Instygator – w dawnym prawie polskim oskarżyciel publiczny, po raz pierwszy ustanowiony w konstytucji sejmowej w 1557 r. jako instygator królewski. W XVI w. pojawili się instygatorzy jako urzędnicy przy sądach szlacheckich, później instygatorzy miejscy oraz instygatorzy grodzcy. Odpowiednik dzisiejszego prokuratora śledczego.
Jesienny wieczór rozsiadł się nad Wielkim Borem i zabrał za swoje zwyczajne obrządki. Wydłużył cienie drzew, uciszył świergot ptaków, przygasił słoneczne blaski. Mógłby jeszcze rozsypać szron na leśnych polankach, który szczególnie uroczo wyglądałby w świetle pełnego dziś księżyca, ale na takie ornamenty było jeszcze za wcześnie. W końcu dopiero co zaczął się październik.
Na jednej z polanek szeroko otwarte okiennice niewielkiej chatki nie pasowały do chłodu, ogarniającego bór. Powiał więc mocniej i wcisnął do wnętrza strącając przy tym chmurę brązowo-żółtych liści z trzech starych dębów.
Krzątające się przy wieczerzy dwie kobiety przeszył dreszcz. Starsza z nich, już siwowłosa, lecz wciąż pełna wigoru, podeszła do okiennic, ale zamiast je zamknąć, uważnie spojrzała w kierunku gościńca i powoli wciągnęła nosem powietrze.
– Wąchasz, czy są grzyby, babciu? – zapytała młodsza.
– Już nie czas na grzyby, Różyczko. Teraz czuć jeno zgniłe liście i… – kobieta ucięła w pół zdania.
– I co jeszcze, babciu?
Ilga zignorowała pytanie. Zamknęła okiennice, odruchowo uszczelniając szpary w parapecie wełnianym łachmanem. Ze skrzyni wydobyła połataną chustę, którą jedną ręką zamaszyście wyrzuciła nad głowę, a drugą wyciągała z włosów kościaną szpilę. Gdy materiał opadł jej na ramiona, nie wyglądała już na dziarską kobietę. Zgarbiona sylwetka podparta na powyginanym kosturze i włosy niestarannie rozsypane wokół obwisłej twarzy powodowały, że wyglądała znacznie starzej. Tylko jej spojrzenie pozostało tak samo bystre, jak dotąd.
– Będziemy mieli gościa – powiedziała trzęsącym głosem.
Podpierając się laską, podeszła do drzwi w sieni i oparła czoło tuż nad jedną ze szpar pomiędzy deskami. Po chwili obok stanęła dziewczyna i wyjrzała przez inną szczelinę.
Do żywopłotu podszedł ciemnowłosy młodzieniec w schludnie utrzymanym kaftanie, spiętym samodziałowym pasem, z przytroczoną torbą. Jego głowę zdobiła magierka z fantazyjnie wetkniętym piórkiem. Bardziej wyglądał na mieszkańca miasta niż na chłopa z okolicznych wiosek.
– Urodziwy – zauważyła Róża.
Panna ukończyła tego roku już siedemnaście wiosen i zwracała coraz większą uwagę na przystojnych chłopców. Staruszka spojrzała na nią karcąco i kosturem wskazała na wnętrze izby. Dziewczyna posłusznie odeszła.
W chacie rozległo się pukanie.
– Kto tam? – zapytała skrzekliwie.
– Jam Albert, czeladnik barwiarski z Koronowa – dobiegł donośny głos kogoś, kto nawykł rozkazy raczej wydawać niż przyjmować. – Do Fordonu wędruję, lecz zmierzch w drodze mnie zastał. Szukam noclegu i strawy.
– Do Fordonu mila z niewielkim okładem – odparła. – Zdążysz dojść, nim księżyc wejdzie wysoko.
– Dojść bym doszedł, nie w tym rzecz, lecz różne opowieści o tym borze słyszałem… Choćby tę o dziewczynce w czerwonej czapce i wilku, co to ją i jej babcię pięć lat temu pożarł.
– Bajki i tyle – odburknęła. – Ludzie dla postrachu takie bujdy dzieciom prawią, żeby w las same nie lazły i zaś nie pobłądziły. A jeśli nawet coś takiego by miejsce miało, to przecie dawno po wilku. Wedle historii kamieniami mu brzuch nafaszerowali i w bagnie zatopili.
– W pięć lat kolejne wilki nastały w borze – głos młodzieńca stwardniał. – Poza tym Wisła jeszcze nie całkiem ustąpiła i rozlewiska wciąż stoją gdzieniegdzie. W szarej godzinie w trzęsawisko wpaść łatwo. Dlatego proszę, odemknijcie drzwi, pani.
– Nie odemknę obcemu.
Ilga odwróciła się głośno szurając i stukając kosturem, ruszyła w głąb chaty.
– Godziwie zapłacę.
Na te słowa babka stanęła niczym przygwożdżona do drewnianej podłogi. Oparta na kosturze stała chwilę, wahając się, gdy wzrok jej padł na oblicze wnuczki. Twarz dziewczyny rozjaśniał proszący uśmiech, a kiwanie głową mówiło wyraźniej niż słowa – pozwól mu wejść.
Staruszka burknęła pod nosem coś o tym, że pewnie znowu będzie tego żałowała i zawróciła do drzwi. Zasuwa zaskrzypiała, drzwi ustąpiły. W blasku łuczywa oblicze młodzieńca, z mocnymi rysami i zaczesanymi na bok lśniącymi włosami, wyglądało niemal jak wyrzeźbione.
Babka zmrużyła powieki. W tym gładkim obliczu przybysza kryła się szorstkość, która, podobnie jak świdrujące spojrzenie, nie pasowała do młodzieńczej twarzy. Róża ewidentnie tego nie dostrzegała. Wpatrywała się w brązowe oczy młodzieńca, bezwiednie poprawiając kosmyk włosów, choć ten wcale jej na czoło nie spadał.
– Ława z siennikiem i miska strawy, piętnaście groszy – oschle rzuciła Ilga.
Albert najpierw uprzejmie się skłonił, dokładnie zawarł za sobą drzwi, po czym zza pazuchy wyjął pobrzękujący trzos.
– Zapach taki piękny po izbie się rozchodzi, że chętnie zapłacę. A jeśli jeszcze kubek piwa znajdziecie, bym w towarzystwie tak miłych pań gardło z kurzu mógł przepłukać, rad będę podwójnie – ciągnął, przeliczając miedziaki. – Z przyjemnością dam tedy nie piętnaście, a groszy trzydzieści.
Babka wciąż mierzyła go podejrzliwym wzrokiem, lecz już mniej ostrym niż przed chwilą. Gdy do jej dłoni wpadł stosik brązowych krążków, kąciki jej wąskich ust uniosły się nawet na chwilę w czymś, co od biedy można było uznać za uśmiech.
– Za trzydzieści to i dwa kubki piwa znajdę – mruknęła.
Atmosfera, która jeszcze przed momentem dusiła izbę, szybko się rozluźniła. Albert wyciągnął zza poły kaftana podróżną łyżkę i przysiadł z boku stołu tak, by ponad ramieniem babki widzieć drzwi, a za plecami dziewczyny okno.
Róża krzątała się z ożywieniem. Na środku stołu postawiła parujący garniec zupy, aż gęstej i ciemnej od grzybów. Gdy drewnianą warząchwią nalewała polewkę do glinianych misek, izbie wypełniła woń pasternaku i czosnku niedźwiedziego. Do każdej porcji dołożyła kawał jeszcze ciepłego chleba z kminkiem, którego chrupiąca skórka okrywała sprężysty i świeży miąższ. Ilga w tym czasie zniknęła w komnatce, by po chwili wynieść z niej dzban ciemnego piwa, pachnącego karmelem i dymem.
Rozmowa toczyła się lekko. Na początek, jak to jest w zwyczaju, o pogodzie i o stanie dróg, a później także o fordońskim targu, na który młodzian wybierał się następnego dnia, i o sukienniczym rzemiośle.
– Dobrze wam ten interes w Koronowie musi prosperować, skoro jako czeladnik tak wypchany trzos nosisz – zagadała babka.
– Mistrz na zakupy mnie wysłał, więc i w pieniądz wyposażył. Nie dla siebie je niosę, lecz dla warsztatu – odparł Albert.
– Ha, to pewnie i siłę masz wielką – drwiąco indagowała babka. – Ile bel sukna zdołasz sam na plecach do Koronowa przytaszczyć?
Tym razem młodzieniec nie odpowiedział od razu. Sięgnął po kubek i w skupieniu upił długi łyk.
– Nie sukna idę brać, lecz barwniki – powiedział, odstawiając naczynie. – Te w torbie pomieszczę.
– A czemuż to do Fordonu, a nie do słynnych bydgoskich garbarzy? – zapytała Róża, przechylając głowę. – Bliżej tam z Koronowa i trakt bezpieczniejszy, niż ten przez środek boru, wiedzie.
– A skąd bydgoscy garbarze biorą pigmenty? Z Fordonu właśnie – szybko odpowiedział czeladnik. – I dlatego nie mam zamiaru przepłacać u pośredników, skoro mogę kupić taniej u źródła. – Spojrzał na dziewczynę, pogładził ją po włosach. – Urody ci zaprzeczyć nie można, ale o barwniczym fachu wiesz tyle, co koza o łacinie – dodał z wyższością.
Róża rozciągnęła wargi w wymuszonym uśmiechu. Radosne iskierki w jej oczach przyblakły. Zapadała niezręczna cisza.
– A może zdejmiesz kaftan, panie Albercie? – zapytała babka, unosząc brew. – Ciepło tu od pieca, aż krople potu stanęły ci na czole.
Albert uśmiechnął się kwaśno i pokręcił głową.
– Pozwólcie, dobra kobieto, że zostanę tak, jak mi najwygodniej.
Mówiąc to, sięgnął za pazuchę i wyjął stamtąd haftowaną, białą chustkę. Kiedy osuszał nią czoło, Ilga z uwagą powiodła wzrokiem za jego dłonią.
Dla ożywienia markotnej atmosfery Róża rezolutnie nalała wszystkim kolejny kubek piwa. Napitek smakował wybornie – jeżynami i palonym słodem. Z każdym łykiem babka coraz bardziej się odprężała. Mówiła wylewniej, niż zwykła przy obcych. Róża posyłała Albertowi otwarty uśmiech, z delikatnie przechyloną głową, ilekroć zabierał głos. On także śmiał się razem z nimi, a jednak raz po raz jego wzrok uciekał ponad ramię dziewczyny.
– A na cóż to tak w okno spozieracie? – rzuciła babka z błyskiem w oku. – Czyżbyście to drogi ucieczki szukali?
Róża parsknęła śmiechem.
– A cóż to, babciu, straszysz kawalera? Przecie to w opowieściach o Babie Jadze – dzieci przed wiedźmą uciekają. O Czerwonym Kapturku to inna była historia.
Albert poprawił się na mało wygodnym stołku i oparłszy łokieć o stół, przywołał na twarz nonszalancką minę.
– Skoro już o bajkach mowa… – zagaił – wszyscy, którzy tę o Czerwonym Kapturku opowiadają, wspominają o polanie, na której trzy dęby stały i o chacie ogrodzonej leszczynowym żywopłotem. A patrzcie tu, są i dęby, i żywopłot, i chatka. W niej babcia i wnuczka. Już nie dziecię, lecz panna piękna i dorodna – mówiąc to, posłał dziewczynie powłóczyste spojrzenie. – Historia głosi, że zdarzyło się to pięć lat temu, więc onegdaj dwunastolatka ile miałaby dzisiaj wiosen?
Róża zbladła.
– Nie ma tu żadnego Czerwonego Kapturka, jest Róża – zaprzeczyła dziewczyna, kładąc nacisk na swoje imię.
– Oj, czyż mnie nie okłamujecie?
Albert wstał od stołu, podszedł do okna i wziął do ręki materiał zatykający szpary parapetu. Gdy go rozprostował, biesiadnicy ujrzeli mocno spłowiały różowo-szary kaptur.
– Pięć lat temu ten kaptur lśnił zapewne czerwienią – stwierdził z przekonaniem.
Obie kobiety zamilkły. Róża, przygryzając policzek, patrzyła w kąt izby. Ilga wzrokiem świdrowała młodzieńca.
– Aleś nam tu wielką nowinę objawił – prychnęła w końcu babka, przerywając niezręczną ciszę. – Tak, to ta chata, te dęby i ta historia. Cała wieś o zabitym tu wilku paplała. I właśnie dlatego Róża… a nie żaden Czerwony Kapturek, nie miała we wsi życia. Ciągle ją ludzie rozpytywali, ciągle kazali opowiadać i wcale nie dbali o to, czy dziewczynka rada tę historię wspominać.
– My nie łgarze, a zwyczajnie zapomnieć wolimy – podsumowała wnuczka.
Ilga upiła łyk piwa i ciągnęła dalej.
– Za to ty, młodzieńcze, prawdę przed nami jakowąś skrywasz. Ja stara jestem i barwiarza nie raz widziałam. Ręce w strupach u co drugiego, a kolorowe plamy na paluchach u każdego znaleźć można. Twoja dłoń zaś gładka i biała jak u jaśniepana.
Albert spłowiałym kapturem otarł pot z czoła, rozchylił okno, wpuszczając do izby strużkę zimnego powietrza i przysiadł na ławie obok Róży. Dziewczyna odsunęła się, chcąc zrobić mu więcej miejsca, lecz młodzieniec, objąwszy ją wpół, z powrotem przysunął do siebie.
– Bom po prawdzie nie barwiarz, a instygator sądu ławniczego w Fordonie. – Młody mężczyzna spojrzał wyczekująco na obie kobiety, a gdy te milczały, kontynuował – objąłem wakat instygatorski po zaginionym pięć lat temu, świętej pamięci Rudolfie Gnębyszewskim.
– Wiele rzeczy można o imć Gnębyszewskim powiedzieć, ale nie to, że pamięci był świętej – Ilga z naciskiem wymówiła ostatnie słowo.
– Świętość Rudolfa nie jest naturą mojego śledztwa – rzekł chłodno.
– A co jest? – zapytała Róża, patrząc na młodzieńca, jakby właśnie zobaczyła go po raz pierwszy.
– Nowe poszlaki, które wraz z ustąpieniem powodzi, że tak powiem, wypłynęły. – Co mówiąc, sięgnął do torby. – Gdy woda opadła, na brzegu niegdysiejszego bagna znaleziono to…
Albert rozpiął kaftan, sięgnął za plecy i wyciągnął kordelas, o krótkim, lecz ciężkim i szerokim ostrzu. Krawędzie klingi przeżarła rdza, ale mosiężna rękojeść zachowała się bez uszczerbku. Na środku uchwytu wybito insygnia sądowej władzy – waga i krzyż.
Wszyscy utkwili wzrok w groźnie wyglądającym orężu. Światło z łuczyw odbijane przez metal, rzucało na twarze biesiadników migotliwe refleksy.
– I cóż z tego waść wnosisz? – zapytała babka, marszcząc brwi.
– A no to, że Rudolf Gnębyszewski instygator sądu ławniczego w tym domu zamordowany został! – wycedził przez zęby Albert, z impetem wbijając kordelas w blat stołu.
– Tu?! A to żartowniś z waści, ha, ha! – roześmiała się babka ponad miarę głośno. Kątem oka zerkała na Alberta i widząc, że jej nie wtóruje, zamilkła. – Jak żeś sobie to, panie instygatorze, wykoncypował? – zapytała kpiąco.
– A całkiem prosto. – Albert, ewidentnie oczekując takiego pytania, wyciągnął ze swojej torby słój z burą zawartością. – Wraz z kordelasem, będącym insygnium władzy instygatora, bagno wypluło ze swych czeluści resztki wilczej sierści. – Co mówiąc, wysypał na stół zawartość naczynia. Na blat upadły kawałki włochatej skóry. Po izbie rozszedł się smród rozkładu.
Ilga rozłożyła szeroko ręce w teatralnym geście kompletnego braku zrozumienia. Mężczyzna przewrócił oczami i tonem belfra, który tłumaczy po raz kolejny oczywistą rzecz tępym uczniom, zaczął wyjaśniać.
– Same przed chwilą powiedziałyście, że to w tej chacie pięć lat temu uśmiercono wilka, tak?
Babka wzruszyła lekceważąco ramionami. Róża w ogóle nie zareagowała. Od momentu wbicia w stół kordelasa, swój wzrok utkwiła w symbolu wagi i miecza.
Nie zrażony milczeniem kobiet młody instygator ciągnął dalej swój wywód.
– Cielsko wilka pierwej rozpruto, po czem kamieniami, ponoć, wypełniono, zaszyto i na furmance do pobliskiego bagna odwieziono. Tam, w obecności kilkorga okolicznych kmieci, zatopiono. Tak?
– To, że był w nim kordelas, nic nie znaczy – powiedziała babka, ponownie wzruszając ramionami. – Bestia mogła znaleźć w lesie zagubione ostrze i w swojej głupocie pożreć.
– Nie, nie, nie! – Albert sięgnął do torby ponownie, by tym razem wyciągnąć z niej mieszek, z którego wysypał garść ludzkich zębów w tym jeden złoty. – W tych stronach jeden tylko paradował ze złotem w ustach i był nim nie kto inny jak pan instygator Rudolf Gnębyszewski.
– Ten wilk, ta bestia przez wiele lat w okolicy polowała, zanim go myśliwy Maciej ustrzelił. Widać wcześniej imć Rudolfa połknąć musiał – wyrzuciła z siebie Ilga. – Wraz z kordelasem.
W izbie zaległa cisza. Babka z założonymi rękoma spoglądała na Alberta, Róża na kordelas, a młodzieniec to na jedną, to na drugą. W końcu parsknął i zaśmiał się tak szczerze, że obiema wypielęgnowanymi dłońmi brzuch przytrzymywać musiał. Po kilku chwilach spoważniał i wycedził.
– Ta bajka o wilku połykającym ludzi w całości, dobra jest dla kmieci. A ja światły człek jestem, nauki prawnicze na uniwersytecie w Halle pobierałem. Mnie takich bzdur nie wmówicie.
Przez uchylone okno noc dmuchnęła chłodnym powietrzem. Babka, naciągając chustę głębiej na ramiona, przesiadła się naprzeciwko Róży i Alberta. Oparła łokcie na stole i twardo spojrzała w oczy mężczyzny.
– Czego zatem waść chcesz? Czy tak jak Twój poprzednik przyszedłeś tu eliksiru młodości od rzekomej wiedźmy żądać? I tak jak on, na cześć dziewczynki nastawać będziesz? A wszystko to pod groźbą spalenia mnie na stosie za czary? To powiem waści, że eliksiru młodości nie mam, nie miałam i mieć nie będę, bom nie czarownica, a zwykła zielarka. W zdrowiu mogę pomóc, ale ani piękności, ani młodego wieku nie przywrócę.
Albert przeczesał palcami kruczoczarne włosy.
– Ani młodości, ani urody mi nie braknie. Za to potrzeba mi kilku mikstur, do których ingrediencje w tym domu z pewnością się znajdą – mężczyzna zatoczył dłonią szeroki łuk, wskazując na licznie pęczki ziół i mieszki z nieokreśloną zawartością wiszące pod sufitem. – Mikstur takich, co natychmiast i takich, co powoli życie odebrać potrafią. I takich co w boleściach śmierć zadadzą i takich co jak we śnie odejść z tego świata pozwolą. Bo widzicie babciu, tego na uniwersytecie nas nie nauczyli, a w pracy owe preparaty są mi niezbędne, bym mógł szybkie awanse poczynić w tej zabobonnej krainie.
Ilga przełknęła głośno ślinę, a ponieważ nie wiedziała, co odpowiedzieć, mężczyzna ciągnął dalej.
– Co do nastawania na cześć dwunastoletniego dziewczęcia, to mimo że w Polsce jest to lege artis, to jednak ja zwolennikiem niemieckiego prawa jestem i brzydzą mnie takie praktyki.
Albert przysunął dziewczynę bliżej do siebie, by z góry zajrzeć za dekolt jej bluzki. Róża zesztywniała.
– Ale siedemnaście wiosen to zupełnie inna historia – dodał. – Może wtedy za młoda byłaś, Różo, ale teraz?
Co mówiąc, złapał dziewczynę za pierś. Róża próbowała poderwać się z ławy, lecz Albert drugą ręką przytrzymał ją mocno za udo. Dziewczyna, krzyknęła z bólu i usiadła.
– Więc, starucho – wychrypiał – ty będziesz spać na ławie, a my z Różą w alkierzu.
Wsunął nos w jej włosy, wciągnął głośno powietrze. Usatysfakcjonowany zapachem wywalił język, by lubieżnie polizać szyję dziewczyny.
– Puszczaj nikczemniku – głos Ilgi zabrzmiał zadziwiająco silnie, być może wzmocniony podmuchem chłodnego powietrza, które wdarło się przez uchylone okno. Albert, nie odrywając ust od szyi szamocącej się dziewczyny, kątem oka dostrzegł, że kobieta wstaje zza stołu. Po omacku sięgnął po wbity w blat instygatorski kordelas, lecz dłoń trafiła w pustkę. Przekonany, że sędziowski tasak wzięła w ręce staruszka, zerwał się na równe nogi. Ilga, choć stała wyprostowana, dłonie miała puste. Patrzyła ponad jego głową, a na jej twarzy rosło zdumienie.
W szeroko otwartym oknie stał mężczyzna koło czterdziestki w niewielkim kapelusiku z piórkiem. Zielony strój zdobił przypięty do pasa róg bawoli. W ręku trzymał kordelas z insygniami sprawiedliwości.
Albert chciał obrócić się w stronę okna, by poznać przyczynę dziwnej sytuacji, ale tym razem to Róża przytrzymała go za rękę. Zanim zdążył zidentyfikować zagrożenie, zardzewiałe ostrze zatopiło się w jego szyi, Silnie szarpnięte rozcięło gardło od grdyki po kręgosłup. Wzdłuż ławy w stronę pieca chlusnęła jasnoczerwona krew. Stojąca na drodze strumienia babka uskoczyła, zadziwiająco zwinnie jak na starowinkę, unikając obryzgania lepką cieczą. Na twarzy instygatora zastygał wyraz bezgranicznego zdumienia.
Mężczyzna w kapelusiku wciąż stał w oknie, trzymając kordelas w gotowości do ponownego użycia. Z zakrwawionego ostrza, z cichymi plaśnięciami, kapały na podłogę czerwone krople. Krew siknęła z rozciętego gardła jeszcze kilkukrotnie, po czym ustała. Po chwili, z cichym tąpnięciem, ciało młodego instygatora osunęło się pod stół.
Do smolistego zapachu łuczywa wypełniającego izbę, dołączył nowy, metaliczny.
– Znowu przypadkiem przechodziłeś tędy, Macieju? – przerwała ciszę Ilga.
– Przechodziłem, ale nie przypadkiem – odpowiedział myśliwy, zeskakując z parapetu do wnętrza izby. – Menda naszedł mnie dzisiaj i o polowanie na wilka pięć lat temu rozpytywał. Od razu pomyślałem, że was też będzie nękał. Od godziny pod oknem siedzę i przez te szpary wszystkom słyszał.
Obie kobiety podeszły do Macieja. Ten serdecznie przytulił na raz i Ilgę, i szlochającą Różę. Gdy dziewczyna przestała łkać, Maciej obie pogłaskał po głowach i wychylił się za okno po leżący tam worek.
– Na wszelki wypadek przyniosłem – powiedział, rzucając na podłogę wielką skórę pokrytą szorstką szczeciną. – Ta z odyńca jest nie z wilka, ale też się nada.
Ilga pokiwała głową i poczęła nawlekać na igłę mocną dratwę.
– Tylko bagno musimy znaleźć inne, bo tamto już spalone – dodała Róża, śmiejąc się przez łzy z wypowiedzianego oksymoronu. Bo, mimo że rzeczywiście łaciny nie znała, to swój rozum miała.
Jesienny wieczór rozsiadł się nad Wielkim Borem i zabrał za swoje zwyczajne obrządki. Wydłużył cienie drzew, uciszył świergot ptaków, przygasił słoneczne blaski. Mógłby jeszcze rozsypać szron na leśnych polankach, który szczególnie uroczo wyglądałby w świetle pełnego dziś księżyca, ale na takie ornamenty było jeszcze za wcześnie. W końcu dopiero co zaczął się październik.
Na jednej z polanek szeroko otwarte okiennice niewielkiej chatki nie pasowały do chłodu, ogarniającego bór. Powiał więc mocniej i wcisnął do wnętrza strącając przy tym chmurę brązowo-żółtych liści z trzech starych dębów.
Krzątające się przy wieczerzy dwie kobiety przeszył dreszcz. Starsza z nich, już siwowłosa, lecz wciąż pełna wigoru, podeszła do okiennic, ale zamiast je zamknąć, uważnie spojrzała w kierunku gościńca i powoli wciągnęła nosem powietrze.
– Wąchasz, czy są grzyby, babciu? – zapytała młodsza.
– Już nie czas na grzyby, Różyczko. Teraz czuć jeno zgniłe liście i… – kobieta ucięła w pół zdania.
– I co jeszcze, babciu?
Ilga zignorowała pytanie. Zamknęła okiennice, odruchowo uszczelniając szpary w parapecie wełnianym łachmanem. Ze skrzyni wydobyła połataną chustę, którą jedną ręką zamaszyście wyrzuciła nad głowę, a drugą wyciągała z włosów kościaną szpilę. Gdy materiał opadł jej na ramiona, nie wyglądała już na dziarską kobietę. Zgarbiona sylwetka podparta na powyginanym kosturze i włosy niestarannie rozsypane wokół obwisłej twarzy powodowały, że wyglądała znacznie starzej. Tylko jej spojrzenie pozostało tak samo bystre, jak dotąd.
– Będziemy mieli gościa – powiedziała trzęsącym głosem.
Podpierając się laską, podeszła do drzwi w sieni i oparła czoło tuż nad jedną ze szpar pomiędzy deskami. Po chwili obok stanęła dziewczyna i wyjrzała przez inną szczelinę.
Do żywopłotu podszedł ciemnowłosy młodzieniec w schludnie utrzymanym kaftanie, spiętym samodziałowym pasem, z przytroczoną torbą. Jego głowę zdobiła magierka z fantazyjnie wetkniętym piórkiem. Bardziej wyglądał na mieszkańca miasta niż na chłopa z okolicznych wiosek.
– Urodziwy – zauważyła Róża.
Panna ukończyła tego roku już siedemnaście wiosen i zwracała coraz większą uwagę na przystojnych chłopców. Staruszka spojrzała na nią karcąco i kosturem wskazała na wnętrze izby. Dziewczyna posłusznie odeszła.
W chacie rozległo się pukanie.
– Kto tam? – zapytała skrzekliwie.
– Jam Albert, czeladnik barwiarski z Koronowa – dobiegł donośny głos kogoś, kto nawykł rozkazy raczej wydawać niż przyjmować. – Do Fordonu wędruję, lecz zmierzch w drodze mnie zastał. Szukam noclegu i strawy.
– Do Fordonu mila z niewielkim okładem – odparła. – Zdążysz dojść, nim księżyc wejdzie wysoko.
– Dojść bym doszedł, nie w tym rzecz, lecz różne opowieści o tym borze słyszałem… Choćby tę o dziewczynce w czerwonej czapce i wilku, co to ją i jej babcię pięć lat temu pożarł.
– Bajki i tyle – odburknęła. – Ludzie dla postrachu takie bujdy dzieciom prawią, żeby w las same nie lazły i zaś nie pobłądziły. A jeśli nawet coś takiego by miejsce miało, to przecie dawno po wilku. Wedle historii kamieniami mu brzuch nafaszerowali i w bagnie zatopili.
– W pięć lat kolejne wilki nastały w borze – głos młodzieńca stwardniał. – Poza tym Wisła jeszcze nie całkiem ustąpiła i rozlewiska wciąż stoją gdzieniegdzie. W szarej godzinie w trzęsawisko wpaść łatwo. Dlatego proszę, odemknijcie drzwi, pani.
– Nie odemknę obcemu.
Ilga odwróciła się głośno szurając i stukając kosturem, ruszyła w głąb chaty.
– Godziwie zapłacę.
Na te słowa babka stanęła niczym przygwożdżona do drewnianej podłogi. Oparta na kosturze stała chwilę, wahając się, gdy wzrok jej padł na oblicze wnuczki. Twarz dziewczyny rozjaśniał proszący uśmiech, a kiwanie głową mówiło wyraźniej niż słowa – pozwól mu wejść.
Staruszka burknęła pod nosem coś o tym, że pewnie znowu będzie tego żałowała i zawróciła do drzwi. Zasuwa zaskrzypiała, drzwi ustąpiły. W blasku łuczywa oblicze młodzieńca, z mocnymi rysami i zaczesanymi na bok lśniącymi włosami, wyglądało niemal jak wyrzeźbione.
Babka zmrużyła powieki. W tym gładkim obliczu przybysza kryła się szorstkość, która, podobnie jak świdrujące spojrzenie, nie pasowała do młodzieńczej twarzy. Róża ewidentnie tego nie dostrzegała. Wpatrywała się w brązowe oczy młodzieńca, bezwiednie poprawiając kosmyk włosów, choć ten wcale jej na czoło nie spadał.
– Ława z siennikiem i miska strawy, piętnaście groszy – oschle rzuciła Ilga.
Albert najpierw uprzejmie się skłonił, dokładnie zawarł za sobą drzwi, po czym zza pazuchy wyjął pobrzękujący trzos.
– Zapach taki piękny po izbie się rozchodzi, że chętnie zapłacę. A jeśli jeszcze kubek piwa znajdziecie, bym w towarzystwie tak miłych pań gardło z kurzu mógł przepłukać, rad będę podwójnie – ciągnął, przeliczając miedziaki. – Z przyjemnością dam tedy nie piętnaście, a groszy trzydzieści.
Babka wciąż mierzyła go podejrzliwym wzrokiem, lecz już mniej ostrym niż przed chwilą. Gdy do jej dłoni wpadł stosik brązowych krążków, kąciki jej wąskich ust uniosły się nawet na chwilę w czymś, co od biedy można było uznać za uśmiech.
– Za trzydzieści to i dwa kubki piwa znajdę – mruknęła.
Atmosfera, która jeszcze przed momentem dusiła izbę, szybko się rozluźniła. Albert wyciągnął zza poły kaftana podróżną łyżkę i przysiadł z boku stołu tak, by ponad ramieniem babki widzieć drzwi, a za plecami dziewczyny okno.
Róża krzątała się z ożywieniem. Na środku stołu postawiła parujący garniec zupy, aż gęstej i ciemnej od grzybów. Gdy drewnianą warząchwią nalewała polewkę do glinianych misek, izbie wypełniła woń pasternaku i czosnku niedźwiedziego. Do każdej porcji dołożyła kawał jeszcze ciepłego chleba z kminkiem, którego chrupiąca skórka okrywała sprężysty i świeży miąższ. Ilga w tym czasie zniknęła w komnatce, by po chwili wynieść z niej dzban ciemnego piwa, pachnącego karmelem i dymem.
Rozmowa toczyła się lekko. Na początek, jak to jest w zwyczaju, o pogodzie i o stanie dróg, a później także o fordońskim targu, na który młodzian wybierał się następnego dnia, i o sukienniczym rzemiośle.
– Dobrze wam ten interes w Koronowie musi prosperować, skoro jako czeladnik tak wypchany trzos nosisz – zagadała babka.
– Mistrz na zakupy mnie wysłał, więc i w pieniądz wyposażył. Nie dla siebie je niosę, lecz dla warsztatu – odparł Albert.
– Ha, to pewnie i siłę masz wielką – drwiąco indagowała babka. – Ile bel sukna zdołasz sam na plecach do Koronowa przytaszczyć?
Tym razem młodzieniec nie odpowiedział od razu. Sięgnął po kubek i w skupieniu upił długi łyk.
– Nie sukna idę brać, lecz barwniki – powiedział, odstawiając naczynie. – Te w torbie pomieszczę.
– A czemuż to do Fordonu, a nie do słynnych bydgoskich garbarzy? – zapytała Róża, przechylając głowę. – Bliżej tam z Koronowa i trakt bezpieczniejszy, niż ten przez środek boru, wiedzie.
– A skąd bydgoscy garbarze biorą pigmenty? Z Fordonu właśnie – szybko odpowiedział czeladnik. – I dlatego nie mam zamiaru przepłacać u pośredników, skoro mogę kupić taniej u źródła. – Spojrzał na dziewczynę, pogładził ją po włosach. – Urody ci zaprzeczyć nie można, ale o barwniczym fachu wiesz tyle, co koza o łacinie – dodał z wyższością.
Róża rozciągnęła wargi w wymuszonym uśmiechu. Radosne iskierki w jej oczach przyblakły. Zapadała niezręczna cisza.
– A może zdejmiesz kaftan, panie Albercie? – zapytała babka, unosząc brew. – Ciepło tu od pieca, aż krople potu stanęły ci na czole.
Albert uśmiechnął się kwaśno i pokręcił głową.
– Pozwólcie, dobra kobieto, że zostanę tak, jak mi najwygodniej.
Mówiąc to, sięgnął za pazuchę i wyjął stamtąd haftowaną, białą chustkę. Kiedy osuszał nią czoło, Ilga z uwagą powiodła wzrokiem za jego dłonią.
Dla ożywienia markotnej atmosfery Róża rezolutnie nalała wszystkim kolejny kubek piwa. Napitek smakował wybornie – jeżynami i palonym słodem. Z każdym łykiem babka coraz bardziej się odprężała. Mówiła wylewniej, niż zwykła przy obcych. Róża posyłała Albertowi otwarty uśmiech, z delikatnie przechyloną głową, ilekroć zabierał głos. On także śmiał się razem z nimi, a jednak raz po raz jego wzrok uciekał ponad ramię dziewczyny.
– A na cóż to tak w okno spozieracie? – rzuciła babka z błyskiem w oku. – Czyżbyście to drogi ucieczki szukali?
Róża parsknęła śmiechem.
– A cóż to, babciu, straszysz kawalera? Przecie to w opowieściach o Babie Jadze – dzieci przed wiedźmą uciekają. O Czerwonym Kapturku to inna była historia.
Albert poprawił się na mało wygodnym stołku i oparłszy łokieć o stół, przywołał na twarz nonszalancką minę.
– Skoro już o bajkach mowa… – zagaił – wszyscy, którzy tę o Czerwonym Kapturku opowiadają, wspominają o polanie, na której trzy dęby stały i o chacie ogrodzonej leszczynowym żywopłotem. A patrzcie tu, są i dęby, i żywopłot, i chatka. W niej babcia i wnuczka. Już nie dziecię, lecz panna piękna i dorodna – mówiąc to, posłał dziewczynie powłóczyste spojrzenie. – Historia głosi, że zdarzyło się to pięć lat temu, więc onegdaj dwunastolatka ile miałaby dzisiaj wiosen?
Róża zbladła.
– Nie ma tu żadnego Czerwonego Kapturka, jest Róża – zaprzeczyła dziewczyna, kładąc nacisk na swoje imię.
– Oj, czyż mnie nie okłamujecie?
Albert wstał od stołu, podszedł do okna i wziął do ręki materiał zatykający szpary parapetu. Gdy go rozprostował, biesiadnicy ujrzeli mocno spłowiały różowo-szary kaptur.
– Pięć lat temu ten kaptur lśnił zapewne czerwienią – stwierdził z przekonaniem.
Obie kobiety zamilkły. Róża, przygryzając policzek, patrzyła w kąt izby. Ilga wzrokiem świdrowała młodzieńca.
– Aleś nam tu wielką nowinę objawił – prychnęła w końcu babka, przerywając niezręczną ciszę. – Tak, to ta chata, te dęby i ta historia. Cała wieś o zabitym tu wilku paplała. I właśnie dlatego Róża… a nie żaden Czerwony Kapturek, nie miała we wsi życia. Ciągle ją ludzie rozpytywali, ciągle kazali opowiadać i wcale nie dbali o to, czy dziewczynka rada tę historię wspominać.
– My nie łgarze, a zwyczajnie zapomnieć wolimy – podsumowała wnuczka.
Ilga upiła łyk piwa i ciągnęła dalej.
– Za to ty, młodzieńcze, prawdę przed nami jakowąś skrywasz. Ja stara jestem i barwiarza nie raz widziałam. Ręce w strupach u co drugiego, a kolorowe plamy na paluchach u każdego znaleźć można. Twoja dłoń zaś gładka i biała jak u jaśniepana.
Albert spłowiałym kapturem otarł pot z czoła, rozchylił okno, wpuszczając do izby strużkę zimnego powietrza i przysiadł na ławie obok Róży. Dziewczyna odsunęła się, chcąc zrobić mu więcej miejsca, lecz młodzieniec, objąwszy ją wpół, z powrotem przysunął do siebie.
– Bom po prawdzie nie barwiarz, a instygator sądu ławniczego w Fordonie. – Młody mężczyzna spojrzał wyczekująco na obie kobiety, a gdy te milczały, kontynuował – objąłem wakat instygatorski po zaginionym pięć lat temu, świętej pamięci Rudolfie Gnębyszewskim.
– Wiele rzeczy można o imć Gnębyszewskim powiedzieć, ale nie to, że pamięci był świętej – Ilga z naciskiem wymówiła ostatnie słowo.
– Świętość Rudolfa nie jest naturą mojego śledztwa – rzekł chłodno.
– A co jest? – zapytała Róża, patrząc na młodzieńca, jakby właśnie zobaczyła go po raz pierwszy.
– Nowe poszlaki, które wraz z ustąpieniem powodzi, że tak powiem, wypłynęły. – Co mówiąc, sięgnął do torby. – Gdy woda opadła, na brzegu niegdysiejszego bagna znaleziono to…
Albert rozpiął kaftan, sięgnął za plecy i wyciągnął kordelas, o krótkim, lecz ciężkim i szerokim ostrzu. Krawędzie klingi przeżarła rdza, ale mosiężna rękojeść zachowała się bez uszczerbku. Na środku uchwytu wybito insygnia sądowej władzy – waga i krzyż.
Wszyscy utkwili wzrok w groźnie wyglądającym orężu. Światło z łuczyw odbijane przez metal, rzucało na twarze biesiadników migotliwe refleksy.
– I cóż z tego waść wnosisz? – zapytała babka, marszcząc brwi.
– A no to, że Rudolf Gnębyszewski instygator sądu ławniczego w tym domu zamordowany został! – wycedził przez zęby Albert, z impetem wbijając kordelas w blat stołu.
– Tu?! A to żartowniś z waści, ha, ha! – roześmiała się babka ponad miarę głośno. Kątem oka zerkała na Alberta i widząc, że jej nie wtóruje, zamilkła. – Jak żeś sobie to, panie instygatorze, wykoncypował? – zapytała kpiąco.
– A całkiem prosto. – Albert, ewidentnie oczekując takiego pytania, wyciągnął ze swojej torby słój z burą zawartością. – Wraz z kordelasem, będącym insygnium władzy instygatora, bagno wypluło ze swych czeluści resztki wilczej sierści. – Co mówiąc, wysypał na stół zawartość naczynia. Na blat upadły kawałki włochatej skóry. Po izbie rozszedł się smród rozkładu.
Ilga rozłożyła szeroko ręce w teatralnym geście kompletnego braku zrozumienia. Mężczyzna przewrócił oczami i tonem belfra, który tłumaczy po raz kolejny oczywistą rzecz tępym uczniom, zaczął wyjaśniać.
– Same przed chwilą powiedziałyście, że to w tej chacie pięć lat temu uśmiercono wilka, tak?
Babka wzruszyła lekceważąco ramionami. Róża w ogóle nie zareagowała. Od momentu wbicia w stół kordelasa, swój wzrok utkwiła w symbolu wagi i miecza.
Nie zrażony milczeniem kobiet młody instygator ciągnął dalej swój wywód.
– Cielsko wilka pierwej rozpruto, po czem kamieniami, ponoć, wypełniono, zaszyto i na furmance do pobliskiego bagna odwieziono. Tam, w obecności kilkorga okolicznych kmieci, zatopiono. Tak?
– To, że był w nim kordelas, nic nie znaczy – powiedziała babka, ponownie wzruszając ramionami. – Bestia mogła znaleźć w lesie zagubione ostrze i w swojej głupocie pożreć.
– Nie, nie, nie! – Albert sięgnął do torby ponownie, by tym razem wyciągnąć z niej mieszek, z którego wysypał garść ludzkich zębów w tym jeden złoty. – W tych stronach jeden tylko paradował ze złotem w ustach i był nim nie kto inny jak pan instygator Rudolf Gnębyszewski.
– Ten wilk, ta bestia przez wiele lat w okolicy polowała, zanim go myśliwy Maciej ustrzelił. Widać wcześniej imć Rudolfa połknąć musiał – wyrzuciła z siebie Ilga. – Wraz z kordelasem.
W izbie zaległa cisza. Babka z założonymi rękoma spoglądała na Alberta, Róża na kordelas, a młodzieniec to na jedną, to na drugą. W końcu parsknął i zaśmiał się tak szczerze, że obiema wypielęgnowanymi dłońmi brzuch przytrzymywać musiał. Po kilku chwilach spoważniał i wycedził.
– Ta bajka o wilku połykającym ludzi w całości, dobra jest dla kmieci. A ja światły człek jestem, nauki prawnicze na uniwersytecie w Halle pobierałem. Mnie takich bzdur nie wmówicie.
Przez uchylone okno noc dmuchnęła chłodnym powietrzem. Babka, naciągając chustę głębiej na ramiona, przesiadła się naprzeciwko Róży i Alberta. Oparła łokcie na stole i twardo spojrzała w oczy mężczyzny.
– Czego zatem waść chcesz? Czy tak jak Twój poprzednik przyszedłeś tu eliksiru młodości od rzekomej wiedźmy żądać? I tak jak on, na cześć dziewczynki nastawać będziesz? A wszystko to pod groźbą spalenia mnie na stosie za czary? To powiem waści, że eliksiru młodości nie mam, nie miałam i mieć nie będę, bom nie czarownica, a zwykła zielarka. W zdrowiu mogę pomóc, ale ani piękności, ani młodego wieku nie przywrócę.
Albert przeczesał palcami kruczoczarne włosy.
– Ani młodości, ani urody mi nie braknie. Za to potrzeba mi kilku mikstur, do których ingrediencje w tym domu z pewnością się znajdą – mężczyzna zatoczył dłonią szeroki łuk, wskazując na licznie pęczki ziół i mieszki z nieokreśloną zawartością wiszące pod sufitem. – Mikstur takich, co natychmiast i takich, co powoli życie odebrać potrafią. I takich co w boleściach śmierć zadadzą i takich co jak we śnie odejść z tego świata pozwolą. Bo widzicie babciu, tego na uniwersytecie nas nie nauczyli, a w pracy owe preparaty są mi niezbędne, bym mógł szybkie awanse poczynić w tej zabobonnej krainie.
Ilga przełknęła głośno ślinę, a ponieważ nie wiedziała, co odpowiedzieć, mężczyzna ciągnął dalej.
– Co do nastawania na cześć dwunastoletniego dziewczęcia, to mimo że w Polsce jest to lege artis, to jednak ja zwolennikiem niemieckiego prawa jestem i brzydzą mnie takie praktyki.
Albert przysunął dziewczynę bliżej do siebie, by z góry zajrzeć za dekolt jej bluzki. Róża zesztywniała.
– Ale siedemnaście wiosen to zupełnie inna historia – dodał. – Może wtedy za młoda byłaś, Różo, ale teraz?
Co mówiąc, złapał dziewczynę za pierś. Róża próbowała poderwać się z ławy, lecz Albert drugą ręką przytrzymał ją mocno za udo. Dziewczyna, krzyknęła z bólu i usiadła.
– Więc, starucho – wychrypiał – ty będziesz spać na ławie, a my z Różą w alkierzu.
Wsunął nos w jej włosy, wciągnął głośno powietrze. Usatysfakcjonowany zapachem wywalił język, by lubieżnie polizać szyję dziewczyny.
– Puszczaj nikczemniku – głos Ilgi zabrzmiał zadziwiająco silnie, być może wzmocniony podmuchem chłodnego powietrza, które wdarło się przez uchylone okno. Albert, nie odrywając ust od szyi szamocącej się dziewczyny, kątem oka dostrzegł, że kobieta wstaje zza stołu. Po omacku sięgnął po wbity w blat instygatorski kordelas, lecz dłoń trafiła w pustkę. Przekonany, że sędziowski tasak wzięła w ręce staruszka, zerwał się na równe nogi. Ilga, choć stała wyprostowana, dłonie miała puste. Patrzyła ponad jego głową, a na jej twarzy rosło zdumienie.
W szeroko otwartym oknie stał mężczyzna koło czterdziestki w niewielkim kapelusiku z piórkiem. Zielony strój zdobił przypięty do pasa róg bawoli. W ręku trzymał kordelas z insygniami sprawiedliwości.
Albert chciał obrócić się w stronę okna, by poznać przyczynę dziwnej sytuacji, ale tym razem to Róża przytrzymała go za rękę. Zanim zdążył zidentyfikować zagrożenie, zardzewiałe ostrze zatopiło się w jego szyi, Silnie szarpnięte rozcięło gardło od grdyki po kręgosłup. Wzdłuż ławy w stronę pieca chlusnęła jasnoczerwona krew. Stojąca na drodze strumienia babka uskoczyła, zadziwiająco zwinnie jak na starowinkę, unikając obryzgania lepką cieczą. Na twarzy instygatora zastygał wyraz bezgranicznego zdumienia.
Mężczyzna w kapelusiku wciąż stał w oknie, trzymając kordelas w gotowości do ponownego użycia. Z zakrwawionego ostrza, z cichymi plaśnięciami, kapały na podłogę czerwone krople. Krew siknęła z rozciętego gardła jeszcze kilkukrotnie, po czym ustała. Po chwili, z cichym tąpnięciem, ciało młodego instygatora osunęło się pod stół.
Do smolistego zapachu łuczywa wypełniającego izbę, dołączył nowy, metaliczny.
– Znowu przypadkiem przechodziłeś tędy, Macieju? – przerwała ciszę Ilga.
– Przechodziłem, ale nie przypadkiem – odpowiedział myśliwy, zeskakując z parapetu do wnętrza izby. – Menda naszedł mnie dzisiaj i o polowanie na wilka pięć lat temu rozpytywał. Od razu pomyślałem, że was też będzie nękał. Od godziny pod oknem siedzę i przez te szpary wszystkom słyszał.
Obie kobiety podeszły do Macieja. Ten serdecznie przytulił na raz i Ilgę, i szlochającą Różę. Gdy dziewczyna przestała łkać, Maciej obie pogłaskał po głowach i wychylił się za okno po leżący tam worek.
– Na wszelki wypadek przyniosłem – powiedział, rzucając na podłogę wielką skórę pokrytą szorstką szczeciną. – Ta z odyńca jest nie z wilka, ale też się nada.
Ilga pokiwała głową i poczęła nawlekać na igłę mocną dratwę.
– Tylko bagno musimy znaleźć inne, bo tamto już spalone – dodała Róża, śmiejąc się przez łzy z wypowiedzianego oksymoronu. Bo, mimo że rzeczywiście łaciny nie znała, to swój rozum miała.