- Opowiadanie: bemik - Chwila

Chwila

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Chwila

CHWI­LA

 

* * *

– Wi­dzia­łeś kie­dyś, jak kwit­nie ce­bu­la? – spy­ta­ła cicho.

– Nie.

– Czy to, że nie wi­dzia­łeś jej kwia­tu ozna­cza, że ona rze­czy­wi­ście nie kwit­nie?

– No nie – za­prze­czył nie­chęt­nie. – Chyba kwit­nie…

– Na pewno kwit­nie. Wy­glą­da wtedy jak fa­jer­werk na nie­bie.

– Nie wie­dzia­łem – przy­znał skru­szo­ny.

– No wła­śnie. Nie wie­dzia­łeś, ale z grun­tu chcia­łeś za­prze­czyć.

– Ale co to ma wspól­ne­go z ….

– Też nie wi­dzia­łeś – we­szła mu w słowo – i sta­rasz się za­prze­czyć, za­ne­go­wać!

– Bo to nie­moż­li­we! – Ude­rzył ręką w stół, aż pod­sko­czy­ły szklan­ki i kilka kro­pel her­ba­ty wy­sko­czy­ło na blat.

– Nie wal tak! – mi­ty­go­wa­ła go. – Stół ni­cze­mu nie winny.

– Wiem – pod­niósł nieco głos – ale opo­wia­dasz takie bzdu­ry, że mi się jesz­cze bar­dziej niż zwy­kle trzę­są ręce. Ze zło­ści!

– Nie ze zło­ści, tylko ze sta­ro­ści.

– Wła­śnie, że ze zło­ści. Sama je­steś stara i do tego głu­pia, jak pię­cio­let­nie dziec­ko!

– Może i je­stem stara, ale pa­mięć cią­gle mam dobrą. Za to ty je­steś upar­ty jak muł i ślepy jak kret.

– Tak, a prze­czy­tasz ten napis bez oku­la­rów? – Wska­zał na­głó­wek w ga­ze­cie. – Bo ja tak!

– Nie, tego już nie prze­czy­tam, ale ja widzę to, czego ty nie chcesz do­strzec.

– Jasne. A wiesz, co ci po­wiem? – Znowu się za­pe­rzył. – Po­win­naś pójść do spe­cja­li­sty i prze­ba­dać sobie głowę!

Stara ko­bie­ta zgar­bi­ła się jesz­cze bar­dziej niż zwy­kle. Jej siwe włosy wy­su­nę­ły się ze spi­nek i prze­sło­ni­ły twarz. Kiedy po chwi­li od­gar­nę­ła je nie­cier­pli­wym ge­stem, można było do­strzec bladą skórę po­kry­tą sie­cią zmarsz­czek i wy­jąt­ko­wo pięk­ne oczy, pło­ną­ce teraz gnie­wem.

– Ze­sta­rza­łeś się i ośle­płeś zanim jesz­cze do­tknął cię ząb czasu – rzu­ci­ła mu w twarz i za­bra­ła się za sprzą­ta­nie ze stołu.

Jej ruchy były po­wol­ne i nie­po­rad­ne. Szklan­ki nie­bez­piecz­nie chy­bo­ta­ły się na spodecz­kach, czy­niąc w za­pa­dłej nagle ciszy wy­jąt­ko­wy hałas. Od­sta­wi­ła je do zlewu i po­czła­pa­ła do po­ko­ju, żeby znów za­siąść w swoim fo­te­lu.

– Wy­my­śli­łaś to wszyst­ko, żeby ubar­wić sobie życie ze mną – po­wie­dział cicho i jakby ze skar­gą w gło­sie.

Chcia­ła za­prze­czyć i po­wie­dzieć mu, że ich życie nie było złe, że go ko­cha­ła, tyle że była to już inna mi­łość, ale tylko wzru­szy­ła ra­mio­na­mi

Zanim usia­dła, otwo­rzy­ła ko­mo­dę i wy­ję­ła z niej chu­s­tecz­kę w ko­lo­rach je­sien­ne­go lasu, de­li­kat­niej­szą i cień­szą od wszyst­kich in­nych, jakie miała kie­dy­kol­wiek w ręku. Przy­tu­li­ła ją do po­licz­ka i przy­mknę­ła oczy. Była zmę­czo­na i stara. I coraz czę­ściej na­wie­dza­ły ją wspo­mnie­nia, które przez wiele lat trzy­ma­ła ukry­te w naj­dal­szych za­ka­mar­kach pa­mię­ci.

– Nie­po­trzeb­nie mu o tym opo­wie­dzia­łam – po­my­śla­ła. – Nie uwie­rzył. Po­czuł tylko za­zdrość!

Prych­nę­ła pod nosem. Stary głu­piec. Po pięć­dzie­się­ciu la­tach jest za­zdro­sny.

* * *

Zaraz za domem za­czy­nał się las. Taki gęsty, praw­dzi­wy. Zimą pod ich ogro­dze­nie pod­cho­dzi­ły sarny i dziki. Szu­ka­ły po­ży­wie­nia. Cza­sa­mi tata po­zwa­lał jej wy­nieść na­rę­cze siana. Rzu­ca­ła je wtedy za płot, naj­da­lej jak mogła, sia­da­ła na pień­ku i cze­ka­ła w bez­ru­chu, aż wrócą zwa­bio­ne ku­szą­cym za­pa­chem. Nie­kie­dy nie wra­ca­ły, a ona mar­z­ła tak długo, do­pó­ki mama jej nie za­wo­ła­ła. Na wio­snę zwie­rzę­ta od­cho­dzi­ły w głąb kniei, by cie­szyć się do­stat­kiem traw i ziół i wydać na świat po­tom­stwo.

Lu­bi­ła las o każ­dej porze. Rano, kiedy na igłach sosen i źdźbłach trawy per­li­ła się rosa, a mgła roz­my­wa­ła kon­tu­ry drzew. W upal­ne po­łu­dnie, kiedy nawet ptaki ci­chły otu­ma­nio­ne wszech­ogar­nia­ją­cą du­cho­tą. Wie­czo­rem, gdy oży­wał mi­lio­nem ta­jem­ni­czych szep­tów i sze­le­stów. Nawet w nocy, kiedy wzbu­dzał lęk, bo w świe­tle księ­ży­ca ko­na­ry wy­cią­ga­ły do niej szpo­nia­ste ręce, a za każ­dym krza­kiem cza­iło się groź­ne nie­zna­ne. Ale naj­bar­dziej lu­bi­ła las tuż przed burzą. Li­ście za­sty­ga­ły w bez­ru­chu, bo wiatr umknął gdzieś da­le­ko ze stra­chu przed tym, co ma się wy­da­rzyć. Zwie­rzę­ta le­ża­ły w chłod­nych wy­kro­tach i tylko od czasu do czasu któ­reś uno­si­ło głowę, wę­sząc ru­chli­wym nosem. Przy­tu­la­ła się wtedy do ogrom­ne­go dębu, obej­mo­wa­ła go i chło­nę­ła całym cia­łem jego ener­gię i cie­pło. Trwa­ła tak zwy­kle do pierw­szych grzmo­tów. Potem, w po­śpie­chu, umy­ka­ła do domu. Cza­sa­mi chro­ni­ła się w sza­ła­sie, który wy­bu­do­wa­ła w swo­jej ko­tlin­ce. Okry­ła ją, gdy miała z dzie­sięć lat i uzna­ła za wła­sność. Miała na­dzie­ję, że oprócz niej nikt nie zna tego miej­sca. Kryła się tu, gdy była smut­na. Bie­gła tu, by wy­krzy­czeć swoją ra­dość.

Tego póź­ne­go po­po­łu­dnia też tu przy­szła. Była zła i nie­szczę­śli­wa. Zbie­ra­ło się na burzę, a jej na płacz. Przy­tu­li­ła się do swo­je­go dębu.

– Nic od nich nie chcę. – Siąk­nę­ła nosem. – Mogą za­po­mnieć o mnie na za­wsze!

Przy­ci­snę­ła czoło do chro­po­wa­tej kory i ob­ję­ła pień ra­mio­na­mi. Wdy­cha­ła cierp­ki za­pach po­zwa­la­jąc, by łzy pły­nę­ły jej po twa­rzy. Dziś koń­czy­ła pięt­na­ście lat. Mama obie­ca­ła jej, że tego dnia po­ja­dą do mia­sta i wresz­cie bę­dzie mogła prze­kłuć sobie uszy. Ale w obór­ce cie­li­ła się krowa. Ro­dzi­ce bie­ga­li wokół niej. Zwie­rzę ry­cza­ło od po­łu­dnia, a ona zo­sta­ła za­po­mnia­na. Nor­mal­nie do głowy by jej nie przy­szło, żeby mieć o to pre­ten­sje, ale dziś był jej dzień. Dzień, na który cze­ka­ła od bar­dzo dawna.

Pierw­sza bły­ska­wi­ca prze­cię­ła gra­na­to­we niebo ogni­stym zyg­za­kiem, ale grzmot usły­sza­ła do­pie­ro po kilku chwi­lach. Drugi pio­run ude­rzył już nieco bli­żej. Ko­lej­ne na­stę­po­wa­ły po sobie bar­dzo szyb­ko. Spa­dły cięż­kie, grube kro­ple desz­czu. Nie chcia­ło jej się od­cho­dzić. Dąb osła­niał ją ga­łę­zia­mi. Ale nagle wy­ła­do­wa­nie na­stą­pi­ło tak bli­sko, że po­czu­ła mro­wie­nie na całej skó­rze jak po do­tknię­ciu po­krzyw i przez dobrą chwi­lę nic nie sły­sza­ła. Wy­stra­szy­ła się tro­chę i po­sta­no­wi­ła jed­nak po­biec do domu. Od­wró­ci­ła się ple­ca­mi do drze­wa i ro­zej­rza­ła, szu­ka­jąc miej­sca, gdzie ude­rzył pio­run. Mimo że krza­ki po­ra­sta­ją­ce dno ko­tlin­ki bez prze­rwy fa­lo­wa­ły w stru­gach desz­czu, za­uwa­ży­ła miej­sce, gdzie tra­fił w nie­wiel­ką skał­kę i ode­rwał ją od ścia­ny. Utwo­rzy­ł się kop­czyk z gliny, żwiru i drob­nych ka­mie­ni. Od­wró­ci­ła wzrok na ścież­kę, którą sama wy­dep­ta­ła pod­czas re­gu­lar­nych spa­ce­rów do ko­tli­ny, ale coś znowu przy­cią­gnę­ło jej spoj­rze­nie ku usy­pi­sku. Miała wra­że­nie, że coś się tam po­ru­szy­ło.

Pew­nie deszcz wy­płu­ku­je pia­sek i glinę, a wtedy ka­mie­nie się ob­sy­pu­ją – po­my­śla­ła, ale mimo to wpa­try­wa­ła się in­ten­syw­nie w to miej­sce.

Trwa­ło to dłuż­szą chwi­lę, ale w końcu uchwy­ci­ła po­now­nie ruch. Zda­wa­ło jej się, że zo­ba­czy­ła rękę. Strach ści­snął jej żo­łą­dek. Cof­nę­ła się znowu i opar­ła o dąb. Po kilku mi­nu­tach opa­no­wa­ła pa­ni­kę. Dotyk drze­wa po­dzia­łał na nią uspo­ka­ja­ją­co.

– Nie masz się czego bać! – Uspo­ka­ja­ła sama sie­bie. – Tu ni­ko­go nie ma!

Ale jakby na za­wo­ła­nie usły­sza­ła jęk. Ludz­ki i bar­dzo bo­le­sny.

– Ki czort? – prze­klę­ła ci­chut­ko i skry­ła się za dębem.

Zer­k­nę­ła ostroż­nie, ale kupa gliny nie ru­sza­ła się i nie wy­da­wa­ła żad­nych dźwię­ków. To ośmie­li­ło ją na tyle, że wy­chy­li­ła się moc­niej. Wresz­cie pod­ję­ła de­cy­zję.

– Jeśli tam ktoś leży, to za­pew­ne po­trze­bu­je po­mo­cy.

Krok za kro­kiem po­su­wa­ła się ostroż­nie, go­to­wa w każ­dej chwil rzu­cić się do uciecz­ki. Kilka me­trów przed osy­pi­skiem za­czę­ła do­strze­gać ludz­ki kształt. To od­kry­cie, nie wie­dzieć czemu, uspo­ko­iło ją. Po­de­szła bli­żej i kuc­nę­ła. Wzro­kiem sta­ra­ła się od­dzie­lić ciało od pia­sku i gliny, ale zlało się w jed­ność. Czło­wiek, o któ­rym my­śla­ła, że nie żyje, wy­ko­nał nagły ruch ręką. Tak ją to wy­stra­szy­ło, że szarp­nę­ła się do tyłu i upa­dła w błoto. Deszcz spra­wił, że le­żą­cy zo­stał przy­kry­ty war­stwą ziemi. Ze­bra­ła się na od­wa­gę i do­tknę­ła jego dłoni. Była cie­pła, ale nie tak cie­pła, jak być po­win­na. Chwy­ci­ła go za ra­mio­na i pró­bo­wa­ła od­wró­cić na plecy. Ruch wy­wo­łał ko­lej­ny bo­le­sny jęk.

– Już, chwi­la! – Sta­ra­ła się mówić spo­koj­nie. – Pró­bu­ję ci pomóc.

– Muszę wra­cać. – Usły­sza­ła szept męż­czy­zny.

– Tak, tak, oczy­wi­ście, ale chyba tra­fił cię pio­run. Mia­łeś szczę­ście, że w ogóle prze­ży­łeś!

Wresz­cie udało się go od­wró­cić. Od­gar­nę­ła mu z twa­rzy dłu­gie i mokre, zle­pio­ne bło­tem włosy i zo­ba­czy­ła naj­pięk­niej­szą twarz na świe­cie. Chło­pak wy­glą­dał na nie­wie­le star­sze­go od niej. Miał gład­ką, śnia­dą cerę, czar­ne brwi wy­gię­te w ła­god­ny łuk i dłu­gie rzęsy. Lekko wy­sta­ją­ce kości po­licz­ko­we. Wąski, pro­sty nos i de­li­kat­ne, pra­wie dziew­czę­ce usta.

– Muszę wra­cać – po­wtó­rzył.

– Do­brze, – zgo­dzi­ła się – ale naj­pierw spró­buj wstać. Mu­si­my schro­nić się przed desz­czem. Tu nie­da­le­ko mam sza­łas. Tam prze­cze­ka­my.

Pod­par­ła chło­pa­ka i po­mo­gła mu usiąść. Wtedy zo­ba­czy­ła, że w jego ra­mie­niu tkwi strza­ła. STRZA­ŁA? Tutaj? Teraz? Znowu po­czu­ła strach.

– Mo­żesz wstać?

– Chyba tak. Jeśli oprę się na tobie…

Kil­ka­na­ście kro­ków w ulew­nym desz­czu po śli­skiej ścież­ce wy­czer­pa­ło go zu­peł­nie. Kiedy wresz­cie do­tar­li do sza­ła­su, zwa­lił się na zie­mię jak kłoda.

– Połóż się tutaj! – Wska­za­ła mu deski, na któ­rych uło­żo­ny był sien­nik. Przy­nio­sła go już dawno, bo lu­bi­ła tu leżeć i czy­tać. – Zaraz roz­pa­lę ogni­sko.

Za­krę­ci­ła się szyb­ko. Swoje schro­nie­nie zbu­do­wa­ła wy­ko­rzy­stu­jąc jamę w ścia­nie ko­tli­ny. Po­sze­rzy­ła ją, a z przo­du do­sta­wi­ła wiatę ze sta­rych desek i ga­łę­zi przy­kry­tych słomą, którą wy­cy­ga­ni­ła od taty. Pod­ło­gę wy­sy­pa­ła pia­skiem i z ogrom­nym wy­sił­kiem przy­tasz­czy­ła kilka spo­rych gła­zów, które ro­bi­ły za cem­bro­wi­nę ogni­ska.

– Mam tu nawet czaj­nik – po­chwa­li­ła się i za­wie­si­ła na rusz­to­wa­niu wy­słu­żo­ny gar­nek. – Zro­bię nam her­ba­ty. A ty ścią­gnij te mokre ciu­chy i przy­kryj się tym! – Rzu­ci­ła mu koc.

Chło­pak, mimo, że le­d­wie żywy, po­słusz­nie za­czął ścią­gać ubra­nie.

– Daj to – po­le­ci­ła mu. – Spró­bu­ję to tro­chę opu­kać z błota.

Deszcz nadal jesz­cze padał, ale nie prze­szka­dza­ło jej to. Wy­szła przed sza­łas i za­nu­rzy­ła ubra­nia w sta­rym ko­ry­cie do po­je­nia krów. To też do­sta­ła od ojca. Błoto dało się łatwo spłu­kać, nie zdą­ży­ło przy­schnąć. Za­chwy­cił ją ma­te­riał. Zie­lo­na ko­szu­la była mię­ciut­ka jak puch po­ra­sta­ją­cy szcze­nia­ka. Spodnie, w ko­lo­rze kory drze­wa, były cien­kie i mocne. Wy­żę­ła je i wró­ci­ła do środ­ka, żeby je roz­wie­sić koło ognia.

– Jak się czu­jesz?

– Nie­źle. Ale tę strza­łę trze­ba wyjąć. Po­mo­żesz?

– Zwa­rio­wa­łeś? Z tym trze­ba do szpi­ta­la!

– Ni­g­dzie nie pójdę. Albo mi po­mo­żesz, albo zro­bię to sam.

– Do­brze. – Zgo­dzi­ła się, choć wie­dzia­ła, że nie po­win­na. – Co mam robić?

– Daj jakąś czy­stą szma­tę i go­rą­cą wodę.

Po­da­ła mu, o co pro­sił, a potem przy­klęk­nę­ła obok po­sła­nia.

– Wsyp to do wody. – Podał jej nie­wiel­kie za­wi­niąt­ko. Mu­siał to wyjąć, zanim oddał rze­czy do pra­nia.

– Teraz prze­cedź, ale fusów nie wy­rzu­caj.

Zro­bi­ła, jak jej po­le­cił. A potem znowu klęk­nę­ła przy nim. Wpa­trzy­ła się w strza­łę. Była uła­ma­na, pra­wie bez lotek. Tkwi­ła wbita tuż nad oboj­czy­kiem.

– Ba­wi­li­ście się w In­dian? – za­żar­to­wa­ła.

– W co?

– W In­dian. Nie­waż­ne. Jak chcesz się tego po­zbyć?

– Zwy­czaj­nie. Prze­pchnie­my to na drugą stro­nę.

– Zwa­rio­wa­łeś? – krzyk­nę­ła po­now­nie.

– Nie – za­prze­czył spo­koj­nie. – Grot ma zęby, usta­wio­ne sko­śnie. Jeśli bę­dziesz wy­cią­gać strza­łę, roz­szar­piesz sobie ciało jesz­cze bar­dziej. Jeśli uda się ją wy­pchnąć na drugą stro­nę, to je­steś ura­to­wa­ny.

– A jeśli na dro­dze stoi serce, albo płuca, to gi­niesz? – Do­my­śli­ła się dziew­czy­na.

– No wła­śnie. Bierz się do ro­bo­ty. Sam nie zdo­łam tego zro­bić. Gdy­bym ze­mdlał – po­pro­sił jesz­cze – prze­myj ranę tym wy­wa­rem, a resz­tę zo­staw do picia. Z fusów zrób okła­dy i przy­łóż je po obu stro­nach. Ro­zu­miesz?

Dziew­czy­na tylko po­ki­wa­ła głową i gło­śno prze­łknę­ła ślinę.

– Wiesz, co? – Chło­pak przy­trzy­mał jej rękę. – Jesz­cze jedno.

– Tak?

– Zrób to za jed­nym za­ma­chem. Pchnij mocno, bę­dzie kró­cej bo­la­ło.

– Po­sta­ram się.

Pod­su­nę­ła mu pod plecy zro­lo­wa­ny koc i na­bra­ła po­wie­trza do płuc.

– No już, pchaj!

Pod­ło­ży­ła sobie zło­żo­ną chu­s­tecz­kę, żeby nie po­ra­nić dłoni o ostre końce drzew­ca i nie pa­trząc w twarz chło­pa­ko­wi, pchnę­ła z całej siły. Po­czu­ła, że strza­ła za­głę­bi­ła się w mię­śnie i wresz­cie prze­bi­ła na drugą stro­nę. Ranny stęk­nął gło­śno i jego ciało zwiot­cza­ło. Wzdry­gnę­ła się i otar­ła pot z czoła, który po­ja­wił się, mimo że wła­ści­wie było jej zimno. Dalej po­stą­pi­ła zgod­nie z in­struk­cja­mi chło­pa­ka.

– Nie­źle ci po­szło – po­chwa­lił ją sła­bym gło­sem, gdy koń­czy­ła mo­co­wać opa­trun­ki uży­wa­jąc do tego celu swo­jej chu­s­ty. Po­rwa­ła ją na sze­ro­kie pasy.

– Dzię­ki. Mam na­dzie­ję, że nigdy nie będę zmu­szo­na tego po­wta­rzać.

Za­czął za­pa­dać zmrok. Pod­nio­sła się.

– Mo­żesz cho­dzić? – spy­ta­ła. – Za­pro­wa­dzę cię do moich ro­dzi­ców.

– Nie – za­prze­czył gwał­tow­nie. – Nie, wo­lał­bym tu zo­stać. Jeśli oczy­wi­ście mi po­zwo­lisz.

– Jak chcesz. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Ale oni by ci po­mo­gli. Tata za­wsze po­ma­ga zwie­rzę­tom…

– To miłe. – Chło­pak ro­ze­śmiał się.

– Nie o to mi cho­dzi­ło – zmie­sza­ła się. – Jeśli umie pomóc zwie­rzę­tom, bę­dzie po­tra­fił i czło­wie­ko­wi.

– Zro­zu­mia­łem. Ale dzię­ku­ję. I mam proś­bę.

– Tak?

– Nie mów im nic o mnie. To dla mnie ważne.

– Jak chcesz. Tu masz jabł­ko i stare ciast­ka. Pew­nie twar­de. Jutro przyj­dę, to przy­nio­sę ci coś kon­kret­ne­go.

– Dzię­ki.

Wró­ci­ła do domu, kiedy było już ciem­no. Miała na­dzie­ję, że uda jej się do­stać ci­cha­czem do swo­je­go po­ko­ju, ale ro­dzi­ce cze­ka­li na nią w kuch­ni.

– Gdzie byłaś? – spy­ta­ła mama.

– Tam gdzie za­wsze, w ko­tlin­ce – rzu­ci­ła za­czep­nie, ale zmi­ty­go­wa­ła się. – By­li­ście za­ję­ci. Jak tam Kra­su­la?

– W po­rząd­ku. – Tata miał wory pod ocza­mi. – Do­pie­ro nie­daw­no skoń­czy­li­śmy. Mamy bycz­ka.

– Cie­szę się, że wszyst­ko do­brze się skoń­czy­ło.

– Nie myśl, że za­po­mnie­li­śmy o tobie! – Ko­bie­ta pod­nio­sła się zza stołu. – Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go, có­reń­ko. A tu masz pre­zent od nas.

Mama wrę­czy­ła jej nie­wiel­kie pu­de­łecz­ko, na dnie któ­re­go błysz­cza­ły ślicz­ne, ma­lut­kie kol­czy­ki.

– O rany, dzię­ku­ję. Są takie pięk­ne.

Uca­ło­wa­ła ro­dzi­ców ser­decz­nie.

– A uszy po­je­dzie­my prze­kłuć tro­chę póź­niej.

Po­szła do sie­bie z mie­sza­ny­mi uczu­cia­mi. Cie­szy­ła się z kol­czy­ków, ale gnę­bi­ło ją po­czu­cie winy, że zwąt­pi­ła w ro­dzi­ców. Do tego jesz­cze do­łą­czył się nie­po­kój o chło­pa­ka. Ale kiedy wresz­cie wsu­nę­ła się pod koł­drę i roz­grza­ła, za­snę­ła ka­mien­nym snem. Wszyst­kie prze­ży­cia zmę­czy­ły ją nie­mi­ło­sier­nie. Do­brze, że są wa­ka­cje i nie musi rano wsta­wać.

* * *

Obu­dzi­ła się jed­nak na tyle wcze­śnie, że po­mo­gła mamie w ob­rząd­ku. Potem po­wie­dzia­ła, że musi na­pra­wiać sza­łas i spę­dzi tam cały dzień. Za­bra­ła pro­wiant i po­bie­gła do lasu. Za­sta­ła swo­je­go go­ścia w trak­cie mycia w ko­ry­cie. Ko­szu­lę i spodnie roz­wie­sił w słoń­cu. Usły­szał kroki, mimo że sta­ra­ła się nie robić żad­ne­go ha­ła­su. Od­wró­cił się w jej stro­nę. Dłu­gie włosy prze­wią­zał rze­my­kiem.

– Witaj! – Uśmiech­nął się do niej.

– Cześć! – od­po­wie­dzia­ła z uśmie­chem. – Widzę, że już ci le­piej.

– O tak. Rana pra­wie nie boli.

– Chodź, przy­nio­słam ci je­dze­nie.

We­szła pierw­sza do sza­ła­su i za­czę­ła wszyst­ko roz­kła­dać. Chło­pak po­ma­ru­dził jesz­cze chwi­lę, ale kiedy po­ja­wił się we wnę­trzu, był już kom­plet­nie ubra­ny.

– Wła­ści­wie to jak masz na imię? – spy­ta­ła, po­da­jąc mu chleb.

– Ari. A ty?

– Ma­ry­sia. Maria – po­pra­wi­ła się.

– Co ozna­cza twoje imię?

– Nie mam po­ję­cia. A ty wiesz?

– Moje imię ozna­cza wier­ny, od­da­ny.

– Z ja­kie­go ję­zy­ka to po­cho­dzi?

– Zo­bacz – prze­rwał jej – wie­wiór­ka.

– Aha, to moja zna­jo­ma. Przy­szła spraw­dzić, czy mam dla niej orzesz­ka. Chodź, Baśka, mam tu coś dla cie­bie. – Wy­cią­gnę­ła rękę.

Zwie­rząt­ko pod­bie­gło parę krocz­ków, przy­sta­nę­ło słup­ka i ru­chli­wym no­skiem ła­pa­ło nowe za­pa­chy.

– Nie zna cię i boi się – szep­nę­ła dziew­czy­na.

Chło­pak wydał z sie­bie serię dziw­nych, świer­go­tli­wych dźwię­ków. Wie­wiór­ka uspo­ko­jo­na po­de­szła do nich i chwy­ci­ła orzech. Od­bie­gła ka­wa­łek i przy­sia­dła nie­da­le­ko, żeby go schru­pać.

– Umiesz gadać po wie­wiór­cze­mu? – za­żar­to­wa­ła.

– Nie cał­kiem, ale na­uczy­łem się od pew­ne­go sta­re­go… czło­wie­ka paru nie­przy­dat­nych rze­czy. Mię­dzy in­ny­mi, jak uspo­ka­jać zwie­rzę­ta. Ale ty też to po­tra­fisz!

– Wy­star­czy­ła tylko odro­bi­na cier­pli­wo­ści. Przy­cho­dzę tu od dawna i za­wsze bra­łam ze sobą albo suchy chleb, albo owoce. Zo­sta­wia­łam je w po­bli­żu sza­ła­su na ka­wał­ku mojej sta­rej su­kien­ki. W ten spo­sób Baśka przy­zwy­cza­iła się do mo­je­go za­pa­chu i ko­ja­rzy­ła go z je­dze­niem.

– Bar­dzo mą­drze – po­chwa­lił Ari. – A gdzie miesz­kasz?

– Tam – dziew­czy­na wska­za­ła – razem z ro­dzi­ca­mi. A ty?

– Tam. – Chło­pak mach­nął ręką w bli­żej nie­okre­ślo­nym kie­run­ku.

– Za lasem? – Sta­ra­ła się od­gad­nąć Maria.

– Wła­ści­wie to w lesie. Z ro­dzi­ną.

Roz­ma­wia­li jak para sta­rych przy­ja­ciół. Ma­ry­si za­wsze bra­ko­wa­ło kogoś ta­kie­go. Miesz­ka­ła z dala od wio­ski. Jej zna­jo­mo­ści koń­czy­ły się po lek­cjach. Ari słu­chał i pytał. Był cie­kaw jej od­po­wie­dzi. Zmie­ni­ła mu opa­tru­nek. Za­sko­czy­ło ją, że rana pra­wie się za­skle­pi­ła.

Po po­łu­dniu znowu za­czę­ły gro­ma­dzić się chmu­ry. Sie­dzie­li w sza­ła­sie pijąc zio­ło­wą her­ba­tę. Ma­ry­sia zwró­ci­ła uwagę, że Ari z nie­po­ko­jem spo­glą­da w niebo.

– Boisz się burzy? – spy­ta­ła.

– Co? – spy­tał z roz­tar­gnie­niem. – A tak.

– Nie masz się czego bać. Tu jest tyle wy­so­kich drzew, że pio­ru­ny będą nas omi­ja­ły.

Jak na iro­nię, roz­le­gło się strasz­li­wie gło­śne wy­ła­do­wa­nie tuż za kra­wę­dzią ko­tlin­ki.

– Zbie­raj się szyb­ko! – Ari po­de­rwał się na nogi. – Mu­si­my stąd ucie­kać!

– Zwa­rio­wa­łeś? – obu­rzy­ła się. – Zaraz za­cznie lać!

– To nie­waż­ne. Mu­si­my stąd znik­nąć.

– Ni­g­dzie się stad nie ru­szam. I tobie też nie radzę. Rana na desz­czu roz­mok­nie i roz­ją­trzy się.

– Nie­waż­ne. – Ari szarp­nął ją za rękę.

– Prze­stań. To boli!

– Prze­pra­szam, ale ty nic nie ro­zu­miesz.. Za chwi­lę po­ja­wią się tu i spró­bu­ją do­koń­czyć to, co im się wcze­śniej nie udało! – Wska­zał na ranę. – Przy oka­zji obe­rwiesz i ty.

– Żar­tu­jesz? – spy­ta­ła, ale już wie­dzia­ła, że nie żar­tu­je. Coś w jego oczach pod­po­wie­dzia­ło jej, że spra­wa jest po­waż­na.

Pod­nio­sła się i ze­bra­ła je­dze­nie do torby. Sama nie wie­dzia­ła dla­cze­go, ale to wy­da­ło jej się ważne.

– Je­stem go­to­wa. Dokąd idzie­my?

– Tam! – Chło­pak wska­zał stro­nę prze­ciw­ną od jej ro­dzin­ne­go domu.

Chwy­cił ją za rękę i po­cią­gnął za sobą. Po­bie­gli. Ma­ry­sia śli­zga­ła się po wil­got­nych ko­rze­niach i, żeby nie Ari, le­ża­ła­by już ze sto razy.

– Zwol­nij tro­chę – po­pro­si­ła zdy­sza­na.

– Nie, oni są tuż tuż!

– Kiedy od­pocz­nie­my?

– Jak spad­nie deszcz i za­trze nasze ślady.

Jak na ko­men­dę za­czę­ły kapać pierw­sze kro­ple. Naj­pierw grube i rzad­kie, po chwi­li zmie­ni­ły się w ulewę. To był naj­wyż­szy czas, bo Ma­ry­sia go­ni­ła reszt­ką sił. Kiedy wresz­cie po­zwo­lił jej usiąść, roz­kasz­la­ła się pró­bu­jąc zła­pać od­dech.

– Po­wą­chaj to! – po­pro­sił Ari i pod­su­nął jej pod nos zioła. Gła­skał ją przy tym uspo­ka­ja­ją­co po ple­cach. – Zaraz ci przej­dzie!

Za­pach był przy­jem­ny. Na pewno wy­czu­wa­ła miętę, ale poza tym było tam całe mnó­stwo in­nych aro­ma­tów, któ­rych nie znała. Ale prze­sta­ła ka­słać.

– Teraz bądź cicho – na­ka­zał jej szep­tem. – Chwi­lę od­pocz­nie­my i pój­dzie­my dalej.

– Do­brze – zgo­dzi­ła się – ale bę­dziesz mu­siał mi sporo wy­ja­śnić!

Po­su­wa­li się nadal szyb­ko, ale przy­naj­mniej już nie bie­gli. Maria pa­trzy­ła pod nogi. Nie zwra­ca­ła uwagi na oto­cze­nie. Była tak zmę­czo­na, że kiedy Ari za­rzą­dził po­stój, po pro­stu padła na zie­mię. Wszyst­ko wy­da­wa­ło jej się wa­riac­twem, ale nie miała siły pro­te­sto­wać.

– Zjedz coś! – Chło­pak pod­su­nął jej pod nos ka­wa­łek chle­ba i sera.

– Nie mogę. – Ma­ry­sia od­wró­ci­ła głowę. – Jeśli teraz coś zjem, to zwy­mio­tu­ję.

– Do­brze, to przy­naj­mniej napij się! – Podał jej wodę w zwi­nię­tym li­ściu.

Po­słusz­nie wy­pi­ła. Było jej jed­no­cze­śnie zimno i go­rą­co. Mokre od desz­czu ubra­nie kle­iło się do niej i do­dat­ko­wo chło­dzi­ło. Chło­pak wi­dział, że do­sta­je dresz­czy.

– Chodź – po­pro­sił ją mięk­ko – jesz­cze ka­wa­łe­czek. Potem ogrze­je­my się i od­pocz­niesz!

Pod­nio­sła się jak drew­nia­na lalka i po­dą­ży­ła za nim. Wła­ści­wie to, gdyby nie cią­gnął jej za rękę, za­trzy­ma­ła­by się w miej­scu i prze­wró­ci­ła. Po ja­kimś cza­sie, ile to trwa­ło nie była w sta­nie okre­ślić, do­tar­li do nie­wiel­kie­go pa­gór­ka. Ari padł na ko­la­na i po­cią­gnął ją za sobą. Na klęcz­kach wpeł­zli do wy­ko­pa­nej w ziemi jamy. Chło­pak po­mógł jej i uło­żył na po­sła­niu z ga­łę­zi i mchu. Na­krył ją ja­ki­miś skó­ra­mi i za­brał się za roz­pa­la­nie ogni­ska. W garn­ku za­go­to­wał wodę i wsy­pał zioła. Po­cze­kał aż wywar nieco prze­sty­gnie i zmu­sił dziew­czy­nę do wy­pi­cia. Ten wy­si­łek tak ją zmę­czył, że głowa opa­dła jej bez­wład­nie na po­sła­nie i za­snę­ła. Ari wy­ga­sił ogień i wsu­nął się na le­go­wi­sko obok Marii. Przy­tu­lił ją i ogrze­wał wła­snym cie­płem.

* * *

– Gdzie je­ste­śmy? Kto nas gonił?

– Naj­pierw coś zjedz, potem po­ga­da­my. – Pod­su­nął jej lekko roz­mo­czo­ny chleb i podał ku­be­czek z wy­wa­rem z ziół. Po­chło­nę­ła wszyst­ko do ostat­nie­go okrusz­ka i wy­pi­ła her­bat­ę.

– Zja­dłam, wy­pi­łam, teraz mów!

Chło­pak pod­niósł się bez słowa i wy­szedł na dwór. Po­dą­ży­ła za nim, czu­jąc, że na­ra­sta w niej złość i gniew. Ale nie zdą­ży­ła nic po­wie­dzieć, bo za­sko­czył ją widok po wyj­ściu z ciem­nej ja­ski­ni. Słoń­ce ra­zi­ło ja­skra­wym bla­skiem, ale wy­star­czy­ło prze­su­nąć się dwa kroki w bok, by skryć się w ro­ze­dr­ga­nym pół­cie­niu. Za­dar­ła głowę i wy­da­ła z sie­bie pełne za­chwy­tu sap­nię­cie. Nad nimi, gdzieś bar­dzo, bar­dzo wy­so­ko roz­po­ście­rał się zie­lo­no-zło­ty bal­da­chim. Drze­wa były tak wy­so­kie i po­tęż­ne jak fi­la­ry go­tyc­kiej ka­te­dry. Stała z za­dar­tą głową i pa­trzy­ła.

– Gdzie je­ste­śmy? – spy­ta­ła szep­tem, sama nie wie­dząc dla­cze­go.

– U mnie.

– To zna­czy? – Spoj­rza­ła Arie­mu pro­sto w oczy. – I kim byli ci lu­dzie, któ­rzy nas go­ni­li?

– To nie lu­dzie. To Cie­nie.

– Kto?

– Cie­nie. Pró­bu­ją skraść kilka bar­dzo waż­nych dla nas rze­czy.

– Ja­kich rze­czy? Kim są Cie­nie? Gdzie je­ste­śmy? Jak się tu zna­leź­li­śmy?– Na usta ci­snę­ły jej się ty­sią­ce pytań.

– Za­cznę od naj­prost­sze­go. – Uśmiech­nął się Ari. – Je­steś w moim lesie. To pra­daw­na pusz­cza. Prze­nio­słem nas w oba­wie przed po­ści­giem.

– Prze­nio­słeś nas? – W jej gło­sie brzmia­ło nie­do­wie­rza­nie. – Jak?

– Dzię­ki burzy.

– Wy­ko­rzy­stu­je­my pio­ru­ny, żeby prze­no­sić się w różne miej­sca. Ale Cie­nie też to po­tra­fią. Pio­run zo­sta­wia po sobie ślad. Jeśli Cień jest bli­sko i szyb­ko zo­rien­tu­je się, że ucie­ka­my, to po­dą­ży za nami z ko­lej­nym pio­ru­nem. Z re­gu­ły wy­ła­do­wa­nia na­stę­pu­ją bli­sko sie­bie, więc sto­sun­ko­wo łatwo jest od­szu­kać ucie­ki­nie­ra. Ci, któ­rzy mnie ści­ga­li, byli nieco za da­le­ko. Tro­chę czasu za­ję­ło im od­szu­ka­nie mo­je­go tropu. Ale zdą­ży­li mnie zra­nić.

– Ale dla­cze­go cię ści­ga­ją?

– Bo mam to! – Ari się­gnął za ko­szu­lę i po­ka­zał jej nie­wiel­ki wo­re­czek za­wie­szo­ny na rze­my­ku.

– Co to jest?

– Nie mogę ci po­wie­dzieć. Ale jest bar­dzo cenne.

– Tak cenne, że warto na­ra­żać swoje życie?

– Znacz­nie cen­niej­sze! – po­twier­dził po­waż­nie.

– No do­brze. I co dalej?

– Muszę do­trzeć do Ja­ski­ni Prze­po­wied­ni do­kład­nie za trzy dni. Spo­tkam tam kilka osób.

– I to jest takie ważne? – spy­ta­ła tro­chę kpią­co, bo nie bar­dzo wie­rzy­ła w to, co jej opo­wia­dał. Choć z dru­giej stro­ny ten las…

Ari nie wie­dział, czy może jej za­ufać, ale wresz­cie pod­jął de­cy­zję. Prze­cież, gdy stra­cił przy­tom­ność w sza­ła­sie, mogła mu za­brać wotum.

– Każdy z nas ma na szyi taki wo­re­czek. O od­po­wied­niej porze na­le­ży umie­ścić wszyst­kie wota w Cza­rze Jed­no­ści. Dzię­ki temu bę­dzie­my ist­nieć dalej.

– Bre­dzisz. Ist­nie­je­my i bę­dzie­my ist­nieć do­pó­ki jakaś ko­me­ta w nas nie wal­nie, albo jakiś idio­ta nie od­pa­li bomby albo sami nie po­du­si­my się spa­li­na­mi!

– Do­my­ślam się, że mó­wisz o swoim świe­cie.

– Tak. A ty, o czym mó­wisz?

– Też o swoim świe­cie.

– To chyba ten sam, co?

– No nie – za­prze­czył nie­pew­nie. – Ist­nie­je­my obok sie­bie. Cza­sa­mi mo­że­my do sie­bie zaj­rzeć. Od­wie­dza­my się, ale nie mo­że­my się za­trzy­mać na dłu­żej.

– Tobie po­prze­sta­wia­ło się w gło­wie od ude­rze­nia pio­ru­nem – stwier­dzi­ła ka­te­go­rycz­nie. – A jak wy­ja­śnisz, że naj­pierw ty zna­la­złeś się w moim świe­cie, a teraz ja po­dob­no je­stem w twoim?

– Tego nie umiem wy­ja­śnić. Trze­ba by za­py­tać Star­szych. Będą cze­kać przy Ja­ski­ni, żeby od­pra­wić ce­re­mo­nię.

– No do­brze. Po­wiedz mi jesz­cze jedno. Jeśli te wo­recz­ki są takie cenne, to po jasny gwint dają to ja­kimś go­ło­wą­som i każą im le­cieć przez pół świa­ta, żeby na ko­niec wrzu­cić do jed­ne­go gara. Nie można tego trzy­mać cały czas w tej Cza­rze, czy jak tam?

– Każde ple­mię ma swój skarb o ogrom­nej mocy, a Ja­ski­nia stoi otwo­rem dla każ­de­go. Mu­si­my chro­nić nasze wota. Dla­te­go szcze­py do­sta­ły każdy swoje i opie­ku­je się nim.

– Niech ci bę­dzie. Co teraz? – Pod­da­ła się.

– Idzie­my dalej.

– A Cie­nie?

– Na razie je­ste­śmy sto­sun­ko­wo bez­piecz­ni. Za­pew­ne czają się bli­żej Ja­ski­ni. Ale tam cze­ka­ją też na nas Star­si.

Na po­cząt­ku szło im się bar­dzo wy­god­nie. Las był wy­so­ki i gęsty, nie prze­pusz­czał świa­tła, dzię­ki temu po­szy­cie było bar­dzo ubo­gie. Ale wkrót­ce teren się zmie­nił. Drze­wa nadal były ogrom­ne, ale rosły rza­dziej. To po­zwo­li­ło na roz­wój mniej­szych ro­ślin. Mniej­szych w pro­por­cji do tego lasu. Maria pa­trzy­ła z po­dzi­wem na pa­pro­cie, które prze­ra­sta­ły ją dwu­krot­nie, na trawy, któ­rych źdźbła były szer­sze od jej dłoni, albo kie­li­chy kwia­tów, w któ­rych swo­bod­nie zmie­ści­ła­by się jej głowa. Na szczę­ście zwie­rzę­ta i ptaki, które udało jej się do­strzec, miały nor­mal­ne roz­mia­ry, to zna­czy zbli­żo­ne do tych, które znała. Wzdry­gnę­ła się, bo wy­obraź­nia po­su­nę­ła jej obraz pa­ją­ka wiel­kie­go jak pięść.

– Co się stało? – Ari za­uwa­żył to wzdry­gnię­cie.

– Nic. Wszyst­ko tu jest gi­gan­tycz­ne. Wy­obra­zi­łam sobie ogrom­nia­ste­go pa­ją­ka i to mnie prze­ra­zi­ło.

– Zwie­rzę­ta nie są groź­ne. Trze­ba tylko umie­jęt­nie po­stę­po­wać, a będą przy­ja­zne.

– Niedź­wie­dzie i wilki też?

– Też.

Las prze­rze­dził się bar­dzo, za to po­szy­cie zgęst­nia­ło. Prze­dzie­ra­li się mię­dzy pa­pro­cia­mi i pną­cza­mi. W mchu nogi za­pa­da­ły się po kost­kę. Po kilku chwi­lach Maria była już bar­dzo zmę­czo­na. Ari chwy­cił jej rękę i pro­wa­dził po swo­ich śla­dach.

– Jesz­cze ka­wa­łek – po­cie­szył ją. – Wkrót­ce od­pocz­nie­my.

Po­stój zro­bi­li w po­łu­dnie. Ari na­zbie­rał na­sion zna­nych sobie ro­ślin. Nie­któ­re sma­ko­wa­ły jak orze­chy, inne przy­po­mi­na­ły suche ziar­na zbóż. Naj­waż­niej­sze, że zna­ko­mi­cie za­spo­ko­iły ich głód. Tuż przed wie­czo­rem zna­leź­li do­god­ne sta­no­wi­sko na noc­leg. Po­wa­lo­ne drze­wo stwo­rzy­ło nie­wiel­ką po­lan­kę. Chło­pak spryt­nie po­wią­zał czuby trzech ro­sną­cych obok sie­bie pa­pro­ci i tym samym stwo­rzył sza­łas. Roz­pa­lił też małe ogni­sko. Sie­dzie­li przy ża­rzą­cych się głow­niach. Dym gryzł tro­chę w oczy, ale od­pę­dzał owady i dawał po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Maria po­ło­ży­ła się na brzu­chu i pod­par­ła głowę rę­ka­mi, żeby móc pa­trzeć na pło­my­ki. Za to Ari za­pa­trzył się w dziew­czy­nę. Jej włosy roz­sy­pa­ły się wokół twa­rzy i na ple­cach. Od stro­ny ognia na­bra­ły barwy mie­dzi. Tam, gdzie świa­tło nie się­ga­ło, były czar­ne jak skrzy­dło kruka. Rzęsy rzu­ca­ły głę­bo­ki cień na po­licz­ki. Nagle Maria wes­tchnę­ła cięż­ko.

– Czemu wzdy­chasz? – spy­tał ją cicho chło­pak.

– Mar­twię się ro­dzi­ca­mi. Pew­nie od­cho­dzą od zmy­słów. Tyle czasu mnie nie ma.

– Nawet nie za­uwa­ży­li – uspo­ka­jał ją.

– Zwa­rio­wa­łeś? Nie ma mnie dwa dni, a oni nie za­uwa­ży­li?

– Nie o to cho­dzi – tłu­ma­czył spo­koj­nie. – Wró­cisz do sie­bie pra­wie w tej samej chwi­li, w któ­rej znik­nę­łaś. Czas, który spę­dzisz tutaj, w twoim świe­cie nie ist­nie­je.

– Nie ro­zu­miem!

– Zo­bacz – Ari wziął do ręki patyk i oczy­ścił ka­wa­łek grun­tu przed sobą. – To jest rzeka, czyli czas. Pły­nie sobie pro­sto, a z nią łódka, czyli ty. Nagle woda wpły­wa do ko­li­stej za­to­ki. Prąd po­wo­du­je, że łódka opły­wa ją sze­ro­kim łu­kiem, a potem z po­wro­tem wpada do rzeki pra­wie w tym samym miej­scu, w któ­rym skrę­ci­ła do za­tocz­ki. Ro­zu­miesz?

– Teo­re­tycz­nie tak. Ale to się nie mie­ści w gło­wie. Czas to czas.

– Uwierz mi – chło­pak uśmiech­nął się sze­ro­ko – spraw­dzi­łem to! Dla nich minie jedna chwi­la.

– Mam na­dzie­ję, że wiesz, co mó­wisz!

– Wiem – za­pew­nił ją po­waż­nie.

Uspo­ko­jo­na usia­dła i do­rzu­ci­ła parę ga­łą­zek do ogni­ska. Ogień strze­lił iskra­mi. Maria za­pa­trzy­ła się w ciem­ną ścia­nę lasu. Do­bie­ga­ły stam­tąd nie­zna­ne i cza­sem prze­ra­ża­ją­ce od­gło­sy, ale po­nie­waż Ari nie re­ago­wał, uzna­ła, że nie ma się czego bać. Kiedy pło­mie­nie po­now­nie przy­ga­sły, do­strze­gła świe­cą­ce śle­pia. Były tak bli­sko, że wy­da­wa­ło się, że może ich do­tknąć.

– Tam coś jest – szep­nę­ła prze­stra­szo­na.

– Aha! – Chło­pak pod­niósł się. – Chodź, pój­dzie­my zo­ba­czyć co.

– Osza­la­łeś? To może być jakiś dra­pież­nik.

– Nie bój się. Zo­ba­czysz coś fan­ta­stycz­ne­go. Chodź.

Po­mógł jej wstać i nie pusz­cza­jąc jej dłoni, po­cią­gnął w stro­nę lasu, z dala od ogni­ska. Kiedy opu­ści­li krąg świa­tła, oto­czy­ła ich gęsta ciem­ność. Ari chyba miał wzrok sowy, bo po­ru­szał się bar­dzo pew­nie. Za to Maria czuła się jak ślepa. Po chwi­li oczy nieco przy­wy­kły i za­czę­ła roz­róż­niać kształ­ty.

– Za­mknij oczy! – po­pro­sił ją po kilku mi­nu­tach. – Po­pro­wa­dzę cię!

– Za­bi­ję się na tych wy­kro­tach.

– Nie. Ale za­mknij. Otwo­rzysz, kiedy ci po­wiem.

Za­ufa­ła mu i za­mknę­ła. Sama nie wie­dzia­ła dla­cze­go, ale przy nim czuła się bez­piecz­nie. Po kilku kro­kach Ari za­trzy­mał się.

– Teraz mo­żesz otwo­rzyć!

Po­słusz­nie otwo­rzy­ła oczy. Przed nią roz­po­ście­ra­ło się niebo usia­ne gęsto gwiaz­da­mi. Do­pie­ro po chwi­li zo­rien­to­wa­ła się, że nadal są w lesie, a ota­cza­ją ich ogrom­ne pa­pro­cie. Mi­lio­ny świe­cą­cych punk­tów mi­go­ta­ło, skrzy­ło i cią­gle zmie­nia­ło swoje miej­sce. Jakby ktoś trze­pał po­ły­skli­wy ma­te­riał.

– Co to? – spy­ta­ła szep­tem.

– To gody świe­tli­ków. Zbie­ra­ją się tu nie­zli­czo­ne ilo­ści. Raz do roku przez kilka dni mają swoje świę­to. Potem roz­le­cą się po całym lesie.

– To jest prze­cud­ne. Baj­ko­we. Fan­ta­stycz­ne.

Chło­pak wy­cią­gnął rękę i do­tknął jej wło­sów.

– Co ro­bisz? – spy­ta­ła za­sko­czo­na.

– W twoje włosy za­plą­tał się jeden – od­po­wie­dział cicho i de­li­kat­nie prze­sy­py­wał jej loki, żeby od­szu­kać owada. Maria nie była pewna, czy rze­czy­wi­ście ma we wło­sach świe­tli­ka, ale jego dotyk spra­wił jej nie­ocze­ki­wa­ną przy­jem­ność.

– Już. Jest wolny – Ari za­brał rękę, a ona miał ocho­tę pro­sić go, żeby nie prze­sta­wał.

– Wra­caj­my. Mu­si­my tro­chę od­po­cząć. Jutro znowu czeka nas długi spa­cer.

Wró­ci­li do ogni­ska, ale na­strój już nie po­wró­cił. Dzień roz­po­czął się dla nich wraz ze wscho­dem słoń­ca i przy­wi­tał ja­zgo­tem ptac­twa. Maria mia­ła­by ocho­tę po­spać jesz­cze, ale Ari po­na­glał.

– Za­czy­na się nie­bez­piecz­na część na­szej wę­drów­ki.

– Czemu tak są­dzisz? – spy­ta­ła, tłu­miąc zie­wa­nie.

– Zaraz koń­czą się pa­pro­cie. Las bę­dzie wy­so­ki i przej­rzy­sty. Do tego za­czną się pa­gór­ki usia­ne ska­ła­mi. Łatwo tam o za­sadz­kę.

Zanim wy­ru­szy­li, Maria po­sta­no­wi­ła jesz­cze obej­rzeć ranę i zmie­nić opa­trun­ki. Ari zdjął ko­szu­lę, a ona od­wi­nę­ła ban­da­że. Zioła już wy­schły i w więk­szo­ści od­pa­dły. Po­zo­sta­ło­ści Maria de­li­kat­nie ze­bra­ła i usu­nę­ła.

– Goi się nie­sa­mo­wi­cie szyb­ko – za­uwa­ży­ła za­sko­czo­na. – To te zioła, praw­da?

– Tak – po­twier­dzi­ła Ari. – Do­sta­łem je od Star­sze­go.

Maria de­li­kat­nie wy­sku­by­wa­ła reszt­ki za­schnię­tej paćki. Przy­kuc­nę­ła obok chło­pa­ka. Jej włosy ła­sko­ta­ły go w ramię. W słoń­cu lśni­ły jak świe­że kasz­ta­ny. Ari przy­mknął oczy i wdy­chał jej za­pach. Pach­nia­ła przede wszyst­kim pa­pro­cia­mi, na któ­rych spała. Ale jej skóra wy­dzie­la­ła osza­ła­mia­ją­ce flu­idy. Chło­pak zwró­cił twarz w stro­nę dziew­czy­ny. Miała brą­zo­we oczy, czy­ste i nie­win­ne. Chciał po­gła­dzić ją po po­licz­ku i przy­tu­lić, ale bał się, że ją spło­szy. Była młoda. Bar­dzo młoda. Oboje po­czu­li za­że­no­wa­nie swoją bli­sko­ścią.

– Go­to­we! – Maria pod­nio­sła się i otrze­pa­ła ręce. – Mo­że­my ru­szać.

Pa­pro­cio­wy za­gaj­nik skoń­czył się szyb­ko. We­szli znowu w wy­so­ki las. Tutaj Ari na­ka­zał ciszę. Sam po­ru­szał się pra­wie bez­sze­lest­nie, ale Marii wy­cho­dzi­ło to go­rzej. Po­pro­sił, żeby szła po jego śla­dach, a sam wy­bie­rał drogę. W po­łu­dnie od­po­czę­li chwi­lę pod nie­wiel­ką skałą. Znowu zje­dli orze­chy i na­sio­na. Mieli wła­śnie ru­szać, kiedy Ari schwy­cił ją za rękę i we­pchnął pod ga­łę­zie ja­kie­goś krze­wu, na­ka­zu­jąc mil­cze­nie. Sam przy­klęk­nął przed nią, chro­niąc wła­snym cia­łem. Cały las ucichł. Maria miała wra­że­nie, że wszyst­ko za­mar­ło w prze­ra­że­niu. Sama nie po­tra­fi­ła okre­ślić, skąd bie­rze się to uczu­cie, ale bała się nie­przy­tom­nie. Serce ło­mo­ta­ło jak osza­la­łe. Miała wra­że­nie, że ten łomot sły­chać w ob­rę­bie ki­lo­me­tra. Przy­ci­snę­ła twarz do ple­ców Arie­go i ob­ję­ła go w pasie. To ją tro­chę uspo­ko­iło. Tym bar­dziej, że chło­pak po­ło­żył rękę na jej dło­niach. Dziew­czy­na sta­ra­ła się coś zo­ba­czyć przez plą­ta­ni­nę liści. Nagle po­czu­ła chłód. Nie­sa­mo­wi­ty, prze­ni­ka­ją­cy do szpi­ku kości. Wstrzy­ma­ła od­dech. Wy­da­wa­ło jej się, że na skra­ju pola wi­dze­nia do­strze­ga prze­my­ka­ją­ce cie­nie. Za­mar­ła w bez­ru­chu. Ile to trwa­ło, nie po­tra­fi­ła po­wie­dzieć, ale cała zdrę­twia­ła. Po ja­kimś cza­sie las za­czął pul­so­wać zwy­kłym ży­ciem. Ari po­kle­pał ją po dło­niach.

– Po­szli. Mo­że­my ru­szać.

– Co to było? – spy­ta­ła gra­mo­ląc się z ukry­cia.

– To wła­śnie były Cie­nie. Po­chła­nia­ją wszyst­ko na swo­jej dro­dze. Wy­sy­sa­ją życie. Dla­te­go zwie­rzę­ta zmy­ka­ją bądź kryją się przed nimi. Czują in­stynk­tow­nie, że to naj­gor­szy wróg.

– A lu­dzie? Co by się stało, gdyby nas zna­leź­li?

– My po­tra­fi­my wal­czyć! – po­wie­dział z dumą Ari. – Ale sta­ra­my się tego uni­kać. Star­cie z jed­nym, dwoma można prze­żyć. Ale jeśli jest ich wię­cej, to tylko do­świad­czo­ny Star­szy może sobie z nimi po­ra­dzić.

– Czyli jak naj­szyb­ciej mu­si­my od­szu­kać Star­sze­go?

– Tak. To by­ło­by naj­lep­sze. Albo do­trzeć do Ja­ski­ni. Ona sama i za­gaj­nik wokół niej to miej­sce świę­te. Tam nawet Cie­nie nie od­wa­żą się nas na­pa­sto­wać.

– Więc ru­szaj­my.

Po­szli dalej trzy­ma­jąc się za ręce. Nie było to już wła­ści­wie po­trzeb­ne, bo po­ru­sza­li się po głę­bo­kim mchu, który sku­tecz­nie tłu­mił od­głos ich kro­ków, ale oboje chcie­li czuć swoją bli­skość. Nie zda­wa­li sobie spra­wy, co ich tak ku sobie cią­gnie, ale za to byli świa­do­mi, że każdy krok przy­bli­ża ich do roz­łą­ki. O obu te­ma­tach nie po­tra­fi­li roz­ma­wiać, dla­te­go szli w mil­cze­niu, za­to­pie­ni w my­ślach. Za­pew­ne to było przy­czy­ną, że Ari zbyt późno za­re­ago­wał na to, co dzia­ło się w lesie. Kiedy za­uwa­żył, że znowu za­pa­dła gro­bo­wa cisza, było już za późno. Zo­sta­li za­uwa­że­ni.

– Pod drze­wo – za­ko­men­de­ro­wał ostro i pchnął dziew­czy­nę pod ogrom­ny dąb. Opar­ła się o pień ple­ca­mi i pa­trzy­ła prze­ra­żo­na na Arie­go.

Chło­pak się­gnął do kie­sze­ni i ukrył coś w dłoni. Po na­my­śle pod­szedł do Marii i ścią­gnął z szyi wo­re­czek.

– Załóż to – po­le­cił, po­da­jąc jej wotum. – Spró­bu­ję od­wró­cić ich uwagę, a ty w tym cza­sie bie­gnij tam! – Wska­zał kil­ka­na­ście luźno roz­rzu­co­nych ska­łek. – Kiedy je mi­niesz, za­cznij krzy­czeć. Któ­ryś Star­szy po­wi­nien być w po­bli­żu i po­mo­że ci.

– Nie, Ari – chwy­ci­ła go za rękę – nie zo­sta­wię cię.

– Nie bądź głu­pia! – Po­gła­skał ją po wło­sach. – Jeśli jest ich wię­cej, nie mamy szans. A to – wska­zał na wo­re­czek – jest zbyt ważne. Za wszel­ką cenę mu­si­my to ra­to­wać.

– Ari… – za­czę­ła płacz­li­wie.

– Bę­dzie do­brze. – Za­krę­cił jej włosy wokół dłoni i przy­cią­gnął ją do sie­bie. A potem do­tknął de­li­kat­nie war­ga­mi jej ust. Jakby mu­snę­ły ją skrzy­dła mo­ty­la. – Bę­dzie do­brze! Tylko obie­caj, że zro­bisz to, o co cię pro­szę!

– Obie­cu­ję! – szep­nę­ła ci­chut­ko po­ły­ka­jąc łzy.

Od­wró­cił się i od­szedł kil­ka­na­ście kro­ków. Maria miała wra­że­nie, że nad­cią­ga noc. Taka naj­okrop­niej­sza, naj­gor­sza, noc jak w naj­strasz­niej­szym kosz­ma­rze. Czuła ogar­nia­ją­cy ją chłód. Pra­gnę­ła za­mknąć oczy, ale mu­sia­ła ob­ser­wo­wać Arie­go. Chło­pak stał spo­koj­nie. W ręku, przy­ci­śnię­tym do pier­si, trzy­mał jakiś przed­miot.

– To ma być broń prze­ciw­ko Cie­niom? – my­śla­ła prze­ra­żo­na. – Nie miecz, nie łuk, nie ar­ma­ta?

Wokół Arie­go po­wie­trze za­czę­ło gęst­nieć i ciem­nieć. Chło­pak nie wy­ko­ny­wał żad­ne­go ruchu. Miał przy­mru­żo­ne oczy, ale bacz­nie ob­ser­wo­wał oto­cze­nie. Potem za­czął się ob­ra­cać wokół wła­snej osi. Naj­pierw po­wo­li, potem coraz prę­dzej, w miarę jak chłód i ciem­ność gro­ma­dzi­ły się obok niego. Maria miała wra­że­nie, że po­tra­fi od­róż­nić dwie po­sta­cie. Ale mogło to być tylko wra­że­nie. Ra­cjo­nal­nie nie po­tra­fi­ła­by wy­tłu­ma­czyć, dla­cze­go uważa, że są dwa Cie­nie.

Ari wi­ro­wał w osza­ła­mia­ją­cym tem­pie. Cie­nie zbli­ża­ły się do niego i ob­le­pia­ły go jak nici, które na­wi­ja­ją się na szpul­kę. Kiedy pra­wie nie było go widać, a Maria po­gry­zła do krwi usta, zo­ba­czy­ła wresz­cie świa­teł­ko na­dziei. Do­słow­nie. Po­mię­dzy strzę­pa­mi ciem­nej mgły za­czę­ły strze­lać ja­skra­we iskry. Zro­zu­mia­ła, że teraz na­de­szła pora na nią. Opie­ra­jąc się ple­ca­mi o pień i nie spusz­cza­jąc oczu z wal­czą­cych, prze­su­nę­ła się do tyłu. Potem po­chy­li­ła się jak naj­ni­żej mogła i kuląc się za krza­ka­mi, prze­su­wa­ła się w stro­nę skał. Kiedy za­sło­ni­ły ją pa­pro­cie, pu­ści­ła się bie­giem. Do­pa­dła do ka­mien­nych odłam­ków i po­zwo­li­ła sobie na kilka głęb­szych od­de­chów. Trwa­ło to mo­ment i ru­szy­ła dalej. Prze­bie­gła kil­ka­na­ście me­trów i zna­la­zła się na od­sło­nię­tej prze­strze­ni. I wtedy po­czu­ła nad­cią­ga­ją­cy chłód. Prze­ra­że­nie ści­snę­ło jej gar­dło. Nie mogła wydać z sie­bie żad­ne­go dźwię­ku. Po­my­śla­ła o Arim i jej ręka po­wę­dro­wa­ła do wo­recz­ka za­wie­szo­ne­go na szyi. Kiedy za­ci­snę­ła na nim dłoń, po­czu­ła, że z jej serca ustę­pu­je chłód.

– Po­win­nam krzy­czeć – przy­po­mnia­ła sobie słowa Arie­go i za­czę­ła wrzesz­czeć naj­gło­śniej jak po­tra­fi­ła. Strach dodał jej sił. Krzy­cza­ła i bie­gła przed sie­bie naj­szyb­ciej jak mogła. Mimo to na ple­cach czuła coraz zim­niej­sze po­dmu­chy. Jakby ktoś do­ty­kał ją lo­do­wa­tą dło­nią. Kiedy za­czę­ła tra­cić od­dech, a nogi od­mó­wi­ły jej po­słu­szeń­stwa, zo­ba­czy­ła przed sobą za­gaj­nik. Mimo zmę­cze­nia do­strze­gła, że drze­wa lśnią ja­kimś nie­ziem­skim bla­skiem. Ale nie mogła już biec. Jej or­ga­nizm od­mó­wił współ­pra­cy. Gar­dło wy­schło na wiór, w płu­cach świsz­cza­ło, a wszyst­kie mię­śnie pa­li­ły żywym ogniem. Mu­sia­ła od­po­cząć. Sta­nę­ła, a po chwi­li osu­nę­ła się na zie­mię. Char­cząc na­bie­ra­ła po­wie­trza. Kiedy pra­wie wy­rów­na­ła od­dech, ota­cza­ły ją gęste, lep­kie ciem­no­ści i prze­ni­kli­we zimno. Nie miała już sił, żeby się bro­nić. Ści­ska­ła tylko w dłoni po­wie­rzo­ne wotum. Pod­cią­gnę­ła ko­la­na pod brodę i przy­tu­li­ła mięk­ki wo­re­czek do po­licz­ka. Przy­mknę­ła oczy go­dząc się z losem. Chłód zmie­nił się w mróz. Wy­sy­sał z niej reszt­ki cie­pła i życia. Po­dob­no, kiedy się umie­ra na mro­zie, nie czuć bólu. Czło­wiek po pro­stu za­sy­pia. Maria tak wła­śnie się czuła. Senna i zmę­czo­na. Tu­li­ła wotum do twa­rzy i osu­nę­ła się na trawę. Była już na gra­ni­cy świa­do­mo­ści, kiedy po­czu­ła, jakby ktoś szar­pał ją za ramię. Nie chcia­ła się bu­dzić, ale ten ktoś był na­tręt­ny i nie dał się od­pę­dzić.

Gdy otwo­rzy­ła oczy, uj­rza­ła nad sobą starą, po­marsz­czo­ną twarz oko­lo­ną dłu­gi­mi, si­wy­mi wło­sa­mi.

– No, na­resz­cie! Nie mia­łaś ocho­ty wra­cać! – Star­szy po­mógł jej usiąść.

– A Ari? – spy­ta­ła i prze­ra­że­nie znowu ści­snę­ło jej serce.

– Po­ra­dził sobie. Zaraz go zo­ba­czysz, a na razie wypij to.

Po­słusz­nie po­łknę­ła za­war­tość ku­becz­ka i po­czu­ła, że po jej ży­łach roz­le­wa się miłe cie­pło. I wtedy zo­ba­czy­ła go. Za ple­ca­mi świe­ci­ło za­cho­dzą­ce słoń­ce opro­mie­nia­jąc jego syl­wet­kę. Był wy­so­ki i smu­kły. Kiedy na­chy­lił się nad nią, po­czu­ła za­pach lasu i ziół. Miał ocho­tę zrzu­cić mu ra­mio­na na szyję i wtu­lić się w jego ob­ję­cia. Ale wokół stali lu­dzie. Mu­snę­ła więc tylko jego dłoń i uśmiech­nę­ła się.

– Ży­jesz – szep­nę­ła z ulgą.

– Ży­je­my oboje i udało się do­star­czyć wotum. Teraz Cie­nie już nam nie grożą.

– Tak. Oboje spi­sa­li­ście się bar­dzo dziel­nie – po­chwa­lił Star­szy. – Jutro wie­czo­rem od­bę­dzie się Ce­re­mo­nia. Teraz mo­że­cie od­po­cząć.

Wszy­scy ro­ze­szli się, zo­sta­wia­jąc ich sa­mych. Tylko Star­szy obej­rzał się na nich kilka razy.

– Chodź, przej­dzie­my się – za­pro­po­no­wał Ari.

Podał jej rękę i po­mógł pod­nieść się z trawy. Mimo od­po­czyn­ku i wzmac­nia­ją­ce­go na­pa­ru była jesz­cze słaba. Chło­pak oto­czył ją ra­mie­niem w talii i po­pro­wa­dził w stro­nę Ja­ski­ni.

– To tu jutro od­bę­dzie się Ce­re­mo­nia. Za­pew­ni to spo­kój na dłuż­szy czas. Cie­nie znik­ną.

– I będę mogła to zo­ba­czyć?

– Nie. Tylko Star­si wejdą do środ­ka. To po­trwa całą noc. Na­za­jutrz rano otrzy­ma­my nasze wota z po­wro­tem i po­wró­ci­my do domów.

– A ja? – spy­ta­ła ci­chut­ko.

Za­pa­dła cisza. Potem Ari po­pro­sił, żeby po­szli jesz­cze ka­wa­łek dalej.

– To są nasze świę­te drze­wa. Rosną tu od po­cząt­ku świa­ta. Na­sze­go świa­ta. Zo­bacz, wy­glą­da­ją jakby były ze sre­bra i złota, ale one są żywe.

Usie­dli na ka­mie­niach. Ari objął ją i przy­tu­lił. Słoń­ce pra­wie scho­wa­ło się za ho­ry­zon­tem.

– Co bę­dzie ze mną? – za­py­ta­ła znowu.

– Wró­cisz do sie­bie. – Ari przy­ci­snął ją moc­niej. – Py­ta­łem Star­sze­go. Nie mo­żesz tu zo­stać. Teraz. To wbrew na­tu­rze. Ży­ła­byś cią­gle za­to­ce – na­wią­zał do swo­je­go tłu­ma­cze­nia o prze­ni­ka­niu świa­tów – a wszy­scy mu­si­my pły­nąć swoją rzeką. Ina­czej po­rzą­dek bę­dzie za­chwia­ny, a to pro­wa­dzi do nie­prze­wi­dy­wal­nych zmian.

– I nie zo­ba­czy­my się już nigdy? – Spu­ści­ła głowę, żeby ukryć na­pły­wa­ją­ce łzy.

Ari przy­klęk­nął przed nią i zaj­rzał jej w twarz.

– Zo­ba­czy­my – po­wie­dział pew­nym gło­sem. – Jeśli nie za­po­mnisz i na­praw­dę bę­dziesz tego pra­gnę­ła.

– Chcę. Chcę pa­mię­tać i chcę tu wró­cić. – Zdo­by­ła się na od­wa­gę i do­da­ła: – Do cie­bie!

Po­gła­dził ją dło­nią po po­licz­ku i kciu­kiem starł po­ja­wia­ją­cą się łzę.

– Nie płacz – po­pro­sił i de­li­kat­nie uniósł jej pod­bró­dek. Jej usta zna­la­zły się na wy­so­ko­ści jego warg. Zbli­żył się po­wo­li, jakby się bał, że gwał­tow­ny ruch może ją wy­stra­szyć. Ale ona się nie bała. Za­sty­gła w ocze­ki­wa­niu. I kiedy wresz­cie po­czu­ła dotyk jego warg, po jej ciele roz­la­ła się fala cie­pła i roz­ko­szy. Przy­lgnę­ła do niego i za­nu­rzy­ła dłoń w jego wło­sach. Zro­zu­miał, że to przy­zwo­le­nie i ca­ło­wał na­mięt­nie, do utra­ty tchu.

Oprzy­tom­nie­li do­pie­ro, gdy po­sły­sze­li na­wo­ły­wa­nia Star­sze­go.

– Mu­si­my wra­cać! – Ari nie­chęt­nie wy­pu­ścił Marię ze swo­ich objęć. Schwy­ci­li się za ręce i po­wró­ci­li do resz­ty. Przy roz­pa­lo­nych ogni­skach sie­dzia­ło kil­ku­na­stu męż­czyzn. Cze­ka­li na nich z po­sił­kiem. Na nie­bie za­czę­ły gro­ma­dzić się czar­ne, bu­rzo­we chmu­ry.

– Wy­ru­szysz do domu jesz­cze dziś w nocy – po­wie­dział Star­szy po­da­jąc Marii ku­be­czek z na­pa­rem z ziół. – Mu­si­my tylko po­cze­kać na pio­run.

Maria sku­li­ła się i przy­lgnę­ła do Arie­go, który oto­czył ją opie­kuń­czo ra­mio­na­mi.

– Nie bój się – po­cie­szył ją. – Nic nie po­czu­jesz. Bę­dzie tak samo, jak wtedy, gdy spro­wa­dzi­łem cię tutaj!

– Ja się nie boję. – Spoj­rza­ła mu w oczy. – Ja nie chcę od­cho­dzić.

– Wypij to – po­le­cił Star­szy, a jego sło­wom to­wa­rzy­szył pierw­szy grzmot.

Wy­pi­ła her­ba­tę, ale nawet nie czuła jej smaku.

– Już czas. – Star­szy sta­nął przed nią.

Ari pod­niósł się i wy­cią­gnął do niej obie ręce. Wtu­li­ła się w niego z roz­pacz­li­wą pew­no­ścią, że już go nigdy nie ujrzy. Łzy same po­cie­kły po po­licz­kach.

– Pro­szę, to dla cie­bie. – Chło­pak po­da­ro­wał jej chust­kę w ko­lo­rze je­sien­nych liści. – To ci bę­dzie przy­po­mi­nać.

– A ty? Nie za­po­mnisz?

– Nigdy! – za­pew­nił ją po­waż­nie i dodał: – Pa­mię­taj, prze­żyj szczę­śli­wie da­ro­wa­ne ci w twoim świe­cie życie. To tylko jedna chwi­la. Potem się spo­tka­my.

– Weź to! – Zdję­ła z szyi cie­niut­ki łań­cu­szek z wi­ze­run­kiem swo­jej pa­tron­ki.

– Już czas – po­wtó­rzył Star­szy.

Mło­dzi przy­war­li do sie­bie. A potem Ari po­ca­ło­wał ją na oczach wszyst­kich zgro­ma­dzo­nych. Star­szy wziął dziew­czy­nę za rękę i wy­szli na brzeg za­gaj­ni­ka. Ari pa­trzył za nimi, a serce ści­ska­ło mu się z bólu. Roz­bły­snął pio­run i wtedy zo­ba­czył Marię po raz ostat­ni.

* * *

Wszedł do po­ko­ju i spoj­rzał na żonę. Sie­dzia­ła w swoim fo­te­lu. Głowę od­chy­li­ła na opar­cie, siwe włosy roz­sy­pa­ły się wokół twa­rzy, a na ustach igrał lekki uśmiech.

– Znowu śni o nim – po­my­ślał, ale już nie był zły. Ogar­nę­ła go czu­łość. Tyle lat razem. Uwa­żał, że tra­fi­ła mu się, jak gwiazd­ka z nieba. Był za nią wdzięcz­ny Bogu, za da­ro­wa­ne wspól­ne lata. Ale za­wsze po­dej­rze­wał, że w jej życiu był ktoś ważny. Go­dził się z tym, bo ko­chał ją nie­przy­tom­nie. Wresz­cie mu po­wie­dzia­ła, ale on nie uwie­rzył. Pod­szedł bli­żej i za­uwa­żył, że jej pierś nie unosi się w od­de­chu. Wokół dłoni miała owi­nię­tą cie­niut­ką apasz­kę w ko­lo­rze je­sien­nych liści.

– Wró­ci­łaś do niego – szep­nął ci­chut­ko i de­li­kat­nie przy­gła­dził jej włosy.– Mam na­dzie­ję, że on na cie­bie cze­kał!

Koniec

Komentarze

Krótka rzecz o zapisie dialogów tutaj: http://www.fantastyka.pl/10,4550.html O odgłosach paszczą, interpunkcji i całej reszcie nauk zakazanych by Selena.

Ja ograniczę się do poprawienia gdzie trzeba.

 

Z dialogami zresztą jest o tyle zabawnie, że raz piszesz je tak, jak trzeba, a zaraz potem nie. Dziwna niekonsekwencja. ; )

 

„- Bo to niemożliwe! - uderzył ręką w stół, aż podskoczyły szklanki.” - Uderzył wielką literą.

 

„- Wiem, - podniósł nieco głos – ale opowiadasz takie bzdury” - A ten przecinek po „wiem” to co jest? W dialogach w podobnych sytuacjach przecinki są zbędne, poza tym wyglądają nieładnie jakoś.

 

„Czasami tata pozwalał jej wynieść naręcze siana. Rzucała je wtedy za płot, najdalej jak mogła, siadała na pieńku i czekała w bezruchu, aż wrócą zwabione kuszącym zapachem. (...)

Ale najbardziej lubiła las tuż przed burzą. Liście zastygały w bezruchu...”

Trochę przerwy jest, ale zwróciłam uwagę, więc kwalifikuje się to dla mnie jako powtórzenie.

 

„Okryła ją, gdy miała z dziesięć lat i uznała za własność.” - Literówka: Odkryła.

 

„Podeszła bliżej i kucnęła Wzrokiem starała się oddzielić ciało od piasku i gliny” - Brak kropki po kucnęła.

 

„- Chłopak, mimo, że ledwie żywy, posłusznie zaczął ściągać ubranie.” - Zbędny myślnik na początku, wszak to opis, nie dialog.

 

„- Dobrze. - zgodziła się, choć wiedziała, że nie powinna. - Co mam robić?” - Zbędna kropka po dobrze.

 

„- Tam gdzie zawsze, w kotlince. - rzuciła zaczepnie, ale zmitygowała się.” - Jak wyżej, zbędna kropka po kotlince.

 

„W porządku. – tata miał wory pod oczami – Dopiero niedawno skończyliśmy. Mamy byczka.” - Tutaj zaś Tata wielką literą, a po oczami kropka.

 

„Wszystkiego najlepszego córeńko.” - Przecinek przed córeńko. W takich wypadkach, kiedy ktoś zwraca się do kogoś bezpośrednio, przed zwrotem przecinek. „Wysłuchaj mnie, panie”. „Chodź, koleżanko”. Itp., itd.

 

„- Zobacz, – przerwał jej – wiewiórka.” - Zbędna kropka po zobacz.

 

„Chodź Baśka, mam tu coś dla ciebie” - przecinek przed Baśka.

 

„- Nie całkiem, ale nauczyłem się od pewnego starego ... człowieka paru nieprzydatnych rzeczy.” - Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

„- Tam, – dziewczyna wskazała – razem z rodzicami. A ty?
- Tam – chłopak machnął ręką w bliżej nieokreślonym kierunku.”

Znów zbędny przecinek przed myślnikiem w dialogu. Tym dziwniejszy, ze dosłownie linijkę niżej go nie wstawiłaś (i dobrze). Dalej tego tylko przecinków nie wymieniam.

Poza tym że brak tu „odgłosów paszczą”, powinno raczej być tak:

„- Tam. – Dziewczyna wskazała. – Razem z rodzicami. A ty?
- Tam. – Chłopak machnął ręką w bliżej nieokreślonym kierunku.”

 

 

„- Nigdzie się stad nie ruszam.” - Literówka: stąd.

 

„Marysia ślizgała się po wilgotnych korzeniach.” - Wydaje mi się, że raczej „na”, nie „po”.

 

„- Powąchaj to! – poprosił Ari i podsunął jej pod nos zioła.

(...)

- Zjedz coś – chłopak podsunął jej pod nos kawałek chleba i sera.
- Nie mogę – Marysia odwróciła głowę. - Jeśli teraz coś zjem, to zwymiotuję.”

1. Podsunął pod nos za blisko jedno drugiego, powtórzenie.

2. Po zjedz coś kropka, chłopak wielką literą.

3. Po nie mogę kropka.

 

„- Jakich rzeczy? Kim są Cienie? Gdzie jesteśmy? Jak się tu znaleźliśmy?- Na usta cisnęły jej się tysiące pytań.” - Brak spacji po znaleźliśmy

 

„- Przeniosłeś nas? - w jej głosie brzmiało niedowierzanie. - Jak?” - „W” wielką literą.

 

„- Dzięki burzy.
...
- Wykorzystujemy pioruny.”

Ten wielokropek, jako że znamionuje milczenie Marysi, powinien być za myślnikiem, w końcu to też dialog: „- ...”

 

„- Bredzisz. Istniejemy i będziemy istnieć dopóki jakaś kometa w nas nie walnie, albo jakiś idiota nie odpali bomby albo sami nie podusimy się spalinami!” - Brak przecinka przed drugim albo.

 

„Wzdrygnęła się, bo wyobraźnia posunęła jej obraz pająka wielkiego jak pięść.” - Literówka: podsunęła.

 

„- Jeszcze kawałek. – pocieszył ją. - Wkrótce odpoczniemy.” - Zbędna kropka po kawałek.

 

„- Nawet nie zauważyli. - uspokajał ją.” - Zbędna kropka po zauważyli.

„- Nie o to chodzi. - tłumaczył spokojnie.” - Zbędna kropka po chodzi.

 

„To jest rzeka czyli czas. Płynie sobie prosto, a z nią łódka czyli ty.” - Brakuje przecinków przed oboma czyli.

 

„- Aha – chłopak podniósł się.” - Po aha kropka, chłopak wielką literą.

 

„Pomógł jej wstać i nie puszczając jej dłoni, pociągnął w stronę lasu, z dala od ogniska.” - Brak przecinka przed nie puszczając. To jest wtrącenie w zdanie (nie puszczając jej dłoni), więc powinno być wydzielone przecinkami z obu stron, albo wcale.

 

„- Już. Jest wolny – Ari zabrał rękę, a ona miał ochotę prosić go, żeby nie przestawał.” - Po wolny kropka.

 

„Wrócili do ogniska, ale nastrój już nie powrócił. Dzień rozpoczął się dla nich wraz ze wschodem słońca i przywitał jazgotem ptactwa.”

Tu raczej od nowego akapitu, ten nowy dzień w końcu stanowi też jakby nowy wątek i zaczyna nowy fragment.

 

„Jej włosy łaskotały go w ramię. W słońcu lśniły jak świeże kasztany.”

Po trzech dniach niemycia, po przemoczeniu w deszczu i spaniu na ziemi dziewczyna jest taka zachwycająca i ma lśniące włosy? Niesamowite, ja też tak chcę. ; /

 

„- Gotowe – Maria podniosła się i otrzepała ręce.” - Brak kropki po gotowe.

 

„Mieli właśnie ruszać, kiedy Ari schwycił ją za rękę” - Intuicyjnie stwierdzam, że „chwycił” brzmi ładniej niż schwycił, ale to subiektywna opinia. ; P

 

„wskazał kilkanaście luźno rozrzuconych skałek.” - Brak mi w tym momencie czegoś w stylu „widniejących w oddali”, czy czegokolwiek, co umiejscowiłoby te skałki w przestrzeni. Teraz jakoś tak wiszą nigdzie.

 

„- Nie, Ari – chwyciła go za rękę.” - Po Ari kropka, chwyciła wielką literą.

 

„- Nie bądź głupia – pogłaskał ją po włosach.” - Po głupia kropka, pogłaskał wielką literą.

 

„A to – wskazał na woreczek – jest zbyt cenne. Za wszelką cenę musimy to ratować.” - Powtórzenie.

 

„- Będzie dobrze – zakręcił jej włosy wokół dłoni i przyciągnął ją do siebie.” - Raz, że po dobrze kropka, a zakręcił wielką literą, ale... Co to właściwie znaczy, że zakręcił jej włosy wokół dłoni? Wszystkie czy tylko kosmyk? Jakoś trudno mi jest to sobie wyobrazić...

 

„- To ma być broń przeciwko Cieniom? – myślała przerażona. - Nie miecz, nie łuk, nie armata?”

Tu zrobiłam LOL. Jeśli miało być dramatycznie i w ogóle, ta kwestia zepsuła klimat. Jaka znowu armata? Skąd ta armata? A widziała, żeby Ari jakąś za sobą targał? I w ogóle jak z armaty strzelać w cienie? ; P

 

„Racjonalnie nie potrafiłaby wytłumaczyć, dlaczego uważa, że są dwa Cienie.” - Ładniejszy szyk: „...dlaczego uważa, że Cienie są dwa.”

 

„Potem pochyliła się jak najniżej mogła i kuląc się za krzakami, przesuwała się w stronę skał.” - Brak przecinka przed kuląc. Znów wtrącenie w zdanie.

 

„I wtedy poczuła nadciągający chłód. Przerażenie ścisnęło jej gardło. Nie mogła wydać z siebie żadnego dźwięku. Pomyślała o Arim i jej ręka powędrowała do woreczka zawieszonego na szyi. Kiedy zacisnęła na nim dłoń, poczuła, że z jej serca ustępuje chłód.”

Powtórzenia.

 

„Stanęła, a po chwili osunęła się na ziemię. (...) Tuliła wotum do twarzy i osunęła się na trawę.”

No przecież już raz się osunęła, ledwie kilka zdań wcześniej.

 

„Żyłabyś ciągle zatoce, – nawiązał do swojego tłumaczenia o przenikaniu światów” - Raz, że znów przecinek, dwa, brakuję „w” przed zatoką.

 

„- I nie zobaczymy się już nigdy? - spuściła głowę, żeby ukryć napływające łzy.” - Spuściła wielką literą.

 

„Zdobyła się na odwagę i dodała. - Do ciebie!” - Po dodała dwukropek, a nie kropka.

 

- Musimy wracać – Ari niechętnie wypuścił Marię ze swoich objęć.

 

- Ja się nie boję – spojrzała mu w oczy. - Ja nie chcę odchodzić.

 

- Już czas – Starszy stanął przed nią.

 

- Proszę, to dla ciebie – chłopak podarował jej chustkę w kolorze jesiennych liści.

 

- Wróciłaś do niego – szepnął cichutko i delikatnie przygładził jej włosy.- Mam nadzieję, że on na ciebie czekał!

 

Tyle z kwestii technicznych. Co do warstwy fabularnej: a wiesz, że nawet mi się podobało? Czytało się przyjemnie, tak że przeszłam przez cały tekst na monitorze właściwie bezboleśnie i dość szybko (zrobiłam sobie wcześniej wydruk, ale oczywiście zostawiłam go w pracy ; P).

Mnie ogólnie nie odpowiada konwencja i założenie tego konkretnego konkursu (nadprzyrodzony romans, bleh), ale w Twoim wykonaniu jest to jadalne. No i podoba mi się pomysł, że nie wampir, że nie jakiśtam wojownik czy coś, tylko całkiem świeże podejście.

 

(Milczeniem pomijam konieczną głupotę bohaterki – spotyka rannego obcego w lesie, i to zranionego strzałą, tak niewspółcześnie, i nie zadaje sobie pytań na ten temat, jednak nie zawozi go do szpitala, nikogo nie informuje, leci do niego jak głupia następnego dnia... Ech, ta dzisiejsza młodzież. ; P I właściwie jak te Cienie są w stanie utrzymać łuk i posłać strzałę? Odniosłam wrażenie, że są raczej bezcielesne a ich moc to wysysanie energii?).

 

Że pominęłam powyższe milczeniem, pozdrawiam i życzę powodzenia przy kolejnych tekstach. ; ) Tylko te dialogi przyswój, bez nich nie bardzo miałabym się czego czepiać. ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ha, zajrzałam teraz na początek tekstu i nie wiem czemu wcześniej nie wypisałam tego:

"- Ale co to ma wspólnego z ...." - Wielokropek ma trzy kroki, zawsze! Poza tym zbędna spacja przed nim. ; P

 

Poza tym wróciłam żeby powiedzieć, że stawiam 4.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Joseheim, dzięki za poprawiki. W znaczącej części masz rację. Pisałam ten tekst jakiś czas temu i po przeniesieniu tutaj pogubiłam masę rzeczy - zostałam zmuszona do poprawiania ręcznie, co dało niezbyt dobry efekt. Zastanawiam się tylko, czy to, co zrobiłaś, było potrzebne? Z reguły takimi rzeczami zajmują się korektorzy w redakcjach czy wydawnictwach. No i oczywiśćie robi się to przed drukiem. Tutaj natomiast chodziło raczej - w dużym skrócie - o to, czy się podoba, czy nie. Korekta, której zapewne poświęciłaś masę czasu, zajęła kilkadziesiąt linijek tekstu, natomiast Twoja ocena i uwagi merytoryczne zaledwie kilka!

Przyznaję rację - głupota dziewczyny była konieczna, żeby pociągnąć opowiadanie dalej. I zgadzam się, że strzała w ciele Ariego była trochę naciągana, ale przecież mamy do czynienia z istotami magicznymi, a one podobno mogą wszystko!

Dziękuję za wysoką ocenę. Mam zamiar zamieścić też opowiadanie na DUCHACH i postaram się, żebyś nie musiała już tak wiele poprawiać!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ha, czy to było potrzebne? Jeśli nie było potrzebne Tobie - to najwyraźniej nie. ; )

 

To jest po prostu coś, co robię, a że Twój tekst przypadl akurat na mój dyżur czytania, nie mogłam swojej pracy nie wykonać. A proporcja oceny "podobało mi się/nie podobało mi się" do poprawek tehcnicznych zawsze zależy tylko i wyłącznie od autora. ; ]

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

No dammit, dopiero teraz zauważyłam, że pod koniec mojego pierwszego komentarza przy kilku ostatnich skopiowanych zdaniach nie napisałam, o co mi chodzi. O.o Zmęczona już widać byłam, wybacz. W każdym razie wszystko to była kwestia dialogów. VV"

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Przepraszam Cię, po raz pierwszy zamieściłam coś na tym portalu. Nie wiedziałam, że jest taka procedura! Sorki! Twoje uwagi wzięłam sobie do serca i przeczytałam załączonego linka Seleny. Dzięki temu poprawiłam opowiadanie na Duchy. Mam nadzieję, że nie będzie tylu wpadek, co tutaj.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Hej, nie masz za co przepraszać! ; ) Procedura jest eksperymentalna, no i nie każdy skupia się na pierdołach tak, jak ja. ; P

Ale jeśli tylko dzięki temu, że ktoś zamieszcza komentarz pod czyimś tekstem, ten ktoś jest się w stanie czegoś nauczyć i uczyć się chce, to zawsze, zawsze warto. ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

"Zastanawiam się tylko, czy to, co zrobiłaś, było potrzebne? Z reguły takimi rzeczami zajmują się korektorzy w redakcjach czy wydawnictwach" - nie, autorko, takimi rzeczami powinnaś zajmować się ty. Publikując tekst w internecie czy gdziekolwiek indziej, sama musisz zadbać o to, by odbiorcy czytało się go najlepiej. Błędy są świadectwem nieuwagi autora - często również jego lenistwa. Poza tym, trzeba szanować własnych czytelników.

Jeśli chodzi o uwagi, których udzieliła ci Joseheim, to nie jest żadna procedura, ani odgórny przymus. Ona po prostu ma w sobie tyle dobrej woli, żeby przeczytać dokładnie tekst i wyszukać w nim błędy, żebyś wiedziała co robisz źle i unikała robienia tego w przyszłości. Doceń to i zbuduj jej jakiś mały ołtarzyk czy coś. Wiesz, z wdzięczności i w ogóle.

A teraz na poważnie, twoje opowiadanie zdecydowanie nie jest moją broszką. Raz, że nie przepadam za romansami paranormalnymi, a dwa, że tekst mnie po prostu znudził. Jest bardzo niepotrzebnie przegadany. Jeśli już budujesz świat, oparty na zasadach, które musisz czytelnikowi wytłumaczyć, nie rób tego w dialogach - a jeśli już, to nie w taki "opisowo-tłumaczeniowy" sposób. To wygląda sztucznie. Poza tym, kiepsko czyta się coś, co w dużej mierze składa się z wyjaśnień dawanych jednej postaci przez drugą. Dobry autor kreuje świat trochę "mimochodem" - wtrącając tylko gdzieniegdzie sugestie, zdając się na domyślność czytelnika i wyjaśniając tylko to, co naprawdę konieczne.

Ode mnie trzy.

vyzart, ile razy mogę przepraszać? Ale dobra, czynię to jeszcze raz - mea culpa. Uwagi joseheim wzięłam sobie do serca,  "podręcznik" Seleny przyjęłam do wiadomości i stosowania.

Jeśli chodzi o Twoją opinię - oczywiście, że może Ci się nie podobać. O ile rozumiem, że nie pasuje Ci mój styl, o tyle nie mogę pojąć, po co czytasz, skoro nie lubisz Paranormal Romance? Przecież wiadomo, co tutaj może być.  A moje opowiadanie dokładnie odpowiada konwencji tego gatunku. Czy jest dobre, czy nie - to już zupełnie inna sprawa!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Czytam właśnie dlatego, że m dopisek "paranormal 2012". Liczę na to, że ktoś weźmie utarty schemat i zrobi z nim coś nowego i fajnego. Na tym właśnie polega cały dowcip, że nie wiadomo, co może tutaj być. Otwierając stronę z opowiadaniem mogę równie dobrze znaleźć coś "kiepskiego i typowego", jak i "fajnego i nietypowego".

Ale cieszę się, że sama dostrzegasz największy problem twojego opowiadania. Jeśli coś "dokładnie odpowiada konwencji gatunku", to opowiada coś, co już zostało opowiedziane wiele razy i siłą rzeczy nie może być dobre. Konwencja jest po to, żeby się z nią trochę bawić i w ogóle.

Dla odmiany mnie wierność konwencji nie przeszkadza. Fakt, że to i owo możnaby nieco skrócić, zmienić, ale --- to nie zarzut, to konstatacja --- autorką jest kobieta i to wiele tłumaczy.

bemik, ja też zdumiałem się Twoją reakcją na komentarz joseheim. Dostajesz w prezencie wskazówki, gdzie i jakie trafiają się Tobie pomyłki, a Ty o korekcie przed drukiem... Tylko przed drukiem wypada zrobić korektę? Poczytaj komentarze pod "Dominium" z działu opowiadań, poza tym zadaj sobie pytanie, czy ja, czy ktokolwiek inny z tego portalu nie jest czytelnikiem pomimo, że nie wertuje książki, lecz przewija ekrany,,,

Nie do końca rozumiem, AdamKB. Jesteś już trzecią osobą, która zwraca mi uwagę. Ile razy mam przepraszać? Poza tym w głównej mierze (nie mając pojęcia, że takie są tu zwyczaje) chodziło mi o to, że joseheim napracowała się straszliwie, ale w tym przypadku było już po sprawie - zajrzałam ponownie na tę stronę po upływie 24 godzin. Według mnie - powtarzam - nie wiedziałam, że tak to się odbywa - wystarczyło mi napisać, że mam całkowicie skopane dialogi, pokazać przykładowe błędy i odesłać do linka Seleny (notabene bardzo dobrego).. Oczywiście, że uwagi joseheim przeczytałam wnikliwie, ale nie mogłam już poprawić w zamieszczonym opowiadaniu. Tymczasem napadacie na mnie, jakbym co najmniej kogoś zamordowała. Z drugiej strony podziwiam waszą solidarność z koleżanką i jej obronę. Tylko, że ja nie miałam zamiaru nikomu szkodzić, ani być złośliwa.

Z drugiej strony wiem, że to nie jest aż tak istotne. Wysyłałam swoje opowiadania na inne konkursy i parę razy znalazłam się wśród wróżnionych lub nagrodzonych. Moja niekompetencja przy zapisie dialogów nie miała chyba wpływu na ocenę, dlatego poczułam się nieco zaskoczona i zdezorientowana, kiedy ujrzałam wpis joseheim.

AdamKB - jeśli chodzi o korektę mającą na względzie szacunek dla czytelnika - robiłam ją, lecz jeśli nie wiesz, że robisz błąd, nie jesteś w stanie go poprawić. Dlatego wdzięczna jestem joseheim za linka do Seleny, bo przeczytałam tam sporo interesujących i ciekawie podanych rzeczy i już poprawiłam niektóre swoje teksty.

Mam nadzieję, że na tym skończymy temat.

vyzart - konwencje rzeczywiście po to są, żeby je łamać. Ale też po to, żeby się ich trzymać. Nie należę do młodych- gniewnych. Raczej do staroświeckich i zawsze idę zgodnie z wytyczonym kierunkiem. Łamanie pozostawiam ludziom takim jak Ty, bo Tobie to wychodzi, a mnie raczej by nie wyszło. I zamiast czegoś nowatorskiego powstałoby ... lepiej tego nie nazywać!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

"Z drugiej strony wiem, że to nie jest aż tak istotne."

Nie jest? Jeśli Tobie nie zależy na dbałości o tekst, na jego jakości, na tym, by stawał się coraz lepszy - niekoniecznie tu, wystarczy, że w wersji, którą masz dla siebie, na dysku - to dlaczego czytelnikowi ma na czymkolwiek zależeć?

Wybacz, ale stwierdzenie "co tam, korektor poprawi przed publikacją" z mojego punktu widzenia zawiera podstawowy błąd logiczny.

 

Ale że nie ma co ciągnąć tej dyskusji, niniejszym się wyłączam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

bemik, to, co nazwałaś solidarnością, zawiera jeszcze jeden element. Taką samą lub podobną wrażliwość językową.To dużo wyjaśnia; prawda? Pax, pax...

Mimo błędów w zapisie dialogów i kilku drobnych potknięć językowych, czyta się bardzo lekko i przyjemnie. Aż nie wiem, co napisać. Po prostu bardzo mi się podobało. Aż żal pomyśleć, że gdyby nie dyżur, pewnie bym tego nie przeczytal. ;)

Bardzo dziękuję. Tak jak mówiłam - zbyt późno weszłam ponownie na stronę i niestety nie mogłam wprowadzić poprawek, które wypisała mi Joseheim. W oryginale wszystko poprawiłam. W innych tekstach zresztą też robię korektę. Strasznie mozolne zadanie.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

 

...Przeczytałem.

Jak dla mnie, trochę za bardzo naiwno-sentymentalne. Ale rozumiem – takie wymogi konkursu. :-)

Babska logika rządzi!

O, Finklo, widzę, że zajrzałaś do najstarszego mojego tekstu. Dzięki.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

A łażę tu sobie wieczorami i zaglądam… Ale na "Ogary" wywołane z ciemnozielonego lasu już dzisiaj nie mam ochoty. Poczekają, mam nadzieję. ;-)

Babska logika rządzi!

I pomyśleć, że dopiero teraz dotarłam do pierwszego bemikowego tekstu! Może to i dobrze, bo przypomniawszy sobie początki Twojej twórczości, widzę ogrom wykonanej pracy i to, jak bardzo się rozwinęłaś.

A z Chwilą spędziłam kilka naprawdę miłych chwil. ;-)

 

– Ale co to ma wspól­ne­go z …. – Co znaczą te cztery kropki? ;-)

 

i za­bra­ła się za sprzą­ta­nie ze stołu. – …i za­bra­ła się do sprzą­ta­nia ze stołu.

 

– Do­brze, – zgo­dzi­ła się… – Zbędny przecinek przed półpauzą.

 

przy­tasz­czy­ła kilka spo­rych gła­zów, które ro­bi­ły za cem­bro­wi­nę ogni­ska. – Raczej: …które stanowiły obmurowanie ogni­ska.

 

i za­wie­si­ła na rusz­to­wa­niu wy­słu­żo­ny gar­nek. – Może: …i za­wie­si­ła na trójnogu wy­słu­żo­ny gar­nek.

 

Wy­żę­ła je i wró­ci­ła do środ­ka, żeby je roz­wie­sić koło ognia. – Drugi zaimek zbędny.

 

Ma­ry­sia śli­zga­ła się po wil­got­nych ko­rze­niach i, żeby nie Ari, le­ża­ła­by już ze sto razy. – Raczej: Ma­ry­sia śli­zga­ła się na wil­got­nych ko­rze­niach i gdyby nie Ari, le­ża­ła­by już ze sto razy.

 

Na­krył ją ja­ki­miś skó­ra­mi i za­brał się za roz­pa­la­nie ogni­ska.…za­brał się do rozpalania ogni­ska.

 

Ten wy­si­łek tak zmę­czył, że głowa opa­dła jej bez­wład­nie na po­sła­nie i za­snę­ła. – Może: Ten wy­si­łek tak ją zmę­czył, że bezwładnie opuściła głowę na po­sła­nie i za­snę­ła.

 

Jak się tu zna­leź­li­śmy?– Na usta ci­snę­ły jej się ty­sią­ce pytań. – Brak spacji po pytajniku.

 

– Dzię­ki burzy.

– Wy­ko­rzy­stu­je­my pio­ru­ny… – Kwestię Marii zapisałabym: ?

 

W mchu nogi za­pa­da­ły się po kost­kę. – Po jedną kostkę? 

 

Po­wa­lo­ne drze­wo stwo­rzy­ło nie­wiel­ką po­lan­kę. Chło­pak spryt­nie po­wią­zał czuby trzech ro­sną­cych obok sie­bie pa­pro­ci i tym samym stwo­rzył sza­łas. – Powtórzenie.

 

Po­mógł jej wstać i nie pusz­cza­jąc jej dłoni… – Czy oba zaimki są niezbędne?

 

i po­czu­ła, że po jej ży­łach roz­le­wa się miłe cie­pło. – …i po­czu­ła, że w ży­łach roz­le­wa się miłe cie­pło

 

Miał ocho­tę zrzu­cić mu ra­mio­na na szyję i wtu­lić się w jego ob­ję­cia. – Pewnie miało być: Miała ocho­tę zarzu­cić mu ra­mio­na na szyję i wtu­lić się w jego ob­ję­cia.

 

Ży­ła­byś cią­gle za­to­ce… – Ży­ła­byś cią­gle w za­to­ce

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Och, Reg, aleś mnie zaskoczyła! To prawda, że zmiany zaszły ogromne. I w dużej mierze właśnie dzięki portalowi i takim użytkownikom jak TY. Mogę Ci spokojnie kadzić, bo wiem, że juz tu niewiele osób zajrzy. Niektóre wytknięte przez Ciebie błędy odeszły w siną dal i nie wrócą już nigdy. Już nie wchodzę w górę ani nie schodzę w dół, na zaimkozę już tak bardzo nie choruję,  oddech to też już wiadoma sprawa. Mogłabym mnożyć przykłady. Oczywiście, nie ma tak dobrze, żeby błędów wcale nie popełniać, ale są to nowe błedy, “wymyślone” na poczekaniu. Aż czasem się zastanawiam, jak wiele autor może sknocić wink 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Mam nadzieję, że to było miłe zaskoczenie. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo miłe!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ładne :)

 

Och, Anet! I Ty dotarłaś pod mój pierwszy oficjalnie zamieszczony w Internecie tekst? Miło mi bardzo!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Tak się kręcę i w kąty zaglądam ;)

Nie powiem, ale to bardzo miłe, jak ktoś odkurza stare teksty. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Nowa Fantastyka