La Catrina sunie nad ziemią, a tam, gdzie suknia muśnie kamień, natychmiast rozkwitają nagietki. Wysoka i elegancka, ma na głowie ozdobny kapelusz, którego rondo rzuca głęboki, aksamitny cień.
Wąska uliczka grzęźnie w zapachu taniej wody kolońskiej i tytoniu. Za szybą, w żółtym świetle świecy, pewien mężczyzna toczy walkę z własnym odbiciem. Opryskuje się europejskimi perfumami. Nakłada na policzki białą maskę pudru, grubą i pękającą jak sucha ziemia. Próbuje wymazać z twarzy rysy swoich przodków, szukając w lustrze kogoś, kto mówiłby nosowym francuskim, a nie śpiewnym nahuatl.
W progu staje cień. Chłopak o dłoniach spękanych od pracy, z prośbą cichą jak szmer piasku.
– Panie, błagam o zaliczkę. Matka dusi się bez leków.
Garbancero nie odwraca wzroku od lustra. Poprawia koronkowy mankiet, a jego głos tnie powietrze jak uderzenie bata.
– Twój smród dusi mnie bardziej, wynoś się, bo i pracę stracisz.
La Catrina przystaje. Unosi kościstą dłoń i poprawia rąbek kapelusza, obserwując flakonik francuskich perfum.
– Polvo eres – szepcze pod nosem, a jej głos płynie na wietrze.
Kręci powoli głową, a pióra na rondzie kapelusza drżą z cichym, suchym szmerem.
Odchodzi krokiem walca, kołysząc się lekko, jakby prowadziła w tańcu niewidzialnego partnera. Zostawia po sobie tylko zapach nagietków.
✺
La Catrina dryfuje przez przestrzeń, a tam, gdzie suknia muśnie kafle, ceramika obrasta czarnym mchem. Wysoka i elegancka, jej ramiona otula puszyste boa, którego białe pióra zdają się żyć własnym życiem, przypominając sploty mitycznego węża.
W półmroku więziennej łaźni para miesza się z zapachem chloru i potu. Strażnik, z twarzą zastygłą w masce okrucieństwa, kopie skulonego na posadzce więźnia. Schyla się i szarpie za przegub dłoni chłopaka, zdzierając z niego zegarek.
– To pamiątka… – chrypi więzień, krztusząc się wodą z mydlinami.
Strażnik nie odpowiada, tylko przygniata dłoń chłopaka butem.
Chowa zegarek do kieszeni, jakby to on wyznaczał czas między tymi murami.
La Catrina przystaje przy rozlanej kałuży. Spogląda w dół, gdzie w brudnej tafli wody drży odbicie strażnika – zniekształcone, obrzękłe, przypominające żerujące zwierzę, nie człowieka.
Unosi kościstą dłoń i poprawia rąbek kapelusza, przyglądając się zegarkowi z obojętnością.
– Polvo eres – szepcze do mętnej wody, która natychmiast ścina się szronem.
Kręci powoli głową, a klekot jej kości miesza się z rytmicznym tykaniem skradzionego mechanizmu.
Znów rusza w swój cichy taniec, powoli, z gracją. Zostawia po sobie tylko zapach nagietków.
✺
La Catrina płynie nad podłogą, a tam, gdzie jej suknia muśnie posadzkę, luksusowy parkiet siwieje i pęka. Wysoka i elegancka, dźwiga nad kościstym czołem ciężar białych pióropuszy, które falują niczym skrzydła.
Wnętrze willi spowija głucha cisza. W gabinecie stoją milczący mężczyźni z bronią przewieszoną przez ramię. Jefe, o dłoniach ciężkich od złota, pochyla się nad precyzyjną wagą. Odmierza biały proszek, jakby ważył mąkę na chleb, który zamiast sycić, niesie tylko wieczne pragnienie.
Chłopak w progu poci się, szukając właściwych słów.
– Jefe, w Guerrero znów liczą ciała…
Mężczyzna nie przerywa pracy. Przesuwa palcami po złotym medaliku z wizerunkiem Santa Muerte.
– Śmierć to biznes, synu, ale i wyzwolenie.
La Catrina przystaje przy mahoniowym blacie. Spogląda w czarną, lśniącą stal leżącego pistoletu. W jego odbiciu twarz mężczyzny jest tylko czarną dziurą, ziejącą pustką.
Unosi kościstą dłoń i poprawia rąbek kapelusza, przyglądając się banknotom na stole – nic nieznaczącym, martwym liściom.
– Polvo eres – mówi obojętnie. Medalik na piersi Jefe błyska w sztucznym świetle.
Kręci powoli głową, a jej suknia szeleści w rytm przekładanych woreczków ze śmiercią.
Oddala się tanecznym krokiem, jakby niesłyszalna muzyka grała specjalnie dla niej. Zostawia po sobie tylko zapach nagietków.
✺
Brama z gęstej, białej mgły nie przepuszcza światła ani dźwięku. Kolejka jest długa, bez końca i początku. Stoją w niej ramię w ramię ci, których za życia dzieliły grube mury.
Garbancero wciąż kurczowo przytula pożółkły flakonik perfum i poprawia pudrową, białą maskę. Strażnik zaciska pięść na skradzionym zegarku, który w tym miejscu jest już tylko zimnym kawałkiem metalu. Jefe trzyma jedną dłoń na złotym medaliku, a drugą szeleści banknotami w kieszeni. Wszyscy próbują coś wytłumaczyć mgle, pokazać papiery, dowody, majątek. Razem z nimi stoją setki innych, których Santa Muerte przeprowadziła na drugą stronę. Oprawcy i ofiary, biedni i bogaci, ludzie o różnych kolorach skóry i odmiennych narodowościach.
La Catrina wychodzi im naprzeciw. Podchodzi do nich po kolei. Jej dotyk jest lekki, niemal czuły. Gdy muska dłoń Garbancero, flakonik perfum rozsypuje się w pył. Gdy dotyka nadgarstka strażnika, zegarek zamienia się w garść szarego piasku. Złoty medalik i banknoty Jefe rozwiewają się na wietrze jak popiół, nim ten zdąży wypowiedzieć choć jedno słowo. Żaden przedmiot, który przyniosła reszta zebranych, się nie ostał.
Potem kładzie kościsty palec na czole każdego z nich. Jedno po drugim, bez podziałów. W miejscu jej dotyku skóra pęka jak suchy pergamin, jedwabie opadają, łachmany parują, a maski znikają. Ciało ustępuje miejsca bieli.
Wtedy La Catrina wyciąga przed nich ogromne, srebrzyste lustro. W tafli nie widać już ani pudru, ani skradzionych minut, ani złota. Na próżno też w nim szukać władzy i pogardy, dominacji i upokorzenia. Odbija się tylko stado szkieletów. Niezliczone, nagie. Każda czaszka uśmiechnięta tak samo, każde żebro tak samo kruche. Nie da się rozpoznać, kto stał z pełnymi rękami, a kto z pustymi. Wszystkie kontury zatarła biel.
La Catrina staje na samym przedzie, tańczy walca, a jej kapelusz rośnie, aż staje się nieboskłonem, pod którym nie ma już cienia. Rozkłada ramiona, zapraszając wszystkich w głąb mglistego labiryntu, gdzie każde imię brzmi identycznie.
– Spójrzcie – mówi ostatecznym, jak zachód słońca, głosem. – Tutaj jedwab i łachman mają ten sam splot, a każde serce waży tyle samo: nic.
Uśmiecha się – tym wiecznym, martwym uśmiechem, który nie zna nienawiści ani miłości.
Odchodzi krokiem walca, kołysząc się lekko, jakby prowadziła w tańcu niewidzialnego partnera. Zostawia po sobie tylko zapach nagietków i ciche słowa:
– La muerte es democrática.

(“Sueño de una Tarde Dominical en la Alameda Central” – Mural Diego Rivery (fragment zawierający La Catrinę))