- Opowiadanie: Szuwar - Zaśmiertne zaloty

Zaśmiertne zaloty

Przypadek kliniczny uczucia (tudzież schorzenia), które przetrwało śmierć

 

Guy’owi de Maupassantowi poświęcam

 

Warszawa, XIX w.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Zaśmiertne zaloty

Wiele twarzy ujrzałem przez te wszystkie lata, odkąd urzęduję w mojej rodzimej Warszawie. Nie zliczę, ileż się od nich nasłuchałem, ile kalumnii łyknąłem; żem wariat, że walnięty, że to, że tamto, owamto, etc. Imbéciles, co do jednego!

Jacyż oni nudni, jacy miałcy, siałcy! Jakże uparcie mieszają swoje puste mniemania z moim imieniem, jakby ich jałowe umysły mogły ogarnąć ogień, co we mnie płonie. Oskarżano mnie o dziwactwa, o manię, o złowrogą nadgorliwość w sprawach sztuki i życia – a przecież nie pojmują, że każdy mój gest, każda linia pędzla, każdy cień w portrecie jest owocem duszy, która pragnie dotknąć Absolutu! Oni śmieją się ze mnie w kawiarniach, na salonach, w zaułkach brukowanej Warszawy, a ja patrzę na nich z politowaniem.

Bo cóż tak nijakie osóbki, coquilles vides[1], wiedzieć mogą o prawdziwym geniuszu, o pasji wykraczającej ponad zwykły byt, wynurzając się nad mądrości pożółkłych kartek? Przecież Voltaire sam pisał: « Il faut cultiver notre jardin[2] » – nie tylko dosłownie, ale i metaforycznie: by poznawać świat, trzeba go wchłaniać całym sobą, sercem i rozumem, każdą żyłą. Tylko ci, którzy nie boją się zanurzyć w bogactwie doświadczeń, smakują życie w jego pełni. Nijakie powłoki, odizolowane od głębi własnych uczuć i myśli, nie mogą pojąć radości płynącej z prawdziwego poznania, które jest jednocześnie sztuką obserwacji i odwagą otwarcia się na świat.

Nawet w swojej prymitywnej pogardzie, wszystkie te „skorupki” nie odmówią mi wybitności w dziedzinie, którą kocham i której poświęciłem życie. Jestem mistrzem pędzla i ołówka, znawcą anatomii twarzy, portrecistą, którego ręka wydobywa z ludzkiej fizjonomii to, czego nie dostrzega oko przeciętnego człowieka. Moja pracownia, na Krakowskim Przedmieściu, tętni życiem i sztuką – ściany pełne są portretów, szkiców, studiów nad światłem i cieniem, studenckich prób, które pod moim okiem stają się czymś więcej niż tylko rysunkiem – urastają do obrazów duszy. Młodzi artyści przychodzą, by uczyć się ode mnie, chłonąć mój sposób widzenia świata, lecz czy wiedzą, że nie każdy potrafi uchwycić to, co ja widzę? Że talent bez pasji i szaleństwa jest jedynie pustą formą?

« Il n’y a pas de génie sans un grain de folie[3] », powiadają Francuzy i jest w tym prawda niemożliwa do podważenia, a ze mnie – czyniąca byt niemalże najbliższy ideałowi, najpełniejszy spośród wszystkie ludy…

Jednego wszakże mi brakowało, przyznać muszę w swej sagesse artistique[4], i wskazać mogę, że była to ona. Przybyła niespodziewanie, jak zjawa z krainy światła, w kościele św. Anny, gdy poranne słońce przesiewało się przez witraże. Jej obecność była niemal nieziemska; blond włosy opadały falami, oczy lśniły tajemnicą, a delikatny uśmiech zdawał się znać sekrety wszechświata. Nigdy nie rozmawialiśmy, lecz ja już wiedziałem, iż ona jest tą jedyną, muzą nad muzy, Afrodytą mego istnienia! Każdy jej ruch, każde westchnienie wydawało się rezonować z moim sercem, które biło w rytmie nieznanym światu, w rytmie zaklętym, obsesyjnym, w którym życie i śmierć stapiały się w jedno.

I ten mężczyzna, kolejna coquille vide, która gwałtem niechybnie musiała cisnąć ją na ołtarze! Była moja Afrodyta zamężną, niby przyrzeczona wbrew woli temu brutalowi, urodzonemu pospolitością istnienia – Hefajstosowi! I tak też wyglądał ów bynajmniej–nie–gentleman, do którego z miejsca zapałałem szczerą odrazą!

Ustalić próbowałem na dniach, jak właściwie Jedynieńka w kajdany małżeńskie zakuta się nazywała, gdy… potworne wieści przyleciały do mych uszu. Wieść ubodła mnie bardziej, niż orzeł Prometusza, kiedy wyżerał mu wątrobę – ona zmarła. Nie dotarło do mnie, gdy oznajmili mi na co. W głowie miałem jedynie przebłysk, iż Afrodyta zstąpiła na ziemię, aby odejść, nim nawet pojął, jak się tym razem ją nazwano…

Tak, odebrał ją świat, odebrał jej ciepło i światło zeń wyciekające, a ja, pozostałem sam wśród pustki nieprzeniknionej, która zalała mnie falą rozpaczy. Ekscentryk przecie, bo za takiego mnie uważają, nie mógł pogodzić się z taką prostą rzeczywistością śmierci, czyż nie? Nie mogłem dopuścić, aby jej obraz przeminął w ziemi, w ciemnym grobie, gdzie zapomnienie czai się jak drapieżca. Nie podobna, abym pozwolił, by świat zwyczajny, pełen nudnych, miałkich, siałczych ludzi, zatkał sobie usta wobec mojej miłości!

Tanatosie, nie powstrzymasz mnie! – W ciszy i zadumie dopełniałem swych przysiąg. – Nie dla takich jak ja szanować twe wyroki! Evviva l’arte!

Dlatego też zaczekałem, aż zapadnie noc. Ciemność spowiła miasto, a ja, odziany w płaszcz, który pachniał woskiem i farbą, wymknąłem się w jej kierunku, w kierunku cmentarza, gdzie spoczęło ciało mojej anielskiej ukochanej. Księżyc świecił bladym światłem, które zdawało się współczuć mojej pasji. Ostrożnie, niemal nabożnie, odkryłem świeży grób, ziemia ustąpiła pod moimi palcami, jakby sama pomagając mi w dopięciu dzieła. A kiedy zobaczyłem jej idealną twarz w zimnym, martwym wyrazie, serce mi zadrżało – to było najświętsze, co kiedykolwiek widziałem.

Z drżeniem i czcią w rękach wziąłem to, co dla świata było martwe, lecz dla mnie – nadal pozostawało niemal idealnym odwzorowaniem Absolutu. Całej Afrodyty nie zdołałem zaprosić do siebie, gdyż procesy gnilne rozpoczynają się nad wyraz szybko i utrudniają spełnienie mych zaprosin. Zadowoliłem się więc jej głowę, którą odciąłem łopatą. Oto w służbie dobra stałem się katem! Appelez–moi le bourreau[5]!  

Balsamowałem ją sam, jeno rady żaków medycyny zasięgnąwszy. W ciszy, w blasku świec, opatrując w słoju, który stał się moim ołtarzem, miejscem adoracji i pamiątką miłości, której nikt nie zrozumiał – narodziła się po raz drugi ona, moja Muza, w formalinie zaklęta!

I tak, choć świat wyśmiewał moje szaleństwo, choć plotki rozchodziły się po salonach i ulicach, moje serce zachowało ją przy sobie – wierną, piękną, niezniszczalną w moim „ekscentrycznym” uniwersum. Każdej nocy stawałem przy tym słoju, patrzyłem na jej spojrzenie zatrzymane w czasie i szeptałem słowa, których nie odważyłbym się wypowiedzieć głośno.

– Ty jesteś wszystkim, co żyje we mnie i poza mną, moja jedyna, moja Afrodyto, moja miłości zaśmiertna.

Wiele musiałem ją przekonywać, ale gdym począł zabierać pod rękę słój – pokazywać, jak uczę studentów, jak długie godziny pracuję nad rysunkiem, każdym szczegółem twarzy – w końcu się ośmieliła.

I ona przemówiła do mnie!

Była dokładnie taka, jakiej się spodziewałem, oczytana na każdy temat, mądra, a wrażliwa. Ilekroć cytowałem francuskich mistrzów słowa, ona kończyła za mnie. Mało, sama jeszcze dopowiadała, co na ten temat pisał Comte czy Rousseau!

–Je t’aime, mon ideale – rzekłem, tuląc głowę w formalinie, a ona mi odpowiedziała radosnym, powolnie stonowanym głosem, aby nie zdradzić swojego afektu.

Ach, jakieś te kobiety są słodkie w swojej timidité[6]!

Takim właśnie byłem człowiekiem, obdarzonym życiem godnym bajki, którego nic nie powstrzymało przed kochaniem – artystą, zakochanym do szaleństwa, którego uczucia nie znały granic, ani społecznych, ani moralnych.

Świat mnie nie rozumiał, plotkował, wytykał palcami, lecz ja wiedziałem, iż w tym akcie, w tej obsesji – jak pogardliwie zwą naszą miłość – w tej wiecznej adoracji kryła się prawda większa niż życie samo.

Que le diable les emporte![7]

Muszę zacząć częściej zabierać mą ukochaną na spacery!

 

* * *

 

Od nocy, gdy po raz pierwszy zaprosiłem ją na spacer w blasku księżyca, zaczęła pojawiać się coraz częściej ze mną – zawsze w słoju, zawsze przy mnie, zawsze tam, gdzie sztuka stykała się z ludźmi wielkiego świata. Pomagała mi szkolić studentów, ze swymi jakże trafnymi komentarzami, potem zadziwiała swoim pięknem dostojeństwo w gremiach artystycznych, gdzie elita Warszawy paradowała w jedwabiach i złotych frakach.

Zawsze, gdym wchodził z mą Afrodytą do pomieszczenia, zawsze odczuwałem wyraźny szmer niedowierzania. Kobiety odwracały głowy, zapewne łase podobnego piękna a dlań nieosiągalnego – jalouses[8]!

– Doprawdy, ciekawą towarzyszkę pan sobie sprawiłeś… – mówiły, onieśmielone, aby cokolwiek więcej począć.

Oj, te jalouses, jalouses!

Mężczyźni z kolei sztywnieli, nie mogąc pojąć, jak ktoś może tak spokojnie spacerować z… z kimś tak bardzo promieniującym pięknem, olśniewającym. Wszyscy patrzyli jak na najdoskonalsze moje dzieło, a ja opowiadałem na wdechu o każdym detalu – o blasku jej włosów, o tym, jak światło tańczyło na jej policzkach, o tym, jak się irytuje, gdy się kłócimy – choć nieczęste są to wojaże – o cieniach pod oczkami nadobnymi, które wstąpił, a dodały uroku, na licu dopiero po tygodniu w formalinie.

Niektórzy byli zafascynowani, inni przerażeni. C’est excitant[9], czyż nie? Mówiąc o niej, moja Afrodyta nie ustępowała mi w błyskotliwych debatach o nowinach z Paryża; niejednego malkontenta uciszyła swymi trafnymi komentarzami, ledwie co zdołając usteczka otworzyć, a ilekroć uroda jej docierała do oka – szczęki popadały niemal całemu tłumkowi.

Gdybym był sługą, mógłbym zbierać je z podług, powiadam!

Tanatos okrutny usiłował, niestety, zesłać na nas jakoweś nieszczęścia, w których z miejsca poznałem jego sprawki.

Najpierw były to drobne rzeczy, takie jak szepty w pustym pokoju, gdy rozprawialiśmy w alkowie – sic! – dźwięk kroków, gdy wchodziłem sam, szukając intruza. Były to krótkie incydenty, przerwy od naszego romansu, nieskończonych rozmów i peanów wzajemnych o swech zaletach.

Potem dostrzegłem przesuwające się cienie w kątach, które wydawały się odwzorowywać… jej sylwetkę! Po miesiącach dopiero tom poją, lecz nie zły omen to był, a dar od Absolutu. Certes[10]! Wracałem wówczas jak szalony do mej lubej i przyglądałem się jej żywotnemu spojrzeniu. Oczy Afrodyty, te z pozoru nieruchome ślepia w formalinie, zaczęły wydawać się bardziej wyraziste. Kiedym mówił do niej cicho, odnosiłem wrażenie, że ucieka, nie tylko myślą, a… ciałem.

Miłość ma ją ożywiła, a po czasie spijania sobie z dziubków, który zleciał, przysięgam, jak uderzenie mego zakochanego serduszka – jej idealne ciało poczęło i z martwych powstawać!

Nie tu, gdzie trzeba, upatrywałem sił złego. Miłość jedynie gościła w mym domu, w pracowni artystycznej…

To inni ludzie, zazdrośni naszego szczęścia – des âmes tristes – rozpoczęli polowanie na czarownice, w mej najniewinniejszej Afrodycie widząc jedną z nich!

Po pierwszej wizycie żandarmerii, gdym z dumą przedstawił im mą lubą, odesłałem forpocztę z kwitkiem. Ledwie co, a nie zrobiłem tym nadętym wąsaczom wykładu z Schopenhauera, ale… Innocentia nihil timet[11], rzekłem w duchu. Nie znaleźli paragrafu, który bym złamał, ergo – mogli mi buty czyścić!

Wiedzieliśmy z mą lubą, iż to z salonów nieprzychylni nam ludzie nadesłali władzę, więc gdy następnego razu wchodziłem z nią do pełnego ludzi pokoju, tak się składa – mecenasa Mecwaldowskiego, powietrze gęstniało, a śmiech i rozmowy ucichały. Niektórzy uciekali z obrzydzeniem, inni mdleli, niezdolni znieść piękna zawartości mego słoja, inni – co bardziej odważni – zbliżali się, by dotknąć szkła, w którym spoczywała ona. Jakież okropne maniery miała dzisiejsza młodzież, aby tak damę nadobną obmacywać!

Nie dostrzegłem tego ja, ale oni – „skorupki” – fałszywie spoglądali na mą jedyną. Pytali ją prosto w twarz, kim jest i skąd ją… skąd żem ją wykradł.

– Zaprosił mnie, mój najmilszy – wówczas im odpowiadała, a oni, głupi, patrzyli tępo, jakby niezdolni byli usłyszeć.

Poznać jej nikt jednak nie poznał, nawet mąż–bruta, którego… dopiero po entej wizycie w kulturalnych gremiach wypatrzyłem. Tak ci był on zakochany, iż nawet „żony” nie poznał. c’est ridicule, rzuciłbym mu w twarz, ale… Afrodyta przekonała mnie, iż szkoda moich cennych nerwów.

Rzekła, jakobym na sztuce winien się skupić, cudowna, zawsze o mię myśląca istotka w słoju!

Może dlatego była coraz śmielsza w domu, gdy zostawaliśmy sami, a dusza jej powoli przybierała się w ciało i chadzała po pokojach?

Razu pewnego nawet przy ludziach ujawniła to, co tylko miłość moja, wyjątkowa i jedyna prawdziwa, mogła dokonać. Cienie jej postaci wydłużały się poza słoik, jakby chciały dotknąć ścian, sufitu, zaczepić gości i wypunktować im ich koślawe interpretacje przyczynków rozbiorów naszej umiłowanej Ojczyzny…

Tak, zdało się, jakby jej obecność przenikała materię.

Jednej nocy, na przyjęciu jednego z mych dawnych studentów, kiedym opowiadał o jej delikatnym uśmiechu, słoik drgnął nagle w moich rękach. Wszystkie oczy zwróciły się ku mnie, a ja poczułem, jak zimny podmuch przesunął się po karku – powietrze drżało, jakby sama śmierć tańczyła pośród kręcących się, zazdrosnych naszemu uczuciu person.

Wówczas, między fałszywym ludem, wydarzyło się coś strasznego.

Ślepia mej Afrodyty, nieruchome od tygodni, rozjarzyły się czerwonym światłem. Jej usta poruszyły się, szeptając coś, czego nie byłem w stanie usłyszeć, a jednak każdy w pokoju poczuł ten sam lodowaty dreszcz. Ściany sali zdawały się drżeć, kryształowe żyrandole wibrowały, a na podłodze pojawiły się ciemne plamy, jakby cień samego życia odrywał się od ziemi i wkraczał w naszą rzeczywistość.

Goście krzyczeli, rzucali się do wyjścia, ale drzwi jakby zniknęły. Jako za Rejtana rozdzierano koszule, panienki niepobożne wszczęły modły, jako najpobożniejsze z zakonnic. Le chaos a éclaté[12], jakby tytani pokonani przez Dzeusa zstąpili ponownie na ziemie, aby dokonać zemsty na niewinnych.

Słoik uniósł się w powietrze, a ja czułem, że nie jestem już panem ani twórcą – byłem tylko świadkiem, w którego rękach życie i śmierć zaczęły tańczyć w jednej, trwożliwej, ale w swej grotesce „potwornie” pięknej harmonii.

Śmietanka Warszawy rozgoniła się, włącznie z właścicielem goszczącego nas lokum, lecz nie ja! Pamiętałem w końcu, co powiedział Hegel, jakoby rzeczywistość pozostawała jeno przejawem „Ducha”, a moja Afrodyta… nareszcie była gotowa przekuć się w nadludzki byt!

 

* * *

 

Nad miastem roznosiły się mroki gęste jak atrament, a w mojej pracowni panowała cisza, która uginała się jedynie pod ciężarem lampy olejowej. Pracując nad obrazem, a księżyc oświetlał martwe twarze z mych portretów rozmaitych, niby tchnąc w nie życie. Ponownie, oczywiście, bo pierwszy raz ja to zrobiłem!

Malowałem skupiony jak Sokrates podczas przemowy, i jako myśliciel, nie byłem sam – ona zawsze była przy mnie, w słoju, w formalinie, w mojej „obsession”, jako pogardliwie mówiono.

Wspominałem rozmowę z żandarmerią sprzed kilku godzin. Tak, była kolejna, bo raptem po magicznym wieczorze, gdzie ma Afrodyta ukazała pazurki, znaleźli się zazdrośnicy, co chcieli pokrzyżować nasze szczęście.

Nie rozumieli, imbéciles!

Nie było żadnego przepisu, powtórzę, żadnego paragrafu, żadnej litery prawa, która mogłaby mnie ukarać. Carscy oficjeli przychodzili do moich drzwi, z minami pełnymi powagi, z notatnikami, które drżały w ich rękach, jakby każdy zapisany słówko mogło wypełnić pustkę ich marnej a ludzkiej egzystencji. Pytałem ich: „Za co?” – i w ślepiętach szarych widziałem bezradność; w Warszawie, w tamtym czasie, nie funkcjonował przepis, który mógłby pojąć moją sztukę, moją miłość, moją „obsession”! Chcieli mnie postawić w ramy prawa – i tak przecie nie naszego, a zaborczego, gwałtem narzuconego! – a ja wzgardzałem tym jak zwykły człowiek wzgardza muchem, który siada mu na talerzu! Ich urzędowe miny, grimaces dégoûtantes[13], były tak puste, tak miałkie, jako wszystkich innych spośród niezliczonych coquilles vides, którzy tyle krwi mi napsuli.

Combien de fois vais–je encore devoir me justifier et répéter?![14]

Dobrze, że choć dziś miałem to za sobą, a my mogliśmy oddać się swym pasjom, ja malarstwu, ona – mnie. Jak zawsze przemawiała do mnie, niby muzyka uprzyjemniając mi pracę, zawsze pełna życia, zawsze stanowiąca mój najwyższy sąd i najznamienitszą inspiracją.

– Ach, Muzo nad…!

Nagle, choć wcześniej słyszałem jakże emocjonalne cytaty z Homera… zapadła cisza inna niż wszystkie. Głowa Afrodyty przestała mówić; przerwała w pół słowa, nawet nie przejęta, iż lada moment miała ogłosić śmierć Achillesa! Nie pauza dramatyczna to jednak była, o nie!

Odwróciłem się powoli, spodziewając się ujrzeć słoik w jego stałym miejscu, pośród róż, które – jako wyznała mi naszego pierwszego spaceru w Saskich Ogrodach – ubóstwiała… a tam – nic. Pustka! Formalina, którą codziennie podziwiałem, zniknęła!

Ktoś się włamał i wykradł moje szczęście, uznałem, rzucając pędzel i pędząc w sąsiednie pokoje.

Zacząłem szukać w panice, przesuwając ręce po stołach, po regałach, po każdym kącie. Nie mogłem znaleźć ani szklanego pojemnika, ani jej twarzy śród mroku. Bliskim był wycięcia serca z piersi, słowo daję… gdym zobaczył ją. Całą. Prawdziwą. Nagą. Pojawiła się w samym centrum pracowni, jakby wyłoniła się z mgły, z ciemności, z mojego „obsession”. Jej ciało lśniło bladym światłem księżyca i lamp, a każdy mięsień, każdy cień, każde zakrzywienie było idealne, niemożliwe do uchwycenia w zwykłej sztuce.

– Afrodyto… – rzekłem i było do ostatnie, co byłem w stanie powiedzieć, gdyż jeno mogły ku jej pięknie przychodziły mi na myśl.

Stała w pozie, która mówiła więcej niż wszystkie słowa świata – Absolut jako żywo, z moich snów wyciągnięty, Boska Muza z najciemniejszych zakamarków duszy artysty. Ja, klękając jak przed Bogiem, chwyciłem ołówek i szkicownik pospiesznie, jakby w dłoniach spoczywała moja modlitwa, i zacząłem szkicować. Każda linia wychodziła spod mojej ręki z precyzją szaleństwa; moje serce biło w rytmie jej obecności, a muzyka – choć nie grała – doprawdy, w uszach mych przygrywała głośno.

Ma luba nie mrugała. Nie oddychała. Nie przesunęły ni palca. Ja jednak już nie czułem, a wiedziałem, że jest żywa, że obserwuje mnie tym spojrzeniem, które znało wszystkie moje tajemnice, wszystkie moje uniesienia, grzechy i marzenia. Jej oczy były lustrem, w którym przeglądała się moja własna dusza, i już nie wiedziałem, czy to sen, wizja, czy rzeczywistość, która przekroczyła granice życia i śmierci.

Czas przestał istnieć. Pracownia wypełniła się zapachem świec i czegoś… czego nie potrafię nazwać, jakby powietrze było przesycone jej istotą. Jej ciało, nieruchome i doskonałe, pozostawało poza granicami zwykłej fizyki, a ja – artysta, „ekscentryk”, adorator – nie mogłem oderwać od niej oczu, nie mogłem przestać szkicować.

Jeśli to szaleństwo, jak mnie powiadali, to jest ono piękne; jeśli to prawda, to jest ona moja. Tylko moja, w Afrodytę zaklęta! A Warszawa, z jej miałkimi elitami, z ich paragrafami i pytaniami, była teraz tylko cieniem w tym wielkim rytuale, w tej świętej „obsession”, w której ja i ona – naga, prawdziwa, nieśmiertelna – staliśmy się jednością w świecie, który nie pojmował niczego, który nie był w stanie nas dogonić, a wydawał wyrok.

 

* * *

 

Gdym ukończył me opus magnum, najidealniejszy szkic, jak jej ciało odeszło w niewidzialność, ale moje życie przestało być zwykłą egzystencją. Liczyłem, iż znowu obdarzy mnie zaszczytem swej obecności, choć ona musiała poczuć się zawstydzona tym, na co mi pozwoliła i skryła się ponownie w słoju.

Zabierałem ją więc w podróże – nie pozostawiałem jej w domu, nawet jeśli mowa o zwykłym séjour de loisirs[15] w Otwocku, bo to byłoby dla nas zbyt ograniczające. Teraz była częścią mnie, a ja częścią niej. Warszawa wydawała się zbyt ciasna, zbyt przewidywalna, by zawrzeć w jej uliczkach naszą „obsession”, śród tych jakże nijakich „skorupek”, więc ruszyliśmy poza granice znanego mej lubej przed śmiercią świata.

Bo czyż śmierć nie jest idealnym pretekstem, aby zacząć żyć?

W Wiedniu spacerowaliśmy po ciemnych ulicach dzielnic artystycznych. Lampy gazowe rzucały światło na bruk, tworząc długie, nierzeczywiste cienie. Ludzie patrzyli na nas dziwnie, czasem odwracali wzrok, czasem śmiali się nerwowo. A ona szła przede mną, pojawiając się zdawkowo w gustownej sukni, cielesna, idealna, choć nie do końca jeszcze realna – i nie mrugała. Ciągle nie mogłem przywołać jej w pełni, przełamać nieśmiałość, którą ni chybi niecny Tanatos powodował.

W kawiarni przy Kärntner Straße kelnerzy uciekali, a inni przyglądali się jej z przerażeniem, jakby widzieli zjawy albo znaki od dawno umarłych mistrzów. Ja śmiałem się w duchu i wyjaśniałem:

– To moje muzeum życia, moja Afrodyta – dziękujcie Absolutowi, zostaliście świadkami najwymowniejszej ze sztuk! Evviva l’arte!

W Krakowie wypełniłem jej obecnością kolejne pracownie. Studenci przychodzili, by uczyć się ode mnie, a ja kazałem im „sprowadzać” na papier jej ciało w różnych pozach, jakby była modelem żywym i martwym jednocześnie. I nie, nie zrozumieli mego geniuszu, jeszcze bardziej mą luba w zaniepokojenie wprowadzając. Patrzyli jak na pomieszanie snu z koszmarem, jak na szaleństwo, którego nie sposób zmierzyć ołówkiem. Część uciekała, część mdlała, część błagała, by opuścić pracownię, a ja nie byłem w stanie znaleźć słów, aby wytłumaczyć, jak wielkie rany poczynili wówczas sztuce.

Ona była wciąż tu, w moim sercu, w moim świecie, w mojej sztuce… jeno nigdy, jako mi się zaczęło wydawać, nie uda mi się powtórzyć tamtej wspaniałej nocy, gdy ukazała mi się cała…

Pewnego wieczora, w starej kamienicy nad Wisłą, wydarzyło się coś, co zatarło granicę między tym, co prawdziwe, a tym, co wymyślił mój umysł. Ça s’est encore passé![16] Stałem nad jej portretem, nie zliczę którym, gdyż kopiowałem pierwszy wielokrotnie, tygodniami całymi, gdy nagle poczułem zimny dotyk na ramieniu.

Obróciłem się i zobaczyłem ją stojącą w kącie pokoju, nagą, prawdziwą, tak jak ją znałem, tak jak zapamiętałem ze snach… z czasów, gdy wyszła ze słoja. Światło lampy odbijało się w jej włosach i w ślepiętach, które były martwe i żywe jednocześnie.

Nie mrugała dalej, niestety. Nie oddychała również. A jednak patrzyła, tymi samymi oczętami, w których utonąłem lata temu i których żadna siła nie wyrzuci mi z głowy.

Tanatosie, możesz mię brać, ale nic nie zabije sztuki!

Powoli uklęknąłem przed tym bóstwem, i dostąpiłem zaszczytu, aby znowu to zrobić. Zacząłem szkicować. Każdy ruch dłoni był rytuałem, każdy cień ołówka próbą uchwycenia nieuchwytnego. 

Poczułem, że przestrzeń wokół nas drży – lampy kołysały się, meble wydawały się przesuwać, a podłoga pod moimi kolanami zdawała się falować. To nie była zwykła rzeczywistość – to był świat utkany z pasji, z mojego zakochania, w którym ona stała się centrum wszystkiego.

Jeszcze chwila, a przestanie znikać, tak czułem i wiedziałem, iż dalej powinienem uskuteczniać, com dotychczas czynił.

W kolejnych tygodniach zabierałem ją do sal muzealnych, gdzie obrazy wisiały obok arcydzieł dawnych mistrzów. Ludzie kręcili głowami, niektórzy mdleli, niektórzy szepcili, inni próbowali dotknąć jej niewidzialnych ramion – i wtedy czułem, jak ich dłonie przebijają powietrze, a ona… znowu się chowa.

Imbéciles, zawsze przeciw mnie!

Gdyby nie świat cały, juże wstałaby ma jedyna z martwych!

W Krakowie, w Pradze, w Wiedniu – wszędzie to samo, te same problemy, niezrozumienie i strach przed mą wielkością. Jednocześnie jej obecność stawała się coraz bardziej niepokojąca, niby z lęku szaleństwem tchnięta. Czasami, kiedy odwracałem się, by pokazać jej portret, nie było jej. Słoik, formalina, ciało – wszystko znikało. Wtedy zaczynała pojawiać się w najbardziej nierealnych miejscach: w korytarzach, w lustrzanych odbiciach, w mgłach nad rzekami.

Pewnej nocy w Pradze, kiedy jej obraz na papierze wydawał się niedoskonały, spojrzałem w stronę okna i zobaczyłem ją stojącą na moście Karola. Woda pod mostem falowała, jakby próbowała pochłonąć ideał Afrodyty, a ona stała, nieruchoma, naga, idealna… nie mrugając. Ludzie przypadkowi, nieświadomi, mijali ją, nie widząc, nie czując, a ja – klęcząc w pobliskiej pracowni – czułem jej obecność w każdym ruchu ołówka.

Imbéciles, imbéciles, imbéciles!

W końcu podjąłem decyzję o zaprzestaniu podróży. Chciałem walczyć z jej lękami, przed tymi „skorupkami”, które zastawaliśmy wszędzie, w zdecydowanym nadmiarze. Wielce niezadowolona się okazała, jakże inaczej być mogło z moją Afrodytą; niewiastą przecie, nieświadomą, jak działał na nią obmierzły świat.

Mimo obruszenia, nie odeszła, choć słój zaginął – przestała być fizycznie przy mnie, ale została we mnie, we wszystkim, co robiłem.

Moje obrazy, szkice, wszystkie linie pędzla, które wyłaniały jej kształt i spojrzenie, były teraz jedynym dowodem, że istniała naprawdę. Ludzie patrzyli na mnie jak na obmierzłego zwyrodnialca, nie rozumieli, plotkowali, ale ja wiedziałem, że nasza miłość była prawdziwa, cudowna i absolutna, choć niewidoczna dla świata.

A teraz, stojąc w mojej pracowni, sam, otoczony dziełami, spośród których spoglądam nieustannie na mój pierwszy jej szkic… uświadamiam sobie coś, co z początku umykało mojej „obsession”.

Zapomniałem się przedstawić, choć wątpię, abyś nie kojarzył mej osoby, po tym, com powyżej nakreślił.

Czystą formalnością zatem…

Nazywam się Jan Klemens Minasowicz, artysta, „szaleniec”, adorator, zakochany w Muzie tak cudownej, że przekraczała granice życia, śmierci i rozumu.

To była historia mojej cudownej miłości – historia, której nikt nie pojął i nie pojmie, a która trwa w moim sercu, w mojej sztuce, w mojej pasji…

– Ach, Afrodyto, najukochańsza jedyna – czasem rzekam, gdym osamotniony, ronię łzy. – Dlaczegoś mię opuściła…? Dlaczego…?

Wiedziałem, że gdybym nie zaprzestał naszych wojaży, dalej działoby się z nią coś złego, czegom zaakceptować nie mógł. W co mogła się przemienić, ona, idealna jeszcze za życia? Dało się znaleźć z tej sytuacji wyjście, odmienić nasz przykry koniec… sprowadzić mą Lubą z powrotem do tego świata? Sprawić, że zamrugałaby ponownie swymi cudnymi oczętami, spojrzała na mię zalotnie?

Dumać mogę wiele, jak to powiadają Rosjanie, ale fakt pozostaje faktem – nigdy nie dowiem się, gdzie zniknęła. Czy okradli mię w podróży do Madrytu, czy sama się zdecydowała ode mnie uciec…

– Ach, Afrodyto, Afrodyto!

 

[1] fr. „puste powłoki”

[2] „Trzeba uprawiać nasz ogród”

[3] „Nie ma geniuszu bez szaleństwa”

[4] „artystyczna mądrość”

[5] „Mówcie mi kat!”

[6] „nieśmiałości”

[7] „Niech diabeł ich zabierze!”

[8] „zazdrośnice”

[9] „To jest ekscytujące”

[10] „Zaiste”

[11] łac. „Niewinność niczego się nie boi”

[12] fr. „Wybuchł chaos”

[13] „obrzydliwe grymasy”

[14] „Ile jeszcze razy będę musiał się tłumaczyć i powtarzać?!”

[15] „pobyt rekreacyjny”

[16] „To znów się stało!”

Koniec
Nowa Fantastyka