Ulica Chłodna równie dobrze mogłaby być tunelem – Witek nie widział ani witryn sklepowych, ani przechodniów, ani nawet własnych stóp. Widział tylko twarz kierownika i słyszał te starannie dobrane słowa, które miały sprawić, że wypowiedzenie brzmiało jak przysługa. A potem, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, skinięcie głową w stronę drzwi. W kolejce czekał już następny nieszczęśnik.
Łącznie dziesięciu, ale Witek wiedział – nie podejrzewał, ale wiedział – że jemu jest najgorzej. Zawsze tak było. Rodzina nie taka, twarz nie taka, głos nie taki, osobowość nie taka. Wszystko nie takie, jakie powinno być i to wszystko sprawiało, że powodziło mu się w życiu źle.
Szedł i rozgrzebywał te myśli jak stare rany – z ponurą, wręcz perwersyjną satysfakcją. Właśnie przypominał sobie historię sprzed kilku miesięcy i dziewczynę sześć na dziesięć, która dała mu kosza przez SMS-a, gdy tuż przed nim wyrosły szerokie plecy.
– Przepraszam – mruknął.
Chciał wyminąć właściciela pleców, ale po jednej i drugiej stronie znajdowały się też inne osoby. Na skrzyżowaniu Chłodnej i Żelaznej zebrało się kilku gapiów, do których dołączali kolejni. Witek poszukał wzrokiem źródła ich zaciekawienia, co nie stanowiło większego problemu, bo było je dobrze widać. I czuć.
Poczuł dym, zanim go jeszcze zobaczył. Gryzący i cierpki. Z okien na trzecim piętrze kamienicy Ignacego Partowicza buchały języki ognia – długie i pomarańczowe, które przeplatały się z szarą wstęgą dymu. A powyżej, na balkonie czwartego piętra, siedziała staruszka i nie poruszała się, jakby przykuta do miejsca strachem.
Witek nie był strażakiem. Nie był nawet specjalnie odważnym człowiekiem, ale widział, że pożar błyskawicznie przeskakuje z framugi na framugę, a dym ucieka szczelinami i pewnie już wypełniał inne mieszkania. Wsłuchał się w odgłosy miasta, ale nie słyszał jeszcze wozów strażackich. Spojrzał znów na parapet czwartego piętra i podjął decyzję, zanim zdążył ją dobrze przemyśleć.
Może gdyby to był normalny dzień, zostałby tam, gdzie stał. Człowiek, który ma pracę, plany i kogoś w domu, waha się i kalkuluje, myśląc o tym, co może stracić. On nie kalkulował.
Przecisnął się przez tłum gapiów, którzy stali z telefonami wyciągniętymi przed siebie, dokumentując cudze nieszczęście, i wbiegł do budynku. Klatka schodowa powitała go dymem. Gęstym i brudnym, który pełzł po suficie, szukając ujścia. Witek przykrył usta rękawem i ruszył w górę, biorąc po dwa stopnie na raz.
Na pierwszym półpiętrze omal nie nadepnął na kota. Czarny, wielki kocur siedział na schodku i mruczał cicho, jakby nigdzie mu się nie śpieszyło.
– Sio!
Kot odskoczył niezadowolony i uciekł na dół. Mężczyzna pognał na górę.
Na końcu korytarza dymu było więcej. Dopiero teraz wątpliwości uderzyły w niego z całą siłą. Zastygł na środku, zerknął za siebie, a potem znów spojrzał w kierunku drzwi mieszkania starszej kobiety. Cofnął się dwa kroki. Gdyby teraz wrócił na ulicę, wszyscy by to przecież zrozumieli. Zrozumieli, że próbował, ale nie dał rady. To byłby bezpieczny wybór, z rodzaju tych, których trzymał się całe życie.
Dym gryzł w oczy, przymknął więc na chwilę powieki i zobaczył ten obrazek – przerażona staruszka siedząca na parapecie. Wokół ogień. Wiedział, że jeśli się teraz wycofa, to wspomnienie będzie go prześladować do końca życia.
Drzwi pod numerem trzynaście były już ciepłe w dotyku. Nasunął rękaw kurtki na dłoń i nacisnął klamkę.
– Halo! Jest tam pani?
Odpowiedziała mu cisza i trzask ognia pod stopami.
Dym w środku był gęstszy niż na korytarzu. Rozpanoszył się po pokoju, obejmował zwiewnymi ramionami meble, które pamiętały jeszcze czasy PRL-u i lizał tapety w wyblakłe kwiaty. Witek rejestrował to wszystko kątem oka, gdy szedł w stronę drzwi balkonowych.
Kobieta siedziała w tym samym miejscu, dłonie kurczowo zaciskała na parapecie i patrzyła gdzieś w bok. Nie na coraz głośniejszy tłum gapiów pod kamienicą i nie w stronę mrugających świateł wozów strażackich, które pędziły już Żelazną. Może gdzieś w stronę kościoła świętego Karola Boromeusza, szukając w Bogu pomocy? Nie miał czasu się nad tym zastanawiać.
– Proszę pani – powiedział zachrypniętym głosem. – Musimy stąd wyjść.
Staruszka tylko pokręciła głową.
– Musimy. Ogień dotrze tutaj lada chwila.
– Nie mogę. Nie zostawię jej.
– Kogo? – Witek zrobił w jej stronę ostrożny krok. – Tutaj nikogo nie ma poza nami.
Kobieta obróciła się do okna i wskazała na małe boczne drzwi w mieszkaniu, które ledwo było widać zza zasłony dymu.
Zdębiał. Może nie mieszkała tam sama? Może ktoś tam spał albo zamknęła w tamtym pokoju psa? Może w puszce po kawie kryła oszczędności życia i nie chciała ich zostawiać? Mógł zgadywać w nieskończoność, ale czasu było mniej. Zasłonił więc znów twarz rękawem, podbiegł do drzwi, pchnął i…
***
Dym zniknął. Ogień zniknął. Przez chwilę nie rozumiał absolutnie niczego. Ten sam pokój, ale jakby wyjęty z innego czasu. Zamiast parkietu w jodełkę pod butami miał wytarte deski, a zamiast pstrokatego dywanu – grubą warstwę kurzu w rogach. Obejrzał się za siebie. W ścianie wciąż tkwiły małe boczne drzwi, które nie ustąpiły po naciśnięciu klamki ani za pierwszym, ani za drugim, ani nawet za dziesiątym razem.
Witek spojrzał w stronę okna, gdzie powinna siedzieć staruszka, tylko że jej już tam nie było. Wybiegł na balkon. Na zewnątrz panował ruch, ale nie taki, do jakiego był przyzwyczajony.
Ulicą poniżej szli mężczyźni w ciemnych płaszczach, jakaś kobieta z tobołkiem i druga z dzieckiem trzymanym za rękę. Wszyscy mieli na ramieniu białe opaski z niebieską gwiazdą Dawida. Nad nimi wznosiła się kładka, jak drewniane ramię łączące dwa różne światy. A wokół powiewały flagi – czarno-czerwono-białe, ze swastyką pośrodku.
Witek poczuł, jak miękną mu kolana.
Pod kładką przejechał tramwaj. Za nim szedł spokojnie żołnierz w szarozielonym mundurze, jakby wracał z zakupów, tyle że zamiast siatki trzymał karabin opuszczony swobodnie wzdłuż ciała.
Witek cofnął się o krok. Potem o drugi. Plecy trafiły w framugę drzwi balkonowych i zatrzymał się, bo nogi odmówiły dalszego posłuszeństwa.
Stał i patrzył na Warszawę. Na Warszawę, której nie było od ponad osiemdziesięciu lat.
To niemożliwe. Może umarłem w tym pożarze i trafiłem do piekła? To niemożliwe.
Powtarzał to sobie w myślach jak mantrę, ale miasto pod nim nie słuchało wewnętrznych protestów. Tramwaj jechał nadal, żołnierz szedł dalej, a na kładkę wchodziła właśnie kolejna para – starszy mężczyzna i chłopiec, który co chwila oglądał się za siebie.
Witek wrócił do mieszkania. Gdy przedzierał się przez nie wśród dymu, nie przyglądał się wnętrzu zbyt dokładnie, ale od razu zauważył, że teraz było to zupełnie inne miejsce zastawione zupełnie innymi meblami. W rogu, na biurku, leżała gruba księga. Rzucił na nią okiem, ale nie potrafił rozczytać wykaligrafowanych starannym pismem zawijasów.
To niemożliwe”
Drzwi wejściowe były lekko uchylone, a za nimi panowała ciemność. Wyciągnął rękę, żeby pchnąć je szerzej i w tej samej chwili usłyszał, jak z niższego piętra dobiegają strzępki rozmowy. Krótkie, urywane zdania. Szorstki głos. I ten język, z którego łatwo żartować przy piwie, ale który teraz wywołał w nim dreszcz przerażenia.
Nagle dotarło do niego, gdzie jest. Albo próbowało dotrzeć i przebić się przez zapętloną myśl to niemożliwe.
Kamienica Partowicza. Nordwache. Z lekcji historii wiedział tylko tyle, że mieścił się tutaj posterunek żandarmerii, z którego Niemcy nadzorowali skrzyżowanie i całe getto.
Cofnął się od drzwi. Głosy były teraz bliżej. Ktoś wchodził po schodach. Mężczyzna rozejrzał się gorączkowo, przeniósł wzrok z okna na balkon. Cztery piętra nad ziemią, więc nie byłby w stanie tamtędy zejść. W końcu schował się za szafą w kącie, skulił i przestał na moment oddychać.
Kroki rozbrzmiały na korytarzu. Ciężkie, masywne, obleczone w buty marszowe. Zatrzymały się przed drzwiami na moment, który zdawał się trwać wieczność. Potem poszły dalej, w górę, na piąte piętro.
Mózg Witka zmienił płytę i zamiast to niemożliwe, zaczął grać zupełnie inną melodię pod tytułem: muszę się stąd natychmiast wydostać.
Mężczyzna wyjrzał na korytarz. Pusty. Zszedł po schodach tak cicho, jak umiał, z sercem bijącym gdzieś w gardle. Na pierwszym piętrze minął się z kobietą w czarnej chuście, która spojrzała na niego uważnie – o sekundę za długo – ale nic nie powiedziała. Na parterze przez brudną szybę przy wejściu zobaczył żołnierza. Stał po drugiej stronie ulicy, tyłem, z karabinem na ramieniu, wpatrzony w kładkę. Witek cofnął się o krok, znalazł boczne wyjście od strony Żelaznej, wyślizgnął się na zewnątrz i wtopił w tłum. Albo próbował, bo w czarnych dżinsach i sportowej kurtce wyglądał jak przybysz z innej epoki. Kilka kałuż zrobiło mu przysługę, a brudne plamy z błota pomogły chociaż trochę zamaskować jego współczesny ubiór, który mimo wszystko mógł przyciągać niepotrzebną uwagę.
Powietrze na zewnątrz było inne niż pamiętał ze swoich czasów. Cięższe. Nasycone czymś, czego nie umiał nazwać – może kurzem, może zbiorowym strachem, wydzielanym przez tysiące ludzi żyjących zbyt blisko siebie na zbyt małej przestrzeni. Dodawał do tego swoją cegiełkę, bo serce nie chciało się uspokoić i waliło jak oszalałe.
Ruszył przed siebie, ale chociaż codziennie przemierzał tę trasę w drodze do i z pracy, teraz jej nie poznawał. Ulica była ta sama i zupełnie inna jednocześnie. Bruk zamiast asfaltu, nierówny, miejscami wyłamany. Witryny sklepowe z napisami w jidysz i po polsku, niektóre zabite deskami, inne jeszcze otwarte. Jakiś starzec siedzący na stopniu kamienicy z zamkniętymi oczami. Młoda kobieta w oknie na pierwszym piętrze wyglądająca na ulicę z wyrazem twarzy, który Witek widywał czasem u ludzi czekających na opóźniony pociąg – ta szczególna mieszanina rezygnacji i czujności.
– Ej! – Głos był dźwięczny, z ledwie wyczuwalnym akcentem, niepasujący do tych okoliczności. – Ej, ty. Zatrzymaj się.
Stała przy murze oficyny, w cieniu, który skrzętnie ją ukrywał. Na pierwszy rzut oka była młodsza od niego. Jeszcze nastolatka, najwyżej szesnaście lat, ale oczy miała starsze. Ciemne, mądre oczy kogoś, kto widział zbyt wiele w krótkim czasie. Do tego płaszcz o dwa rozmiary za duży, biała opaska na ramieniu i zaskakująco jasne włosy, które nie pasowały do jego wyobrażeń o mieszkańcach getta.
– Nie jesteś stąd.
– Jestem z okolicy – powiedział, bo jak inaczej miał wytłumaczyć, skąd pochodzi.
– Nie masz opaski.
– Zgubiłem.
– No to masz problem.
Odwróciła się i odeszła. Uszła trzy, może cztery kroki w stronę najbliższej bramy i skręciła za węgieł. Witek stał nieruchomo, nie wiedząc, czy powinien iść za nią, czy uciekać. Po chwili wróciła.
– Gdzie dostałeś takie buty?
Spojrzał mimowolnie na swoje trampki. Biało-szare, ze znanym logo na języku. Już chciał coś odpowiedzieć, ale z bramy naprzeciwko wyszedł starzec z wiadrem. Potknął się w progu o czarnego kota i część zawartości wylał na chodnik. I na te nieszczęsne buty.
– Kurwa!
Witek w pierwszym odruchu chciał się odsunąć od starca, ale zauważył, że dziewczyna patrzy na nich badawczo. Schylił się więc, pomógł podnieść wiadro i przytrzymał za ucho, dopóki tamten nie złapał go pewniej. Mężczyzna mruknął coś, czego Witek nie zrozumiał i poszedł dalej.
– Niemiec by nie pomógł – odezwała się w końcu półgłosem, bardziej do siebie niż do niego.
Spojrzała w stronę ulicy, potem z powrotem na niego.
– Kim ty w ogóle jesteś?
– Witek.
– I to wszystko?
Nie miał dobrej odpowiedzi, więc milczał. Ona też. Długo. Gdzieś za rogiem przeszedł patrol – usłyszał kroki, zanim jeszcze zobaczył mundury – i instynktownie cofnął się o pół kroku w stronę muru. Dziewczyna tego nie skomentowała. Przypatrywała mu się przez chwilę, jakby ważyła coś w myślach. Potem gestem przywołała bliżej.
– Chodź ze mną.
Rozejrzał się niepewnie wokoło.
– No chodź – nalegała. – W tym ubraniu i bez opaski wyglądasz podejrzanie. Zaraz cię zgarną.
Nazywała się Miriam. Tyle powiedziała mu o sobie w ciągu pierwszych dziesięciu minut. Potem mówiła więcej i więcej, z przerwami na omijanie patroli i przeciskanie się z bramy do bramy. Mieszkała w dużym getcie, po północnej stronie Chłodnej, ale przyszła tu po lekarstwo dla matki. Jego przestała wypytywać po kilku zdawkowych odpowiedziach, co przyjął z ulgą.
– Dokąd idziemy?
– Powiedziałam. Po lekarstwo.
– Ale dokąd?
– Do szpitala, a w zasadzie to do Hellerowej. Sprzedaje, co trzeba, jeśli ma się czym płacić.
Witek pomyślał o swoim portfelu z kartami bankomatowymi i jakąś współczesną, wymiętą dychą.
– Masz?
Miriam prychnęła cicho, ale nic nie powiedziała.
Szpital Bersohnów i Baumanów stał przy Siennej, zaledwie półtora kilometra od kamienicy, ale dziewczyna prowadziła go okrężną trasą – przez podwórza i przez dziury w murach, o których istnieniu wiedziały tylko miejscowe dzieci oraz koty. Witek przestał liczyć ulice po piątej, którą minęli, bo szli dłużej, niż się spodziewał. Kilka razy Miriam zatrzymywała się bez ostrzeżenia i cofała o krok, wciągając go ze sobą w bramę albo za mur. Za każdym razem mijał ich patrol – jeden, dwa, trzy. Niemcy rozmawiali między sobą spokojnie, jak urzędnicy zmierzający na przerwę w pracy.
– Nie patrz na nich – mruknęła przy trzecim razie, gdy jego wzrok machinalnie odprowadzał SS-manów.
Przed szpitalem stała kolejka. Nieduża, ale wyraźna, głównie kilka kobiet z dziećmi. Miriam ominęła ją sprawnie i skierowała się do bocznych drzwi, potem wąskim korytarzem w stronę kancelarii. Zapukała dwa razy. Przerwa i jeszcze raz.
– Poczekajmy. Musi być na obchodzie.
Usiedli na ławce pod oknem. Przez brudną szybę wpadało szare światło.
– Dlaczego akurat tutaj? Nie ma innych lekarzy?
– Inni biorą więcej albo mówią, że nie mogą pomóc. Ona nigdy nie odmawia.
– Znasz ją?
– Mama ją dobrze zna. A raczej dobrze znała w poprzednim życiu. W tym sprzed wojny. Powtarza, że to jedna z najlepszych osób w Warszawie.
Po kwadransie usłyszeli kroki. Lekkie, ale zdecydowane. Kobieta była niewysoka, z ciemnymi włosami zaczesanymi gładko na boki. Szła szybko i jednocześnie czytała kartę, którą trzymała przed sobą.
Miriam wstała.
– Pani doktor!
Podniosła wzrok. Przez sekundę jej twarz była twarzą zmęczonego lekarza, który nie potrzebuje kolejnego problemu. Potem coś w niej zmiękło.
– Miriam! Jak mama?
– Gorzej… od trzech dni gorączkuje.
– A chinina?
– Skończyła się.
– Zaczekajcie.
Zniknęła za drzwiami gabinetu, a kilka chwil później wróciła z małą papierową paczuszką.
– Masz tu zapas na siedem dni. Dawkowanie jak poprzednio. Wróć za tydzień, ale mam nadzieję, że do tego czasu już będzie lepiej.
Paczuszka zniknęła gdzieś pod płaszczem, a w dłoni pojawiły się banknoty. Lekarka pokręciła głową na ich widok.
– Zapłacisz za tydzień, jak matce się polepszy.
Miriam się zawahała, ale szybko schowała pieniądze. Skinęła tylko głową. Nauczyła się już nie protestować, bo w jej świecie dobroć rzadko miała postać wielkich gestów – częściej za to takich drobnych okruchów człowieczeństwa.
Lekarka zmierzyła chłopaka wzrokiem. Witek czuł, że powinien coś powiedzieć, ale nie wiedział, co. W końcu kobieta odwróciła się na pięcie i weszła z powrotem do gabinetu. Przez uchylone drzwi widać było fragment biurka ginącego pod stosem kartotek i okno z szybą zabitą do połowy tekturą. Po chwili wróciła. W dłoni trzymała opaskę, lekko już zszarzałą.
– Weź – powiedziała, podając ją Witkowi. – Zabrałam od pacjenta, który już jej nie potrzebuje.
– Dziękuję.
– Uważajcie na siebie – mruknęła. – Oboje.
Wracali inną trasą. Dziewczyna szła przodem, on za nią, w odstępie dwóch kroków, próbując dotrzymać tempa. Skręcili w Śliską i wtedy to usłyszał. Krzyki. Krótkie i przerywane gwizdkiem. Miriam zatrzymała się tak nagle, że o mało na nią nie wpadł. Odwróciła lekko głowę, tylko na tyle, aby mógł zobaczyć jej profil.
Ulica przed nimi była już zamknięta. Kordon przecinał ją w poprzek. Dwóch żołnierzy po prawej stronie, jeden po lewej. Z tyłu kolejnych trzech rozstawionych szeroko, z karabinami na pasach. Odwrót był niemożliwy, bo za nimi wyłonił się z bramy kolejny SS-man, rozglądający się po ulicy.
– Chwyć mnie za rękę.
– Co?
– No chwyć!
Nie czekała, aż to zrobi, tylko sama złapała jego dłoń. Jej była zimna w dotyku.
– Idziemy prosto – szepnęła. – Nie rozglądaj się, patrz w ziemię. Rób to, co ja. I cokolwiek powiem, przytakuj.
Nie miał czasu odpowiedzieć, bo pociągnęła go za sobą.
Jeden z żołnierzy w kordonie był młody. Miał może dwadzieścia kilka lat, pryszczatą twarz i rozglądał się wokół nerwowo. Miriam szła prosto na niego.
– Wohin?
Spojrzał na nich z góry i powoli zlustrował od stóp do głów. Zatrzymał się na butach chłopaka, potem na jego brudnych dżinsach i wreszcie na kurtce z plastikowym suwakiem. Rzucił kilka słów, Miriam odpowiedziała coś głosem wyższym niż zwykle i trochę za szybkim. Wskazała Witka gestem, który mógł znaczyć cokolwiek. On stał i czuł, jak oblewa go zimny pot. Żołnierz powiedział jeszcze parę zdań, potem zmrużył oczy i w końcu przesunął się o pół kroku w bok. Przeszli.
Witek poczuł to dopiero za rogiem. Nagłe, gwałtowne drżenie w kolanach. Chciał się zatrzymać, ale Miriam nie zwalniała kroku. Puściła jego rękę chwilę wcześniej bez słowa i szła przodem, przeciskając się obok garstki zbitych w kupę ludzi.
Skręcili w wąskie przejście między kamienicami. Tutaj było ciszej, a smród stęchlizny i mokrych desek trochę go otrzeźwił. Dziewczyna zatrzymała się przy murze i odwróciła w jego stronę. Po raz pierwszy od łapanki spojrzała mu w oczy.
– Co mu powiedziałaś?
– Że jesteś chory i że wypuścili cię ze szpitala, bo tam już nie mogą nic zrobić.
– Uwierzył?
– Nie wiem, ale pozwolił przejść.
– Czemu tak powiedziałaś?
– Bo jeśli łapali na roboty, to chory byś im się nie przydał.
Chciała już odejść, ale zapytał jeszcze:
– Co by się stało, gdyby nas nie przepuścił?
– Nic dobrego – odpowiedziała i ruszyła dalej w stronę kładki nad Chłodną.
Schody na mostek były wąskie. Witek szedł za Miriam i przez chwilę widział tylko jej plecy i nieboskłon nad poręczą. Drewniane deski uginały się lekko pod stopami, a barierka była wytarta w tych miejscach, gdzie ludzie chwytali ją najczęściej. Na górze rozejrzał się dookoła. Po prawej stronie rozciągało się duże getto – przeludnione i głośne nawet teraz. Po lewej, w dole, miejsce, z którego wrócili. Niebo nad dachami miało kolor przygaszonej czerwieni, jakby miasto gdzieś daleko już się paliło.
Anna Słoncz, “Tam, gdzie zaczyna się piekło”
Miriam zatrzymała się bez ostrzeżenia, na samym środku kładki. Wiedział, że nie powinna. Ona też wiedziała, bo strażnik przy wejściu powiedział wyraźnie: „przechodzić szybko, nie stawać”. A jednak zatrzymała się w połowie i patrzyła przez szczelinę w deskach na inny świat. Witek stał obok niej i przez chwilę też oglądał z góry tamtą drugą Warszawę – zniewoloną, a jednocześnie jawiącą się jako coś normalnego. Ludzie chodzili po chodnikach, sklepy były otwarte, a w oknie na pierwszym piętrze ktoś ściągał ze sznurów pranie – białe prześcieradło załopotało na jesiennym wietrze.
Tamta Warszawa była dla Miriam czymś, czym raj jest dla człowieka wierzącego. Można było kochać się i nienawidzić. Można było usiąść na ławce w parku. Można było być głodnym, zmęczonym i przestraszonym, ale anonimowo. Bez tego dodatkowego ciężaru, który przyklejał się do człowieka razem z białą opaską na ramieniu. Miriam patrzyła w dal bez słowa i Witek poczuł coś, czego się nie spodziewał. Wstyd. Obezwładniający wstyd.
Przez całe życie mylił dyskomfort z cierpieniem. Zwolnienie z pracy, kosz od dziewczyny, rodzina, która go nie rozumiała – całe to starannie skatalogowane nieszczęście, które nosił ze sobą jak wór kamieni było tylko niepokojem człowieka, któremu dużo dano i mało zabrano. Tu, na wysokości kilku metrów, ten wór po prostu zniknął.
Spojrzał na ramię, na którym tkwił biały kawałek materiału. Zerwał go i podstawił dziewczynie pod nos.
– Mogłabyś spróbować – powiedział. – Bez opaski wyglądasz jak…
– Jak kto? – zapytała.
Urwał. Nie wiedział, co na to odpowiedzieć. Po chwili Miriam ruszyła, ale Witek złapał ją za rękę. Trochę za mocno.
– Powinnaś spróbować. Nie! Musisz spróbować. To miejsce… to miejsce…
– To miejsce mnie stąd nie puści. Zresztą, nie mogę jej zostawić.
– Kogo?
– Mamy. Ma tylko mnie.
Nie powiedział nic.
– Chodźmy – odezwała się Miriam. – Nie można tu stać.
Poszedł za nią. Drewniane stopnie skończyły się pod nogami i wrócił bruk. Miriam skręciła już w tłum i przez chwilę widział jeszcze jej płaszcz. Chciał ją dogonić, ale wtedy po swojej lewej usłyszał:
– Halt. Hände hoch!
Strażnik był starszy niż ten przy kordonie. Miał kwadratową szczękę i wąskie oczy osadzone za blisko długiego nosa. Stał dwa kroki od niego i patrzył wrogo. Witek rozejrzał się na boki. Parę metrów dalej zobaczył Miriam, a jej twarz wyrażała emocje, które sam odczuwał – niepewność i strach. Chłopak uniósł ręce, a serce obijało mu się o żebra jak dzwon.
– Was ist das?
Lufa karabinu spoczęła na brzuchu Witka, a szorstka dłoń chwyciła za materiał sportowej kurtki. Potarł go z niedowierzaniem.
– Spion? – Oczy żołnierza zwęziły się w niebezpieczne szczeliny.
Witek poczuł, jak po kręgosłupie spływa mu strużka zimnego potu. Spojrzał w stronę Miriam. Stała kilka metrów dalej, blada jak ściana, z dłońmi zaciśniętymi na rąbku płaszcza.
– Nie rozumiem… – wykrztusił Witek. – To tylko ubranie, ja…
Niemiec puścił materiał i uderzył chłopaka lufą w ramię.
– Halt die Klappe! – wrzasnął, wyraźnie wytrącony z równowagi czymś, czego nie potrafił wytłumaczyć.
Odbezpieczył karabin. Suchy, metaliczny trzask odbił się echem od murów kamienic jak wystrzał.
Witek zamknął oczy. Czekał na ból i na nieuchronny koniec. Zamiast tego poczuł klepnięcie na policzku. Potem jeszcze jedno.
***
– Hej. Hej, słyszysz mnie?
Głos był inny. Troskliwy i należący do Polaka.
Witek zamrugał oczami, nad sobą zobaczył dwie głowy osłonięte hełmami.
– Podnosimy powoli – powtórzył strażak i zanim Witek zdążył zaprotestować, silne ręce chwyciły go pod ramiona.
– Poczekajcie.
Usiadł trochę zbyt gwałtownie. Świat zakołysał się na boki i przez chwilę musiał skupić się wyłącznie na tym, aby nie zwymiotować. Strażak przy jego lewym ramieniu mruknął coś niezadowolonym tonem.
– Kolego, naprawdę musisz wyjść na świeże powietrze. Nawdychałeś się dymu i straciłeś na chwilę przytomność.
Ale Witek go nie słuchał. Rozejrzał się po małej sypialni. Jego wzrok przykuła stara etażerka, a na niej, pomiędzy figurką z porcelany a doniczką, stało oprawione w ciemną ramkę zdjęcie. Fotografia w środku była czarno-biała, lekko wyblakła przy krawędziach, i pokazywała dwie kobiety. Starsza i młodsza, stojące ramię w ramię. Starsza patrzyła w obiektyw poważnie, z tą charakterystyczną rezerwą, z jaką ludzie tamtych czasów podchodzili do fotografowania. Młodsza miała twarz lekko odwróconą w bok, jakby coś ją w ostatniej chwili rozkojarzyło, ale dało się dostrzec ciemne, mądre oczy.
Witek siedział przez chwilę i nie oddychał.
Znał te oczy. Widział je kilka chwil temu. Albo osiemdziesiąt lat temu.
– Kolego…
Wyciągnął rękę i zabrał zdjęcie.
– Hej, co robisz? Proszę to zostawić!
– Po to tutaj przyszedłem – powiedział cicho.
Strażak zawahał się, potem machnął ręką i wziął go pod ramię.
– Dobra. Idziemy.
Wyszli. Na klatce schodowej dym przerzedzał się z każdym stopniem, a na parterze został już tylko zapach spalenizny i wilgoci. Przed budynkiem tłum gapiów odsunięto na chodnik, aby zrobić miejsce wozom strażackim i karetce, które zalewały wszystko wokół migającym światłem.
Staruszka siedziała w drzwiach ambulansu z folią termiczną na ramionach. Jeden z ratowników stał przy niej i mówił coś spokojnym głosem. Witek podszedł do nich.
Kobieta uniosła wzrok. Przez chwilę patrzyła na ramkę w jego rękach i coś w jej twarzy powoli zmiękło.
– Miriam. To chyba twoje. – Podał jej fotografię.
Staruszka wzięła ją i przycisnęła kurczowo do siebie.
– Nie mogłam jej zostawić.
– Wiem.
Usiadł obok, włożył ręce do kieszeni i pod palcami jednej z dłoni wyczuł jakiś materiał. Bez sprawdzania wiedział, że to opaska z gwiazdą Dawida.
Koniec
Komentarze
Wobec SZTUKI – powaga i milczenie.
Ona daje prawdziwe ukojenie.
Dziękując, przed Twórcami chylę czoła,
Więcej zachwytów wyrazić nie zdołam…
Pecunia non olet
Ogółem tak:
Opki wojenne są dla mnie ciężkostrawne. A do tego wybrałaś najcięższy dla mnie z tematów.
Żydzi i getto. Nie mniej – czytałem, bo narracja była dość lekka, a akcja – szybka. To było zdecydowanie na plus i coś co powodowało, mimo bardzo nieprzyjemnego dla mnie tematu, że ciągle byłem zainteresowany co dalej. Do tego, tam gdzie trzeba, zatrzymywałaś się mimowolnie przy takich wzruszających momentach, choć niezbyt przesadnie głęboko, ale może to i dla mnie lepiej – bo jak mówię – wolę akcje, a nie zbytnio głębokie przemyślenia. Po prostu jestem czytelnikiem mającym inne preferencje.
Interpretacja tego obrazu, jest napewno bardziej dosłowna i trafna niż mojego konkursowego – ta twoja bardziej pasuje do klimatu opowiadania. Jest to znacznie lepiej zarysowane.
Ale i tak uważam, że fantasy ci znacznie lepiej wychodzi :)
Klik :)
Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :)
bruce,
witam szanowną jurorkę
melendur,
dla mnie też, ale czasami tematy same przychodzą. W pierwszym pomyśle na opowiadanie do tego obrazu widziałam sci-fi i jakąś dystopię, potem pojawił się pomysł z kładką nad Chłodną.
Cieszę się, że mimo wszystko czytało się dobrze!
Dzięki za wizytę, komentarz i klika
Ja również nie lubię tematyki wojennej, ale podałaś ją w taki sposób, że chciało się czytać. Na początku lekko się zatrzymałem, jednak później szło gładko jak po maśle :)
Witek jest melepetą życiową. I nie chodzi tutaj o to, że mu się nie powodzi. Po prostu narzeka i to strasznie dużo. Gdy nagle postanawia wbiec w ogień, pojawił się pierwszy zgrzyt, ale bardzo ładnie to ograłaś. Pomimo tego, że narzeka, to postanawia się zmienić i zrobić coś, co nie pasuje do jego charakteru. I tutaj mamy pierwsze złamanie bohatera.
Kolejnym zgrzytem jest Miriam. Dziewczyna spotyka obcego mężczyznę na ulicy i postanawia mu pomóc. I znowu: ładnie to ograłaś. Jest wojna, jest getto. Ludzie sobie pomagają, bo sami mogą tej pomocy potrzebować jutro.
Przechodzimy do sceny, gdzie Witek stoi na mostku z Miriam. Jest tutaj drugie przełamanie bohatera.
Przez całe życie mylił dyskomfort z cierpieniem. Zwolnienie z pracy, kosz od dziewczyny, rodzina, która go nie rozumiała – całe to starannie skatalogowane nieszczęście, które nosił ze sobą jak wór kamieni, było tylko niepokojem człowieka, któremu dużo dano i mało zabrało. Tu, na wysokości kilku metrów, ten wór po prostu zniknął.
W kilku zdaniach podsumowałaś społeczeństwo. W dzisiejszych czasach problemy zawodowe, zdrady, brak wystarczających funduszy na tak bardzo kuszący konsumpcjonizm są dla dużej części ludzi katastrofą. Bo jak to tak? Nie mogę mieć nowego iPhone’a? I Ty pokazujesz, co tak naprawdę tą katastrofą jest lub było. Szczególnie teraz, gdy przyszłość wydaje się niespokojna.
Chociaż jest to opowiadanie o ciężkiej tematyce, to udało Ci się mnie wzruszyć. Pierwszy moment, gdy łezka poczuła bunt i chciała się wydostać, to moment, gdy Miriam, mimo tego, że może uciec z getta, postanawia zostać dla mamy.
Drugiego momentu się nie spodziewałem. Witek zabiera zdjęcie ze spalonego mieszkania i oddaje staruszce. I tutaj znowu zakręciła się łezka.
Super opowiadanie i gratulacje!
Ale dużo tych opowiadań się pojawia!
Czarny, wielki kocur siedział na schodzie i mruczał cicho, jakby nigdzie mu się nie śpieszyło.
A czasem nie na schodku?
Dym gryzł w oczy, przymknął więc na chwilę powieki, aby się przed nim ochronić
Minimalizm sugeruje, że ostatniej części zdania można się pozbyć.
Witek rejestrował to wszystko kątem oka, gdy szedł szybkim krokiem w stronę drzwi balkonowych.
Moim zdaniem w pomieszczeniach objętych pożarem i zadymionych nie da się iść szybkim krokiem. Można próbować biec w pochyleniu albo w przysiadzie, biec/pełznąć na czworaka. I nie powiedziało mi tego AI, tylko kiedyś pies wywalił w nocy cały zapas opału na rozgrzaną kozę, bo chciał wyciągnąć sobie z nudów patyk, więc jeszcze pamiętam, jak wyglądało poruszanie się po domu.
Gdy przedzierał się przez nie wśród dymu, nie przyglądał się wnętrzom zbyt dokładnie, ale od razu zauważył, że teraz było to zupełnie inne miejsce zastawione zupełnie innymi meblami.
Językowo poprawnie, ale budzi skojarzenia “pałacowe”. W przewodnikach pisze się o gotyckich albo barokowych wnętrzach, ale w odniesieniu do małego mieszkania raczej użyłbym “wnętrzu”.
Potknął się w progu o czarnego kota i część zawartości wylał na chodnik. I na te nieszczęsne buty.
– Kurwa!
Witek w pierwszym odruchu chciał się odsunąć od starca, ale zauważył, że dziewczyna patrzy na nich badawczo. Schylił się więc, pomógł podnieść wiadro i przytrzymał za ucho, dopóki tamten nie złapał go pewniej.
Zawiesiłem się, bo nie napisałaś, że upuścił wiadro, tylko że część zawartości się wylała. Poza tym, hm, pomaga staruszkowi tylko dlatego, że patrzy na niego nastolatka? No dobrze, z koncepcją bohatera się nie sprzeczam :)
Przez sekundę jej twarz była twarzą zmęczonego lekarza, który nie potrzebuje kolejnego problemu
Widzę dwa problemy; powtórzenie i potencjalną kalkę językową. Może prościej: przez sekundę wyglądała na zmęczoną lekarkę, która nie potrzebuje kolejnego problemu? Wyczuwam, że chcesz skupić się na twarzy, ale próby w rodzaju “przez sekundę w rysach lekarki widać było jedynie zmęczenie i chęć uniknięcia problemu” też nie są jakoś szczególnie zgrabniejsze.
Spojrzał na nich z góry, powoli przesuwając wzrok od stóp do głów
Minimalistycznie można zamienić końcówkę na “i powoli zlustrował od stóp do głów”
który przyklejał się do człowieka razem z białą opaską na ramieniu.
Wcześniej już masz “na ramieniu”, więc tutaj brzmi nadmiarowo. To ładne zdanie i warto je dopieścić :)
któremu dużo dano i mało zabrało.
Chyba “zabrano” na końcu?
Całość bardzo ładna. Ładne zdania, metafory, dobór słów. Bardzo dobrze opisywana mimika twarzy i ruchy bohaterów, naprawdę przyjemnie było zgadywać, co czują. Dobrze utrzymany nastrój części “historycznej”. Wzruszające zakończenie. Jury niech dyskutuje nad wykorzystaniem obrazu, ale według mnie trafione, a tytuł jest metaforą treści i vice versa.
bruce,
witam szanowną jurorkę
Pecunia non olet
lugosi
Witek jest melepetą życiową. I nie chodzi tutaj o to, że mu się nie powodzi. Po prostu narzeka i to strasznie dużo.
Tak, miałam w swoim otoczeniu i takie osoby, które miały problem na każde rozwiązanie. Niektórzy po prostu lubią narzekać. Niżej właśnie to trochę rozwijam, chociaż nie chciałam iść w jakieś zbytnie moralizatorstwo. Mam nadzieję, że udało się zachować jakiś balans :)
Cieszę się, że wg Ciebie udało się ograć zgrzyty, bo to były 2 momenty (no w sumie miałam w głowie 4, ale skoro 2 kolejnych nikt jeszcze nie podnosił, to dobrze :P), które mogły być jakąś luką.
I tak – pierwszy przykład, to pada tam jakieś uzasadnienie, czemu Witek decyduje się w ten ogień wejść (potem ma jeszcze wątpliwości). Poza tym w ekstremalnych sytuacjach ludzie reagują różnie, czasami nie tak, jakbyśmy się po nich spodziewali. Znam kilka przykładów z życia.
Drugi zgrzyt – Miriam na początku się waha. Zagaduje, odchodzi, znów zagaduje. Dopiero widząc reakcje Witka na SS-manów działa w myśl zasady “wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”
Dziękuję za wizytę i obszerny komentarz
marzan,
cześć marzanie, cieszy mnie, że widzimy się pod moim kolejnym opkiem, bo cenię sobie Twoje uwagi. Zmiany, które dało się wprowadzić od ręki, czyli większość, to wprowadziłam. Z wiadrem pewnie masz rację, przeredaguję wieczorem.
Przez sekundę jej twarz była twarzą zmęczonego lekarza, który nie potrzebuje kolejnego problemu
Tu pewnie też masz rację, ale mimo wszystko zostawiam na razie to zdanie, bo mi się podoba. Może ryzykuję, że wskażą go też inni komentujący, to wtedy nie zostanie nic innego, jak posypać głowę popiołem.
Wzruszające zakończenie
Podobno nieważne, jak się zaczyna, ważne, jak się kończy, więc może dobre zakończenie zostawi po sobie dobre wrażenie.
Jury niech dyskutuje nad wykorzystaniem obrazu, ale według mnie trafione, a tytuł jest metaforą treści i vice versa.
Dziękuję :). Przeczytałam już trochę opowiadań konkursowych i interpretacje obrazów są najróżniejsze, więc mam nadzieję, że i ta zostanie uznana.
I nie powiedziało mi tego AI, tylko kiedyś pies wywalił w nocy cały zapas opału na rozgrzaną kozę, bo chciał wyciągnąć sobie z nudów patyk, więc jeszcze pamiętam, jak wyglądało poruszanie się po domu.
Gdyby takiego zamachu na domowników dokonał kot, to bym się nie zdziwiła. Ale pies? :P
Cześć, OldGuard
Dobre opowiadanie. Trochę przewidywalne, bo chłopaka przyczadziło, nachapał się dymu, zemdlał, przeniósł w czasie, a później staruszka okazała się być Miriam. Choć jest to zabieg bardzo prosty w spięciu fabuły, to niestety zbyt oczywisty.
Historia poprowadzona bardzo sprawnie, zdarzały się jakieś powtórzenia, ale postanowiłem nie punktować. Chciałem odebrać całość, a nie skupiać się na detalach. Piszesz sprawnie i widzę, że nie od wczoraj.
Ładnie.
Klik! Powodzenia w konkursie!
Pozdrawiam
Gdyby takiego zamachu na domowników dokonał kot, to bym się nie zdziwiła. Ale pies? :P
Cóż, zamień mu kubek na patyk i będzie wypisz wymaluj:
Hesket,
dzięki za wizytę, ocenę, komentarz i kliczka. Wszystko cieszy :) melendur88 przy którejś okazji wspomniał, że nie zawsze trzeba wymyślać koło na nowo, z czym się zgadzam, ale zgadzam się też, że lepiej jeśli tekst oferuje coś świeżego. Cieszę się, że mimo takiego motywu, uznałeś lekturę za przyjemną :)
Piszesz sprawnie i widzę, że nie od wczoraj.
W zasadzie zawodowo od 7 lat, ale zazwyczaj nudne i powtarzalne rzeczy :P
marzan,
to pewnie też się nada, jeśli podmienimy bohaterów na pierwszym planie. Widocznie były braki w smaczkach :P
Witaj OldGuard!
Dołączam do listy czytelników stroniących od tematów wojennych:) Jako, że z Twoją twórczością nie miałem jeszcze styczności, uznałem, że jest to dobry moment by tę zaległość nadrobić. I faktycznie okazał się dobry, gdyż przez opowiadanie przebrnąłem bez bólu, który zwykle powodują realia drugowojenne. Więcej! Historię Witka śledziłem z przyjemnością, czytało się płynnie, choć faktycznie niczym świeżym mnie nie urzekła.
Klik !
Rafael Sanki,
dzięki za wizytę, komentarz i klik! Tak, to chyba nasze pierwsze spotkanie (biję się w pierś, bo nie powinno, ale finalnie nie dotarłam w becie do Twojego tekstu :/, nadrobię na pewno konkursowo). Cieszę się więc, że to pierwsze spotkanie nie wypadło źle
Podążaj za białym królikiem.
Ciekawe wykorzystanie obrazu – sama nie poszłabym w tę stronę, ale wyszło nieźle.
Ja też nie przepadam za tematyką wojenną, a mimo to czytało się dobrze.
No to sobie bohater pozwiedzał przeszłość i wyszło, że historia jest nauczycielką życia. Morał równie dobry, jak inne.
Babska logika rządzi!
Świetne opowiadanie.
I nie będę się więcej mądrzył, bo wszystko mi się podobało.
No tośmy sobie, ..., polatali!
Przeczytałem. Powodzenia w konkursie. :)
Finkla,
początkowo widziałam w tym klasyczną dystopię i jakiś sci-fi, nawet w to poszłam, ale po iluś tam znakach zorientowałam się, że ten pomysł jeszcze bardziej banalny Potem pojawiło się skojarzenie z kładką nad Chłodną.
Dzięki za wizytę, komentarz i chyba brakującego klika, bo tekst wpadł do Biblio po Twoich odwiedzinach :)
Berig,
dziękuję bardzo, cieszę się!
Koala75,
dzięki Misiu!
Dzięki za wizytę, komentarz i chyba brakującego klika
Chyba tak. :-)
Babska logika rządzi!
Czołem!
Przeczytałem sobie Twoje dwa teksty na raz, komentarze piszę po lekturze obu.
Hm… hm…
Jest to niezły tekst i właściwie wszystko w nim jest poprawne, ale mimo to jakoś do mnie nie przemówił. A może raczej nie przemówił aż tak bardzo, bo ogólne wrażenie mam dobre.
Może dlatego, że sporo wydaje mi się nie dość emocjonalne, trochę retrospektywne. Tak jakby sama emocjonalność miała wynikać z tego, że to getto, a starsza pani była kiedyś młodą dziewczyną z miłością do matki. I to jest bardzo ładny motyw, czego najlepszym dowodem jest to, że się wzruszyłem na końcu. Ale niektóre elementy wydały mi się nie tak barwne (nawet w brzydkich barwach) jak mogłyby.
Natomiast co mi się spodobało, to główny bohater. Łatwo się z nim utożsamić, bo chyba każdy czasami o sobie tak myśli. I nagle taki adorator szarej codzienności, w której tkwi na dobre i nie potrafi się wydostać, zostaje wrzucony w wir sentymentalno-dramatycznej przygody.
To jest najlepsze. Jeśli dobrze rozumiem, on nie został bohaterem, nie uratował starszej pani, w sumie z perspektywy współczesnych wbiegł do domu i zemdlał od dymu. Ale uratowanie obrazka musiało dla tego jego szarego życia być czymś mocnym. Czymś co wreszcie ma znaczenie.
Dzięki za ciekawą lekturę!
Pozdrawiam
I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...
beeeecki,
łącznie gdzieś ponad 50k zzs, więc doceniam jeden i drugi komentarz :D
Ale niektóre elementy wydały mi się nie tak barwne (nawet w brzydkich barwach) jak mogłyby.
Masz coś konkretnego na myśli? Chętnie dowiem się, co byś podkręcił. Pewnie można by temat łapanki ograć brutalniej, itd?
Natomiast co mi się spodobało, to główny bohater. Łatwo się z nim utożsamić, bo chyba każdy czasami o sobie tak myśli. I nagle taki adorator szarej codzienności, w której tkwi na dobre i nie potrafi się wydostać, zostaje wrzucony w wir sentymentalno-dramatycznej przygody.
Tak, miałam tendencje do narzekania (i znam ludzi, którzy uczynili z tego swoiste hobby). Mi w miarę przeszło dopóki nie skonfrontowałam swoim “bolączek” z prawdziwymi tragediami. I jasne, to nigdy nie jest porównanie 1:1, bo mnóstwo drobnych rzeczy też może być przytłaczających, ale rachunek wydaje się dość prosty.
To jest najlepsze. Jeśli dobrze rozumiem, on nie został bohaterem, nie uratował starszej pani, w sumie z perspektywy współczesnych wbiegł do domu i zemdlał od dymu
W sumie tak. Intencje miał dobre, wyszło jak zwykle ;)
Dzięki za ciekawą lekturę!
Dzięki za wizytę!
łącznie gdzieś ponad 50k zzs, więc doceniam jeden i drugi komentarz :D
Zupełnie nie zmęczyło, zwłaszcza, że oba teksty tak różne.
Masz coś konkretnego na myśli? Chętnie dowiem się, co byś podkręcił. Pewnie można by temat łapanki ograć brutalniej, itd?
Tak, na przykład to. Właśnie może więcej takich “triggerów” napięcia, podbudowania klimatu danej sceny. Bo na przykład Miriam zachowuje się bardzo pewnie, przez co mam wrażenie, że wszystko jest tam pod kontrolą i nic złego stać się nie może. Podobnie jak w szpitalu, wszystko bardzo gładko przebiega. Z drugiej strony pokazuje to zaradność człowieka – nawet beznadziejne warunki sobie oswaja, “ucodziennia”. Więc to też nie tak, że to takie złe.
I jasne, to nigdy nie jest porównanie 1:1, bo mnóstwo drobnych rzeczy też może być przytłaczających, ale rachunek wydaje się dość prosty.
Właśnie mi się podoba taki bohater. Że te drobne rzeczy okazują się dla niego wielkimi, bo w końcu coś znaczą.
W sumie tak. Intencje miał dobre, wyszło jak zwykle ;)
Ostatecznie odczytuję, że warto było :)
I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...
ale przywaliłeś z armaty we wróbla! Witek miał zły dzień a Miriam przeżyła holokaust!
mam taki problem ze zdjęciem:
– jeśli Miriam wyszła z mieszkania przed wejściem Witka lub w trakcie jego wizji to zabiera zdjęcie ze sobą, wtedy Witek nie mógłby go znaleźć na etażerce.
– jeśli Miriam zostawia zdjęcie w płonącym domu. Witek je zabiera i oddaje jej przy ambulansie, ale to czyni z Miriam osobę niekonsekwentną – nie uciekała z ognia „Nie mogłam jej zostawić.”, a ostatecznie uciekła bez niego?
pod palcami jednej z dłoni wyczuł jakiś materiał. Bez sprawdzania wiedział, że to opaska z gwiazdą Dawida.
Miriam. To chyba twoje.
skąd zna jej imię?
to była wizja z niedotlenienia czy faktyczna podróż przez portal?
„Witek nie był strażakiem. Nie był nawet specjalnie odważnym człowiekiem…”„Przez całe życie mylił dyskomfort z cierpieniem…”
wolałbym to zobaczyć
beeeecki,
dzięki za uwagi, w sumie się zgadzam, ale zmiany wymagałaby mocnego przearanżowania, więc zostanie jak jest :)
TheGuru,
cześć, tutaj dla odmiany się nie zgadzam ;) bo akurat te elementy są w tekście spójne – tylko nie są podane wprost.
Miriam nie wychodzi z Witkiem. Ona zostaje na balkonie, a on wchodzi do środka po zdjęcie i traci przytomność od dymu. Strażacy wyprowadzają ją wcześniej, a jego znajdują później – stąd to “minięcie się” i fakt, że zdjęcie nadal jest w mieszkaniu.
to była wizja z niedotlenienia czy faktyczna podróż przez portal?
niech czytelnik odpowie sobie sam
wolałbym to zobaczyć
co dokładnie i jak?
Pierwsza scena opowiadania zarysowuje tę kwestię, pojawiają się po drodze też wstawki to uzasadniające. Zresztą nie tylko typowe “tell”, ale też “show”. W większości jednak tego nie da się “pokazać” inaczej niż przez nazwanie, bo to nie jest wydarzenie, tylko interpretacja. Jasne, można by to rozpisać na sceny, tylko wtedy tekst byłby dwa razy dłuższy i stracił tempo. To bardziej kwestia stylu niż błędu.
a on wchodzi do środka po zdjęcie i traci przytomność od dymu
Skoro Witek wchodzi w ogień po zdjęcie dla Miriam, to znaczy, że ich relacja jest już faktem, a nie tajemnicą. Jeśli on wie, kim ona jest, znika element zaskoczenia, który budowałeś wcześniej.
On nie wchodzi po zdjęcie dlatego, że wie, kim ona jest. W tym momencie traktuje ją po prostu jako starszą kobietę, która w środku pożaru mówi, że nie może czegoś zostawić. Reaguje na to, co widzi i słyszy, a nie na jakąś wiedzę o jej tożsamości.
Rozpoznanie przychodzi dopiero później.
To, co piszesz ma rację bytu tylko przy założeniu, którego w tekście nie ma. Dopowiadasz sobie motywację, traktujesz ją jako fakt i na tej podstawie wyciągasz wnioski o konstrukcji sceny. Z tym że to już jest inna wersja historii niż ta, którą napisałam :)
Reaguje na to, co widzi i słyszy
Może nie mieszkała tam sama? Może ktoś tam spał albo zamknęła w tamtym pokoju psa? Może w puszce po kawie kryła oszczędności życia i nie chciała ich zostawiać? Mógł zgadywać w nieskończoność, ale czasu było mniej. Zasłonił więc znów twarz rękawem, podbiegł do drzwi, pchnął i…
– Po to tutaj przyszedłem – powiedział cicho.
z taką intencją wbiegał do płonącej kamienicy?
Cześć! Opowiadanie, gdzie emocje i przeżywanie wychodzą na pierwszy plan. Młody chłopak, doświadczający niepowodzeń życiowych, w odruchu nagłej odwagi biegnie uratować staruszkę z pożaru. W trakcie akcji ratunkowej przenosi się do dawnej, ogarniętej wojną Warszawy, gdzie uświadamia sobie, że jego problemy są nikłe w szerszej perspektywie ludzkiego cierpienia. W głowie pozostała mi relacja między Witkiem a Miriam, którą widzimy na dwóch poziomach: na początku i na końcu jej życia. To ciekawe i oryginalne, i chciałoby się, żeby ten wątek był pogłębiony. Na marginesie, czy staruszka pamiętała tego chłopaka z czasów wojny? Powinna być zdziwiona widząc go po latach. Równoległość widzę też w nawiązaniu do barwy obrazu, pożoga dosłowna, jako pożar domu, oraz metaforycznie, jako okres wojny i okrucieństwa tudzież zniszczenia z nią związanych.
Dobrze się czytało, ale zabrakło mi “punchline”, jakiejś mocniejszej narracyjnej klamry.
kronos.maximus,
hej, dzięki za wizytę i komentarz!
Opowiadanie, gdzie emocje i przeżywanie wychodzą na pierwszy plan
W zasadzie to u mnie norma, ten typ (ja) tak ma :)
Powinna być zdziwiona widząc go po latach
I tak, i nie. Moja babcia, gdy znalazłam jej zdjęcie z komunii, nie była w stanie powiedzieć, która dziewczynka ze zdjęcia to ona. Wiedziała, że to jej fotografia komunijna, ale nie umiała wskazać siebie – mimo że nie cierpiała wtedy na żadną demencję czy coś.
Równoległość widzę też w nawiązaniu do barwy obrazu, pożoga dosłowna, jako pożar domu, oraz metaforycznie, jako okres wojny i okrucieństwa tudzież zniszczenia z nią związanych.
Tak :) Obraz nie jest może wykorzystany tak dosłownie, jak w niektórych innych opowiadaniach konkursowych, ale mam nadzieję, że broni się w takich elementach właśnie.
I ja nie przepadam za współczesnymi opowieściami traktującymi o czasie wojny, bo choćby były oparte na dobrze udokumentowanych prawdziwych wydarzeniach, dla mnie zawsze będą tylko wyobrażeniem twórcy o czymś, z czym, na szczęście, nie miał szansy się zetknąć.
Mimo wszystko czytało się nieźle, choć wykonanie pozostawia nieco do życzenia.
Zastygł na środku, oglądnął się za siebie… → A może: Zastygł na środku, zerknął za siebie…
…obejmował swoimi zwiewnymi ramionami meble… → Czy zaimek jest konieczny?
„To niemożliwe. Może umarłem w tym pożarze i trafiłem do piekła? To niemożliwe.” → Tekstu napisanego kursywą nie ujmujemy w cudzysłów – ten błąd pojawia się kilkakrotnie także w dalszej części opowiadania.
Albo kursywa: To niemożliwe. Może umarłem w tym pożarze i trafiłem do piekła? To niemożliwe. Albo cudzysłów: „To niemożliwe. Może umarłem w tym pożarze i trafiłem do piekła? To niemożliwe”.
Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.
Kroki rozbrzmiały na korytarzu. Ciężkie, masywne, obleczone w buty marszowe. → Obawiam się, że kroki nie mogą być w nic obleczone.
…bo w swoich czarnych dżinsach i sportowej kurtce… → Zbędny zaimek.
– W tych ubraniach i bez opaski wyglądasz podejrzanie.→ – W tym ubraniu i bez opaski wyglądasz podejrzanie.
Pokazała na Witka gestem… → A może: Wskazała Witka gestem…
…nad sobą zobaczył dwie głowy obleczone w hełmy. → Można oblec poduszkę powłoczką, ale nie wydaje mi się, aby hełm mógł oblekać głowę.
Proponuję: …nad sobą zobaczył dwie głowy osłonięte hełmami.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć
Hejka!
Szczerze mówiąc, to opowiadanie zrobiło na mnie większe wrażenie, niż się spodziewałam. Na początku myślałam, że to będzie kolejna historia o życiu, które jest ciężkie, ale okazało się, że chodzi o coś głębszego.
Fajnie pokazałaś przemianę głównego bohatera, jak jego problemy nagle tracą znaczenie w zderzeniu z prawdziwym cierpieniem. Duży plus też za postać Miriam, jestautentyczna i nieprzerysowana. Klimat całej historii jest obrazowy i wciągający.
Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to momentami opisy były trochę za długie i miałam wrażenie, że niektóre emocje są zbyt dosłownie wyjaśnione, zamiast po prostu pokazane. Końcówka jest bardzo mocna, ale trochę aż za bardzo domknięta.
Naprawdę dobre opowiadanie.
Pozdrawiam!
Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.
Reg,
ilekroć widzę Twój nick pod swoim opowiadaniem, zastanawiam się, ilu błędów nie zauważyłam tym razem. W ogóle jest to dość dziwne, bo przy własnych tekstach dopada mnie jakaś ślepota, chociażby przy zbędnych zaimkach. O ile z łatwością widzę je w cudzych tekstach, to u siebie zawsze mi jakiś umknie…
Dziękuję za uwagi, poprawione :)
bo choćby były oparte na dobrze udokumentowanych prawdziwych wydarzeniach, dla mnie zawsze będą tylko wyobrażeniem twórcy o czymś, z czym, na szczęście, nie miał szansy się zetknąć.
Czy nie jest tak z każdym tekstem, który piszemy? Oczywiście, w przypadku IIWŚ waga jest większa, ale za cokolwiek się weźmiemy, to tylko nasze wyobrażenie (no. może poza autobiografami, a i z tym bywa różnie)
HH91, Marszawa,
dziękuję jurorkom za wizytę i okolicznościowego gifa/obrazek :D
betweenthelines,
cześć! bardzo miło mi to czytać, dziękuję za takie słowa. Cieszę się, że tekst zrobił dobre wrażenie
Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to momentami opisy były trochę za długie i miałam wrażenie, że niektóre emocje są zbyt dosłownie wyjaśnione, zamiast po prostu pokazane. Końcówka jest bardzo mocna, ale trochę aż za bardzo domknięta.
Tak, popadam ze skrajności w skrajność – albo za mało wyjaśnień, albo za dużo i wykładam kawę na ławę, alb (chociaż to też zależy od czytelnika). Szukam złotego środka nieustannie :)
Przeczytałem to opowiadanie już jakiś czas temu i nawet zgłosiłem wtedy do biblioteki (bo jeszcze wtedy tego wymagało) – obiecując sobie, że wrócę i napiszę biblioteczny komentarz.
Dlaczego właściwie tu trafiłem?
Z bardzo egoistycznych pobudek.
Też miałem zamiar wziąć udział w konkursie – wybrałem obraz, zacząłem pisać, napisałem z połowę, a potem czas mi się skroplił, miałem inne rzeczy na głowie, więc oddałem obrazek Caernowi.
Miał pisać go też silver – więc wiedziałem, że ta para: Caern i silver na pewno dostarczą teksty wybitne.
Ale potem i silver się wycofał.
Zauważyłem, że „Tam, gdzie zaczyna się piekło” wzięłaś po nim Ty, tak jak Caern po mnie.
A zaglądając tu potem, odkryłem w samej przedmowie, że musi tam być coś związane z Niemcami – co mnie jeszcze bardziej zaciekawiło, bo w mojej opowieści o tym samym obrazie też są Niemcy, a ściślej naziści, z tym że w USA. Całość jest dość krwawa, więc zastanawiałem się, czy czasem u Ciebie też nie będzie odrobiny takiej makabry, wszak ten czerwony kolor poniekąd o nią woła.
W przypadku teksu Caerna – betowałem go, więc z konieczności przeczytałem go kilkukrotnie – Twój mnie zaciekawił na tyle, by przeczytać go dwa razy. Ba, zaciekawił mnie aż tak, że sięgnąłem i po inne Twoje teksty, do których teraz hurtem wrzuciłem komentarze.
I to zaciekawił nie tylko dlatego, że „Tam, gdzie zaczyna się piekło” to bardzo dobry obraz i zadziwiające, jak różnych on może dostarczać inspiracji.
Także, a raczej przede wszystkim dlatego, że to bardzo dobre opowiadanie.
Bardzo dobre, ale posiadające też sporo mankamentów – co mnie niemożliwie irytuje…
Ale po kolei.
Od początku, od tej mojej nieszczęsnej ciekawości (pierwszy stopień do piekła?) – byłem ciekaw jak „mój” obraz zostanie on wykorzystany.
Nie miałem czasu by przeczytać komentarze, więc jest możliwość, że część z moich spostrzeżeń powtórzy coś, co już zostało napisane – z pewnością jednak jestem w kontrze do tego, co mi się w wielu z nich rzuciło (mimo woli przeczytałem jakieś fragmenty przewijając) – że jak to tak, pisać o wojnie, o Holokauście, o Żydach, o okupacji itp. Że nikt takich tekstów nie chce, że w ogóle to są one bez sensu, bo przecież wojny nie przeżyłaś, wojna była (na szczęście) dawno, ogólnie „ale po co o tym mówić, to niedobra jest” ;-)
I tu już wiem, że się z moimi przedmówcami po prostu nie zgodzę, bo mam zupełnie inny ogląd na to co trzeba, a czego nie trzeba, co wypada, a czego nie wypada – i co się w tekstach fantastycznych powinno znaleźć, a co nie.
Literatura – szczególnie literatura fantastyczna – powinna zawsze pisać prawdę.
Z pięćdziesiąt lat temu można było głosić pogląd, że pisarz, to taki sprytny kłamca – bo żyli jeszcze ci co widzieli i pamiętali koszmar wojny światowej i nikt nie musiał tego koszmaru sobie wyobrażać, by ludziom go pokazywać – wystarczyło napisać to co się pamiętało, jak się pamiętało i jak się przeżyło… a i tak, wciąż natykam się na wspomnienia, w których powtarza się jak refren, że jakże pisać o czymś, co nieopisywalne, jakże znaleźć słowa, których nie ma i być nie może, bo w żadnym języku ludzkim nie istnieją?
Stąd pisarze kłamali – z premedytacją – opisując przez kłamstwa to co poza wyobrażeniem, a czego się prawdziwie opisać nie dało, bo każda ćwierćprawda czy półprawda – jest przecież całym kłamstwem – a całości tego wszystkiego objąć się nie da – jeszcze gdy duszę drąży i lęk i ból, a najbardziej – poczucie winy, poczucie winy nie za jakąś konkretną rzecz, ale za to, że się ocalało.
Pozwolę sobie tu podać w całości wiersz Tadeusza Różewicza pt. "Ocalony":
Mam dwadzieścia cztery lata
Ocalałem
Prowadzony na rzeź.
To są nazwy puste i jednoznaczne:
Człowiek i zwierzę
Miłość i nienawiść
Wróg i przyjaciel
Ciemność i światło.
Człowieka tak się zabija jak zwierzę
Widziałem:
Furgony porąbanych ludzi
Którzy nie zostaną zbawieni.
Pojęcia są tylko wyrazami:
Cnota i występek
Prawda i kłamstwo
Piękno i brzydota
Męstwo i tchórzostwo.
Jednako waży cnota i występek
Widziałem:
Człowieka który był jeden
Występny i cnotliwy.
Szukam nauczyciela i mistrza
Niech przywróci mi wzrok słuch i mowę
Niech jeszcze raz nazwie rzeczy i pojęcia
Niech oddzieli światło od ciemności.
Mam dwadzieścia cztery lata
Ocalałem
Prowadzony na rzeź.
Teraz już jednak ci, którzy musieli kłamać by pokazać okruchy prawdy – nie żyją, bo nie ma już nikogo, kto by wojnę pamiętał – na tyle świadomie, by mógł ją opisać.
A wszystko wokół nam przypomina, że czas na pisanie beztroskich tekstów o elfach i wróżkach się skończył, pora zacząć pisać o rzeczach poważnych.
Teraz jest ostatni, a może ostateczny czas, by pisać o drugiej wojnie światowej – na progu trzeciej – która wszystkie te rzeczy przekreśli. Bo jakże potem, jeśli ktoś fizycznie istnieć będzie – pisać, nie odrobiwszy wcześniej piórem długu, względem poprzedniej Zagłady?
Więc niech sobie wszyscy tu marudzą do woli, że wojny nie lubią – wojna już trwa – trwa na Ukrainie, w Iranie i w wielu innych punktach globu – nadal to wojny lokalne, regionalne, ale rozprzestrzeniają się coraz bardziej i moment, w którym Ziemia jako całość może zapłonąć, może być bardzo bliski.
Do tego mamy katastrofę ekologiczną, kryzys ekonomiczny i początki rewolucji sztucznej inteligencji – która nie wiedzieć, gdzie nas zaprowadzi.
Fantastyka nigdy nie była tylko czczą rozrywką, choć przez ostatnich kilkadziesiąt lat próbowano nam wmówić, że właśnie taka powinna być, że YOLO – radujmy się, uciekajmy w światy fantastyczne. Jednak prawdziwa, wartościowa fantastyka nie dała się temu urobić – owszem, mogła być rozrywką, mogła wywołać rumieńce i wstrzyknąć adrenalinę – ale mówiła o rzeczach poważnych.
I Twoje opowiadanie mówi o rzeczach poważnych.
I za to brawo. Brawo za odwagę podjęcia tematu… trudnego, niewygodnego, z którym do końca sobie nie radzisz. Ale inni poradzić sobie nawet nie próbują.
Tekst posiada kilka dziur logicznych, pseudodziurek, które są po prostu słabo obszyte i słabych momentów.
Słabo obszytą dziurką jest decyzja głównego bohatera o wkroczeniu do akcji.
I nie, tu nie chodzi o to, że taki tchórz i nieudacznik się tak nie mógł zachować.
W gruncie rzeczy bohaterstwo jest możliwe tylko wtedy, gdy się boimy, a siła charakteru objawia się w pokonywaniu słabości – nikt się nie rodzi herosem, co dzieckiem w kolebce łeb urwie Hydrze i za młodu zdusi Centaury, nawet jeśli czasem młodość nadaje nam złudzenie nieśmiertelności.
I dobrze, że Twój główny bohater takim herosem nie jest, że zaczyna on od zakompleksionego, nieradzącego sobie z niczym – zera. Bo to jest całkiem normalne i każdy z nas – takim właśnie nieudacznikiem – bywa.
I taki nieudacznik potrafi podjąć nagle działanie, pozornie – zupełnie niezgodne z jego charakterem – ale czytelnikowi trzeba to mocno umotywować.
Spójrzmy na ten fragment:
„Witek nie był strażakiem. Nie był nawet specjalnie odważnym człowiekiem, ale widział, że pożar błyskawicznie przeskakuje z framugi na framugę, a dym ucieka szczelinami i pewnie już wypełniał inne mieszkania. Wsłuchał się w odgłosy miasta, ale nie słyszał jeszcze wozów strażackich. Spojrzał znów na parapet czwartego piętra i podjął decyzję, zanim zdążył ją dobrze przemyśleć.
Może gdyby to był normalny dzień, zostałby tam, gdzie stał. Człowiek, który ma pracę, plany i kogoś w domu, waha się i kalkuluje, myśląc o tym, co może stracić. On nie kalkulował.
Przecisnął się przez tłum gapiów, którzy stali z telefonami wyciągniętymi przed siebie, dokumentując cudze nieszczęście, i wbiegł do budynku.”
Tak jak napisałem wcześniej – Witek mógł się tak zachować.
Jednak ten fragment sprawia, że nie bardzo w to się da uwierzyć.
Dlaczego?
Źle to budujesz – i to na wielu poziomach.
„Witek nie był strażakiem.” – to zdanie jest niepotrzebne, ale mogłoby w sumie zostać, choć niewiele wnosi. Witka już wcześniej odmalowałaś tak, że nikt by raczej nawet przez chwilę nie pomyślał, że może być strażakiem.
Ale ok, to zdanie nie jest złe (tylko niepotrzebne)
„Nie był nawet specjalnie odważnym człowiekiem, ale widział, że pożar błyskawicznie przeskakuje z framugi na framugę, a dym ucieka szczelinami i pewnie już wypełniał inne mieszkania.”
O tym zdaniu niestety już niczego dobrego powiedzieć się nie da.
Czemu?
Bo tu mieszasz zupełnie ze sobą nieprzystające do siebie rzeczy. Niewinne słówko „ale” ma moc zaprzeczania poprzedniej części wypowiedzi, przez część kolejną. Musimy więc w tej kolejnej części umotywować, że część poprzedzająca jest nieprawdziwa.
To, że widział pożar, w niczym nie zmienia że „nie był nawet specjalnie odważnym człowiekiem”.
To pierwszy grzech tego zdania. Cokolwiek Witek by mógł zobaczyć – w niczym by nie zmieniło jego żadnej stałej cechy – mogłoby być przyczynkiem do takiej przyszłej zmiany, ale nie zmieniłoby go to nagle z tchórza w bohatera. Ale czy mógłby pod wpływem tego co zobaczy, zachować się jak bohater? Tak. Ale zauważ, że to są dwie zupełnie różne sprawy – w pierwszym przypadku mówimy o jego stałej cesze, o czymś, co dotyczy jego charakteru, jest stałym atrybutem, a w drugim – o jedynie chwilowej zmianie zachowania.
Nie przesądzajmy, czy Witek stanie się – czy nie – bohaterem. Tu może się zachować bohatersko, pomimo tego, że nadal jest tchórzem, może zrobić coś co do niego niepodobne – jeśli takie rzeczy by powtarzał – w dłuższym tekście mogłabyś z tego uczynić podstawę dogłębnej przemiany.
Więc pierwszym grzechem tego zdania, jest że mieszasz tu, to co Witek widzi, z tym kim jest. To do siebie nie przystaje.
Ale to grzech niejedyny. Bo w trzeciej części masz przypuszczenia. Więc Witek najpierw jest – nieodważny, następnie (przez to nieszczęsne „ale”) – widzi pożar, a na koniec snuje przypuszczenia o dymie „pewnie już wypełniał inne mieszkania”.
Nie zrozum mnie źle – to nie chodzi o to, że zdanie jest długie i złożone, tylko o to, że miesza porządki.
Nadawałoby się na grafomanię – ale nie do tak dobrego i poważnego tekstu.
Poza tym, jak zejdziemy niżej, na dobór wyrazów – to też ono zgrzyta.
Zacznijmy – znów – od jego początku.
„Nie był nawet specjalnie odważnym człowiekiem”
Wrzucasz to zaraz po informacji, że nie był strażakiem (zbędnej, ale niechże zostanie) – i z tych sześciu wyrazów, dwa osłabiają znaczenie pozostałych.
„Nawet” – ma nawiązywać do strażaka prawda? Nie był strażakiem (wiadomo, strażacy są bardzo odważni), a witek nie był NAWET tak odważny jak ktoś, kto co prawda strażakiem nie jest, ale jednak tą cechę odwagi ma rozwiniętą w stopniu wybitnym – czy też jak Ty to określiłaś „specjalnym”.
Ale zarówno „nawet” jak i to „specjalnie” – osłabia to zdanie.
Bo może Witek nie był (nawet) specjalnie odważnym człowiekiem, ale był takim trochę odważnym, takim niespecjalnie tchórzliwym? ;-)
Lepiej (i mocniej) będzie brzmieć to po prostu: „Nie był odważnym człowiekiem”.
I bez żadnego „ale”. Nie był i już.
Podajesz ten fakt (owszem, ktoś mógłby się czepiać w stylu „pokazuj nie opisuj” – ale ta zasada nie musi być stosowana niewolniczo – możesz coś czytelnikowi podać wprost – i teraz podajesz „Nie był odważnym człowiekiem” może lepiej brzmiałoby jeszcze krócej: „Nie był odważny”) – i tyle.
Nie ma „ale” bo to co Witek widzi, nie zaprzecza temu, jaki jest.
Nie musimy zresztą pisać, że Witek ten pożar widział, bo już wcześniej to padło.
Sugerowałbym poza powyższymi skrótami, zmianę kolejności:
Pożar błyskawicznie przeskakiwał z framugi na framugę, a dym uciekał szczelinami. Pewnie już wypełniał inne mieszkania.
Witek nie był strażakiem. Nie był odważny.
Wsłuchał się w odgłosy miasta, ale nie słyszał jeszcze wozów strażackich.
Tu wykreśliłbym to „jeszcze” – tak naprawdę nie daje to czytelnikowi żadnej nowej informacji.
„Spojrzał znów na parapet czwartego piętra i podjął decyzję, zanim zdążył ją dobrze przemyśleć.”
A to zdanie – odwrotnie – rozbudowałbym. Niech on popatrzy nie tylko na parapet czwartego piętra, ale też na otaczających go ludzi, niekwapiących się by pomóc. Niech mu w głowie coś błyskawicznie przeleci – to może być moment, ale moment bardzo ważny, bo właśnie tu zapada ta decyzja, której nie zdążył dobrze przemyśleć – tu się zmienia jego zachowanie – więc daj do tego więcej przesłanek, więcej powodów.
Jeśli zrobisz to dobrze, to to post factum (już po decyzji) – bardzo dobrze zabrzmi:
„Może gdyby to był normalny dzień, zostałby tam, gdzie stał. Człowiek, który ma pracę, plany i kogoś w domu, waha się i kalkuluje, myśląc o tym, co może stracić. On nie kalkulował.”
I nic nie będzie trzeba tu zmieniać (choć kusi, by dodać jeszcze choć jedno małe przypomnienie, kawałek zdania o tym, jak mu się życie – w jego własnym przekonaniu – posypało).
„Przecisnął się przez tłum gapiów, którzy stali z telefonami wyciągniętymi przed siebie, dokumentując cudze nieszczęście, i wbiegł do budynku.”
To jest prawie dobre, ale jest zamieszanie z podmiotem.
Bo najpierw podmiotem jest Witek – to on się przecisnął przez tłum gapiów, potem ci gapie stali z telefonami wyciągniętymi przed siebie – a potem nadal jest o gapiach, ale to strasznie wybija z rytmu czytania „dokumentując cudze nieszczęście” – a potem znów Witek – wbiegł do budynku.
To ma być szybka scena i nie ma zostawiać czytelnika w konfuzji, kto, co, gdzie i dlaczego.
Może lepiej to rozdzielić? Na przykład tak: „Gapie nagrywali cudze nieszczęście. Witek przecisnął się przez tłum i wbiegł do budynku”.
Ewentualnie – wcześniej, możesz napisać o tej nieruchomości i obojętności gapiów, jako o przyczynku do Witka decyzji.
Ale tak jak pisałem – to jest tylko mała dziureczka, dość łatwa do obszycia.
Dziurą dużo większą jest za to bezproblemowe wejście do mieszkania starszej pani (później się dowiadujemy, że Miriam).
Czy sądzisz, że starsi ludzie nigdy nie zamykają drzwi do swoich mieszkań?
Witek po prostu nacisnął klamkę i wszedł do mieszkania – serio?
Osoby starsze mają raczej tendencję na zamykania mieszkania na wszystkie spusty, łańcuch i jeszcze przystawiania krzesłem na wszelki wypadek.
Tym bardziej wydaje mi się to dziwne w przypadku osoby, która przeżyła Zagładę.
Dziur i dziurek jest sporo: ludzie z przeszłości zbyt słabo reagują na odmienność wyglądu Witka, gdzie jak gdzie, ale w getcie powinni być wyczuleni i podejrzliwi, także uniknięcie łapanki – zbyt łatwe, zbyt proste, to, że Witek pamięta z lekcji historii dokładnie to, co jest autorce potrzebne – to też mocno naciągane, jak i wcześnie to, jak gładko Witek „łyka” nową rzeczywistość, nie ma szoku, nie ma zaprzeczenia, taka memła jak on, nagle staje się maszyną działającą w nowych realiach w sposób racjonalny – ale wszystko to można potem usprawiedliwić (od biedy) – że to przecież była jedynie wizja pod wpływem zatrucia.
To źle, a nawet fatalnie brzmi:
"Miriam się zawahała, ale szybko schowała pieniądze. Skinęła tylko głową. Nauczyła się już nie protestować, bo w jej świecie dobroć rzadko miała postać wielkich gestów – częściej za to takich drobnych okruchów człowieczeństwa."
Ten fragment jest słaby z dwóch powodów – po pierwsze, do tej pory prowadziłaś całe opowiadanie z perspektywy chłopaka – narrator był owszem trzecioosobowy, ale nie wszechwiedzący, a tu wskakujesz bez żadnego uprzedzenia do głowy dziewczyny.
Nie to, że takich rzeczy się nie robi, ale trzeba je odpowiednio wprowadzić.
Po drugie – cały ten fragment niestety brzmi po prostu tandetnie.
Za to tutaj, zrobiłaś dobrą robotę:
"Przez całe życie mylił dyskomfort z cierpieniem. Zwolnienie z pracy, kosz od dziewczyny, rodzina, która go nie rozumiała – całe to starannie skatalogowane nieszczęście, które nosił ze sobą jak wór kamieni było tylko niepokojem człowieka, któremu dużo dano i mało zabrano. Tu, na wysokości kilku metrów, ten wór po prostu zniknął."
Ten kawałek jest bardzo mocny.
Najpierw uderza kontrast: całe życie traktować zwykły dyskomfort (odrzucenie, brak zrozumienia, zawodowe niepowodzenia, typowe ludzkie „niezadowolenie z siebie i świata”) jak prawdziwe cierpienie – to bardzo powszechna pułapka ludzi, którym obiektywnie „dużo dano i mało zabrano”. Noszą ten „wór kamieni”, sami sobie go dokładają, pielęgnują, katalogują, nadają mu rangę tragedii greckiej. A potem przychodzi moment graniczny i nagle cały ten ciężar znika. Dlaczego? Bo w obliczu rzeczywistego zagrożenia życia / końca / nieodwracalności okazuje się, że to, co wcześniej bolało, było głównie historią, opowieścią, którą sobie opowiadaliśmy o sobie, a nie rzeczywistym unicestwieniem.
To bardzo bliski wielu ludziom mechanizm: dopóki jest „bezpiecznie źle” – potrafimy z tego robić dramat i tożsamość. Potrafimy określać się przez te nieszczęścia, które nas spotkały.
I nie, to nie jest tak, że te wszystkie rzeczy są bez znaczenia – nie upraszczajmy tego w ten sposób – dla małego dziecka odebranie mu lizaka jest tragedią, bo w skali przeżyć, jakich dotąd doświadczyło, to coś strasznego. A przecież są dzieci, którym robiono dużo większą krzywdę. Czy to, że gdzieś takie istnieją, sprawi, że zabranie lizaka będzie mniej bolało?
Nie. Dopóki dziecko samo nie przeżyje czegoś gorszego.
Gdy robi się naprawdę śmiertelnie poważnie, nagle widzimy, jak bardzo te wcześniejsze „tragedie” były luksusem, były możliwe tylko dlatego, że wciąż żyliśmy, oddychaliśmy, mogliśmy jeszcze coś zmienić.
Możemy robić dramę z tego, że na urodziny dostaliśmy buty, nie w takim kolorze, w jakim chcieliśmy – do momentu, aż nam utną nogi. Wtedy kolor butów nie ma już żadnego znaczenia.
Ostatnie zdanie jest tu mistrzowskie: „ten wór po prostu zniknął”. Nie został przezwyciężony siłą woli – po prostu przestał istnieć w obliczu czegoś o kilka rzędów wielkości większego.
To jednocześnie bardzo smutne i bardzo oczyszczające zdanie. Smutne, bo pokazuje, że czasem człowiek musi dojść aż na skraj, żeby przestać się katować drobiazgami. Oczyszczające, bo przypomina, że większość naszego „cierpienia” jest interpretacją, a nie faktem nie do zniesienia.
Bardzo ładnie napisane.
W sumie nie wiem (a trochę wiem – za chwilę wyjaśnię) dlaczego tu przychodzi mi na myśl Hłasko, ogólnie jego styl, jego niby-nic-się-nie-stało, jego normalny dzień, normalna chwila – czytałaś może „Pierwszy krok w chmurach”? Tam przemiana jest tak nagła i bezsensowna, destrukcja – tak idiotyczna. Człowiek żyje sobie, kocha, pierwsza miłość, pierwsze romantyczne doświadczenia – a tu nagle cios w mordę (dosłownie). Albo Donny Tartt z jej inicjacyjnymi powieściami – gdzie jeden, niewielki element potrafi zmienić wszystko.
Tu – robisz to naprawdę dobrze.
Jedno do czego można się doczepić, to to, czy rzeczywiście te jego problemy były tylko dyskomfortem? Owszem, w tej skali, nowej skali, którą uzyskał – tak – ale czy gdy wróci do „swego świata” (nie w sensie powrotu z majaków wywołanych zaczadzeniem, bo stamtąd już wrócił – ale do tej swojej bylejakości i nieudacznictwa) – będzie w stanie coś wynieść, coś zmienić rzeczywiście?
Przecież nie uratował Miriam – ale uratował tę starą fotografię. To bardziej ważne dla niej, czy dla niego?
Czy ten jeden odważny czyn może być zarzewiem jakiegoś pożaru, który przepali, przetopi jego duszę? Czy też – wróci znów do tego, co zna, do użalania się nad sobą, do zwykłości, do bylejakości?
Ludzie, którzy przeszli przez piekło – bez względu na tego piekła naturę – nie potrafią już wrócić do normalnego życia, ale czy człowiek, który tylko wyszedł na most prowadzący do piekieł, który tylko spojrzał na czerwone i czarne otchłanie – odmieni cokolwiek w swoim życiu, czy też – zapomni szybko o tym obrazie i wróci do rutyny, gdzie dyskomfort urasta do miana tragedii?
Bo przecież te dyskomforty się będą powtarzać – a nie wygląda na to, żeby Witek nagle wyhodował sobie kręgosłup. Ale – jak wspomniałem wcześniej – jeśli dla niego to było doświadczenie graniczne – to może wystarczyć, to może dać całkiem nową interpretację dla wszystkiego, co mu się odtąd wydarzy.
Rzadko jest tak, by definiowały nas pojedyncze wydarzenia – ale czasem pojedyczne wydarzenie może zmienić bieg strumienia – i później, w wyniku powtarzania wciąż i wciąż kolejnych wyborów – okazać się może, że oto ten kamyczek wywołał lawinę.
A jedną z ról literatury – jest wyszukiwanie takich kamyczków.
I Ty to robisz. Chwała Ci za to.
Dużo pomarudziłem – poznęcałem się nad pojedynczymi zdaniami.
Mógłbym jeszcze marudzić sporo (choćby na kota – który pojawia się dwa razy jak w Matrixie – i mimo woli człowiek się zastanawia, czy to świadomie wrzucony symbol, foreshadowing, element spinający, a może po prostu budujący nastrój? Tak czy siak, w obu tych sytuacjach kot wydaje się tam wrzucony w dość sztuczny sposób – ale może mi się tak tylko wydaje)…
…ale nie będę, bo mi się opowiadanie po prostu podobało.
Owszem, są potknięcia – ale język jest płynny, opowieść nas niesie, wciąga. Tak, niektóre rzeczy są podane zbyt wprost, zbyt łopatologicznie, inne, które by potrzebowały trochę wprowadzenia / obróbki – są rzucone bezładnie – ale jednak, całość konstrukcji jest dość przemyślana, fabuła, mimo że prosta i przewidywalna – to jednak ma sens i jest konsekwentna, psychologia postaci – mimo tych poprzednich zastrzeżeń – jest dobra i spójna, świat przedstawiony – zasługuje na wiarę.
Czytając to odnoszę wrażenie, że obcuję z naprawdę dobrą literaturą.
I to był powód, dla którego od razu, bez większego zastanowienia – zgłosiłem do biblioteki.
A po zastanowieniu i ponownym przeczytaniu (dobrze widzę, żę trochę poprawiłaś od tego czasu gdy to czytałem po raz pierwszy, gdy jeszcze nie było zabibliotekowane?) – stwierdzam, że tekst zasługuje nie tylko na bibliotekę, ale i na coś więcej:
– ośmiela się podjąć trudną i ważną tematykę
– dobrze pokazuje kontrast między światem „przed” i „po” sytuacji granicznej
– stawia niebanalne pytania.
Dlatego uważam, że utwór wart jest piórka.
Do wszystkiego powyżej dodaj: moim zdaniem, nie wypowiadam cudzych zdań, chyba, że wyraźnie kogoś cytuję. // ksiegamiliona.pl // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, indioto Ty, nadal chyba nie rozumiesz
W ogóle jest to dość dziwne, bo przy własnych tekstach dopada mnie jakaś ślepota, chociażby przy zbędnych zaimkach. O ile z łatwością widzę je w cudzych tekstach, to u siebie zawsze mi jakiś umknie…
OldGuard, nie ma w tym nic dziwnego, to całkiem normalne zjawisko, nad którym zastanawiają się chyba wszyscy twórcy.
Miło mi, że mogłam się przydać. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
To chyba tego samego typu zjawisko, że widzimy, jakimi nieznośnymi bachorami są cudze dzieci, a nasze są przecież takie słodkie ;-)
Do wszystkiego powyżej dodaj: moim zdaniem, nie wypowiadam cudzych zdań, chyba, że wyraźnie kogoś cytuję. // ksiegamiliona.pl // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, indioto Ty, nadal chyba nie rozumiesz
Hej.
Przeczytałem Twoje opowiadanie wczoraj, ale z komentarzem wracam dzisiaj.
Przede wszystkim szacun za próbę zmierzenia się z jednym z najtrudniejszych tematów, jakie istnieją. Holokaust to naprawdę wstrętny temat. Pisząc o nim trzeba bardzo uważać, żeby nie wywalić się na śliskim gruncie; żeby nie popaść w przesadę, a jednocześnie nie potraktować go zbyt lekko. Tobie się udało, nie przegięłaś w żadną stronę.
Postać Witka jest dla mnie wiarygodna. Jego zmiana postawy z przegrywa na kogoś, kto chce coś zrobić, pomóc, może i jest nagła, ale jestem w stanie w nią uwierzyć. Czasem człowiek musi złamać siebie, postawić się w ekstremalnej sytuacji i spróbować dać radę, choćby tylko po to, by się sprawdzić, dowiedzieć się czegoś o sobie. Dlatego też nie mam uwag a propos Witka w teraźniejszości i nie mam uwag, co do jego zachowania po przeniesieniu w przeszłość – znalezienie kogoś przyjaznego jest czymś naturalnym, kiedy trafiasz w nieznane środowisko, bo pozwala przezwyciężyć szok, oswoić się z nową sytuacją i zaakceptować realia. Nieco mniej wiarygodnie wypada Miriam, która pomaga Witkowi. W moim odczuciu ludzie żyjący w atmosferze permanentnego strachu są bardziej nieufni wobec obcych, nawet jeśli ci obcy ewidentnie nie stanowią zagrożenia. Ale to też jestem gotów przełknąć. Największy dysonans odczułem odnośnie tego, że nikt się nie dziwi ubiorowi Witka. Dżinsy, kurtka na suwak, trampki – to ubiór, który od razu zwróciłby uwagę – nie tylko zniewolonych, ale przede wszystkim żołnierzy okupanta. Witek w współczesnym outficie zwróciłby na siebie uwagę również szybko jak czarnoskóry na imprezie ku-klux-klanu.
Historia jest prosta, ale tak jest bezpiecznie. Jak pisałem wcześniej – nie przegięłaś, trzymając się realiów, a fabułę splotłaś obok, nie zahaczając o moralizatorstwo. Choć podrzuciłaś po drodze bardzo akuratną uwagę na temat tego, jak wygląda nieszczęście w zależności od perspektywy.
Zakończeniem bardzo gładko wyciszyłaś opowiadanie, choć ja pokusiłbym się pewnie o jakieś mocniejsze tąpnięcie.
Kliknąłbym, gdyby było trzeba.
Powodzenia w konkursie i pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Również tematyka bardzo „nie moja”, aczkolwiek przeczytałem z przyjemnością. Ładnie przedstawiona (mimo osadzenia w warszawskim getcie) historia z odpowiednio wyważonym ładunkiem emocjonalnym.
W mojej opinii biblioteka zasłużona.
Jim,
Zauważyłem, że „Tam, gdzie zaczyna się piekło” wzięłaś po nim Ty, tak jak Caern po mnie.
Przypadek zupełny. Gdy wróciłam na forum, wszystkie obrazy były już zajęte. Silver zrezygnował, zwolnił się ten, więc czując głód publikacji po dłuższej nieobecności tutaj, przygarnęłam od razu. Tak w ogóle to był drugi pomysł, najpierw zaczęłam pisać o typowej dystopii, nawet nawstukałam trochę znaków, ale porzuciłam zamysł i tak narodził się “Most Westchnień”
Twój mnie zaciekawił na tyle, by przeczytać go dwa razy. Ba, zaciekawił mnie aż tak, że sięgnąłem i po inne Twoje teksty, do których teraz hurtem wrzuciłem komentarze.
Podwójnie się cieszę i mam nadzieję, że te wizyty Cię nie zraziły (wydaje mi się, że mimo wszystko nie) i do kolejnych również będziesz zaglądać ;)
Bardzo dobre, ale posiadające też sporo mankamentów – co mnie niemożliwie irytuje…
Mam deja vu – pod przedostatnim opkiem, które wrzuciłam na forum przed odejściem, też pojawiło się podobne zdanie:
Mam problem z tym opowiadaniem, bo zarazem mi się podobało jak i nie podobało – ale jednak zważywszy swoje odczucia na szalach, dominują te pozytywne
Jest to chyba więc zawsze słodko-gorzkie spotkanie ;)
że jak to tak, pisać o wojnie, o Holokauście, o Żydach, o okupacji itp. Że nikt takich tekstów nie chce, że w ogóle to są one bez sensu, bo przecież wojny nie przeżyłaś, wojna była (na szczęście) dawno, ogólnie „ale po co o tym mówić, to niedobra jest” ;-)
W zasadzie też mnie to zdziwiło. Owszem, temat ciężki, ale nie postrzegałam go jako tabu. Rozumiem też zastrzeżenia, bo można go spłaszczyć albo rozdmuchać, i łatwo popaść w skrajność.
Z pięćdziesiąt lat temu można było głosić pogląd, że pisarz, to taki sprytny kłamca – bo żyli jeszcze ci co widzieli i pamiętali koszmar wojny światowej i nikt nie musiał tego koszmaru sobie wyobrażać, by ludziom go pokazywać – wystarczyło napisać to co się pamiętało, jak się pamiętało i jak się przeżyło
A i opisując wspomnienia z dokładnie tych samych wydarzeń można sytuacje przedstawić całkowicie odmiennie. Nie wiem, czy znasz przypadek Jona Krakauera i Anatolija Bukriejewa – obaj opisywali tę samą wyprawę, a każdy nie tylko inaczej, ale wręcz wydaje się, że to były dwie zupełnie różne wyprawy. Jeden podkreślał bohaterstwo i decyzje ratunkowe, a drugi bardziej dramatyzował i krytykował działania przewodników. Perspektywa, intencja i doświadczenie wpływają na narrację, nawet jeśli fakty są te same.
Teraz jest ostatni, a może ostateczny czas, by pisać o drugiej wojnie światowej – na progu trzeciej – która wszystkie te rzeczy przekreśli. Bo jakże potem, jeśli ktoś fizycznie istnieć będzie – pisać, nie odrobiwszy wcześniej piórem długu, względem poprzedniej Zagłady?
No tak, kto nie pamięta historii, skazany jest na jej ponowne przeżycie, chociaż mam nadzieję, że te fatalistyczne wizje się nie spełnią…
Co do poprawek zdań. Pierwszą “dziurkę” obszyję, obiecuję, ale w okolicach środy/czwartku – najpierw chciałam odpowiedzieć na komentarze, a wbrew pozorom to zdanie wymaga czegoś więcej niż wyrzucenia jakiegoś wyrazu, ale też nie może być na razie zmienione zbyt mocno, bo regulamin konkursowy :P
Jeśli wejście do mieszkania Miriam jest większą dziurą, to tę może obronię przykładem anegdotycznym.
Czy sądzisz, że starsi ludzie nigdy nie zamykają drzwi do swoich mieszkań?
Tak. Moja babcia, rocznik ‘45 więc już powojenny, ale jednak dość wiekowa, w zasadzie do końcówki zeszłego roku nie zamykała drzwi mieszkania. Zmieniło się to po wizycie 4 Romek, które zrobiły sobie rajd po jej klatce. Wcześniej jednak nie widziała w tym najmniejszego problemu. Zresztą większość moich starszych krewnych, w sporej części już nieżyjących, miało zwyczaj prowadzić dom otwartych drzwi (w dosłownym rozumieniu) i w sumie inne domostwa też traktowali w ten sam sposób – zamiast dzwonić, od razu naciskali klamkę i wchodzili jak do siebie.
Może to kwestia okolic i faktycznie na wsiach i mniejszych miastach wygląda to inaczej niż w Warszawie, więc przyjmuję mimo wszystko zastrzeżenie. Jeśli jednak drzwi byłyby zamknięte, to opowiadanie skończyłoby się w tamtym momencie, bo Witek, który miał już wątpliwości chwilę wcześniej, przy kolejnej przeszkodzie, by odpuścił.
ludzie z przeszłości zbyt słabo reagują na odmienność wyglądu Witka
Tak, z tym się całkowicie zgodzę i podejrzewałam, że ten argument będzie podnoszony dużo częściej. Miałam kilka pomysłów, co z tym zrobić. Mundur w szafie na posterunku? Ubrania od Miriam? Przebranie w szpitalu? Każdy miał swoje mankamenty i rodził kolejne wątpliwości. Stąd w końcu czarne jeansy (mimo że jeansy, rzucają się w oczy mniej niż niebieskie), ciemna kurtka i no i to maskowanie błotem. Jasne, rozwiązanie niewystarczające, ale w końcu wpadł w kłopoty właśnie przez ubranie.
także uniknięcie łapanki – zbyt łatwe, zbyt proste, to
zapewne tak, ale żeby chociaż odrobinę to uwiarygodnić, wybrałam młodego żołnierza i łapankę na roboty, gdzie “chory” by się nie przydał.
Witek pamięta z lekcji historii dokładnie to, co jest autorce potrzebne
Tak, chociaż tu akurat chciałam przemycić to miejsce, bo z niego w ogóle zrodził się pomysł.
jak gładko Witek „łyka” nową rzeczywistość, nie ma szoku, nie ma zaprzeczenia
to też nie do końca tak, że Witek ocknął się w nowym miejscu, wzruszył ramionami i gotowe. Jakiś szok, jakieś wątpliwości były, nawet myśl, że znalazł się w piekle. Czy można to było ograć lepiej? Zawsze – i może kiedyś dojdę do takich umiejętności :P
Po drugie – cały ten fragment niestety brzmi po prostu tandetnie.
Ajć, ale może i racja. Chyba po prostu udzielił mi się nastrój i poszłam w banały. Przemyślę, czy i jak to zmienić.
Gdy robi się naprawdę śmiertelnie poważnie, nagle widzimy, jak bardzo te wcześniejsze „tragedie” były luksusem, były możliwe tylko dlatego, że wciąż żyliśmy, oddychaliśmy, mogliśmy jeszcze coś zmienić.
Wejdę w prywatę, ale skoro już sobie tak piszemy… Przypadek z życia. Przyjaciółka miała dość poważne podejście do przyziemnych spraw – idealny porządek w domu, najpierw obowiązki, potem przyjemności itd. Na tym tle łatwo o kłótnie i te kłótnie z mężem się pojawiały. Ot, proza życia. Mąż niestety zginął tragicznie i okazało się, że wiele czasu zmarnowało się na głupoty.
Kilka lat później w górach zginęło dwóch członków mojej rodziny, w tym mój chrzestny, gdzie też dwa tygodnie wcześniej rozmawialiśmy o bzdurach, które urastają do rangi wielkich problemów. Jeden i drugi przypadek mocno przewartościował moje spojrzenie na świat. I jasne, zdarza mi się narzekać, ale zdecydowanie mniej, a ludzi, którzy mają problem na każde rozwiązanie, omijam z daleka.
będzie w stanie coś wynieść, coś zmienić rzeczywiście?
dlatego uważam, że tak. Nawet ktoś taki jak Witek, mógłby coś z tego wynieść. Zresztą została mu opaska w kieszeni, gdy przyjdzie mu chęć znów narzekać na bylejakość mimo wszystko dość wygodnego życia, może na nią rzucić okiem.
Wspomnianych przez Ciebie tytułów nie czytałam, ale się zapoznam :)
Ludzie, którzy przeszli przez piekło – bez względu na tego piekła naturę – nie potrafią już wrócić do normalnego życia
Myślę, że to zbyt duże uogólnienie. Viktor Frankl czy Edith Eger (żeby trzymać się tylko przykładów osób, które przeżyły koszmar IIWS) mogą być dowodem, że jednak da się wrócić do normalnego życia, a nawet więcej – z tragicznych doświadczeń można czerpać siłę.
Dużo pomarudziłem – poznęcałem się nad pojedynczymi zdaniami.
Yep, ale było to dla mnie ciekawe doświadczenie.
Mógłbym jeszcze marudzić sporo (choćby na kota – który pojawia się dwa razy jak w Matrixie – i mimo woli człowiek się zastanawia, czy to świadomie wrzucony symbol, foreshadowing, element spinający, a może po prostu budujący nastrój? Tak czy siak, w obu tych sytuacjach kot wydaje się tam wrzucony w dość sztuczny sposób – ale może mi się tak tylko wydaje)…
Znów jestem zdziwiona, że nikt tego nie podniósł. Chodziło mi po głowie, by z kota zrobić jakiś element nadprzyrodzony, znak czy coś w tym stylu (miał też przebiec w ostatniej scenie), ale to nie pasowało. Kot jednak został, bo jestem kociarą, chociaż zdaję sobie sprawę, że może to być jakiś potykacz (nawet dosłownie :))
…ale nie będę, bo mi się opowiadanie po prostu podobało.
Czytając to odnoszę wrażenie, że obcuję z naprawdę dobrą literaturą.
dobrze widzę, żę trochę poprawiłaś od tego czasu gdy to czytałem po raz pierwszy, gdy jeszcze nie było zabibliotekowane?
Tak, w końcu po coś te komentarze są, a większość sugerowanych zmian miała swoje uzasadnienie :)
Dlatego uważam, że utwór wart jest piórka.
Spodziewałam się Twojego komentarza, bo gdy wrzucałam propozycję do Biblioteki, zauważyłam, że i Ty poleciłeś tam moje. Podejrzewałam więc, że prędzej czy później się tutaj pojawisz. Czego się nie spodziewałam, to nominacji do piórka, co sprawiło mi niemałą przyjemność. Dziękuję :)
PS. Twój komentarz jest tylko 3k zzs krótszy od mojego opowiadania ---> gdyby dawano piórka za komentarze, wiadomo, kto by je zgarniał ;)
PS.2. Z memem się zgadzam :P
reg,
uff w takim razie, bo już umawiałam się do okulisty :)
Outta,
hej, fajnie, że Cię tu widzę, tym bardziej, że nie byłam pewna, czy zajrzysz po naszej wymianie zdań pod Twoim tekstem ;)
Pisząc o nim trzeba bardzo uważać, żeby nie wywalić się na śliskim gruncie; żeby nie popaść w przesadę, a jednocześnie nie potraktować go zbyt lekko. Tobie się udało, nie przegięłaś w żadną stronę.
Cieszy mnie ta opinia, bo zdawałam sobie sprawę z wagi problemu, ale wiedzieć to jedno, a w miarę dobrze to ograć, to drugie.
Największy dysonans odczułem odnośnie tego, że nikt się nie dziwi ubiorowi Witka. Dżinsy, kurtka na suwak, trampki – to ubiór, który od razu zwróciłby uwagę – nie tylko zniewolonych, ale przede wszystkim żołnierzy okupanta. Witek w współczesnym outficie zwróciłby na siebie uwagę również szybko jak czarnoskóry na imprezie ku-klux-klanu.
Tak, to był jeden ze zgrzytów, które miałam w głowie, pisząc i publikując, ale po Jimie, jesteś dopiero drugą osobą, która podniosła tę kwestię. Zastanawiałam się, w jaki sposób to ograć, każdy pomysł wydawał się gorszy od poprzedniego (mundur w szafie, ubranie od kogoś itd). Dlatego wybrałam mniej popularne czarne jeansy (nadal jeansy, ale rzucają się w oczy mniej niż niebieskie), ciemną kurtkę i maskowanie błotem. Jasne, żeby kupić tę wersję, trzeba trochę przymknąć na to oko, ale koniec końców Witek wpadł w tarapaty właśnie z powodu ubrania.
Zakończeniem bardzo gładko wyciszyłaś opowiadanie, choć ja pokusiłbym się pewnie o jakieś mocniejsze tąpnięcie.
Poczytuję to sobie mimo wszystko za sukces, bo długi czas moją bolączką były otwarte zakończenia (mimo że za takie ich nie uważałam), więc jest jakiś progres.
Kliknąłbym, gdyby było trzeba.
Powodzenia w konkursie i pozdrawiam serdecznie
Dzięki i dzięki! No i mam nadzieję, że nie ma między nami złych emocji ;)
Storm,
Dziękuję za wizytę i dobre słowo! :)
Hej!
Ale to jest fajnie zbudowana historia! Bohater niby z problemami, ale przynajmniej idzie z nimi na zderzenie i gdy przychodzi co do czego, to zabiera się do działania.
Sceny w przedwojennej Warszawie zaczynają się dość spokojnie, ale szybko eskaluj. Strzał i powrót do teraźniejszości bardzo fajnie wypadł jako punkt kulminacyjny. Niby Witek w końcu ponosi konsekwencje “bycia z innego świata” i biegania po mieście za przypadkową dziewczyną, niby w końcu Miriam nie udaje się go uratować (i urywa się ich znajomość), a tu jednak ma okazję pożyć jeszcze trochę i pokazać efekty wynikającej z tego zmiany charakteru ;) A że powrót był spodziewany, to nie było efektu deus ex machina.
Całość fajnie łączy żywą akcję, dość poważne tło historyczne, sensownie podbudowaną przemianę bohatera i ten specyficzny klimat wokół osób, na które przypadkowo wpadamy w ważnym momencie i znowu spotykamy dopiero, jak już dawno zostały kimś zupełnie innym.
Z kwestii technicznych:
Rozpanoszył się po pokoju, obejmował zwiewnymi ramionami meble, które pamiętały jeszcze czasy PRL-u[,+] i lizał tapety w wyblakłe kwiaty.
Z tego co się orientuję domknięcie zdania podrzędnego.
To niemożliwe”
Chyba miała być kropka.
Ciemne, mądre oczy kogoś, kto widział zbyt wiele w [?zbyt?] krótkim czasie.
Miriam prychnęła cicho, ale nic nie powiedziała.
Tu chyba nie ma sprzeczności, może “i”?
Oprócz tego bardzo często miałem wrażenie, że opisy zawierają oczywiste/nadmiarowe segmenty. Nie zawsze da się je bezpośrednio wyciąć, ale podczas czytania gryzło mnie, że czytam coś, co już wiem albo bym się bez problemu domyślił. Kilka przykładów:
Powietrze na zewnątrz było inne niż pamiętał ze swoich czasów.
Witek przestał liczyć ulice po piątej, którą minęli, bo szli dłużej, niż się spodziewał.
Z końcówką tutaj do tego nie jestem w ogóle pewien, o co chodziło.
Drewniane deski uginały się lekko pod stopami, a barierka była wytarta w tych miejscach, gdzie ludzie chwytali ją najczęściej.
Parę metrów dalej zobaczył Miriam, a jej twarz wyrażała emocje, które sam odczuwał – niepewność i strach.
Nie klikam, bo po pierwsze już za późno, po drugie bez piórka lub bodajże członkostwa loży nie da się klikać i trzeba pisać, a po trzecie w klikarni, do której się udaję, pisać muszą nawet lożanie ;)
It's hard to light a candle, easy to curse the dark instead
Nie klikam, bo po pierwsze już za późno, po drugie bez piórka lub bodajże członkostwa loży nie da się klikać i trzeba pisać, a po trzecie w klikarni, do której się udaję, pisać muszą nawet lożanie ;)
Cieszę się, że nie tylko ja dostrzegam tu potencjał piórkowy :)
Do wszystkiego powyżej dodaj: moim zdaniem, nie wypowiadam cudzych zdań, chyba, że wyraźnie kogoś cytuję. // ksiegamiliona.pl // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, indioto Ty, nadal chyba nie rozumiesz
OG, ja nie jestem człowiekiem małostkowym i kłótliwym, więc bez obaw – nawet jeśli gdzieś się pożremy, to najpóźniej po 24 godzinach mi przechodzi :)
To, że ubrałaś Witka możliwie neutralnie zauważyłem. To, że postanowiłaś go przykamuflować błotem też dostrzegłem. A także to, że ostatecznie przez swój ubiór wpadł w kłopoty. Masz rację, że przebranie się w ciuchy znalezione w szafie, czy coś w tym stylu, byłoby zaskakująco wygodnym zbiegiem okoliczności, który zadziałałby w sposób odwrotny do zamierzonego – zawieszenie niewiary stałoby się trudniejsze. Chyba wybrałaś najlepszą opcję z możliwych, choć przecież mogłaś go jeszcze bardziej utytłać w błocku ;)
Pozdrawiam serdecznie
Q
Known some call is air am
Tak, “utytłanie w błocku” jeszcze bardziej – byłoby najlepsze.
Czytając zastanawiałem się, czy przykładowo “wpadając” do innego czasu – a zarazem – do zakopconego pokoju, nie mógłby się czymś bardzo pobrudzić – przykładowo: upada jakaś deska, jakaś sadza / popiół w niego bije – ale to by mógłby być zbyt mocny foreshadowing tego, że po prostu stracił przytomność (czego i tak większość czytelników się domyśla).
Do wszystkiego powyżej dodaj: moim zdaniem, nie wypowiadam cudzych zdań, chyba, że wyraźnie kogoś cytuję. // ksiegamiliona.pl // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, indioto Ty, nadal chyba nie rozumiesz
Jim
Cieszę się, że nie tylko ja dostrzegam tu potencjał piórkowy :)
Teraz tylko pozostaje nam trwać w nadziei, że po ogłoszeniu wyników dyżurni w jury nominują wszystko z góry na dół i uzupełnią braki ;)
A czy nominowaliśmy z tych samych powodów niestety nie zdążyłem przeczytać (co najwyżej zauważyć, że jest co). Jak życie pozwoli, spróbuję nadrobić.
It's hard to light a candle, easy to curse the dark instead
ostam,
dzięki za wizytę i tak miłe słowa! Potknięcia poprawię najpewniej jutro, bo w tym tygodniu czasu mniej niż by się chciało, stąd opóźnienia w odpowiedzi :(. Szczególnie te nadmiarowe dopowiedzenia widzę dopiero, jak mi je podkreśliłeś, ale jak pisałam wyżej, przy swoich tekstach mam jakąś ślepotę – o ile pewnie zauważyłabym to u kogoś, u siebie nie :P
Nie klikam, bo po pierwsze już za późno, po drugie bez piórka lub bodajże członkostwa loży nie da się klikać i trzeba pisać, a po trzecie w klikarni, do której się udaję, pisać muszą nawet lożanie ;)
Dziękuję! Bardzo mnie cieszy, że kolejna osoba dostrzegła w tym opku jakiś potencjał. Nie wiem, czy tekst dostanie się pod ocenę lożan, ale sam fakt takiego zgłoszenia jest przyjemny.
Jim,
W istocie, ale przecież dałem Planetobójstwu pięć gwiazdek, czyż nie? ;-)
Jak najbardziej. Gwiazdki zawsze spoko :P
Ano będę – bo widzę w Twoich tekstach wyraźny progres, więc ciekaw jestem co z tego wyniknie :)
Cieszę się bardzo!
Outta/Jim,
dostał jeszcze potem nieczystościami w buty (i zapewne dolne partie nogawek) ;) Ale po rozstrzygnięciu konkursu i wizycie jurków może w tym grzebnę mocniej, aby to jakoś lepiej jednak ograć :)
Tam, gdzie płótno spotyka słowo,
tekst poznałem rzetelnie, na nowo.
Ślad zostawiam, opinię wstrzymuję,
nim konkurs ciszę w werdykt przemaluje.
You cannot petition the Lord with prayer!
Witam Jurora,
siedzę teraz i próbuję zrozumieć, co mi gil chce przekazać ;) Fajna zagadka!
Gil mówi: “ćwir, ćwir, ćwir, ćwir”. Mam nadzieję, że pomogłem :D
You cannot petition the Lord with prayer!
Teraz już wszystko jasne! :D
Śmiej się, a jest to rzeczywista podpowiedź!
You cannot petition the Lord with prayer!
Deadline’y w pracy gonią a ja wpatruję się w gila :P
Może wpadnę na coś mądrego przed oficjalnymi wynikami, ale zabawa przednia, niczym forumowy escape room ;)
Deadline’y w pracy gonią a ja wpatruję się w gila :P
Haha!
Może wpadnę na coś mądrego przed oficjalnymi wynikami, ale zabawa przednia, niczym forumowy escape room ;)
Staram się umilić Wam czas, wiem, że czekanie na wyniki do najprzyjemniejszych nie należy!
Poczuł dym zanim go jeszcze zobaczył. – tu przecinek przed zanim.
Czytało się płynnie, z zaciekawieniem, bo pojawia sie ulica, przy której pracuję, więc mogłem sobie tym lepiej pewne rzeczy wyobrazić. :-)
Nie zgadzam się z tym, że strata pracy czy koniec związku jest tylko dyskomfortem, a prawdziwe cierpienie zaczyna się tam, gdzie napisałaś. Widzę to jako pewne unieważnianie stanów emocjonalnych. W końcu każdy ma swoje cierpiania, dziecku płaczącemu z powodu zgubionej zabawki nie powiemy, żeby nie przesadzało ;-) Między dyskomfortem a cierpieniem jest jeszcze emocjonalny ból. Może to kwestia semantyki, ale przecież rzeczywistość nie jest czarnobiała, prawda? :-)
Ale rozumiem, że bohater mógł tak poczuć w tamtym momencie. Jest to dla mnie sensowne. Jest to zatem kwestia perspektywy. Niemniej uważam, że wojna nie powinna być arbitralnym, sztywnym i jedynym, punktem odniesienia, bo tym sposobem, potencjalnie, kręcimy sobie bat na własną dupę w postaci chociażby tłumienia emocjonalnego, poznawczego, i generalnie wypierania tego, co w duszy gra.
Jest też druga strona medalu – komuś może to pomóc złapać właściwy, zdrowszy dystans do własnych doświadczeń oraz utrapień.
prosiaczku,
miło mi Cię tutaj widzieć, cieszę się, że zajrzałeś i podzieliłeś się wrażeniami . Nieszczęsny przecinek poprawiony.
Co do kwestii dyskomfortu, cierpienia i bólu to oczywiście racja, ale ich odczuwanie ma charakter względny. Często dopiero w konfrontacji z większym nieszczęściem wcześniejsze trudności tracą na znaczeniu.
Tu akurat padło na wojnę, bo takie skojarzenie wywołał we mnie ten obraz, ale w żadnym przypadku nie jest to jedyne, sztywne i arbitralne odniesienie. I nie chodzi też o wypieranie emocji, bo te lepiej, aby wybrzmiały, ale o pewnego rodzaju przyjemność w narzekaniu na wszystko wokół.
Właśnie przypominał sobie historię sprzed kilku miesięcy i dziewczynę sześć na dziesięć, która dała mu kosza przez SMS-a
Dla przykładu coś takiego to dawno mógłby być zamknięty rozdział dla kogoś, a ktoś inny będzie ciągle wracać do swoich niepowodzeń.
OldGuard, jak najbardziej to rozumiem. Myślę, że ta historia sprzed sześciu miesięcy zdążyłaby stracić na znaczeniu, nawet gdyby bohater nie doświadczył wojny. Zdarza się, naturalnie, ludziom przeżywać dłużej miłosne zawody. Z tej perspektywy doceniam zabieg literacki.
Pozdrawiam serdecznie!
Witaj, OldGuard. :)
Podziękowania dla Ciebie za udział w Konkursie. :)
Komentarz po przeczytaniu.
Kwestie techniczne i sugestie oraz wątpliwości (zawsze – tylko do przemyślenia):
– Nie mogę. Nie zostawię jej.
– Kogo? – Witek zrobił w jej stronę ostrożny krok. – czy celowe powtórzenie?
Plecy trafiły w framugę drzwi balkonowych i zatrzymał się, bo nogi odmówiły dalszego posłuszeństwa. – we?
Starzec spojrzał na niego spod nasuniętego na czoło kaszkietu. Witek w pierwszym odruchu chciał się odsunąć, ale zauważył, że Miriam patrzy na nich badawczo. – imię „Miriam” wprowadzasz nagle i bardzo niespodziewanie – kto to jest?
Gdzieś za rogiem przeszedł patrol – usłyszał kroki, zanim jeszcze zobaczył mundury – i instynktownie cofnął się o pół kroku w stronę muru. – powtórzenie?
Nazywała się Miriam. Tyle powiedziała mu o sobie w ciągu pierwszych dziesięciu minut. Potem mówiła więcej i więcej, z przerwami na omijanie patroli i przeciskanie się z bramy do bramy. – ok, teraz wiem, kim jest. :)
Szła szybko i jednocześnie czytała kartę, którą trzymała w przed sobą. – literówka lub brak części zdania („dłoni”)?
Dawkowanie (przecinek?) jak poprzednio.
Zwolnienie z pracy, kosz od dziewczyny, rodzina, która go nie rozumiała – całe to starannie skatalogowane nieszczęście, które nosił ze sobą jak wór kamieni (przecinek?) było tylko niepokojem człowieka, któremu dużo dano i mało zabrało. – powtórzenia?
– Halt die Klappe! – wrzasnął, wyraźnie wytrącony z równowagi czymś, czego nie potrafił wytłumaczyć. – czy ta (i inne) aliteracja celowa?
Niezwykle poruszająca historia, bez ustanku trzymająca w napięciu. Świetnie zbudowałaś klimat oraz nastrój przy tak trudnej i bolesnej tematyce. Dobry przeskok w czasie, znakomity portret postaci oraz ich emocji. Duże brawa za symboliczne nawiązanie do słynnego mostu weneckiego. :)
Przy okazji składam serdeczne życzenia: Zdrowych, Pogodnych i Wesołych Świąt dla Ciebie oraz Twoich Bliskich. :)
Pozdrawiam serdecznie, klik. :)
Pecunia non olet
Cześć bruce,
dziękuję za garść uwag, część została już poprawiona w tak zwanym międzyczasie (chyba czytałaś błyskawicznie, bo z tego co pamiętam, to wpadkę z imieniem Miriam poprawiłam kilka-kilkanaście minut po publikacji :P), nad innymi usiądę. Zwłaszcza nad powtórzeniami, bo te oczywiście zazwyczaj nie są celowe, zwłaszcza gdy dotyczą zaimków :)
czy ta (i inne) aliteracja celowa?
Mam problem z aliteracją, a w zasadzie z tym, że wiem, iż jest podnoszona na forum jako błąd, ale nie do końca łapię czemu tym błędem jest? :)
Duże brawa za symboliczne nawiązanie do słynnego mostu weneckiego. :)
Cieszę się, że zostało to zauważone, bo w ten sposób także nazywano tę kładkę nad Chłodną.
Przy okazji składam serdeczne życzenia: Zdrowych, Pogodnych i Wesołych Świąt dla Ciebie oraz Twoich Bliskich. :)
Wzajemnie! Dobrych Świąt Tobie i najbliższym!
Dzięki wielkie; sugestie są zawsze tylko do przemyślenia, co do aliteracji – nigdy tego nie wiem, ale wolę dopytać, bo często u mnie są wskazywane przez Czytających. :)
Serdeczności dla Ciebie.
Pecunia non olet
Hej,
Szczerze Ci powiem, że ostatnie co bym pomyślał patrząc na ten obraz to Twój pomysł. Ale to nie znaczy, że to źle, udało Ci się mnie zaskoczyć. Może rzeczywiście najmroczniejsze piekło jest tak naprawdę na Ziemi i nie ma co doszukiwać się diabelskich czeluści.
Sam tekst ma wiele zalet, ale i kilka wad. Jest napisany dobrze, nie potykałem się praktycznie na niczym. Jest tu ciekawy pomysł. Bohater – lekka niezdara życiowa, daje się lubić i martwiłem się w trakcie jego losami. Czego nie mogę powiedzieć o jego nowej przyjaciółce. Jakoś nie trafiła do mnie jej emocjonalność, nagłe zmiany zachowań. Ciągle węszyłem w niej spisek!
Czuć klimat naprawdę wyraźnie, opisujesz dobrze, czułem się jakbym tam był.
Troszkę nie kupiłem tego ubioru, przecież nawet po ubrudzeniu takie ubrania widać by było z kilometra. Ale rzeczywiście ciężko byłoby to rozegrać inaczej, rozumiem, że to nie było łatwe jakoś załatwić tę sprawę.
Nie kupiłem też emocjonalności tekstu i pewnie będę tu jedynym marudą. Jakoś po prostu do mnie nie trafił na tym polu. Jak to mówi klasyk z mema “więcej żalu!”. No właśnie, jakoś za dużo akceptacji u bohatera na to co się dzieje, a przez to i we mnie. Chciałem bardziej poczuć to co się dzieje, zobaczyć więcej ludzi, więcej brudnych ulic, więcej tego mroku. Bo w końcu to rdzeń opowiadania, a przestrzeń na to była. Napisałem, że świetnie opisujesz – tak uważam. Ale jednak było tego za mało. Ale może to subiektywne.
Nie odbierz mnie źle – tekst jest super, dostał ode mnie granatowe piórko. Po prostu czegoś mi zabrakło, a to znaczy, że czytało mi się na tyle dobrze, że chciałbym więcej wewnątrz. To swojego rodzaju komplement.
Nie trafiło też do mnie zakończenie, troszkę przekombinowane w moim odczuciu. Ale był to jakiś pomysł i go zręcznie dopięłaś, więc tutaj to luźna uwaga.
Podsumowując, to naprawdę dobry tekst i serdecznie Ci dziękuje, że wzięłaś udział w konkursie.
Widzę, że zdobyłaś nominację, życzę Ci piórka!
Pozdrawiam serdecznie!
You cannot petition the Lord with prayer!
To była zaleta tego konkursu, że dostaliśmy okazję skonfrontować swoje wyobrażenia z innymi autorami, zobaczyć, jak myślą i co czują. W tym wypadku muszę powiedzieć, że Twoje skojarzenie z obrazem, o którym pisałem również i ja, jest niezwykle oryginalne i w życiu bym o tym nie pomyślał.
Chciałbym zwrócić uwagę na dwa aspekty Twojego tekstu, które chyba nieco ograniczyły jego sukces. Po pierwsze – myślę, że należało dać sobie więcej znaków i rozbudować opowieść. Miałem kilka momentów podczas lektury, w których autentycznie zabrakło mi dopowiedzenia sceny. Na przestrzeni całego opowiadania to jest pewnie kilkanaście zdań, ale jednak. Głównie zabrakło mi rozbudowania relacji między Witkiem a Miriam podczas okupacji, aby potem jego powrót miał nieco mocniejsze, emocjonalne uderzenie.
Po drugie – mimo wszystko Twoje skojarzenie – jakkolwiek świetnie napisane i zbudowane (o czym więcej napiszę zaraz) moim zdaniem zbyt daleko odchodzi od bazowego obrazu. Kładka na Chmielnej, Warszawa – to wszystko są elementy, które, przynajmniej ja, znam dobrze, mam te obrazy wdrukowane w pamięć wystarczająco silnie, abym miał kłopot z poczuciem Twojego skojarzenia obrazu z fabułą. Ja po prostu patrząc na ten obraz – te kable, ten kanał między kamienicami – nie jestem w stanie zawiesić niewiary i zgodzić się, że to jest Warszawa z lat 40tych. Oczywiście, jak sama widzisz, to jest totalnie subiektywne ujęcie tematu.
Przede wszystkim jednak opowiadanie bardzo mi się podobało, mimo tych rzeczy, które wymieniłem wyżej. Świetnie się czyta, moment przejścia jest zaskakujący, obraz Warszawy podczas okupacji niezwykle sugestywny. Świetnie zbudowałaś napięcie. Mając podłoże w postaci wiedzy historycznej, czułem tę gęstą atmosferę getta, czułem lęk o bohaterów za każdym razem, gdy jakiś hitlerowiec pojawiał się w scenie. To było mocne.
Temat nie był łatwy – pisanie na bazie obrazu w połączeniu z interpretacją, którą wybrałaś, wysoko podniosło poprzeczkę. Jeśli chodzi o mnie, to przeskoczyłaś ją z zapasem.
Dzięki za super lekturę!
XXI century is a fucking failure!
Hej, dostałaś już tyle komentarzy, że trudno będzie coś dodać :). Ale spróbuję. Wprowadzenie bohatera, do okupowanej Warszawy, bardzo mi się podobało. Tu zwolnienie, zaraz płonący budynek – dynamicznie i wciągająco. Sam opis Warszawy i realiów – chyba jednak oszczędny ale nie o to tu chodzi. Raczej by pokazać zderzenie dzisiejszego pokolenia z realiami II WŚ. I to jest ciekawe, że sugerujesz bohaterowi, by docenił to, co ma – bo zobacz jak kiedyś było:). I ok, ja to kupuję. Do tego most jako symbol dwóch światów, bardzo zgrabnie. Tylko, że poruszenie wątku II WŚ ,aż się prosi o coś więcej. W moim odczuciu, potencjał nie został w pełni wykorzystany. To co dajesz czytelnikowi jest ok, ale prosi się o więcej:). Z drugiej strony podoba mi się, że skupiasz się na losach bohaterów, a nie na filozofii, bo to też mogłoby zepsuć opowiadanie :). No nic, pomyśle nad głosem piórkowym, a na razie gratuluję ciekawego opowiadania. Pozdrawiam :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
MB,
w pierwszym podejściu do tego obrazu. miałam zupełni inny pomysł i inną historię, gdzie obraz był wpleciony w narracje jako stopklatka. Po napisaniu 1/3 odrzuciłam tamten pomysł i szukałam innej inspiracji. Fragment z mostem i widocznym krzyżem skojarzył mi się właśnie z kładką nad Chłodną, czerwony kolor z pożogą. I jasne, nie jest to dosłowna interpretacja, więc zgadzam się z tymi głosami, które podnoszą ten argument.
Tak samo jak i ten argument:
Troszkę nie kupiłem tego ubioru, przecież nawet po ubrudzeniu takie ubrania widać by było z kilometra. Ale rzeczywiście ciężko byłoby to rozegrać inaczej, rozumiem, że to nie było łatwe jakoś załatwić tę sprawę.
Ale jak pisałam wyżej, była to bolączka, której inaczej nie umiałam ograć, a inne rozwiązania byłyby za wygodne. Ostatecznie, to właśnie z powodu ubioru mu się dostaje.
Jak to mówi klasyk z mema “więcej żalu!”.
Czytałam trochę Twoich tekstów i wiem, że lubisz te klimaty. Ja się wzbraniam przed tym, bo boję się przesadzić, a w temacie IIWS wydaje się to szczególnie niebezpieczne i mogłoby wyjść groteskowo. Pracuję teraz jednak nad innym opkiem (w sumie Twoje opowiadanieIkhlwa i ihawu mnie zainspirowało do tego, aby siąść nad nim) i tam “więcej żalu” być może wybrzmi mocniej.
Dzięki za komentarz i za konkurs!
Caern,
miałam 2 pomysły na ten obraz. Pierwszy, którego nie zrealizowałam, był trochę bardziej podobny do Twojego, bo też osadzałam akcję w przyszłości. Nie ograłam tego tak fajnie jak Ty, i na szczęście złapałam się na tym w miarę szybko.
To, że moja interpretacja mogła być różnie postrzegana, brałam pod uwagę. Część elementów potraktowałam dosłownie (most, widoczny krzyż, tytuł obrazu), inne po macoszemu – kable i rzekę. Nie dostałam dyskwalifikacji, więc ujdzie, ale też zgadzam się, że obraz nie został oddany w 100%.
Po pierwsze – myślę, że należało dać sobie więcej znaków i rozbudować opowieść.
To dość standardowy zarzut do wszystkich moich opowiadań ;) Mój zawód trochę rzutuję na to, że mocno kondensuję treści i staram się nad tym pracować. Nie było tutaj idealnie, ale “stara ja” zamknęłaby to opowiadanie w kilkunastu tysiącach znaków, więc jest jakiś progres :)
Cieszę się, że w ostateczności odbiór był dobry i że do mnie zajrzałeś! :D
Bardzie,
chyba sobie komentowaliśmy opka w tym samym momencie :P
dostałaś już tyle komentarzy, że trudno będzie coś dodać
I to mnie cieszy najbardziej. Jasne, nominacje są miłe, ale najbardziej cieszy fakt, że pojawiają się nowi komentujący.
I to jest ciekawe, że sugerujesz bohaterowi, by docenił to, co ma – bo zobacz jak kiedyś było:). I ok, ja to kupuję
Uff ;) To mogło być moralizatorskie, a nikt nie lubi, gdy mu się mówi, co ma robić czy czuć. I chociaż mam tendencje do tego, by wplatać w teksty jakieś swoje “przesłanie”/ przemyślenia, to wiem, że może to być odebrane dwojako, nierzadko jako banał.
Tylko, że poruszenie wątku II WŚ ,aż się prosi o coś więcej. W moim odczuciu, potencjał nie został w pełni wykorzystany
W sumie powtórzę to, co pisałam Caernowi. Z racji zawodu mocno kondensuję treści. Teraz jest już odrobinę lepiej niż kiedyś i piszę te opka dłuższe, ale nadal nieidealnie. Mam jednak tego świadomość i staram się nad tym pracować ;)