- Opowiadanie: Berig - Instygator, czyli Czerwonego Kapturka historia prawdziwa

Instygator, czyli Czerwonego Kapturka historia prawdziwa

Zapraszam do lektury prawdziwej wersji baśni o Czerwonym Kapturku.

Zapewne niewielu z Was wie, że wydarzenia, które stały się inspiracją dla tej opowieści, miały miejsce na ziemiach polskich w okolicach Fordonu – niewielkiego miasteczka nieopodal Bydgoszczy, znanego z licznych niegdyś procesów czarownic.

U schyłku tego mrocznego okresu, gdy stosy wciąż jeszcze się tliły, rozegrała się historia, która z czasem przybrała formę znanej baśni. Jednak jej pierwotna wersja była znacznie mniej bajkowa, a o wiele bardziej ludzka.

 

Dziękuję beeeecki i sesi19 za betowanie opowiadania.


[1] Kordelas – krótka, ciężka broń biała o szerokim ostrzu, noszona zwykle przy boku jako symbol władzy lub do obrony; w XVIII–XIX w. często używana przez myśliwych i urzędników sądowych

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Instygator, czyli Czerwonego Kapturka historia prawdziwa

Instygator – w dawnym prawie polskim oskarżyciel publiczny, po raz pierwszy ustanowiony w konstytucji sejmowej w 1557 r. jako instygator królewski. W XVI w. pojawili się instygatorzy jako urzędnicy przy sądach szlacheckich, później instygatorzy miejscy oraz instygatorzy grodzcy. Odpowiednik dzisiejszego prokuratora śledczego.

 

Jesienny wieczór rozsiadł się nad Wielkim Borem i zabrał do swoich zwyczajnych obrządków. Wydłużył cienie drzew, uciszył świergot ptaków, przygasił słoneczne blaski. Mógłby jeszcze rozsypać szron na leśnych polankach, który wyglądałby szczególnie uroczo w świetle pełnego dziś księżyca, ale na takie ornamenty było jeszcze za wcześnie. W końcu dopiero co zaczął się październik. Na jednej z polanek szeroko otwarte okiennice niewielkiej chatki nie pasowały do chłodu, ogarniającego bór. Powiał więc mocniej i dmuchnął do wnętrza, strącając przy tym chmurę brązowo-żółtych liści z trzech starych dębów.

Krzątające się przy wieczerzy dwie kobiety przeszył dreszcz. Starsza z nich, już siwowłosa, lecz wciąż pełna wigoru, podeszła do okiennic, ale zamiast je zamknąć, uważnie spojrzała w kierunku gościńca i powoli wciągnęła powietrze.

– Wąchasz, czy są grzyby, babciu? – zapytała młodsza.

– Już nie czas na grzyby, Różyczko. Teraz czuć jeno zgniłe liście i… – kobieta ucięła w pół zdania.

– I co jeszcze, babciu?

Ilga zignorowała pytanie. Zamknęła okiennice, odruchowo uszczelniając szpary w parapecie wełnianym łachmanem. Wydobytą ze skrzyni połataną chustę jedną ręką zamaszyście wyrzuciła nad głowę, drugą dłonią w międzyczasie wyciągnęła z włosów kościaną szpilę. Gdy materiał opadł na ramiona, garbiła się już nad powyginanym kosturem, a włosy rozsypały się niestarannie wokół obwisłej twarzy. Tylko spojrzenie pozostało takie samo – bystre jak dotąd.

– Będziemy miały gościa – powiedziała drżącym głosem.

Podpierając się laską, podeszła do drzwi w sieni i oparła czoło tuż nad jedną ze szpar pomiędzy deskami. Dziewczyna po chwili stanęła obok i wyjrzała przez inną szczelinę.

Do żywopłotu podszedł ciemnowłosy młodzieniec w schludnie utrzymanym kaftanie, spiętym samodziałowym pasem, z przytroczoną torbą. Jego głowę zdobiła magierka z fantazyjnie wetkniętym piórkiem. Bardziej wyglądał na mieszkańca miasta niż na chłopa z okolicznych wiosek.

– Urodziwy – zauważyła Róża.

Panna ukończyła tego roku już siedemnaście wiosen i zwracała coraz większą uwagę na przystojnych chłopców. Staruszka spojrzała na nią karcąco i kosturem wskazała wnętrze izby. Dziewczyna posłusznie odeszła.

W chacie rozległo się pukanie.

– Kto tam? – zapytała skrzekliwie.

– Jam Albert, czeladnik barwiarski z Koronowa – dobiegł donośny głos. – Do Fordonu wędruję, lecz zmierzch w drodze mnie zastał. Szukam noclegu i strawy. Odemknijcie drzwi, pani.

– Do Fordonu mila z niewielkim okładem – odparła. – Zdążysz dojść, nim księżyc wejdzie wysoko.

– Dojść bym doszedł, nie w tym rzecz, lecz różne opowieści o tym borze słyszałem… Choćby tę o dziewczynce w czerwonej czapce i wilku, co to ją i jej babcię pięć lat temu pożarł.

– Bajki i tyle – odburknęła. – Ludzie dla postrachu takie bujdy dzieciom prawią, żeby w las same nie lazły i zaś nie pobłądziły. A jeśli nawet coś takiego by miejsce miało, to przecie dawno po wilku. Wedle historii kamieniami mu brzuch nafaszerowali i w bagnie zatopili.

– W pięć lat kolejne wilki nastały w borze – głos młodzieńca stwardniał. – Poza tym Wisła jeszcze nie całkiem ustąpiła i rozlewiska wciąż stoją gdzieniegdzie. W szarej godzinie w trzęsawisko wpaść łatwo. Dlatego proszę, odemknijcie drzwi, pani.

– Nie odemknę obcemu.

Ilga odwróciła się, szurając, po czym głośno stukając kosturem, ruszyła w głąb chaty.

– Godziwie zapłacę.

Na te słowa babka stanęła niczym przygwożdżona do drewnianej podłogi. Oparta na kosturze stała chwilę, wahając się, gdy jej wzrok padł na oblicze wnuczki. Twarz dziewczyny rozjaśniał proszący uśmiech, a kiwanie głową mówiło wyraźniej niż słowa – pozwól mu wejść.

Staruszka burknęła pod nosem coś o tym, że pewnie znowu będzie tego żałowała i zawróciła do drzwi. Zasuwa zaskrzypiała, drzwi ustąpiły. W blasku łuczywa oblicze młodzieńca, o regularnych rysach i zaczesanymi na bok lśniącymi włosami, wyglądało jak wyrzeźbione.

Babka zmrużyła powieki. W gładkim obliczu przybysza kryła się szorstkość, która, podobnie jak świdrujące spojrzenie, nie pasowała do młodzieńczej twarzy.

Róża w milczeniu wpatrywała się w brązowe oczy młodzieńca, bezwiednie poprawiając kosmyk włosów, choć ten wcale jej na czoło nie spadał.

– Ława z siennikiem i miska strawy, piętnaście groszy – oschle rzuciła Ilga.

Albert najpierw uprzejmie się skłonił, dokładnie zawarł za sobą drzwi, po czym zza pazuchy wyjął pobrzękujący trzos.

– Zapach taki piękny po izbie się rozchodzi, że chętnie zapłacę. A jeśli jeszcze kubek piwa znajdziecie, bym w towarzystwie tak miłych pań gardło z kurzu mógł przepłukać, rad będę podwójnie – ciągnął, przeliczając miedziaki. – Z przyjemnością dam tedy nie piętnaście, a groszy trzydzieści.

Babka wciąż mierzyła go podejrzliwym wzrokiem, lecz już mniej ostrym niż przed chwilą. Gdy do jej dłoni wpadł stosik brązowych krążków, kąciki jej ust uniosły się nawet na moment w niezamierzonym uśmiechu.

– Za trzydzieści to i dwa kubki piwa znajdę – mruknęła.

Atmosfera, która jeszcze przed momentem dusiła izbę, szybko się rozluźniła. Albert wyciągnął z zanadrza podróżną łyżkę i przysiadł z boku stołu tak, by ponad ramieniem babki widzieć drzwi, a za plecami dziewczyny okno.

Róża krzątała się z ożywieniem. Na środku stołu postawiła parujący garniec zupy, aż gęstej i ciemnej od grzybów. Gdy drewnianą warząchwią nalewała polewkę do glinianych misek, izbę wypełniła woń pasternaku i czosnku niedźwiedziego. Do każdej porcji dołożyła kawał jeszcze ciepłego chleba z kminkiem, którego chrupiąca skórka okrywała sprężysty i świeży miąższ. Ilga w tym czasie zniknęła w komnatce, by po chwili wynieść z niej dzban ciemnego piwa, pachnącego karmelem i dymem.

Rozmowa toczyła się lekko. Na początek, jak to jest w zwyczaju, o pogodzie i o stanie dróg, a później także o fordońskim targu, na który młodzian wybierał się następnego dnia, i o sukienniczym rzemiośle.

– Dobrze wam ten interes w Koronowie musi prosperować, skoro jako czeladnik tak wypchany trzos nosisz – zagadała babka.

– Mistrz na zakupy mnie wysłał, więc i w pieniądz wyposażył. Nie dla siebie je niosę, lecz dla warsztatu – odparł Albert.

– Ha, to pewnie i siłę masz wielką – drwiąco indagowała babka. – Ile bel sukna zdołasz sam na plecach do Koronowa przytaszczyć?

Tym razem młodzieniec nie odpowiedział od razu. Sięgnął po kubek i w skupieniu upił długi łyk.

– Nie sukna idę brać, lecz barwniki – powiedział, odstawiając naczynie. – Te w sakwie pomieszczę – dodał, kładąc dłoń na przypiętej do pasa torbie.

– Czemuż to do Fordonu, a nie do słynnych bydgoskich garbarzy? – zapytała Róża, przechylając głowę. – Bliżej tam z Koronowa i trakt bezpieczniejszy, niż ten przez środek boru wiodący.

– A skąd bydgoscy garbarze biorą pigmenty? Z Fordonu właśnie – szybko odpowiedział czeladnik. – I dlatego nie mam zamiaru przepłacać u pośredników, skoro mogę kupić taniej u źródła. – Spojrzał na dziewczynę, pogładził ją po włosach. – Urody ci zaprzeczyć nie można, ale o barwniczym fachu wiesz tyle, co koza o łacinie – dodał z wyższością.

Róża rozciągnęła wargi w wymuszonym uśmiechu. Radosne iskierki w jej oczach przyblakły. Zapadała niezręczna cisza.

– Może zdejmiesz kaftan, panie Albercie? – zapytała babka, unosząc brew. – Ciepło tu od pieca, aż krople potu stanęły ci na czole.

Albert uśmiechnął się kwaśno i pokręcił głową.

– Pozwólcie, dobra kobieto, że zostanę tak, jak mi najwygodniej.

Mówiąc to, sięgnął za pazuchę i wyjął stamtąd haftowaną, białą chustkę. Kiedy osuszał nią czoło, Ilga z uwagą powiodła wzrokiem za jego dłonią.

Dla ożywienia markotnej atmosfery Róża rezolutnie nalała wszystkim kolejny kubek piwa. Napitek smakował wybornie – jeżynami i palonym słodem. Z każdym łykiem babka coraz bardziej się odprężała. Mówiła wylewniej, niż zwykła przy obcych. Róża posyłała Albertowi otwarty uśmiech, z delikatnie przechyloną głową, ilekroć zabierał głos. On także śmiał się razem z nimi, a jednak raz po raz jego wzrok uciekał ponad ramię dziewczyny.

– Cóż to tak w okno spozieracie? – rzuciła babka z błyskiem w oku. – Czyżbyście to drogi ucieczki szukali?

Róża parsknęła śmiechem.

– Nuże, babciu, nie strasz kawalera. Przecie to w opowieściach o Babie Jadze dzieci przed wiedźmą uciekają. O Czerwonym Kapturku to inna była historia.

Albert poprawił się na mało wygodnym stołku i oparłszy łokieć o stół, przywołał na twarz nonszalancką minę.

– Skoro już o bajkach mowa… – zagaił – wszyscy, którzy tę o Czerwonym Kapturku opowiadają, wspominają o polanie, na której trzy dęby stały i o chacie ogrodzonej leszczynowym żywopłotem. A patrzcie tu, są i dęby, i żywopłot, i chatka. W niej babcia i wnuczka. Już nie dziecię, lecz panna piękna i dorodna – mówiąc to, posłał dziewczynie powłóczyste spojrzenie. – Historia głosi, że zdarzyło się to pięć lat temu, więc onegdaj dwunastolatka ile miałaby dzisiaj wiosen?

Róża zbladła.

– Nie ma tu żadnego Czerwonego Kapturka, jest Róża – zaprotestowała dziewczyna.

– Oj, czyż mnie nie okłamujecie?

Albert wstał od stołu, podszedł do okna i wziął do ręki materiał zatykający szpary parapetu. Gdy go rozprostował, biesiadnicy ujrzeli mocno spłowiały różowo-szary kaptur.

– Pięć lat temu ten kaptur lśnił zapewne czerwienią – stwierdził.

Obie kobiety zamilkły. Róża, przygryzając policzek, patrzyła w kąt izby. Ilga wzrokiem świdrowała młodzieńca.

– Aleś nam tu wielką nowinę objawił – prychnęła w końcu babka, przerywając niezręczną ciszę. – Tak, to ta chata, te dęby i ta historia. Cała wieś o zabitym tu wilku paplała. I właśnie dlatego Róża… a nie żaden Czerwony Kapturek, nie miała we wsi życia. Ciągle ją ludzie rozpytywali, ciągle kazali opowiadać i wcale nie dbali o to, czy dziewczynka rada tę historię wspominać.

– My nie łgarze. Zwyczajnie zapomnieć wolimy – podsumowała wnuczka.

Ilga upiła łyk piwa i ciągnęła dalej.

– Za to ty, młodzieńcze, prawdę przed nami jakowąś skrywasz. Ja stara jestem i barwiarza nie raz widziałam. Ręce w strupach u co drugiego, a kolorowe plamy na paluchach u każdego znaleźć można. Twoja dłoń zaś gładka i biała jak u jaśniepana.

Albert spłowiałym kapturem otarł pot z czoła, rozchylił okno, wpuszczając do izby strużkę zimnego powietrza i przysiadł na ławie obok Róży. Dziewczyna odsunęła się, chcąc zrobić mu więcej miejsca, lecz młodzieniec, objąwszy ją wpół, z powrotem przysunął blisko siebie.

– Bom po prawdzie nie barwiarz, a instygator sądu ławniczego w Fordonie. – Młody mężczyzna spojrzał wyczekująco na obie kobiety, a gdy te milczały, kontynuował – objąłem wakat instygatorski po zaginionym pięć lat temu, świętej pamięci Rudolfie Gnębyszewskim.

– Wiele rzeczy o imć Gnębyszewskim można powiedzieć, ale nie to, że pamięci był świętej.

– Świętość Rudolfa nie jest naturą mojego śledztwa – rzekł chłodno.

– A co jest? – włączyła się do rozmowy Róża, wpatrując się w młodzieńca, jakby właśnie zobaczyła go po raz pierwszy.

– Nowe poszlaki, które wraz z ustąpieniem powodzi, że tak powiem, wypłynęły. – Co mówiąc, rozpiął kaftan. – Gdy woda opadła, na brzegu niegdysiejszego bagna znaleziono to…

Albert sięgnął za plecy i wyciągnął kordelas, o krótkim, lecz ciężkim i szerokim ostrzu. Krawędzie klingi nadżarła rdza, ale mosiężna rękojeść zachowała się bez uszczerbku. Na środku uchwytu wybito dwa symbole – wagi i krzyża.

Wszyscy utkwili wzrok w groźnie wyglądającym orężu. Światło z łuczyw odbijane przez metal rzucało na twarze biesiadników migotliwe refleksy.

– I cóż z tego waść wnosisz? – zapytała babka, marszcząc brwi.

– A no to, że Rudolf Gnębyszewski instygator sądu ławniczego w tym domu zamordowany został! – wycedził przez zęby Albert, z impetem wbijając kordelas w blat stołu.

– Tu?! A to żartowniś z waści, ha, ha! – nieoczekiwanie głośno roześmiała się babka. Kątem oka zerkała na Alberta i widząc, że jej nie wtóruje, zamilkła.

Albert wyciągnął z torby słój z burą zawartością.

– Wraz z kordelasem, będącym insygnium władzy instygatora – wskazał palcem wybite na rękojeści symbole – bagno wypluło ze swych czeluści resztki wilczej sierści. – Co mówiąc, wysypał na stół zawartość naczynia. Na blat upadły kawałki włochatej skóry. Po izbie rozszedł się smród rozkładu.

Ilga rozłożyła szeroko ręce w geście kompletnego braku zrozumienia. Mężczyzna przewrócił oczami.

– Same przed chwilą powiedziałyście, że to w tej chacie pięć lat temu uśmiercono wilka.

Babka wzruszyła lekceważąco ramionami. Róża w ogóle nie zareagowała. Od momentu wbicia w stół kordelasa, swój wzrok utkwiła w symbolu wagi i miecza.

Niezrażony milczeniem kobiet młody instygator ciągnął dalej swój wywód.

– Cielsko wilka pierwej rozpruto, po czem kamieniami, ponoć, wypełniono, zaszyto i na furmance do pobliskiego bagna odwieziono. Tam, w obecności kilkorga okolicznych kmieci, zatopiono. Tak?

– To, że był w nim kordelas, nic nie znaczy – powiedziała babka, ponownie wzruszając ramionami. – Bestia mogła znaleźć w lesie zagubione ostrze i w swojej głupocie pożreć.

– Nie, nie, nie! – Albert sięgnął do torby, by tym razem wyciągnąć z niej mieszek, z którego wysypał garść ludzkich zębów w tym jeden złoty. – W tych stronach jeden tylko paradował ze złotem w ustach i był nim nie kto inny jak pan instygator Rudolf Gnębyszewski.

– Ten wilk, ta bestia przez wiele lat w okolicy polowała, zanim go myśliwy Maciej ustrzelił. Widać wcześniej imć Rudolfa połknąć musiał – wyrzuciła z siebie Ilga. – Wraz z kordelasem.

W izbie zaległa cisza. Babka z założonymi rękoma spoglądała na Alberta, Róża na kordelas, a młodzieniec to na jedną, to na drugą. W końcu parsknął i zaśmiał się tak szczerze, że obiema wypielęgnowanymi dłońmi brzuch przytrzymywać musiał. Po kilku chwilach spoważniał i wycedził.

– Ta bajka o wilku połykającym ludzi w całości, dobra jest dla kmieci. Ja kształcony człek jestem, nauki prawnicze na uniwersytecie w Halle pobierałem. Mnie takich bzdur nie wmówicie.

Przez uchylone okno noc dmuchnęła chłodnym powietrzem. Babka naciągnęła chustę głębiej na ramiona i przesiadła się naprzeciwko Róży i Alberta. Oparła łokcie na stole i twardo spojrzała w oczy mężczyzny.

– Czego zatem waść chcesz? Czy tak jak twój poprzednik przyszedłeś tu eliksiru młodości od rzekomej wiedźmy żądać? I tak jak on, na cześć dziewczynki nastawać będziesz? A wszystko to pod groźbą spalenia mnie na stosie za czary? To powiem waści, że eliksiru młodości nie mam, nie miałam i mieć nie będę, bom nie czarownica, a zwykła zielarka. W zdrowiu mogę pomóc, ale ani piękności, ani młodego wieku nie przywrócę.

Albert przeczesał palcami kruczoczarne włosy.

– Ani młodości, ani urody mi nie braknie. Potrzeba mi mikstur, do których ingrediencje w tym domu z pewnością się znajdą – mężczyzna zatoczył dłonią szeroki łuk, wskazując na pęczki ziół i mieszki z nieokreśloną zawartością licznie wiszące pod sufitem. – Mikstur takich, co natychmiast i takich, co powoli, życie odebrać potrafią. I takich co w boleściach śmierć zadadzą i takich co jak we śnie odejść z tego świata pozwolą. Bo widzicie babciu, tego na uniwersytecie nas nie nauczyli, a w pracy owe preparaty są mi niezbędne, bym mógł szybkie awanse poczynić w tej zabobonnej krainie.

Ilga przełknęła głośno ślinę, a ponieważ nie wiedziała, co odpowiedzieć, mężczyzna ciągnął dalej.

– Co do nastawania na cześć dwunastoletniego dziewczęcia, to mimo że w Polsce jest to lege artis, to jednak ja zwolennikiem niemieckiego prawa jestem i brzydzą mnie takie praktyki.

Albert przysunął dziewczynę jeszcze bliżej siebie, by z góry zajrzeć za dekolt jej bluzki. Róża zesztywniała.

– Ale siedemnaście wiosen to zupełnie inna historia – dodał. – Może wtedy za młoda byłaś, Różo, ale teraz?

Co mówiąc, złapał dziewczynę za pierś. Róża próbowała poderwać się z ławy, lecz Albert drugą ręką przytrzymał ją mocno za udo. Dziewczyna krzyknęła z bólu i usiadła.

– Więc, starucho – wychrypiał – ty będziesz spać na ławie, a my z Różą w alkierzu.

Wsunął nos w jej włosy, wciągnął głośno powietrze. Usatysfakcjonowany zapachem wywalił język, by lubieżnie polizać szyję dziewczyny.

– Puszczaj, nikczemniku! – głos Ilgi zabrzmiał zadziwiająco silnie, być może wzmocniony podmuchem chłodnego powietrza, które wdarło się przez uchylone okno. Albert, nie odrywając ust od szyi szamocącej się dziewczyny, kątem oka dostrzegł, że kobieta wstaje zza stołu. Po omacku sięgnął po wbity w blat kordelas. Dłoń trafiła w pustkę. Zerwał się na równe nogi. Ilga, choć stała wyprostowana, dłonie miała puste. Patrzyła ponad jego głową, a na jej twarzy rosło zdumienie.

W szeroko otwartym oknie stał mężczyzna koło czterdziestki w niewielkim kapelusiku z piórkiem. Zielony strój zdobił przypięty do pasa róg bawoli. W ręku trzymał kordelas z insygniami sprawiedliwości.

Albert chciał obrócić się w stronę okna, by poznać przyczynę dziwnej sytuacji, ale tym razem to Róża przytrzymała go za rękę. Zanim zdążył zidentyfikować zagrożenie, zardzewiałe ostrze zatopiło się w jego szyi. Silnie szarpnięte rozcięło gardło od grdyki po kręgosłup. Wzdłuż ławy w stronę pieca chlusnęła jasnoczerwona krew. Stojąca na drodze strumienia babka uskoczyła, zadziwiająco zwinnie jak na starowinkę, unikając obryzgania lepką cieczą. Na twarzy instygatora zastygał wyraz bezgranicznego zdumienia.

Mężczyzna w kapelusiku wciąż stał w oknie, trzymając kordelas w gotowości do ponownego użycia. Z zakrwawionego ostrza, z cichymi plaśnięciami, kapały na podłogę czerwone krople. Krew siknęła z rozciętego gardła jeszcze kilkukrotnie, po czym ustała. Po chwili ciało młodego instygatora, z głuchym łoskotem, osunęło się pod stół.

Do smolistego zapachu łuczywa dołączył nowy, metaliczny.

– Znowu przypadkiem przechodziłeś tędy, Macieju? – przerwała ciszę Ilga.

– Przechodziłem, ale nie przypadkiem – odpowiedział myśliwy, zeskakując z parapetu do wnętrza izby. – Menda naszedł mnie dzisiaj i o polowanie na wilka pięć lat temu rozpytywał. Od razu pomyślałem, że was też będzie nękał. Od godziny pod oknem siedzę i przez te szpary wszystkom słyszał.

Obie kobiety podeszły do Macieja. Ten serdecznie przytulił naraz i Ilgę, i szlochającą Różę. Gdy dziewczyna przestała łkać, Maciej obie pogłaskał po głowach i wychylił się za okno po leżący tam worek.

– Na wszelki wypadek przyniosłem – powiedział, rzucając na podłogę wielką skórę pokrytą szorstką szczeciną. – Ta z dzika jest nie z wilka, ale też się nada, bo odyniec był wielki.

Ilga pokiwała głową i poczęła nawlekać na igłę mocną dratwę.

– Tylko bagno musimy znaleźć inne, bo tamto już spalone – dodała Róża, śmiejąc się przez łzy z wypowiedzianego oksymoronu. Bo, mimo że rzeczywiście łaciny nie znała, to swój rozum miała.

Koniec

Komentarze

Witam,

 

Powiał więc mocniej i wcisnął do wnętrza

Wcisnął co do wnętrza?

 

powoli wciągnęła nosem powietrze.

Jakoś nie brzmi. Może wciągnęła powietrze do nozdrzy? Albo w ogóle zrezygnować z określania, czym, skoro pojawi się w dialogu?

 

którą jedną ręką zamaszyście wyrzuciła nad głowę, a drugą wyciągała z włosów kościaną szpilę

Skoro są czynności dokonane i niedokonane w jednym zdaniu, warto to jakoś uporządkować. Może: (…) nad głowę, drugą dłonią w międzyczasie wyciągając (…) – też nie jest przepięknie, ale trudniej się pogubić.

 

nie wyglądała już na dziarską kobietę. Zgarbiona sylwetka podparta na powyginanym kosturze i włosy niestarannie rozsypane wokół obwisłej twarzy powodowały, że wyglądała znacznie starzej.

powiedziała trzęsącym głosem

Lepiej: drżącym

 

Ilga odwróciła się głośno szurając i stukając kosturem, ruszyła w głąb chaty.

Zrozumiałem po interpunkcji, że szurała i stukała w trakcie odwracania się, czy taka była intencja?

 

mocnymi rysami i zaczesanymi na bok lśniącymi włosami, wyglądało niemal jak wyrzeźbione.

Babka zmrużyła powieki. W tym gładkim obliczu przybysza

Zastrajkowała mi wyobraźnia, bo mocne rysy odczytałem jako ostre, wyraźnie zaznaczone, a potem pojawia się ‘gładkie”

 

kąciki jej wąskich ust uniosły się nawet na chwilę w czymś, co od biedy można było uznać za uśmiech.

Troszkę przekombinowane jak na mój gust.

 

izbie wypełniła woń pasternaku

izbę wypełniła (…)

 

Światło z łuczyw odbijane przez metal, rzucało na twarze biesiadników migotliwe refleksy.

Mosiądz był aż tak wypolerowany? Bo klinga zardzewiała.

 

torby ponownie, by tym razem wyciągnąć z niej mieszek, z którego wysypał garść ludzkich zębów w tym jeden złoty.

“ponownie” można się pozbyć, stwarza wrażenie dwóch grzybków w barszczu (choć u nich zupa grzybowa gęsta :) )

 

wskazując na licznie pęczki ziół i mieszki z nieokreśloną zawartością wiszące pod sufitem

Coś tu się posypało ze składnią, albo miało być “liczne”

 

– Puszczaj nikczemniku – głos Ilgi zabrzmiał zadziwiająco silnie,

A wykrzyknik? I przecinek według uznania…

 

się w jego szyi, Silnie

Kropka zamiast przecinka

 

 

Podobało mi się sprawne prowadzenie akcji – opowiadanie samo zachęcało do czytania, napięcie stopniowo rosło, sygnalizowałeś wyraźnie (ale nie nachalnie) czytelnikowi, że coś się nie zgadza. Zakończenie też zgrabne (trochę makabryczne, czy muszą go jakoś poćwiartować, żeby się zmieścił do dzika?). Ładnie opisane reakcje i uczucia bohaterów, dużo mimiki i gestów, zasada “pokaż, nie opisuj” spełniona w 100%. Od dziś przejeżdżając przez Fordon będę pamiętał o Róży (ciekawe, czy ma coś wspólnego z dziewczyną z przystanku? ;) ).

Zalew Koronowski to dobre miejsce na kajak, można pływać cały dzień i się nie znudzić.

 

Warto jeszcze przejrzeć ewentualne powtórzenia, gdzieś zauważyłem siękozę, ale potem mi umknęła, więc nie jest bardzo dokuczliwa. Stylizację łyknąłem, ale nie jestem ekspertem :)

Marzanie, każda z Twoich uwag dała mi do myślenia i prawdę mówiąc, z każdej w jakimś stopniu skorzystałem. Poza tym dodałem, że to duży odyniec był, żeby nie trzeba było Gnębyszewskiego ćwiartować. wink A Różę przywołuję jako kwintesencję kobiecości/dziewczęcości. I tak – coś mają wspólnego ze sobą obie dziewczyny. smiley

 

Cieszę się, że spodobało Ci się prowadzenie akcji. Takie uznanie, od konkursowego championa, to zaszczyt.

 

Dziękuję za klik.

 

No tośmy sobie, ..., polatali!

Solidnie, po tytule sądziłem, że będzie oklepanie, a wyszło dość pomysłowo. Detale historyczne ładnie wplecione.

Tymczasowy lakoński król

Takie uznanie, od konkursowego championa

Taki ze mnie champion, jak z kulawej chabety, co zobaczyła koniczynę za linią mety :) Pisanie to roller coaster, raz w górę, raz w dół, więc bynajmniej się nie przyzwyczajam. Poza tym, jeśli zwracamy uwagę na to kto co wygrał,. to szukamy na tym forum również uznania i potwierdzenia wartości. Więc zawczasu schowałem się w ogródku wyzwań tygodniowych, gdzie chodzi głównie o to, żeby uczyć się od siebie nawzajem.

A to jest po prostu dobre opowiadanie, tylko widzę, że Loża i dyżurni są przeciążeni ilością materiału do skomentowania, więc jak dotąd nikt go nie ruszył, a szkoda. Do serii “Cuiava” też nie ustawia się kolejka, a z odcinka na odcinek jest tam lepiej. Wszyscy się rozwijamy i trzeba się z tego cieszyć. 

OneTwo, dzięki za odwiedziny, przeczytanie i komentarz. Super, że się podobało. 

No tośmy sobie, ..., polatali!

Przyjemna historia. Lubię przeróbki klasycznych bajek i ta mi się spodobała. Ma to sens!

Śledztwo proste, ale rozsądnie prowadzone. A że straszni szowiniści w tym zawodzie pracują, to już insza inszość.

Babska logika rządzi!

Hejka!

Opowiadanie naprawdę ma świetny klimat – od początku czuć ten mrok i napięcie, które gdzieś tam cały czas się utrzymuje. Bardzo podobał mi się język, taki stylizowany, ale nadal przyjemny w odbiorze. Postacie też są wyraziste, szczególnie babcia – z taką się nie zadziera haha. Momentami trochę zwalniało i miałam wrażenie, że akcja stoi w miejscu, ale końcówka z kolei przyszła aż za szybko. Mimo to całość czytało mi się dobrze.

Córce często opowiadam bajkę o Czerwonym Kapturku, bo ją uwielbia, ale na taką wersję to jeszcze będzie musiała kilka lat poczekać laugh

Klikam i pozdrawiam!

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Finklo, betweenthelines – pisanie opowiadania ze świadomością, że to Wy może je przeczytacie, jest dużą przyjemnością.smiley

Bardzo dziękuję za lekturę, komentarz i kliki. 

No tośmy sobie, ..., polatali!

Proszę bardzo, możesz pisać następne. ;-)

Babska logika rządzi!

Myślałam, Berigu, że o Czerwonym Kapturku wiem wszystko. Jakże się myliłam!

Na szczęście dobrze poznałeś przeszłość swojego miasta i jego okolic, skutkiem czego powstało bardzo zacne opowiadanie, napisane tak malowniczo, że podczas jego lektury miałam wrażenie osobistego obserwowania kolejnych wydarzeń.

Żywię nadzieję, że to pierwsza prawdziwa wersja baśni, że teraz możemy czekać na kolejne, zaskakujące i przedstawione równie zajmująco.

Ufam, że poprawisz usterki, więc szparko pomykam do klikarni.

 

Je­sien­ny wie­czór roz­siadł się nad Wiel­kim Borem i za­brał za swoje zwy­czaj­ne ob­rząd­ki. → Je­sien­ny wie­czór roz­siadł się nad Wiel­kim Borem i za­brał do swoich zwyczajnych obrządków.

http://filologpolski.blogspot.com/2016/11/brac-siewziac-sie-za-cos-brac-siewziac.html

 

Zgar­bio­na syl­wet­ka pod­par­ta na po­wy­gi­na­nym ko­stu­rze… → Zgar­bio­na syl­wet­ka wsparta na po­wy­gi­na­nym ko­stu­rze… Lub: Zgar­bio­na syl­wet­ka pod­par­ta powyginanym kosturem

Podpieramy się czymś, na czymś możemy się wesprzeć.

 

– Bę­dzie­my mieli go­ścia – po­wie­dzia­ła drżą­cym gło­sem. → W chatce mieszkały dwie kobiety, więc: – Bę­dzie­my miały go­ścia – po­wie­dzia­ła drżą­cym gło­sem.

Choć zdaję sobie sprawę, żer Ilga nie musiała mówić poprawnie.

 

i ko­stu­rem wska­za­ła na wnę­trze izby. → …i ko­stu­rem wska­za­ła wnę­trze izby.

Wskazujemy coś, nie na coś.

 

Al­bert wy­cią­gnął zza poły ka­fta­na po­dróż­ną łyżkę… → Czy na pewno wyciągnął łyżkę zza poły?

A może miało być: Al­bert wy­cią­gnął z zanadrza/ zza pazuchy ka­fta­na po­dróż­ną łyżkę

 

– A cóż to, babciu, straszysz kawalera? Przecie to w opowieściach o Babie Jadzedzieci przed wiedźmą uciekają. → – A cóż to, babciu, straszysz kawalera? Przecie to w opowieściach o Babie Jadze dzieci przed wiedźmą uciekają.

Unikaj dodatkowych półpauz w dialogach; sprawiają ze zapis staje się mniej czytelny.

 

wy­cią­gnął ze swo­jej torby słój z burą za­war­to­ścią. → Czy zaimek jest konieczny?

 

Nie zra­żo­ny mil­cze­niem ko­biet… → Niezra­żo­ny mil­cze­niem ko­biet

 

Czy tak jak Twój po­przed­nik przy­sze­dłeś tu… → Czy tak jak twój po­przed­nik przy­sze­dłeś tu

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Po chwi­li, z ci­chym tąp­nię­ciem, ciało mło­de­go in­sty­ga­to­ra osu­nę­ło się pod stół. → Obawiam się, że upadające ciało nie tąpnęło.

 

Ten ser­decz­nie przy­tu­lił na raz i Ilgę, i szlo­cha­ją­cą Różę. → Ten ser­decz­nie przy­tu­lił naraz/ jednocześnie i Ilgę, i szlo­cha­ją­cą Różę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jesienny wieczór rozsiadł się nad Wielkim Borem i zabrał za swoje zwyczajne obrządki. → Jesienny wieczór rozsiadł się nad Wielkim Borem i zabrał do swoich zwyczajnych obrządków.

http://filologpolski.blogspot.com/2016/11/brac-siewziac-sie-za-cos-brac-siewziac.html

Okołopołudniowa Regs rozsiadła się nad rzekomo dopieszczonym tekstem i zabrała do swoich zwyczajnych obrządków. Bez zbędnych ceregieli wyprostowała odmiany, wytrzebiła przydawki, naprawiła kolokacje, tu i ówdzie boleśnie uświadomiła autorowi braki w wykształceniu, a na koniec, z właściwą sobie czułością, powytykała nonsensy. wink

 

Jak to dobrze, że z nami jesteś Regssmiley

 

Bardzo dziękuję za poprawki i wskazówki – już je naniosłem 

No tośmy sobie, ..., polatali!

Berigu, bardzo podoba mi się Twój komentarz – jest taki miły, ciepły i motywujący. Wzruszyłam się, czytając go i bardzo się cieszę, że doceniasz to, co robię. 

Życzę Ci samych sukcesów w dalszej pracy twórczej. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć,

 

czemu w tytule bez przecinka?

 

Instygator – w dawnym prawie polskim oskarżyciel publiczny, po raz pierwszy ustanowiony w konstytucji sejmowej w 1557 r. jako instygator królewski. W XVI w. pojawili się instygatorzy jako urzędnicy przy sądach szlacheckich, później instygatorzy miejscy oraz instygatorzy grodzcy. Odpowiednik dzisiejszego prokuratora śledczego.

To w sumie równie dobrze mogło znaleźć się w przedmowie

 

Gdy materiał opadł jej na ramiona, nie wyglądała już na dziarską kobietę.

– W pięć lat kolejne wilki nastały w borze – głos młodzieńca stwardniał.

Raczej kropka i z wielkiej

 

– Mistrz na zakupy mnie wysłał, więc i w pieniądz wyposażył. Nie dla siebie je niosę, lecz dla warsztatu – odparł Albert.

Więc lekką ręką wydaje 30 groszy?

 

Wraz z kordelasem, będącym insygnium władzy instygatora, bagno wypluło ze swych czeluści resztki wilczej sierści

5 lat i sierść przetrwała?

 

Zaskoczyłeś tą historią. Myślałam, że będziesz po prostu ogrywać dobrze znaną bajkę, ale ująłeś to w zupełnie inne ramy i wyszło ciekawie. Klikam zatem :)

Those who don't believe in magic will never find it

Cześć OldGuard,

Dzięki za odwiedziny.

 

To w sumie równie dobrze mogło znaleźć się w przedmowie

Kiedy pisałem opowiadanie, słowo „instygator” wydawało mi się na tyle niezwykłe, że czułem się zobowiązany wyjaśnić, co oznacza. W międzyczasie przeczytałem jednak Sezon burz Sapkowskiego i przestało mi się ono wydawać aż tak niespotykane. smiley Mimo to chcę je zostawić, bo:

pojawia się w tytule

opis odsuwa trochę myśl czytelnika od skojarzenia ze standardową historią o Czerwonym Kapturku.

– W pięć lat kolejne wilki nastały w borze – głos młodzieńca stwardniał.

Raczej kropka i z wielkiej

Też zastanawiałem się nad tym fragmentem. Może nie ma tu czasownika „paszczowego”, ale jest opis sposobu mówienia. Kropka i wielka litera sugerowałyby, że najpierw wypowiedział swoją kwestię, a dopiero potem jego głos stwardniał. A mnie chodzi o to, że te słowa od początku zostały wypowiedziane twardszym tonem.

 

– Mistrz na zakupy mnie wysłał, więc i w pieniądz wyposażył. Nie dla siebie je niosę, lecz dla warsztatu – odparł Albert.

Więc lekką ręką wydaje 30 groszy?

Ha! Czyli to może wcale nie jest czeladnik barwiarski? smiley

 

Wraz z kordelasem, będącym insygnium władzy instygatora, bagno wypluło ze swych czeluści resztki wilczej sierści

5 lat i sierść przetrwała?

A bo to wiadomo jaka chemia w tych cuchnących bagnach się wyrabia? wink

 

Przecinek w tytule dodałem, przydawkę usunąłem.


Cieszę się, że wyszło ciekawie. Dziękuję za uwagi i za klika. :)

No tośmy sobie, ..., polatali!

Czołem!

Trochę wstyd, że jako beta wypowiadam się tak późno, wybacz.

Powtórzę z bety, sprytnie ugryzłeś znaną historię i zacnie to wypadło. Najbardziej podoba mi się liniowo rosnące napięcie, nie widzę tu przestojów i tąpnięć, nie wybijasz mnie z rytmu i dajesz sygnały “oho coś jest nie tak, zaraz coś się wydarzy”. To też pudruje pewien zgrzyt, który mam, tzn. logistykę całego przedsięwzięcia.

Bo całość jest trochę trudna do uwierzenia z tym “śledczy do wilka, wilk do bagna”.

ALE 1) to baśń, więc logika jest na drugim planie, 2) napięcie i klimat to niwelują, po prostu nie mam ochoty podczas czytania o niej myśleć.

Czyli jednym zdaniem, “Panie, kupuję to!”.

 

Do biblioteki Ci klikać już nie trzeba i dobrze, bo to miejsce tego tekstu. Zresztą dostałeś kliki od ekspertów, to też o czymś świadczy.

 

Jeszcze raz wybacz opóźnienie me, miałem to cały czas w głowie, ale jakoś mi wylatywało i wracało. I gratuluję publikacji, która mogła być niełatwa, a patrząc po komentarzach powyżej, wszystkich pozytywnie zaskoczyła!

Pozdrawiam!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Hej ho! 

 

Bardzo udane opowiadanie! Przeczytałam z przyjemnością. :) 

Szczególnie spodobał mi się początek i ten jesienny wieczór, który zabiera się za swoje obrządki. To był bardzo klimatyczny wstęp. 

Sama historia też ciekawa i opowiedziana trochę z innej strony. Można się kłócić jak oni te ciała pakowali w wilcze wnętrzności, ale skoro to baśń, chyba mozna przymknac na to oko. 

 

Zgarbiona sylwetka wsparta na powyginanym kosturze i włosy niestarannie rozsypane wokół obwisłej twarzy powodowały, że sprawiała wrażenie znacznie starzej

starszej

 

Symboliczny klik! Pozdrawiam :)

Podążaj za białym królikiem.

Hej, beeeecki, Marszawo!

 

Bardzo dziękuję za przeczytanie, dobre słowo i kliki. Cieszę się, że opowiadanie zagrało klimatem i napięciem.

 

Co do upychania instygatora w skórę – pełna zgoda, czy to w wilczą, czy w dziczą, nie była to operacja dla ludzi o słabych nerwach ani standardowej wyobraźni wink. Ale tak jak piszecie – to baśń i to taka, w której wcześniej wilk najpierw połknął, potem wypluł i babcię, i wnuczkę.

Nawiasem mówiąc, mój dziadek opowiadał, że przed wojną wróble były jak gołębie, gołębie jak indyki, a indyki jak strusie. Nie da się więc wykluczyć, że i wilki, i dziki bywały wówczas odpowiednio monumentalne, by pana instygatora pomieścić bez nadmiernej ujmy dla prawdopodobieństwa. W końcu ta historia też dzieje się przed wojną. wink

 

Jeszcze raz dzięki za wizytę i miłe słowa!

No tośmy sobie, ..., polatali!

Instygator. umknął mi ten urząd w I RP. W Cuiavii wprowadziłem urząd Gończego Koronnego.  z Zżyłem się z nim. Akcja u mnie dzieje się wcześniej, więc może nie dostanę po głowie jeśli zostawię gończego.

Skóra, kamienie Wisła… już myślałem, że to nowe spojrzenie na Smoka Wawelskiego, będę miał go w Cuiavii i byłem ciekawy twojego spojrzenia na bajkę…

No ale dość o mnie.

 

Szybko rozwiewasz tajemnicę, większą część opowiadania czekałem kiedy zaszyją Albera.

Zbyt długie wywody Alberta. Czy jest prawdziwym prokuratorem? Tak się tłumaczy oszust budujący swoją legendę.

Och ten tradycyjny praworządny niemiecki Ordnung. Skrytykuj ślub z 12-sto latką a po chwili próbuj zgwałcić dziewczynę w jej chacie na oczach domowników.

Skutecznie obrzydzasz Alberta, nie czuję do niego współczucia, ale i przez to jego śmierć nie ma stawki.

Zakończenie za dużo tłumaczy. Może wystarczyłoby tylko, że przynieśli skórę, albo dziewczyna zaczęła nawlekać igłę.

dużo tłumaczysz co czytelnik ma myśleć: nie wyglądała już na dziarską kobietę, głos kogoś, kto nawykł rozkazy, Róża ewidentnie tego nie dostrzegała, tonem belfra, wymawiając z naciskiem ostatnie słowo, Przekonany, że sędziowski tasak, 

 

Biedne wilczki od wieków zbierają cięgi za to, co w rzeczywistości jest robotą zaradnych zielarek…

Cześć TheGuru!

 

Dziękuję za przeczytanie opowiadania i wnikliwy komentarz. Długo nie odpisywałem nie dlatego, że mi się nie chciało, tylko dlatego, że chciałem przemyśleć Twoje uwagi. Ty pierwszy przyjrzałeś się dokładniej strukturze opowiadania.

 

Och ten tradycyjny praworządny niemiecki Ordnung. Skrytykuj ślub z dwunastolatką, a po chwili próbuj zgwałcić dziewczynę w jej chacie na oczach domowników.

Jeśli wyczuwasz w tym fragmencie dysonans, to jest on celowy. Ma pokazać hipokryzję Alberta: z jednej strony powołuje się na polski porządek prawny, w którym ślub z dwunastolatką był możliwy, a z drugiej sam nie ma skrupułów, by dopuścić się gwałtu. Ten zgrzyt jest zamierzony.

 

Skutecznie obrzydzasz Alberta, nie czuję do niego współczucia, ale i przez to jego śmierć nie ma stawki.

Moim zamysłem było wykonanie ćwiczenia w spojrzeniu na znaną bajkę z perspektywy innej bohaterki niż tytułowa postać. Z tej racji opowiadanie miało zachować formę baśniowy, czyli ukarać tego jednoznacznie złego. Ty odczytujesz ten tekst, jak mi się wydaje, pozabaśniowo, więc oczekiwałbyś konstrukcji idącej w stronę minithrillera. To też jest dla mnie ciekawe.

 

Co do nadmiernego tłumaczenia – tu masz rację. Przepisałem niektóre fragmenty pod tym kątem.

 

Dzięki jeszcze raz za lekturę i za opinię – dała mi do myślenia.

No tośmy sobie, ..., polatali!

Nowa Fantastyka