To dopiero mój drugi w życiu tekst prowadzony w narracji trzecioosobowej, dlatego będę naprawdę wdzięczna za techniczne uwagi.
To dopiero mój drugi w życiu tekst prowadzony w narracji trzecioosobowej, dlatego będę naprawdę wdzięczna za techniczne uwagi.
Cmentarz w Długim Polu położony był przepięknie. Prosty zupełnie teren. Z trzech stron sosnowy las, a z jednej widok na pola. Można się było tu poczuć jak na leśnej polanie. Był to raczej cmentarzyk niż nekropolia. W końcu Długie Pole to wieś licząca koło trzystu mieszkańców, a nie jakieś miasto. Fakt, ostatnio więcej przybywa kwater na cmentarzu niż zamówionych w kościele chrztów. Niemniej, wyznaczonego terenu jeszcze na długi czas wystarczy.
Otwierając cmentarną furtkę, Nina czuła tremę jak przed rozmową kwalifikacyjną. Przyjechała tutaj kilku minut wcześniej, ale przesiedziała ten czas w aucie, walcząc ze swoimi myślami. W końcu sama zirytowana swoim niezdecydowaniem wyszła, mówiąc do siebie:
– Nina, ogarnij się.
Pomogło. Musiała przejść na sam koniec alejki, żeby dotrzeć do grobu swojej matki. Zmarła ona po krótkiej, ale za to bardzo intensywnej walce z nowotworem. Kiedy choroba została zdiagnozowana, lekarze wprost mówili, że tu medycyna nic już nie zrobi. Mama powiedziała jej o raku, gdy siedziały w kuchni przy stole. Nina dokładnie pamiętała te słowa:
– Córcia, mam raka piersi. Nie da się go wyleczyć. Ja umrę. Będziesz musiała sobie poradzić.
W tamtym momencie Nina jedynie otworzyła usta i patrzyła tępo w piękną, choć wychudzoną, twarz mamy. Widziała jej poważne, szaro-niebieskie oczy otoczone uroczymi zmarszczkami. Szczupłą twarz, blond włosy. Opuściła wzrok i obserwowała dłonie matki. Te dłonie, które tak bardzo kochała. Bardzo smukłe, długie palce. Zawsze uważała, że mama miała arystokratyczne dłonie. Patrzyła tak, bo tylko tyle mogła wtedy zrobić. Nie docierało do niej to, co słyszała. I tak naprawdę dotarło to do niej dopiero na pogrzebie. Gdy grabarze spuszczali trumnę do dołu, Nina obudziła się z tego odrętwienia. Dopiero wtedy zaczęła płakać. Ale to było dawno temu.
Teraz przyszła tutaj tę piękną i elegancką matkę zdradzić. Przyszła, żeby na nią nakrzyczeć.
Nina podeszła do grobu. Zapaliła znicz, położyła doniczkę z bratkami. Szybko omiotła piasek i kamyki z płyty grobowca. Usiadła na ławeczce i patrzyła na zdjęcie mamy. Rozejrzała się jeszcze po cmentarzyku, upewniając się, że jest sama. Mogła czuć się swobodnie.
– Mamo.
Zaczęła nerwowo wyłamywać palce. Wielokrotnie łapała się na tym odruchu, ale dopiero teraz zauważyła, że robi to dokładnie tak jak leżąca w tym grobie matka. Ta krótka obserwacja jakby ją obudziła.
– Mamo, ja nie chcę takiego życia. Źle robiłaś. Mamo, to wszystko, czego mnie uczyłaś, to nie jest dobre. To nie było dobre dla ciebie. Powinnaś mnie przed tym ratować, a nie mnie tego uczyć.
Nina sama czuła, że plecie trochę trzy po trzy. Że to nie jest to, co miała przygotowane. Przyszła z konkretem, a zaczęła wątpić w siebie. Zrobiło jej się sucho w ustach. Czuła, że serce mocniej bije, dłonie zaczęły się pocić, pojawiły się lekkie zawroty głowy. Wiedziała, że musi to zatrzymać, bo za chwilę nie będzie mogła złapać tchu. Przeszła już niejeden atak paniki.
– Pięć rzeczy, które mogę zobaczyć: grób, bratki, sosna, pole, chmury. Cztery rzeczy, które mogę dotknąć: ławka, zapalniczka, torebka, kluczyk do auta. Trzy rzeczy, które mogę usłyszeć: szum wiatru, dzięcioł, śpiew ptaków. Dwie rzeczy, które mogę poczuć: zapach sosnowego lasu, mój krem do rąk. Jedna rzecz, której mogę posmakować: błyszczyk do ust.
Udało się uziemić i opanować. Metody tej nauczyła się Nina podczas jednej z wielu terapii, które przeszła. A musiała przez nie przejść, żeby nie stać się taka jak swoja matka.
– Do rzeczy. Ojciec to pijak, chory, zły człowiek. Zgotował nam wszystkim piekło. Ale to człowiek chory, ułomny. Ty to wiedziałaś. Ty widziałaś, co mi robił. Powinnaś mnie przed nim chronić. Ty nie piłaś, ty byłaś ta dobra, ale to ty byłaś bardziej chora. Wiesz, na co? Na przestarzałe schematy. Ty żyłaś w takim piekle i nic innego nie znałaś. Gdybym słuchała ciebie, żyłabym dalej w tym samym koszmarze. Tylko że ja nie jestem już tobą. Patrzę na buzię mojej córci i wiem, że ona zasługuje na więcej niż to piekło. Twoim obowiązkiem było kochać mnie i chronić.
Nina poczuła, że wchodzi w tryb użalania się, a nie to było jej zamiarem. Miała do przekazania rzeczową informację. Nie spodziewała się, że będzie to tak trudne. Zamknęła oczy, skupiła się na swoim oddechu. Wdech do czterech sekund, zatrzymanie do sześciu, wydech do dziesięciu.
– Wyszłam za mąż za kopię ojca. Stałam się tobą. Byłam cierpliwą męczennicą. Do czasu. Moja córka zasługuje na coś więcej. Wzięłam rozwód. Wprowadziłyśmy się z Misią do starego domku po babci. Ludzie na wsi wytykają mnie palcami. Szepczą w kościele. Nie odpowiadają na „dzień dobry”. Odwracają głowy. Mam to gdzieś. Misia nie będzie słuchała kłótni. Będzie bezpieczna. Powinnaś zrobić to samo, gdy była pora. Twoja decyzja zniszczyła moje dzieciństwo. Winię cię za to i ci wybaczam. Zaczynam swoje życie.
Poczuła ulgę. Wstała z ławki i była gotowa, by odejść, ale jeszcze dodała:
– Mamo, kocham cię dalej i zawsze będę. Po prostu ja idę swoją drogą.
Dopiero, gdy Nina odwróciła się od grobu, by pójść do auta, zorientowała się, że coś wokół się zmieniło. Nie słyszała już ptaków, wiatr jakby ucichł. Słyszała monotonne dudnienie, ale pod wpływem emocji wzięła to wcześniej za bicie swojego serca. To nie było to. To było bardziej z… podziemi?
– Nakręcam się.
Nina przyspieszyła kroku i zmierzała w stronę furtki. Nie odwracała się, ale była pewna, że gdyby tylko spojrzała za siebie, zobaczyłaby coś, czego widzieć nie powinna. Słyszała dudnienie i metaliczny dźwięk. Coś jak łańcuchy wleczone po betonie. W połowie drogi do wyjścia usłyszała w głowie przerażający wrzask. Jakby jakiś opętany chór zagubionych demonów. Im bliżej była wyjścia, tym ten krzyk stawał się donośniejszy. Sprawiał jej prawdziwie fizyczny ból. Zgięta wpół Nina dotarła do furtki. Szybko ją otworzyła, wyszła z terenu cmentarza i od razu upadła na ziemię. Długo wymiotowała. Kiedy myślała, że to już koniec, ruszała kolejna fala nudności. Płakała i wymiotowała. Ale gdy wreszcie było po wszystkim, położyła się bez sił na trawie i wybuchła śmiechem. To był histeryczny, obłąkańczy śmiech.
W końcu Nina wstała. Już nie patrzyła nawet na cmentarz. Wsiadła do auta i przejrzała się w lusterku. Opuchnięta, czerwona, mokra od łez twarz. Oczy przekrwione, włosy w nieładzie. A mimo to uśmiechnęła się do siebie. Wiedziała, że już po wszystkim.
Witaj. :)
Zdecydowałaś się na niezwykle trudny temat. :) Krótki tekst, a tak wiele w nim powiedziałaś. I, niestety, są to rzeczy bardzo, ale to bardzo bolesne, mocne, przykre, makabryczne. :( Poruszone przez bohaterkę przejścia nie znikną. Ona stara się chronić córkę, i dobrze, lecz jeszcze długa i daleka droga przed nimi.
Piszesz:
“Wzięłam rozwód. Wprowadziłyśmy się z Misią do starego domku po babci. Ludzie na wsi wytykają mnie palcami. Szepczą w kościele. Nie odpowiadają na „dzień dobry”. Odwracają głowy. Mam to gdzieś. Misia nie będzie słuchała kłótni. Będzie bezpieczna”.
Tu tkwi problem, choć niejeden. W sumie każde powyższe zdanie jest już dla nich wyrokiem. Żeby była jasność, od razu napiszę: rozumiem bohaterkę i pewnie postąpiłabym tak samo. Mimo to czeka je sporo trudności i walki. Są ludzie, z góry nastawieni nieprzychylnie do rozwodników. Znam księży, którzy nawet za obiecaną, grubą kopertę nie pójdą “po kolędzie” do domu, gdzie mieszka ktoś po rozwodzie, nie dopuszczą też dzieci rozwodników np. do Sakramentu Komunii czy Bierzmowania. Nie twierdzę oczywiście, że to reguła, przedstawiciele stanu duchownego też mają sporo za uszami (jak każdego zresztą zawodu), lecz znam takie przypadki.
Ludzie wytykają je palcami i poniewierają, a Nina – jak piszesz – “ma to gdzieś”, lecz – czy córka także? Dziecku trudno wytłumaczyć, że jest izolowane w klasie, grupie, że nie pójdzie z koleżankami na próby przedkomunijne, że jego tata okazał się draniem i trzeba było od niego uciekać… Dziecko spogląda na rówieśników z zazdrością i marzy, aby też mieć pełną, szczęśliwą, kochającą się rodzinę; ile obłudy i zakłamania jest często w takich “wzorcowych rodzinach” – to całkiem odmienny temat, lecz dziecko na tym etapie tego nie rozumie. Ono ze swej natury jest dobre i w związku z tym tworzy w wyobraźni swój wizerunek “dobrego taty”, w który gorąco wierzy…
Cios czy pas boli, zawsze bolał, lecz ludzkie słowa, czy nawet spojrzenia potrafią także zabić. Dziecko też je będzie miało gdzieś? Oby.
W szkole czy przedszkolu są wspólne, rodzinne spotkania, są laurki na “Dzień Taty”, są opowiadania o tym, jaki mój tata jest… Oczywiście, podaję przykłady, dostosowane do Twojego szorta, lecz brak matki jest równie bolesny. Nie wiem, czy bardziej. Być może.
A dziecko na izolację reaguje bardzo różnie: zarówno tragicznymi decyzjami, jak i agresją oraz przemocą wobec innych. Bywa, że trafi do grupy podobnych sobie “pół-sierot’, ale i to mała pociecha. Brak jednego rodzica w niesamowity sposób rzutuje na całe dzieciństwo i późniejsze lata, na stan psychiczny oraz zdolności do stworzenia nowej, szczęśliwej rodziny w przyszłości. Przykładem i smutnym dowodem – sama Nina.
Trudno doradzić, co jest lepszym wyjściem z sytuacji. Od tyrana trzeba uciekać, nie pozwolić na skrzywdzenie siebie i dzieci, to pewne. Jednak taka ucieczka to czasem początek nowego dramatu. Ileż to słyszy się potem o porwaniach dzieci przez drugiego rodzica? Walka i prawny aspekt są ważne, jasne, matka może mieć stuprocentową rację i bo długiej oraz żmudnej batalii odzyskać prawa do pociechy, ale gdzie w tym wszystkim jest miejsce na odczucia dziecka? Ono doświadczy traumy na całe życie. To nieuniknione. Tu nie ma “dobrego wyjścia”. Każdy ma inną psychikę, każdy inaczej przeżywa. Nie ma tabeli i jednego wzorca.
Mam tu w pamięci wiele bolesnych filmów, pokazujących racje obu stron, ale chyba najmocniej w tym momencie przemawia do mnie wstrząsający “Tato” z Lindą w roli tytułowej i genialną piosenką-kołysanką Przemysława Gintrowskiego. 
Poruszyłaś także trudną kwestię przekazania najbliższym informacji o swoim umieraniu… Często zastanawiam się, jak ja to powiem mojej Córce, gdyby zaszła taka potrzeba… Na razie przeszłam tylko jedną operację, udaną, nowotwór niezłośliwy, gardła, a mimo to lęk przed zostawieniem Dzieci jest potężny. 
Mocny, bardzo dobry i emocjonalny tekst, brawa! :)
Pozdrawiam serdecznie, klik. :)
Pecunia non olet
Cześć!
Ogólnie tekst jest mocny i emocjonalny, naprawdę “odpala” coś w człowieku ;) Ale widzę tutaj pewne problemy. Po pierwsze, jest tu wszystko jednoznaczne i wyłożone jak kawa na ławę. Niektóre kwestie brzmią jak wyznania na sesji terapeutycznej, a nie emocjonalna rozmowa z matką. No i dosyć schematyczne motywy. Czy ludzie po rozwodzie i ich dzieci rzeczywiście są obecnie poddawani ostracyzmowi społecznemu? Osobiście znam trochę osób po rozwodzie, też trochę takich z mniejszych miejscowości, ale w obecnych czasach o takim zjawisku nie słyszałem.
Może kilkanaście lat temu tak, ale teraz to dosyć standardowa sytuacja.
Pozdrawiam
Tekst obyczajowy. Przyzwoity, ale że jesteśmy na portalu o fantastyce, to wspomnę, że dało się z niego zrobić horror – wystarczyłoby, żeby matka nie przyjęła pokornie zarzutów. Oczywiście, postawiłoby to wydźwięk opowiadania na głowie, więc nie dziwię się, że nie miałaś ochoty iść w tę fabularną stronę.
Prosiłaś o uwagi techniczne: nie mam żadnych istotnych, szort jest napisany dobrze. Czasami niepotrzebnie zmiękczasz i rozmywasz znaczenia: “jakieś miasto”, “jakby ją obudziła”, “plecie trochę trzy po trzy”, ale to nie dość, że szczegóły, to jeszcze rzecz gustu.