- Opowiadanie: OldGuard - Most Westchnień

Most Westchnień

Opo­wia­da­nie na kon­kurs “Mię­dzy płót­nem a sło­wem” in­spi­ro­wa­ne ob­ra­zem Anny Słoncz pt. “Tam, gdzie za­czy­na się pie­kło".

 

Tłu­ma­cze­nie kilku nie­miec­kich słów:
 

Wohin? – Dokąd

Halt. Hände hoch! – Stój. Ręce do góry!

Was ist das? – Co to jest?

Spion – szpieg

Halt die Klap­pe! – Za­mknij gębę.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

marzan, Użytkownicy III

Oceny

Most Westchnień

Ulica Chłod­na rów­nie do­brze mo­gła­by być tu­ne­lem – Witek nie wi­dział ani wi­tryn skle­po­wych, ani prze­chod­niów, ani nawet wła­snych stóp. Wi­dział tylko twarz kie­row­ni­ka i sły­szał te sta­ran­nie do­bra­ne słowa, które miały spra­wić, że wy­po­wie­dze­nie brzmia­ło jak przy­słu­ga. A potem, zanim zdą­żył co­kol­wiek po­wie­dzieć, ski­nię­cie głową w stro­nę drzwi. W ko­lej­ce cze­kał już na­stęp­ny nie­szczę­śnik.

Łącz­nie dzie­się­ciu, ale Witek wie­dział – nie po­dej­rze­wał, ale wie­dział – że jemu jest naj­go­rzej. Za­wsze tak było. Ro­dzi­na nie taka, twarz nie taka, głos nie taki, oso­bo­wość nie taka. Wszyst­ko nie takie, jakie po­win­no być i to wszyst­ko spra­wia­ło, że po­wo­dzi­ło mu się w życiu źle.

Szedł i roz­grze­by­wał te myśli jak stare rany – z po­nu­rą, wręcz per­wer­syj­ną sa­tys­fak­cją. Wła­śnie przy­po­mi­nał sobie hi­sto­rię sprzed kilku mie­się­cy i dziew­czy­nę sześć na dzie­sięć, która dała mu kosza przez SMS-a, gdy tuż przed nim wy­ro­sły sze­ro­kie plecy.

– Prze­pra­szam – mruk­nął.

Chciał wy­mi­nąć wła­ści­cie­la ple­ców, ale po jed­nej i dru­giej stro­nie znaj­do­wa­ły się też inne osoby. Na skrzy­żo­wa­niu Chłod­nej i Że­la­znej ze­bra­ło się kilku ga­piów, do któ­rych do­łą­cza­li ko­lej­ni. Witek po­szu­kał wzro­kiem źró­dła ich za­cie­ka­wie­nia, co nie sta­no­wi­ło więk­sze­go pro­ble­mu, bo było je do­brze widać. I czuć.

Po­czuł dym zanim go jesz­cze zo­ba­czył. Gry­zą­cy i cierp­ki. Z okien na trze­cim pię­trze ka­mie­ni­cy Igna­ce­go Par­to­wi­cza bu­cha­ły ję­zy­ki ognia – dłu­gie i po­ma­rań­czo­we, które prze­pla­ta­ły się z szarą wstę­gą dymu. A po­wy­żej, na bal­ko­nie czwar­te­go pię­tra, sie­dzia­ła sta­rusz­ka i nie po­ru­sza­ła się, jakby przy­ku­ta do miej­sca stra­chem.

Witek nie był stra­ża­kiem. Nie był nawet spe­cjal­nie od­waż­nym czło­wie­kiem, ale wi­dział, że pożar bły­ska­wicz­nie prze­ska­ku­je z fra­mu­gi na fra­mu­gę, a dym ucie­ka szcze­li­na­mi i pew­nie już wy­peł­niał inne miesz­ka­nia. Wsłu­chał się w od­gło­sy mia­sta, ale nie sły­szał jesz­cze wozów stra­żac­kich. Spoj­rzał znów na pa­ra­pet czwar­te­go pię­tra i pod­jął de­cy­zję, zanim zdą­żył ją do­brze prze­my­śleć.

Może gdyby to był nor­mal­ny dzień, zo­stał­by tam, gdzie stał. Czło­wiek, który ma pracę, plany i kogoś w domu, waha się i kal­ku­lu­je, my­śląc o tym, co może stra­cić. On nie kal­ku­lo­wał.

Prze­ci­snął się przez tłum ga­piów, któ­rzy stali z te­le­fo­na­mi wy­cią­gnię­ty­mi przed sie­bie, do­ku­men­tu­jąc cudze nie­szczę­ście, i wbiegł do bu­dyn­ku. Klat­ka scho­do­wa po­wi­ta­ła go dymem. Gę­stym i brud­nym, który pełzł po su­fi­cie, szu­ka­jąc uj­ścia. Witek przy­krył usta rę­ka­wem i ru­szył w górę, bio­rąc po dwa stop­nie na raz.

Na pierw­szym pół­pię­trze omal nie na­dep­nął na kota. Czar­ny, wiel­ki kocur sie­dział na scho­dku i mru­czał cicho, jakby ni­g­dzie mu się nie śpie­szy­ło.

– Sio!

Kot od­sko­czył nie­za­do­wo­lo­ny i uciekł na dół. Męż­czy­zna po­gnał na górę.

Na końcu ko­ry­ta­rza dymu było wię­cej. Do­pie­ro teraz wąt­pli­wo­ści ude­rzy­ły w niego z całą siłą. Za­stygł na środ­ku, ogląd­nął się za sie­bie, a potem znów spoj­rzał w kie­run­ku drzwi miesz­ka­nia star­szej ko­bie­ty. Cof­nął się dwa kroki. Gdyby teraz wró­cił na ulicę, wszy­scy by to prze­cież zro­zu­mie­li. Zro­zu­mie­li, że pró­bo­wał, ale nie dał rady. To byłby bez­piecz­ny wybór, z ro­dza­ju tych, któ­rych trzy­mał się całe życie.

Dym gryzł w oczy, przy­mknął więc na chwi­lę po­wie­ki i zo­ba­czył ten ob­ra­zek – prze­ra­żo­na sta­rusz­ka sie­dzą­ca na pa­ra­pe­cie. Wokół ogień. Wie­dział, że jeśli się teraz wy­co­fa, to wspo­mnie­nie bę­dzie go prze­śla­do­wać do końca życia.

Drzwi pod nu­me­rem trzy­na­ście były już cie­płe w do­ty­ku. Na­su­nął rękaw kurt­ki na dłoń i na­ci­snął klam­kę.

– Halo! Jest tam pani?

Od­po­wie­dzia­ła mu cisza i trzask ognia pod sto­pa­mi.

Dym w środ­ku był gęst­szy niż na ko­ry­ta­rzu. Roz­pa­no­szył się po po­ko­ju, obej­mo­wał swo­imi zwiew­ny­mi ra­mio­na­mi meble, które pa­mię­ta­ły jesz­cze czasy PRL-u i lizał ta­pe­ty w wy­bla­kłe kwia­ty. Witek re­je­stro­wał to wszyst­ko kątem oka, gdy szedł w stro­nę drzwi bal­ko­no­wych.

Ko­bie­ta sie­dzia­ła w tym samym miej­scu, dło­nie kur­czo­wo za­ci­ska­ła na pa­ra­pe­cie i pa­trzy­ła gdzieś w bok. Nie na coraz gło­śniej­szy tłum ga­piów pod ka­mie­ni­cą i nie w stro­nę mru­ga­ją­cych świa­teł wozów stra­żac­kich, które pę­dzi­ły już Że­la­zną. Może gdzieś w stro­nę ko­ścio­ła świę­te­go Ka­ro­la Bo­ro­me­usza, szu­ka­jąc w Bogu po­mo­cy? Nie miał czasu się nad tym za­sta­na­wiać.

– Pro­szę pani – po­wie­dział za­chryp­nię­tym gło­sem. – Mu­si­my stąd wyjść.

Sta­rusz­ka tylko po­krę­ci­ła głową.

– Mu­si­my. Ogień do­trze tutaj lada chwi­la.

– Nie mogę. Nie zo­sta­wię jej.

– Kogo? – Witek zro­bił w jej stro­nę ostroż­ny krok. – Tutaj ni­ko­go nie ma poza nami.

Ko­bie­ta ob­ró­ci­ła się do okna i wska­za­ła na małe bocz­ne drzwi w miesz­ka­niu, które ledwo było widać zza za­sło­ny dymu.

Zdę­biał. Może nie miesz­ka­ła tam sama? Może ktoś tam spał albo za­mknę­ła w tam­tym po­ko­ju psa? Może w pusz­ce po kawie kryła oszczęd­no­ści życia i nie chcia­ła ich zo­sta­wiać? Mógł zga­dy­wać w nie­skoń­czo­ność, ale czasu było mniej. Za­sło­nił więc znów twarz rę­ka­wem, pod­biegł do drzwi, pchnął i…

 

***

 

Dym znik­nął. Ogień znik­nął. Przez chwi­lę nie ro­zu­miał ab­so­lut­nie ni­cze­go. Ten sam pokój, ale jakby wy­ję­ty z in­ne­go czasu. Za­miast par­kie­tu w jo­deł­kę pod bu­ta­mi miał wy­tar­te deski, a za­miast pstro­ka­te­go dy­wa­nu – grubą war­stwę kurzu w ro­gach. Obej­rzał się za sie­bie. W ścia­nie wciąż tkwi­ły małe bocz­ne drzwi, które nie ustą­pi­ły po na­ci­śnię­ciu klam­ki ani za pierw­szym, ani za dru­gim, ani nawet za dzie­sią­tym razem.

Witek spoj­rzał w stro­nę okna, gdzie po­win­na sie­dzieć sta­rusz­ka, tylko że jej już tam nie było. Wy­biegł na bal­kon. Na ze­wnątrz pa­no­wał ruch, ale nie taki, do ja­kie­go był przy­zwy­cza­jo­ny.

Ulicą po­ni­żej szli męż­czyź­ni w ciem­nych płasz­czach, jakaś ko­bie­ta z to­boł­kiem i druga z dziec­kiem trzy­ma­nym za rękę. Wszy­scy mieli na ra­mie­niu białe opa­ski z nie­bie­ską gwiaz­dą Da­wi­da. Nad nimi wzno­si­ła się kład­ka, jak drew­nia­ne ramię łą­czą­ce dwa różne świa­ty. A wokół po­wie­wa­ły flagi – czar­no-czer­wo­no-bia­łe, ze swa­sty­ką po­środ­ku.

Witek po­czuł, jak mięk­ną mu ko­la­na.

Pod kład­ką prze­je­chał tram­waj. Za nim szedł spo­koj­nie żoł­nierz w sza­ro­zie­lo­nym mun­du­rze, jakby wra­cał z za­ku­pów, tyle że za­miast siat­ki trzy­mał ka­ra­bin opusz­czo­ny swo­bod­nie wzdłuż ciała.

Witek cof­nął się o krok. Potem o drugi. Plecy tra­fi­ły w fra­mu­gę drzwi bal­ko­no­wych i za­trzy­mał się, bo nogi od­mó­wi­ły dal­sze­go po­słu­szeń­stwa.

Stał i pa­trzył na War­sza­wę. Na War­sza­wę, któ­rej nie było od ponad osiem­dzie­się­ciu lat.

„To nie­moż­li­we. Może umar­łem w tym po­ża­rze i tra­fi­łem do pie­kła? To nie­moż­li­we.”

Po­wta­rzał to sobie w my­ślach jak man­trę, ale mia­sto pod nim nie słu­cha­ło we­wnętrz­nych pro­te­stów. Tram­waj je­chał nadal, żoł­nierz szedł dalej, a na kład­kę wcho­dzi­ła wła­śnie ko­lej­na para – star­szy męż­czy­zna i chło­piec, który co chwi­la oglą­dał się za sie­bie.

Witek wró­cił do miesz­ka­nia. Gdy prze­dzie­rał się przez nie wśród dymu, nie przy­glą­dał się wnę­trzu zbyt do­kład­nie, ale od razu za­uwa­żył, że teraz było to zu­peł­nie inne miej­sce za­sta­wio­ne zu­peł­nie in­ny­mi me­bla­mi. W rogu, na biur­ku, le­ża­ła gruba księ­ga. Rzu­cił na nią okiem, ale nie po­tra­fił roz­czy­tać wy­ka­li­gra­fo­wa­nych sta­ran­nym pi­smem za­wi­ja­sów.

„To nie­moż­li­we”.

Drzwi wej­ścio­we były lekko uchy­lo­ne, a za nimi pa­no­wa­ła ciem­ność. Wy­cią­gnął rękę, żeby pchnąć je sze­rzej i w tej samej chwi­li usły­szał, jak z niż­sze­go pię­tra do­bie­ga­ją strzęp­ki roz­mo­wy. Krót­kie, ury­wa­ne zda­nia. Szorst­ki głos. I ten język, z któ­re­go łatwo żar­to­wać przy piwie, ale który teraz wy­wo­łał w nim dreszcz prze­ra­że­nia.

Nagle do­tar­ło do niego, gdzie jest. Albo pró­bo­wa­ło do­trzeć i prze­bić się przez za­pę­tlo­ną myśl „to nie­moż­li­we”.

Ka­mie­ni­ca Par­to­wi­cza. Nor­dwa­che. Z lek­cji hi­sto­rii wie­dział tylko tyle, że mie­ścił się tutaj po­ste­ru­nek żan­dar­me­rii, z któ­re­go Niem­cy nad­zo­ro­wa­li skrzy­żo­wa­nie i całe getto.

Cof­nął się od drzwi. Głosy były teraz bli­żej. Ktoś wcho­dził po scho­dach. Męż­czy­zna ro­zej­rzał się go­rącz­ko­wo, prze­niósł wzrok z okna na bal­kon. Czte­ry pię­tra nad zie­mią, więc nie byłby w sta­nie tam­tę­dy zejść. W końcu scho­wał się za szafą w kącie, sku­lił i prze­stał na mo­ment od­dy­chać.

Kroki roz­brzmia­ły na ko­ry­ta­rzu. Cięż­kie, ma­syw­ne, ob­le­czo­ne w buty mar­szo­we. Za­trzy­ma­ły się przed drzwia­mi na mo­ment, który zda­wał się trwać wiecz­ność. Potem po­szły dalej, w górę, na piąte pię­tro.

Mózg Witka zmie­nił płytę i za­miast „to nie­moż­li­we”, za­czął grać zu­peł­nie inną me­lo­dię pod ty­tu­łem: „muszę się stąd na­tych­miast wy­do­stać”.

Męż­czy­zna wyj­rzał na ko­ry­tarz. Pusty. Zszedł po scho­dach tak cicho, jak umiał, z ser­cem bi­ją­cym gdzieś w gar­dle. Na pierw­szym pię­trze minął się z ko­bie­tą w czar­nej chu­ście, która spoj­rza­ła na niego uważ­nie – o se­kun­dę za długo – ale nic nie po­wie­dzia­ła. Na par­te­rze przez brud­ną szybę przy wej­ściu zo­ba­czył żoł­nie­rza. Stał po dru­giej stro­nie ulicy, tyłem, z ka­ra­bi­nem na ra­mie­niu, wpa­trzo­ny w kład­kę. Witek cof­nął się o krok, zna­lazł bocz­ne wyj­ście od stro­ny Że­la­znej, wy­śli­zgnął się na ze­wnątrz i wto­pił w tłum. Albo pró­bo­wał, bo w swo­ich czar­nych dżin­sach i spor­to­wej kurt­ce wy­glą­dał jak przy­bysz z innej epoki. Kilka kałuż zro­bi­ło mu przy­słu­gę, a brud­ne plamy z błota po­mo­gły cho­ciaż tro­chę za­ma­sko­wać jego współ­cze­sny ubiór, który mimo wszyst­ko mógł przy­cią­gać nie­po­trzeb­ną uwagę.

Po­wie­trze na ze­wnątrz było inne niż pa­mię­tał ze swo­ich cza­sów. Cięż­sze. Na­sy­co­ne czymś, czego nie umiał na­zwać – może ku­rzem, może zbio­ro­wym stra­chem, wy­dzie­la­nym przez ty­sią­ce ludzi ży­ją­cych zbyt bli­sko sie­bie na zbyt małej prze­strze­ni. Do­da­wał do tego swoją ce­gieł­kę, bo serce nie chcia­ło się uspo­ko­ić i wa­li­ło jak osza­la­łe.

Ru­szył przed sie­bie, ale cho­ciaż co­dzien­nie prze­mie­rzał tę trasę w dro­dze do i z pracy, teraz jej nie po­zna­wał. Ulica była ta sama i zu­peł­nie inna jed­no­cze­śnie. Bruk za­miast as­fal­tu, nie­rów­ny, miej­sca­mi wy­ła­ma­ny. Wi­try­ny skle­po­we z na­pi­sa­mi w ji­dysz i po pol­sku, nie­któ­re za­bi­te de­ska­mi, inne jesz­cze otwar­te. Jakiś sta­rzec sie­dzą­cy na stop­niu ka­mie­ni­cy z za­mknię­ty­mi ocza­mi. Młoda ko­bie­ta w oknie na pierw­szym pię­trze wy­glą­da­ją­ca na ulicę z wy­ra­zem twa­rzy, który Witek wi­dy­wał cza­sem u ludzi cze­ka­ją­cych na opóź­nio­ny po­ciąg – ta szcze­gól­na mie­sza­ni­na re­zy­gna­cji i czuj­no­ści.

– Ej! – Głos był dźwięcz­ny, z le­d­wie wy­czu­wal­nym ak­cen­tem, nie­pa­su­ją­cy do tych oko­licz­no­ści. – Ej, ty. Za­trzy­maj się.

Stała przy murze ofi­cy­ny, w cie­niu, który skrzęt­nie ją ukry­wał. Na pierw­szy rzut oka była młod­sza od niego. Jesz­cze na­sto­lat­ka, naj­wy­żej szes­na­ście lat, ale oczy miała star­sze. Ciem­ne, mądre oczy kogoś, kto wi­dział zbyt wiele w krót­kim cza­sie. Do tego płaszcz o dwa roz­mia­ry za duży, biała opa­ska na ra­mie­niu i za­ska­ku­ją­co jasne włosy, które nie pa­so­wa­ły do jego wy­obra­żeń o miesz­kań­cach getta.

– Nie je­steś stąd.

– Je­stem z oko­li­cy – po­wie­dział, bo jak ina­czej miał wy­tłu­ma­czyć, skąd po­cho­dzi.

– Nie masz opa­ski.

– Zgu­bi­łem.

– No to masz pro­blem.

Od­wró­ci­ła się i ode­szła. Uszła trzy, może czte­ry kroki w stro­nę naj­bliż­szej bramy i skrę­ci­ła za wę­gieł. Witek stał nie­ru­cho­mo, nie wie­dząc, czy po­wi­nien iść za nią, czy ucie­kać. Po chwi­li wró­ci­ła.

– Gdzie do­sta­łeś takie buty?

Spoj­rzał mi­mo­wol­nie na swoje tramp­ki. Bia­ło-sza­re, ze zna­nym logo na ję­zy­ku. Już chciał coś od­po­wie­dzieć, ale z bramy na­prze­ciw­ko wy­szedł sta­rzec z wia­drem. Po­tknął się w progu o czar­ne­go kota i część za­war­to­ści wylał na chod­nik. I na te nie­szczę­sne buty.

– Kurwa!

Witek w pierw­szym od­ru­chu chciał się od­su­nąć od star­ca, ale za­uwa­żył, że dziew­czy­na pa­trzy na nich ba­daw­czo. Schy­lił się więc, po­mógł pod­nieść wia­dro i przy­trzy­mał za ucho, do­pó­ki tam­ten nie zła­pał go pew­niej. Męż­czy­zna mruk­nął coś, czego Witek nie zro­zu­miał i po­szedł dalej.

– Nie­miec by nie po­mógł – ode­zwa­ła się w końcu pół­gło­sem, bar­dziej do sie­bie niż do niego.

Spoj­rza­ła w stro­nę ulicy, potem z po­wro­tem na niego.

– Kim ty w ogóle je­steś?

– Witek.

– I to wszyst­ko?

Nie miał do­brej od­po­wie­dzi, więc mil­czał. Ona też. Długo. Gdzieś za ro­giem prze­szedł pa­trol – usły­szał kroki, zanim jesz­cze zo­ba­czył mun­du­ry – i in­stynk­tow­nie cof­nął się o pół kroku w stro­nę muru. Dziew­czy­na tego nie sko­men­to­wa­ła. Przy­pa­try­wa­ła mu się przez chwi­lę, jakby wa­ży­ła coś w my­ślach. Potem ge­stem przy­wo­ła­ła bli­żej.

– Chodź ze mną.

Ro­zej­rzał się nie­pew­nie wo­ko­ło.

– No chodź – na­le­ga­ła. – W tych ubra­niach i bez opa­ski wy­glą­dasz po­dej­rza­nie. Zaraz cię zgar­ną.

Na­zy­wa­ła się Mi­riam. Tyle po­wie­dzia­ła mu o sobie w ciągu pierw­szych dzie­się­ciu minut. Potem mó­wi­ła wię­cej i wię­cej, z prze­rwa­mi na omi­ja­nie pa­tro­li i prze­ci­ska­nie się z bramy do bramy. Miesz­ka­ła w dużym get­cie, po pół­noc­nej stro­nie Chłod­nej, ale przy­szła tu po le­kar­stwo dla matki. Jego prze­sta­ła wy­py­ty­wać po kilku zdaw­ko­wych od­po­wie­dziach, co przy­jął z ulgą.

– Dokąd idzie­my?

– Po­wie­dzia­łam. Po le­kar­stwo.

– Ale dokąd?

– Do szpi­ta­la, a w za­sa­dzie to do Hel­le­ro­wej. Sprze­da­je, co trze­ba, jeśli ma się czym pła­cić.

Witek po­my­ślał o swoim port­fe­lu z kar­ta­mi ban­ko­ma­to­wy­mi i jakąś współ­cze­sną, wy­mię­tą dychą.

– Masz?

Mi­riam prych­nę­ła cicho, ale nic nie po­wie­dzia­ła.

Szpi­tal Ber­soh­nów i Bau­ma­nów stał przy Sien­nej, za­le­d­wie pół­to­ra ki­lo­me­tra od ka­mie­ni­cy, ale dziew­czy­na pro­wa­dzi­ła go okręż­ną trasą – przez po­dwó­rza i przez dziu­ry w mu­rach, o któ­rych ist­nie­niu wie­dzia­ły tylko miej­sco­we dzie­ci oraz koty. Witek prze­stał li­czyć ulice po pią­tej, którą mi­nę­li, bo szli dłu­żej, niż się spo­dzie­wał. Kilka razy Mi­riam za­trzy­my­wa­ła się bez ostrze­że­nia i co­fa­ła o krok, wcią­ga­jąc go ze sobą w bramę albo za mur. Za każ­dym razem mijał ich pa­trol – jeden, dwa, trzy. Niem­cy roz­ma­wia­li mię­dzy sobą spo­koj­nie, jak urzęd­ni­cy zmie­rza­ją­cy na prze­rwę w pracy.

– Nie patrz na nich – mruk­nę­ła przy trze­cim razie, gdy jego wzrok ma­chi­nal­nie od­pro­wa­dzał SS-ma­nów.

Przed szpi­ta­lem stała ko­lej­ka. Nie­du­ża, ale wy­raź­na, głów­nie kilka ko­biet z dzieć­mi. Mi­riam omi­nę­ła ją spraw­nie i skie­ro­wa­ła się do bocz­nych drzwi, potem wą­skim ko­ry­ta­rzem w stro­nę kan­ce­la­rii. Za­pu­ka­ła dwa razy. Prze­rwa i jesz­cze raz.

– Po­cze­kaj­my. Musi być na ob­cho­dzie.

Usie­dli na ławce pod oknem. Przez brud­ną szybę wpa­da­ło szare świa­tło.

– Dla­cze­go aku­rat tutaj? Nie ma in­nych le­ka­rzy?

– Inni biorą wię­cej albo mówią, że nie mogą pomóc. Ona nigdy nie od­ma­wia.

– Znasz ją?

– Mama ją do­brze zna. A ra­czej do­brze znała w po­przed­nim życiu. W tym sprzed wojny. Po­wta­rza, że to jedna z naj­lep­szych osób w War­sza­wie.

Po kwa­dran­sie usły­sze­li kroki. Lek­kie, ale zde­cy­do­wa­ne. Ko­bie­ta była nie­wy­so­ka, z ciem­ny­mi wło­sa­mi za­cze­sa­ny­mi gład­ko na boki. Szła szyb­ko i jed­no­cze­śnie czy­ta­ła kartę, którą trzy­ma­ła przed sobą.

Mi­riam wsta­ła.

– Pani dok­tor!

Pod­nio­sła wzrok. Przez se­kun­dę jej twarz była twa­rzą zmę­czo­ne­go le­ka­rza, który nie po­trze­bu­je ko­lej­ne­go pro­ble­mu. Potem coś w niej zmię­kło.

– Mi­riam! Jak mama?

– Go­rzej… od trzech dni go­rącz­ku­je.

– A chi­ni­na?

– Skoń­czy­ła się.

– Za­cze­kaj­cie.

Znik­nę­ła za drzwia­mi ga­bi­ne­tu, a kilka chwil póź­niej wró­ci­ła z małą pa­pie­ro­wą pa­czusz­ką.

– Masz tu zapas na sie­dem dni. Daw­ko­wa­nie jak po­przed­nio. Wróć za ty­dzień, ale mam na­dzie­ję, że do tego czasu już bę­dzie le­piej.

Pa­czusz­ka znik­nę­ła gdzieś pod płasz­czem, a w dłoni po­ja­wi­ły się bank­no­ty. Le­kar­ka po­krę­ci­ła głową na ich widok.

– Za­pła­cisz za ty­dzień, jak matce się po­lep­szy.

Mi­riam się za­wa­ha­ła, ale szyb­ko scho­wa­ła pie­nią­dze. Ski­nę­ła tylko głową. Na­uczy­ła się już nie pro­te­sto­wać, bo w jej świe­cie do­broć rzad­ko miała po­stać wiel­kich ge­stów – czę­ściej za to ta­kich drob­nych okru­chów czło­wie­czeń­stwa.

– Pani dok­tor… jesz­cze jedno. Mój ko­le­ga – wska­za­ła ręką na Witka – zgu­bił opa­skę.

Le­kar­ka zmie­rzy­ła chło­pa­ka wzro­kiem. Witek czuł, że po­wi­nien coś po­wie­dzieć, ale nie wie­dział, co. W końcu ko­bie­ta od­wró­ci­ła się na pię­cie i we­szła z po­wro­tem do ga­bi­ne­tu. Przez uchy­lo­ne drzwi widać było frag­ment biur­ka gi­ną­ce­go pod sto­sem kar­to­tek i okno z szybą za­bi­tą do po­ło­wy tek­tu­rą. Po chwi­li wró­ci­ła. W dłoni trzy­ma­ła opa­skę, lekko już zsza­rza­łą.

– Weź – po­wie­dzia­ła, po­da­jąc ją Wit­ko­wi. – Za­bra­łam od pa­cjen­ta, który już jej nie po­trze­bu­je.

– Dzię­ku­ję.

– Uwa­żaj­cie na sie­bie – mruk­nę­ła.  – Oboje.

Wra­ca­li inną trasą. Dziew­czy­na szła przo­dem, on za nią, w od­stę­pie dwóch kro­ków, pró­bu­jąc do­trzy­mać tempa. Skrę­ci­li w Śli­ską i wtedy to usły­szał. Krzy­ki. Krót­kie i prze­ry­wa­ne gwizd­kiem. Mi­riam za­trzy­ma­ła się tak nagle, że o mało na nią nie wpadł. Od­wró­ci­ła lekko głowę, tylko na tyle, aby mógł zo­ba­czyć jej pro­fil.

– Ła­pan­ka – po­wie­dzia­ła cicho, pra­wie bez­gło­śnie.

Ulica przed nimi była już za­mknię­ta. Kor­don prze­ci­nał ją w po­przek. Dwóch żoł­nie­rzy po pra­wej stro­nie, jeden po lewej. Z tyłu ko­lej­nych trzech roz­sta­wio­nych sze­ro­ko, z ka­ra­bi­na­mi na pa­sach. Od­wrót był nie­moż­li­wy, bo za nimi wy­ło­nił się z bramy ko­lej­ny SS-man, roz­glą­da­ją­cy się po ulicy.

– Chwyć mnie za rękę.

– Co?

– No chwyć!

Nie cze­ka­ła, aż to zrobi, tylko sama zła­pa­ła jego dłoń. Jej była zimna w do­ty­ku.

– Idzie­my pro­sto – szep­nę­ła. – Nie roz­glą­daj się, patrz w zie­mię. Rób to, co ja. I co­kol­wiek po­wiem, przy­ta­kuj.

Nie miał czasu od­po­wie­dzieć, bo po­cią­gnę­ła go za sobą.

Jeden z żoł­nie­rzy w kor­do­nie był młody. Miał może dwa­dzie­ścia kilka lat, prysz­cza­tą twarz i roz­glą­dał się wokół ner­wo­wo. Mi­riam szła pro­sto na niego.

– Wohin?

Spoj­rzał na nich z góry i powoli zlustrował od stóp do głów. Za­trzy­mał się na bu­tach chło­pa­ka, potem na jego brud­nych dżin­sach i wresz­cie na kurt­ce z pla­sti­ko­wym su­wa­kiem. Rzu­cił kilka słów, Mi­riam od­po­wie­dzia­ła coś gło­sem wyż­szym niż zwy­kle i tro­chę za szyb­kim. Po­ka­za­ła na Witka ge­stem, który mógł zna­czyć co­kol­wiek. On stał i czuł, jak ob­le­wa go zimny pot. Żoł­nierz po­wie­dział jesz­cze parę zdań, potem zmru­żył oczy i w końcu prze­su­nął się o pół kroku w bok. Prze­szli.

Witek po­czuł to do­pie­ro za ro­giem. Nagłe, gwał­tow­ne drże­nie w ko­la­nach. Chciał się za­trzy­mać, ale Mi­riam nie zwal­nia­ła kroku. Pu­ści­ła jego rękę chwi­lę wcze­śniej bez słowa i szła przo­dem, prze­ci­ska­jąc się obok garst­ki zbi­tych w kupę ludzi.

Skrę­ci­li w wą­skie przej­ście mię­dzy ka­mie­ni­ca­mi. Tutaj było ci­szej, a smród stę­chli­zny i mo­krych desek tro­chę go otrzeź­wił. Dziew­czy­na za­trzy­ma­ła się przy murze i od­wró­ci­ła w jego stro­nę. Po raz pierw­szy od ła­pan­ki spoj­rza­ła mu w oczy.

– Co mu po­wie­dzia­łaś?

– Że je­steś chory i że wy­pu­ści­li cię ze szpi­ta­la, bo tam już nie mogą nic zro­bić.

– Uwie­rzył?

– Nie wiem, ale po­zwo­lił przejść.

– Czemu tak po­wie­dzia­łaś?

– Bo jeśli ła­pa­li na ro­bo­ty, to chory byś im się nie przy­dał.

Chcia­ła już odejść, ale za­py­tał jesz­cze:

– Co by się stało, gdyby nas nie prze­pu­ścił?

– Nic do­bre­go – od­po­wie­dzia­ła i ru­szy­ła dalej w stro­nę kład­ki nad Chłod­ną.

Scho­dy na mo­stek były wą­skie. Witek szedł za Mi­riam i przez chwi­lę wi­dział tylko jej plecy i nie­bo­skłon nad po­rę­czą. Drew­nia­ne deski ugi­na­ły się lekko pod sto­pa­mi, a ba­rier­ka była wy­tar­ta w tych miej­scach, gdzie lu­dzie chwy­ta­li ją naj­czę­ściej. Na górze ro­zej­rzał się do­oko­ła. Po pra­wej stro­nie roz­cią­ga­ło się duże getto – prze­lud­nio­ne i gło­śne nawet teraz. Po lewej, w dole, miej­sce, z któ­re­go wró­ci­li. Niebo nad da­cha­mi miało kolor przy­ga­szo­nej czer­wie­ni, jakby mia­sto gdzieś da­le­ko już się pa­li­ło.

 

Anna Słoncz, “Tam, gdzie za­czy­na się pie­kło”

 

Mi­riam za­trzy­ma­ła się bez ostrze­że­nia, na samym środ­ku kład­ki. Wie­dział, że nie po­win­na. Ona też wie­dzia­ła, bo straż­nik przy wej­ściu po­wie­dział wy­raź­nie: „prze­cho­dzić szyb­ko, nie sta­wać”. A jed­nak za­trzy­ma­ła się w po­ło­wie i pa­trzy­ła przez szcze­li­nę w de­skach na inny świat. Witek stał obok niej i przez chwi­lę też oglą­dał z góry tamtą drugą War­sza­wę – znie­wo­lo­ną, a jed­no­cze­śnie ja­wią­cą się jako coś nor­mal­ne­go. Lu­dzie cho­dzi­li po chod­ni­kach, skle­py były otwar­te, a w oknie na pierw­szym pię­trze ktoś ścią­gał ze sznu­rów pra­nie – białe prze­ście­ra­dło za­ło­po­ta­ło na je­sien­nym wie­trze.

Tamta War­sza­wa była dla Mi­riam czymś, czym raj jest dla czło­wie­ka wie­rzą­ce­go. Można było kochać się i nienawidzić. Można było usiąść na ławce w parku. Można było być głod­nym, zmę­czo­nym i prze­stra­szo­nym, ale ano­ni­mo­wo. Bez tego do­dat­ko­we­go cię­ża­ru, który przy­kle­jał się do czło­wie­ka razem z białą opa­ską na ra­mie­niu. Mi­riam pa­trzy­ła w dal bez słowa i Witek po­czuł coś, czego się nie spo­dzie­wał. Wstyd. Obez­wład­nia­ją­cy wstyd.

Przez całe życie mylił dys­kom­fort z cier­pie­niem. Zwol­nie­nie z pracy, kosz od dziew­czy­ny, ro­dzi­na, która go nie ro­zu­mia­ła – całe to sta­ran­nie ska­ta­lo­go­wa­ne nie­szczę­ście, które nosił ze sobą jak wór ka­mie­ni było tylko nie­po­ko­jem czło­wie­ka, któ­re­mu dużo dano i mało za­brano. Tu, na wy­so­ko­ści kilku me­trów, ten wór po pro­stu znik­nął.

Spoj­rzał na ramię, na któ­rym tkwił biały ka­wa­łek ma­te­ria­łu. Ze­rwał go i pod­sta­wił dziew­czy­nie pod nos.

– Mo­gła­byś spró­bo­wać – po­wie­dział. – Bez opa­ski wy­glą­dasz jak…

– Jak kto? – za­py­ta­ła.

Urwał. Nie wie­dział, co na to od­po­wie­dzieć. Po chwi­li Mi­riam ru­szy­ła, ale Witek zła­pał ją za rękę. Tro­chę za mocno.

– Po­win­naś spró­bo­wać. Nie! Mu­sisz spró­bo­wać. To miej­sce… to miej­sce…

– To miej­sce mnie stąd nie puści. Zresz­tą, nie mogę jej zo­sta­wić.

– Kogo?

– Mamy. Ma tylko mnie.

Nie po­wie­dział nic.

– Chodź­my – ode­zwa­ła się Mi­riam. – Nie można tu stać.

Po­szedł za nią. Drew­nia­ne stop­nie skoń­czy­ły się pod no­ga­mi i wró­cił bruk. Mi­riam skrę­ci­ła już w tłum i przez chwi­lę wi­dział jesz­cze jej płaszcz. Chciał ją do­go­nić, ale wtedy po swo­jej lewej usły­szał:

– Halt. Hände hoch!

Straż­nik był star­szy niż ten przy kor­do­nie. Miał kwa­dra­to­wą szczę­kę i wą­skie oczy osa­dzo­ne za bli­sko dłu­gie­go nosa. Stał dwa kroki od niego i pa­trzył wrogo. Witek ro­zej­rzał się na boki. Parę me­trów dalej zo­ba­czył Mi­riam, a jej twarz wy­ra­ża­ła emo­cje, które sam od­czu­wał – nie­pew­ność i strach. Chło­pak uniósł ręce, a serce obi­ja­ło mu się o żebra jak dzwon.

– Was ist das? – wark­nął.

Lufa ka­ra­bi­nu spo­czę­ła na brzu­chu Witka, a szorst­ka dłoń chwy­ci­ła za ma­te­riał spor­to­wej kurt­ki. Po­tarł go z nie­do­wie­rza­niem.

– Spion? – oczy żoł­nie­rza zwę­zi­ły się w nie­bez­piecz­ne szcze­li­ny.

Witek po­czuł, jak po krę­go­słu­pie spły­wa mu struż­ka zim­ne­go potu. Spoj­rzał w stro­nę Mi­riam. Stała kilka me­trów dalej, blada jak ścia­na, z dłoń­mi za­ci­śnię­ty­mi na rąbku płasz­cza.

– Nie ro­zu­miem… – wy­krztu­sił Witek. – To tylko ubra­nie, ja…

Nie­miec pu­ścił ma­te­riał i ude­rzył chło­pa­ka lufą w ramię.

– Halt die Klap­pe! – wrza­snął, wy­raź­nie wy­trą­co­ny z rów­no­wa­gi czymś, czego nie po­tra­fił wy­tłu­ma­czyć.

Od­bez­pie­czył ka­ra­bin. Suchy, me­ta­licz­ny trzask odbił się echem od murów ka­mie­nic jak wy­strzał.

Witek za­mknął oczy. Cze­kał na ból i na nie­uchron­ny ko­niec. Za­miast tego po­czuł klep­nię­cie na po­licz­ku. Potem jesz­cze jedno.

 

 

***

 

– Hej. Hej, sły­szysz mnie?

Głos był inny. Tro­skli­wy i na­le­żą­cy do Po­la­ka.

– Od­dy­cha. Od­dy­cha, dobra. Pod­no­si­my po­wo­li.

Witek za­mru­gał ocza­mi, nad sobą zo­ba­czył dwie głowy ob­le­czo­ne w hełmy.

– Pod­no­si­my po­wo­li – po­wtó­rzył stra­żak i zanim Witek zdą­żył za­pro­te­sto­wać, silne ręce chwy­ci­ły go pod ra­mio­na.

– Po­cze­kaj­cie.

Usiadł tro­chę zbyt gwał­tow­nie. Świat za­ko­ły­sał się na boki i przez chwi­lę mu­siał sku­pić się wy­łącz­nie na tym, aby nie zwy­mio­to­wać. Stra­żak przy jego lewym ra­mie­niu mruk­nął coś nie­za­do­wo­lo­nym tonem.

– Ko­le­go, na­praw­dę mu­sisz wyjść na świe­że po­wie­trze. Na­wdy­cha­łeś się dymu i stra­ci­łeś na chwi­lę przy­tom­ność.

Ale Witek go nie słu­chał. Ro­zej­rzał się po małej sy­pial­ni. Jego wzrok przy­ku­ła stara eta­żer­ka, a na niej, po­mię­dzy fi­gur­ką z por­ce­la­ny a do­nicz­ką, stało opra­wio­ne w ciem­ną ramkę zdję­cie. Fo­to­gra­fia w środ­ku była czar­no-bia­ła, lekko wy­bla­kła przy kra­wę­dziach, i po­ka­zy­wa­ła dwie ko­bie­ty. Star­sza i młod­sza, sto­ją­ce ramię w ramię. Star­sza pa­trzy­ła w obiek­tyw po­waż­nie, z tą cha­rak­te­ry­stycz­ną re­zer­wą, z jaką lu­dzie tam­tych cza­sów pod­cho­dzi­li do fo­to­gra­fo­wa­nia. Młod­sza miała twarz lekko od­wró­co­ną w bok, jakby coś ją w ostat­niej chwi­li roz­ko­ja­rzy­ło, ale dało się do­strzec ciem­ne, mądre oczy.

Witek sie­dział przez chwi­lę i nie od­dy­chał.

Znał te oczy. Wi­dział je kilka chwil temu. Albo osiem­dzie­siąt lat temu.

– Ko­le­go…

Wy­cią­gnął rękę i za­brał zdję­cie.

– Hej, co ro­bisz? Pro­szę to zo­sta­wić!

– Po to tutaj przy­sze­dłem – po­wie­dział cicho.

Stra­żak za­wa­hał się, potem mach­nął ręką i wziął go pod ramię.

– Dobra. Idzie­my.

Wy­szli. Na klat­ce scho­do­wej dym prze­rze­dzał się z każ­dym stop­niem, a na par­te­rze zo­stał już tylko za­pach spa­le­ni­zny i wil­go­ci. Przed bu­dyn­kiem tłum ga­piów od­su­nię­to na chod­nik, aby zro­bić miej­sce wozom stra­żac­kim i ka­ret­ce, które za­le­wa­ły wszyst­ko wokół mi­ga­ją­cym świa­tłem.

Sta­rusz­ka sie­dzia­ła w drzwiach am­bu­lan­su z folią ter­micz­ną na ra­mio­nach. Jeden z ra­tow­ni­ków stał przy niej i mówił coś spo­koj­nym gło­sem. Witek pod­szedł do nich.

Ko­bie­ta unio­sła wzrok. Przez chwi­lę pa­trzy­ła na ramkę w jego rę­kach i coś w jej twa­rzy po­wo­li zmię­kło.

– Mi­riam. To chyba twoje. – Podał jej fo­to­gra­fię.

Sta­rusz­ka wzię­ła ją i przy­ci­snę­ła kur­czo­wo do sie­bie.

– Nie mo­głam jej zo­sta­wić.

– Wiem.

Usiadł obok, wło­żył ręce do kie­sze­ni i pod pal­ca­mi jed­nej z dłoni wy­czuł jakiś ma­te­riał. Bez spraw­dza­nia wie­dział, że to opa­ska z gwiaz­dą Da­wi­da.

Koniec

Komentarze

Wobec SZTUKI – powaga i milczenie.

Ona daje prawdziwe ukojenie.

Dziękując, przed Twórcami chylę czoła,

Więcej zachwytów wyrazić nie zdołam…

 

Pecunia non olet

Ogółem tak:

 

Opki wojenne są dla mnie ciężkostrawne. A do tego wybrałaś najcięższy dla mnie z tematów. 

Żydzi i getto. Nie mniej – czytałem, bo narracja była dość lekka, a akcja – szybka. To było zdecydowanie na plus i coś co powodowało, mimo bardzo nieprzyjemnego dla mnie tematu, że ciągle byłem zainteresowany co dalej. Do tego, tam gdzie trzeba, zatrzymywałaś się mimowolnie przy takich wzruszających momentach, choć niezbyt przesadnie głęboko, ale może to i dla mnie lepiej – bo jak mówię – wolę akcje, a nie zbytnio głębokie przemyślenia. Po prostu jestem czytelnikiem mającym inne preferencje.

Interpretacja tego obrazu, jest napewno bardziej dosłowna i trafna niż mojego konkursowego – ta twoja bardziej pasuje do klimatu opowiadania. Jest to znacznie lepiej zarysowane.

 

Ale i tak uważam, że fantasy ci znacznie lepiej wychodzi :)

 

Klik :)

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :)

bruce,

 

witam szanowną jurorkę wink

 

melendur,

 

dla mnie też, ale czasami tematy same przychodzą. W pierwszym pomyśle na opowiadanie do tego obrazu widziałam sci-fi i jakąś dystopię, potem pojawił się pomysł z kładką nad Chłodną. 

 

Cieszę się, że mimo wszystko czytało się dobrze!

 

Dzięki za wizytę, komentarz i klika blush

Ja również nie lubię tematyki wojennej, ale podałaś ją w taki sposób, że chciało się czytać. Na początku lekko się zatrzymałem, jednak później szło gładko jak po maśle :)

Witek jest melepetą życiową. I nie chodzi tutaj o to, że mu się nie powodzi. Po prostu narzeka i to strasznie dużo. Gdy nagle postanawia wbiec w ogień, pojawił się pierwszy zgrzyt, ale bardzo ładnie to ograłaś. Pomimo tego, że narzeka, to postanawia się zmienić i zrobić coś, co nie pasuje do jego charakteru. I tutaj mamy pierwsze złamanie bohatera.

Kolejnym zgrzytem jest Miriam. Dziewczyna spotyka obcego mężczyznę na ulicy i postanawia mu pomóc. I znowu: ładnie to ograłaś. Jest wojna, jest getto. Ludzie sobie pomagają, bo sami mogą tej pomocy potrzebować jutro.

Przechodzimy do sceny, gdzie Witek stoi na mostku z Miriam. Jest tutaj drugie przełamanie bohatera.

Przez całe życie mylił dyskomfort z cierpieniem. Zwolnienie z pracy, kosz od dziewczyny, rodzina, która go nie rozumiała – całe to starannie skatalogowane nieszczęście, które nosił ze sobą jak wór kamieni, było tylko niepokojem człowieka, któremu dużo dano i mało zabrało. Tu, na wysokości kilku metrów, ten wór po prostu zniknął.

W kilku zdaniach podsumowałaś społeczeństwo. W dzisiejszych czasach problemy zawodowe, zdrady, brak wystarczających funduszy na tak bardzo kuszący konsumpcjonizm są dla dużej części ludzi katastrofą. Bo jak to tak? Nie mogę mieć nowego iPhone’a? I Ty pokazujesz, co tak naprawdę tą katastrofą jest lub było. Szczególnie teraz, gdy przyszłość wydaje się niespokojna.

Chociaż jest to opowiadanie o ciężkiej tematyce, to udało Ci się mnie wzruszyć. Pierwszy moment, gdy łezka poczuła bunt i chciała się wydostać, to moment, gdy Miriam, mimo tego, że może uciec z getta, postanawia zostać dla mamy.

Drugiego momentu się nie spodziewałem. Witek zabiera zdjęcie ze spalonego mieszkania i oddaje staruszce. I tutaj znowu zakręciła się łezka.

Super opowiadanie i gratulacje!

Ale dużo tych opowiadań się pojawia!

 

Czarny, wielki kocur siedział na schodzie i mruczał cicho, jakby nigdzie mu się nie śpieszyło.

A czasem nie na schodku?

 

Dym gryzł w oczy, przymknął więc na chwilę powieki, aby się przed nim ochronić

Minimalizm sugeruje, że ostatniej części zdania można się pozbyć.

 

Witek rejestrował to wszystko kątem oka, gdy szedł szybkim krokiem w stronę drzwi balkonowych.

Moim zdaniem w pomieszczeniach objętych pożarem i zadymionych nie da się iść szybkim krokiem. Można próbować biec w pochyleniu albo w przysiadzie, biec/pełznąć na czworaka. I nie powiedziało mi tego AI, tylko kiedyś pies wywalił w nocy cały zapas opału na rozgrzaną kozę, bo chciał wyciągnąć sobie z nudów patyk, więc jeszcze pamiętam, jak wyglądało poruszanie się po domu.

 

Gdy przedzierał się przez nie wśród dymu, nie przyglądał się wnętrzom zbyt dokładnie, ale od razu zauważył, że teraz było to zupełnie inne miejsce zastawione zupełnie innymi meblami.

Językowo poprawnie, ale budzi skojarzenia “pałacowe”. W przewodnikach pisze się o gotyckich albo barokowych wnętrzach, ale w odniesieniu do małego mieszkania raczej użyłbym “wnętrzu”.

 

Potknął się w progu o czarnego kota i część zawartości wylał na chodnik. I na te nieszczęsne buty.

– Kurwa!

Witek w pierwszym odruchu chciał się odsunąć od starca, ale zauważył, że dziewczyna patrzy na nich badawczo. Schylił się więc, pomógł podnieść wiadro i przytrzymał za ucho, dopóki tamten nie złapał go pewniej.

Zawiesiłem się, bo nie napisałaś, że upuścił wiadro, tylko że część zawartości się wylała. Poza tym, hm, pomaga staruszkowi tylko dlatego, że patrzy na niego nastolatka? No dobrze, z koncepcją bohatera się nie sprzeczam :)

 

 Przez sekundę jej twarz była twarzą zmęczonego lekarza, który nie potrzebuje kolejnego problemu

Widzę dwa problemy; powtórzenie i potencjalną kalkę językową. Może prościej: przez sekundę wyglądała na zmęczoną lekarkę, która nie potrzebuje kolejnego problemu? Wyczuwam, że chcesz skupić się na twarzy, ale próby w rodzaju “przez sekundę w rysach lekarki widać było jedynie zmęczenie i chęć uniknięcia problemu” też nie są jakoś szczególnie zgrabniejsze.

 

Spojrzał na nich z góry, powoli przesuwając wzrok od stóp do głów

Minimalistycznie można zamienić końcówkę na “i powoli zlustrował od stóp do głów”

 

który przyklejał się do człowieka razem z białą opaską na ramieniu.

Wcześniej już masz “na ramieniu”, więc tutaj brzmi nadmiarowo. To ładne zdanie i warto je dopieścić :)

któremu dużo dano i mało zabrało.

Chyba “zabrano” na końcu?

 

Całość bardzo ładna. Ładne zdania, metafory, dobór słów. Bardzo dobrze opisywana mimika twarzy i ruchy bohaterów, naprawdę przyjemnie było zgadywać, co czują. Dobrze utrzymany nastrój części “historycznej”. Wzruszające zakończenie. Jury niech dyskutuje nad wykorzystaniem obrazu, ale według mnie trafione, a tytuł jest metaforą treści i vice versa.

 

 

 

 

bruce,

 

witam szanowną jurorkę wink

 

heart

Pecunia non olet

lugosi

 

Witek jest melepetą życiową. I nie chodzi tutaj o to, że mu się nie powodzi. Po prostu narzeka i to strasznie dużo.

Tak, miałam w swoim otoczeniu i takie osoby, które miały problem na każde rozwiązanie. Niektórzy po prostu lubią narzekać. Niżej właśnie to trochę rozwijam, chociaż nie chciałam iść w jakieś zbytnie moralizatorstwo. Mam nadzieję, że udało się zachować jakiś balans :)

 

Cieszę się, że wg Ciebie udało się ograć zgrzyty, bo to były 2 momenty (no w sumie miałam w głowie 4, ale skoro 2 kolejnych nikt jeszcze nie podnosił, to dobrze :P), które mogły być jakąś luką.

 

I tak – pierwszy przykład, to pada tam jakieś uzasadnienie, czemu Witek decyduje się w ten ogień wejść (potem ma jeszcze wątpliwości). Poza tym w ekstremalnych sytuacjach ludzie reagują różnie, czasami nie tak, jakbyśmy się po nich spodziewali. Znam kilka przykładów z życia.

 

Drugi zgrzyt – Miriam na początku się waha. Zagaduje, odchodzi, znów zagaduje. Dopiero widząc reakcje Witka na SS-manów działa w myśl zasady “wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”

 

Dziękuję za wizytę i obszerny komentarz laugh

 

 

marzan,

 

cześć marzanie, cieszy mnie, że widzimy się pod moim kolejnym opkiem, bo cenię sobie Twoje uwagi. Zmiany, które dało się wprowadzić od ręki, czyli większość, to wprowadziłam. Z wiadrem pewnie masz rację, przeredaguję wieczorem.

 

Przez sekundę jej twarz była twarzą zmęczonego lekarza, który nie potrzebuje kolejnego problemu

Tu pewnie też masz rację, ale mimo wszystko zostawiam na razie to zdanie, bo mi się podoba. Może ryzykuję, że wskażą go też inni komentujący, to wtedy nie zostanie nic innego, jak posypać głowę popiołem.

 

Wzruszające zakończenie

Podobno nieważne, jak się zaczyna, ważne, jak się kończy, więc może dobre zakończenie zostawi po sobie dobre wrażenie.

 

Jury niech dyskutuje nad wykorzystaniem obrazu, ale według mnie trafione, a tytuł jest metaforą treści i vice versa.

Dziękuję :). Przeczytałam już trochę opowiadań konkursowych i interpretacje obrazów są najróżniejsze, więc mam nadzieję, że i ta zostanie uznana.

 

I nie powiedziało mi tego AI, tylko kiedyś pies wywalił w nocy cały zapas opału na rozgrzaną kozę, bo chciał wyciągnąć sobie z nudów patyk, więc jeszcze pamiętam, jak wyglądało poruszanie się po domu.

Gdyby takiego zamachu na domowników dokonał kot, to bym się nie zdziwiła. Ale pies? :P

 

Cześć, OldGuard 

Dobre opowiadanie. Trochę przewidywalne, bo chłopaka przyczadziło, nachapał się dymu, zemdlał, przeniósł w czasie, a później staruszka okazała się być Miriam. Choć jest to zabieg bardzo prosty w spięciu fabuły, to niestety zbyt oczywisty. 

Historia poprowadzona bardzo sprawnie, zdarzały się jakieś powtórzenia, ale postanowiłem nie punktować. Chciałem odebrać całość, a nie skupiać się na detalach. Piszesz sprawnie i widzę, że nie od wczoraj. 

Ładnie. 

Klik! Powodzenia w konkursie!

Pozdrawiam 

Gdyby takiego zamachu na domowników dokonał kot, to bym się nie zdziwiła. Ale pies? :P

Cóż, zamień mu kubek na patyk i będzie wypisz wymaluj:

Nowa Fantastyka