Spojrzała, czy nie patrzy w jej stronę. Sprzedawca właśnie obsługiwał jakiegoś młodego, rdzennego amerykanina, któremu nikt nie przypominał przez miesiące o goleniu. Po prawej, młoda kobieta z dziwnym zaangażowaniem obserwowała wystawione na ladzie gumki, które niekoniecznie przeznaczone były do żucia. Więcej osób nie miało okazji, a nawet ochoty ją obserwować. Szybkim ruchem ręki porwała butelkę whiskey I schowała pod kurtkę. Zaraz potem głośno mruknęła.
Zwróciło to uwagę mężczyzny za kasą.
– Wszystko tam w porządku ?
Nie było w porządku, bo nagle cały sklepik, w tym pozostali dwaj mężczyźni, których przedtem nie zauważyła wbili w nią, niechętnie wzrok.
– Tak, tak – pokiwała głową. – W porządku.
Zaczęła szybko zmierzać w stronę drzwi, jednocześnie unikając wzroku kogokolwiek, kurczowo przytrzymując whiskey, mając jednocześnie wrażenie, że zaraz wysunie się jej I upadnie z trzaskiem na białe kafelki. Tak szybko dopadła drzwi, że te ledwo zdąrzyły się przed nią rozsunąć. Była tak zajęta ucieczką, że potknęła się o stalowe szyny rozsuwanych drzwi I upadła na beton. Usłyszała cichy trzask I w jednej chwili poczuła lekkie ukłucie w lewej piersi. Znowu nie zareagowała jak zamierzała I cicho syknęła.
– Nic pani nie jest ? – zareagował sprzedawca I rzucił się, obchodząc ladę.
Wiedząc na co się zanosi, szybko wstała I pobiegła w prawo, bo ta opcja jako pierwsza przyszła jej do głowy. Zarzymała się przy drzwiach do toalet, ale tutaj dwóch mężczyzn paliło papierosy, wykluczając zatrzymanie się tutaj. Szybkim krokiem odeszła za ścianę drugiego budynku stacji, zgodnie stwierdzając, że wygląda jak wariatka. Tam gdzie uciekła, był cień, a w nim skryta ławka ze starym koszem na śmieci.
Cholercia, było za blisko, pomyślała Charlie, siadając na ławce, po czym złapała się za lewą pierś, odruchowo reagując na ból, który powrócił. Opadła jak nieprzytomna na oparcie, szybko oddychając, jednocześnie próbując zebrać myśli. Gdy uznała się za uspokojoną, powoli wyjęła butelkę whiskey, która wbrew oczekiwaniom, nie była rozbita. Postawiła ją więc na betonie obok kosza. Przyszło jej nagle do głowy, by sprawdzić ból w toalecie, którą mijała. Wchodząc do niej, starała się zachowywać na tyle normalnie, by nie zwrócić większej uwagi palących mężczyzn. Nie czuła się komfortowo wśród normalnych kabin, więc skorzystała z otwartych na ościerz drzwi kabiny, podpisanej “Dla personelu” I zamknęła się od środka.
CJ spojrzała w lustro, w którym zobaczyła odbicie gładkiej, smukłej twarzy z dużymi, jasnozielonymi oczami I małymi, acz kształtnymi ustami barwy wyblakłoróżowej. Spod czapki kępkami wystawały kruczoczarne włosy. Widok ten zdziwił ją, zwłaszcza, kiedy nie miała jeszcze okazji się przyjrzeć sobie wyraźnie. Owszem, jak przystoi na jej wiek I fakt, iż jest studentką filologii angielskiej, dbała o swój wygląd, ale paradoksalnie nierównomiernie do twarzy, którą ujrzała w lustrze. Całą szkołę wyższą bratała się z chłopakami, mówiła I zachowywała się jak oni, więc szybko przyszyto jej łatkę chłopczycy. Wyglądało na to, że dziewczyny, które ją tak nazwały, zazdrościły jej urody.
Rozpięła kurtkę I obejrzała pognieciony T-shirt. Nic tutaj nie wskazywało na poważniejsze rany, ale nadal czuła ból. Spojrzała na zewnętrzną stronę kurtki, która przedziurawiona została rozkładanym nożem. Wyglądało na to, że otworzył się podczas upadku. Odłożyła nóż na bok I zdjęła koszulkę. W świetle nad lustrem błysnął czarny lateksowy biustonosz. W innych okolicznościach CJ postrzegałaby siebie z dumą, jako diabelnie seksowną w takich ciuchach, ale szybko dostrzegła mały pasek krwi, wypływający z lewej piersi. Spojrzała na nóż I dostrzegła małą kroplę kwri na czubku.
Przypomniała sobie o Jasonie, który dał jej go na osiemnaste urodziny, rok przed studiami. Pod jego domem, gdy się mu pochwaliła, ukrywając zmieszanie dał jej ten właśnie nóż, który kupił, jak wtedy twierdził, na obronę przed włóczącymi się po ulicach szemranymi typami, tak dla respektu. Co dziwne, ona również zaczęła nosić go w górnej kieszeni kurtki, gdy przychodziło jej wychodzić samej na ulice w nocy, niejako przejmując rytuał, który jej wtedy opisał. Już po strzelaninie w szkole, w której zginął.
– Ej ! – ktoś szarpnął klamką, próbując wejść. – Kto tam jest ?
– Zajęte ! – rzuciła zirytowana Charlie.
Walenie w drzwi się nasiliło.
– Dziewczyno, to jest toaleta dla personelu ! – odfuknęła kobieta po drugiej stronie drzwi. – Wyłaź !
Tamta przewróciła oczami I pośpiesznie, w akompaniamencie stukania w plastik drzwi, przycisnęła chusteczkę chigieniczną do rany, która zakryła fragment piersi bielą, silnie kontrastującą z czernią, czyniąc biustonosz nawet ładniejszym. Potem, przypominając sobie o skórzanej obrorzy ze srebrnym symbolem egipsik, którą dostała także na osiemnastkę, wyjęła ją z wewnętrznej kieszeni kurtki I zapięła na szyi. Na koniec wcisnęła swoją koszulkę w garść do kieszeni spodni, nóż do drugiej I zapięła kurtkę, zostawiając prowokacyjnie odsłonięty biustonosz I fragment talii pod nim.
Gdy otworzyła drzwi, jej oczom ukazała się niska, okrągła kobieta o twarzy z lekkimi zmarszczkami w faruchu sprzątaczki z mopem opartym o ścianę. Wystrzeszczyła oczy na widok wychodzącej, by potem obrzucić ją wzrokiem, który na koniec utknął w klatce piersiowej. Dziewczyna w odpowiedzi przyjęła wyraz twarzy, wyrażający zarówno pogardę jak I zażenowanie.
– Co ? – wypięła błyszczące piersi do przodu. – Nie miało się szczęścia mieć ten czar, biedactwo ? – dodała z szyderczym politowaniem.
Na twarzy sprzątaczki pojawił się rumieniec, mogący być równocześnie rumieńcem wstydu, jak I wściekłości. Charlie tymczasem dumnym krokiem pomaszerowała do wyjścia. Gdy już zniknęła za ścianą, usłyszała jedynie:
– Płaska decha ! – rzucone przed agresywnym trzaśnięciem drzwiami.
Dziewczyna rozbawiona całą sytuacją, wybuchnęła śmiechem. Zrozumiała, jaki ubaw miała Tanya, chodząc w takich ciuchach. I jak bardzo chciała się z nią tym ubawem podzielić.
Wyszła z toalety, mijając dwóch facetów, którzy przestali palić, ale nadal rozmawiali. Jeden z nich gwizdnął na nią, wyrażając podziw, dla jej “argumentów”.
– Żebym ja ci zaraz czego nie gwizdnęła – rzuciła za siebie, zatrzymując się.
Z tej pozycji mogła się im lepiej przyjżeć, tak dla samego przyjżenia się. Jeden z nich był starszym mężczyzną w skórzanej kurtce, z długimi powiałymi włosami I brodą, kojarzący się z Czortem Tannerem z powieści Zelaznego. Drugi był w podobnym wieku, lecz różnił się jeansową kamizelką, czepkiem z okularami słonecznymi I krótszą brodą.
– Nie – zachichotał “Czort”. – To ja cię zaraz gwizdnę !
– Ty jesteś tą, panienką do towarzystwa ? – dodał jego towarzysz.
CJ zachichotała, uśmiechając się pociągająco.
– Powiedzmy, że na wakacjach. Już nie chce mi się zabawiać niedojrzałych chłopców. Tak w ogóle, macie papierosa ? Świerzbi mnie, bo dawno nie paliłam.
Ten pierwszy spojrzał z rozbawieniem na swojego kompana I wyciągnął paczkę Camelów. Dziewczyna z uśmiechem wzięła jeden I wykorzystała do podpalenia zapalniczkę tego drugiego.
– Więc mówisz, że jesteś, ten, na wakacjach ? – zaczął Czort.
– Zgadza się – potwiedziła Charlie.
– A nie mogłabyś zrobić, dla nas wyjątek ?
– No nie wiem…
– Ty nie chcesz się przekonać jakie my samotne wilki ? – z rozbawieniem krzyknął ten drugi. – Jeździmy na srebrnych rumakach, chlejemy najlepsze whiskey I palimy kubańskie cygara ! Byliśmy wszędzie I wszędzie wyrywaliśmy najfajniejsze laski !
– Doprawdy ? – zachichotała dziewczyna.
– Ty wiesz, że Jake nawet obrzezanie miał, dla takiej jednej pani ? Takie z niego żydzisko ! – poklepał Czort tego drugiego I obaj wybuchli nieprzyjemnym, lekko mówiąc rechotem.
CJ śmiała się z nimi, mimo, że w głębi serca była obrzydzona tymi dwoma pseudokowbojami I zaczęła żałować udawanie Tanyi. Pragnęła jak najszybciej się wymigać od tej rozmowy, ale jej wewnętrzne ego przekonało ją by wyzdrygnąć ich obu na dudków, a po tym niepostrzeżenie zniknąć.
– No, ciekawe, bardzo ciekawe – pokiwała głową, strząsając popiół z papierosa.
– To co ? Potowarzyszysz nam ? – zapytał ochrypłym głosem Jake. – Pokażemy ci nasze rumaki I pojedziemy na nich do najbliższego motelu. Co ty na to ?
– A poza tym słono zapłacimy – dodał Czort.
Charlie zaśmiała się I wyrzuciła peta na beton.
– No dobra – pokiwała głową z uśmiechem. – Ale jest jeden warunek, oprócz kasy.
– Patrzcie no – wyszeptał rozbawiony Jake do Czorta. – Warunki stawia.
Wyjęła składany nóż, po czym powiedziała coś, co sama nie wierzyła, że mówi.
– Będziecie mnie gonić, a temu, który złapie mnie pierwszy, ogolę tym nożem włosy łonowe w motelu.
Mężczyźni zarechotali tak głośno, że przeszedł jej dreszcz na plecach I odruchowo rzuciła się do ucieczki. Po zgodnym krzyku “O tak !” usłyszała stukot buciorów o beton. Nie oglądając się za siebie, minęła owy przyciemniony zaułek z ławeczką, po drodze chwytając butelkę whiskey. Słysząc huk I klnięcie pod nosem, odwróciła się w biegu, by zobaczyć wywalonego na glebę Czorta, gdy Jake nadal ją ścigał. Miała zamiar zgubić pościg na parkingu, wpadając pomiędzy auta. Tak też zrobiła, biegnąc po dachu pickup’a. Spadła na ziemię, potem skręciła ostro w prawo, potem w lewo, wpadając pomiędzy dwa dodge. Nagle z przestrachem zdała sobie sprawę, że znajduje się na otwartej przestrzeni, gdzie nie ma wielu opcji na ucieczkę. Słysząc dyszenie mężczyzn, odwróciła się w stronę betonowej ściany. Nagle poczuła ostry ból w kostce I padła na ziemię. Wtedy zdała sobie sprawę, że przesadziła. Pierwszy dopadł ją Czort.
– Odwal się, ty oblechu ! – rzuciła, wymachując nożem Jasona.
– No, laska ! Mieliśmy umowę – przypomniał I dotknął jej biodra.
– Nie ! – zdąrzyła jedynie wykrzyknąć Charlie. Jake ze zirytowaniem w głosie podbiegł do kolegi. Ręka mężczyzny zbliżała się niebezpiecznie blisko krocza I paska.
W powietrzu zadrżał trzask zamka broni.
– Łapy precz od niej – warknął męski, lekko ochrypły głos.
Dziewczyna odwróciła głowę w stronę mężczyzny. Z oddali przypominał jednego z bohaterów akcji lat osiemdziesiątych. Wojskowo przystrzyżona fryzura I broda, ciemnozielona koszula z czarnymi gwiazdami na ramionach I brązowe bojówki.
Trzymał w rękach sztucer myśliwski.
– Powiedziałem, odsuń się, bo cię kropnę ! – powtórzył groźbę mężczyzna.
– Nie wtrącaj się koleś – warknął Czort. – Laska jest striptizerką na wakacjach I obiecała zrobić wyjątek dla nas obu – wskazał podbródkiem Jake’a.
– Jeden centymetr dalej posuniesz tą łapę, to cię poślę do piekła, czyli tam gdzie ty I twój koleżka jeszcze nie byliście – rzucił.
– Podsłuchiwałeś ? – nie mógł uwierzyć Jake, który powoli opuszczał ręce, odruchowo uniesione w górę, na widok człowieka z karabinem.
– Obiło mi się o uszy, gdy przechodziłem – odpowiedział już spokojniej, ale nadal równie szorstko. – A poza tym, to co ty mi za kit wciskasz ? Ona jest jeszcze dziewczynką.
– Gdyby starzy ją posłali na ulice, to sama by tak daleko nie zaszła – zauważył Czort, zwracając wzrok na Charlie.
Przeszły ją dreszcze.
– No dobra – stwierdził mężczyzna z karabinem. – Może I zainteresowana jest sprzedawaniem ciała, ale przed chwilą krzyczała, byś się odwalił.
– Słuchaj, koleś ! – warknął Jake. – Jeśli chcesz ją wziąść dla siebie, to zapomnij ! Mój żagiel już dawno stanął. A poza tym…
Wycelował I strzelił. Mężczyzna w czepku z krzykiem opadł na kolana, łapiąc się za bok. Potem skuliwszy się, zaczął jęczeć.
– Do diabła ! – Czort wrzasnął, wstając od leżącej dziewczyny. – Mówię ci bohaterzyno, spieprzaj, bo poślę cię do piachu !
Tamten pociągnął za zamek.
– Mam ci to samo do powiedzenia – wycelował w głowę motocykilsty.
– Harry, spieprzamy – wykrzyczał Jake z pozycji półleżącej. – On nie żartuje !
Harry “Czort” ze stęknięciem złości kopnął w najbliższy kamień I podszedł do leżącego kompana, by pomóc mu wstać. Odchodząc rzucił jedynie gniewne spojrzenie w stronę człowieka z karabinem, by pokazać mu, co o nim mniema. Mężczyzna I CJ obserwowali jeszcze przez chwilę dwóch motocyklistów, jak kuleją w stronę sklepiku stacji, by wrzasnąć do zaalarmowanego strzałem sprzedawcę, by “zamknął dziób I przyniósł apteczkę”
Charlie z ulgą obróciła się na plecy I odetchnęła.
Jej wybawicel opierając sztucer na nodze, podszedł bliżej.
– Sam się pobaw jej cycorami ! – wrzasnął jeszcze Jake, ale tamten już go nie usłyszał.
– Nic ci nie jest ? – zapytał dziewczynę.
– Nie – odparła I stęknęła z bólu. – Ale chyba kostkę skręciłam.
Mężczyzna spojrzał na jej nogę I wyjął z kieszeni spodni rolkę taśmy. Potem zdjął jej but I obkleił stopę. Następnie na powrót włożył but I pomógł dziewczynie wstać.
– Dziękuję – uśmiechnęła się Charlie.
Stali tak kilka sekund, aż Mężczyzna zapytał:
– Co ty tu robisz sama, w takim wieku ?
– Ty już dobrze wiesz – uśmiechnęła się poufale CJ, po czym wybuchła śmiechem, powodując zdezorientowanie u jej wybawiciela. – Nie, no spanie z tymi kolesiami nie wchodziło w grę. Po prostu chciałam ich oszukać na jakieś pieniądze, ale mi się nie udało, jak widać – dodała.
– Łażą tu niebezpieczne typy – spojrzał jej z powagą w oczy. – Więc nie radzę ci kusić nieodpowiednich ludźmi TYM – wskazał na świecący biustonosz.
– Nie, no umiem o siebie zadbać – CJ wzruszyła ramionami. – Nie musisz się martwić…
– Koszulkę masz ? – przerwał jej mężczyzna.
– Tak – odpowiedziała.
Założył karabin na ramię.
– To załóż. Mniej zboczeńców się będzie tobą interesować.
Odmaszerował bez słowa w swoją stronę. CJ chwilę przypatrywała się, jak odchodzi, by nazwać go w głowie “nudziarzem” I pomaszerować po swój t-shirt, który wypadł, jak się okazało obok dwóch dodge’ów.
Przysiadła na brukowej ściance, blisko sklepiku, by nie narażać się na następnych “klientów”, ale też nie za blisko, by nikt nie zauważył jej z butelką whiskey (która cudem przeżyła kontakt z betonem) I nie skojarzył z kradzieżą.
Na alkohol nie miała ochoty, mimo tego, że godzinę temu wmawiała sobie, że wychleje całą butelkę, jak tylko jakąś zdobędzie, Wpatrywała się jedynie w ziemię pod sobą I co jakiś czas cicho wzdychała. Próbowała przemyśleć poprzednie wydarzenia, ale wiedziała dobrze, że po prostu zachowała się idiotycznie, że nie warto wysilać umysłu I że ten facet prawdopodobnie uratował ją, przed utratą dziewictwa.
Wyjęła telefon, I zdała sobie sprawę, że ma zbitą szybkę I jest rozładowany. Westchnęła głęboko I schowała z powrotem. Rozum jej podpowiadał, że powinna złapać jakiegoś stopa, wziąć od kogoś ładowarkę do Samsunga, pożyczyć telefon, zrobić cokolwiek co przybliżyłoby ją bliżej do stanu Waszyngton, chociaż do Oregonu, ale ona nie widziała już w niczym sensu I wydawało jej się, że od zawsze wszystko było pozbawione sensu.
Nagle, pod wpływem impulsu, wstała I jakby na automacie zaczęła zbliżać się w stronę jezdni. Beton I jeżdżące po nim pojazdy przyciągały ją jak magnes. Zatrzymała się dopiero metr od krawędzi. Najpierw odczuła zdziwienie, po co u diabła chciała to zrobić, a jeśli odebrać sobie życie, to po co, potem wściekłość na samą siebie, a na koniec zwyczajną rezygnację. Wracając na bruk była nawet rozbawiona swoją głupotą I znowu pomyślała o Jasonie, wyciągając nóż. Przepędziła go bezsensowną troską, czy ktoś jej nie widział w tym transie.
Wróciła do pozycji siedzącej I pociągnęła łyk z butelki. Smakowało obrzydliwie, dając jakiś posmak ziół. Było z nim jak z papierosami – było tak złe, że przepyszne.
Pospiesznie obleciała wzrokiem, to co było w jego zasięgu. Samej sobie wmawiała, że to tylko dla samego oblecenia, ale czuła wewnątrz, że wszystko co teraz robi, nawet to co nie miało sensu, było robione dla osiągnięcia tego celu.
Włócząc tak bezładnie wzrokiem po okolicy, nagle dojrzała znajomą, przystrzyżoną po wojskowemu głowę, przesuwającą się powoli, acz zdecydowanie w stronę parkingu. Czerep, który obserwowała, zatrzymał się przy rzucającym się w oczy Chevrolecie El Camino, o kolorze czerwonym, w białe paski.
– Fajna bryka – rzuciła podchodząc do mężczyzny z karabinem.
Stał do niej tyłem, pakując coś do bagażnika. Gdy się odwrócił, tylko rzucił na nią wzrokiem.
– Mój kolega marzył o takim – napomknęła, przy czym znowu wróciła myśl o Jasonie.
– Czego chcesz – rzucił oschle.
Charlie zdziwiła się, jak szybko I beznamiętnie ją przejrzał. Postanowiła także nie owijać w bawełnę.
– Szukam podwózki – powiedziała. – Najlepiej do Oregonu.
Słuchał jej, oparty o swój wóz.
– Kretyn z uniwersytetu mnie wystawił dla jakiejś swojej kuzynki, wyrzucił przy drodze, więc powędrowałam aż tutaj.
Cisza.
Dziewczyna w końcu westchnęła głęboko.
– Po prostu próbuję się dostać na święto dziękczynienia do mojego miasteczka. Zapłacę, obiecuje !
Mężczyzna otworzył drzwi, wsiadł, po czym odpalił auto I odjechał.
Nie mogła uwierzyć.
– Dupek ! – wykrzuciła z siebie I wściekła pomaszerowała do swojego murka, kopiąc jakiś kamyczek, by wyładować frustrację.
Gdy wróciła do butelki, wzięła większego łyka, który teraz smakował jak najlepszy napój świata. Wyjęła nóż I zaczęła wycinać w etykietce trupią czachę. Poczuła satysfakcję, bo nawet jej wyszedł.
Rozległo się warczenie dużego Chevroleta.
– Masz jakieś bagaże, czy coś ?
– Co ?
Mężczyzna wzruszył ramionami.
– No jedziesz ze mną czy nie ?
– Mam bagaże – wyrzuciła z siebie CJ, gestem dała mu znak, żeby poczekał I pobiegła po bagaże, schowane za kontenerami na plastik.
Po chwili zostały zapakowane do auta.
Gdy wyjechali na drogę rozdzielającą las, miała okazję przyjrzeć mu się bliżej. Miał lekko zakrzywiony w lewo nos, popękane usta I zęby nadniszczone papierosami. O jego nałogu zdradzał także gęsty smród wiszący w kabinie. Chciała zapytać się, czy dużo pali. W końcu zaniechała tego pomysłu.
Skupiła się na drodze. Zagapiła się na błyskawicznie znikające pod pojazdem białe linie. Potem na nocne niebo, wierzby. Nie miała zielonego pojęcia, czemu to zrobiła. Czemu poprosiła go o powózkę I czemu się zgodził.
Czemu.
To pytanie przychodziło jej na myśl, dość często, bo bardzo rzadko nie rozumiała ludzi. Były jak te wierzby przy drodze. W przeciwieństwie do innych drzew nie zmieniały się wcale. Nawet na jesień. Natura ludzka też się nie zmieniała. Nie rozumiała jej. Nie rozumiała samej siebie, a zwłaszcza losu. Czemu Jason musiał zginąć. Czemu nikt nie dostrzegł tego dzieciaka I przynajmniej nie próbował jej pomóc.
Obróciła się na bok I patrzyła na znikające w ciemności szeregi wierzb, tworzące pewnego rodzaju odchłań. Wydawało jej się czasami, że za dużo myśli I że ostatnio za dużo widzi wśród drzew jednego chłopaka. Jasona.
Zwróciła się w stronę mężczyzny. Skupiony patrzył na drogę I nie dawał oznak jakiegokolwiek zmęczenia.
Postanowiła zagadać.
– Nazywam się Charlie, tak w ogóle.
Cisza.
– Jesteś jakimś wojskowym, że masz karabin ?
W tamtym momencie, nie wiadomo czym zniechęcona, postanowiła przerwać rozmowę.
– Tony – odezwał się kierowca
– Hmm ? – dziewczynę dopadło chwilowe otępienie.
– Mam na imię Tony.
Popatrzyła na niego z jakimś dziwnym błyskiem w oku.
– Mówiłaś, że jesteś studentką – wspomniał po chwili ciszy, odwracając głowę.
– Filologii angielskiej – dopowiedziała.
– Dziwne. Nie kojarzę za bardzo studentek ubierających się w taki sposób. Nie było ci zimno ?
– Nie, nie było. Wiesz, mi wszystko jedno, kiedy chodzi o temperaturę.
Tony pokiwał głową.
Uaktywnił się, pomyślała CJ. Dziwne było to, że nagle z zamkniętego w sobie ponuraka, stał się taki gadatliwy.
– Zmierzasz do Oregonu nie ? Tam mieszkasz ?
– Niedaleko. W Blind Woods, blisko wybrzeża.
– Blind Woods ? W tej dziurze ? – zdziwił się mężczyzna.
– Ta. I to nie jest dziura. Dopiero się nią staje – podkreśliła. – Albo… już jest ? Nie wiem ! Dawno tam nie byłam…
Po chwili ciszy zagabnęła:
– Co ty się taki nagle… gadatliwy zrobiłeś hmm ?
– Nie wiem. Dawno z nikim tak normalnie nie gadałem. Długo jestem w podróży. A Blind Woods ? Tam kiedyś polowałem.
– To po to ci karabin ?
– W pewnym sensie.
– My nie mamy tam kółka łowieckiego – zamyśliła się. – Robisz to na lewo ?
– Właśnie mówię, że to dziura. Mało tam policji, rangerów…
– Czyli wygodnie się poluje, a ty narzekasz ? – zapytała się Charlie z ironicznym uśmiechem.
– Nie no, nie chodzi o mnie. Ludzie często giną, a pozostali się boją, więc uciekają. Już od lat.
– Ale słyszałam od koleżanki, że ostatnio zaczęli trochę ludzie wracać – wspomniała. – Jest tam ładnie, mimo wszystko.
– To do niej jedziesz na Święto Dziękczynienia ?
– Nikogo innego nie mam. Nikt tak za bardzo nie został – posępiła się.
Nastała chwila ciszy. Tony znowu skupił się na drodze, a ona zagapiła na wierzby.
– Właśnie, miałam ją poinformować, by podjechała do Oregonu – klepnęła się w czoło. – Telefon mam rozładowany, masz jakiś ?
Tony przytaknął. Zaczął przy akompaniamencie pomruków grzebać w kieszeniach, jednocześnie trzymając rękę na kierownicy. Wyjął komórkę satelitarną.
– Mam dzwonić z tej staroci ? Ja nawet nie pamiętam jej numeru. Masz ładowarkę do Samsunga ?
– Nie narzekaj I bierz – wcisnął jej komunikator.
Dziewczyna jakimś sposobem przypomniała sobie numer I wpisała go na klawiaturze. Minutę zajęło złapanie sygnału. Następną – czekanie na odpowiedź.
– Gówno – rzuciła Charlie. Zaczęła uderzać o kabinę nad schowkiem.
– To nie budka telefoniczna. Musi złapać sygnał.
– Ale już złapał ! Słyszysz ? – odgryzała się.
Zajęli się w tamtej chwili telefonem, podczas gdy pojedyńcze lampy zaczęły migać. Ale oni nie zwrócili na to uwagi.
– Mówię ci, to odludzie !
-A z resztą ! I tak zadzwonię później ! Nie pali mi się przecież pod dupą ! – oddała telefon.
Wjechali tymczasem na autostradę.
– Ty też się wybierasz do Oregonu ? – zapytała CJ.
– Nie, chciałem kogoś odwiedzić, ale teraz mi się chyba odechciało.
Minęli migający na pomarańczowo znak ostrzegawczy, o treści:
NADESZŁA GROZA A Z NIĄ KONIEC
– Co jest ? Jaja sobie robią ? – zwróciła uwagę Charlie.
– Nie wiem. Włączę radio, może tam coś powiedzą.
Jakby radio działało lepiej od telefonu, pomyślała Charlie.
Radio jedynie zaszumiało I nie chciało ukazać jakichkolwiek wiadomości.
Tony mruknął cicho. Wyłączył radio.
Nastał ponowny moment ciszy. Karoseria cicho zaskrzypiała, a silnik, mimo swej wielkości, zachowywał się jak o połowę mniejszy. Przez stosunkowy brak dzwięków, oboje zaczęli oglądać się po autostradzie I drzewach. Była pusta. Żadnego auta, ciężarówki. Niczego. Tylko oni. Poczuli lekki niepokój, który lada chwila, mógłby zamienić się w strach przed lasem I jego odchłanią.
Po pół godzinnej jeździe zatrzymali się na małej stacji beznynowej, trochę mniejszej niż ta poprzednia.
– Serio ? – fuknęła Charlie. – Małe skrzeczenie w silniku przecież nie oznacza śmierć, nie ?
Tony powrócił do swego milczenia. Nie mogła odgadnąć tego człowieka. Raz jest cichy jak cichociemny, potem rozmawia z ożywieniem, jakby był najbardziej towarzyską osobą w Stanach, a potem znowu milknie.
Gdy wysiedli, dziewczyna zwróciła uwagę na ciszę I pustkę, jaką przedtem widziała na autostradzie. Dokoła nie było żywej duszy. Kierowców. Pracowników. Tirowców. Nikogo.
Było tak cicho, że mogła usłyszeć świszczący dookoła wiatr, a nawet świerszcze w trawie. Niby wszystko wyglądało normalnie. Ale w tej normalności było coś nienormalnego. Coś n I e l u d z k I e g o. Czuła jakby ktoś ją obserwował.
Gdy Tony uniósł maskę I zaczął w niej grzebać, CJ postanowiła odejść w stronę budynku stacji. Co pierwsze ją zdziwiło, to otwarte, rozsunięte na boki drzwik. Nie działały, mimo świecących dokoła lamp, świadczących o płynącym prądzie.
W środku nie było nikogo. Czyli ani żywej duszy na całej stacji. To było dziwne.
Znalazła postrącane z półek artykuły, ale w teorii nic już nie odstawało od normalności. W praktyce było więcej rzeczy, które mogły niepokoić.
Podeszła do kasy. Tam także nikogo nie było. Oparła się o blat I przeleciała wzrokiem po całości pomieszczenia. Nagle miejsce to zaczęło przerażać. Jej wzrok utknął w jednym z nienaturalnie zaciemnonych kątów. Wydawało się, jakby owa ciemność była czarną dziurą, pragnącą pochłonąć całość rozrzuconych kartonów mleka, półki, wyrwać uchylone drzwi z zawiasów. Zaczęła czuć na sobie to samo uczucie bycia obserwowaną. Z tą różnicą, że obserwujący był bliżej.
Weszła na zaplecze. Tu panował większy porządek niż w sklepie. Ułożone na półkach I paletach towary I kanistry. Charlie poczuła się tu trochę bezpieczniej.
Jej uwagę przykuł leżący na podłodze krótki rewolwer. Ostrożnie go podniosła. Nie był ciężki, w porównaniu do konsekwencji tego co mógł uczynić. Spojrzała z boku I ujrzała logo Smith & Wesson. Nagle przypomniało jej się, że Jason jej taki pokazywał. I ponoć takiego używał tamtego dnia koleś, który zabił wszystkich.
Szybkim ruchem ręki schowała go w kieszeń kurtki. Nagle zaczął niezwykle ciążyć w jej kieszeni. By odsunąć od siebie złe wspomnienia, postanowiła ograbić ten (jak się zdawało) opuszczony sklep. Dwie puszki Coli, paczkę batoników energetycznych, garść naboi z automatu z zaplecza, latarkę, oraz zszywacz tapicerski. Zdziwiona swoim instynktem grabieżcy odłożyła wszystko koło wyjścia I poszła szukać pieniędzy. Kasa była otwarta, ale w niej były same drobniaki. Poszła więc na zaplecze.
Rozległ się elektryczny brzęk. Wzdrygnęła się. Przy drzwiach na zewnątrz stał komputer, a obok niego – telefon komórkowy.
-Hej, taka mała rada. Lepiej nie kręć się na zewnątrz, gdy gasną światła. Widziałem jak coś się na ciebie gapi. – telefon ucichł.
Po plecach CJ przebiegły dreszcze. Wydawało jej się, jakby za oknem jakaś czarna figura przemyknęła między drzewami.
– A I jeszcze jedno – przerwał telefon. – Auto mi się zepsuło gdzieś w okolicach sklepu. Pójdziesz mi pomóc ?
Uchyliła drzwi budynku. Zrobiło się tak cicho, jakby ktoś wyciszył maksymalnie lecący właśnie film. Słyszała tylko własne kroki I szelest własnych ubrań. Mimowolnie wyjęła rewolwer z kieszeni I nie dbając o poinformowanie Tony’ego, ruszyła na drogę.
Rzeczywiście, na drodze stała czerwone combi. Niepewnie szła po drodze, widząc cokolwiek jedynie przez świecące się lampy. Podeszła na dwa metry.
Nagle zgasły światła.
Wrzask. Krzyki. Strzały. Tylko to pamiętała. Potem już tylko bieg ze zranioną ręką I padnięcie na ziemię w magazynie stacji. Prawie natychmiast przybiegł Tony z karabinem.
– Jasna cholera ! Co się stało ?
Dziewczyna się rozpłakała. Tego było za wiele. Wszystko zaczęło tępem geparda przebiegać przez jej głowę. Traumatyczne wspomnienia z Jason’em, wywalenie z auta, gwałt I teraz coś przerażającego I brzydkiego, próbującego ją zabić.
– Halo ? Halo ! – krzyczał Tony. – Wszystko dobrze ?
– Nie, błagam ! – wypiszczała przez łzy Charlie. – Jest super ! Noc marzeń ! Zostałam wywalona przez kolegę jak najgorszy śmieć, prawie zgwałciło mnie dwóch oblechów, a teraz jakaś bestia chciała mnie dopaść ! Nie ! Zostaw mnie ! (odepchnęła rękę mężczyzny) zostaw mnie ! Gówno cię obchodzę ! Daj mi się wykrwawić !
Wyrwał jej rewolwer z ręki I pobiegł w stronę sklepu. Była pewna, że ją tu zostawi. A kiedy zgasną światła, na pewno to coś ją rozszarpie. Jeśli się przedtem nie wykrwawi.
Mimo to, wrócił sekundy później z apteczką. Uchylił rękaw kurtki I zaczął opatrywać ślady po kłach. Robił to na tyle delikatnie, że Charlie przestała płakać, a siedziała jedynie przytulona ramieniem do kolan.
– Właśnie że mnie obchodzisz – powiedział Tony. – Więcej niż myślisz.
W tym momencie skończył się sprint myśli, więc mogła przypomnieć sobie, co się wydarzyło. Znad czerwonego kombi wyskoczyło… coś. Wyglądało trochę jak pies, trochę jak gepart. W sumie, niczego co znała nie przypominało. Próbowała w to wrzeszczące monstrum strzelać, ale prawie żaden pocisk nie raził go w jakikolwiek sposób. Zdążył zranić ją w ramię, a ona uciekła w magazyn I zapaliły się światła. Jednak nawet to przerażające doświadczenie, może dałoby się znieść, gdyby nie napis nabargrany na ścianie budynku – Jason.
– Lepiej nie bierz już broni do ręki, dobra ? Mogło skończyć się o wiele gorzej – odezwał się po chwili wytchnienia Tony.
– Przepraszam – wyszeptała CJ.
– Za co ? – zdziwił się jej kompan.
– Mój przyjaciel zginął w strzelaninie, jakiś rok temu, a ja nadal widzę go wszędzie…
– Przykro mi – stęknął. – Ale płacz nie załatwi sprawy. Wierz mi. Po tym, jak mi ojciec zmarł na rękach, to przez rok na jego wspomnienie płakałem. Miałem wtedy jakieś osiem lat.
Dziewczyna powoli uniosła głowę.
– Mieszkałem wtedy u wujka John’a. Był weteranem w Wietnamie. Widywał śmierć częściej niż wielu z nas. Kiedyś, jak znowu zaniosłem się płaczem, opowiedział mi o takim jednym, ciemnoskórym mariens, co powiedział w dżungli takie jedno zdanie: “Świat będzie cię miał gdzieś” powiedział. “Więc ty miej świat w zadzie, a zaczniesz świat obchodzić. Lubią, gdy ktoś dzieli ich podejście do ludzi”.
Charlie pokiwała tylko głową.
Kuśtykając I opierając się o Tony’ego, doszła do czerwonego El Camino.
Nagle zgasły światła.
– Szybko, szybko ! – ponaglał mężczyzna. Po chwili odjechali.
Charlie siedząc skulona na fotelu, przeżywała mały kryzys. Okazało się, że jest równie skomplikowana jak Tony i nawet samej siebie nie potrafiła w pełni zrozumieć. Nie było to spowodowane jakąś chorobą, taką chociaż miała nadzieję. W końcu trzy lata temu wydawało jej się że szkielet próbuje ją zabić. Na ironię, właśnie w tamtym momencie coś się zmieniło. Przestała zgrywać chojraczkę a gdy przychodzi co do czego, być tchórzem. Wszystko próbowała przeżywać pod osłoną ironii i zgrywania twardej. Ale we wnętrzu była miękka i musiała to zaakceptować i jakoś powinna siebie zrozumieć. Była człowiekiem, więc miała prawo być czasami słabą, ale z pewnością ma prawo, a nawet obowiązek podtrzymywać równowagę. Mieć gdzieś świat i jego problemy, bo przecież on nie obchodził jej. Jason nie chciałby, by po latach wchodziła pod koła aut.
– Zastanawia cię, co się tam odwaliło ? – spytał Tony, by przerwać tą dziwną ciszę.
– Nie wiem – powiedziała. – Coś dziwnego zaczęło się dziać. Ech, a już się spodziewałam, że spokojnie dotrę do domu i co ? Tyle drogi by zeżreć pieprzonego indyka ! – stęknęła.
– Ciekawe. Przecież próbujemy uczcić Indian, którzy uratowali nam dupy, tymi indykami.
Charlie tylko obróciła się na bok i przymknęła oczy. Mężczyzna natomiast włączył radio, które nadal szumiało. Szum ten wydawał się być jedynym dźwiękiem, wśród coraz wyższych wierzb. Latarnie już dawno zniknęły, a próżnia dokoła nich zaczęła nawet pochłaniać drzewa. Robiło się coraz ciemniej.
Radio zaskrzeczało, zastukało, a wśród tego charmideru zaczął wydobywać się głos.
– Halo ? Halo…
CJ otworzyła oczy.
– Yyy… chciałbym tylko zawiadomić, że zaczęła się mała apokalipsa. Wiem, że może to brzmieć idiotycznie, ale na to wygląda. Światła zaczęły samoistnie gasnąć, ludzie zaczęli znikać, a na ich miejsce zaczęły pojawiać się dziwne…"anomalie", że tak powiem. Radzę więc zostać w bezpiecznych schronieniach, a jeśli jest się na zewnątrz, to lepiej szybko się do takich dostać. Lepiej też uzbroić się w broń palną, która i tak nic nie da, bo tych stworzeń nie da się zranić ołowiem. ( tu zachichotał ) A kierowcom jadącym do Blind Woods, radzę zajechać do lokalnego schroniska dla motocyklistów. Chociaż pewnie i tak nie dotrzecie do tego miejsca. Groza i tak was dopadnie.
Głos ucichł i powrócił szum.
Obydwu pasażerom wydawało się, że jest to głos tylko i wyłącznie w ich głowach, a cisza nie tylko była wyraźnie obecna, a nawet atakowała wóz i ich samych.
Rozległ się warkot silników. Wielu silników.
– Cholera jasna… – warknął Tony, na widok trójki motocyklistów, wyprzedzających ich.
Jego towarzyszka wyjęła nóż.
– Serio ? Chcesz walczyć tym czymś ?
– No mówiłeś, że lepiej bym nie tykała broni !
Pokręcił głową
– Dobra ! Zapomnij ! Bierz ten swój cholerny rewolwer i wykończ ich !
Dziewczyna sięgnęła do plecaka z tyłu i wyjęła broń. Potem rozsunęła okno.
– Przyjęłam.
W ramę przedniej szyby wpadła kula. CJ osłoniła ramionami twarz.
– Chcesz strzelać w opony, czy co ?!
– Zamknij ryja !
Wypaliła raz. Drugi. Kule brzękły w metal nie robiąc wyraźnej szkody. Motocyklista zaśmiał się w gąszczu swej brody i wycelował. Dziewczyna zareagowała szybciej i strzeliła niżej. Prosto w srebrną skrzynkę, wyglądającą na ważną.
Rozległ się huk. Pojazd zapłonął, a motocyklista wyparował.
Tony'ego olśniło.
– Celuj w silniki !
– Jesteś kłusownik i dopiero tera…
Padły następne strzały. Tym razem z tyłu. Charlie spojrzała I dostrzegła zbliżających się motocyklistów.
– To cały pieprzony gang !
– Wiesz co robić.
Wgramoliła się na tyły i korzystając z dziur, zaczęła strzelać.
Raz trafiła w lampę, raz w przednie koło. Nie działało.
Nagle przyszło jej do głowy, dlaczego tamci z przodu nie strzelają. Odwróciła głowę.
Jeden z dwóch pozostałych wyjął krótką strzelbę dźwigniową.
Czekali aż będą na tyle blisko.
Maska Chevroleta zaiskrzała po kontakcie z kulami. Dziewczyna wycelowała w silnik. Załzawione oczy nie pozwoliły na pewność strzału. Mężczyzna w skórzanej kurtce zaśmiał się.
– Bawił się twoimi cycorami ?
Rozpoznała w tym głosie Jake'a.
Nagle wychyliła się nadludzkim wysiłkiem za okno i chwyciła za jego broń. Szarpając się z motocyklistą, zrozumiała, że dokonała największej głupoty w swoim życiu.
Jake niespodziewanie odwrócił głowę. Wykorzystała to i walnęła go w ramię i szarpnęła z całej siły. Z krzykiem spadł na jezdnię i przeturlał się w tył.
CJ pewniej chwyciła za strzelbę i pociągnęła za dźwignię. Wypaliła w ostatniego motocyklistę z przodu. Od razu padł na ziemię.
– Wychamuj.
Tony zrobił jak powiedziała. Błyskawiczne zbliżyli się do gangu.
Wszyscy jechali martwi.
– Co jest ?! – szepnęła Charlie.
Chevrolet przyśpieszył i gładko zjechał na pobocze drogi. Karawana trupów na motocyklach przejechała jeszcze kilka metrów i wywróciła się na beton.
Dziewczyna błyskawicznie wyskoczyła z auta i podbiegła do leżącego najbliżej motocyklisty, nie zważając na krzyki Tony'ego.
Jednoślad leżał wywrócony kołami do drogi, a trup leżał metr dalej na plecach. Zerwała więc torbę bagażową i wysypała zawartość. Alkohol, pudełko cygar, gumki i duże pudełko śrutu, z szelestem spadły na drogę. Chwyciła pierwsze i ostatnie, by podejść do ciała.
Z karku na którym kiedyś osadzona była głowa, powoli spływała jasno czerwona krew. Fetysz cuchnął spalenizną, mimo że nie zdążył usmażyć się szorując po drodze. Na początku wydawało się, że głowę uciął rzemyk, który tak chętnie kierowcy tych jednośladów nosili by oszczędzić sobie bólu w razie wypadku. Ale taki działał z precyzją gilotyny. A tutaj wyraźnie czerep został wyszarpany, z brutalnością zwierzęcia, ale i dokładnością człowieka. Zupełnie jakby ktoś w locie przeskoczył nad nieboszczykiem, używając wnyki na niedźwiedzie.
Z wielkim obrzydzeniem oklepała kieszenie ciała bez głowy. Oczywiście nic tam nie było. Uniosła głowę by nie patrzeć na tą bryłę mięsa. Jej wzrok utknął w punkcie ciemności pomiędzy trzonami drzew. W nieprzeniknionym mroku mogło kryć się tak naprawdę wszystko. Wolała nie myśleć o tym co mogło używać otchłani czerni jako kryjówkę, ale mimo woli wyobraźnia dostarczała najstraszniejsze wizje zawartości czerni. Jej wzrok świdrował ją, zupełnie jakby chciał coś z niej wydobyć. Coś, czego nie było warto wydobywać.
Dwie żółte lampki podobne do świateł samochodowych zajaśniały w mroku nocy. Charlie poczuła dziwaczny strach przed tymi światełkami, pewnego rodzaju niepokój. Wpatrując się zaczęła doszukiwać jakichkolwiek kształtów, wyjaśniających je, ale mimo wszystko nie mogła tego dokonać. Jakby na jej polecenie z ciemności zaczęła wyławiać się klatka piersiowa mężczyzny, pokryta małymi kroplami krwi. Prosiła w głębi ducha, by dostrzec ludzką twarz, ale zamiast niej ujżała…
Kły.
W oddali usłyszała przeraźliwy krzyk Jake'a, przeżywającego bolesną agonię. Jego głosowi towarzyszył chrzęst rozrywanego mięsa, a z czasem głos zacząl chlupoczeć, przypominając dźwięk topienia się na powierzchni. Powoli przeraźliwy koncert ustał by oddać pełnię ciszy zakończeniu symfonii mordu. Wilcze wycie.
Wraz z nim sylwetka i oczy znowu utonęły w mroku dziczy, odprowadzane skrzącą się strachem zielenią oczu CJ.
Zerwała się i dysząc ruszyła w stronę auta. Dopadła roztrzaskanej maski i uklękła obok przykucniętego kłusownika ściskającego sztucer. Siedział cicho, albo nie chcąc zwrócić na nic uwagę, albo wstrząśnięty tym co zauważył.
Dziewczyna wyjęła trzy sztuki śrutu i wepchnęła je w ładownicę strzelby, uciszając ciągle głośny oddech. Po cofnięciu dźwigni utkwiła swój wzrok w nicość, skrupulatnie obserwując szybko walące serce, mimo to wyczuwalne jakby w zwolnionym tempie.
Odwróciła głowę. Tony zaglądał poza ramę dachu, obserwując szosę, z której przed chwilą dobiegały krzyki agonii.
– Spadamy stąd – wyszeptała.
Chwycili swoje plecaki z najpotrzebniejszymi rzeczami i truchtem zbiegli po chrzęszczącym gruncie lasu. Tony po krótkiej chwili marszu skręcił w prawo, gdzie po prawej stronie nadal widać było drogę. Marsz szybko zamienił się w bieg. Charlie wydawało się, że rozumieją się bez słów, ale pojawiła się u niej chęć odradzenia przemieszczania się blisko jezdni, gdzie byli najbardziej widoczni. Zdała sobie jednak sprawę, że jeszcze bardziej narażeni są na atak wśród drzew, więc nigdzie teraz nie będą w jakimkolwiek stopniu bezpieczni. Nagle otoczenie stało się aż nazbyt głośne. Ich kroki i chrzęszczenie ziemi stało się aż nazbyt zdradzające, nie mówiąc już o oddechach, które dziewczyna nawet chciała uciszyć, poprzez zwolnienie. Bała się bowiem, że w tym harmiderze nie usłyszą dzikich zwierząt, które przecież mogły niepostrzeżenie ich zaatakować. Każdy uschnięty krzak, młode drzewo, bądź powalony pień stawał się potencjalnym zagrożeniem, bo niewiadomo było czy coś się za nim nie kryje, albo czy w ogóle jest tym, czym się wydaje.
Po minucie szybkiego marszu i znacznego oddalenia się od oświetlonej teraz jezdni, wpadli na ubitą ścieżkę, co było dziwne, jak na pustkowie takie jak to. Po następnej minucie, która wydawała się być wiecznością, natrafili na drewniany znak, wskazujący według nazwy, na toalety i najbliższą knajpkę-schronienie o nazwie "Bycze rogi". Tony odwrócił się i kiwnął głową do swojej towarzyszki.
Nagle Charlie dojrzała w oddali przemykającą, zgarbioną sylwetkę, która zatrzymała się na skale. Dziewczyna nieopanowanie wzięła głęboki wdech, by stojący koło niej ją uciszył. Postać wydała z siebie mrożące krew w żyłach wycie.
Gdy w niedalekich krzakach coś zaszeleściło, a w oddali wynaturzeniec otrzymał odpowiedź od towarzyszy, wiedzieli już, że zbliża się zagrożenie.
Charlie zerwała się w stronę toalet. Szybko straciła oriętację w półmroku. Otoczenie nie wydawało już żadnych dźwięków, jakby zwierzęta, a nawet obiekty martwe bały się nadciągającej pogoni.
Zdając sobie sprawę, że złym pomysłem była rozłąka z Tony'm i z pewnością nie dotrze to kabin, skręciła w najbliższe zarośla. Przykucnęła i ściskając strzelbę zaczęła nasłuchiwać.
W niedalekiej przestrzeni rozległa się straszliwą szamotanina zarośli. Wydawało się, że te stworzenia, czymkolwiek by nie były, działały w określonej strategii, a do umysłu sączyły się dociekania, iż od dawna śledziły ich bezszelestnie. Atak dopiero teraz, miał na celu znaczne odciągnięcie od celu.
Kątem oka dostrzegła wyraźniejszy zarys jednego z nich. Bardzo szybko nazwałaby go wilkołakiem, ale to było coś odmiennego. Wyglądał jak krzyżówka człowieka z wilkiem. Chyba najbardziej niepokojącym było to, że nie wyglądał na stworzonego sztucznie zmiecha. Był najbardziej naturalnym i najstraszniejszym kaprysem matki natury jaki można było sobie wyobrazić.
Poczuła ciepły oddech na swoim karku. Nie czekała by usłyszeć ciche dyszenie.
Niczym zwierzę łowne, starające się desperacko obronić, obróciło się tnąc nożem powietrze. Drapieżnik nawet nie pisnął, nie okazał żadnej reakcji. Rzuciła się wprost na drugiego, strzelając że strzelby. Potem wbiegła w przeciwną stronę dwóch bestii, próbujących ujadaniem wezwać wsparcie.
Uciekając przez pole małych krzaków, nie zwracała już uwagi na ich głośny szelest. Nie chciała zastanawiać się czy to wiatr nimi porusza, czy goniący ją właśnie wilkołak. Chłodne powietrze dokoła niej, sprawiało wrażenie, że z każdej strony pogoń chucha na nią swym oddechem. Biegła tak, próbując wynanewrować pomiędzy drzewami. Dostrzegła kłodę, za którą wskoczyła.
Chwilę później powietrze przecieło dwanaście futrzastych cielsk goniących ją potworów. Nie miała czasu by przyjrzeć się im dobrze. Widziała jedynie biegnące wilki, lekko przerośnięte i przypomiające ludzi.
Przeczekała następne kilka minut, żywiąc nadzieję, że w końcu jest bezpieczna i może wrócic do Tony'ego. Jeśli wogóle przeżył.
W końcu stwierdziła, że nadszedł czas by sprawdzić okolicę. Scisnęła kolbę strzelby mocniej i gwałtownie wstała.
Cisza. Dokoła niej nie było nic więcej, oprócz szumiących cicho drzew, krzaków i nieprzenikniona ciemność. Kilka sekund celowała lufą w kilka zakątków swojego zasięgu wzroku i w końcu potwierdziła się teza, że pogoń ją zgubiła.
Nie udało jej się dobrze przemieścić, gdy coś nakazało jej zatrzymać się w bezruchu. Odruchowo spojrzała w prawo i utkwiła swój wzrok w nicość nocy, z której nie spodziewała się już cokolwiek zobaczyć.
Przyszło jednak znajome uczucie, powoli, niepewnie alarmujące coś, co korzystało z osłony nocy. Jej wyobraźnia w tamtym momencie została jakby zamrożona. Widziała jedynie kolor czarny. I nic więcej nie chciała ujrzeć.
Żółte oczka. Ich nikły, złowrogi blask nieśmiało rozproszył ciemność. Serce Charlie szybko zwiększyło swoje obroty. Wiedziała doskonale na co tak długo nieświadomie patrzyła. Rozlegające się powoli kroki wilczych łap teraz wydawały się najmniej istotną rzeczą. Wbrew jej woli, z mroków nocy zaczął wyławiać się wilczy pysk, będący głową wynaturzenia. Zaczęła powoli się cofać, niejako oddając chołd temu czemuś. Nagle księżyc padł w miejsce, w którym w całej okazałości pojawił się wilkołak. Był zarówno majestatyczny i brzydki. I to chyba czyniło go tak przerażającym. Był idealną, w pełni naturalną krzyżówką zwierzęcia z człowiekiem. Umięśniony tors mężczyzny, obrośnięty gęstym futrem, gdzieniegdzie zaplątanym w kołtuny, przechodził płynnie w głowę nienaturalnie dużą, ze spłaszczonym pyskiem, pełnym krwawiących, ostrych zębów, które kilka godzin temu precyzyjnie odgryzały głowy.
Powoli, acz zdecydowanie kroczył w jej stronie. Wydawało jej się, że całe życie przebiega jej przed oczami tak szybko, że widzi tylko rozmazane kolory.
W pewnym momencie krew uderzyła jej do głowy i uniosła lufę. Błyskawicznie, jakby odruchowo raz za razem zaczęła wypalać śrut w jego klatkę piersiową. Ich ruch przypominał śmiertelny taniec na scenie, który z każdym strzałem przyśpieszał. W końcu bestia na czworaka rzuciła się na nią, by wyrwać łapą strzelbę i przygnieździć do ziemi.
Drobne kropelki krwi zaczęły spływać na jej policzki. Czuła jakby paliły jej skórę, ścięgna, a nawet kości policzkowe. Uczucie zimnego, nierównomiernego oddechu rozchodziło się po całym jej ciele. Dopiero co wyłowione żólte ślepia wyglądały jakby chciały ją całą wessać, nie tylko duszę, ale i całe ciało. Sierść kuła jak małe igiełki. Czuła jakby właśnie dyszała nad nią śmierć, pragnąca ją wchłonąć.
Wysunął z paszczy długi, bladorózowy język. Przejechał po jej policzku, zlizując krew i jakby chcąc się nią delektować. Albo zadać więcej bólu.
Wydała z siebie przeraźliwy krzyk. Czuła, że za kilka chwil jęzor zerwie z jej twarzy skórę wraz z mięsem, pozostawiając tylko nagie kości.
Stwór podniósł ramię i już stało się pewne, że chce zagarnąć całą sadystyczną przyjemność dla siebie.
Wyciągnęła ramię przed siebie w ostatnim geście obrony.
Poczuła jak coś nagle narasta w jej ciele. Jakąś niezrozumiałą siłę, która przenikała cały jej organizm jak wielką falę energii. Poczuła się jak sparaliżowany od urodzenia, który nagle zaczął korzystać z rąk I nóg. Ta moc wywołała olbrzymią eksplozję, która odrzuciła potwora z wielką siłą na ziemię. Bestia w wściekłości zawarczała. Charlie nie czekała aż znowu ją zaatakuje. Chwyciła strzelbę I pobiegła w najbliższe zarośla. Ku jej zdziwieniu nie usłyszała dyszenia, ani nie poczuła oddechu na karku, który świadczyłby o pogoni. Jej sprint powoli przeszedł w trucht, a potem w marsz. W tym chaosie I pośpiechu ostatnich kilku godzin w końcu odnalazła jakiś dziwny spokój, którego nie rozumiała. Świat dokoła niej nadal wydawał się być obcy, a jednak czuła jakąś dziwną kontrolę nad nim. Zdawało jej się, że to co czuje, to po prostu poadrenalinowy syndrom, czy coś.
Wkrótce odnalazła ścieżkę, prowadzącą do schroniska. Obejrzała się dookoła, zastanawiając się, gdzie mógł podziać się Tony, oraz czy w ogóle udało mu się przeżyć konfrontację z watahą tych wynaturzeń. Wróciła mimo woli pod znak I znowu przetrząsnęła wzrokiem okolicę.
– Tony ? – zawołała. Dobiegło ją ciche pukanie w plastik, dobiegające z kierunku toalet.
Szybko zorientowała się, z której kabiny dochodził odgłos, bowiem dołączył do niego cichy jęk.
Otworzyła drzwi.
Na muszli siedział Tony, kurczowo chwytając się za ramię. Był cały we krwi, jak się okazało własnej. Na ubraniu widoczne były ślady pazurów I kłów.
– Co ci zrobiły ? – zapytała.
– Cholernie pogruchotały – jęknął. – Pieprzone zwierzęta.
– Masz apteczkę, czy coś ?
– Nie, zerwały mi, gdy uciekałem. Prawie by mnie rozerwały jak tamtego nieszczęśnika. Ale nagle coś je odrzuciło. Nie mam zielonego pojęcia co.
Dziewczyna milcząc, wyjęła z własnego plecaka starą szmatkę I opatrzyła ranę.
– Coś jeszcze trzeba ci załatać ? – zapytała z gorzkim uśmiechem.
– Nie, chyba nie. Cholera. Ale dużo krwi straciłem – chwycił za oparty o ścianę karabin, który miał zamiar wykorzystać jak kulę.
– Nie no, padniesz z wycięcienia. Będę cię podpierać.
Tony tylko stęknął I kulejąc szybko wyszedł z łazienki. CJ ruszyła za nim.
Po półtorej godziny dotarli do oczekiwanego schrociska. Rozbawiła ich sama myśl, że budynek z wielkim szyldem neonowym “Bycze rogi”, był tak dla nich ważny. Gdy się zbliżyli, okazało się, że przed budynkiem panuje niemały bałagan. Powywracane kosze na śmieci, wiatr targający papierki, powywracane wraki motocyklów. Bardzo szybko zdali sobie sprawę, że tu raczej nie odnajdą innych, ale chociaż będą mogli spędzić noc.
Charlie pociągnęła za klamkę.
– Zamknięte.
– Co ty nie powiesz.
Zauważyła kartkę obok drzwi.
-“Cześć Josh. Nie bądź zły, wymieniliśmy wkładkę, bo jakiś gówniarz ukradł poprzedni klucz. Nowy zostawiam ci pod sztucznym kamieniem. Tina”
Spojrzała na ziemię obok drzwi. Chwyciła za ten najbardziej rzucający się w oczy. Od spodu był wydrążony, lecz klucza tam nie było.
Nagle rozległo się kraczenie.
Na szczycie dachu siedział czarny kruk, ściskający w dziobie kawałek metalu.
– Pieprzone ptaszysko – stęknęła I cisnęła fałszywą skałą w kruka. Ten wbił się w powietrze głośno kracząc. Po chwili zaczął nad nimi krążyć, jakby drwiąc z nich. – Nawet nie chcę wiedzieć jak on wydobył ten klucz.
Tony uniósł swój sztucer I wypalił. Ptak padł martwy na ziemię.
– No powiem ci, że strzelać to ty umiesz – zachichotała dziewczyna I wyjęła klucz z dziobu zwierzęcia. Weszli do środka.
Wnętrze schroniska miało dwa piętra. Na parterze urządzono bar, zapełniony różnej maści butelkami, kieliszkami, szklankami. Dokoła ustawione były stoliki wraz z krzesłami. Pod ścianami stały automaty z lat 80, a w rogu stał mechaniczny byk, pozbawiony głowy. Górę urządzono zdecydowanie skromniej. Stół bilardowy, przyrządy do niego na stojaku pod ścianą I kilka skórzanych foteli. Byłby to bardzo przyjemny lokal, gdyby nie bałagan tu panujący. Mały kataklizm zmusił odwiedzających do poprzewracania stołów oraz krzeseł, rozbicia butelek, oraz kradzieży resztek alkoholu I pieniędzy. Te wydarzenia z pewnością oszpeciły jego urok. To co ostatecznie mogło odstraszyć, to wisielec dyndający z sufitu.
Fajna speluna, pomyślała CJ I podeszła do baru. Wyjęła butelkę ukradzioną ze stacji I nalała do pierwszej napotkanej szklanki. Gdy sączyła ziołowy napój, Tony usadowił się pod ścianą, obok przewróconego na bok automatu.
Po kilku chwilach odwróciła się do niego.
– Serio ? Przepuścisz okazję by się napić ?
– Tak. Wszystko jest dla ludzi, ale nie dla mnie – nagle syknął z bólu.
– Wszystko w porządku ? – zmartwiła się dziewczyna.
– Nie całkiem… Przyniesiesz może jakieś leki przeciwbólowe ? Powinny być na zapleczu.
Westchnęła I poszła w stronę drzwi z tabliczką z napisem “Magazyn”.
Rzeczywiście był to magazyn, odstający bardzo od wystroju strefy dla klientów. Stalowe, złożone z kątowników szafki, na których ostały się szeregi butelek, będących zapasem, jeśli akurat skończyły się te za barem. Charlie zdziwiło, że ktogolwiek kto plądrował to miejsce, nie włamał się tutaj. Przeszła na tyły sklepu, gdzie na prostym biurku leżała tubka z tabletkami, oraz notatnik, prawdopodobnie do robienia rachunków. Wzięła tubkę I z ciekawości spojrzała na zawieszoną nad biurkiem tablicę korkową. Wisiały na nich listy gończe osób poszukiwanych. CJ dziwiło poczucie sprawiedliwości człowieka, który tu rezydował. Nagle dostrzegła wśród listów twarz niezwykle znajomą. Dostała gęsiej skórki.
– Mam leki – rzuciła wracając do lokalu, ściskając w jednej ręce obiecane tabletki zawinięte w list, a w drugim rewolwer z naciągniętym cynglem.
– Fajnie. Dasz proszę, bo boli jak cholera.
Wycelowała w jego stronę. Podrzuciła zawiniętą w papier tubkę.
– Najpierw wytłumacz mi to.
Tony rozwinął papier I zobaczył swoją twarz, podpisaną: “Tony C. Drake, skazany za porwanie, morderstwo ze szczególnym okrucieństwem I napad z bronią w ręku”. Spodziewała się, że zacznie panikować, że ktoś go zdemaskował. Zrobił coś zupełnie odwrotnego. Otworzył tubkę, łyknął parę tabletek I zaczął przecierać swoje czoło dłonią.
– No ? – podeszła do niego bliżej.
Wyjął papierosa I zapalił. Kilka razy pociągnął. W końcu westchnął:
– To nie jest tak jak myślisz. Na serio. W sumie, to bardzo długa historia. Kiedy to się stało, byłem taki trochę zagubiony. Potrafiłem godzinami łazić tam I z powrotem. Mieszkałem w starym domu ze swoim dziadkiem. Kiedyś zaszedłem daleko I usłyszałem jak z jakiejś szopy dobiegają dziewczęce krzyki. Co miałem innego zrobić ? Pobiegłem I znalazłem nagą, pobitą dziewczynę, leżącą w kałuży krwi. Spanikowałem, próbowałej jej jakoś pomóc, no ale w końcu się wykrwawiła (pociągnął nosem). Potem przyjechały gliny I uznały, że złapały mnie na gorącym uczynku. Okazało się, że była tam też kasa z napadu, a tą dziewczynę ktoś przypadkiem porwał podczas tego napadu. Uznali, że to wszystko ja. Robiłem w swoim życiu głupie rzeczy, ale nigdy nie targnąłbym się na morderstwo. Przedtem byłem w wojsku, więc umiałem strzelać. To zacząłem nielegalnie kłusować w parkach narodowych. Wiem, głupie. Ale to było jedyne, na co wtedy było mnie stać. Zadłużyłem się I tyle wyszło z tego po ucieczce. Możesz mi wierzyć, lub nie.
CJ powoli opuściła lufę. Zrobiło jej się go szkoda. Było to dziwne, bo ostatni raz kiedy kogoś było jej szkoda, to było jeszcze w szkole wyższej I czuła to względem Jasona.
Chwyciła szklankę I podeszła do Tony’ego, by ją mu podać. Pociągnął mały łyk I oddał jej. Usiadła obok.
– Wierzę ci. Rozumiem jak to jest, gdy się komuś pali pod dupą.
Zapanowała cisza, która teraz wydawała się bardziej przyjazna, niż ta na zewnątrz. Wszystko nadal wydawało się nie na miejscu, ale czuć było niewyjaśniony spokój, który dawał teraz choć chwilę odpoczynku. Charlie przymknęła oczy I czerpała przyjemność z oglądania bezpiecznej ciemności, która otulała jak kołdra.
Rozległ się głośny dzwonek telefonu. Otworzyła oczy.
– To chyba na zewnątrz nie ?
– Ta. Sprawdze to. Nie musisz się o mnie martwić, poradzę sobie – stęknęła wstając I sięgając po rewolwer.
Idąc do drzwi, próbowała wyciszyć w sobie ten niepokój I tę podejrzliwą myśl, która kazała jej nie wierzyć w wyjaśnienia Tony’ego. Kiedy jednak przypomniała sobie, że chowanie czegoś głęboko doprowadza ją do szaleństwa, postanowiła tą myśl zbadać. Nie wydawał jej się podejrzany od samego początku, aż do tego momentu. Fakt, że ją uratował, dawał jej naprostsze w świecie odczucie, że jest inny od tych, których do tej pory spotkała na swojej drodze. Nie pragnął jej ciała, ani jej pieniędzy. Był po prostu dobrym kolesiem, który postanowił pomóc bliźniemu w potrzebie. Nawet jeśli kłusował, to jednak był człowiekiem, który w swoim życiu trochę się pogubił. I tyle. To wszystko sprawiało, że tamten moment, gdy rozpoznała go w twarzy poszukiwanego mężczyzny, tracił na ciężarze emocjonalnym. Teraz jedynie trzymał ją w zdrowej ostrożności, która mogła się uaktywnić w odpowiednim momencie.
Wychyliła się zza drzwi, oberwując parking będący teraz cmentarzyskiem motocyklów. Wydawało się, że panuje względny spokój. Tylko wiatr nadal bawił się porozrzucanymi śmieciami niczym małe dziecko, które właśnie znalazło zabawę życia. Spojrzała w prawo, skąd dobiegało dzwonienie. Budka telefoniczna. Skojarzył jej się mężczyzna, który sprzed laty wywołał jej nieuzasadnione przerażenie. Wzbudziło to w niej zdziwienie I niepokój. Nie przypominała sobie, żeby budki działały jak normalne, domowe telefony stacjonarne. Podeszła do budki I chwyciła za słuchawkę.
Odgłos zajętej lini, następnę brzęki, a potem szum.
– Serio dotarłeś do schroniska ? Cóż, jestem pod wrażeniem, że zaszedłeś aż tak daleko, kimkolwiek jesteś. Musisz być niezwykle uparty, że groza jeszcze cię nie pochłonęła. Albo nie uczyniła swoim przydupasem. Tak, czy inaczej, jak widzisz I to miejsce zostało opuszczone I splądrowane. Teraz mam dla ciebie dobrą I złą wiadomość. Jak nakazuje tradycja, najpierw ta zła. Prawdopodobnie nie spotkasz już żadnych ludzi w promieniu kilkunastu kilometrów. To była ostatnia przystań, a chciwość I złość ludzka po prostu uczyniła to miejsce ruiną. A te pieprzone gangi już zostały przez grozę rozwalone. Teraz ta dobra. Niedaleko stąd jest taka mała chatka myśliwska. Oczywiście, że opuszczona. Jest tam taka mała radiostacja wojskowa. Możesz nią wezwać pomoc. Z tego co wiem, to będzie tą drogą przejeżdżać armia, która, jeśli będziesz miał szczęście, cię ewakuuje. Chociaż, szczerze w to wątpię, zwłaszcza, że wśród wojskowych jest wielu śliskich typów. Wątpię nawet, że tam dotrzesz żywy (krótka przerwa). Jakby co, nie pomagam ci. Po prostu ostatnio się nudzę I lepiej mi gapić się jak ostatni typek w Oregonie żywi jeszcze jakąś nadzieję.
Głos ucichł. Po chwili znowu rozległ się szum.
– Trochę dużo tu ciem. Jak na te lasy. Są trochę dziwne, nie sądzisz ?
Zgasły światła. Towarzyszyło mu krótkie kliknięcie, świadczące o przerwie w dostawie prądu. Cała przestrzeń w promieniu kilku metrów została pochłonięta przez ciemność. Charlie spodziewała się już, co nadchodzi.
Trzasnęła drzwiami budki, zostawiając zwisającą swobodnie słuchawkę. Mogła już dostrzec majaczące w ciemności sylwetki członków watachy. W ostatniej chwili zatrzasnęła drzwi i związała je gumką od włosów, przypadkowo znalezioną w kieszeni.
Po kilku minutach wytchnienia wróciła do Tony'ego, który wyjął latarkę z plecaka.
– Ta noc robi się coraz dziwniejsza – zauważył.
– Nie no, jakby nie zauważyłam – skwitowała CJ. – Ale dobra. Niedaleko stąd jest opuszczoną chatka myśliwska, a w niej radiostacja, którą możemy wezwać pomoc. Nie pytaj mnie kto i jak mi powiedział. Po prostu jedyne co teraz jest ważne to tam dotrzeć. Oboje chyba chcemy przeżyć, nie ?
Tony pokiwał tylko głową i dźwignął się z podłogi. Widocznie jego stan się polepszył odkąd wyszła. Chwycił za sztucer i otworzył zamek. W powietrze wyleciała łuska, którą złapał.
– Cóż, widocznie teraz będziemy w nich naparzać kamieniami.
CJ zaczęła przeszukiwać kieszenie. Wyjęła rewolwer i otworzyła bęben. Pusty. Sięgnęła więc po leżącą na podłodze strzelbę. Ostatnia łuska z łoskotem spadła na drewniany parkiet.
Gorączkowo przeszukała kieszenie. Dwa pociski 45. Colt I trzy do karabinu.
– Te dwa krótkie nie wejdą.
– Skądże – rzucił jej kompan. – To Governor. Z niego można i z takich strzelać.
– Nie chcę być pesymistyczna – westchnęła Charlie. – ale wątpię, że uda nam się tam dotrzeć.
Zwróciła uwagę na ciszę, która nastała zaraz po tym, jak oddaliła się od drzwi. Te wynaturzenia powinny non stop uderzać w szklane drzwi. A oto dokoła panował prawie idealny spokój.
Powoli podeszła do wejścia i rozwiązała gumkę. Mogli obawiać się niespodziewanego ataku, ale naszło ich przeczucie, że z jakiegoś niewiadomego powodu, pogoń ich zostawiła.
Załadowała dwa pociski do bębna. Tony zrobił to samo.
– Nic tu po nas – stwierdziła CJ.
Las dokoła nich wydawał się być spokojny. Nic tak naprawdę nie przypominało już puszczy, po której goniły ich krwiożercze bestie. Mimo to, wszystko, nawet powietrze wydawało się być żywe, jakby było częścią większego organizmu. Oboje mieli wrażenie, że coś się rusza na korach drzew.
Tony zaświecił na jedno z drzew. Pod wpływem światła, w powietrze wzbiło się mnóstwo drobnych ciem. Smuga światła przeleciała pomiędzy drzewami, ukazując przestrzeń gęstą od ciemnobrązowych żyjątek. Oboje doświadczyli dziwnego uczucia, jakby ćmy działały jak jedno. Nie jak rój. Jakby ktoś łączył ich maleńkie umysły w jedno, kierując nimi jako masą zdolną do obserwacji, pościgu, a nawet ataku. Wrażenie to powoli rosło. Zdecydowanie acz powoli. Powoli przekształcało się wraz z zagłębianiem się w las, w uczucie towarzyszące ucieczce przed wilkami. Było jednak dostojniejsze, a w równej mierze niepokojące.
– Zgaś latarkę – poprosiła Charlie. – Te owady są dziwne.
Po dobrej godzinie marszu dotarli do wspomnianej przez głos leśniczówki. Nazwanie tak tego budynku, było jak nazwanie ośrodka badawczego przychodnią. W tym budynku było coś nie tak. Znajdowali się już zdecydowanie za daleko jakichkolwiek obszarów, w których potrzebni byliby Rangersi. Począwszy od wspomnianego faktu, w tej dwupiętrowej chatce nic nie było normalnego i logicznego. Mowa była o opuszczonej chatce, natomiast to miejsce nie wyglądało na w pełni opuszczone. Nienaruszone szyby, idealnie zadbany stan elewacji, ktoś niedawno otworzył garaż, w którym stał wysłurzony Jeep koloru khaki. W górnym oknie świeciło się nikłe zielone światełko. Sam budynek bardziej przypominał chatkę wypoczynkową, która powinna stać w górach, a nie w środku lasu.
Dziewczyna spojrzała na Tony'ego, którego twarz przybrała niezrozumiały niepokój. Mógł wtedy samemu bardzo zaniepokoić się dziwnym domem, ale wiedziała, że mężczyzna taki jak on nie przestraszyłby się byle czego. Zwłaszcza, że widział tej nocy już gorsze rzeczy, które nie wstrząsnęły nim wyraźnie. Więc co dopiero jakaś chatka ? W jego twarzy dostrzegła raczej kogoś, kto nagle ujrzał coś znajomego, niekoniecznie w pozytywnym sensie. Przyjrzała się budynkowi, odsunąwszy te rozważania na bok. Bardzo szybko wydedukowała, że zielone światełko, to lampka od radiostacji, która była ich celem.
– Na co czekamy ? – odezwała się.
Mężczyzna tylko mruknął, poprawił sztucer na pasku i ruszył w stronę domu. Mimo, że po raz pierwszy uznała, że nie może go zrozumieć, to po chwili zaczęła domyślać się pewnych rozwiązań.
Weszli uchylonymi wrotami garażu i skręcili w stronę salonu. Wąskim korytarzem dotarli do miejsca, którego idealna fasada zewnętrzna nie zapowiadała. Panował tu niezwykły bałagan, który sugerował jakąś szamotaninę. Pierwsze co przychodziło do głowy, to atak wilkołaków, ale spostrzegawcze oko mogło bardzo szybko zauważyć brak śladów pazurów, ani nic podobnego. Co jeszcze bardziej wykluczało wilko-podobne, to całkowicie pochłonięte firanki. Co sprowadzało do innych wniosków, to fakt, że walające się po pomieszczeniu meble, nie pasowałyby w żadnym razie do leśniczówki. To był zmasakrowany salon chatki turystycznej, a jego goście prawdopodobnie skończyli równie szczęśliwie, co ich bielizna, zajmująca teraz podłogę jako morze skrawków wątpliwej jakości materiałów.
– Hm. Niezły burdel co nie ? – szturchnęła swego towarzysza.
Ten pochylił się nad leżącym na podłodze zdjęciem. Była na nim radosna grupka młodych turystów, pozujących na tle ośnieżonych szczytów gór. Ciemnowłosy chłopak, brodacz w okularach i młoda kobieta o płomienno rudych włosach, przymykająca oko i szczerząca się do aparatu. To w niej utkwił wzrok Tony'ego. Patrzył na nią zaprawdę dziwnym wzrokiem. Jak ktoś, kto zrobił niewybaczalną krzwywdę, albo inaczej błąd, który kosztował tą osobę życie. Jak dziecko, które zapomniało przestrogo rodziców, wpakowało się w złe towarzystwo, po czym zaprosiło do niego ukochaną osobę, którą towarzystwo przyprawiło o bolesną śmierć.
– Ej, Tony ! – szarpnęła za jego wolne ramię, które po chwili spoczęło na papierze, śladem tego drugiego.
Mruknął tylko, opuszczając bezładnie kończyny, po czym obejrzał się po salonie.
– Nie martw się, po prostu… Idziemy po tę pieprzoną radiostację, dobra ?
Odwrócił się i pomaszerował po schodach na piętro, gdzie miała znajdować się przepustka do ucieczki. Charlie przez chwilę poddała się przemyśleniom. Przypomniała sobie wyznanie Tony'ego o tamtej zamordowanej kobiecie, której zabójstwo przypisano jemu. Wydedukowała, że Ruda na zdjęciu to właśnie ona. Tu zrodziły się pytania. Co to za leśniczówka, która wygląda jak domek letniskowy, czemu leżą tu rzeczy turystów, to wszystko w środku bezkresnego lasu, a co najważniejsze: czemu Tony patrzył na Rudą jakby to on był odpowiedzialny za jej cierpienie ?
Wyrwana z zamyśleń, po chwili pobiegła w ślad za Tonym. Piętro wyglądało bardziej obskórnie, a paradoksalnie mniej chaotycznie od parteru. Drewniana boazeria i podłoga, nagi materac przykryty szarym kocem, a w rogu drewniany stolik, na nim radiostacja, a przy nim drewniane krzesło.
– No dobra – westchnął. – pora wezwać wsparcie i niech nas stąd zabierają.
Usiadł przy biurku, nałożył słuchawki i zaczął kręcić pokrętłem maszyny. Urządzenie zaczęło wydawać różniące się od siebie szumy i piski. Raz krótsze, a raz dłuższe.
Charlie rozumiejąc, że trochę to wzywanie pomocy potrwa, usiadła na materacu i zaczęła grzebać w swoim plecaku. Przypomiała sobie o swoim rozładowanym Samsungu, którego zaczęła przecierać rękawem.
Po chwili postanowiła rozejrzeć się bardziej po budynku i przy okazji złupić coś, co mogłoby przydać się w nowej sytuacji i… świecie, a przy okazji poszukać informacji o poprzednich mieszkańcach tego domu.
Zszedła po schodach i zaczęła przeszukiwać szafki i walizki leżące na podłodze. Nie znalazła w nich niczego ciekawego ani przydatnego, tylko góry skrawków papieru. Potem doszła do wniosku, że jednak na marne pójdzie przeszukiwanie tego pomieszczenia. Zeszła do garażu, by sprawdzić, czy stojący tam Jeep przynajmniej działa. Dziwiło ją, że nawet nie pomyślała o zaproponowaniu ucieczki właśnie nim. Zajrzała do silnika, który wyglądał na cały i sprawny. Mimo tego, że nie znała się na mechanice tak bardzo, by naprawiać auta. Ku jej zdziwieniu, w stacyjce pozostawiony został klucz. Rodziło to pytania dotyczące tych, którzy się tu pojawili. Spróbowała zapalić raz. Auto tylko zaskrzeczało. Drugi. To samo. Po trzecim razie postanowiła zostawić terenówkę, wiedząc że nim nie pojedzie już chyba nikt.
Wróciła na górę, by sprawdzić jak idzie Tony'emu. Nadal kręcił pokrętłem, przytrzymując drugą słuchawki, jakby miało to w jakikolwiek sposób ułatwić wyłapywanie fal. Odwrócił tylko głowę i pokręcił przecząco swoich krzywym nosem. CJ przytaknęła i przeszła w korytarz, by sprawdzić, czy też znajdzie tylko walizki pełne skrawków.
Wkroczyła do ciemnego pomieszczenia, które wyglądało na pralnię, schowek, czy coś temu podobne. Na początku dostrzegła tylko okno, przez które wpadało światło księżyca. Gdy tylko zwróciła swój wzrok na tę przestrzeń, poczuła to samo wrażenie na dnie żołądka, które czuła podczas konfrontacji z wilkami. Jednakże było innej natury. Było ludzkie i inne. I to właśnie było przerażające. Uczucie narastało, gdy wzrok przyzwyczający się do ciemności, zacząl wychwytywać rysy przedmiotów, pośród których stała ludzka postać. Gdy w końcu odwrócił się do niej, okazało się, że jest to dorosły mężczyzna. Jednak wyraźnie to czuła. Nie był w żadnym wypadku człowiekiem.
Wątpliwości można było mieć jeszcze przy bladej skórze i sztucznie wyglądającej twarzy. Ale zielone, duże, świecące w ciemności ślepia wyrażały cały brak jakiekolwiek człowieczeństwa w tej istocie. Był bardziej odpychający od poprzednich bestii tym, że najbardziej przypominał człowieka. Wprost jego aparycja oddawała wszystko, co w człowieku było nieludzkie. Głos uwiązł jej w gardle. Pragnęła to coś puścić w ciemność. Lecz nie mogła. Czuła, że to coś wyrywa ją, z objęci światła.
W oddali rozległ się trzepot tysiąca małych skrzydeł. I szczęku małych szczękoczułek. Wszystkie one były tym samym złem co "człowiek" przed nią. Zanużyła się w piekle, chaosie świszczących, piszczących skrzydeł. Czuła jakby właśnie wrzucono ją do morza, w którym woda działa jak masa zgniatarek i i obracających się szybko ostrzy. Nawet nie miała siły krzyczeć. Zamknęła oczy, czekając aż rozdzieli ją rój.
Została z piekła malutkich ostrzy wyciągnięta, a w okropnym uśmiechu istoty, której ciałem i wszystkim był rój, wyczytała inne rozwiązanie.
Usłyszała przeraźliwy krzyk, który rozległ się w pokoju, w którym siedział Tony, w momencie, w którym istota zniknęła. Władza wróciła jej do nóg i rąk. Rzuciła się lotem do pokoju, z którego dobiegł wrzask.
– Tony ! – krzyknęła, gdy ujrzała leżącego na podłodze kompana. Całego we krwi.
Otworzył tylko usta i westchnął przeciągle.
Uklękła przy nim, by ujrzeć jego zmasakrowane ciało i zrozumieć, że za chwilę będzie w pomieszczeniu sama na całą grozę.
– Charlie – stęknął. – jestem katolikiem, nie mogę umierać od tak.
Wykrzywiła twarz, pokazując że nie rozumie.
– Wysłuchaj mnie. Muszę ci przyznać to, co powinnaś wiedzieć…
Brzmiało to jak rozpoczęcie spowiedzi. Nie rozumiała. Postanowiła po prostu słuchać.
– Przez całe życie błądziłem. W szkole się prawie nie uczyłem, więc na żadną pracę nie miałem szans. Przez pewien czas po śmierci wuja John'a włóczyłem się po świecie. Wstąpiłem do armii i nauczyłem się strzelać. Zostałem więc snajperem. Po powrocie nie wychodziło mi nigdzie. Raz ukradłem samochód, to mnie złapali i skazali na więzienie. Poznałem tam dwóch typów, z którymi uciekłem, gdy nas transportowali przez góry. W noc ucieczki wpadliśmy do jakiegoś domu. Jeden z nich okazał się psycholem, to porwał jedną rudą studentkę. Trzymaliśmy ją w szopie i pewnego dnia znalazłem ją leżącą nago w kałuży krwi. (łza popłynęła mu po policzku) Gdybym nie pomógł tym mordercom uciec, ona na pewno by żyła. Teraz kiedy coś tam zarobiłem, to niby się ustatkowałem ale… Chciałem pojechać do kolegi z wojska i… Po prostu chciałem byś wiedziała. Cieszę się, że cię znalazłem.
Charlie także zmoczyły się oczy.
– Jeśli żałujesz, to… to chyba dobrze. W końcu to nie twoja wina. Okłamałeś mnie, ale ja ci wybaczam. Jeśli niebo naprawdę istnieje to… myślę, że cię przyjmą.
– Dziękuję – wyszeptał Tony I uśmiechnął się. Następnie zniknął, ale CJ poczuła, że z nim wszystko w porządku, a ona wykonała swoje zadanie. Mimo, że nie rozumiała go w pełni, to przyjęła je z gorzkim szczęściem.
Wschodziło słońce, gdy ruszyła dalej przez drogę. Czuła nadzieję, bowiem udało jej się nawiązać kontakt z wojskiem, czekającym niedaleko mostu, czuła nadzieję, że odnajdzie się w nowym świecie. W jej głowie panował spokój i spełnienie, które odzwierciedlało się dokoła niej. Las zmienił swoją grozę na coś przeciwnego. Spodziewała się powrotu ostatniej nocy, ale przynajmniej nie będzie wtedy sama. Już nie.
– CJ ? CJ !
Powoli otworzyła oczy. Kołysanie, które pozwoliło jej zasnąć, teraz ją budziło. Wpadające przez okna wagonu promienie słońca, przywróciły jej trzeźwość umysłu. Wtedy zorientowała się, że ktoś chce ją obudzić.
Obok niej, siedziała rozpromieniona Blue.
– No w końcu wstałaś !
Charlie poprawiła się na siedzeniu i zdjęła słuchawki.
– Jak długo spałam ? – mruknęła.
– Zasnęłaś gdzieś godzinę po tym jak wsiadłyśmy ! Nie wiesz nawet jak się nudziłam… A mówiłaś, że ty całą noc nie będziesz spać.
– A ty w ogóle spałaś ? – zapytała.
– No, na pewno nie tyle co ty ! – zachichotała Blue.
CJ rozejrzała się dokoła siebie. Przypomniała sobie, jak wczoraj wieczorem wsiadała do pociągu w Oregonie. Jednakże poczuła się dziwnie, gdy zobaczyła siedzących obok ludzi i usłyszała komunikaty konduktorów.
Poprawiła kurtkę i szarpnęła za pasek torby. Zeszły razem w grupkę ludzi, którzy podobnie jak one, miały wysiadać w Blind Woods. Za oknami przesuwały się bezkresne morza wierzb. Zaraz potem, pociąg wjechał na most, prowadzący nad przepaścią.
– Dawno tam nie byłam – westchnęła Charlie. – Słyszałam, że powoli się tam wyludnia.
– Noo, teraz nie jest lepiej. Szukają lepszej pracy, inni mają inne powody… Ale niech se uciekają nie ? – Blue machnęła ręką. – To nasze miasto i pozostanie na zawsze w naszych sercach.
– Tak jest – zachichotała CJ. – Nie uwierzysz co mi się śniło.
– Opowiadaj ! – zawołała jej przyjaciółka. – Ciekawa jestem co ci w głowie siedzi.
Rozległo się powiadomienie.
– Może później – rzuciła Charlie i wyjęła telefon.
Na ekranie pojawiła się wiadomość od Jason'a:
"Jedziecie czy nie ? Żarcie wam stygnie"
Uśmiechnęła się i wystukała:
" Masz na myśli tą papkę, którą wysłałeś mi wczoraj ? Nie dzięki. Możesz dać psu. Jemu twoja trucizna nie straszna : )"
– …Niedaleko Blind Woods, na autostradzie B2 znaleziono porzucony Chevrolet El Camino. Policja wiąże to znalezisko ze sprawą uciekiniera z więzienia federalnego Black Rock…– wyłapała z paplaniny radia.
– To zawsze było powalone miasto – stwierdziła CJ.
W oddali widać było już miasteczko.
– W końcu to tutaj Crimson Youth wyda "The Ghost Tape" – dodała Blue. – "Widzę je w swoich snach.”
KONIEC