Ulica Chłodna równie dobrze mogłaby być tunelem – Witek nie widział ani witryn sklepowych, ani przechodniów, ani nawet własnych stóp. Widział tylko twarz kierownika i słyszał te starannie dobrane słowa, które miały sprawić, że wypowiedzenie brzmiało jak przysługa. A potem, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, skinięcie głową w stronę drzwi. W kolejce czekał już następny nieszczęśnik.
Łącznie dziesięciu, ale Witek wiedział – nie podejrzewał, ale wiedział – że jemu jest najgorzej. Zawsze tak było. Rodzina nie taka, twarz nie taka, głos nie taki, osobowość nie taka. Wszystko nie takie, jakie powinno być i to wszystko sprawiało, że powodziło mu się w życiu źle.
Szedł i rozgrzebywał te myśli jak stare rany – z ponurą, wręcz perwersyjną satysfakcją. Właśnie przypominał sobie historię sprzed kilku miesięcy i dziewczynę sześć na dziesięć, która dała mu kosza przez SMS-a, gdy tuż przed nim wyrosły szerokie plecy.
– Przepraszam – mruknął.
Chciał wyminąć właściciela pleców, ale po jednej i drugiej stronie znajdowały się też inne osoby. Na skrzyżowaniu Chłodnej i Żelaznej zebrało się kilku gapiów, do których dołączali kolejni. Witek poszukał wzrokiem źródła ich zaciekawienia, co nie stanowiło większego problemu, bo było je dobrze widać. I czuć.
Poczuł dym zanim go jeszcze zobaczył. Gryzący i cierpki. Z okien na trzecim piętrze kamienicy Ignacego Partowicza buchały języki ognia – długie i pomarańczowe, które przeplatały się z szarą wstęgą dymu. A powyżej, na balkonie czwartego piętra, siedziała staruszka i nie poruszała się, jakby przykuta do miejsca strachem.
Witek nie był strażakiem. Nie był nawet specjalnie odważnym człowiekiem, ale widział, że pożar błyskawicznie przeskakuje z framugi na framugę, a dym ucieka szczelinami i pewnie już wypełniał inne mieszkania. Wsłuchał się w odgłosy miasta, ale nie słyszał jeszcze wozów strażackich. Spojrzał znów na parapet czwartego piętra i podjął decyzję, zanim zdążył ją dobrze przemyśleć.
Może gdyby to był normalny dzień, zostałby tam, gdzie stał. Człowiek, który ma pracę, plany i kogoś w domu, waha się i kalkuluje, myśląc o tym, co może stracić. On nie kalkulował.
Przecisnął się przez tłum gapiów, którzy stali z telefonami wyciągniętymi przed siebie, dokumentując cudze nieszczęście, i wbiegł do budynku. Klatka schodowa powitała go dymem. Gęstym i brudnym, który pełzł po suficie, szukając ujścia. Witek przykrył usta rękawem i ruszył w górę, biorąc po dwa stopnie na raz.
Na pierwszym półpiętrze omal nie nadepnął na kota. Czarny, wielki kocur siedział na schodku i mruczał cicho, jakby nigdzie mu się nie śpieszyło.
– Sio!
Kot odskoczył niezadowolony i uciekł na dół. Mężczyzna pognał na górę.
Na końcu korytarza dymu było więcej. Dopiero teraz wątpliwości uderzyły w niego z całą siłą. Zastygł na środku, oglądnął się za siebie, a potem znów spojrzał w kierunku drzwi mieszkania starszej kobiety. Cofnął się dwa kroki. Gdyby teraz wrócił na ulicę, wszyscy by to przecież zrozumieli. Zrozumieli, że próbował, ale nie dał rady. To byłby bezpieczny wybór, z rodzaju tych, których trzymał się całe życie.
Dym gryzł w oczy, przymknął więc na chwilę powieki i zobaczył ten obrazek – przerażona staruszka siedząca na parapecie. Wokół ogień. Wiedział, że jeśli się teraz wycofa, to wspomnienie będzie go prześladować do końca życia.
Drzwi pod numerem trzynaście były już ciepłe w dotyku. Nasunął rękaw kurtki na dłoń i nacisnął klamkę.
– Halo! Jest tam pani?
Odpowiedziała mu cisza i trzask ognia pod stopami.
Dym w środku był gęstszy niż na korytarzu. Rozpanoszył się po pokoju, obejmował swoimi zwiewnymi ramionami meble, które pamiętały jeszcze czasy PRL-u i lizał tapety w wyblakłe kwiaty. Witek rejestrował to wszystko kątem oka, gdy szedł w stronę drzwi balkonowych.
Kobieta siedziała w tym samym miejscu, dłonie kurczowo zaciskała na parapecie i patrzyła gdzieś w bok. Nie na coraz głośniejszy tłum gapiów pod kamienicą i nie w stronę mrugających świateł wozów strażackich, które pędziły już Żelazną. Może gdzieś w stronę kościoła świętego Karola Boromeusza, szukając w Bogu pomocy? Nie miał czasu się nad tym zastanawiać.
– Proszę pani – powiedział zachrypniętym głosem. – Musimy stąd wyjść.
Staruszka tylko pokręciła głową.
– Musimy. Ogień dotrze tutaj lada chwila.
– Nie mogę. Nie zostawię jej.
– Kogo? – Witek zrobił w jej stronę ostrożny krok. – Tutaj nikogo nie ma poza nami.
Kobieta obróciła się do okna i wskazała na małe boczne drzwi w mieszkaniu, które ledwo było widać zza zasłony dymu.
Zdębiał. Może nie mieszkała tam sama? Może ktoś tam spał albo zamknęła w tamtym pokoju psa? Może w puszce po kawie kryła oszczędności życia i nie chciała ich zostawiać? Mógł zgadywać w nieskończoność, ale czasu było mniej. Zasłonił więc znów twarz rękawem, podbiegł do drzwi, pchnął i…
***
Dym zniknął. Ogień zniknął. Przez chwilę nie rozumiał absolutnie niczego. Ten sam pokój, ale jakby wyjęty z innego czasu. Zamiast parkietu w jodełkę pod butami miał wytarte deski, a zamiast pstrokatego dywanu – grubą warstwę kurzu w rogach. Obejrzał się za siebie. W ścianie wciąż tkwiły małe boczne drzwi, które nie ustąpiły po naciśnięciu klamki ani za pierwszym, ani za drugim, ani nawet za dziesiątym razem.
Witek spojrzał w stronę okna, gdzie powinna siedzieć staruszka, tylko że jej już tam nie było. Wybiegł na balkon. Na zewnątrz panował ruch, ale nie taki, do jakiego był przyzwyczajony.
Ulicą poniżej szli mężczyźni w ciemnych płaszczach, jakaś kobieta z tobołkiem i druga z dzieckiem trzymanym za rękę. Wszyscy mieli na ramieniu białe opaski z niebieską gwiazdą Dawida. Nad nimi wznosiła się kładka, jak drewniane ramię łączące dwa różne światy. A wokół powiewały flagi – czarno-czerwono-białe, ze swastyką pośrodku.
Witek poczuł, jak miękną mu kolana.
Pod kładką przejechał tramwaj. Za nim szedł spokojnie żołnierz w szarozielonym mundurze, jakby wracał z zakupów, tyle że zamiast siatki trzymał karabin opuszczony swobodnie wzdłuż ciała.
Witek cofnął się o krok. Potem o drugi. Plecy trafiły w framugę drzwi balkonowych i zatrzymał się, bo nogi odmówiły dalszego posłuszeństwa.
Stał i patrzył na Warszawę. Na Warszawę, której nie było od ponad osiemdziesięciu lat.
„To niemożliwe. Może umarłem w tym pożarze i trafiłem do piekła? To niemożliwe.”
Powtarzał to sobie w myślach jak mantrę, ale miasto pod nim nie słuchało wewnętrznych protestów. Tramwaj jechał nadal, żołnierz szedł dalej, a na kładkę wchodziła właśnie kolejna para – starszy mężczyzna i chłopiec, który co chwila oglądał się za siebie.
Witek wrócił do mieszkania. Gdy przedzierał się przez nie wśród dymu, nie przyglądał się wnętrzu zbyt dokładnie, ale od razu zauważył, że teraz było to zupełnie inne miejsce zastawione zupełnie innymi meblami. W rogu, na biurku, leżała gruba księga. Rzucił na nią okiem, ale nie potrafił rozczytać wykaligrafowanych starannym pismem zawijasów.
„To niemożliwe”.
Drzwi wejściowe były lekko uchylone, a za nimi panowała ciemność. Wyciągnął rękę, żeby pchnąć je szerzej i w tej samej chwili usłyszał, jak z niższego piętra dobiegają strzępki rozmowy. Krótkie, urywane zdania. Szorstki głos. I ten język, z którego łatwo żartować przy piwie, ale który teraz wywołał w nim dreszcz przerażenia.
Nagle dotarło do niego, gdzie jest. Albo próbowało dotrzeć i przebić się przez zapętloną myśl „to niemożliwe”.
Kamienica Partowicza. Nordwache. Z lekcji historii wiedział tylko tyle, że mieścił się tutaj posterunek żandarmerii, z którego Niemcy nadzorowali skrzyżowanie i całe getto.
Cofnął się od drzwi. Głosy były teraz bliżej. Ktoś wchodził po schodach. Mężczyzna rozejrzał się gorączkowo, przeniósł wzrok z okna na balkon. Cztery piętra nad ziemią, więc nie byłby w stanie tamtędy zejść. W końcu schował się za szafą w kącie, skulił i przestał na moment oddychać.
Kroki rozbrzmiały na korytarzu. Ciężkie, masywne, obleczone w buty marszowe. Zatrzymały się przed drzwiami na moment, który zdawał się trwać wieczność. Potem poszły dalej, w górę, na piąte piętro.
Mózg Witka zmienił płytę i zamiast „to niemożliwe”, zaczął grać zupełnie inną melodię pod tytułem: „muszę się stąd natychmiast wydostać”.
Mężczyzna wyjrzał na korytarz. Pusty. Zszedł po schodach tak cicho, jak umiał, z sercem bijącym gdzieś w gardle. Na pierwszym piętrze minął się z kobietą w czarnej chuście, która spojrzała na niego uważnie – o sekundę za długo – ale nic nie powiedziała. Na parterze przez brudną szybę przy wejściu zobaczył żołnierza. Stał po drugiej stronie ulicy, tyłem, z karabinem na ramieniu, wpatrzony w kładkę. Witek cofnął się o krok, znalazł boczne wyjście od strony Żelaznej, wyślizgnął się na zewnątrz i wtopił w tłum. Albo próbował, bo w swoich czarnych dżinsach i sportowej kurtce wyglądał jak przybysz z innej epoki. Kilka kałuż zrobiło mu przysługę, a brudne plamy z błota pomogły chociaż trochę zamaskować jego współczesny ubiór, który mimo wszystko mógł przyciągać niepotrzebną uwagę.
Powietrze na zewnątrz było inne niż pamiętał ze swoich czasów. Cięższe. Nasycone czymś, czego nie umiał nazwać – może kurzem, może zbiorowym strachem, wydzielanym przez tysiące ludzi żyjących zbyt blisko siebie na zbyt małej przestrzeni. Dodawał do tego swoją cegiełkę, bo serce nie chciało się uspokoić i waliło jak oszalałe.
Ruszył przed siebie, ale chociaż codziennie przemierzał tę trasę w drodze do i z pracy, teraz jej nie poznawał. Ulica była ta sama i zupełnie inna jednocześnie. Bruk zamiast asfaltu, nierówny, miejscami wyłamany. Witryny sklepowe z napisami w jidysz i po polsku, niektóre zabite deskami, inne jeszcze otwarte. Jakiś starzec siedzący na stopniu kamienicy z zamkniętymi oczami. Młoda kobieta w oknie na pierwszym piętrze wyglądająca na ulicę z wyrazem twarzy, który Witek widywał czasem u ludzi czekających na opóźniony pociąg – ta szczególna mieszanina rezygnacji i czujności.
– Ej! – Głos był dźwięczny, z ledwie wyczuwalnym akcentem, niepasujący do tych okoliczności. – Ej, ty. Zatrzymaj się.
Stała przy murze oficyny, w cieniu, który skrzętnie ją ukrywał. Na pierwszy rzut oka była młodsza od niego. Jeszcze nastolatka, najwyżej szesnaście lat, ale oczy miała starsze. Ciemne, mądre oczy kogoś, kto widział zbyt wiele w krótkim czasie. Do tego płaszcz o dwa rozmiary za duży, biała opaska na ramieniu i zaskakująco jasne włosy, które nie pasowały do jego wyobrażeń o mieszkańcach getta.
– Nie jesteś stąd.
– Jestem z okolicy – powiedział, bo jak inaczej miał wytłumaczyć, skąd pochodzi.
– Nie masz opaski.
– Zgubiłem.
– No to masz problem.
Odwróciła się i odeszła. Uszła trzy, może cztery kroki w stronę najbliższej bramy i skręciła za węgieł. Witek stał nieruchomo, nie wiedząc, czy powinien iść za nią, czy uciekać. Po chwili wróciła.
– Gdzie dostałeś takie buty?
Spojrzał mimowolnie na swoje trampki. Biało-szare, ze znanym logo na języku. Już chciał coś odpowiedzieć, ale z bramy naprzeciwko wyszedł starzec z wiadrem. Potknął się w progu o czarnego kota i część zawartości wylał na chodnik. I na te nieszczęsne buty.
– Kurwa!
Witek w pierwszym odruchu chciał się odsunąć od starca, ale zauważył, że dziewczyna patrzy na nich badawczo. Schylił się więc, pomógł podnieść wiadro i przytrzymał za ucho, dopóki tamten nie złapał go pewniej. Mężczyzna mruknął coś, czego Witek nie zrozumiał i poszedł dalej.
– Niemiec by nie pomógł – odezwała się w końcu półgłosem, bardziej do siebie niż do niego.
Spojrzała w stronę ulicy, potem z powrotem na niego.
– Kim ty w ogóle jesteś?
– Witek.
– I to wszystko?
Nie miał dobrej odpowiedzi, więc milczał. Ona też. Długo. Gdzieś za rogiem przeszedł patrol – usłyszał kroki, zanim jeszcze zobaczył mundury – i instynktownie cofnął się o pół kroku w stronę muru. Dziewczyna tego nie skomentowała. Przypatrywała mu się przez chwilę, jakby ważyła coś w myślach. Potem gestem przywołała bliżej.
– Chodź ze mną.
Rozejrzał się niepewnie wokoło.
– No chodź – nalegała. – W tych ubraniach i bez opaski wyglądasz podejrzanie. Zaraz cię zgarną.
Nazywała się Miriam. Tyle powiedziała mu o sobie w ciągu pierwszych dziesięciu minut. Potem mówiła więcej i więcej, z przerwami na omijanie patroli i przeciskanie się z bramy do bramy. Mieszkała w dużym getcie, po północnej stronie Chłodnej, ale przyszła tu po lekarstwo dla matki. Jego przestała wypytywać po kilku zdawkowych odpowiedziach, co przyjął z ulgą.
– Dokąd idziemy?
– Powiedziałam. Po lekarstwo.
– Ale dokąd?
– Do szpitala, a w zasadzie to do Hellerowej. Sprzedaje, co trzeba, jeśli ma się czym płacić.
Witek pomyślał o swoim portfelu z kartami bankomatowymi i jakąś współczesną, wymiętą dychą.
– Masz?
Miriam prychnęła cicho, ale nic nie powiedziała.
Szpital Bersohnów i Baumanów stał przy Siennej, zaledwie półtora kilometra od kamienicy, ale dziewczyna prowadziła go okrężną trasą – przez podwórza i przez dziury w murach, o których istnieniu wiedziały tylko miejscowe dzieci oraz koty. Witek przestał liczyć ulice po piątej, którą minęli, bo szli dłużej, niż się spodziewał. Kilka razy Miriam zatrzymywała się bez ostrzeżenia i cofała o krok, wciągając go ze sobą w bramę albo za mur. Za każdym razem mijał ich patrol – jeden, dwa, trzy. Niemcy rozmawiali między sobą spokojnie, jak urzędnicy zmierzający na przerwę w pracy.
– Nie patrz na nich – mruknęła przy trzecim razie, gdy jego wzrok machinalnie odprowadzał SS-manów.
Przed szpitalem stała kolejka. Nieduża, ale wyraźna, głównie kilka kobiet z dziećmi. Miriam ominęła ją sprawnie i skierowała się do bocznych drzwi, potem wąskim korytarzem w stronę kancelarii. Zapukała dwa razy. Przerwa i jeszcze raz.
– Poczekajmy. Musi być na obchodzie.
Usiedli na ławce pod oknem. Przez brudną szybę wpadało szare światło.
– Dlaczego akurat tutaj? Nie ma innych lekarzy?
– Inni biorą więcej albo mówią, że nie mogą pomóc. Ona nigdy nie odmawia.
– Znasz ją?
– Mama ją dobrze zna. A raczej dobrze znała w poprzednim życiu. W tym sprzed wojny. Powtarza, że to jedna z najlepszych osób w Warszawie.
Po kwadransie usłyszeli kroki. Lekkie, ale zdecydowane. Kobieta była niewysoka, z ciemnymi włosami zaczesanymi gładko na boki. Szła szybko i jednocześnie czytała kartę, którą trzymała przed sobą.
Miriam wstała.
– Pani doktor!
Podniosła wzrok. Przez sekundę jej twarz była twarzą zmęczonego lekarza, który nie potrzebuje kolejnego problemu. Potem coś w niej zmiękło.
– Miriam! Jak mama?
– Gorzej… od trzech dni gorączkuje.
– A chinina?
– Skończyła się.
– Zaczekajcie.
Zniknęła za drzwiami gabinetu, a kilka chwil później wróciła z małą papierową paczuszką.
– Masz tu zapas na siedem dni. Dawkowanie jak poprzednio. Wróć za tydzień, ale mam nadzieję, że do tego czasu już będzie lepiej.
Paczuszka zniknęła gdzieś pod płaszczem, a w dłoni pojawiły się banknoty. Lekarka pokręciła głową na ich widok.
– Zapłacisz za tydzień, jak matce się polepszy.
Miriam się zawahała, ale szybko schowała pieniądze. Skinęła tylko głową. Nauczyła się już nie protestować, bo w jej świecie dobroć rzadko miała postać wielkich gestów – częściej za to takich drobnych okruchów człowieczeństwa.
– Pani doktor… jeszcze jedno. Mój kolega – wskazała ręką na Witka – zgubił opaskę.
Lekarka zmierzyła chłopaka wzrokiem. Witek czuł, że powinien coś powiedzieć, ale nie wiedział, co. W końcu kobieta odwróciła się na pięcie i weszła z powrotem do gabinetu. Przez uchylone drzwi widać było fragment biurka ginącego pod stosem kartotek i okno z szybą zabitą do połowy tekturą. Po chwili wróciła. W dłoni trzymała opaskę, lekko już zszarzałą.
– Weź – powiedziała, podając ją Witkowi. – Zabrałam od pacjenta, który już jej nie potrzebuje.
– Dziękuję.
– Uważajcie na siebie – mruknęła. – Oboje.
Wracali inną trasą. Dziewczyna szła przodem, on za nią, w odstępie dwóch kroków, próbując dotrzymać tempa. Skręcili w Śliską i wtedy to usłyszał. Krzyki. Krótkie i przerywane gwizdkiem. Miriam zatrzymała się tak nagle, że o mało na nią nie wpadł. Odwróciła lekko głowę, tylko na tyle, aby mógł zobaczyć jej profil.
– Łapanka – powiedziała cicho, prawie bezgłośnie.
Ulica przed nimi była już zamknięta. Kordon przecinał ją w poprzek. Dwóch żołnierzy po prawej stronie, jeden po lewej. Z tyłu kolejnych trzech rozstawionych szeroko, z karabinami na pasach. Odwrót był niemożliwy, bo za nimi wyłonił się z bramy kolejny SS-man, rozglądający się po ulicy.
– Chwyć mnie za rękę.
– Co?
– No chwyć!
Nie czekała, aż to zrobi, tylko sama złapała jego dłoń. Jej była zimna w dotyku.
– Idziemy prosto – szepnęła. – Nie rozglądaj się, patrz w ziemię. Rób to, co ja. I cokolwiek powiem, przytakuj.
Nie miał czasu odpowiedzieć, bo pociągnęła go za sobą.
Jeden z żołnierzy w kordonie był młody. Miał może dwadzieścia kilka lat, pryszczatą twarz i rozglądał się wokół nerwowo. Miriam szła prosto na niego.
– Wohin?
Spojrzał na nich z góry i powoli zlustrował od stóp do głów. Zatrzymał się na butach chłopaka, potem na jego brudnych dżinsach i wreszcie na kurtce z plastikowym suwakiem. Rzucił kilka słów, Miriam odpowiedziała coś głosem wyższym niż zwykle i trochę za szybkim. Pokazała na Witka gestem, który mógł znaczyć cokolwiek. On stał i czuł, jak oblewa go zimny pot. Żołnierz powiedział jeszcze parę zdań, potem zmrużył oczy i w końcu przesunął się o pół kroku w bok. Przeszli.
Witek poczuł to dopiero za rogiem. Nagłe, gwałtowne drżenie w kolanach. Chciał się zatrzymać, ale Miriam nie zwalniała kroku. Puściła jego rękę chwilę wcześniej bez słowa i szła przodem, przeciskając się obok garstki zbitych w kupę ludzi.
Skręcili w wąskie przejście między kamienicami. Tutaj było ciszej, a smród stęchlizny i mokrych desek trochę go otrzeźwił. Dziewczyna zatrzymała się przy murze i odwróciła w jego stronę. Po raz pierwszy od łapanki spojrzała mu w oczy.
– Co mu powiedziałaś?
– Że jesteś chory i że wypuścili cię ze szpitala, bo tam już nie mogą nic zrobić.
– Uwierzył?
– Nie wiem, ale pozwolił przejść.
– Czemu tak powiedziałaś?
– Bo jeśli łapali na roboty, to chory byś im się nie przydał.
Chciała już odejść, ale zapytał jeszcze:
– Co by się stało, gdyby nas nie przepuścił?
– Nic dobrego – odpowiedziała i ruszyła dalej w stronę kładki nad Chłodną.
Schody na mostek były wąskie. Witek szedł za Miriam i przez chwilę widział tylko jej plecy i nieboskłon nad poręczą. Drewniane deski uginały się lekko pod stopami, a barierka była wytarta w tych miejscach, gdzie ludzie chwytali ją najczęściej. Na górze rozejrzał się dookoła. Po prawej stronie rozciągało się duże getto – przeludnione i głośne nawet teraz. Po lewej, w dole, miejsce, z którego wrócili. Niebo nad dachami miało kolor przygaszonej czerwieni, jakby miasto gdzieś daleko już się paliło.
Anna Słoncz, “Tam, gdzie zaczyna się piekło”
Miriam zatrzymała się bez ostrzeżenia, na samym środku kładki. Wiedział, że nie powinna. Ona też wiedziała, bo strażnik przy wejściu powiedział wyraźnie: „przechodzić szybko, nie stawać”. A jednak zatrzymała się w połowie i patrzyła przez szczelinę w deskach na inny świat. Witek stał obok niej i przez chwilę też oglądał z góry tamtą drugą Warszawę – zniewoloną, a jednocześnie jawiącą się jako coś normalnego. Ludzie chodzili po chodnikach, sklepy były otwarte, a w oknie na pierwszym piętrze ktoś ściągał ze sznurów pranie – białe prześcieradło załopotało na jesiennym wietrze.
Tamta Warszawa była dla Miriam czymś, czym raj jest dla człowieka wierzącego. Można było kochać się i nienawidzić. Można było usiąść na ławce w parku. Można było być głodnym, zmęczonym i przestraszonym, ale anonimowo. Bez tego dodatkowego ciężaru, który przyklejał się do człowieka razem z białą opaską na ramieniu. Miriam patrzyła w dal bez słowa i Witek poczuł coś, czego się nie spodziewał. Wstyd. Obezwładniający wstyd.
Przez całe życie mylił dyskomfort z cierpieniem. Zwolnienie z pracy, kosz od dziewczyny, rodzina, która go nie rozumiała – całe to starannie skatalogowane nieszczęście, które nosił ze sobą jak wór kamieni było tylko niepokojem człowieka, któremu dużo dano i mało zabrano. Tu, na wysokości kilku metrów, ten wór po prostu zniknął.
Spojrzał na ramię, na którym tkwił biały kawałek materiału. Zerwał go i podstawił dziewczynie pod nos.
– Mogłabyś spróbować – powiedział. – Bez opaski wyglądasz jak…
– Jak kto? – zapytała.
Urwał. Nie wiedział, co na to odpowiedzieć. Po chwili Miriam ruszyła, ale Witek złapał ją za rękę. Trochę za mocno.
– Powinnaś spróbować. Nie! Musisz spróbować. To miejsce… to miejsce…
– To miejsce mnie stąd nie puści. Zresztą, nie mogę jej zostawić.
– Kogo?
– Mamy. Ma tylko mnie.
Nie powiedział nic.
– Chodźmy – odezwała się Miriam. – Nie można tu stać.
Poszedł za nią. Drewniane stopnie skończyły się pod nogami i wrócił bruk. Miriam skręciła już w tłum i przez chwilę widział jeszcze jej płaszcz. Chciał ją dogonić, ale wtedy po swojej lewej usłyszał:
– Halt. Hände hoch!
Strażnik był starszy niż ten przy kordonie. Miał kwadratową szczękę i wąskie oczy osadzone za blisko długiego nosa. Stał dwa kroki od niego i patrzył wrogo. Witek rozejrzał się na boki. Parę metrów dalej zobaczył Miriam, a jej twarz wyrażała emocje, które sam odczuwał – niepewność i strach. Chłopak uniósł ręce, a serce obijało mu się o żebra jak dzwon.
– Was ist das? – warknął.
Lufa karabinu spoczęła na brzuchu Witka, a szorstka dłoń chwyciła za materiał sportowej kurtki. Potarł go z niedowierzaniem.
– Spion? – oczy żołnierza zwęziły się w niebezpieczne szczeliny.
Witek poczuł, jak po kręgosłupie spływa mu strużka zimnego potu. Spojrzał w stronę Miriam. Stała kilka metrów dalej, blada jak ściana, z dłońmi zaciśniętymi na rąbku płaszcza.
– Nie rozumiem… – wykrztusił Witek. – To tylko ubranie, ja…
Niemiec puścił materiał i uderzył chłopaka lufą w ramię.
– Halt die Klappe! – wrzasnął, wyraźnie wytrącony z równowagi czymś, czego nie potrafił wytłumaczyć.
Odbezpieczył karabin. Suchy, metaliczny trzask odbił się echem od murów kamienic jak wystrzał.
Witek zamknął oczy. Czekał na ból i na nieuchronny koniec. Zamiast tego poczuł klepnięcie na policzku. Potem jeszcze jedno.
***
– Hej. Hej, słyszysz mnie?
Głos był inny. Troskliwy i należący do Polaka.
– Oddycha. Oddycha, dobra. Podnosimy powoli.
Witek zamrugał oczami, nad sobą zobaczył dwie głowy obleczone w hełmy.
– Podnosimy powoli – powtórzył strażak i zanim Witek zdążył zaprotestować, silne ręce chwyciły go pod ramiona.
– Poczekajcie.
Usiadł trochę zbyt gwałtownie. Świat zakołysał się na boki i przez chwilę musiał skupić się wyłącznie na tym, aby nie zwymiotować. Strażak przy jego lewym ramieniu mruknął coś niezadowolonym tonem.
– Kolego, naprawdę musisz wyjść na świeże powietrze. Nawdychałeś się dymu i straciłeś na chwilę przytomność.
Ale Witek go nie słuchał. Rozejrzał się po małej sypialni. Jego wzrok przykuła stara etażerka, a na niej, pomiędzy figurką z porcelany a doniczką, stało oprawione w ciemną ramkę zdjęcie. Fotografia w środku była czarno-biała, lekko wyblakła przy krawędziach, i pokazywała dwie kobiety. Starsza i młodsza, stojące ramię w ramię. Starsza patrzyła w obiektyw poważnie, z tą charakterystyczną rezerwą, z jaką ludzie tamtych czasów podchodzili do fotografowania. Młodsza miała twarz lekko odwróconą w bok, jakby coś ją w ostatniej chwili rozkojarzyło, ale dało się dostrzec ciemne, mądre oczy.
Witek siedział przez chwilę i nie oddychał.
Znał te oczy. Widział je kilka chwil temu. Albo osiemdziesiąt lat temu.
– Kolego…
Wyciągnął rękę i zabrał zdjęcie.
– Hej, co robisz? Proszę to zostawić!
– Po to tutaj przyszedłem – powiedział cicho.
Strażak zawahał się, potem machnął ręką i wziął go pod ramię.
– Dobra. Idziemy.
Wyszli. Na klatce schodowej dym przerzedzał się z każdym stopniem, a na parterze został już tylko zapach spalenizny i wilgoci. Przed budynkiem tłum gapiów odsunięto na chodnik, aby zrobić miejsce wozom strażackim i karetce, które zalewały wszystko wokół migającym światłem.
Staruszka siedziała w drzwiach ambulansu z folią termiczną na ramionach. Jeden z ratowników stał przy niej i mówił coś spokojnym głosem. Witek podszedł do nich.
Kobieta uniosła wzrok. Przez chwilę patrzyła na ramkę w jego rękach i coś w jej twarzy powoli zmiękło.
– Miriam. To chyba twoje. – Podał jej fotografię.
Staruszka wzięła ją i przycisnęła kurczowo do siebie.
– Nie mogłam jej zostawić.
– Wiem.
Usiadł obok, włożył ręce do kieszeni i pod palcami jednej z dłoni wyczuł jakiś materiał. Bez sprawdzania wiedział, że to opaska z gwiazdą Dawida.