Po jednym z wyzwań marzana, natchniony rozwinąłem pomysł, oto i on.
Miłej lektury :)
Po jednym z wyzwań marzana, natchniony rozwinąłem pomysł, oto i on.
Miłej lektury :)
Od dawna nie wychodziłem. O tym, czy był dzień, dowiadywałem się z promieni słonecznych, które wpadały do sypialni przez szparę między taśmami. W całym mieszkaniu tylko to jedno okno nie zostało szczelnie zaklejone.
Nie spotykałem też innych ludzi. No, za wyjątkiem kuriera. Dostarczał mi jedzenie i różne drobiazgi. Jak choćby czerwone żarówki. Jasne światło strasznie męczy oczy. Pamiętam, że gdy się obudziłem, środek sypialni przecinał jasny strumień światła. Panował straszny upał. Zrzuciłem kołdrę na podłogę i zszedłem z materaca.
Skrobanie było nie do zniesienia. Dźwięk, który ranił głowę niczym paznokcie drapiące skórę aż do czaszki. Z trudem wstałem. Podniosłem zeszyt i zanotowałem:
„Nasila się. Ból ponad moje możliwości. Chrobotanie – jednostajne, nieprzerwane, głośniejsze niż kiedykolwiek. Dłużej tego nie zniosę”.
Chciałem odłożyć notatki do szuflady, z przyzwyczajenia, ale zapomniałem, że Marta zabrała meble. Zostało tylko zdjęcie i kilka rysunków dzieci.
Skrobanie. Jakby ktoś przejeżdżał łyżką po kawałku drewna.
Raz.
Dwa.
Trzy.
Jednej nocy doliczyłem się dwudziestu jeden tysięcy sześciuset przeciągłych skrobnięć po drewnianej powierzchni, nim straciłem przytomność. Czasem są ciche, prawie niesłyszalne, jak klimatyzacja – wtedy funkcjonuję. Z zaciśniętymi zębami lub watą wetkniętą w uszy. Tamtego poranka nic nie mogło zagłuszyć dźwięku, który rozdzierał myśli, rozorał mi serce, gdy odebrał mi rodzinę.
Chwyciłem zdjęcie żony – stała w parku z dziećmi.
– Czemu odeszłaś?! – wrzeszczałem przy akompaniamencie drapania. – Czemu?! Ty suko!
Ramka pękła, szkło posypało się na podłogę, gdy rzuciłem fotografią o ścianę.
Wstałem i nagi pobiegłem do salonu. W czerwonym świetle człapałem bosymi stopami, pokonując metry mieszkania długimi susami.
– Skąd?! Skąd ten jazgot?! Gdzie jesteś?! – krzykiem domagałem się odpowiedzi, dłońmi zatykałem uszy. – No! Gdzie?!
I wtedy poczułem. Pod lewą stopą. Jak drga struna, tak drżała deska podłogi.
W kuchni wywaliłem na podłogę zawartość szuflad. Znalazłem tasak i dopadłem do miejsca, gdzie chrobotanie wprawiało deskę w drganie. Uniosłem ostrze.
I wszystko ucichło. Po ponad trzech latach mieszkanie i głowa były wolne od dźwięku. Niepokojące uczucie. Ulga trwała krótko. Miejsce bólu wypełniła pustka tak dotkliwa, że zaczęła swędzieć. Czy można uśmierzyć nieznośne uczucie drapaniem, gdy swędzenie dotyka serca?
Stuk.
Jeszcze jeden.
Położyłem się i przytknąłem ucho do deski. Ktoś pukał. Nie jak do drzwi, raczej palcem w szybę. Delikatnie, z cichym pytaniem.
Stuk – halo?
Stuk – czy ktoś tam jest?
Cisza, a po niej przeciągły chrobot. Zawyłem jak ranne zwierzę. Chwyciłem tasak i zacząłem rąbać. Ostrze blokowało się w drewnie, więc szarpałem rękojeść. Drzazgi leciały po salonie, a ja waliłem w podłogę.
Gdy pot zalał mi tors i z trudem próbowałem utrzymać tasak w mokrych dłoniach, spostrzegłem dziurę. Na kolanach obszedłem otwór. Próbowałem dostrzec… właściwie co? Nim zadałem to pytanie, coś drgnęło w ciemności. Gniew utonął w ciszy, a strach przejął po nim miejsce.
Uciekłem do sypialni. Schowany pod kołdrą drżałem, mokry od potu i łez. Ból zastąpił gniew, gniew przyniósł ulgę, a tę zdławił lęk – przed tym, co ryło w deskach podłogi. Gdy obudził mnie dzwonek, byłem wycieńczony. Spragniony tak, że popękane usta kleiły się do dziąseł.
– Kurier – wychrypiałem. – Oby nie odszedł od drzwi.
Wypełzłem spod kołdry. Resztą sił wstałem i ruszyłem do przedpokoju. Chwyciłem klamkę, gdy zorientowałem się, że jestem nagi. Uchyliłem drzwi i zza nich wycharczałem:
– Proszę wsunąć torbę do środka.
– A płatność? – odpowiedział.
– Chwila.
W kuchni znalazłem portfel. Wyciągnąłem kartę. Cisza przypomniała mi o otworze w podłodze. Spojrzałem, a następnie jęknąłem.
– Wszystko dobrze? – dopytywał kurier.
Przystawiłem kartę i dłoń do ust, dławiąc wycie.
– Wezwać pomoc?
– Nie! – zapiszczałem. – Nie, proszę poczekać!
– Jak sobie chcesz – odpowiedział kurier, gdy ja patrzyłem na palec wystający z dziury.
Opuszek był skierowany wprost na mnie. Zza niego wystawał długi, połamany paznokieć ubrudzony od spodu czymś rdzawym.
Ruszyłem do drzwi. Palec od razu wyłapał ruch i obrócił się – opuszek niczym maleńka główka śledził każdy mój krok.
Zagryzłem kartę, dłonie przyłożyłem do skroni, tak by ograniczyć pole widzenia jedynie do wąskiego korytarza prowadzącego do wyjścia.
– Pieprzyć to, idę! – oświadczył kurier.
W tej samej chwili dopadłem do uchyłu i wystawiłem rękę z kartą na sień.
– Ale wiesz, gościu, że jesteś zdrowo pierdolnięty?
Dźwięk rozsuwanego zamka. Chciałem już tylko, by wsadził torbę z zakupami do mieszkania i sobie poszedł.
– Poprzedni kurier zrezygnował z obsługi tego adresu, wiesz?
Pik, pik – to klawisze terminala. Zagryzłem wargę.
– Nie trzęś ręką – poprosił dostawca.
Terminal zapiszczał, a po chwili usłyszałem dźwięk drukowanego potwierdzenia – odetchnąłem.
– Przepraszam, ja…
No właśnie, co? Co mogę powiedzieć, żeby się usprawiedliwić? Parsknąłem na myśl, że wpuszczam kuriera, by pokazać mu intruza wyłażącego z podłogi.
– Potrzebujesz pomocy – powiedział dostawca i wsunął torbę z zakupami. – I to szybko…
Zatrzasnąłem drzwi. Usiadłem i długo piłem wodę gazowaną, wpatrzony w palec, a palec chyba patrzył na mnie.
Czerwone światło nie raziło. Za to zniekształcało mieszkanie. Tworzyło w rogach sypialni cienie, niemal czarne plamy. Dlatego zacząłem chodzić środkiem pomieszczenia, by omijać ciemne zakamarki. Siadałem przy drzwiach sypialni. Uchylałem je i patrzyłem.
Była tam.
Sterczała.
Nieruchoma, ale tylko pozornie.
W nocy pojawił się jeden, kolejnego dnia drugi – oba kościste palce co chwilę wskazywały inny element mieszkania. Czasem drzwi, kiedy indziej okno lub kuchnię.
Kilka dni później skierowane były ku sufitowi. Wszystkie pięć. Długie paznokcie miały rdzawą barwę od gliny. Między keratynową powierzchnią a naskórkiem zalegała czarna ziemia. Obrąbki naskórkowe – eponychria, jak wyczytałem w internecie – był czerwono-zielone przy każdym palcu, kostki sine, prawie bordowe. Nadgarstek wychodził spod podłogi, a szara i napuchnięta skóra odchodziła coraz bardziej za każdym razem, gdy dłoń się obracała. Dwa dni zajęło jej przebicie się do mieszkania.
Chyba wiedziała, że siedzę w sypialni. Dzień wcześniej obserwowałem poczerniałe kłykcie, gdy palec wskazujący zgiął się i wyprostował – jakby wiedział, że patrzę. Przywarł do środkowego, następnie serdeczny, a do niego mały. Gdy już wszystkie stały w rzędzie, wyprostowane niczym gwardziści, kciuk opadł na podłogę, a wtedy dłoń zaczęła powoli się obracać.
Stałem oniemiały. Nie mogłem oderwać oczu od gościa, który przybył nieproszony z… no skąd? Z dołu? A dłoń patrzyła. Nie oczami, ale brudnymi paluchami o długich, połamanych paznokciach. Każdy z pięciu przybyszy, wyrastających z jednego ciała, widział, jak czaję się w ciemności między drzwiami a framugą sypialni.
Dzwonek.
Tym razem byłem przygotowany – psychicznie i fizycznie – ubrany w szorty plażowe i koszulkę z diabłem tasmańskim wyszedłem z ukrycia, jak gdyby nigdy nic. Ruszyłem przy ścianie. Zerkałem, dławiony ciekawością, a dłoń obracała się pomału.
Odebrałem paczkę. Kurier był zdziwiony moją obecnością w drzwiach i pełen dezaprobaty dla mieszkania tonącego w czerwonym świetle. Drżałem z podniecenia, niosąc pakunek do kuchni, ale trzymałem fason do chwili, gdy nóż rozciął taśmę. Wtedy palce zabębniły o podłogę. Niecierpliwiły się.
Wyciągnąłem czarną, aksamitną rękawiczkę i wsunąłem w nią dłoń. Byłem gotowy uścisnąć gościowi rękę. Podszedłem ostrożnie. A dłoń przechyliła się nieco – palce razem z kciukiem sterczały w górę. Wiedziała, po co przyszedłem. Czekała na tę chwilę.
Wyciągnąłem rękę i uścisnąłem dłoń. Palce zgięły się pomału, obejmując grzbiet i kłykcie. Kciuk opadł i objął mój, delikatnie, ale pewnie. Wtedy dłoń zacisnęła się gwałtownie. Poczułem, jak ból promieniuje do ramienia. Zawyłem krótko, gdy walnąłem czołem o podłogę. Całe ramię zniknęło w dziurze pod podłogą. Szarpnąłem i na chwilę uwolniłem biceps. Coś z nieludzką siłą pociągnęło i znów leżałem. Deski zatrzeszczały do wtóru wyłamywanym stawom. Zaparty drugą ręką, ryknąłem i wtedy podłoga rozleciała się w drzazgi.
Wciągnięto mnie pod mieszkanie. Tak sądzę. Wokół jest ciemność. Widzę tylko dziurę w podłodze i sufit. Niewiele się dzieje. Wykonuję jakieś ruchy, ale to na nic – nie przynoszą żadnego skutku, jakbym był zawieszony w pustce.
Dlatego dużo myślę. A są to myśli przykre i bolesne. Czasem złe i perfidne. Uciekam więc od nich, gdy tylko ktoś odwiedza dom. Są to głównie robotnicy i facet w niebieskim garniturze. Przygotowują mieszkanie na sprzedaż, a myśl, że dziura w podłodze musi zostać naprawiona, napawa mnie lękiem i złością. Krzyki i protesty na nic się nie przydają – oni mnie nie słyszą.
Stało się. Jestem w zupełnej ciemności. A nienawiść i smutek zżerają mnie jak czerw – od środka. Na górze ktoś jest. Mężczyzna, kobieta i trójka dzieci. Żyją tak, jak kiedyś ja – szczęśliwi. Nienawidzę ich za to i siebie za czarne myśli. Czasem mam ochotę utonąć w ciemności. Uwolnić się od czerwia, który zjada mnie kawałek po kawałku. Ale śmiech, rozmowy, kłótnie i jęki z sypialni nie dają mi zasnąć. Uporczywie trzymają świadomość w gotowości. Drażnią niczym chrobotanie…
Ta myśl, raz powołana do życia, nie chce odejść. Swędzi coraz bardziej, jak ukąszenie komara. Może by tak podrapać opuchnięte miejsce?
Pierwszy ruch przyszedł mi z trudem, ale gdy paznokieć stuknął już o spód deski, zacząłem drapać. Pomału, delikatnie, z ulgą słuchając, jak mężczyzna na górze wspomina o dźwiękach, których nikt inny nie słyszy. Potem głośniej i głośniej. A im ciężej pracuję, tym częściej słyszę o terapeutach, psychiatrach, płaczu i lękach.
W końcu mężczyzna zostanie sam. Jestem tego pewien. A ja będę pracował do chwili, gdy dotrę do niego – a wtedy przekażę mu to, co otrzymałem od nieproszonego gościa.
Hej bardjaskier! :)
Uuu, niepokojące. Wszystkie dziwne dzwięki, które wydaje budynek, nagle wydają się mniej przyjazne. Na szczęście żona też słyszy, więc nie jest jeszcze ze mną źle ;)
Generalnie horrorów nie lubię, ale Twoj short bardzo mi się spodobał i przypadł do gustu. Jak napisałem – niepokojący bardziej niż straszny i wzbudzający ciekawość. Dlaczego tylko mężczyźni padają ofiarą? Na czym polega “wymiana” lokatora pod podłogą i dlaczego tak? Smakowite, dobrze się bawiłem czytając!
Kilka drobnych uwag :)
O tym, czy był dzień, dowiadywałem się z promieni słonecznych, które wpadały do sypialni przez szparę między taśmami. W całym mieszkaniu tylko to jedno okno nie zostało szczelnie zaklejone.
Taśmami czego? Chyba w takim kontekście zwykle używa się formy pojedynczej jako “zaklejone taśmą (do pakowania?)”. Może zamienić na gazety? Zdaje mi się, że czym zaklejone nie ma tutaj takich konsekwencji a jest to bardzo ugruntowana sytuacja i czytelnik dobrze wie, o co chodzi.
Chciałem odłożyć notatki do szuflady, z przyzwyczajenia, ale zapomniałem, że Marta zabrała meble.
Zmieniłbym szyk, to “z przyzwyczajenia” troszeczkę wybija mnie z rytmu z dania. Może “Z przyzwyczajenia chciałem odłożyć notatki do szuflady, ale zapomniałem, że Marta zabrała wszystkie meble.”?
Długie paznokcie miały rdzawą barwę od gliny.
Brzmi, jakby czegoś brakowało. “Długie paznokcie miały rdzawą barwę od brudzącej je gliny”?
Nienawidzę ich za to i siebie za czarne myśli.
Wydaje mi się, że “i” jest nieodpowiednim łącznikiem. Wymieniłbym na “a”.
Pozdrawiam! :)
O tym, czy był dzień, dowiadywałem się z promieni słonecznych, które wpadały do sypialni przez szparę między taśmami.
Zwykle dowiadujemy się o tym, czy jest dzień, z promieni słonecznych. Zastanawiam się, czy odwrócenie tego zdania nie wyszłoby na dobre. Coś w stylu: gdyby nie wyblakłe promienie słońca wdzierające się do sypialni przez szparę pomiędzy taśmami, nie wiedziałbym nawet, czy jest dzień, czy noc.
Zastanawiam się też nad czasem akcji. Z jednej strony – bohater zapomina jeszcze, że żona zabrała mu meble. Z drugiej – zdążył już na tyle zajść za skórę poprzedniemu kurierowi, że ten zrezygnował z pracy w tej okolicy. Nie umiem sobie wyobrazić, jak wyglądały chronologiczne ostatnie tygodnie bohatera.
Ostatnie, co mnie jakoś zastanawia, to dlaczego bohater nie postanowił po prostu się wyprowadzić – z początku musiał przecież dostrzegać, że słyszy te dźwięki w mieszkaniu, ale poza nim jest ok.
Ogólne wrażenia mam dobre. Czytałem pierwszą wersję w ramach wyzwania i podoba mi się, jak ją teraz rozwinąłeś – zapętlenie tej historii jest prostą, ale satysfakcjonującą puentą. :)
Cześć, Bardzie!
No, pojechałeś! Przypomniałem sobie Palec, Kinga. Jak to u Ciebie, bardzo dobrze rozegrałeś opowieść. Lubię takie majstersztyki. Dziewięć tysięcy znaków i jest groza. Niewielu to potrafi.
Klik!
Pozdrawiam
Edit:
barniusz, a mnie nie dziwi, że bohater nie postanowił wyjść z mieszkania. Tutaj widzę pewien stan psychotyczny człowieka (z zachowaniem logiki na potrzeby tekstu), chociaż mam świadomość, jak to brzmi.
Hah, logika i psychoza :-)
Jest to na granicy, bo z jednej strony nie wiemy, gdzie kończy się realizm, a gdzie zaczyna dziać się psychoza. Ewentualnie, jak kto woli, gdyby to był tylko stan chorobowy bohatera, nie byłoby tutaj fantastyki, ale dostrzegam jej sporo.
Pozdrawiam
Narholt
Dlaczego tylko mężczyźni padają ofiarą?
Nie wiem choć się domyślam:). A tak serio to niegdzie nie napisałem, że tylko.
Na czym polega “wymiana” lokatora pod podłogą i dlaczego tak? Smakowite, dobrze się bawiłem czytając!
A to już temat na dłuższą historię, na razie musisz się zadowoli tym co wiesz :)
barniusz
"gdyby nie wyblakłe promienie słońca wdzierające się do sypialni przez szparę pomiędzy taśmami, nie wiedziałbym nawet, czy jest dzień, czy noc.
A mogą być wyblakłe ;). Wydaje mi się, że sens jest zachowany
"Zastanawiam się też nad czasem akcji
No właśnie dlatego opisuje styl życia bohatera by podkreślić, że on już nie wie co, jak, kiedy :)
"Ostatnie, co mnie jakoś zastanawia, to dlaczego bohater nie postanowił po prostu się wyprowadzić – z początku musiał przecież dostrzegać, że słyszy te dźwięki w mieszkaniu, ale poza nim jest ok.
Nie wyprowadzamy się z domu tylko dlatego, że nam odbiło. W innej sytuacji ulicę byłby pełne wariatów… a nie czekaj ;)
"zapętlenie tej historii jest prostą, ale satysfakcjonującą puentą. :)
Takie są najlepsze, jak kiełbaski z cebulą:)
Dziękuję wam za odwiedziny i komentarze. Nad technicznymi sprawami się zastanowię:)
Pozdrawiam :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Hesket
A dziękuję, miło mi, że się podobało. Zawsze miło jest zobaczyć wiernego czytelnika pod tekstem :).
Z tą psychozą to trafiłeś w 10 a nawet 100 :)
Pozdrawiam :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
A mogą być wyblakłe ;). Wydaje mi się, że sens jest zachowany
Wyblakłe dodałem przypadkiem – bardziej chodziło mi o odwrócenie kolejności w zdaniu niż o konkretne słowa . ;)
Nie wyprowadzamy się z domu tylko dlatego, że nam odbiło. W innej sytuacji ulicę byłby pełne wariatów… a nie czekaj ;)
Hah. :D
Jasne – założyłem, że był jakiś krótki okres, kiedy zaczynał słyszeć odgłosy, ale mu jeszcze nie odbiło. (Bo przyjąłem, że to fantastyka i ręka jest prawdziwa, a nie tylko w głowie bohatera, co wykluczałoby istnienie momentu, w którym już słyszy głosy, ale jeszcze mu nie odbiło).
Pozdro! :)