- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Dziadek Diament farmę miał

Dziadek Diament farmę miał

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Dziadek Diament farmę miał

Dobra, będę mówił. Powiem. Było tak…

Bociana rąbał szpak!

Nie! Stój! Boli! Nie, proszę pana! Nie jestem cwany. Jestem głupi, właśnie głupi! Rozumiesz pan? Wujo mawiał, że jak byłem dzieckiem, to koń mnie kopnął w głowę. Po drugiej stronie, tam gdzie mózg leży w czaszce. Ale matka raz powiedziała: "Ed, nie pierdul młodemu głupot, bo jeszcze uwierzy". Piętnaście lat wtedy miałem i całe te piętnaście lat, czy tam ile, odkąd pamiętam, wierzyłem, że koń wierzgnął i dlatemu jestem niecały. A to bujda. Możecie mnie rozkuć? Dobra, tak tylko spytałem.

To nie moja wina, co się stało. Tak naprawdę to przez dziadka Diamenta. E, nie śmiej się pan! Raz zaszedł do nas komiwojażer z jakimś gównem. Nagadał się, gdzie to nie był, kogo nie zna, a jakich cudów nie przyniósł. I jak dziadek Diament mu się przedstawił, a ten się roześmiał, to dziadek tylko pstryknął palcami i już wujki Ed i Tim wzięli handlarzynę pod ręce, a dziadek wyciągnął brzytwę, bo zawsze nosił przy sobie brzytwę, nawet jak szedł spać. I przykłada cwaniakowi do gardła i pyta, czy tniemy krótko, czy długo. A handlarz coś tam stęka, że się poskarży szeryfowi. Tim i Ed się śmieją, a Diament każe im się zamknąć i mówi do niego, że kto cię będzie szukał, pierdolony przybłędo? Potnę cię i włożę sobie po kawałeczku do zamrażałki, będę miał co jeść przez calutką zimę, obym tylko na wiosnę nie stał się głupim chujkiem, bo jesteś tym, co jesz, hehe.

Ale nic się nie stało, włos mu z głowy nie spadł. Nasza rodzina to nie jakieś pomylone sukinkoty. Patrzę na was teraz. Babka Tina mawia, żeby patrzeć ludziom w twarze, to od razu wiesz, czy ci wierzą, czy nie, i wy mi nie wierzycie, widzę przecież.

Spokojnie, nie wygłupiam się. Pamiętajcie, że koń mnie kopnął w to czoło z tyłu. Co? Potylica? No właśnie, kopnął mnie w potylica. A tak naprawdę to nie. Nieważne.

Dziadek Diament trzymał swoje rzeczy w kufrze. To znaczy prawie wszystkie rzeczy na farmie były jego, ale w kufrze to były jego-jego, których nikt nie mógł tykać, nawet babka Tina. Kiedyś go zapytałem, co tam ma. Opieprzył mnie strasznie, zwyzywał od ciekawskich gnojków, a zawsze był dla mnie miły. Tylko dwa razy zlał mnie tak, że się popłakałem, naprawdę kochał mnie całym sercem.

Aleśmy się nagadali z kuzynostwem. To znaczy, co tam musi być w tej skrzyni. Maddie plotła bzdety, jak to Maddie. Mówiła nam, że jednej nocy nie poszła spać, tylko wlazła do szafy w pokoju dziadzia i zobaczyła, jak wyciąga ze skrzyni trupią czaszkę, na której była świeca, i że zapalił tą świecę i zaczął się jakby modlić, ale nie tak jak pastor w kościele, tylko jakieś eme-neme. Mamrotanie. No to mówimy jej z Buzzem, że pleciesz bzdety, to się obraziła na dobry tydzień. Tydzień świętego spokoju.

Dacie papierosa? Mam chyba prawo do nerwów, nie? Wiem, co sobie myślicie. Ale to nie tak, oj nie. Wszystko opowiem, ale po kolei.

Dziękuję. Pyszne te fajki, nie drapią w gardło. Dziadek Diament czasami takie palił. Whisky lubi dym, tak mawiał. Co? Oszalałeś pan? Oczywiście, że nie. Po co miałby brać soczek? Kto normalny tykałby się tego gówna?

Co…? Ale… Nie wrzeszcz pan na mnie! Tak, sprzedawaliśmy ten syf dzieciakom. I co?! Same się pchały. Wystarczy, że wujki Derek i Tim zajeżdżali pod szkołę, to zlatywały się jak muchy do łajna. Chłopaki, dziewczyny, wszyscy. Widziałem na własne oczy, raz mnie zabrali. I co, sami im to wpychaliśmy?! Sami wyciągaliśmy im dolce z kieszeni, potem napełniali strzykawki soczkiem i ładowali prosto do żył? No właśnie. Tak czy inaczej… Ale nie. Chwila. Ja nie mogę. Nie mogę o tym mówić bez mojego adwokata. Tak! W ogóle nie powinienem z wami gadać tak po prostu, nie?! Gdzie mój papuga? Mówiliście, że jedzie! Tyle czasu?! To ja równie dobrze mogę się zamknąć i nie otwierać gęby, aż się nie pojawi! No właśnie!

Dobra. Zapalę jeszcze jednego. Co? Pewnie, że bym zjadł. Serio? Pójdziesz pan? To weź mi żeberka. Albo pikantne nóżki. To i to? Jasna sprawa, głodny jestem.

Poważnie? Ale tu chyba nie wolno pić? Co? Hehe. No tak, nikt nie musi wiedzieć. Bez jaj! W ogóle nie widziałem tej lodówki. Aleście ją tam wmontowali. Lubicie sobie w robocie golnąć, co? Niby takie z was świętoszki, a tu proszę.

Pan? Pan zatrzymałeś wtedy wujów? Długo to wspominali. Akurat nie mieli przy sobie ani grama towaru, wszystko zeszło, bo to było tuż przed wakacjami. Racja, racja, na pewno by się panu wyłgali. Starzy spryciarze. Ale i tak się trzęśli, jak zobaczyli za sobą radiowóz na bombach. No tak. Pogadaliście i musiałeś ich pan puścić. A mieli wtedy przy sobie tyle gotówy, że mogliby hulać przez kilka nocy.

O panie, piwko pierwsza klasa. Jak? A pewnie, Tim i Derek całą kasiorę za soczek musieli oddawać Diamentowi, nie było zmiłuj. A wiesz pan, czemu? Nie, że oni się go zawsze słuchali, tylko… to znaczy tak, ale byli… kurde, jak to powiedzieć? No wujek Tim i Derek, czy nawet Mike, ale też nasze kobitki, babka Tina, moja mateczka… jesteśmy twardymi ludźmi, na naszej farmie nigdy nie było jednego mięczaka, rozumiesz. Moja rodzinka to nie jakieś pizdy, wiesz pan, o czym mówię, i nawet dziadkowi Diamentowi każdy czasami się postawił, bo w końcu my wszyscy to krew z jego krwi. Ale bywało tak, w niektórych momentach, że nie wolno było pyszczyć, stroić sobie żartów, nic.

Powiem tak – gdyby Tim schował sobie jakiegoś zarobionego dziesiątaka do skarpety, a dziadek się o tym dowiedział, to obciąłby mu nos brzytwą, mówię poważnie. No właśnie, dobrze pan pytasz. Skąd miałby wiedzieć? Wiedziałby. Bóg mi świadkiem, że wiedziałby. On wszystko wiedział.

Nie, daj pan spokój, nie mogę palić jednego za drugim. Może po obiadku. Znajdzie się drugie piwko do żeberek? Pięknie, dobry z pana chłop. W takich chwilach to człowiek nawet żałuje, że nazywa was psami. Bez obrazy.

Czy sam brałem? Dosłownie raz, oczywiście w tajemnicy. Poszliśmy z kuzynostwem do stodoły, Earl też chciał spróbować, ale mu zabroniliśmy. Ośmiolatek? Bez przesady.

Walnęło mi do czuba, nawet przyjemnie, ale tylko przez chwilę, potem zasnąłem i spałem prawie do południa. Następnego dnia czułem się, jakbym wypił galon wina na dobranoc. Rzeczywiście syf. Ale Maddie miała inaczej. Jej się spodobało, oj spodobało. Potem brała sama, póki nie przywołaliśmy jej do porządku. Nie sztuka zrobić z siebie ćpuna. Starsi w ogóle nie próbowali. Może czasami, żeby sprawdzić, czy odpowiednio kopie.

Już pan jesteś?! Pan musisz mieć jakieś znajomości w tej knajpie… matko, ale pachnie. No pewnie, schłodzone piwko raz, proszę!

Dobry Panie, ale pojadłem. Dobrze u was gotują. Wiadomo, klient miastowy bardziej wymagający. Teraz mogę zakurzyć.

Głupie skurwysyny. Meksykańce. Gdyby nam się nie władowali na układ, to nie stałoby się nic złego. Nie siedziałbym tu teraz. A chcieliśmy po dobroci. Bóg mi świadkiem, że chcieliśmy. Diament, wujkowie i parę ciotek zwołali naradę. Co począć z tymi wąsatymi gnojami, którzy robią nam konkurencję? Derek miał najgorętszy łeb. Śmialiśmy się: Oho, Derek się nakręcił i będzie rozjebywał! Derek rozjebywacz! Nie gniewał się na nas, przecie sam wiedział, że jest postrzelony. Ale pojechać prosto do meksykańskiej chawiry i narobić bydła nie sztuka, nie? Czasami warto się dogadać, zwłaszcza jak prowadzisz biznes.

Wymyślili, że pojedzie do nich Ed. Pogadać, sprawdzić grunt. Zabrał się ze swoim synem, z Jerrym. Trochę byłem zazdrosny, że mój kuzyn, ledwie rok starszy, dostał taką rolę. Ale co tu kryć, gość jest łebski i już. Od maleńkiego chowali go z dala od koni.

Wrócili pod wieczór, jak już się wszyscy martwiliśmy. Ile cudów naprzywozili! Wóda, słodycze, biżuteria. No i dużo towaru. Tego do palenia, wiecie.

Ed i Jerry byli w doskonałych nastrojach. Tamci nadawali im prezentów, a wcześniej podjęli po królewsku. Widzieliśmy, że obaj są nafukani, a śmierdziało od nich, jakby przez miesiąc łazili w jednych koszulach. No i Ed cały czas się chichrał i plątał słowa, ale jakoś wydusił, że tamci, znaczy meksykańce, przekazują serdeczne pozdrowienia i… zaraz… mają nadzieję, że tort jest dość duży, żeby wszyscy mogli się podzielić. Znaczy, ten tort to niby szkoła i okolica, a jedzenie go to sprzedawanie towaru, rozumiecie, o co chodzi.

Diament nic nie powiedział, za to strzelił Eda w gębę tak, że ten się okręcił na pięcie. Dziadek nosił na palcu sygnet i jak chciał, to mógł nim zrobić krzywdę. No i zrobił, rozkwasił wujowi wargę i ukruszył zęba. A potem wyszedł i zamknął się w swojej chacie.

Tak, to było raptem przedwczoraj. Ile się może wydarzyć przez kilkadziesiąt godzin, co? Następnego dnia od rana wszyscy latali po farmie w jakimś podenerwowaniu. Ktoś mi powiedział, że dziadek Diament osobiście rozmówi się z tymi nygusami, co go chcieli przekupić tabliczką czekolady i śmierdzącym mózgotrzepem.

Dziadek Diament wyszedł ze swojej chaty koło południa. Wystroił się w garnitur, ten, który zakładał na pogrzeby. Minę miał zaciętą, czuć było od niego coś jakby prąd, nie wiem, jak to lepiej wytłumaczyć.

Wsiedli do forda w czterech: Diament, Tim, Derek i jeszcze Mike. Mike… W sumie to nie wiem, o czym oni zamiarowali gadać. Znaczy tak dokładnie. Z grubsza to Diament chciał przekazać tamtym cwanym meksykańcom, żeby sobie darowali gówniane podarki i wynosili się z naszego rewiru, bo pożałują.

Jakoś nikt nie miał siły brać się za robotę. Usiedliśmy wszyscy w dużej chacie, na kupie. Ktoś włączył telewizor, ale babka Tina kazała zgasić. Było gorąco, duszno. No i tak siedzieliśmy bez słowa, słuchali świstu wiatraka i gapili się przez okno na cień stodoły.

To było już wieczorem, na niebie świeciły pierwsze gwiazdy. Zobaczyliśmy forda z daleka. Jechał prawie że zygzakiem i ciągnął za sobą kłęby kurzu. Miałem nadzieję, że po prostu usadzili za kółkiem Dereka, który jeździł jak wariat, albo że Mike prowadzi, ale się nafurał, albo że… no nie wiem.

Drzwi samochodu otwarły się i dziadek Diament dosłownie z niego wypadł. Do garnituru założył białą koszulę i ta koszula była cała czerwona na brzuchu. Kto mógł, to go złapał, i tak zanieśliśmy go do chaty. Każdy coś gadał, ciotki płakały, totalny burdel. Najgłośniej wyła ciotka Marge: Gdzie Tim? Gdzie Tim, kurwa, gdzie?! Dopiero jak dziadek był już prawie wniesiony do domu zwróciłem uwagę na Dereka i Mike’a. Wyglądali, jakby zobaczyli ducha, cały pieprzony cmentarz parafialny duchów, takie mieli blade twarze, taki strach w oczach. Ale poza tym byli cali. I wcale nie chcieli gadać, czemu Tim z nimi nie wrócił, choć ciotka się darła.

Babka Tina też się darła, wyzywała na tamtych, że nie pojechali prosto do szpitala. Pamiętam, że szukała kluczyków do swojej furgonetki, żeby zawieźć dziadka na ostry dyżur, ale wtedy on na nią wrzasnął. Wiecie, jak to jest. Mówi się, że chłop to głowa, a jego kobita to szyja, co kręci tą głową. Babka też była dziadkową szyją, a nawet rękami i nogami, ale jak głowa się zawzięła i kazała stanąć, kurwa, w miejscu, albo klęczeć, to te nogi się zginały i to prędko.

Dziadek złapał babkę za kark i ją do siebie przygarnął, ale nie tak, jak czasami robił, żeby ją na żarty ugryźć w nos, tylko mocno, i warknął jej do ucha, że ma biec po księgę. Poleciała. Dziadek leżał na kanapie, przyciskał ręcznik do brzucha, a ten ręcznik też już był czerwony, i dyszał jak parowiec, coraz szybciej i szybciej. Lało się z niego, pot się lał, z ust ciekła ślina.

Tina zaraz wróciła i przyniesła coś jakby encyklopedię, tylko w czarnej okładce. Coś tam na niej było napisane, ale nie pamiętam, co. Jakieś długie słowo na N, chyba po hiszpańskiemu. Dziadek, choć już prawie leżał, poderwał ręce, zabrał jej tomiszcze i otworzył jakby na chybił-trafił, gdzieś na środku, ale widać od razu znalazł stronę, której szukał, bo zaczął z niej czytać. Głośno i wyraźnie.

Nie wiem, po jakiemu to było. Brzmiało trochę jak gwara starych haitańców, ale nie do końca. Diament charczał i puszczał z ust bańki, ale nie przestawał czytać. Nagle przerwał. Zawołał Dereka i Mike’a. Właśnie ich. Stanęli przed nim jeszcze bledsi niż przed chwilą. Ciotka Marge gdzieś przepadła. Widać powiedzieli jej, co się stało z Timem.

To było jak sen. Staliśmy tam wszyscy, wokół kanapy, a Diament czytał coraz szybciej. W końcu się zakrztusił, jakby woda przy piciu poleciała mu nie tam, gdzie trzeba. Zatrzasnął księgę i podał ją babce. Pilnuj – tyle miał jej do powiedzenia. A potem dodał: Derek, idę do ciebie. Wszyscyśmy się popatrzyli na wuja Dereka, a on wyglądał jak halloweenowa kukła, to znaczy równie upiorny i nieruchomy. Nie wiem, ile to trwało. Przez minutę, a może pięć, a może i piętnaście, staliśmy i gapili się na dziadka, nim w końcu przestał oddychać. Mam to przed oczami: widzę jak wciąga powietrze, ale już go nie wydycha.

Znowu nie wiem, ile czasu po tym minęło. Ale nie za wiele, to się stało chyba od razu. Derek runął na plecy. Ale nie tak, że się zwyczajnie przewrócił. Wyobraźcie sobie, że wchodzicie po pas do jeziora, rozciągacie ręce na boki i się rzucacie na plecy. No to Derek zrobił tak samo, tylko że za sobą nie miał wody, tylko podłogę. Jak runął, to aż podłoga się zatrzęsła.

Ale nawet żeśmy nie sprawdzili, czy się nie przetrącił. Derek usiadł. A zaraz potem zaczął robić coś… kurwa, dajcie mi piwo.

Zaczął łazić po pokoju na czworaka. A chwilę potem biegać, jakby udawał pieprzone szczenię. Rzucał się po meblach, prawie przewrócił telewizor. A przy tym wydawał z siebie taki dźwięk, jakby miał zamkniętą gębę i próbował krzyczeć. Wszyscyśmy uciekli pod ścianę.

No i znowu to się stało tak szybko, że jak by mrugnąć okiem, to by umknęło. Derek zerwał się na nogi i pobiegł do kuchni. Prosto do górnej szuflady.

W górnej szufladzie trzymaliśmy starego dobrego colta. Miał tam być zawsze, na wszelki wypadek. Jest miejsce na śrubokręty, jest miejsce na nożyczki, jest też miejsce na gnata, nie?

Babka Tina ruszyła za nim, ona jedna. Kuchnię mamy tuż obok salonu, więc słyszałem, co Derek krzyczy. Coś takiego: Stój, skurwielu, zostaw mnie, zostaw, przestań gnoju, nie waż się, wypierdalaj, wypierdalaj stąd, wyłaź, wyłaź!

Ja wam powiedziałem, że on pobiegł po colta, ale my na tamtą porę się tego nie domyślali, chyba jedynie babka Tina. Ale jak zaskrzypiała górna szuflada, to już było wiadomo, o co chodzi. Wtedy niektórzy z nas też pobiegli do kuchni. Inni zostali w salonie. A jeszcze inni wylecieli na zewnątrz, byle dalej.

Jak odpowiednio o tym pomyśleć, to było to nawet śmieszne. A może wcale nie. Derek wlazł na stół i kopniakami oganiał się od babki. Równocześnie obracał w rękach colta, a te ręce trzęsły mu się tak, jakby podpięli go do transformatora. W sumie to cały się zwijał, zginał i znowu prostował. Cały czas wrzeszczał. Wychodź, stary skurwielu, stój gnoju, tak bez końca.

Pistolet wypadł mu z rąk, ale jakimś cudem złapał go w locie. Udało mu się skierować go… tak jak trzeba i nacisnąć spust. Huk był okropny.

Byłem pewien, że chybił. Że po tym spudłowanym strzale tak tylko pacnął na tyłek jak kuzynek Earl, kiedy uczył się chodzić. Myślałem, że zaraz schyli się po colta, żeby znowu spróbować, ale nie. Faktycznie przez chwilę siedział na stole. A potem runął na podłogę. Mała dziurka, nie taka jak na filmach. O, tu, nad okiem. Wokół nie było nawet krwi. Krew zaczęła wypływać spod niego, jak leżał.

Następnych paru minut nie pamiętam dobrze. To znaczy nie wiem, jak to się stało, że babka Tina stała obok mnie. Trzymała colta w ręce. Wujek Mike klęczał przy ciele Dereka i próbował go ocucić, jakby tamten zemdlał, a nie dopiero co się zastrzelił. Słyszałem tupot nóg, trzaskanie drzwi, krzyki, płacz. Ale nie wiem, kto robił ten tumult. Dwie osoby czy dziesięć, naprawdę nie wiem.

Wszystko zaczęło do mnie docierać bardziej, kiedy Mike skoczył na babkę Tinę. Bez trudu odebrał jej pistolet, w końcu Mike to… to był kawał chłopa.

Działo się z nim to samo, co z Derekiem. Jakby go podpięli do prądu. I też wrzeszczał i klął, tak jak Derek przed chwilą. Coś o starym skurwielu, gnoju, to było dziwne, popieprzone.

Babka Tina chciała odebrać mu gnata. No i teraz… kurwa, no co wam powiem. Nie wiem, czemu, może jestem naprawdę szalony, a może tylko pojebany, ale nie będę kłamał, nawijał makaronu na uszy, po co? On ją odstrzelił specjalnie. Nie tak, że to było przypadkowe, w szamotaninie… przyłożył lufę tu, gdzie ta kość przy ramieniu, i nacisnął spust. Huk był jeszcze gorszy, niż przedtem. I już. Babcia nie żyła.

A potem Mike, w tej swojej trzęsawce, rzucił pistolet i on upadł mi prosto pod nogi.

Widzę po was, że tak naprawdę macie w dupie, co ja mówię. To znaczy nie, was to pewnie bawi. W taki sposób, że chuja mi wierzycie, ale niech palant gada, nie? Ale pieprzyć was. Powiem prawdę, choć pewnie będziecie sobie o tym opowiadać dowcipy, będziecie je powtarzać swoim sukom, swoim sukom na boku, swoim gówniakom. Źle mówię? Pieprzyć was. Bo wszystko, co się stało, to będzie ze mną już zawsze, czaicie?

Myślicie, że chciałem to zrobić? Chciałem. Widzicie te ślady, co mam na szyi? Udusiłby mnie, jak nic. Więc niby nie miałem wyboru, ale nawet… Bo… jak ten colt upadł mi pod nogi i go podniosłem, to Mike wił się na podłodze i wyciągnął do mnie dłoń, jakby tonął.

Johnny, nie pozwól mu. Nie pozwól mu. Nie chcę, Johnny. Błagam, strzelaj. Bądź dzielny. Pociągnij za ten pieprzony spust!

A już trzy sekundy później zaciskał mi jedną łapę na gardle, a drugą próbował wyrwać broń. Ale gdyby ciągle tam leżał i trząsł się jak gówno, i błagał w ten sposób, to i tak bym strzelił.

Co to była za księga? Nie mam pojęcia. Któraś ciotka mówiła, że dziadek przywiózł ją z jakiejś podróży zza granicy, tyle wiem. Cholera, dajcie mi jeszcze zakurzyć.

No i tak to było, powiedziałem wszystko. Możecie… Co?! Skąd ją macie?! Zostaw! Nie dotykaj jej swoimi brudnymi łapami! Nie! Błagam! Odłóż! Posłuchaj! Posłuchajcie mnie obaj! To nie są żarty. Nie macie pojęcia, co w niej…

Co ty wyprawiasz, pierdolony skurwysynu?! Odłóż tę kartkę! Odłóż, jeszcze da się skleić! Nie! Wy nic nie rozumiecie! Tam są rzeczy, które mogą dać wam wszystko! Nie widzicie, do cholery?! Patrzcie na mnie! Nie marzyłem, żeby znaleźć się w skórze tego wsobnego idioty, ale to chyba lepsze, niż gnić pod ziemią, co?! Nie wierzycie?! Mam tutaj dać pierdolony wykład o Platonie?! A może o Jungu?! Nie ma sprawy, podyskutujmy sobie o archetypach, jeśli macie chwilę! Nie słyszycie, że potrafię sklecić poprawne zdanie, co przychodzi mi z dalece większą łatwością, niż imitowanie kalekiej mowy tego ledwie piśmiennego debila?!

Dziękuję. Możesz położyć księgę tutaj, przy mnie? Po prostu chcę, żeby była blisko. Cholera, nie przypuszczałem, że tak przetrzepiecie całą farmę. Przyznam, że nie schowałem jej dobrze, ale musiałem działać szybko.

Tak, panowie. Wiecie, co się wydarzyło i wiecie, że to niemożliwe, tak, tak. Będziecie musieli się z tym oswoić, nic dziwnego. Na tę porę miejcie na uwadze, że wygraliście los na loterii, tylko tyle i aż tyle. Możecie na mnie liczyć, a ja, mam nadzieję, mogę liczyć na was. Czeka mnie długi i upierdliwy proces, więc… Doskonale. Przepraszam, ale możecie przynieść mi jakiejś porządnej whisky? Rzygać mi się chce po tym gównianym piwsku.

Koniec

Komentarze

Ciekawe. Nawet bardzo:) Pierwsze skojarzenie języka bohatera to oczywiście Mechaniczna pomarańcza. Nie mam jednego, pewnego wytłumaczenia tej historii, ale nie o to chodzi – ważne, że jest intrygująca i śmiało czeka na rozwinięcie. A może właśnie wcale nie powinno być rozwinięcia, tylko mnogość możliwych interpretacji? :)

Taka jedna uwaga: “Jakoś skierował lufę na nią, mniej więcej tu, gdzie ta kość przy ramieniu, i nacisnąć spust.” 

Pozdrawiam:) 

Witaj. :) 

Nooo, ten dziadek to dopiero miał farmę… I księgę. :)

Masa wulgaryzmów i masa błyskawicznych zwrotów akcji, że aż trudno się połapać w kolejności zdarzeń. Planu ramowego Twojego tekstu pisać bym nie chciała. :) 

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia w Konkursie. :) 

Nowa Fantastyka