piej widzi świa­tło od­bi­te w za­kre­sie fal dłu­gich.

– Wy­ko­na­li­śmy te­ra­pię ge­no­wą CRI­SPR, która wy­ci­szy­ła geny OPN1MW i OPN1SW. Dzię­ki temu czop­ki S i M prze­sta­ły pro­du­ko­wać opsy­ny i nie prze­ka­zu­ją sy­gna­łów do ko­mó­rek dwu­bie­gu­no­wych. I tu do­pie­ro mo­że­my ogło­sić suk­ces eks­pe­ry­men­tu. We­dług na­szych za­ło­żeń miała na­stą­pić trans­dy­fe­ren­cja­cja i tak się stało. Wszyst­kie czop­ki re­agu­ją na fale dłu­gie. Dzię­ki temu masz hiper czu­łość na czer­wie­nie. Gra­tu­lu­ję!

Flora nieco już opa­no­wa­ła od­dech, ale cią­gle nie mogła po­zbyć się wra­że­nia, że opty­mizm Au­re­lii był rów­nie sztucz­ny, co pla­sti­ko­wa po­kry­wa jej kor­pu­su.

– Ale ja nic nie widzę – szep­nę­ła.

– Bę­dziesz wi­dzieć le­piej niż inni o za­cho­dzie słoń­ca. Bę­dziesz do­sko­na­le wi­dzieć za­nie­czysz­cze­nia po­wie­trza o wy­so­kim stę­że­niu. I to o do­wol­nej porze dnia! Czy to nie fan­ta­stycz­ne?

Wspa­nia­łość tego osią­gnię­cia nadal dziew­czy­nie umy­ka­ła. Lęk przed czymś nie­zro­zu­mia­łym mie­szał się ze stra­chem przed nie­po­słu­szeń­stwem.

– Chcia­ła­bym po­roz­ma­wiać z Ti­be­riu­sem.

Au­re­lia od­su­nę­ła się od dziew­czy­ny i zdję­ła jej gogle. Po chwi­li na mi­ga­czu wy­świe­tli­ła się per­fek­cyj­nie wy­rzeź­bio­na twarz przed­sta­wi­cie­la.

– Moja dziel­na Flo­ria­na. – Or­san­ti przy­wi­tał się z en­tu­zja­zmem. – Widzę, że koń­czysz ostat­nie spo­tka­nie z Au­re­lią.

– Nie wie­dzia­łam, że to ostat­nie.

– Tak. Eks­pe­ry­ment za­koń­czył się suk­ce­sem. Dzię­ki tobie nasi astro­nau­ci będą mogli z ła­two­ścią do­sto­so­wać swoje ciała do eks­plo­ra­cji ciał nie­bie­skich, na któ­rych pa­nu­ją od­mien­ne wa­run­ki od ziem­skich. Dzię­ki tobie zro­bi­li­śmy wiel­ki krok na­przód w po­zna­niu na­szych moż­li­wo­ści.

– Czy teraz mogę już za­cząć naukę?

– Oczy­wi­ście! Jeśli twoi ro­dzi­ce prze­zna­czą część wy­pła­ty na edu­ka­cję, to jak naj­bar­dziej. Za­rów­no ty, jak i ro­dzi­ce, do­trzy­ma­li­ście wa­run­ków umowy o za­cho­wa­niu po­uf­no­ści, więc twoja wy­pła­ta bę­dzie wpły­wać re­gu­lar­nie przez naj­bliż­sze dwa­dzie­ścia lat. Po­win­no wy­star­czyć na szko­łę.

– A kiedy po­le­cę w ko­smos?

– Ko­cha­na Flo­ria­no. Dzię­ku­ję ci za twoje za­an­ga­żo­wa­nie. Byłaś wspa­nia­łą pa­cjent­ką, praw­da Au­re­lio?

– Naj­lep­szą – zgo­dzi­ła się jed­nost­ka me­dycz­na. Or­san­ti znik­nął z mi­ga­cza. Au­re­lia po­mo­gła Flo­rze zejść z fo­te­la i wy­pro­wa­dzi­ła ją na ze­wnątrz. Gdy tylko właz się za­trza­snął, roz­legł się świ­dru­ją­cy dźwięk ostrze­gaw­czy.

– Pro­si­my od­su­nąć się od lą­dow­ni­ka – po­in­for­mo­wał głos Au­re­lii.

Am­bu­la­to­rium za­trzę­sło się, a z jego boków wy­sko­czy­ły ma­syw­ne wspor­ni­ki, na któ­rych wi­ro­wa­ły po­dwój­ne śmi­gła. W mi­go­tli­wym świe­tle lamp alar­mo­wych kon­te­ner uniósł się, dmu­cha­jąc po­tęż­nym wia­trem. Ric­car­do scho­wał córkę w ob­ję­ciach i kuc­nął, aby za­cho­wać rów­no­wa­gę. Gdy wszyst­ko uci­chło, Flo­ria­na drża­ła i chli­pa­ła.

– Nigdy nie mia­łam po­le­cieć ra­kie­tą – szep­nę­ła. – Ti­be­rius mnie okła­mał. Wcale nie jest lep­szy. Ci wszy­scy lu­dzie wcale nie są lepsi. Nie­na­wi­dzę ich wszyst­kich. To ich wina.

Ric­car­do przy­tu­lił córkę moc­niej i ode­tchnął z ulgą.

4.

Miesz­ka­nie było cu­dow­ne. Nie dało się go na­zwać ina­czej, jak tylko speł­nie­nie ma­rzeń. Oprócz wiel­kie­go sa­lo­nu i przed­po­ko­ju, miało też swoją wła­sną kuch­nię i ła­zien­kę. Już samo to wy­star­czy­ło, aby do­pro­wa­dzić matkę do łez. Co naj­waż­niej­sze, to że był tam jesz­cze jeden, od­dziel­ny pokój, który ro­dzi­ce prze­zna­czy­li dla córki.

– Patrz, Flora – po­wie­dział oj­ciec z dumą, gdy otwo­rzył drzwi. – Wi­dzisz, co dla cie­bie na­ma­lo­wa­li­śmy?

Flo­ria­na po­wo­li we­szła do środ­ka i sta­nę­ła pod ścia­ną. Wpa­try­wa­ła się w jed­no­li­tą, nie­mal cał­ko­wi­cie czar­ną po­wierzch­nię, na któ­rej od­ci­na­ły się ja­skra­we kule w róż­nych od­cie­niach różu i czer­wie­ni, a ota­cza­ły je ja­sno­po­ma­rań­czo­we krop­ki. Czte­ry kwa­dra­ty świa­tła, wy­kro­jo­ne przez ramę okna, spo­czę­ły na ścia­nie jak pie­czę­cie, pod­bi­ja­jąc czer­wień i wy­cią­ga­jąc z niej każdy szcze­gół.

– Jak ci się po­do­ba ra­kie­ta? – za­py­ta­ła Fran­ce­sca. – Oj­ciec ma­lo­wał.

– To są czer­wo­ne pla­ne­ty? – za­py­ta­ła Flora.

– Moje dzie­ło – po­chwa­li­ła się matka. – Prze­cież takie też są w ko­smo­sie, co nie? 

– Mamy dla cie­bie coś jesz­cze – po­wie­dział Ric­car­do, ale z o wiele mniej­szym en­tu­zja­zmem, niż pla­no­wał. – Zo­bacz.

Flora spoj­rza­ła na ojca i w nie­wy­raź­nej czar­nej syl­wet­ce zo­ba­czy­ła coś okrą­głe­go i czer­wo­ne­go. Wzię­ła to do ręki i po­czu­ła nieco chłod­ną, mięk­ką i śli­ską skór­kę.

– Ugryź – za­chę­ci­ła Fran­ce­sca, a dziew­czy­na z chę­cią po­słu­cha­ła. Gdy po­czu­ła słod­ki sok, na­tych­miast się roz­pro­mie­ni­ła.

– Jest pysz­ne.

Anna Słoncz, “Tam, gdzie za­czy­na się pie­kło”

Koniec

Komentarze

Wszelkie sugestie są tylko sugestiami, a ja dopiero co rozmawiałem przedwczoraj z Bardemjaskrem, że niektórzy tu traktują, że ja jestem zbyt obcesowy, bo nie dodaję co chwilę “moim zdaniem” i “wydaje mi się”… a przecież jeśli coś piszę, to o ile kogoś nie cytuję – to jest to moje zdanie i to co mi się wydaje.

 

O śnie napisałem jednak wyraźnie, że gdybym to ja pisał opowiadanie, to bym taką scenę dodał – a Ty jednak masz inną wrażliwość i inny sposób wyrażania się, dla mnie ta scena – nawet jeśli trochę bajkowa – byłaby ważna przez właśnie fałszywe spełnienie marzeń – które potem zostałyby tym brutalniej zdruzgotane… ale limit to limit, cóż zrobić – dwoma zdaniami tego nie odmalujesz :)

 

Więc myślę – YOLO – publikuj :)

 

 

 

Trzymam kciuki :)

 

 

PS.

Ja jak się odrobię z różnymi rzeczami – już długo po konkursie – pewnie dokończę opko które zacząłem dziubać o tym obrazie… i o tyle fajnie – że pozakonkursowo – żaden limit nie będzie mnie pętał, buahahahahaha ;-)

Do wszystkiego powyżej dodaj: moim zdaniem, nie wypowiadam cudzych zdań, chyba, że wyraźnie kogoś cytuję. // ksiegamiliona.pl // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, in­dio­to Ty, nadal chyba nie ro­zu­miesz

Wobec SZTUKI – powaga i milczenie.

Ona daje prawdziwe ukojenie.

Dziękując, przed Twórcami chylę czoła,

Więcej zachwytów wyrazić nie zdołam…

 

 

Szanowny Autorze, brak obrazu i podpisu pod nim!

Pecunia non olet

Cześć,

czytało się to niesamowicie – od pierwszego słowa nie można się oderwać. Poruszyłeś tematykę wykorzystywania dzieci, kontroli społeczeństwa oraz jego upadku i pokazałeś, jak świat może wyglądać, jeżeli wszystko runie.

Niesamowicie poruszyła mnie scena, w której Floriana spogląda na Chiarę i wspomina, że jest ona wykorzystywana seksualnie, a co gorsza – traktuje to jako coś normalnego. Relacja z rodzicami jest skomplikowana: z jednej strony chcą lepszego życia dla dziecka, z drugiej są chciwi – o ile można tak nazwać pragnienie wyrwania się z biedy. Niestety wygrywa to drugie i to łamie czytelnika, bo niby rozumiesz ich motywy, ale wcale tego nie chcesz.

Zastanowiła mnie również relacja z robotem. Pokazuje ona, jak AI może zmienić nasze życie: będziemy mu bezgranicznie ufać i oczekiwać pocieszenia, a w zamian otrzymamy manipulację.

 

Nie mogę kliknąć, ale jeżeli dobrze rozumiem, to mogę je nominować do najlepszego opowiadania, co też uczynię :)

PS. Żałuję, że w konkursie jest limit znaków. Z chęcią przeczytałbym więcej.

Cześć,

 

musiałam zajrzeć, bo wybraliśmy te same obrazy, więc jestem ciekawa Twojej interpretacji.

 

Jestem trochę jak Flora – flightradar mam zawsze pod ręką i uwielbiam patrzeć w niebo. Ostatnio nad głową latały mi Black Hawki, więc dłuuugo siedziałam w oknie.

 

Przy południowym krańcu kosmodromu obudziła się wielka spalarnia śmieci. Nad cylindrycznymi zbiornikami pełzały pomarańczowe jęzory pochodni. Rytmiczny wyziew kominów powodował, że powietrze powoli nabierało kwaśnego zapachu.

Jakbym czytała o Płaszowie w Krakowie :P

 

Flora, nie przewracaj oczami, tylko słuchaj się starszej kobiety.

Zdanie raczej nic nie straci po wyrzuceniu tego “się”

 

Ikony, emotki i guziki tak pięknie się animowały, że ciężko było oderwać od nich wzrok.

Trudno

 

Wzrok mężczyzny prześwietlił dziewczynę i odczytał każdą jej myśl. Dziewczyna nie potrafiła znieść myśli, że musiałaby zestawić swoją przeciętność z kimś tak doskonałym, dlatego uciekła

Może dziecko w pierwszym zdaniu?

 

Tym razem założyła Florianie przyciemniane okulary, których miękkie oprawki opinały głowę na około.

Całe oprawki opinały tę głowę?

 

Paczka przebiła się przez gumową błonę zsypu jak nowonarodzone dziecko i wpadło w objęcia Flory

rozdzielnie

 

Odbyły się ciche kremacje, na które Flora poszła z rodzicami, ale wolała żegnać koleżanki sama. Nie podobało jej się to, że Riccardo obnosił się z nowymi ubraniami, przez co sąsiedzi patrzyli na nich z ukosa.

czemu nie “tata” w tym kontekście?

 

Po wyłączeniu wszystkich maszyn okazało się, że tylko w jednym bębnie kotłowały się dobrze dobrane czerwone spódnice.

Chyba bym zmienila tutaj kolor, bo w pierwszej pralce pomieszała właśnie białe i czerwone.

 

Jednak dzisiaj jego urok osobisty go zawiódł.

 

Jak do tej pory korzystała z zasobów ambulatorium, bo Aurelia pozwalała podopiecznej umyć się w kabinie prysznicowej.

 

Ricardo podskórnie czuł, że wydarzyło się coś złego, że coś przegapił albo nawet stracił.

 

wcześniej imię było pisane przez 2x c

 

Wolałby, żeby wszystko zostało proste i wytłumaczalne, ale to się już niestety skończyło. Dlatego się tłumaczył.

 

Lęk przed czymś niezrozumiałym ze mieszał się strachem przed nieposłuszeństwem.

 

Cynizm wielkich wobec maluczkich – można się było spodziewać, że ci lepsi ludzie w niczym nie będą lepsi, a wręcz przeciwnie. A jednak miał nadzieję na happy end dla Floriany. Do tego mamy ładnie wpleciony obraz, dużo bardziej dosłownie niż w moim przypadku, i fabułę, którą chce się poznawać. Satysfakcjonująca lektura. Klikam oczywiście. Powodzenia w konkursie :)

Długo się zastanawiałem co napisać :) Nie mieliśmy się okazje poznać, więc witaj :)

 

Rzekłbym krótko: gościu twój warsztat to absolutnie pierwsza klasa. ;) Wszedłem w ten tekst dość luźno, ale od razu poczułem świetne flow i narracyjną dyscyplinę, która trzyma za gardło aż do samego końca.

Bardzo mi się podoba, jak plastycznie zbudowałeś ten świat – ten zgrzyt między naiwnymi marzeniami Floriany o kosmosie a brutalnym, wręcz sterylnym cynizmem Tiberiusa i "lepszych ludzi" uderza w sam punkt. Masz świetną intuicję do tworzenia nastroju :) z jednej strony czuć ten brud Oltarno i kwaśny zapach spalarni śmieci, a z drugiej bezduszną kalkulację eksperymentu medycznego pod przykrywką szansy na lepsze życie e:)

 

Mam niemały orzech do zgryzienia. Na pewno klik a nad opką miesiąca to sie zastanowię bo waham się miedzy dwoma obecnie :)

 

 

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :)

 

Podążaj za białym królikiem.

Przeczytałem. Powodzenia w konkursie. :)

Witam Szanownych Jurków i dziękuję za łaskawe odwiedziny :) Mam nadzieję, że lektura była co najmniej dobra.

 

lugosi

Cieszę się, że lektura przypadła Ci do gustu. Najbardziej jednak cieszę się z tego, że udało mi się trafnie opisać sprawy najważniejsze, które odczytałeś. To super! I serdecznie dziękuję za nominację.

 

OldGuard

Dzięki za odwiedziny i dobre znalezienie potknięć. To jest etap, na którym czytam niektóre uwagi i klepię się w czoło z myślą “jakim cudem nie zauważyłem” wink Część już wprowadziłem, ale jeszcze muszę niektóre przemyśleć.

Bardzo się cieszę, że lektura była satysfakcjonująca i dziękuję za klika! I z chęcią przeczytam zaraz Twoje, bo tez jestem bardzo ciekaw, jak ujęłaś temat.

 

melendur88

Witaj również! Bardzo doceniam Twoje słowa. Wykształcenie warsztatu zajęło niemało czasu i pracy, więc tym bardziej doceniam pochwałę. Prawda jest taka, że gdyby nie współpraca nad tekstami swoimi oraz innych użytkowników na portalu nauczyło mnie bardzo dużo. Dziękuję za klik, a jeśli uznasz, że warto nominować Florianę do piórka, to tym bardziej będę podbudowany.

XXI century is a fucking failure!

heart

Pecunia non olet

Ok, wprowadziłem jeszcze parę drobnych poprawek. Mam nadzieję, że teraz będzie się lepiej czytało, chociaż, znając życie, nadal nie wyłapałem wszystkiego. wink

XXI century is a fucking failure!

Caernie, czegóż mogłam spodziewać się po Tobie, jeśli nie porządnego opowiadania i bardzo się cieszę, że się nie zawiodłam, że obraz „Tam, gdzie zaczyna się piekło”, tak twórczo Cię zainspirował.

Twoja historia budzi sprzeciw i chęć wykrzyczenia rodzicom, że nie tędy droga, ale skoro oni innej nie widzieli… A choć była to szalenie satysfakcjonująca lektura, pozostaje żal, że marzenia Floriany nigdy się nie spełnią.

Ufając, że poprawisz usterki, biegnę do klikarni. :) 

 

a rę­ka­wy opa­da­ły w dół z ide­al­nie wy­wa­żo­ną de­li­kat­no­ścią. → Masło maślane – czy coś może opadać w górę?  

 

Do­bie­gła do Ponte Santa Tri­ni­tia i opar­ła się o re­ling. → Skoro to most, to raczej: Do­bie­gła do Ponte Santa Tri­ni­tia i opar­ła się o balustradę/ barierkę.

 

po­twier­dzał od­biór i za­bie­rał się za sor­to­wa­nie odzie­ży. → …po­twier­dzał od­biór i za­bie­rał się do sortowania odzie­ży.

http://filologpolski.blogspot.com/2016/11/brac-siewziac-sie-za-cos-brac-siewziac.html

 

Pacz­ka prze­bi­ła się przez gu­mo­wą błonę zsypu jak nowo na­ro­dzo­ne dziec­ko i wpa­dło w ob­ję­cia Flory. → Piszesz o paczce, która jest rodzaju żeńskiego, więc: Pacz­ka prze­bi­ła się przez gu­mo­wą błonę zsypu, jak nowo na­ro­dzo­ne dziec­ko, i wpa­dła w ob­ję­cia Flory.

 

…do pra­nia nie uży­wa­ło się wody, a je­dy­nie sprę­żo­ne, wil­got­ne po­wie­trze. → …do pra­nia nie uży­wa­ło się wody, a je­dy­nie sprę­żo­nego, wil­got­nego po­wie­trza.

 

Flora unio­sła spód ko­szul­ki i po­ka­za­ła in­iek­tor przy­mo­co­wa­ny do pod­brzu­sza. → Obawiam się, że nie można unieść spodu koszulki, nie ruszając jej wierzchu.

Pewnie miało być: Flora unio­sła brzeg ko­szul­ki i po­ka­za­ła in­iek­tor przy­mo­co­wa­ny do pod­brzu­sza.

 

prze­strze­ga­ła za­le­ceń wzro­ro­wo… → Literówka.

 

Kilka dziew­czyn wpa­try­wa­ło się we Florę z ocza­mi wiel­ki­mi jak let­nie słoń­ce. → Czy na pewno musiały patrzeć z oczami, czy raczej: Kilka dziew­czyn wpa­try­wa­ło się we Florę ocza­mi wiel­ki­mi jak let­nie słoń­ce.

 

pod­cią­gnę­ła spód­ni­cę i po­sta­wi­ła stopę na opar­ciu fo­te­la. → Akrobatka? Oparcie jest część fotela znajdującą się za plecami siedzącego. Czy pani Russo na pewno postawiła stopę na oparciu, czy może miało być: …pod­cią­gnę­ła spód­ni­cę i po­sta­wi­ła stopę na poręczy/ siedzisku fo­te­la.

 

Syn­te­tycz­ne stawy za­kle­ko­ta­ły przy gwał­two­nym ruchu… → Literówka.

 

Lęk przed czymś nie­zro­zu­mia­łym mie­szał się stra­chem przed nie­po­słu­szeń­stwem. → Czy tu aby nie miało być: Lęk przed czymś nie­zro­zu­mia­łym mie­szał się ze stra­chem przed nie­po­słu­szeń­stwem.

 

W mi­go­tli­wym świe­tle lamp alar­mo­wych kon­te­ner uniósł się w górę, dmu­cha­jąc po­tęż­nym wia­trem. → Masło maślane – czy mógł unieść się w dół?

Wystarczy: W mi­go­tli­wym świe­tle lamp alar­mo­wych kon­te­ner uniósł się, dmu­cha­jąc po­tęż­nym wia­trem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy

Dziękuję serdecznie za pomoc i czujne oko. Jak zwykle potrafisz wywołać u mnie wstydliwą reakcję “facepalm” wink Muszę przyznać, że tym razem jestem lekko pocieszony, bo w przestrzeni 40K znaków tych potknięć jest relatywnie niedużo, a to mnie cieszy. Literówki mnie nie martwią. Unoszenie w góręopadanie w dół martwią mnie o wiele bardziej, a już babol w postaci sprężone(go) powietrza spowodował poważny cios otwartą dłonią w czoło. Zastanawiam się, jak to zrobić, żeby nie pozwolić sobie na takie wpadki, nawet jeśli nie ma ich aż tak wiele. Czytając teksty innych autorów jest o wiele łatwiej je wychwycić niż u siebie. Tak czy siak, z czerwonymi policzkami wziąłem ołówek, gumkę i poprawiłem, co należało.

Cieszę się bardzo, że doceniłaś świat Flory, mimo jego czarnych (i czerwonych) barw. Opowiadanie było pisane w wąskim tunelu czasowym, więc nie wydziwiałem nadmiernie, ale przyznaję, że na początku pracy istniała wersja z bardziej optymistycznym zakończeniem. Zrezygnowałem z niej z dwóch powodów. Po pierwsze – logiczne doprowadzenie do sytuacji pozytywnej wymagałoby większej przestrzeni znaków. Po opracowaniu drabinki zdarzeń odniosłem wrażenie, że skrót fabularny zrobił się o wiele za duży. Po drugie – uznałem, że w wersji, z jaką ostatecznie zostawiłem czytelników, emocje, które płyną z historii Flory, mają szansę odnieść większe wrażenie.

XXI century is a fucking failure!

Bardzo roszę, Caernie. Miło mi, że mogłam się przydać. :)

Twoja diagnoza, że łatwiej dostrzec usterki w cudzym tekście jest trafna i raczej niewiele można z tym zrobić. Bywa, że dostrzeżesz źdźbło w cudzym opowiadaniu, a o belkę we własnym nawet się nie potkniesz. Ale nie ustawaj w dążeniu do doskonałości. Powodzenia!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć, Caern

Twoje opowiadanie ma szczególny wydźwięk, ponieważ poruszasz w nim kwestie społeczne. Przypomniał mi się Człowiek Plus, Frederika Pohla.

Oprócz science fiction, które posłużyło w moim odczuciu bardziej za tło, pokazujesz zwykłego człowieka w świetle wyboru i sprawczości, których tak naprawdę posiada niewiele. Czy rodzice dziewczynki chcąc lepszego jutra, postępują eytcznie? Czy mają prawo do tego, czego się dopuszczają? Niech każdy rozezna sam. Z jednej strony nie potrafią wyjsć poza schemat myślenia – czy mieć, oznacza w tym przypadku: zapłacić każdą cenę? Czy życie i zdrowie można wycenić?

Aha…

Zapewne nie grasz na basie, bo w tekście masz zwrot: gitara basowa :-) Każdy basista powie Ci, że nie ma czegoś takiego – jest bas. Ale to już inna historia. 

Powodzenia w konkursie.

Pozdrawiam

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Odczekałem trochę od publikacji, bo jako betującemu, nie wypadało mi wychodzić przed szereg.

 

Utwór nie jest tak dobry jak Doktor Skaza – ale gdybyś za każdym razem tworzył coś równie mocnego, to stałbyś się nudnie przewidywalnie genialny ;-)

 

Na szczęście – tekst ten jest dużo od Skazy słabszy, więc nie muszę się rozpływać w zachwytach.

 

Słabość widać choćby w nie do końca udanej psychologii postaci – mam wrażenie, że nie do końca zdecydowałeś, jacy właściwie powinni być rodzice Floriany i ich swoista zmienność i płytkość nie wynika z tego, że tacy byli w istocie, a z tego, że do końca nie wiedziałeś w którą stronę powinieneś tu iść. Z tego wyszedł jakby obraz dwóch malarzy z rywalizujących szkół – w jednych scenach są zimni, zdystansowani i wyrachowani, w innych ciepli i współczujący. Wiem chyba, co chiałeś tu osiągnąć – ale nie do końca wyszło: możliwe, że zwyczajnie zabrakło znaków, by to przekonująco odmalować.

Jeśli już znęcam się nad postaciami – to poznęcam się do końca – postacie drugiego plany są już jednowymiarowe i istnieją tylko po to, by spełnić w opowiadaniu jakąś funkcję – są przerysowane, zbudowane tylko na stereotypach – i przez co wydają się strasznie papierowe.

 

Czy dałoby się to naprawić? Nie wiem, czy w tym limicie. W sumie – psychologię rodziców dałoby się nieco uprościć (jednocześnie czyniąc ją bardziej spójną, jak przykładowo psyche matek, które swoje córki wystawiają do konkursów typu “młoda miss” albo inaczej tworzą z nich młodociane celebrytki – byle tylko żyć wygodnie i w luksusie) – nie sądzę jednak by Ci na tym zależało.

 

I nie zrozum mnie źle – to nie jest tak, że psychologia postaci tu leży i kwiczy. Po prostu Tobie stawiam poprzeczkę wyżej, bo wiem, że stać Cię na więcej. W przypadku tekstu innej osoby – pewnie bym nawet o tym nie wspomniał.

 

Trochę pomarudziłem, to teraz parę kropelek miodu na te wiadra dziegciu.

 

Co mi się podobało?

 

Malarskość.

 

Tak, ten obraz się o to aż prosi, żeby go tak potraktować. Ułatwia. Wręcz nawołuje, by ta czerwień się wlała pomiędzy słowa. Ale mimo wszystko – zaskakujesz. Zaskakujesz konsekwencją, wyrazistą poetyką zmysłów, bardzo silnym przedstawieniem świata, który wręcz zbudowany jest na barwie, świetle, fakturze, zapachu, dźwięku czy dotyku.

 

I choć fabuła jest do bólu przewidywalna – to podoba mi się ta gradacja grozy – od marzycielskiego zachwytu, po body horror ostatecznego rozczarowania, a mimo to, wszystko kończy się happy endem – jedynym happy endem, jaki w tym świecie jest możliwy.

 

Psioczyłem na słabą psychologię rodziców i bohaterów drugoplanowych – ale sama Floriana? Jest przedstawiona rewelacyjnie – można uwierzyć, że dwunastolatka z najuboższej warstwy mogłaby tak się zachowywać i tak myśleć.

 

O sile tekstu świadczy, że przywodzi na myśl dzieła wybitne – Zbrodnię i karę, Czy androidy śnią o elektrycznych owcach, Modyfikowany węgiel… pobrzękują tu też echa wielu innych, dystopijnych utworów, a mimo to, w okrutnym świecie, bohaterom udaje się ocalić człowieczeństwo.

 

Z tego powodu ten tekst by pasował do Ocalonych 3,14 ;-)

 

Jednak najmocniejszą stroną tekstu jest jego współczesność. Takie historie – jeśli usunąć z nich fantastyczną otoczkę – toczą się tu i teraz, za oknem.

 

Mógłby razić dydaktyzm i łopatologiczność przekazu, natrętne moralizatorstwo i brak dystansu do przesłania – ale nie, nie musimy niektórych rzeczy brać w cudzysłów, nie musimy rozwadniać czerni w szarości – w czasach, gdy handel dziećmi – w różnej formie – jest na porządku dziennym – lepiej czasem powiedzieć coś zbyt wprost, niż zbyt mgliście.

 

Z wszystkich tych powyższych powodów – i wielu innych – uważam, że utwór zasługuje na piórko, a właściwie – zasługuje na więcej, ale nic ponad piórko portal ten nie jest w stanie ofiarować :)

 

 

Do wszystkiego powyżej dodaj: moim zdaniem, nie wypowiadam cudzych zdań, chyba, że wyraźnie kogoś cytuję. // ksiegamiliona.pl // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, in­dio­to Ty, nadal chyba nie ro­zu­miesz

Hesket

Dziękuję za komentarz i dobre słowo smiley Cieszę się bardzo, że mój tekst skojarzył Ci się z Pohlem. Ten jego transhumanizm, to coś, co wielokrotnie inspirowało mnie do pisania. W wypadku tego opowiadania, Flora dołącza do programu zmiany na nieco innych zasadach. Roger Torraway był rezerwowym astronautą w programie Man Plus. Kiedy pierwszy kandydat zmarł, Roger zajął jego miejsce. Formalnie wyraził zgodę, ale Pohl wyraźnie pokazuje, że stało się to pod ogromną presją psychologiczną, poczuciem obowiązku patriotycznego oraz w wyniku manipulacji ze strony rządu i naukowców. U mnie w pewnym sensie jest gorzej, ponieważ dziecko nie zostało nawet zmuszone do eksperymentu, a chętnie wzięło w nim udział ze względu na brak wiedzy, naiwność i przyzwolenie (w sumie to aktywny udział) rodziców.

Co do basu – przyznaję Ci się bez bicia, że popełniłem większą zbrodnię, niż by Ci się zdawało. Wiem, że bas to bas, a mimo tego zupełnie świadomie napisałem o gitarze basowej. Po konsultacji uznałem, że jeśli napiszę w ten sposób, to osobom zupełnie niezorientowanym w temacie bęzie mimo wszystko łatwiej zwizualizować sobie (a właściwie zwerbalizować) metaforę. Wybacz, proszę. 

XXI century is a fucking failure!

Jim

Dzięki serdeczne za nominację – w moim obecnym stanie duszy, taki gest jest jak miód na oparzenia.

Bardzo mnie Twój komentarz ucieszył i serdecznie Ci za niego dziękuję. Dałeś mi w nim popalić – pozytywnie i negatywnie – i to właśnie to mnie cieszy najbardziej. Bo ten tekst miał prowokować, kłuć w oczy i uszy, denerwować i poruszać.

Postacie drugoplanowe są dokładnie takie, jak napisałeś. Nieco płaskie i jednowymiarowe, w zasadzie są rekwizytami i niczym więcej. Ale tym miały być, bo faktycznie przestrzeń znaków pozwalała tylko na tyle, ile jest, a z drugiej strony mieli tylko robić tło i dawać kontekst Florianie. Czy przy większym limicie dałbym im więcej miejsca? Nie jestem pewien. Poruszałem się w zakresie znaków, jaki został nam przydzielony i nie myślałem o tym zanadto. Czuję, że gdybym miał więcej znaków, to dałbym im ciut więcej, ale nie na tyle, żeby robić z nich więcej, niż tylko rekwizyty.

Co do rodziców, to w tym wypadku pozwolę sobie na wytłumaczenie, z jednoczesnym odsłonięciem inspiracji. Miałeś idealne skojarzenie z matkami, które wysyłają córki na konkursy miss. Bo i faktycznie inspiracja dla rodziców pochodzi z programu reality show – a tych w 25letniej karierze zrobiłem ponad setkę odcinków, min. Top Model, Mam Talent itp. I napatrzyłem się na rodziców nastolatków, którzy dla całego wachlarza różnych motywacji i chciejstw, popychali dzieci do robienia z siebie pajaców, a czasem szkodzenia sobie. Rodzice Flory są właśnie taką parą – połączeniem ignorancji z chciejstwem, a jednocześnie z infantylną wiarą w siłę pieniądza i kapitalizmu. Co gorsza – oni właśnie mieli wierzyć w to, że robią dobrze, a przynajmniej nie robią gorzej, tylko dają szansę, otwierają drzwi. Ile ja się razy nasłuchałem takich wynurzeń, to nie jestem w stanie zliczyć. I akurat w przypadku rodziców Flory odczułem ciasnotę limitu. W przeciwieństwie do postaci drugoplanowych, chętnie dałbym im więcej miejsca. No, ale wiesz – decyzje, decyzje wink

Podsumowując – muszę Ci podziękować podwójnie, bo nie tylko za opinię, ale też za to, że udostępniłeś mi miejsce w konkursie i zmotywowałeś do wysiłku. Czasu było naprawdę niewiele, liter do wykorzystanie również. To było niezapomniane doświadczenie, które to Tyś częściowo mi zgotował heart

XXI century is a fucking failure!

 

Tam, gdzie płótno spotyka słowo,

tekst poznałem rzetelnie, na nowo.

Ślad zostawiam, opinię wstrzymuję,

nim konkurs ciszę w werdykt przemaluje.

You cannot petition the Lord with prayer!

Hej, witaj! :)

Przeczytałam z zainteresowaniem i, prawdę mówiąc, mam mieszane uczucia.

Z jednej strony mam pewność, że to jest dobrze napisane opowiadanie, główna bohaterka nakreślona wiarygodnie i z polotem, jej motywacje bardzo dobrze pasują do dwunastoletniej dziewczynki. Fabuła jest logiczna, konstrukcja świata również. Kuleje nieco psychologia postaci drugoplanowych, czyli rodziców, ich zachowanie nie jest spójne. Trochę też zagubiłam się w opisach przemiany zdrowotnej bohaterki, nie do końca załapałam, czy ona traci wzrok, czy się zmienia cała, dopiero wykład końcowy sprawę rozjaśnił. Całkowita bezużyteczność tej przemiany dla bohaterki (korzystać mają z tego kosmonauci przecież) uderza najbardziej. Jedziesz po emocjach, ukazując rozwarstwienia społeczne, niesprawiedliwość i wykorzystywanie niewiedzy, lecz wiadomo, że o to chodzi – o wciągnięcie czytelnika w przeżywanie. Gdzieś tam rozrzucasz jakieś iskierki nadziei – dziewczynka ma iść do szkoły, dostaje swój pokój – lecz niesmak straconego zdrowia i strzaskanych marzeń pozostaje. Docierasz do odbiorcy na kilku poziomach – to bardzo na plus.

Minusem jest przewidywalna fabuła. I tu zastanawiam się jak duży to minus. Bo czytając, wiedziałam jak to się skończy. No więc zostaje jazda po emocjach, przecież finał znam. Trochę to odbiera radochy z lektury, a trochę pozwala skupić się na losach – już przesądzonych – dziewczynki. Pewnie dla niektórych nie będzie to problemem, a może nawet stać się atutem, ale mnie trochę uwierało. 

Odczyt jest zawsze subiektywny. Trudno oderwać od tego jakąkolwiek ocenę. Doceniam niezmiernie wspaniały warsztat, który przebija z tekstu, obrazowość świata, który wykreowałeś, sądzę, że zasłużenie trafił do biblioteki i otrzymał nominację – to po prostu dobry tekst. Gratuluję! Wydaje mi się jednak, że nieco jeszcze mu brakuje do piórka. Niewiele, ale jednak. 

Pozdrawiam serdecznie i czekam na następne, na pewno jeszcze lepsze teksty! :) 

 

Hej, dramat! Nie tekst, ale to co przedstawia :). Początek trochę mi się skojarzył z bajką – bohaterka (biedna oczywiście) patrzy na start rakiety i marzy. I tu mogłeś pójść w dwóch kierunkach dramat z szczęśliwym zakończeniem albo tragedia. Wybrałeś drugą opcję i konsekwentnie nią prowadzisz czytelnika. Na tyle, że nie zostawiłeś złudzeń co do zakończenia. To dobra historia, ale w mojej ocenie za długa – tak bardzo wciągasz czytelnika w dramat, że zaczyna być mało dramatyczny. I ostatecznie końcówka zamiast zaskoczyć zwyczajnie się pojawiła. To dobry biblioteczny tekst. Pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Witaj, Caernie. ;)

 

Dziękuję za udział w Konkursie. :)

Komentarz po przeczytaniu.

Kiedy pisałam komentarz, brakowało obrazu oraz podpisu pod nim, których wymagał Regulamin.

Dobrze, że pojawiły się potem.

 

Uwagi, sugestie oraz wątpliwości co do kwestii technicznych (zawsze – tylko do przemyślenia):

Wzrok mężczyzny prześwietlił dziewczynę i odczytał każdą jej myśl. Dziewczyna nie potrafiła znieść myśli, że musiałaby zestawić swoją przeciętność z kimś tak doskonałym, dlatego uciekła. – czy powtórzenia celowe?

Na jego widok Floriana się uśmiechnęła, bo ozdobiony brązowymi pasami pękaty pojazd przypominał rurkę z kremowym tiramisu. – czy ta aliteracja (i inne) jest celowa?

– Witaj Floriano. – przecinek przy Wołaczu?

Pierwsze badanie polegało na przykładaniu dłoni, z których płynęło przyjemne ciepło. Za każdym dotknięciem na migaczach pojawiały się prześwietlone części ciała, które program rozkładał na kolejne warstwy. – tu dopytam: to z obu dłoni Floriany płynęło wspomniane, przyjemne ciepło?

– Tak – rzekła Flora, ale nie wcale się tak nie czuła. – omyłkowe powtórzenie

– Pobrałam odrobinę krwi, aby komputer zbadał skład twojej krwi, a także zsekwencjonował twoje DNA. – powtórzenie?

Tym razem założyła Florianie przyciemniane okulary, których miękkie oprawki opinały głowę na około. – ort. – razem?

– Nie śmiej się ze mnie, ale nic nie zrozumiałam z tego, co opowiadałaś – przyznała się – ale Tiberius mi obiecał, że mnie wszystkiego nauczy. – jak rozumiem, w wypowiedzi dziewczynki takie powtórzenie jest celowe?

Paczka przebiła się przez gumową błonę zsypu jak nowonarodzone dziecko i wpadło w objęcia Flory. – składn. – wpadła?

Chciała zrobić hardą minę, ale spływające po twarzy łzy i rzadkie smarki, które obficie uciekały z nosa (przecinek?) psuły efekt. Russo niezdarnie kucnęła obok (i tu?) wzbudzając do stukotu plastikowe stawy.

Codziennie wymieniam wkład w inmiktorze i jem wszystko, co mam napisane, żeby zjadać. – jak rozumiem – to przekręcenie celowe?

– Pacjentka jest zaangażowana w proces i w ciągu ostatnich tygodni przestrzegała zaleceń wzrorowo – wyjaśniła Aurelia. – literówka?

Pani Russo zmodyfikowała harmonogram tak, aby Chiara nie pracowała na tej samej zmianie (przecinek?) co Flora.

Ricardo podskórnie czuł, że wydarzyło się coś złego, że coś przegapił albo nawet stracił. – tu niestety literówka spowodowała kilkanaście błędów rzeczowych, bo imię ojca zapisujesz w innych miejscach inaczej.

Zostałam z tym na całe życie, rozumiesz pan? – przecinek przy Wołaczu?

– Daj mi pani spokój. – i tu?

– Co pani opowiadasz? – i tu?

A wiesz (przecinek?) dlaczego?

Lęk przed czymś niezrozumiałym ze mieszał się strachem przed nieposłuszeństwem. – brak części zdania, lub literówka i zbędna spacja, lub inne ustawienie wyrazów?

Dzięki tobie nasi astronauci będą mogli z łatwością dostosować swoje ciała do eksploracji ciał niebieskich, na których panują odmienne warunki od ziemskich. Dzięki tobie zrobiliśmy wielki krok naprzód w poznaniu naszych możliwości. – powtórzenia – celowe?

Nie dało się go nazwać inaczej, jak tylko spełnienie marzeń. – składniowy? – albo wziąć w cudzysłów lub napisać kursywą, albo odmienić (?): Nie dało się go nazwać inaczej, jak tylko spełnieniem marzeń.

Co najważniejsze, to (przecinek?) że był tam jeszcze jeden, oddzielny pokój, który rodzice przeznaczyli dla córki.

 

 

Genialny pomysł na fantastykę i ogromnie gorzki wydźwięk całości robią tu ogromnie dużo. BRAWA! :)

Opowiadanie czyta się z zapartym tchem, ciągle czując podświadomie narastającą krzywdę, wyrządzaną głównej bohaterce i jej dziewczęcym marzeniom. Miałam bardzo luźne skojarzenia z wieloma dziełami literackimi, pokazującymi marzenia uzdolnionego i nadwrażliwego dziecka, rozbijające się o niesprawiedliwe prawodawstwo i brak środków finansowych (np. nowele pozytywistyczne, jak:„Janko Muzykant”, „Antek”).

 

Przy okazji składam serdeczne życzenia dla Ciebie oraz Twoich Bliskich: Zdrowych, Wesołych i Pogodnych Świąt! :)

 

Podwójny klik, pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)

Pecunia non olet

Witaj, Cearnie!

 

Bardzo smutne opowiadanie. Na początku trochę liczyłam na szczęśliwe zakończenie, ale gdzieś pewnie w połowie uświadomiłam sobie, że to musi się skończyć tak jak się skończyło. W przeciwnym wypadku mielibyśmy sympatyczną historię, ale, jak już komuś napisałeś, zarówno przekaz jak i ogólne wrażenie byłyby znacznie słabsze. Dlatego jestem zadowolona, że nie poszedłeś w tę stronę. Mimo, że zakończenie jest przewidywalne, to moim zdaniem cała historia jest poprowadzona bardzo dobrze. Pokazuje smutną prawdę, że często ludzie, którzy wydają się lepsi wcale tacy nie są. A wiara w sukces i chęć poświęcenia wszystkiego w imię marzeń czasem, a może nawet zwykle, nie są wystarczające, żeby osiągnąć cel. Owszem, niektórym się udaje, szczególnie w filmach, ale w prawdziwym życiu za naiwność i ufność można słono zapłacić.

Jestem pod wrażeniem jak dobrze wykorzystałeś obraz. Zobaczyłam go jak już przeczytałam całe opowiadanie i idealnie uzupełnił mi tekst.

Jim napisał bardzo dobry komentarz, ja na pewno nic mądrzejszego nie wymyślę, więc tylko napiszę na koniec, że na mnie opowiadanie zrobiło duże wrażenie i na pewno zostanie w mojej głowie na dłużej.

 

Pozdrawiam serdecznie!

 

Hej, 

Gratuluję drugiego miejsca, a było naprawdę blisko do pierwszego, długo się zastanawialiśmy, który z Waszej dwójki powinien sięgnąć po złoto. Niemniej jednak drugie miejsce to również wielki sukces i mam nadzieję, że czujesz się spełniony, bo ja Twoim tekstem jestem spełniony w stu procentach.

Język – prawie na niczym się nie potykałem. Jest napisane dobrze i językiem, który idealnie pasuje do opowiedzianej historii.

Bohaterka – żywa, prawdziwa. Napisana świetnie. To jeden z ważniejszych punktów mojej oceny. Jej emocje, zmiany, rozterki, marzenia, wiara w lepszą przyszłość, a jednocześnie chęć pomocy (to była piękna scena jak Flora stwierdziła, że kiedyś kupi wszystkim z pralni migacze, mimo że ją dręczyły). 

Relacje – są tak naturalne, tak prawdziwe, że byłem naprawdę wniebowzięty. I to nie jedna relacja, a wiele. Między Florą, a Russo, między Florą, a dziewczynami z pralni. Ale i ta, która zrobiła na mnie wielkie wrażenie – między Florą, a maszyną, gdzie dziewczynka nie wiedziała co dokładnie ta mówi, ale wierzyła jej i stwierdziła, że zrozumie już niedługo. Widziałem w tym własna córkę, jej zainteresowanie światem i akceptację na to czego jeszcze nie jest w stanie pojąć, ale zrozumie “jak będzie duża”. 

Chciałbym zaznaczyć, że relacja z dziewczyną z pralni, która znęcała się nad Florą, ale jednocześnie poznaliśmy jej przykrą motywację zasługuje na szczególne wyróżnienie. Ta scena była wzruszająca, mroczna, ale tez bardzo mądra, zrobiła na mnie wielkie wrażenie.

Ogólnie masz talent do postaci drugoplanowych. Jedyną postacią jaka średnio wyszła była mama Flory. O ile teraz zerknąłem w komentarze i widzę, że ludzie podnoszą, że oboje rodziców średnio wyszło, tak ja się nie zgodzę. Tata wydał mi się naturalny, wiarygodny i dobrze poprowadzony. Nie chciał się zgodzić z początku, potem się dał przekonać, w czym pewnie też pomogły pieniądze, ale na koniec żałował. Mama gorzej, myslałem, że poprowadzisz ją jako zimną, chętną kasy i, że tak zostanie. Ta zmiana w niej na końcu wydała mi się mało naturalna.

Historia wzruszająca, mroczna, bazująca na motywach ludzi “lepszych” i “gorszych”. Sam motyw jest często używany, ale Ty poprowadziłeś to naprawdę ciekawie. Ta wiara dziewczynki, marzenia, a jednocześnie nasza pewność, że skończy się źle, było świetne. Zakończenie niby przewidywalne, ale doprowadziłeś do niego w sposób interesujący, mądry, refleksyjny. Tekst został mi w pamięci na długo i zostanie pewnie na jeszcze dłużej.

Przegrałeś w walce o pierwsze miejsce tak naprawdę tylko jedną rzeczą, wykorzystanie obrazu było ciekawe, oryginalne i dobre. Ale jednak na tym polu czegoś brakowało, obraz nie pełnił roli tak ważnej, jak w opowiadaniu marzana. Tylko tyle, i aż tyle.

Życzę Ci piórka, sam dodałem pół TAK-a. Dziękuję, że podzieliłeś się z nami tym tekstem i uczestniczyłeś w konkursie.

Pozdrawiam serdecznie!

You cannot petition the Lord with prayer!

Hej ho! 

 

Już się szykowałam na wylot rakietą, a tu nastąpiło takie zderzenie z rzeczywistością…

Napisałeś bardzo piękne, mądre opowiadanie o marzeniach, które swoim gorzkim zakończeniem przypomina nam, że jednak życie potrafi być jednym wielkim rozczarowaniem.

Wraz z poznawaniem losów Flory zakończenie przestawało być dla mnie niespodzianką. Spodziewałam się, że niestety w żaden kosmos nie polecimy… Ale nie wyobrażam sobie innego finału. Był to najtrafniejszy wybór! Pełen emocji i refleksji.

Udało ci się sprawić, że rodzice Flory naprawdę działali mi na nerwy! :D Z jednej strony ich zachowanie było nieporadnymi próbami poprawienia sytuacji finansowej rodziny, ale i tak bardzo mnie irytowało. Doceniam jednak, że przedstawiłeś ich jako „szarych” bohaterów, nie jednoznacznie złych, lecz takich, którzy po prostu podejmują złe decyzje. Niemniej jednak bez wahania rzuciłabym ich na pożarcie smokom! :D

Świetnie wplotłeś wątek fantastyczy i bardzo ciekawie wykorzystałeś obraz. Miałam z nim zupełnie inne skojarzenia, ale widzę, że idealnie pasuje do także dystopijnych klimatów Twojego opowiadania.

W moim osobistym rankingu “Gdy zostanę lepszym człowiekiem” znalazło się na trzecim miejscu. Cieszę się, że jesteś na podium! Nie pozostaje mi nic innego jak pogratulować i nominować do piórka. Trzymam kciuki! :)

 

 

Pozdrawiam serdecznie!

 

Podążaj za białym królikiem.

Nowa Fantastyka